Panowie Biskupi karnawał właśnie się skończył

W dzieciństwie i młodości w rodzinnym domu, który jednocześnie był moją rodzinną parafią i kościołem, bardzo lubiłem Święta Bożego Narodzenia, Dziękczynne Święto Żniw i Pamiątkę Reformacji. Wiele intymnych wspomnień pozostało mi z przeżywania zwłaszcza ostatniego dnia października, często zamglonego, nasiąkniętego zapachem liści i księżycową poświatą.

Najmilej wspominam wieczory, gdy Akademia Reformacyjna miała miejsce nie w „domu”, czyli w starobielskim kościele, ale w bielskim albo bialskim. Wówczas pójście i powrotna droga w jesiennej mgle, połączona ze świąteczną akademią, stanowiły rodzaj mistycznego doświadczenia wejścia w noc, w tajemnicę, z której się wyłoniłem i do której podążam.

Na marginesie zauważę ciekawą symetrię miejskiej przestrzeni rodzinnego miasta, naznaczonego trzema ewangelickimi kościołami, która zwłaszcza od strony Starego Bielska, czyli od strony rodzinnego domu, jako wyraźnie symboliczna naznaczyła moją drogę życia, czego teraz jestem świadomy. Moją wędrówkę przez tajemnicę październikowej Pamiątki Reformacji zacząłem w cieniu starobielskiego kościoła im. Jana Chrzciciela, kontynuowałem obok bielskiego kościoła im. Zbawiciela, aby dojść do bialskiego kościoła im. M. Lutra.

Na szczęście udało mi się nie zatrzymać w ostatnim i dzięki Bogu idę dalej. Czy potrzebuję kolejnych kościelnych budynków, aby wyznaczały dalsze etapy życiowego wędrowania?

Na pytanie znam odpowiedź, którą dedykuję zwłaszcza Biskupom, nie tylko Kościoła Rz-K, choć przede wszystkim. Ostatnio dziwnie wyglądają, patrząc na świat wystraszonymi oczami, nie będąc mentalnie ani psychicznie przygotowanymi na wzięcie odpowiedzialności za wybory i czyny swoich poprzedników, zwłaszcza Biskupów Rzymu, co swoją twarzą i szokującymi odpowiedziami pokazał pewien polski kardynał. Myślę, że to doświadczenie zawstydziło nawet nas, oglądających rozmowę.

Panowie Biskupi, przestańcie wypierać, bo wszyscy stracicie wzrok. Zobaczcie wreszcie, że karnawał się skończył. Czas zrzucić przebranka, którymi przez stulecia zawłaszczaliście nie tylko przestrzeń, ale i wyobraźnię. Czas wybrać się w drogę, o której pierwszy raz usłyszał ap. Piotr, ów uczeń Jezusa, na którym budujecie swój autorytet: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, sam się przepasywałeś i chodziłeś, dokąd chciałeś; lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a kto inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21,18).

Mnie udało się nie zatrzymać. Może i dla Was jest jeszcze czas i szansa, abyście nie musieli wyciągać dłoni, a inni wbrew waszej woli nie prowadzili Was tam, gdzie nie chcecie?

Udajecie tylko, czy naprawdę jesteście zszokowani tym, że macie coraz mniej uczestników nabożeństw i mszy, a wścieknięte Panie wtargnęły do kościelnych budynków, aby pokazać Wam swoje kły?

Naprawdę nie rozumiecie, że chrześcijaństwo jest drogą duchowego rozwoju, możliwą wyłącznie dlatego, że w swej najgłębszej istocie jest sekularyzowaniem świata, rozpoczętym i kontynuowanym nie przez złych ludzi, ale żywego Boga, który nie może patrzeć na cierpienia ludzi składanych w ofierze, paraliżowanych strachem, korumpowanych poczuciem wstydu i umierających pod ciężarem winy?

Chodzicie po świecie w przebrankach Molocha, zamiast być prawdziwymi, szczerymi, nagimi w swe istocie, totalnymi ludźmi Boga o imieniu JESTEM. Nie życzę Wam, bo i mnie może spotkać to samo, jednak kto wie, czy Moloch nie zaczął upominać się o swoich kapłanów, a dobrze wiecie, w jaki sposób przyrządza sobie smakowite potrawki z poświęcanych mu ofiar. 

Karnawał się skończył.

Wszystko zaczęło się wraz z powołaniem Abrama, który miał opuścić rodzinę i udać się w drogę, z której nie było powrotu (1. Mż 12, 1-9). Aby nie musieć powracać w religijną przestrzeń sacrum, gdzie klan czcił swoich bogów, Abram otrzymał obietnicę Bożej obecności: „Nie jestem Bogiem miejsca, ale jestem Bogiem Ojca”, czyli wspólnoty, która odtąd ma być nieustannie w drodze. Tylko taka zmiana perspektywy w rozumieniu sacrum pozwalała Abramowi odejść na taką odległość, z której nie był już możliwy powrót.

Czy tylko w ramach przestrzeni? Odtąd człowiek jest wychylony ku przyszłości do tego stopnia, iż powrót w miejsce, w którym opuścił rodzinny dom, tradycję, religię i kościelny budynek jest niemożliwy również w sferze mentalnej, społecznej, kulturowej. Cywilizacyjne żarna, zamieniające sakralną przestrzeń w świętość relacji pomiędzy ludźmi, nieodwołalnie ruszyły z miejsca.

Przywołując powołanie Abrama, późniejszego Abrahama, jesteśmy świadkami zapoczątkowania duchowego procesu, dzięki któremu od tysiącleci rozwija się nasza cywilizacja. Inicjatorem jest Bóg o imieniu JESTEM, nie stwarzający zamkniętych i odizolowanych od siebie gatunków, zbiorowości i monad, które są niezdolne do zmiany. Jednocześnie człowieczeństwu przyznał prawo do ewolucji, wychodzenia z dotychczasowego wzorca religijnego, społecznego i kulturowego, nawet jeśli nią jest, a zapewne przede wszystkim dlatego, że nią jest rodzina, która próbuje ubezwłasnowolnić wszystkich, którzy ją tworzą, w imię wierności dotychczasowym obrazom Boga i samej siebie. 

Człowiek, wkraczający w świętą przestrzeń z nadzieją uświęcenia, jeśli świadomie sam nie idzie na spotkanie ze świętym Źródłem Życia, mija się z sacrum, które nie istnieje poza czasem ludzkiego życia, lecz jest zanurzone w historii. Dlatego najpierw w duchowości żydowskiej, a potem w także w chrześcijańskiej jesteśmy świadkami procesu, który także współcześnie w ocenie wielu jest bezbożny, a w rzeczywistości nieodwracalnie zbliża nas ku jedynie świętemu Bogu i polega na przejściu od sakralności przestrzeni i ceremonii do świętości życia i nazywa się sekularyzmem.

