Trzy stopnie duchowego rozwoju

W Zabrzu spróbujemy nazwać oraz sprecyzować trzy stopnie duchowego rozwoju. Myślę, że będzie ciekawie i na pewo nie sztampowo. Czas uwolnić duchowość z kościelnego rytualizmu, a sam Kościół  uratować z dogmatycznego skostnienia. Zapraszam….

Dla zdrowia, spokoju i szczęścia

  1. Nie sprzeciwiaj się temu, co cię spotyka, ale zawsze podążaj własną drogą życia
  2. Przeżywaj czas z wdzięcznością, ale bądź wrażliwy na szczególne chwile
  3. Bądź twórcą świata, ale nie niszcz samego siebie
  4. Wewnętrzną siłę czerp z dawania, a nie z zachowywania
  5. Bądź odpowiedzialny za samego siebie i wspieraj bliźnich
  6. Pracę przyjmuj jako dar, bez którego nie byłbyś sobą
  7. Ciesz się chwilą i żyj z wdzięcznością
  8. Realizuj własne wartości, a nie wartościuj bliźnich
  9. Realizuj życiowe cele, ale nie za cenę wojny
  10. Miej serce dla siebie, abyś mógł je podarować innym
  11. Nie uciekaj przed lękiem, ale przemień go w siłę
  12. Nie martw się kryzysem, bo w nim zasiana jest szansa
  13. Realizuj tęsknoty, aby pożądliwości nie demolowały twego serca
  14. Nie martw się końcem życia, skoro miłość nie ma granic
  15. Ponad wszystko zachowuj ciszę

Kłamstwa, którymi uzasadniamy bierność

Pokonani i zrezygnowani bardzo często czekamy na cud. Szukając uzasadnienia niepowodzeń i beznadziei, która wkradła się w nasze myśli, wmawiamy sobie, że świat oszalał a życie jest okrutne. Na pytanie, czy chcemy być zdrowi, radośni, spokojni, mieć ochotę na zmianę swojego położenia, niemal automatycznie wskazujemy winnych: a to ktoś nas nienawidzi, inny źle nam życzy, ktoś nie pomógł, a jeszcze inny tak źle urządził nasz świat, że żyć się w nim nie da. Co wówczas pozostaje? Oczywiście czekanie na jakiś bliżej nieokreślony cud, który szczęśliwym trafem pomoże wyrwać się z nieszczęścia.

Tymczasem te sądy najczęściej są wygodnymi kłamstwami, którymi udaje nam się usprawiedliwić bierność, ale uwaga: WYŁACZNIE PRZED INNYMI! Samych siebie w ten sposób nie wyprowadzimy w pole. W głębi naszego sumienia wiemy, że są to tylko zmyślne kłamstwa, które nas pognębiają. Powtarzając je, w istocie nie osiągamy żadnego dobra, a ich negatywną konsekwencją jest to, że tracimy szacunek do samych siebie i coraz bardziej toniemy w rozpaczy.

Cud się nie zdarza, jeśli nie pojawiają się dwa warunki jego zaistnienia! Czy podstawowym warunkiem cudu jest wiara? Owszem, ale w tym wypadku rozpisana na dwa bieguny, ujawniające strukturę cudu. Idzie mianowicie o wolę i działanie. Jeśli mamy odpowiednio zmotywowaną wolę oraz konsekwentnie działamy, aby osiągnąć wyselekcjonowany cel, w języku świata bywamy nazywani skutecznymi ludźmi. Tymczasem, jeśli motywuje nas wiara, dynamizujemy naszą życiową sytuację do tego stopnia, że Bogu nie pozostaje nic innego, tylko ujawnić swoje błogosławieństwo pod postacią cudu.

Gdyby przez pustynię nie prowadził Izraela człowiek z niezłomną wolą i żelazną konsekwencją, cały lud z uczuciem ulgi powróciłby w niewolę. Ponad wszelką wątpliwość nie wydarzyłyby się te wszystkie cuda z okresu wyjścia, jak i późniejsze, gdyby nie odpowiednio zmotywowany i działający Mojżesz, człowiek wielkiej wiary, który nie oszukiwał siebie oraz lud kłamstwami w stylu: nie da się, sprzysięgli się przeciwko nam, tylko w godzinie próby spokojnie i z przekonaniem rozmawiał z Bogiem, negocjując warunki kolejnych cudów.

Więc nie okłamujmy samych siebie, próbując usprawiedliwiać brak wiary w pomyśle rozstrzygnięcia niepowodzeń i przezwyciężanie kryzysów. Ani przed światem, ani tym bardziej przed sobą nie uratujemy twarzy, posługując się kłamstwami, które nas kaleczą i oszpecają. Poniżej, dla przykładu analizuję dziesięć z nich. Przemyślmy ich konsekwencje, czy rzeczywiście w czymś nam pomagają? Jeśli nie, a jestem przekonany, że tak właśnie jest, czym prędzej przestańmy je powtarzać, żeby uwolnić się spod ich wpływu.

– Jeśli osiągnę coś (co wydaje mi godne pożądania) albo będę miał coś (co wydaje mi się niezbędne), zostanę szczęśliwym człowiekiem. To jedno z największych kłamstw współczesnego pokolenia, dlatego coraz mniej ludzi jest szczęśliwych. Czy nie na tym polegał grzech Ewy z Adamem w Ogrodzie Życia, skutkiem którego doświadczyli skrajnego nieszczęścia? Szczęście bowiem nie nadejdzie wraz z tym, czego pragniesz. Szczęście jest teraz, bo teraz żyjesz i teraz jesteś tym, kim jesteś. Tylko szczęśliwi ludzie osiągają naprawdę wielkie ciele.

