Gniew

Gniew jest nazwą energii, fundamentalnej do przeżycia, a jednocześnie przysparzającej najwięcej trudności, zwłaszcza w środowiskach tradycyjnie chrześcijańskich, które pokoleniami przekazują sobie niewłaściwy wzorzec, jakoby gniew niszczył miłość. Przyczyn, dlaczego tak się dzieje, nie trudno dociec, jednak odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się obraz Jezusa, jako uosobienia anielskiego spokoju, już trudno udzielić.

Na wstępie ustalmy jakiego rodzaju energią mamy się zająć. Jak zwykle radzę przyjrzeć się słowu, a znalazłszy rdzeń, odkryć jego rodzinne związki, aby mieć pojęcie o pierwotnym znaczeniu. W gniewie słychać zatem ten sam rdzeń, który tworzy słowa: gnieść, gniazdo, gnić. Czy razem nie dają do myślenia? Gdy ktoś za bardzo mnie gniecie, czyli przyciska do siebie, wręcz miażdży, zaczynam odczuwać uzasadniony gniew, ponieważ może mnie udusić, zabić. Gdy mu się to uda, zacznę gnić. Całości dopełnia obraz gniazda, czyli domu. Najczęściej pierwszego gniecenia i miażdżenia aż do utraty tchu doświadczamy w domu, czy to jako wyraz przesadnej miłości rodziców, czy też wychowywania, nie znoszącego sprzeciwu.

A zatem gniew rzeczywiście jest energią pierwotną, przynależącą do doświadczenia każdego gniazdownika, czyli kogoś, kto w pierwszej fazie życia był całkowicie uzależniony od opieki rodziców. Co prawda dzięki nim żyjemy, ale jednocześnie w ich gnieździe zaczynamy się dusić. Dlatego próbujemy się bronić, żeby nas nie zmiażdżyli i nie przygnietli, bo przecież nie chcemy gnić. 

Mam nadzieję, że teraz widać, dlaczego w rodzinnych domach bardzo często doświadczamy silnej reakcji rodziców, absolutnie nie godzących się ze sprzeciwem dzieci, chociaż jednocześnie to właśnie fakt uzależnienia od rodzinnego domu i opieki rodziców, jest przyczyną energii gniewu i ją napędza. 

Gniew rodzi się w gnieździe jako skutek gniecenia. Dlatego paradoksalnie jest niezbędny do przeżycia w środowisku, które wydaje się najbardziej sprzyjające życiu i chroniące przed śmiercią. Energia gniewu w istocie jest najbardziej pierwotną energią życia, broniącego się przed śmiercią. Mówiąc inaczej i łagodniej jest energią przeżycia, gdy zagraża niebezpieczeństwo, i dlatego jej źródło znajduje się w ciele mniej więcej w tym samym miejscu, co źródło energii seksualnej. Każdy osobnik chce bowiem przeżyć i dać życie nowemu pokoleniu. W ten sposób życie dba o kontynuację. 

Do myślenia daje fakt, że gniew i seksualność są najbardziej represjonowane w rodzinach i środowiskach religijnych, o charakterze tradycyjnie patriarchalnym. Nie czas na wyczerpujący opis przyczyny, tak czy inaczej widać wyraźnie, że energia gniewu, chociaż bardzo dobra i niezbędna, z jakichś powodów poddana jest opresji. Skutki są opłakane, ponieważ stłumiony gniew, czyli jakby zamrożona w ciele energia życia, prędzej czy później musi znaleźć ujście i nagromadzona w nadmiarze albo niszczy wewnętrzne organy, w których ją upychamy, czyli pod pępkiem, skąd pochodzi, albo rujnuje relacje i związki.

Dlaczego gniew ma tak złą reputację? Z oczywistego powodu. Represjonowana energia życia, chce się uwolnić, podobnie jak energia seksualna. Gdy jej potencjał jest na tyle duży, że dłużej nie można utrzymywać go pod kontrolą, wybucha i dobra energia gniewu staje się niszczycielską energią wściekłości. W rzeczywistości nie gniew jest niebezpieczny, ale wściekłość. Tylko, że większość z nas z jakichś powodów społecznych, duchowych, może wciąż także religijnych, próbuje energię gniewu pacyfikować w sobie, i w efekcie co jakiś czas doświadcza negatywnych skutków wściekłości, czyli tłumionego gniewu. Sądzą wtedy, że gniew jest złą energią i koło zaczyna toczyć się kolejnym tłumieniem a potem kolejnym wybuchem, aż ostatecznie na powierzchni pojawia się śmierć.