Tymczasem Wy krzyczycie, że świat się kończy, bo wszędzie panoszy się sekularyzm. Otóż jest na odwrót. Właśnie rodzi się prawdziwy świat, w którym nie będzie religii, a zostanie zapełniony ludźmi duchowymi, istotami ze światła, które nie boją się nie zatrzymywać w drodze i dlatego nie wiążą ani z kościelnym budynkiem, ani nie zamykają się w pułapce jednej religijnej tradycji, wiedząc, że nie ma takiej definicji, dogmatu, interpretacji ani liturgii, która byłaby w stanie opisać i uprzystępnić Boga.

Zanik granicy pomiędzy sacrum profanum w biblijnej perspektywie nie oznacza tragedii, ale zysk. Dlaczego? Ponieważ Bóg, jako Święty zstąpił w ziemską przestrzeń i czas, aby każde życie i każdą osobę zbawić. Zanik granicy pomiędzy sacrum profanum oznacza totalne uświęcenie ludzkiego życia, bez względu na istnienie świętej przestrzeni bądź jej brak. Spoglądając na sekularyzm z biblijnej perspektywy, można pojąć, że świętość jest sprawą relacji pomiędzy Bogiem i człowiekiem, a w konsekwencji także pomiędzy ludźmi.

Panowie Biskupi, obyście byli świadomi, że świętość dzieje się zawsze i wyłącznie w codziennym byciu człowiekiem. Dziś nie znajdziecie schronienia w świętych murach kościołów, ani nie wmówicie ludziom, że reprezentujecie Boga, jeśli nie będziecie ludźmi totalnie prawdziwymi, absolutnie szczerymi, ludźmi nagimi w swej istocie, którzy nie potrzebują karnawałowych przebieranek.

Chcecie objawiać świętość Miłości?

Chcecie uratować autorytet Kościoła, zwłaszcza w oczach Młodzieży i ludzi cierpiących?

Dla przykładu proponuję, skrzyknijcie się czym prędzej, nie czekając na Święta Rodziny, jak nazywacie Święta Narodzenia Pańskiego, i stańcie po stronie rodzin. Gdybyście jeszcze wpadli na pomysł, że chętnie pomogą Wam Biskupi z innych Kościołów, np. zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej, byłoby cudownie.

Wiecie o tym, że teraz do chorych i umierających w szpitalach nie mają dostępu nawet najbliżsi członkowie rodzin? Że wielu umiera nie z powodu choroby, ale ze strachu, w poczuciu osamotnienia w doświadczeniu choroby i zimnego oddechu śmierci, bez wspierającej obecności tych, których kochają? To odhumanizowanie procesu chorowania i umierania, a także całkowitą bezduszność medycznych procedur, przygotowanych przez ludzi, którzy resztki czułej delikatności pochowali w piętach, właśnie Wy powinniście od kilku tygodni próbować zmienić. To jest Wasza rola, jako totalnie zanurzonych w świetle Boga, aby światłość życia i miłości świeciły ludziom, którzy mają się źle.

Wszak do znudzenia powtarzacie, że godność ludzkiego życia jest najważniejsza.

Dlaczego krzyczycie na Kobiety, że nie chcą rodzić poczętych dzieci, skoro nie jesteście jednoznacznie konsekwentni wobec Księży, gwałcących narodzone dzieci? Dlaczego nie wyciągacie wniosków z obserwacji zachowania mężczyzn, zmuszonych do samotnego życia na plebaniach, czego skutki pod postacią alkoholizmu i rozwydrzonego seksualizmu od setek lat toczą Waszą kościelną strukturę?

Wszak do znudzenia powtarzacie, że Rodzina jest najważniejsza.  

Dlaczego nie wspieracie Młodzieży, zwłaszcza Dziewcząt, dla których jedynym sposobem na uniknięcie codziennego bicia, wyzywania i gwałtów jest ucieczka z domów i rodzin? Duża część z nich nie ma szczęścia i kończy w więzieniach jako napiętnowani przestępcy, a tymczasem wystarczyłoby, żebyście wreszcie zabrali się za porządną pracę z Mężczyznami i chociaż próbowali uświadomić, że nie mają prawa własności do swoich rodzin, ale obowiązek ochraniania Kobiet i wspierania Dzieci.

Wszak do znudzeni powtarzacie, że Młodzież jest przyszłością Kościoła.  

Nie straszcie ludzi sekularyzmem. Zabierzcie się  do pracy, którą od dawna wykonuje Bóg w człowieku. Czas zrzucić fatałaszki i zostać prawdziwym człowiekiem. Karnawał się skończył.

Od reaktywności do proaktywności

Ostatnio modne są nazwy, emblematy i ruchy PRO…, od prozdrowotnych, przez prorodzinne, po pro-life.

Miło patrzeć, że tak się uaktywniliśmy. Aktywność jest zdrowa, służy życiu, jest wyrazem mądrości. Jednak olbrzymią różnicę robią dwa prefiksy: RE i PRO.  

Życie w sensie ścisłym, to znaczy takie, które się przeżywa, a nie jakiś cudowny sposób na przeżycie życia jakoś, to bez wątpienia aktywność, jednak zawsze tylko z jednym z nich, a mianowicie PRO. Tylko, czy aby na pewno wszystko, co nosi nazwę, utworzoną z tym prefiksem, jest naprawdę tym, co próbuje udawać?

Wolność, o którą toczy się gra na polskich ulicach i w gabinetach polityków, jest nie do pomyślenia bez odpowiedzialności. Są jak dwa skrzydła, bez których człowiek spada, niczym mityczny Ikar. Wolność jest nam dana, czasem zadana, więc albo wywalczona, albo darowana, abyśmy byli odpowiedzialnie aktywni. Czy automatyczna reakcja na jakąś akcję jest przejawem wolności? Jeśli tylko reagujemy według wyuczonego schematu albo poddajemy się emocjonalnej energii, która wyłania się z naszej instynktownej natury bez próby zobaczenia jej i zrozumienia skąd się wzięła i do czego prowadzi, bez wątpienia działamy wówczas na oślep, w sposób nieświadomy i reaktywnie.

Z ciężkim sercem muszę to napisać, ale tak żyją i postępują niewolnicy Lewiatana, potwora podświadomości i umysłu tłumu, który decyduje za jednostkę. Takie postępowanie nie jest wolnym działaniem, ale instynktowną, wyuczoną, nieświadomą reakcją na sytuację.

Odpowiedzialne działanie wolnej osoby zawsze jest proakcją. Wolny człowiek nie działa instynktownie, nieświadomie ulegając emocjom. Jego działanie nie może być tylko reakcją, ponieważ reagując automatycznie staje się niewolnikiem osoby bądź grupy społecznej, która celowo podjęła jakąś akcję.

Wydaje mi się, że to nie jest jakoś specjalnie trudne do zobaczenia i zrozumienia. Tymczasem indywidualnie i w ludzkim tłumie, rojąc sobie iluzje o wolności, wolimy wybierać działania reaktywne, zamiast proaktwne, które oznaczają, że niczemu, absolutnie niczemu, nie pozwalamy się sprowokować!!!!!!!!!!!

Po pierwsze zatem, skoro wystąpiła jakaś akcja wymierzona w nas, nie reagujemy niczym maszyna, ani wyuczone zwierzę.