– Jestem  mało wartościowy, ponieważ nie odniosłem sukcesu. Kolejna wielka bzdura, skoro w porządku świata i w ocenie ludzi, umierający na krzyżu Jezus z Galilei nie odniósł co prawda sukcesu, a i tak uznajemy Go za najwartościowszego człowieka? Więc lepiej odpuścić sobie oczekiwania własne oraz innych o nas, jak powinno rozwijać się nasze życie, a zacznijmy koncentrować się na tym wycinku życia, w którym akurat uczestniczymy. Żyjmy świadomie chwilą, która się dzieje, a wówczas odkryjemy, że nie tylko w oczach Boga jesteśmy bardzo wartościowi.

– Ludzie mnie nie rozumieją. To jest kłamstwo, które ma nam pomóc rozładować napięcie, związane z samotnością. Tymczasem warto zgodzić się na samotność, akceptując jej pozytywny wpływ na rozwój relacji z Bogiem i poznanie samego siebie, a kłamstwa unikać, ponieważ nie rozwiąże problemu samotności a jedynie wyobcuje nas z każdej wspólnoty. Wyobcowanie i samotność to naprawdę dwa różne doświadczenia. Pierwszemu najczęściej sami otwieramy drzwi do naszego życia, uznając się za niezrozumiałych. Więc zamiast pogłębiać to doświadczenie, sądząc, że inni nie zgadzają się z Tobą, po prostu zacznij być wdzięcznym za swoją niepowtarzalność i wyjątkowość.

– Moja przeszłość nie pozwala mi się rozwijać. Kolejna, tragiczna nieprawda. Przeszłość, bez względu na to, czy oceniamy ją pozytywnie czy negatywnie, uczyniła nas tym, kim dziś jesteśmy. Mówiąc inaczej, jesteśmy rozpoznawalni po naszej przeszłości. Jeśli więc uważasz, że popełniłeś błędy, które skutkują tym, że dziś w twoim życiu nie pojawiają się w nowe możliwości, samego siebie zapytaj: czego się z nich nauczyłeś; jakie wnioski możesz z nich wyciągnąć, abyś wreszcie odwrócił się od przeszłości, a zwrócił ku przyszłości. Chrześcijańskie pojęcie usprawiedliwienie jest tego rodzaju, uwalniającym doświadczeniem, umożliwiającym pożegnanie się z konsekwencjami własnej przeszłości.

– Moje życie nie trafia celu. To z kolei jest kłamstwo, które sprawia wrażenie niezwykle pobożnego, jakby idealnie pasującego do chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Ale to jest nieprawda. Już sam fakt, że masz tego rodzaju świadomość, ujawnia, że właśnie w tym doświadczeniu chybienia celu, być może jak nigdy dotąd nadajesz życiu odpowiedni sens i jesteś bliski swojemu celowi. Skoro o tym myślisz, więc masz życiowy cel i chcesz go osiągnąć. Mniej więcej to samo przeżywają religijni ludzie, którzy boją się, że oddalili się od Boga, a tymczasem są z Nim w dużo lepszej relacji, aniżeli ci, którzy mają się za pobożnych. Więc zamiast się kaleczyć, skupiaj się na dobru, a nie na złu, i osiągaj życiowy cel na bezdrożach świata i własnego życia.

– Nie kontroluję życia, nie mogę wpływać na jego przebieg. Nieprawda. Nic nie jest dziełem przypadku i nie jesteśmy zdeterminowani. Niezwykle twórczo możemy kształtować własne życie, angażując w nie wolę i działając, jeśli oczywiście wierzymy, że ma to sens. Ludzie wiary są więc uprzywilejowani. Chrześcijanie dla przykładu oddają swoją pracę, relacje i decyzje Chrystusowi, wierząc, że wszystko, co przynależy do porządku świata, w Nim staje się dla nich źródłem satysfakcji i błogosławieństwa. To oznacza, że nie absolutyzują swojej woli i działania, a jednocześnie dokładają starań, aby to, co jest do zrobienia, uczynić jak najlepiej na chwałę Zbawiciela. Dlatego w życiu wszystko możesz zmienić, a jeśli coś ci się nie podoba, nie narzekaj, ale wstań i z wiarą zacznij działać.

– Moi rodzice są winni moich niepowodzeń. Kłamstwo, które z upodobaniem rozpowszechniają niektórzy terapeuci, mający prawdopodobnie problem, żeby pojednać się z własnymi rodzicami. Rodzice najpewniej zrobili wszystko, na co było ich stać w ich miłości, więc wychodząc z tego punktu widzenia nie należy ich obwiniać, ale usprawiedliwić. Z jednej strony zdać sobie sprawę ze zranień, a z drugiej uczynić z nich atut i nauczyć, czego nie robić, aby nie ranić. Najlepsze, co w takiej sytuacji możesz uczynić, to pojednać się z przeszłością, usprawiedliwić wszystkich, którzy Cię skrzywdzili i zacząć myśleć o przyszłości.

– Jeżeli mnie kocha, zrobi to, czego oczekuję. To kłamstwo, raniące każdą relację i niszczące związki. Miłość nie stawia warunków, ale otwiera perspektywy. Stawiając warunki, myślimy wyłącznie o sobie, o swoim domniemanym szczęściu, zamykając możliwość wspólnego rozwoju, a więc też wspólnej drogi ku przyszłości. Ten sposób myślenia, skazuje miłość na porażkę i sprawia, że stajemy się ofiarami losu, to znaczy ofiarami własnych niespełnionych oczekiwań. Zamiast tego, ukochaną osobę obdarzaj wolnością, a samemu sobie daj prawo do miłości, która nie będzie się wypełniać na Twoich warunkach. Niech miłość zaskakuje!