W codziennym języku używamy jeszcze jednego słowa, które w moim przekonaniu tłumaczy różnicę pomiędzy gniewem a wściekłością. Jest nim agresja. Pojęcie ma rodowód łaciński i podpowiada, że bycie agresywnym jest pozytywną zdolnością, ponieważ sugeruje zdolność zbliżania się do granicy i pilnowania swojej własności, czyli prawa do życia, a szczegółowiej prawa do godności, szacunku i wolności. Musimy stać na granicy, żeby w osobistą przestrzeń nie wpuszczać złych ludzi, którzy chcą nas zniewolić, aby korzystać z naszej energii emocjonalnej czy finansowej.

Energia gniewu, czyli inaczej agresji, służy więc do regulowania relacji, a mówiąc bardziej obrazowo do regulowania odległości pomiędzy nami. Dzięki niej sam decyduję, kto może być blisko mnie a kto musi trzymać się z dala. Ostatecznie decyduję też kogo wpuszczam w swoją przestrzeń.

Człowiek zagniewany stoi na granicy – mam nadzieję, że ten obraz przemawia do wyobraźni i ułatwia akceptację energii gniewu. Agresji nie wolno jednak mylić z byciem agresorem. Agresor jest złym człowiekiem, ponieważ podnosi rękę na cudzą własność, więc wpierw musi przekroczyć granicę. Agresor zawsze krzywdzi; człowiek agresywny, czyli broniący swego, nigdy. Agresor żyje energią innych, człowiek agresywny swoją, ponieważ nauczył się asertywnego budowania relacji. Gdy trzeba sprzeciwia się, ale gdy chce, potrafi dać, a nawet ofiarować się. Ważne jest to, że sam o tym decyduje, a nie zostaje mu to zabrane siłą przez złych agresorów.

W ten sposób doszliśmy do najważniejszej myśli, a mianowicie, że gniew wcale nie niszczy miłości, a wręcz przeciwnie, że miłość bez gniewu najzwyczajniej w świecie jest niemożliwa. Aby wytłumaczyć dlaczego, posłużę się kolejnym obrazem.  Miłość kojarzy się z obejmowaniem, wtulaniem się, czynieniem z dwojga jednego. Jest zatem oczywiste, że miłości są potrzebne ręce. Tymczasem źle interpretowana energia gniewu uniemożliwia wielu spośród nas stanie na granicy własnej wolności i godności. Ponieważ co jakiś czas wybuchają, próbując ją ujarzmić i zapanować nad nią, stoją daleko od granicy, na tyle bezpiecznie, żeby nie obawiać się konfrontacji. Pół biedy, gdy tylko jedna z osób, obdarzających się miłością, stoi z dala, a druga potrafi zająć miejsce na granicy. Jest jeszcze cień szansy, że chociaż się dotkną. Ale co się dzieje, gdy obie strony stoją z dala od granicy, ponieważ boją się konfrontacji? Owszem, są od siebie na tyle daleko, żeby rękami nie sięgnąć przeciwnika w walce, gdy energia gniewu staje się energią wściekłości, ale czy te ręce w innych sytuacjach i relacjach cudownie się wydłużają? No nie. Zatem najzwyczajniej w świecie nie potrafią się obejmować, wtulać w siebie i z dwojga czynić jedno.

Miłość jest niemożliwa, jeśli energia gniewu, czyli agresji, a więc zdolność do asertywnego kształtowania relacji, jest głęboko zamrożona. Mówiąc wprost ludzie, bojący się gniewu, nie potrafią kochać. Poznać ich po półuśmiechu; po wymuszonym, zawsze takim samym, przyklejonym do twarzy tak zwanym bananie. Co prawda mają wysokie standardy moralne, ale niestety nieprawdziwe.

Unikając krzywdzenia innych, sami siebie krzywdzą najbardziej, ponieważ nie doświadczają miłości, która polega na wzajemnej wymianie. Tylko ludzie spleceni ze sobą i obejmujący się, jednak w każdej chwili gotowi na konfrontację, potrafią uzgodnić między sobą warunki, na jakich jedna strona wpuszcza drugą w swoją przestrzeń i z jakich dobrodziejstw wolności wzajemnie rezygnują, aby móc się połączyć.