Po drugie wpierw nabieramy dystansu (to jest właśnie pokora w sensie ścisłym, ponieważ każda reakcja jest wyrazem pychy, że jestem na tyle mądry i silny, aby sobie poradzić), aby poczuć i zrozumieć emocję, która pojawiła się w nas na skutek czyjejś akcji. To najważniejszy krok do odzyskania kontroli nad sytuacją i władzy nad sobą, więc akt wolnej akcji! Reakcja zawsze jest kontrolowana uprzednią akcją, a więc sama w sobie jest wyrazem niewoli.

Po trzecie zaczynamy myśleć, co możemy dla siebie zrobić w sposób wolny, a nie poddany kontroli, ponieważ już nie jesteśmy poddani emocjom. To kolejny akt wolnego działania.

Po czwarte wreszcie wybieramy najlepsze i najkorzystniejsze rozwiązanie, aby nie marnować własnego potencjału, życiowej energii, ale co najważniejsze, aby przejąć pełną kontrolę nad sytuacją. Wówczas bowiem wydarza się prawdziwy cud:  Przejmujemy inicjatywę w sytuacji, w której ktoś chciał nas zmanipulować, wymuszając na nas przewidywalną reakcję!

Na tym polega rzeczywista, a nie urojona proaktywność  ludzi wolnych.

Mamy więc ruch pro-life, który jest tylko wydmuszką oraz iluzją odpowiedzialnego działania na rzecz życia. Dlaczego? W istocie jest bowiem reakcją na wolną aborcję, która nie liczy się z cudem życia. Proaktywność tego ruchu musiałaby obejmować edukację seksualną, wspieranie Kobiet we wszystkich bez wyjątku sytuacjach życiowych, ale przede wszystkim zwrócenie uwagi na mężczyzn, którzy z przyjemnością partycypują w połączeniu gamet, ale przed urodzonym dzieckiem (często także nie urodzonym) uciekają, gdzie pieprz rośnie!

Dlaczego na przykład w Polsce nie podnosi się do poziomu dyskusji publicznej problemu stosunku seksualnego wymuszonego przez mężczyznę, w wyniku którego kobieta zachodzi w ciążę bez swojej woli?  

Na akcję pro-life pojawił się bunt, wściekłość Kobiet, czyli reakcja. Ani po jednej, ani po drugiej stronie nie widać proaktywności. Na czym mogłaby polegać w wykonaniu protestujących Pań? Na zrozumieniu, gdzie tkwi prawdziwa przyczyna antyaborcyjnej akcji i wykorzystanie energii w taki sposób, aby nie wywołać kolejnej reakcji, a w konsekwencji osiągnąć wolność działania.

Zawsze należy zadać dwa pytania: Dlaczego ktoś próbuje mnie sprowokować? Co mogę osiągnąć, nie reagując? Przypominam, że brak reakcji nie jest równoznaczny z brakiem akcji. Brak reakcji jest początkiem świadomego działania.   

W tym tekście nie chcę wskazywać konkretnych rozwiązań ani radzić. Moją intencją jest tylko to, co sugeruje tytuł, zatem pokazanie prostego mechanizmu odzyskiwania wolności. Co prawda wykorzystałem konkretną sytuację społeczną, w której wszyscy uczestniczymy, jednak ów prosty mechanizm można stosować zawsze. Dzięki niemu odzyskujemy wolność i świadomie tworzymy drogę życia.

Dodam na marginesie, że w ten sposób czyścimy nasze związki z przeszłością i rozwiązujemy więzy zobowiązań wobec ludzi, sytuacji i własnych decyzji z bliższej, dalszej i baaaaardzo dalekiej przeszłości.

Bądźmy proaktywni, niech przeszłość nie determinuje naszego TERAZ.

Nad wodami chaosu widać tęczę nowego człowieka

Każdego dnia przed południem i wieczorem przeglądam na fb wpisy oraz relacje z tego, co począwszy od ubiegłej zimy dzieje się nie tylko w Polsce i odczuwam coraz większy smutek.

Naocznie przekonuję się, jak prosto i szybko ludzie związani z Kościołem, ale również zdystansowani do instytucjonalnej religii i dbający o swoją duchowość w dystansie do tradycyjnego chrześcijaństwa, dają się zwodzić, manipulować i wykorzystywać. Gdzie podziała się wiara, nadzieja, miłość, duchowy wgląd, intuicja, mądrość Ducha i Światłość, z której jesteśmy utkani? Może nigdy ich nie było?

Wczoraj przed południem umieściłem na blogu tekst o dobru i złu, ponieważ poczułem się zobowiązany. Pisząc pierwsze i ostatnie zdanie byłem przekonany, że rozczaruję wszystkich bojowników. I tak się stało, ponieważ moja refleksja nie nadaje się do walki. Nikt nie otrzyma ode mnie miecza, którym chciałby walczyć z innymi i w efekcie samemu od niego zginąć. Jedynym orężem duchowej walki może być Słowo, przenikające duszę do szpiku kości. Słowo, które odmienia myślenie, aby życie według ciała stawało się życiem według Ducha.

Zmiłujcie się nad sobą wszyscy, którzy macie się za ludzi Chrystusa, albo za duchowych i oświeconych! Posłuchajcie Mistrza: „Niechaj biodra wasze będą przepasane i świecie zapalone. Wy zaś bądźcie podobni do ludzi oczekujących pana swego, aby mu zaraz otworzyć, kiedy wróci z wesela, przyjdzie i zapuka. Błogosławieni owi słudzy… (…) Jeśliby zaś ów sługa rzekł w sercu swoim: Pan mój zwleka z przyjściem, i zacząłby bić sługi i służebnice, jeść, pić i upijać się. Przyjdzie pan sługi owego w dniu, w którym tego nie oczekuje, i o godzinie, której nie zna, usunie go i wyznaczy mu los z niewiernymi. Ten zaś sługa, który znał wolę pana swego, a nic nie przygotował i nie postąpił według jego woli, odbierze wiele razów. Lecz ten, który nie znał, choć popełnił coś karygodnego, odbierze niewiele razów. Komu wiele dano, od tego wiele będzie się żądać, a komu wiele powierzono, od tego więcej będzie się wymagać. Ogień przyszedł rzucić na ziemię i jakżebym pragnął, aby już płonął” (Łk 12,35-49).

Gdy przestajemy być czujni, nasze biodra są rozpasane, a świece zgaszone. Więc zamiast czuwać, nasłuchiwać Ducha, a nie wieści ze świata, myśleć słowami Boga, postanawiamy sami zrobić porządek ze złem. Jeśli jednak w człowieku nie świeci wewnętrzne światło i jest zanurzony w ciemnościach, jak może rozpoznać ciemność na zewnątrz?

Większość ludzi zatraca się w strachu przed niebezpieczeństwem albo w poczuciu wstydu i winy, gdy ulegają niepohamowanym przyjemnościom świata. Pierwsi to Ci, którzy od wiosny panicznie boją SARS-COV-2 i zgodzą się na wszystko za obietnicę ochrony. Drudzy natomiast tematem aborcji dali się sprowokować władzy.