– Moje ciemne strony są wyjątkowo brzydkie. Ależ nie! Najprawdopodobniej to wszystko, co w sobie nienawidzisz, jest tym, co cię różni od innych, a więc wyróżnia, czyniąc wyjątkowym i pięknym. Więc nie zwalczaj swoich ciemnych stron, ale pojednaj z nimi i zobacz w nich siebie. Rozwijaj w nich swoją indywidualność, bez której nigdy nie byłbyś sobą i nie byłbyś w stanie zaowocować pełnią swojego osobowego potencjału. Nie walcz z częścią siebie, ale przyjmij siebie w całości i rozwijaj wdzięczność za to, że jesteś niepowtarzalny.

– Muszę zmusić się do większego wysiłku. To kolejne wyniszczające kłamstwo, którym próbujemy ukryć nieprzyzwoite lenistwo. Najczęściej wcale nie trzeba zmuszać się do większego wysiłku, a po prostu wystarcza efektywnie i mądrze zarządzać czasem i skutecznie wykonywać zadania. Kto myśli w ten sposób, łatwo może wpaść w chorobę perfekcjonizmu albo pracoholizmu. Najważniejsze w takiej sytuacji jest to, abyś przestał porównywać się z innymi, a energię przeznaczył na wykonywanie zadania, które w tej chwili masz do zakończenia. Powoli, małymi krokami, idź do przodu. Krok po kroku, konsekwentnie realizuj kolejne przedsięwzięcia, a nagle okażesz się tytanem pracy.

Krótki wierszyk o sztuce zdrowego życia

Cielesne są tylko symptomy – zastanów się:

Nie bolą Cię plecy – nie potrafisz unieść życia, bo myślisz, że jest ciężkie

Nie jesteś ślepy – nie chcesz widzieć duchowej prawdy w materialnym świecie

Nie masz migreny – nie myślisz sercem, więc obciążasz głowę

Nie jesteś głuchy – nie masz ochoty słuchać prawdy o sobie

Nie cierpisz na zapalenie gardła – nie mówisz tego, co powinieneś, więc plujesz

Nie żołądek Cię boli – nie trawisz w duszy tego, co Ci życie przynosi

Nie wątroba Ci dokucza – nie chcesz wybaczać i akceptować, więc jesteś zgorzkniały

Nie serce ma atak – nie umiesz samego siebie kochać i nie znasz radości

Przyczyn swoich chorób poszukaj w duszy – radzę Ci!

Połącz myśli z emocjami

Nie jesteśmy ani naszymi myślami, ani emocjami, dlatego, aby odnaleźć swoje prawdziwe „Ja Jestem” i w nim życiowe powołanie, musimy nauczyć się pracować z pierwszymi i drugimi. Nie próbować nad nimi panować, ani z nimi walczyć, ale właśnie pracować, starając się tak zmieniać własne mechanizmy reakcji, opinie, schematy wyobrażeniowe i przekonania, aby nie utrwalały negatywnych emocji. Ideałem jest sytuacja, w której świadomi własnych myśli, potrafimy każdą emocję, nawet pozornie złą, bądź taką, która w powszechnym przekonaniu za taką uchodzi, świadomie wykorzystywać do duchowego i mentalnego rozwoju.

W słowie świadomie wyrażona jest istota boskości i człowieczeństwa!

Kim albo czym jest Bóg? Ma charakter osobowy i jest mocą. Jest więc osobową obecnością i  duchową świadomością, a najwyższą formą obu jest miłość.

Człowiek również jest obecnością i świadomością. Ma się uczyć swojej obecności w świecie i łączyć z najwyższą Świadomością, którą nazywamy Duchem. W ten sposób zostaje wyzwolony z więzienia i zaczyna widzieć to, czego wielu nie dostrzega. Jego życie zmienia się w dobre, błogosławione, szczęśliwe, spełnione, sensowne czyli po prostu zbawione.

Dopóty jesteśmy więźniami, dopóki tylko się buntujemy przeciwko temu, kim jesteśmy, czym obdarza nas życie i czego doświadczamy. Warunkiem wyjścia na wolność nie jest bunt, ale realizacja konkretnej, jasnej wizji samego siebie.

To znaczy, że często brakuje nam wizji samych siebie. Wiemy, że coś nam nie pasuje, doskwiera, ale nie stworzyliśmy prawdziwej wizji zmiany i rozwoju.

O co chodzi? Cywilizacja tak funkcjonuje, aby utrzymywać nas w niewoli. Mamy być bezwolnymi niewolnikami, wytwarzającymi energię materialną i emocjonalną, której potrzebuje system. To jest ów biblijny Egipt, z którego musimy wyjść. Między innymi dlatego system edukacji jest skrojony na miarę niewolników, a nie ludzi wolnych, zdolnych rozumieć rzeczywistość i twórców swojego życia. Kościoły, partie, które tworzą rządy, wojsko i policja służy temu, abyśmy nie wychodzili na wolność.