Energia agresji, czyli stawanie na granicy, jest nam potrzebna, jak tlen organizmowi. Tylko ona rozprowadza miłość w najdalsze zakątki duszy. To też tłumaczy, dlaczego cieniem namiętnej i delikatnej seksualności jest gwałtowność, czasem posunięta nawet do niespodziewanie przyjemnych doznań bólu, które poza tym są przykre i krzywdzące.

Duchowo rozwinięty człowiek potrafi korzystać z energii gniewu, nie bojąc się poddać jej działaniu. Praca z nią nie polega na uleganiu jej, co praktycznie oznacza całkowite utożsamienie się z nią. Coś takiego zawsze kończy się osamotnieniem, ponieważ boimy się ludzi, których nie jesteśmy pewni, czy będą mili, czy wybuchną. Również całkowita represja gniewu niczemu dobremu nie służy, ponieważ kończy się chorobami.

Codzienna praca z gniewem jest umiejętnym wyrażaniem własnego zdania i  asertywnym kształtowaniem relacji. Sprzeciwianie się i bezpośrednie mówienie prawdy o tym, że jest się złym, bez krzyku i bicia po twarzy, jest dobrym korzystaniem z energii gniewu. Warto ćwiczyć się w byciu zagniewanym, ponieważ w ten sposób można uniknąć stanu wściekłości.

Nie bójmy się gniewu, bo jest energią życia, która pomaga nam wyrażać siebie, realizować powołanie, pasje i marzenia. Dzięki tej energii często niepostrzeżenie stajemy się zdolni do przeżycia prawdziwej miłości. 

Bądź tak dobra… .

– gdy całujesz – oczu nie zamykaj

                           lubię tonąć w szerokich źrenicach

– gdy dotykasz – pięści nie zaciskaj

                           lubię miłość raczej nie na klacie

– gdy mówisz „kocham” – unikaj zaimków zwrotnych

                                           lubię nieskomplikowane składnie damsko-męskie

– gdy chcesz tego „czegoś” – nie przesadzaj z niewinnością

                                               lubię „świętą”, ale w …kuchni

– gdy myślisz „on jest mój” – pomyśl o mnie

                                                lubię być darem, nie własnością

– gdy jesteśmy razem – nie interesuj się moimi myślami

                                      lubię czasem samotność we dwoje

– gdy jesteśmy daleko – nie pytaj: „co tam robisz?”

                                       lubię Twą modlitwę

Po (co ten) twór

nocą potwór pokazał twarz

paszcza mrozu pożarła kwiaty

kochane, cudowne, czerwone… moje 

srebrność szronu pokonała uśmiech lata

o świcie zamilkła pieśń życia…

płacze cały świat

kwiatki moje – wasze łzy, moje łzy

zimowych łez pełen świat

potwór jesiennych smutków

po (co ten) twór bezlitosny?

zabrał mi mój świat, moją sensowność

po co takie twory stworzył Ktoś?

potworów takich pełen świat

zimnych drani,

smutnych nocy,

martwych dni

kwiaty pomarzły

tylko psy szczekają

saniami sunie zimna Pani

po co komu taki Twór?

potwór zimy powraca

i zabiera kwiaty… moje 

Wybaczanie

Wszyscy wiedzą, chociaż niekoniecznie z tego samego powodu, że wybaczanie jest warunkiem mądrego, zdrowego, szczęśliwego i religijnego życia. Niektórzy więc kierują się religijną powinnością, nie dostrzegając związku między wybaczaniem a własnym życiem, inni kierowani troską o zdrowie, a jeszcze inni dbając o rozwój duchowy.

Powstało też wiele różnorodnych programów wybaczania, a w księgarniach bez problemu można znaleźć kilkanaście poradników, których autorzy mają dla nas mniej lub bardziej cenne wskazówki, jak rozumieć wybaczanie i w jaki sposób je praktykować. Istnieje nawet specjalny program tak zwanego radykalnego wybaczania, który ma wiele wspólnego z praktyką szamańską, rozwiązywaniem karmicznych węzłów i uwalnianiem z zobowiązań z poprzednich wcieleń.

No cóż, i w tym wypadku, jak w pozostałych, nie mam najmniejszego zamiaru podważać ani sensowności tych poglądów ani udowadniać nieskuteczności praktyk, ponieważ wiem, że wszystkie w jakiejś mierze spełniają swoją rolę i jeśli ktokolwiek z nas w nie wierzy, na pewno korzysta z ich dobrodziejstw. Swoją  rolę rozumiem w ten sposób, żeby nie zabierać, ale raczej uzupełnić i dodawać.