Jedni i drudzy są pijani życiem zmysłowym, cielesnym, ziemskim, ponieważ ich biodra nie są przepasane. Co to znaczy praktycznie? W biodrach ukryte są dwa ośrodki emocjonalno-energetyczne, odpowiedzialne za życie, przeżycie i przyjemności. Chociaż często wydaje się takim ludziom, że są niebywale rozwinięci duchowo albo naśladują Jezusa Chrystusa, w istocie przypominają zwiniętego węża, ukrytego między kamieniami. Człowiek duchowy wzbija się wysoko na orlich skrzydłach i z duchowej perspektywy widzi złożoność sytuacji oraz siebie w niej.

Dopiero po opasaniu bioder, gdy nie rządzi nami strach, wstyd i wina, czyli po wyciszeniu zmysłów, a następnie po zapaleniu wewnętrznego światła z pomocą modlitwy, medytacji i słuchania Słowa, otrzymujemy dary Ducha: wiedzę duchową, mądrość życia, zdolność widzenia w prawdzie, roztropność, dar uzdrawiania i poradnictwa. Odnajdujemy wówczas właściwy kierunek życia ku nieśmiertelności.

Głosimy mądrość Bożą tajemną, zakrytą, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, której żaden z władców tego świata nie poznał… ” (1 Kor 2,7n);

I ja, bracia, nie mogłem mówić do was jako do duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie. Poiłem was mlekiem, nie stałym pokarmem, bo jeszcze go przyjąć nie mogliście, a i teraz jeszcze nie możecie. Jeszcze bowiem cieleśni jesteście. Bo skoro między wami jest zazdrość i kłótnia, to czyż cieleśni nie jesteście i czy na sposób ludzki nie postępujcie?” (1 Kor 3,1-3);

A jeśli nawet ewangelia nasza jest zasłonięta, zasłonięta jest dla tych, którzy giną, w których bóg tego świata zaślepił umysły niewiernych, aby ich nie olśnił blask Ewangelii chwały Chrystusa, który jest obrazem Boga” (2 Kor, 4,3n);

O tym mamy wiele do powiedzenia, lecz trudno wam to wyłożyć, skoro staliście się ociężałymi w słuchaniu. Biorąc pod uwagę czas, powinniście być nauczycielami, tymczasem znowu potrzebujecie kogoś, kto by was nauczał pierwszych zasad nauki Bożej; staliście się takimi, iż wam potrzeba mleka, a nie pokarmu stałego” (Hbr 5,11n).

Człowiek podporządkowany tyko ziemskim sprawom i cielesnym zmysłom nie pojmuje wewnętrznych zjawisk i duchowych nauk o Królestwie Wiecznego Światła. Zanurzony w ciemnościach jest zmanipulowany i wykorzystany przez boga tego świata, więc walczy metodami ciemności. W efekcie po świecie rozlewa się morze cierpienia i zła.

Do rzeczy zatem.

Przyjaciele, którzy wystraszyliście się SARS-COV-2 do tego stopnia, że zamiast wykorzystywać dobry czas na rozwijanie duchowego życia, dbacie przede wszystkim o cielesne przeżycie, zobaczcie wreszcie, że życie, zresztą jak zawsze, po prostu płynie i zmienia się, a świat już nigdy nie będzie takim, jakim zapamiętaliśmy go w ubiegłym roku. 

Przyjaciele, którzy daliście się złapać w zręczną pułapkę władzy, zobaczcie, że w nowych warunkach życia na ziemi, które przez kilka najbliższych lat będą się coraz wyraźniej unaoczniać, nie będzie miejsca dla wielu zawodów, aktywności, sposobu życia, wyrażania siebie, i dlatego zdecydowaną większość z nas trzeba do tego stopniowo przygotowywać. Jedna z możliwych interpretacji tego, co w Polsce kilka dni temu zrobiła władza, jest taka, że marginalizując protesty wielu grup zawodowych, które powoli tracą dotychczasowe źródło utrzymania i poczucie bezpieczeństwa,  wszczęto wojnę z kobietami, z której za jakiś czas będzie można wycofać się bez poważnej straty. Panie będą wówczas zadowolone, ale kto będzie jeszcze pamiętał i przejmował się pracownikami wielu branż i właścicielami firm, łącznie z rolnikami, nastawionymi na hodowlę zwierząt, którzy albo dostosują się do nowej ziemi i nowego życia na ziemi, albo wpierw staną się marginesem społecznym, a potem zaczną umierać z powodu, żalu, gniewu, smutku i zawiedzenia życiem?

Proszę wszystkich, którzy właśnie ogłosiliście wojnę i z poczuciem misji wybraliście się, aby walczyć z ciemnością, obudźcie się ze snu! Wasi przeciwnicy widzą w Was dokładnie tą samą ciemność, którą Wy widzicie w nich, a z boku dobiega chichot boga tej ziemi, który wykorzystuje Was do osiągania swoich celów.

Wzbijcie się na skrzydłach duchowego postrzegania wysoko ponad to wszystko i zamiast ulegać pokusie analizy wszystkiego z poziomu strachu, fizycznych potrzeb i przyjemności życia, spójrzcie na to syntetycznym okiem orła. Na dole, z poziomu węża, który kusi, wszystko wydaje się być czarne albo białe. Przekonani o tym podziale, powtarzacie niczym mantrę, że nie ma szarości. To prawda, że nie ma szarości, ale dlaczego? Ponieważ ponad dobrem i złem, czyli światłem i ciemnością, jest tęcza wszystkich kolorów życia, której źródłem jest Światłość Wiekuista, Światłość ponad wszystkim, co uległo podziałowi, Światłość, z której wszystko zostało stworzone.

Tęcza jest znakiem Nowego Człowieka, z którym Boże Źródło Światłości zawarło przymierze. Tęcza zawsze pojawia się ponad chaosem, w którym giną wystraszone istoty, poddane żądzom.

Wszyscy, którzy ogłosiliście wojnę, nie dostrzegacie, że sami ze sobą walczycie w wodnej topieli, w której i tak zginiecie co do jednego. Nie ważne czy to będzie mieć miejsce w szpitalu, w miejscu pracy i na ulicy albo pożarci piołunem żalu i gniewu, że coś minęło, a Wy nie zdążyliście się tym nacieszyć, może zginiecie we własnych domach. Nie dostrzegacie, ponieważ ogłosiliście wojnę i starliście się ze sobą w amoku walki o wartości, których nie ma; stan świata, który przemija; posiadanie rzeczy, stanowisk i godności, które nigdy nie były Wasze. 

Proszę, nie walczcie! Uwierzcie, że w blasku zapalonej świecy, czyli duchowego światła, którego źródłem jest Wieczna Światłość, każdy może wznieść się na poziom widzenia, z którego dostrzega się duchowe przyczyny i materialne skutki. Będziecie wtedy bezpieczni, bo oddani Duchowi Życia i Miłości.

Ziemia zmienia się nie do poznania. Nie pozwoli nam dłużej zadawać jej cierpienia kolejnymi drążonymi przez nas dziurami i wkręcającymi się w nią świdrami.