Cała cywilizacja jest skrojona na miarę zewnętrznych, formalnych, nieprawdziwych obrazów człowieka. Mamy kreować nieprawdziwe obrazy samych siebie i zajmować się stwarzaniem kolejnych nieprawdziwych form naszego „ja”, które są jedynie produktem na sprzedaż. Dzięki nim utrzymujemy się w systemie, ale nie zapewniamy sobie rozwoju ani dojrzewania. Bo prawdziwy obraz każdego z nas jest w świątyni serca, w miejscu najświętszym, w którym czeka na nas Bóg, aby się objawić nam i dać nam poznać siebie w sobie. Poznajemy go dopiero wtedy, gdy wchodzimy w siebie, aby w ciszy i prawdzie naszych serc odnaleźć Bożą obecność i zainicjować kontakt z najwyższą świadomością Boga. Łącząc się z nią, zaczynamy żyć świadomie. Już nie tracimy życia na tworzenie kolejnych, nieprawdziwych obrazów samych siebie, na użytek przetrwania i dla zaspokojenia innych, ale zaczynamy żyć prawdziwym obrazem Bożym na chwałę Stwórcy.

Potrzebujemy zatem wolności intelektualnej. Jak ja zyskać? Uwalniając się od władzy rozumu, a przynajmniej lewej półkuli, jeśli nie współpracuje z prawą, holistyczną, całościową, symbolizującą, empatyczną. Aby połączyć obie półkule wpierw musimy nauczyć się myśleć nerkami (centrum emocji zimnych) i sercem (centrum emocji ciepłych). Dlatego potrzebujemy też wolności emocjonalnej. Jej podstawowym warunkiem jest asertywność.

Uczy nas jej Mistrz z Galilei, mówiący między innymi: „…Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną” (Mt 16,24). „Nie” oznacza porzucenie „ego” i jego światowych zachcianek, czyli sprzeciwienie się niewoli. „Tak” oznacza zgodę na bycie sobą prawdziwym i realizowanie życiowego powołania (tym w istocie jest symbol krzyża). Dzięki świadomemu „nie” i „tak” stajemy się emocjonalnie wolni i zyskujemy dostęp do źródła prawdziwego życia, światłości i miłości.

Słowo emocje pochodzi z łacińskiego e-movere – poruszać. Emocje zatem wprawiają nas w ruch. Są nośnikiem przemiany, której nie zagwarantuje sam rozum! Zdecydowana większość dobrych postanowień nigdy nie przechodzi w stan trwałej i skutecznej realizacji, ponieważ nie potrafimy ich łączyć z emocjami. Dość powszechne jest wręcz przekonanie, że skuteczna może być jedynie zimna i wyrachowana metodologia zmian. Tymczasem górna część naszego umysłu, którą utożsamiamy z rozumem, nie ma dostępu do autonomicznego układu nerwowego i systemu hormonalnego, które poddane są woli przysadki. Rozum znajduje się w tej części mózgu, którą nazywamy płatami czołowymi. Pomiędzy nimi a przysadką nie ma ani jednego połączenia neuronowego, dlatego same myśli nie wywołują reakcji hormonalnej, o ile nie zadecydują emocje. Te z kolei są zarządzane z nerek i serca przez układ limbiczny. A ponieważ między nim a przysadką funkcjonuje mnóstwo połączeń neuronowych, więc nie dziwmy się, że poziom i jakość naszych hormonów zależy od emocji a nie od zimnych i wyrachowanych decyzji.

W konsekwencji, kto odcina się od emocji, nie doświadcza życiodajnych zmian, ewentualnie kierowany lękiem przed zmianami, poddany jest ciągłemu działaniu hormonów stresu. Skutkiem takiego zdesperowanego życia w depresji są choroby. Skamieniałe serce to podwyższone tętno, ciśnienie, udar. Skamieniałe mięśnie to stwardniały kościec albo twardniejące mięśnie. Kto absolutyzuje swoją wizję życia, dodajmy nieprawdziwą, bojąc się zmian, usztywnia rodzinne relacje, a w najgorszych wypadkach samego siebie, żeby usztywnić rodzinny system i w ten sposób manipulować rodziną. Cena, którą się za to płaci, jest tragiczna i ostateczna.

UWAGA!!!! Ponieważ problem z emocjami mają ci, którzy zamknęli się w przeszłości albo w przekonaniu, że ich wyobrażenia o ich życiu są dla nich najlepsze, więc nie dziwmy się, że taka postawę  łatwo można rozpoznać jako coś, co teologia nazywa grzechem. Brak kontaktu z własnymi emocjami i poddanie się myślom, które nie są naszymi, ale są wynikiem programowania przez kulturę, tradycję, religię, edukację, zawsze kończy się tragedią, cierpieniem, bólem, wojną, śmiercią. Oto niektóre biblijne przykłady: relacja Abraham – Izaak (1 Mż 22,1-19); prorok Bilem, który nie dostrzega zagradzającego u drogę anioła (4 Mż 22,21-35);  Eliasz, który chwilę po sądzie nad 450-ciu prorokami Baala życzy sobie śmierci (1 Krl 18,20-19,4).

Emocjonalna wolność stwarza szansę na rozwój, tkwiącej w nas miłości Boga. Bo wolność jest darem i powołaniem, abyśmy rozwijali się w miłości, a więc stawali lepszymi.

Stąd każde wydarzenie jest szansą, aby stać się silniejszym, mądrzejszym, wzmocnić wewnętrzną wolność. A tymczasem, odcięci od emocji i poddani cudzym schematom myślowym, większość z nas pomniejsza samych siebie, staje się słaba, chora, duchowo stara i dobrowolnie oddaje się w niewolę tych, którzy mają się o nich troszczyć i nimi opiekować.

Dlatego własnego życia i zachowań innych ludzi musimy doświadczać nie z poziomu intelektu, ale rozumu połączonego z emocjami. Stajemy się wówczas bardziej szczęśliwi, zdrowi, elastyczni. Cieszymy się życiem które się rozwija i obdarowuje nas niespodziewanymi dobrami.