Niestety niektórzy terapeuci i pożal się Boże duchowi nauczyciele uważają, że tylko ich metody są najlepsze i podważają pozostałe. Mówiąc inaczej budują swój autorytet, kosztem autorytetu innych. A jeślibym miał do bólu być szczery, to uważam, że dobrego terapeutę i duchowego nauczyciela poznaje się po tym, że dba o dobro wszystkich, którzy mają się źle i szukają pomocy, a nie o dobro swojego portfela. Tymczasem wmawianie ludziom, że jedynie moja metoda jest skuteczna, jest działaniem marketingowym, służącym sprzedaży, które z etyką i miłością nie ma nic wspólnego.

Jeśli więc masz wyrobiony pogląd na wybaczanie i praktykujesz je w sposób, który uważasz za dobry, postępuj tak dalej. Gdybyś bowiem uwierzył w moją krytykę, ale w mojej metodzie nie znalazł pomocnej inspiracji, pozostałbyś z niczym i Twoje życie stałoby się mniej zdrowe i satysfakcjonujące. Miałbyś prawo uważać, że Cię okradłem i skrzywdziłem, a ja tego nie chcę. Dlatego czytając niżej o moim pojmowaniu wybaczania, zresztą jak o wszystkim, z czym się dzielę, pomyśl, czy Cię tym ubogacam czy zubażam? Jeśli to pierwsze, wkomponuj to w własną praktykę duchowego życia. Jeśli to drugie, pozostań przy swojej.

Wybaczanie, które proponuję, jest bardziej radykalne od czegokolwiek, co do tej pory otrzymało taką etykietkę, a jednocześnie prostsze od wszystkich znanych metod, ponieważ nie wymaga duchowych ćwiczeń, ani gromadzenia danych na papierze, żeby móc je emocjonalnie przepracowywać. Nie wymaga też czasochłonnych rytuałów ani praktykowania czegoś, z czym nie zgadza się umysł. Owszem, jeden warunek jest niezbędny. Jest nim zaufanie, że życie każdego z jest manifestacją Miłości i jest otulone Światłością, z której zostaliśmy stworzeni. Teraz jednak, zanim pójdziesz ze mną głębiej, proszę Cię, żebyś przeczytał mój tekst pt: Każdy ma swojego Judasza. Dopiero potem wróć tutaj. 

Jeśli zatem każdy ma swojego Judasza, bez którego niemożliwe byłoby doskonalenie się w posłuszeństwie przez doświadczenia, które przeżywamy, również wybaczanie nie jest czymś, co musimy praktykować wbrew oczekiwaniom szczęśliwego i bezproblemowego życia. Wielu z nas ma kłopot z wybaczaniem, ponieważ w proces zaangażowali umysł, podpowiadający im, że skoro nie są winni, to w imię sprawiedliwości mają święte prawo do tego, aby ten, który skrzywdził, przyszedł pierwszy i przynajmniej przeprosił, nie wspominając o wyrównaniu krzywdy. Myślą wówczas o poczuciu godności, szacunku do samych siebie, zachowaniu twarzy i po prostu ważą psychiczne zyski oraz straty. Ego podpowiada im wówczas, że nie można wybaczyć, ponieważ byłoby to równoznaczne ze zgodą na zło, którego doświadczyli.

No dobrze, ale gdyby po prostu przyjąć, że zło nas nie spotyka? Że każde doświadczenie jest niezbędne do duchowego rozwoju i dlatego nie jest ani złe, ani dobre? Pod względem energii emocjonalnej jest po prostu obojętne, jednak to, w którą stronę my tę energię zwrócimy i w konsekwencji w jaki sposób z niej skorzystamy, zależy wyłącznie od nas, a w istocie rzeczy od naszych poglądów na temat dobra i zła? Wystarczyłoby zatem zmienić przekonania na temat życia i przestać ulegać lękom, że w każdej chwili może nas spotkać kolejne zło, ale zaufać drodze życia, której autorką jest Miłość, żeby pozbyć się stresu i pierwszy raz w życiu lekko wybaczyć, bez intelektualnej arytmetyki zysku i straty? 

Wybaczanie, jak je pojmuję i praktykuję, oznacza zatem coś, co dla przeciętnego umysłu jest nie do przyjęcia, ponieważ posługuje się standardowym, skonstruowanym z energii strachu, przekonaniem, że doskonale wiadomo, co jest dobre a co złe, któremu hołdują kolejne pokolenia nieszczęśliwych ludzi.