Wszystkie stworzenia nas kochają, a my traktujemy je wyłącznie jako energetyczny zasobnik. To też się zmienia. Stworzenie upomina się o swoje prawo do szczęśliwego i spokojnego życia. Zwierzęta nie chcą wiecznie przed nami uciekać i cierpieć w klatkach, czekając na swoją śmierć. Bezpowrotnie przemija postać życia, w którym nie liczyliśmy się z cierpieniem innych istot. Kto nie rozumie i nie chce się przystosowywać będzie musiał odejść z błękitnej planety, prędzej aniżeli wynikałoby to z naturalnego cyklu życia. 

Jesteśmy uczestnikami gwałtownych zmian cywilizacyjnych, zwłaszcza o genezie religijnej i politycznej. Dla starej, zinstytucjonalizowanej i strukturalnej postaci religii, której prawa i rytm życia wyznaczają mężczyźni, nie ma już miejsca. Zarzynane zwierzę co prawda ryczy i wierzga z bólu, ale i tak padnie. Najbardziej prymitywna postać religii strachu, oparta na prawie, ale też tylko nieco bardziej wysublimowana religia moralności, oparta na winie, oraz religia rozumu, której podstawową energią jest poczucie wstydu, transformują w duchowość, czyli wewnętrzne doświadczenie wiary, nadziei i miłości.

Po świecie systematycznie rozlewa się energia żeńska. Co prawda teraz ujawniło się jej bardzo dużo pod postacią męskiej agresji, co niepokoi i do pewnego stopnia budzi uzasadniony sprzeciw, niemniej wściekłość po jakimś czasie minie, a cywilizacja będzie coraz bardziej przypominała Marię, rodzącą duchowe zbawienie. Zadaniem Józefa nie będzie rządzenie, ale ochranianie duszy ludzkości przed siłami zła. O ile dotychczasowy feminizm był cierpliwy, o tyle w ciągu najbliższej dekady należy się spodziewać, że męskie głowy pospadają z politycznych, religijnych i naukowych cokołów. Prezesury, prezydentury, stanowiska, autorytety i społeczne drabiny, po których wspinają się męskie energie, przestaną mieć znaczenie. Ambicję zastąpi charyzma, zaś władzę i potrzebę sprawowania kontroli zastąpi wiara i miłość.

Również w obszarze nauki i wiedzy empirycznej, które zostały skrojone na miarę męskiego rozumu i męskich ambicji, w najbliższej dekadzie, może dwóch,  nastąpi zdecydowany zwrot ku syntezie materii z duchem. Zacznie liczyć się intuicja, wgląd, zdolność do symbolizowania i narracji, która nie relacjonuje wyników badań, ale kreuje rzeczywistość na miarę wyobraźni, odwagi i wiary. Przestaną liczyć się profesury, osiągnięcia, cytacje oraz inne pragnienia męskiego EGO. Miejsce uczonych wykładów będą zajmować narracje mądrościowe, a wyniki badań zastąpią wyobrażeniowe struktury mentalne, dzięki którym współuczestnicząca uwaga słuchaczy będzie potęgowała zmiany w świecie. Za kilka lat okaże się, że klasyczne uniwersytety w nowych warunkach nie działają jak należy i dlatego nie będą potrzebne. Podobny los spotka tradycyjne szkolnictwo. Może wreszcie urzeczywistni się moje marzenie sprzed lat, że szkoły zmienią profil i przyjmą nazwę Domów Mądrości?

Przyjaciele, naprawdę nie widzicie, nie czujecie i nie słyszycie, że stary świat przemija bezpowrotnie? Nie zatrzymacie go między palcami ani żałosnym płaczem, ani siłowymi rozwiązaniami. Pozostaje duchowa praca i ufne poddanie się zmianom.

Świat od roku pogrąża się w topieli. Zapanował chaos, który będzie trwał kilka lat. Niemniej potem, czyli po potopie, na niebie naszych dusz pojawi się tęcza nowego człowieka i nowej ziemi. Właściwie już jest widoczna, ale tylko przez tych, którzy nie dają namówić się na wojnę i zamiast wyrządzać zło, rozwijają się duchowo w ciszy i zaufaniu. Nie dajcie się wciągnąć pod wodę, bo będzie po Was! Nie wierzcie tym, którzy potrzebują Waszej energii emocjonalnej i ekonomicznej. Manipulują Wami i zniewalają Was, wmawiając czerń i biel.

Prawdziwa i Boża jest tylko tęcza!

Wszyscy, którzy jako chrześcijanie wierzycie Prawu, zaufajcie Ewangelii. Porzućcie potrzebę władzy i zadbajcie o wiarę. Przejdźcie w przestrzeń Miłości!

Wszyscy, którzy praktykujecie jogę, wierząc w dyscyplinę, zaufajcie tantrze. Porzućcie potrzebę kontroli i zadbajcie o ekstazę. Przejdźcie w przestrzeń Miłości!

Prawdziwa jest tylko tęcza, znak wiecznej Miłości, która jest Światłem Życia. Z perspektywy Miłości zobaczycie złożoność życia i cudowność stworzenia. Zachwyceni Miłością uratujecie swoje dusze z chaosu, wojny, cierpienia i śmierci.

Dobro i zło (uwagi po orzeczeniu TK i wystąpieniu p. J. Kaczyńskiego)

Okoliczności społeczne i polityczne sprawiły, że napisałem kilka słów o wyłącznym prawie kobiet do decyzji w sprawie zapłodnienia i urodzenia dziecka, i ani jednego słowa o ewentualnych warunkach aborcji, a i tak w komentarzach pod wpisem na moim profilu fb pojawiła się dyskusja poświęcona samej aborcji, a nie kobietom.

Ponieważ jeden z Panów sformułował oczekiwanie pod adresem tzw. przewodników duchowych, aby jasno określili co jest dobre, a co złe, zobowiązałem się odnieść do tego oczekiwania, ale ostrzegam, że to nie będzie kilka słów.

Zabierając się wczoraj wieczorem do pisania nie zdawałem sobie sprawy, że wydarzenia w Polsce i wymiana poglądów na niektórych profilach fb potoczy się w takim kierunku, iż przy okazji wezmę też udział w dyskusji po wystąpieniu wicepremiera Kaczyńskiego.

Zatem do rzeczy. Rozpocznę od pytania, czy powszechne przekonanie, że człowiek powinien w życiu kierować się wiedzą, co jest dobre, a co złe, rzeczywiście jest poprawne pod względem teologicznym i duchowym? Zaznaczam, że nie zajmuję się argumentami dogmatycznymi ani filozoficznymi, ponieważ w moim przekonaniu i w życiowej praktyce chrześcijaństwo jest doświadczeniem duchowym.