W znanej indiańskiej opowieści o dwóch psach znajduje się mądra rada: Wódz przemawia do swojego plemienia. Mówi o dwóch psach, które walczą w jego umyśle: o białym psie, który jest dobry i odważny, oraz o czarnym, który jest mściwy i gniewny. Psy toczą ze sobą walkę na śmierć i Zycie. Pewien młody i dzielny człowiek, nie potrafiąc się doczekać końca historii, pyta: „Który z nich zwycięży?” Wódz odpowiada: „Ten, którego będę karmił”.

Na czym się zatem koncentrujesz, to Ci rośnie – pamiętaj o tym zawsze, a przynajmniej do czasu, gdy nauczysz się karmić tylko białego psa, a więc dobrymi myślami dasz szansę świadomie przeżywanym emocjom.

Jeżeli skupisz się na tragedii – ona cię przeniknie!

Jeżeli skupisz się na nadziei – ona weźmie cię w posiadanie!

Nie bój się. Przytul się…

Ziemia nigdy nie była specjalnie spokojna, a ludzkie życie bezpieczne. Minione pokolenia zapewne żyły w większym zagrożeniu egzystencji i pod wpływem wielu uzasadnionych powodów do lęku, a pomimo tego współczesne pokolenie wydaje się być szczególnie zalęknione.

W przeciwieństwie do przodków, chociaż nie doświadczamy wielu realnych zagrożeń, coraz powszechniej przenosimy je w przestrzeń naszej wyobraźni i boimy się nie tego, co realnie jest, ale tego, czym straszą nas nasze myśli. Jednocześnie tracimy umiejętność odpowiedniego serwisowania naszej psychiki i dlatego doświadczmy permanentnego stresu. W obliczu zmian na geopolitycznej i społecznej mapie świata, a także w efekcie zmian klimatycznych, coraz większa część z nas żyje w ciągłym napięciu oraz lęku, którego przyczyn nie jesteśmy w stanie w ogóle wskazać. Mimo wszystko lęk nas nie opuszcza i pozbawia radości życia.

Cóż począć? Zacząć odpowiednio serwisować swoją psychikę.

Najlepszym lekarstwem na lęk jest poczucie bezpieczeństwa w obecności kogoś, kto kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, ratuje z niebezpieczeństw i pozwala się rozwijać.

Dlatego:

NIE BÓJ SIĘ. PRZYTUL SIĘ DO UŚMIECHNIĘTEGO TATY/MIŁUJĄCEJ MAMY

  1. Paraliż – przejmujące doświadczenie lęku

O lęku często mówimy, że nas paraliżuje. Nie pozwala powstać do aktywnego życia. Boimy się otworzyć, pokazać, ujawnić swoje myśli, zacząć działać, ponieważ boimy się, że popełnimy błąd albo zostaniemy źle ocenieni. Tylko przytulenie do Ojca/Mamy, czyli tego, który jest naszym prawdziwym Rodzicem, odnalezienie siebie w Nim oraz doświadczenie Jego obecności w nas, uwolni nasz osobowy potencjał. Wówczas przestaniemy się bać ocen i zrealizujemy życiowe powołanie, z godnością niosąc łoże naszej niemocy pod pachą.

  1. Lęk przed ciemnością, która jest w nas

Szczerość jest warunkiem każdej relacji z Ojcem/Mamą, a zwłaszcza modlitwy. Modlitwa jest szczera albo w ogóle nią nie jest. To, czy potrafimy opowiedzieć siebie Bogu, oznacza odwagę samopoznania. Pomimo lęku przed samym sobą, doświadczając ciemności skrywanej na dnie serca, zaprośmy Wieczną Światłość do spotkania właśnie tam, gdzie najciemniej. Tylko Ona może ciemność napełnić światłem i pozbawić nas lęków, które rodzą kompleksy.

  1. Lęk przed zmianami (nowym, przyszłością)

Boimy się przyszłości. Nawet zdawkowo witając się ze znajomymi, życzymy im oraz sobie, aby wszystko pozostawało po staremu. Tymczasem ratunek przed nieszczęściem i śmiercią zawsze zawdzięczamy Bożym aniołom, którzy jak Lota i jego żonę mocno chwytają za dłoń i wyprowadzają ze starego w nowość przyszłości. Kto jednak, jak żona Lota, nie potrafi zaufać i ogląda się wstecz, staje się pomnikiem samego siebie. Przy wsparciu Wiecznego Życia każda zmiana jest możliwa, a życie nie tylko jakoś trwa, ale wprost zachwyca.

  1. Lęk, że nie damy rady (kompromitacja)

Człowiek, nie przytulony do Ojca/Mamy, nie ma szansy rozwinąć swojego potencjału, indywidualnego piękna, niepowtarzalności, decydującej o życiowym powołaniu. Więcej czasu traci na pozycjonowanie się, czyli działanie, aby stać się takim, jakim jego zdaniem chcieliby go inni, zamiast na poznawanie siebie. A to jest nieodzowny warunek, aby żyć i działać na miarę swojego powołania. Gdy człowiek wie, kim jest i w jaki sposób powinien żyć i działać, przestaje się bać, że nie rady i skompromituje się. Zyskuje życiową radość i satysfakcję.