Żeby wybaczyć nikomu nie muszę odpuszczać winy, ponieważ wszyscy zostaliśmy uniewinnieni przez Miłość, która wcieliła się i objawiła w świecie w osobie Jezusa. Nie muszę też zastanawiać się nad charakterem tej winy i jej ciężarem gatunkowym. Nie muszę analizować, czy to, co mnie spotkało, wynikało z intencji złego człowieka, czy było nieświadomym czynem dobrego. Nie muszę przekonywać samego siebie do czynienia dobrych uczynków, które wynikają z religijnego albo jakiegokolwiek innego obowiązku. Nie muszę używać wagi sprawiedliwości, ani tym bardziej ulegać własnemu ego, które istnieje tylko dlatego, że dba o swoją pozycję, chwałę i sławę.

Wybaczanie jest proste, jak oddech, i naturalne jak dzień do nocy a lato po zimie. Nawet nie muszę tego w ten sposób nazywać, żeby wydarzyło się jako rozwiązanie węzła we mnie i pomiędzy nami, z powodu którego energia miłości nie może przepływać ani przeze mnie, ani pomiędzy nami. Wystarczy, że człowiekowi, z powodu którego, coś przeżyłem albo wciąż doświadczam tego skutków, podziękuję za to, co zrobił, ponieważ wiem, że wszystko służy ku dobremu i jest mi potrzebne do osiągnięcia doskonałości.

Gdy za wszystko dziękuję, niczego nie muszę oceniać; niczego przepracowywać; nic mnie nie rani i nie ciągnie w życiowy dół. Nie cierpię, nie zmuszam się do czegoś, co wydaje mi się nienaturalne albo wbrew mojemu interesowi.

Gdy za wszystko dziękuję, najzwyczajniej w świecie jestem lekki. Leżę sobie na chmurce Bożej chwały i łaski. A leżąc na niej mam dostęp do źródła życiowej obfitości, które się nie wyczerpuje i odnawia mnie pod względem psychicznym, duchowym i cielesnym, czyli także zdrowotnym. 

Nie wyobrażam sobie lżejszego i szczęśliwszego życia. Wystarczy zaufać Miłości. Wierzysz w to?

Zaufaj Miłości. Wybaczanie przestanie być zadaniem do wykonania i życiowym problemem.

Zapraszam do Elbląga

Zapraszam Panie i Panów na wykład Poznaj swoją siłę i zamień ją w miłość, dedykowany Mężczyznom, którzy mają potrzebę poznania samych siebie i rozwoju duchowego.

Mężczyźni nigdy nie stoją na straconej pozycji. W każdej chwili mogą poczuć w sobie miłość, która jest najpotężniejszą energią, zmieniającą świat.

Od zamierzchłych czasów archetypy Króla, Kochanka i Ogrodnika wiodą Mężczyzn przez meandry życia i tajemnice mądrości do nich samych.

Kobiety czekają na Króla, Kochanka i Ogrodnika, aby poczuć męską siłę, która jest miłością.

Wykład odbędzie się w sali Parafii Ewangelickiej w Elblągu, w niedzielę, 17 listopada, po nabożeństwie, które rozpoczyna się o godz. 10-tej.

Elbląg, ul. Kosynierów Gdyńskich 25

Transformacja emocji

Moja metoda na osiąganie oświecenia, czyli przechodzenie z nieświadomości do świadomości, nie jest męcząca ani czasochłonna. Nie musisz dużo ćwiczyć ani stawać się mistrzem duchowości. Jest prosta, jak coroczna przemiana przyrody z lata w zimę i na powrót ku latu. Jeśli masz zamiar nauczyć się jej, musisz mi zaufać, że początkiem nowego życia nie są cuda wianki, ponadprzeciętne wysiłki i nadprzyrodzone zdolności.

Początkiem jest nowy sposób myślenia. Musisz po prostu zmienić swoje przekonania dotyczące życia; tego, co jest dla Ciebie dobre albo złe; wreszcie samego siebie i swojego miejsca w świecie. To oczywiście oznacza, że przejmujesz kontrolę nad swoim umysłem, aby nie produkował wciąż starych, wzorcowych myśli, więc jeśli tylko chcesz możesz się do tego zabrać z pomocą medytacji albo innej praktyki. I jeśli na początku będzie Ci to pomagało, rób to, ale uważaj, abyś z dyscypliny nie uczynił boga a drogę do celu, czyli metodę, nie pomylił z celem. Gdy więc zaczniesz odczuwać, że umysł już Tobą nie rządzi, ale Ty nim, wtedy popuszczaj jarzmo dyscypliny, a metodę praktykuj jedynie jako podtrzymywanie kondycji.