Od dawna mnie intryguje, że wielu spośród nas oczekuje poznania dobra i zła, pomimo tego, że: „I dał Pan Bóg człowiekowi taki rozkaz: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść, ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy tylko zjesz z niego, na pewno umrzesz ” (1 Mż 2,16n). Konsekwencją zjedzenia z drzewa poznania dobra i zła jest śmierć, co praktycznie zostało opisane w kolejnym fragmencie biblijnej narracji, znanym jako historia upadku w grzech, a pomimo tego wielu chrześcijan chce kierować się w życiu wiedzą o tym, co jest dobre a co złe. Nie wiem, jak innych, ale mnie to dziwi.

Spójrzmy na to szerzej, ale wciąż z perspektywy biblijnej. W 9-tym wierszu 2-go rozdziału pierwszej księgi ST czytamy: „I sprawił Pan Bóg, że wyrosło z ziemi wszelkie drzewo przyjemne do oglądania i dobre do jedzenia oraz drzewo życia pośrodku ogrodu i drzewo poznania dobra i zła” (1 Mż 2,9). Wygląda na to, że to są dwa drzewa, tylko czy pośrodku mogą rosnąć dwa drzewa? W środku zawsze będzie rosło tylko jedno, nigdy dwa, i zapewne właśnie tak to wyglądało, skoro dalej czytamy: „A wąż … rzekł do kobiety: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie ze wszystkich drzew ogrodu wolno wam jeść? A kobieta odpowiedziała wężowi: Możemy jeść owoce z drzew ogrodu, tylko o owocu drzewa, które jest w środku ogrodu, rzekł Bóg: Nie wolno wam z niego jeść, abyście nie umarli. (…) A gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. …” (1 Mż 3,1-6).

Które drzewo rosło zatem pośrodku ogrodu? Czy było to drzewo życia, czy drzewo poznania dobra i zła? A jeśli to po prostu było to samo drzewo? Z opisu w 1 Mż 2,9 wynika, że tak właśnie było, problemem jest jedynie nasza wyobraźnia, która sugeruje nam dwa drzewa.

O co zatem chodzi? O konsekwencje ludzkiego wyboru! Póki człowiek trwa pod drzewem życia, które jest drzewem wiary, modlitwy, medytacji, nasłuchiwania Boga, drzewo poznania dobra i zła jest z nim tożsame. To jest drzewo jedności z Bogiem, a więc wszelkiej jedności, także z samym sobą, drugim człowiekiem i stworzeniem. Kto trwa pod drzewem życia nie ma potrzeby poznania dobra i zła. Dopiero zainteresowanie się dualizmem sprowadza na człowieka wszelkie nieszczęścia, a drzewo życia staje się drzewem poznania dobra i zła. Po zjedzeniu owoców, które wydają się dobre do jedzenia, miłe dla oczu i godne pożądania wkracza przekleństwo podziału na dobro i zło, a tracąc jedność z Bogiem, człowiek traci jedność z życiem, sobą, bliźnim i wszystkim, co jest jego światem.

Proszę zwrócić uwagę na wyszukaną biblijną argumentację. Wzmianka o owocach dobrych do jedzenia, miłych dla oczu i godnych pożądania ewidentnie oznacza, że wraz z uruchomieniem fizycznych zmysłów pojawiają się kategorie dobra, piękna i przyjemności, czyli etyki, estetyki i erotyki, które nieustannie poddajemy ocenie, poszukując odpowiedzi na pytanie o dobro i zło.

Jakże chciałbym Was przekonać, że poznanie dobra i zła jest niemożliwe, ponieważ jest jednoznaczne z odsunięciem się od drzewa życia, czyli jedności z Bogiem! Bez trwania pod drzewem życia, bez udziału w życiu Boga, bez nasłuchiwania Ducha, bez duchowej jedności ze Źródłem Światła przekonanie, że można poznać dobro i zło jest tylko tragicznym skutkiem zwiedzenia przez ojca kłamstwa, który odwodzi nas od życia. Poznanie dobra i zła jest jednoznaczne z doświadczeniem śmierci. Dlaczego wielu z nas jest przekonanych, że warto poświęcić życie i jedność, aby zyskać śmierć i podział? Czy zbawienie nie polega na przywróceniu jedności z Bogiem? Życie wieczne jest wyjściem z dualizmu i wejściem w Boży świat. Bóg jest jeden i jest jednością. Życie w Nim jest jedno (bez podziału na życie i śmierć) i jest jednością wszystkiego z wszystkim. 

No więc, co jest prawdziwe? Jedność czy dualizm? Światłość wieczna czy efekt podziału, a więc światłość i ciemność ludzkich wyborów? Duchowość czy efekt podziału, a więc tzw. pobożność i tzw. zgorszenie? Miłość czy efekt podziału, a więc moralność i niemoralność? Człowiek Boży czy efekt podziału, a więc zwiedziony (dobry) mężczyzna i zwodząca (zła) kobieta?

Nie dajmy się zwodzić kłamstwu, bo skutkiem jest podział na dobrych i złych ludzi, dobre i złe wybory, piękno i brzydotę, potem segregacja rasowa, religijna pycha, wojna na argumenty o rację, kłótnie polityków, nocne uchwały sejmu, agresywne manifestacje, pęknięte rodziny, sąsiedzka nienawiść, cierpienie, łzy i śmierć.  

Moi Kochani, czy tego nie widzicie? Naprawdę nie widzicie? To przecież EGO przekonuje nas, że możemy dowiedzieć się co jest dobre, a co złe, bo ono jest narzędziem ojca kłamstwa. Wystarczy powrócić do drzewa życia, które jest drzewem wiary, modlitwy, medytacji, nasłuchiwania Boga, aby wejść w rozświetlony świat życia i miłości. Nie ma takiej możliwości, żeby wolne miejsce po modlitwie i medytacji mogło zostać zajęte przez cokolwiek innego poza racjonalnym dowodem. Gdy nie nasłuchujemy Ducha potrzebujemy racjonalnej argumentacji w postaci etyki. Gdy brakuje nam duchowości rozglądamy się za religijną estetyką, a deficyt miłości zaspokajamy agresywną seksualnością.

Jeśli poznanie dobra i zła jest krokiem ku śmierci i nieszczęściu, czy pozostaje nam tylko modlitwa, medytacja i słuchanie Boga? Nie. Każdy pragmatyczny krok ku jedności, którym przezwyciężamy kolejny aspekt dualizmu, jest działaniem w polu miłości, która jest większa od najpiękniejszej modlitwy, najwznioślejszej medytacji i najbardziej uczonej interpretacji biblijnych tekstów!

Miłość nie pyta o dobro i zło, ponieważ nie jest arbitralna. Miłość nie ujawnia się sądem, ale szukaniem i pomocą. Dlatego Jezus z Galilei powiada o sobie, że nie przyszedł sądzić, ale szukać i zbawiać.

Miłość tworzy przestrzeń bezpieczeństwa, w której może schronić się każdy cierpiący, prześladowany, oskarżony.