  1. Lęk przed samotnością (relacje)

Samotność nie jest beznadziejnym i przeklętym doświadczeniem. W samotności człowiek doświadcza samego siebie i uczy się modlitwy. Samotność jest kryzysem, w którym człowiek przewartościowuje swoje roszczenia i wartości. Jak w ciszy rodzi się słowo, tak w samotności wartościowa istota społeczna. Niestety wielu z nas odczuwa lęk przed samotnością. Jednak on zawsze oznacza coś więcej, a mianowicie lęk przed samym sobą; lęk, że jest się niekochanym; lęk przed skończonością i śmiercią. Ów lęk oznacza też, że człowiek nie jest w kontakcie z własnymi uczuciami. W konsekwencji inni widzą w nim człowieka obojętnego i trzymającego się na uboczu. Koło się zamyka, lęk i frustracja rosną. Każdy może przytulić się do Ojca, aby nie być samemu.

  1. Lęk przed zranieniem

Coraz więcej ludzi boi się miłości, ponieważ boją się zawiedzenia i zranienia. Są więc zamknięci, a chroniąc się przed zranieniami, rezygnują z radości i twórczości. Ich życie jest wyschnięte, a w konsekwencji wysycha też wszystko wokół nich. Nie wolno bać się zranień, które zadaje życie pełne pasji. Pasja jest miłością i umieraniem jednocześnie. Żeby doświadczyć miłości trzeba zgodzić się na śmierć. Jednak tylko taka śmierć życiu nadaje sens. Kto więc boi się zranień w efekcie żyje bez sensu. Człowiek przytulony do Leczącej Miłości potrafi nie tylko przyjmować zranienia, ale ma też siły zająć się wcześniejszymi ranami, dzięki czemu może doświadczyć uzdrowienia.

  1. Przytul się do uśmiechniętego Taty/miłującej Mamy (odkupienie)

Przytul się do Boga, który Cię stworzył i jest Twoim Rodzicem! Przyjmuje Cię z Twoimi lękami, aby je przemienić. Jego odkupienie uwalnia od lęku, leczy z paraliżu i czyni zdolnym do pójścia w przyszłość. Przytul się do Taty/Mamy i odzyskaj lekkość życia.

Modlitwa przywraca pamięć o tym, co najważniejsze

Modlitwa…

Wracamy do niej nie po to, by zapomnieć, ale po to by odzyskać pamięć; odzyskać samych siebie. Modlimy się, ponieważ instynktownie czujemy, że modlitwa pogłębia naszą świadomość i chroni przed tłumem, który bezlitośnie narzuca krótką pamięć, ograniczoną do ostat­nich wiadomości, do hasła dnia.

Co prawda tłum też pamięta. Pamięta listę co­dziennych potrzeb!

W modlitwie pamięć zostaje uwolniona od natłoku bieżą­cych wiadomości, od politycznych sensacji, praktycznych zastosowań i dlatego może powrócić do źró­deł życia, do wydarzeń i wartości zasadniczych.

Na publicznym placu, targu, stajemy się towarem, obiektem propagandy, reklamy, pouczania. W modlitwie, na pustyni samotności, dosięga nas wspomnienie.

Człowiek porwany przez tłum nieuchronnie staje się roztargniony. Jest dobrze poinformowany, ale ła­two zapomina. Zna wszystkie nowości, ale nić jego pamięci zrywa się, gdy tylko przekracza granicę dnia wczorajszego. Wie, gdzie się znajduje, ale nie wie, skąd przychodzi i dokąd idzie, a przede wszystkim w ogóle nie wie dlaczego idzie.

Człowiek modlitwy jest pozbawiony informacji. Nie zależy mu na ostatnich wiadomościach. Wystarcza mu powrót do wiadomości zasadniczych, tych zakodowanych w słowie ewangelii i znaku chrztu, gdyż tylko te pozwalają mu zorientować się w dniu dzisiejszym. Pozornie jest spóźniony, ale zawsze obecny.

Czy jest postawiony poza społeczeństwem? Może stoi poza głównym nurtem polityki? W żadnym wypadku. Po prostu znajduje się w innym miejscu. Nie musi biec, żeby nadrabiać stracony dystans, ani tracić czasu na robienie kariery. Po prostu zawsze znajduje się we właściwym miejscu.

W pełnym tego słowa znaczeniu jest profesorem czyli człowiekiem prawdy. Człowiekiem żyjącym profesjonalnie, to znaczy odpowiedzialnie, który z szacunkiem traktuje pracę i wiedzę oraz angażuje się w życie całym sobą. W zgiełku targowiska można przypomnieć sobie to, co należy uczynić natychmiast, ale jedynie na modlitewnej pustyni odzyskuje się pamięć o tym, kim ma się być i w jaki sposób.

W tłumie stajemy się numerem. Służymy do odliczania. Podczas modlitwy odnajdujemy imię. Odtąd mo­żemy być nazwani i wezwani. Dzięki modlitwie rozpoznajemy, że nie można nami  gardzić, ani traktować przedmiotowo.

Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów. Zwycięzcy dam nieco z manny ukrytej i kamyk dam mu biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje” (Ap 2,17).

Współczesna biurokracja została opanowana przez komputery, które nie potrzebują niczyjego imienia. Ważne, że mamy numer i kod. Wydruk przypomina, że należy coś zapłacić, zużyć, wyprodukować, uczynić to wszystko, czego inni oczekują. Przedstawia cyfry i terminy płatności.

Na szczęście w modlitwie biuro­kracja ustępuje miejsca wezwaniu i powołaniu. A gdy słyszysz swoje imię, odzyskujesz pamięć o tym, kim jesteś. Wydruk mówi ci o tym, co musisz zrobić. Imię sugeruje to, co możesz zrobić.

Imię nadaje człowiekowi godność, dlatego jest niebezpieczne. Boją się go wszyscy, którzy chcą mieć władzę nad ludźmi. Wolą posługiwać się wydrukiem i numerami.