Najważniejsze są bowiem nowe myśli, czyli takie, które Ci służą, podtrzymując Twoje życie w zdrowiu, i wypełniając Cię miłością, która niczego nie potrzebuje, ale wszystko może dawać.

W codziennej praktyce to oznacza, że dzięki nowemu myśleniu Ty i tylko Ty, i nikt inny, ani tym bardziej żaden podręczny zestaw wartości, nie decyduje o tym, w jaki sposób przeżywasz kolejne dni i noce. Mając nowy warsztat mentalny sam decydujesz o tym, co sądzisz o kolejnym doświadczeniu i w jaki sposób możesz je wykorzystać w duchowym rozwoju. Energia emocji przestaje płynąć poza Twoją kontrolą, najczęściej Ci szkodząc. Odtąd jest przewidywalna a Ty świadomie zarządzasz jej potencjałem. Świat przestaje być źródłem stresu, a  życie spokojnie płynie.

Dlatego zapamiętaj, co Ci proponuję. Oświecenie polega na tym, że dzięki nowym myślom do swej podświadomości wysyłasz świadomie zupełnie nowe impulsy, dyrektywy, zarządzenia. Większość ludzi (terapeutów niestety też) sądzi, że podświadomość należy wyczyścić różnymi metodami duchowymi albo psychicznymi, aby nie zatruwała świadomości. Nie słuchaj ich, bo nigdy nie wyjdziesz z ich gabinetów, a pieniędzy wciąż będziesz mieć za mało, żeby skorzystać z nowej technologii.  

Nie daj się na to złapać. Po prostu zmień przekonania! Nowymi myślami świadomie przejmij kontrolę nad podświadomością. Doświadczysz uzdrowienia i  wybawienia.

Uważasz, że to jest trudne? W pewnym sensie tak, ale tylko na początku. W istocie to jest najłatwiejsza i najszybsza metoda. Pierwszym krokiem jest zmiana przekonań. Drugim krokiem, dzięki nowym myślom, jest świadome przeżywanie emocji, dzięki czemu uczysz się zarządzać energią zmian.

Na moim blogu przeczytaj o tym, w jaki sposób pracować z emocjami. Jak nadawać im nową wartość i wykorzystywać ich energię. Przykłady znajdziesz w tekstach, poświęconych antypatii, bezsilności, chciwości, dumie, euforii. Kolejnych się spodziewaj.

Zdaję sobie sprawę z tego, że przynajmniej na początku może to stanowić wyzwanie i problem, żeby tak po prostu energię emocji, powszechnie uznanej za złą, zacząć wykorzystywać dla własnego rozwoju, więc proponuję metodę pośrednią. Ale proszę, stosuj ją tylko na początku. Nie uzależniaj się od niej, zresztą jak od wszystkiego. Ma Ci ułatwić naukę przebiegunowania energii emocji i wykorzystywania ich całego potencjału. Dzięki niej łatwiej nauczysz się trafiać w środek, więc mniej sił i czasu stracisz na odbijanie się od brzegów.

Wyobraź sobie, że wszystkie emocje można jakoś wpakować w klepsydrę. Te powszechnie uznane za negatywne do części dolnej, zaś powszechnie uznane za pozytywne do części górnej. Na samym dnie klepsydry znajdziesz zatem lęk, rozpacz, bezsilność. Trochę ponad nimi poczucie zagrożenia albo poczucie winy. Znowu trochę wyżej brak poczucia bezpieczeństwa, a jeszcze wyżej zazdrość. I tak można dojść do środka klepsydry, gdzie spotkasz się ze zwątpieniem, nad nim z rozczarowaniem, a wyżej frustracją, potem znudzeniem, może jeszcze pesymizmem i nagle nad nim zobaczysz, tam gdzie klepsydra zaczyna się rozszerzać, zadowolenie. I teraz widzisz jak ku górze pojawiają się coraz piękniejsze emocje. Aż na samej górze trafiasz na poczucie mocy, potem na radość, zaufanie i wreszcie na miłość.

Co z tego wynika? Jeśli na początku nie potrafisz tak po prostu transformować lęku w miłość, możesz z dołu do góry wejść stopniowo. W ten sposób jakby oszukasz swój umysł, który będzie stale podpowiadał, że są uzasadnione powody do lęku, dlatego nie możesz ufać, a więc w efekcie także kochać. A przecież, o ile pamiętasz, chodzi o to, abyś zaczął inaczej myśleć, a po jakimś czasie nowy wzorce stworzą w umyśle nowe synapsy i wszystko pójdzie już łatwo.