Miłość z dwojga tworzy jedność. Jest zrozumieniem, że nie ma jasnej i ciemnej strony księżyca, który jedynie odbija światło słońca. Gdyby nie było słońca, cały księżyc byłby pogrążony w ciemnościach, więc gdyby nie było Boga, cały człowiek też byłby pogrążony w ciemnościach. Jeśli zatem w człowieku jest jakieś światło, to jest ono odbiciem Wiecznego Źródła Światłości. Jeśli zaś jest w nas ciemność, to wyłącznie dlatego, że nie odbijamy Źródła. Tylko jakim sposobem człowiek pogrążony w ciemnościach, mógłby zobaczyć ciemność w drugim? Czyż nie tonie raczej we własnych ciemnościach?

Dziełem miłości zawsze jest jedność, a nie podział. Dopiero w jej świetle można dostrzec, że nie ma ciemności poza człowiekiem, który stworzył podział na dobro i zło, dobrych i złych ludzi, dobre i złe wybory. Ciemność i zło pojawiają się w nas, gdy chcemy poznać dobro i zło. Znikają, gdy wracamy do drzewa życia, to znaczy jedności z Bogiem i w Bogu z wszystkim i wszystkimi. Wtedy wszystko znowu zaczyna jaśnieć blaskiem Stwórcy, a człowiek przestaje być podatny na pokusę wiedzy, co jest dobre i co złe. Rozumie i wie, że źdźbła w oku bliźniego nigdy nie było. Co najwyżej było cieniem belki z własnego oka. Gdy belka zostaje usunięta, znika też źdźbło.

Miłość jest sprawiedliwa, więc nie potrzebuje prawa, regulaminu czy wytycznych, udzielanych przez oświeconych przewodnikówapodyktycznych naczelników. Czerpie bezpośrednio z bożego źródła Życia, więc chroni życie bez zbędnych odważników. A to oznacza, że miłość jest odważna. Piękny język polski podpowiada nam, że albo używa się odważników dobra i zła, albo jest się odważnym w podejmowaniu wolnych i odpowiedzialnych decyzji. Pomiędzy nie ma niczego. Sprawiedliwość uznaje prawo człowieka do złamania norm prawnych i moralnych, gdy wobec niego zostało złamane inne prawo i w konsekwencji miałby cierpieć dwakroć (dla przykładu przemyśl historię Tamar: 1 Mż 38, 1-26).

Miłość jest autonomiczna, dlatego jednocześnie spełnia rolę współczulną i przywspółczulną. Miłość nie pyta o motywacje, nie kieruje się logiką i nie jest biegła w arytmetyce moralności. Jej zadaniem jest ochrona przed śmiercią ze stresu, więc mobilizuje zasoby jednostki i społeczeństwa do ochrony, gdy pojawia się zagrożenie, a nocą pomaga rozluźnić się i odpocząć. Miłość nie walczy, gdy nastaje ciemność, ale wchodzi w stan zaufania, że wszystko dobrze się skończy, czyli zgodnie z wolą bożego Źródła Życia, które dba o wszystkie aspekty i przejawy życia, których nie jesteśmy w stanie dostrzec i zrozumieć.

Miłość wreszcie jest pełnym naczyniem. Dopóki naczynie, którym cieleśnie jesteśmy na błękitnej planecie, nie jest pełne, widać jedynie formę, czyli prawo, strukturę, EGO. Wtedy poznanie dobra i zła, aby móc arbitralnie rozstrzygać, wydaje się jedynym sposobem na miłość. Ale tak jest tylko do czasu. Pozwalajmy Duchowi napełnić nas sobą. Po jakimś czasie jesteśmy pełni życia, prawdy i miłości, które zaczynają się przez nas przelewać. Wówczas forma przestaje mieć znaczenie, a my, ożywieni Duchem życia, prawdy i miłości, uzdrawiająco dotykamy każdej rany i leczymy każde cierpienie.

Podobne jest Królestwo Niebios do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. A kiedy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel i nasiał życicy między pszenicę, i odszedł.A gdy zboże podrosło i wydało owoc, wtedy się pokazała też życica. Przyszli więc słudzy gospodarza i powiedzieli mu: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swojej roli? Skąd więc życica?A on im rzekł: To nieprzyjaciel uczynił. A słudzy mówią do niego: Czy chcesz więc, abyśmy poszli i wybrali ją? A on odpowiada: Nie! Abyście czasem wybierając życicę, nie wraz z nią nie powyrywali pszenicy. Pozwólcie obydwom róść razem aż do żniwa. A w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw życicę, powiążcie w snopki na spalenie (oczyszczenie przez ogień, czyli odsłonienie tego, co teraz jest zakryte), a pszenicę zwieźcie do mojej stodoły” (Mt 13,24-30).

Kobiety są dobre, piękne i wolne

Od czwartku byłem w podróży, miałem zajęcia, więc nie pisałem.

Jednak wewnętrzne ciśnienie nie pozwala na spokojne picie przedpołudniowej kawy.

Dość!

Zanim zabieracie się za czytanie Pism, wpierw dużo się módlcie o Ducha!

Długo jeszcze argumentami z Pism będziecie się okładać po sercach, niczym rycerze mieczami po głowach?

Kto Wam poddał taką myśl, żeby litery wykorzystywać do obrony prawdy? Jezus Chrystus na pewno nie!

Ponad tym całym bajzlem, który od piątku ma miejsce na ulicach, w kościołach, i w domach,  stworzonym przez polityków, protestujących i religijnych fundamentalistów, jest jeszcze światło. A gdyby je włączyć?

W dyskusji na temat aborcji wciąż nie pojawia się koronny argument, jednocześnie teologiczny oraz humanistyczny (sam tego podziału nie stosuję, bo go nie rozumiem, jednak żeby przeczytali Ci, którzy z którąkolwiek argumentacją się identyfikują, teraz go użyłem).

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Z woli kogo plemnik łączy się z jajeczkiem?

Są tylko dwie odpowiedzi! Albo z woli kobiety, albo z woli  mężczyzny. Myślicie może, że jest trzecia odpowiedź, a więc, że z woli obu?

W żadnym wypadku NIE, ponieważ to kobieta decyduje się na 9 miesięcy ciąży, a potem przynajmniej na 7 lat oddania, więc nawet wówczas, gdy rodzice wspólnie decydują się na dziecko, i tak uprzednia jest zgoda kobiety.

Jeśli plemnik znalazł się w kobiecie bez jej zgody, a jedynie z woli mężczyzny, to zawsze był gwałt.

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Skoro znalazł się za zgodą kobiety, to dlaczego potem miałaby tracić prawo do kolejnych decyzji?

Z jakiego powodu po powstaniu zygoty kobieta miałaby nagle tracić prawo do decydowania?

Owszem, autorem zygoty jest Źródło Życia, które używa kobiecej i męskiej gamety, ale nigdy bez zgody kobiety!

A teraz proszę Was, wysoce wyszkoleni teolodzy, żebyście, czytając dalej, zaczęli słyszeć i widzieć!

Ewangeliczne świadectwo o narodzinach Jezusa z Galilei jest modelowym opisem narodzin Bożego Dziecka. I co z niego wynika? Że Maria, wybrana przez Boga na matkę Jezusa, zanim wyraziła zgodę: „Oto ja służebnica Paska, niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1,38), zapytała o to, a w jaki sposób się to stanie: „Jak się to stanie, skoro nie znam męża? (Łk 1,34).