Odzyskane, a może dopiero co rozpoznane imię, człowiekowi modlitwy umożliwia powrót do prostoty. W ludzkim rozumieniu taki człowiek staje się ogołocony. Wyzwala się z przebiegłości, z chy­trych kalkulacji, z taktyki działania, z przymilania się możnym, ze sztucznego ukrywania wad, z ulegania modom dnia, ze zmo­wy z mamoną. Wychodzi bezbronny, nieczuły na obmowy, daleki od intryg. Z absurdalną czelnością określania rzeczy i osób, z pominięciem istniejących już etykietek.

Bezpieczny w świetle obecności Boga, nie martwi się o ocalenie własnego imienia, własnej twarzy. Jest przezorny, ale nie bojaźliwy. Szczery, ale nie głupi. Odporny na pochlebstwa. Naturalny w ruchach. Wolny w działaniu. Piękny….

Pełen szacunku dla wszystkich, nie wyróżnia tych, dzięki którym mógłby zrobić karierę. Nie traci czasu na szukanie kolesiów i kontaktów ze środowiskami, ponieważ nie ma najmniejszego zamiaru stać się ich cząstką.

Gotów jest spotkać się z każdym, ale nie szuka ludzi li­czących się. Trzyma się z dala od miejsc, w których celebruje się rytuał bez wartości. Nie interesuje go bywanie, ani bycie w samym środku, gdyż bardziej zależy mu na tym, aby poruszać się po szerokim terytorium autentycznego i szczerego życia.

Jest łagodny – a więc nie wysuwa żądań, nie konku­ruje z nikim, nie domaga się niczego, nikogo nie próbuje prze­ścignąć. Nie wysuwa pretensji, nie zagarnia miejsc, nie ubie­ga się o przywileje. Nie prosi o względy. Nie szuka poparcia, nie żebrze o wyróżnienia. Nie zabiega o to, by o nim mó­wiono.

Co więcej – cieszy się, gdy może przejść niezau­ważony. Raduje się, gdy się o nim zapomina. Nie dba o zrozumienie. Obojętny jest na podziw innych. Nic nie robi sobie z poklasku ważnych ludzi. Gdy ktoś prosi, by przemówił, nie ubiera się w togę, wystrojoną mądrymi cytatami. Nie cho­dzi mu o to, aby inni dowiedzieli się, że on wie i jest na bieżąco; że znajduje się w centrum kulturalnej bądź politycznej debaty.

Ma odwagę, żeby wypowiadać nagie słowa, które nie są jego słowami, ale dyktuje mu je Prawda. Wypowiada słowa, które grzmią jak łomot wodospadu i  szemrają jak leśny potok. To są słowa, pozbawione szat ideologii, dalekie od skrzącej się retoryki, ale zmieniają kompletnie wszystko.

Ma odwagę posługiwać się słowami ubogimi, które nie poddają się schematom, wymyślonym przez mi­strzów chwili, ale wywodzą się z jego serca, a tak naprawdę z miłości Boga, Ubogie słowa są bezbronne jak on i jak on mogą zostać wyśmiane – jednak zawsze są to słowa wygrzane w słońcu prawdy.

Pod osłoną Bożej obecności głowa modlącego się zaczyna praco­wać samodzielnie, nie tracąc czasu na dostrojenie się do in­nych. Niepokoi intrygantów, ponieważ stanowi łatwy cel. Nie zachowuje ostrożności, nie ucieka się do obron­nych posunięć, nie liczy się z realiami świata.

Człowiek, który się modli, nigdy nie może stać się prze­biegły. Gdyby był chytry, nigdy nie zostałby człowiekiem modlitwy, bo modlitwa jest szkołą mądrości, a nie przebiegłości.

Modlitwa przywraca pamięć o tym, co najważniejsze.

Nie bój się pragnień

Człowiek jest pragnieniem.  Inaczej byłby tylko kawałkiem humusu. Pragnienie, żeby wyjść ponad powierzchnię ziemi, z której powstał i do której ma wrócić, wyprostować się i spojrzeć ku słońcu, mogłoby uczynić z niego postać heroiczną. Mogłoby, ale nie czyni, a przynajmniej większość, która panicznie boi się własnych pragnień. Dlaczego tak wielu z nas woli przeżyć życie jakoś, zamiast żyć pełnią, nadając sens swoim nocom i dniom? Winna jest klasyczna teologia, która dostrzegała tylko różnicę pomiędzy grzechem a świętością, pożądliwością a poskromieniem pragnień.

Błąd jest do tego stopnia wielki, że dziś rolę księży skutecznie przejęli terapeuci i trenerzy osobiści, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że poskromienie pragnień jest po prostu niemożliwe, bo oznacza walkę z samym sobą. Tymczasem wciąż słychać w kościelnych murach, że najważniejszą walkę człowiek toczy ze swoimi pożądliwościami. Czyli z czym? Z sobą właśnie. Musi wciąż zaprzeczać sobie, bo nie rozumie, że głęboko w nim jest nie tylko pożądliwość i czystość, ale coś jeszcze.

Wielkie gratulacje – minie jeszcze około sto lat, a kościelni mądrale będą musieli stoczyć najcięższą walkę z własnymi pożądliwościami, bo potrzeby wciąż będą mieli wielkie, jednak już nie będzie tych, od których będą mogli wyciągać grosz.

Co można powiedzieć człowiekowi, żeby cieszył się pełnią życia? Czego go nauczyć, aby doświadczył uchrystusowienia swojej osoby? Że od początku do końca jest na życiowym szlaku i musi zdecydować się na realizację jednego z dwóch fundamentalnych dla naszej cywilizacji archetypów.