Zatem uczymy się oszukiwania własnego umysłu. To dopiero jest zabawa!!!

Załóżmy, że wpadłeś w depresję i czujesz wielki żal do życia, wręcz boisz się, że śmierć już ostrzy swoje narzędzie? Co możesz zrobić? Skoro nie potrafisz tak od razu zaufać życiu, jedyne co możesz zrobić, to pokonać jeden albo dwa stopnie w górę i zacząć się wściekać. Tak właśnie, wściekłość na życie jest dobrą metodą, aby wyjść z lęku, rozpaczy, poczucia winy albo bezsilności. Kto nie potrafi albo nie chce się wściekać na życie, temu wszystko stało się obojętne i do tańca zaprosił Kochankę Śmierć. Jednak do wściekniętego ona nie podejdzie. Boi się energii życia, która wreszcie zaczęła płynąć ku górze.

Rozumiesz na czy polega zabawa? Jest łatwa. Energia zemsty uwolni Cię od energii wściekłości. Złość z kolei uwolni Cię energii zemsty. Oskarżanie uwalnia od złości. Emocjonalne uwikłanie uwalnia od oskarżania. Irytacja uwalnia od emocjonalnego uwikłania. Pesymizm uwalnia od irytacji. Pozytywne oczekiwania uwalniają od pesymizmu. Od oczekiwań uwalnia nadzieja, a od niej uwalnia zaufanie, żeby wreszcie na końcu pojawiła się miłość.

Proszę, świadomie zarządzaj energią swoich emocji. Niech podświadomość dłużej Tobą nie rządzi. Jeśli to, co opisałem, pomoże Ci, rób to jakiś czas. Transformuj emocje i bądź wolny.

Euforia

Znamy liczne pojęcia, zbudowane ze słowa „eu” (z greckiego dobrze, pomyślnie), których się boimy. Dla przykładu eutanazja albo eugenika budzągrozę. Niektóre wydają się obojętne, takie jak eufemistyczny. Bywają inne, które śmieszą, chociaż nie wiadomo dlaczego? Na przykład eunuch. Wreszcie inne kojarzymy wyłącznie pozytywnie, chociaż nie bardzo wiemy co oznaczają. Do takich należy eucharystia. Niektóre sugerują, że jesteśmy naiwni, bo cóż innego może oznaczać eudajmonia, czyli szczęście, rozumiane jako posiadanie najwyższych dóbr. Za eukaliptusem kryje się nie tylko drzewo, ale też lekarstwo, ale co począć z euforią?

„Eu” połączone z „phero” (z greckiego w zależności od odmiany i kontekstu przynieść, unieść, zjednać sobie, trzymać się) kojarzymy z energią, której doświadczamy rzadko i życzylibyśmy sobie, aby płynęła przez nas każdego dnia.  Euforia może oznaczać, że dobrze się trzymamy; że czujemy się świetnie, ponieważ życie przyniosło nam wiele dobra; a może unieśliśmy jakiś ciężar, zwyciężyliśmy i dlatego czujemy się uskrzydleni.

Pozornie euforia mogłaby zatem stanowić wyłącznie dobry rodzaj życiowej energii, w której nie ma niebezpieczeństwa. Mimo wszystko powinniśmy być czujni i uważni, aby nie uderzyć w jakiś brzeg życia, w wyniku czego zrujnujemy duchowy rozwój i odbijemy w przeciwny brzeg. Po czym dopiero doświadczymy negatywnej strony euforii. Może zatem należałoby, zanim stanie się nieszczęście, przyjrzeć się jej uważnie i nauczyć się korzystać z jej energii, aby móc spokojnie płynąć ku celowi życia?

Gdy nie ma bodźca, nie pojawia się cierpienie. Bodziec jest właśnie po to, aby bóść, czyli ranić. Dzięki niemu wiemy, że niepotrzebnie coś drażniliśmy. Gdy działa bodziec, życie zaczyna boleć. Poszukajmy zatem spokojnie tego, co w euforii pełni rolę bodźca. 

Czy ktoś, kogo dopadła euforia, nie drażni wesołością, często graniczącą z brakiem smaku i wyczuciem chwili? Wesołość bez umiaru w sytuacjach, wymagających powagi, dostojeństwa, godności, a może po prostu kultury osobistej, nie jest śmieszna. Staje się wesołkowatością, a człowiek pajacem. Widać więc już pierwsze zagrożenie. Jednak szukajmy dalej.

Euforia na pewno jest energią wyjątkowo dobrego nastroju. Dzięki niej można poczuć się lżej, radośniej. Ma w sobie coś z zadowolenia sobą i życiem. Pojawia się jako skutek radzenia sobie w życiu, a skoro sobie radzę, więc mogę być radosny. Wątpliwości powinny pojawić się wówczas, gdy nie potrafię powstrzymać przesadnego śmiechu. Śmiejąc się bez przerwy, z wszystkiego i pomimo wszystko, zachowuję się, jakbym zażył opiaty. Naturalne co prawda wywołuje euforia, ale czy na pewno o to chodzi, abym się czuł jak na haju?

W euforię popaść można z wielu różnych powodów. Można ją odczuwać zwłaszcza wtedy, gdy dzieją się szczególnie upragnione sytuacje, na przykład nagły przypływ dużej gotówki, potrzebnej do budowy domu; od lat wyczekiwany  awans zawodowy albo społeczny; urodzenie dziecka albo oświadczyny. Euforia rozwija się zatem w określonych sytuacjach, gdy osiągamy jakiś wymarzony cel.

Jednak do myślenia musi dać fakt, że medycynie znana jest tzw. euforia biegacza albo euforia wysokościowa. To znaczy, że może rozwinąć się na skutek długotrwałego wysiłku fizycznego albo podczas przebywania w rozrzedzonym powietrzu, w którym maleje ilość tlenu i zmienia się ciśnienie. W pierwszym z wymienionych przypadków, w sytuacji, kiedy wysiłek trwa wystarczająco długo, organizm przechodzi z tlenowych przemian metabolicznych na procesy beztlenowe. Skutkiem takiej sytuacji jest wydzielanie specyficznych substancji, które wywołują euforię. Podobnie dzieje się, gdy zmniejszają się dostawy tlenu do organizmu.

Powoli wyłania się prawdziwy obraz energii euforii, z natury dobrej i potrzebnej, ale niosącej z sobą także zagrożenia dla życia. Gdy zbyt długo i niezmordowanie chcemy być pierwsi albo zająć najwyższe miejsce w hierarchii, wkładając w to wszystkie swoje siły, w efekcie poczujemy euforię, ale jej pojawienie się musi być sygnałem, że należy zapytać o sens tego wysiłku.  Czy rzeczywiście był potrzebny do osiągnięcia celu, ku któremu powinna nas prowadzić droga osobistego rozwoju duchowego?

Czy szukanie bodźców w tak zwanych sportach ekstremalnych albo podróżowaniu z zagrożeniem życia, wreszcie lekceważeniu sygnałów zdrowotnych, wysyłanych przez organizm, gdy realizujemy zawodowe cele bez względu na cenę, jest prawdziwym wędrowaniem przez życie i podążaniem ścieżką duchowego rozwoju, czy może odwrotnie, jest zastrzykiem endorfin, które mają  zagłuszać krzyk samotnej i smutnej duszy?

Euforia oczywiście może pojawić się nagle, jako skutek niespodziewanego daru życia. Jeśli jednak jest efektem tresury organizmu i zdobywania celów, które niczemu i nikomu nie służą, poza ucieczką przed prawdą o sobie samym, prędzej czy później dojdzie do całkowitego załamania życia i pojawią się choroby. Doprawdy nie jest to nic takiego, co byłoby nieznane medycynie. Zdarzają się bowiem sytuacje, gdy euforia pojawia się u ludzi wyjątkowo schorowanych bądź zmagających się z wieloma problemami jako skutek stresu i metabolizmu beztlenowego.

Gdy czujesz się beztroski i wolny, mając w sobie zadowolenie, które nie przypomina nagłego uderzenia endorfin, bądź pewien, że euforia rzeczywiście służy Twemu życiu. Jej energia jest wówczas nurtem życia, któremu pozwalasz się unosić bez szczególnego narażania się na bodźce, wieszczące zbliżające się cierpienie.  Dbaj o dobry nastrój, radząc sobie w życiu, trzymając się prosto i godnie niosąc ciężary codzienności. Czuj się, jakbyś był zwycięzcą w biegu życia a w dorobku miał zdobycie korony świata, uważając przy tym, abyś wesołości nie zawdzięczał ekstremalnemu wysiłkowi, bo on zawsze pojawia się na powierzchni życiowego doświadczenia jako skutek działania strachu pod powierzchnią, czyli w Twoim sercu.