Albo będzie żył według modelu Abrahama, albo według modelu Odyseusza. Trzeciego jak na razie nie wymyślono. Cały szkopuł tkwi w tym, że współczesny człowiek coraz bardziej uwewnętrznia swoją tożsamość, nie poszukując identyfikacji z zewnętrzną wspólnotą albo strukturą. Więc i jego życiowy szlak niekoniecznie dotyczy zewnętrznego świata, ale dzieje się w wewnętrznym ja, gdzie może doświadczyć świętości, życia, szczęścia, Boga. Dla każdego będzie to coś innego, ale właśnie to, o co toczy życiową grę, zanim jego tchnienie już nigdy do niego nie powróci.

Nie mówmy mu więc, że musi walczyć z pożądliwością, która w jego doświadczeniu jest pragnieniem. Bo wtedy każemy mu walczyć z samym sobą, ze swoim słusznym prawem do pełni życia. Wmawiamy mu, że w tu i teraz szczęście nie ma żadnego znaczenia. Współczesny człowiek jest już na tyle świadomy siebie, że nie wierzy w to gadanie i na szczęście słusznie. Im teologia jest mniej uziemiona, a księża bardziej uduchowieni, tym na świecie więcej ludzkiej krzywdy a chrześcijaństwo coraz słabsze.

Więc jak pomóc człowiekowi, żeby doświadczył pełni i cieszył się życiem? Najpierw trzeba zauważyć, że każdy z nas naprawdę jest pragnieniem i temu nie wolno zaprzeczać. Człowiek ma prawo nie tylko do pragnień, ale i do ich realizacji. Tym w końcu jest powołanie, zaś wiara dlatego usprawiedliwia, że ciągnie człowieka w przyszłość jego egzystencji bez obaw, że popełni błąd. Bo kto się boi i ogląda się wstecz, ten staje się pomnikiem samego siebie, wchodzi w śmierć i nie doświadcza uwalniającej mocy usprawiedliwienia, czyli pewności, że nad sensem życia nie ciąży przekleństwo pomyłki.

Pragnienie zatem czyni z kawałka ziemi istotę ludzką. Nie realizując swoich pragnień, człowiek sam siebie czyni jedynie ziemią. Jednak pragnienie ma dwie strony, jasną i ciemną, i w tym, a nie w czymś innym, tkwi jądro egzystencjalnego problemu człowieka. Jasną stroną pragnienia jest tęsknota, zaś ciemną pożądliwość. A jeśli tak jest, to wystarczy człowieka nauczyć, że nie wolno mu walczyć z pragnieniem, które do tej pory z winy chrześcijańskiej teologii utożsamiał z pożądliwością. Naprawdę wystarczy mu podpowiedzieć, w jaki sposób pragnienie może realizować w postaci tęsknoty, a samoczynnie rozbroi minę pożądliwości. Tylko, że nie wolno bać się tej pracy i tego ryzyka, które jest związane z wchodzeniem w samego siebie, aby tęsknotę rozpoznać w pożądliwości.

Człowiek musi nauczyć się obchodzić ze swoim pragnieniem i nie wmawiać sobie, że poradzi sobie z pożądliwością, bo nie poradzi. Zepchnięta w podświadomość, zamknięta na dnie serca, prędzej czy później wydostanie się na wolność i niczym groźny wulkan wybuchnie, niszcząc człowieka i wszystko wokół niego. Człowiek musi nauczyć się obserwować swoją pożądliwość, pozwalając jej pracować w nim, bo jest ciemną stroną jego pragnienia, aby umieć określić rodzaj tęsknoty, która w ten sposób chce go uwolnić ze starego stanu i poprowadzić ku nowemu.

Dlatego właśnie na życiowym szlaku można realizować jedynie dwa archetypy. Ten, którego uosobieniem jest Odyseusz, polega na ciągłym pobudzaniu pożądliwości. Bo jak Odyseusza ożywiało pragnienie powrotu do domu, czyli do pierwszego doświadczenia; do tego, co było mu znane; czego pragnął, bo znał tego smak, tak pożądliwość zmusza człowieka, aby realizował swoje pragnienie przez powrót do tego, w czym się zdążył rozsmakować, niczym stary lubieżnik. I nie spocznie, póki nie powróci do stołu przyjemności.

Tymczasem w archetypie Abrahama dochodzi do głosu jasna strona pragnienia, którą jest tęsknota. Co prawda Abraham jakby pożądał przedmiotu Bożej obietnicy, ale tylko pozornie, ponieważ po pierwsze nie znał tego, co zostało mu obiecane, a po drugie tak naprawdę nigdy tego nie otrzymał w stopniu ostatecznym. Pozostawała mu więc jedynie tęsknota za nowym doświadczeniem. Dzięki niej szukał drogi ku nieznanemu celowi i spełnieniu pragnienia. To tłumaczy, dlaczego Abraham nigdy nie powrócił do ojcowskiego namiotu, ani do zastawionego w nim stołu życia. Bezustannie szukał własnego, nowego, będącego przedmiotem tęsknoty, w której dopełniała się miara jego człowieczeństwa jako pragnienia. I tylko dlatego doświadczył usprawiedliwiającej mocy wiary, ponieważ nie bał się drogi ku nowemu, ani nie ciążyło nad nim przekleństwo pomyłki.

Człowiek na życiowym szlaku to Abraham, pozwalający prowadzić się przez własną tęsknotę, a nie Odyseusz, zmiażdżony pożądliwością.

Jednak, aby pozostawać Abrahamem, nie wolno bać się własnego pragnienia, bo to jakby bać się własnego człowieczeństwa, które jest pięknym i dobrym darem.