Skoro nawet przy cudownym poczęciu Jezusa nie było boskiego gwałtu, więc skąd patriarchalne watażki czerpią swoje imaginacje, że takowe prawo mają z Bożego nadania?

A po drugie, i to jest ważniejsze, Maria nazwała się służebnicą, co bynajmniej nie oznacza, że Bóg może odtąd robić z nią, co chce. Przed zgodą Marii, Bożym Sługą był Izrael, czyli zgromadzenie Mężczyzn! Ponieważ Izraelici (mężczyźni) zawiedli, co pozostało Bogu? Znaleźć Marię – Kobietę, która zgodziła się zająć ich miejsce. W ten sposób dzięki zgodzie Marii Bóg zyskuje Kobietę w miejsce  wszystkich mężczyzn, nawet nie jednego.

WSTYD!

Dziś znowu barbarzyńcy, zajęci męskim EGO, upominają się o prawo do decydowania za kobiety, które w Marii zostały wybrane jako Służebnice, czyli świadomie decydujące się, aby urodzić Dzieci!

Nigdy i nigdzie od dnia poczęcia Jezusa z Galilei tego prawa nie straciły!

Słyszycie i widzicie barbarzyńcy, którzy wyciągacie dłonie po kobiety, żeby mieć patriarchalne, przeklęte prawo do gwałcenia dziewcząt na ulicy i żon w  domach?  

Świat jest takim, jakim doświadczamy go we śnie

Dedykuję Nauczycielom!

Gdy zapragnąłem napisać kilka słów, dedykowanych Nauczycielom z okazji ich zawodowego święta, wpierw poprosiłem Ducha, żeby podyktował mi tytuł. Zwróciłem wówczas uwagę na tekst, poświęcony śnieniu i znaczeniu właściwego obchodzenia się ze snami. Nie dziwcie się zatem Nauczycielki i Nauczyciele, że w imieniu dzieci proszę Was, abyście uwierzyli w śnione.

W biblijnych księgach jest wiele opowieści o śniących ludziach. Moim zdaniem dwa najcenniejsze przykłady dotyczą dwóch Józefów, ponieważ są mężczyznami. Przyjęło się uważać, że to Kobiety zajmują się snami, tymczasem dzięki dwom Józefom został uratowany stary Izrael i Jezus, czyli nowy Izrael. Gdy napiera zło i nieszczęście, to, co zrodzone przez Kobiety, przetrwało i uratowało innych dzięki snom, czyli zdolności i funkcji żeńskiej energii niezwykłych mężczyzn.

Śniący mężczyźni, potrafiący właściwie interpretować sny, a potem w ich duchu zarządzać swoim i cudzym życiem, to prawdziwi Magowie, Czarownicy, wewnętrznie zintegrowani, więc otwarci na działanie Ducha.

Niech ten obraz będzie moją dedykacją na dzisiejszą okazję, a dlaczego zaraz wyjaśnię szczegółowiej. Chodzi mianowicie o to, że współczesna edukacja została zmaskulinizowana, i to nawet pomimo tego, że w większości pracują w niej Panie. Żeńska, prawa półkula mózgu prawie w ogóle się nie liczy, a cały wysiłek edukacyjny skierowany jest na rozwój strony męskiej, logicznej, posługującej się językiem, tzw. racjonalnej. Każda kolejna, tzw. reforma edukacji pozbawia dzieci i młodzież szansy na rozwój półkuli myślącej obrazami, rozumiejącej symbolicznie, którą najłatwiej stymulować metaforami.

Paradoksem współczesnej szkoły jest to, że Nauczycielki/Kobiety rozwijają męską półkulę, nawet Dziewczynki pozbawiając szansy na rozwój kobiecości i pomniejszając znaczenie żeńskiej energii w świecie. W efekcie cywilizacja jest coraz mniej duchowa, a większość z nas wierzy jedynie cielesnym zmysłom i funkcjom racjonalnego intelektu, którego nie wolno mylić z inteligencją.

Za prawdziwe oraz rzeczywiste uznajemy wyłącznie to, co widzimy, słyszymy, dotykamy, smakujemy i wąchamy. Nie chodzi nawet o marginalizowanie wiary, której celem nie jest potwierdzanie zmysłowych wrażeń, przetwarzanych przez osobisty komputer, umieszczony w czaszce. Poważnym problemem jest to, że współcześni ludzie nie potrafią myśleć symbolicznie, nie rozumieją literackich metafor, nie rozumieją aluzji, ironii, nie mają dystansu do samych siebie.

W moim przekonaniu najtragiczniejsza jest utrata przez współczesnych kontaktu z własnymi duszami. Zanim następuje pełna inkarnacja duszy na ziemi, dzieci przeżywają rodzinne traumy i skutki materialistycznego kodowania rzeczywistości. Jeśli dusza nie zdąży w pełni się uziemić, a kontakt zostanie z nią zerwany, dziecko rośnie w poczuciu nie bycia sobą, wewnętrznej pustki, niekompletności. Nie czuje się dobrze w swojej skórze, nie lubi się, nie wie kim jest. Efektem są tzw. choroby psychiczne, chroniczne depresje, nieumiejętność koncentrowania się, dezintegrująca aktywność ruchowa, brak umiejętności odnajdywania interesujących zajęć i przedmiotów, znudzenie życiem.

Proszę Was, Panie i Panowie, nie marnujcie życia dzieci. Przywróćcie harmonię między duchowym i materialnym. Połączcie ducha z matematyką, wewnętrzne z zewnętrznym, piękno z dobrem, malowanie z geografią, śpiew z fizyką. Połączcie po prostu sen z jawą, żeby Wasi uczniowie znowu nauczyli się integrować instynkty, intelekt oraz intuicję, bo tylko w ten sposób mogą rozwijać swoją inteligencję.

Dzieci, z którymi sobie nie radzicie, nie kierujcie na badania i nie klasyfikujcie jako dysfunkcyjne. One potrzebują Waszej uwagi, miłości i pełnej świadomości. Przyglądajcie się, czy mają kontakt ze swoimi duszami. Szybko im pomożecie, jeśli uwierzycie, że śnione jest tym samym światem, który znacie z jawy. To tylko inny przejaw rzeczywistości, do którego mamy dostęp w zmienionym stanie świadomości. Gdy świadomość usypia, to co jest nieuświadomione przestaje być tłumione i zaczyna się ujawniać.

Pozwólcie Dzieciom śnić na jawie i w śnieniu poznawać siebie. Nie wyśmiewajcie tego. Towarzyszcie im w tym. Pozwalajcie im na intuicyjne poszukiwanie drogi życia. Nie mordujcie duchowych istot, które inkarnowały na ziemi. Niech się tu zadomowią. Niech odnajdą swoje dusze, a słupki Waszych wyników nauczania strzelą w górę, niczym startująca rakieta.

Nawiązywanie kontaktu z własną duszą zaczyna się od uwolnienia z pragnień EGO, które jest funkcją cielesnych zmysłów i męskiego rozumu. Najważniejsze dwa pytania, na które powinien odpowiedzieć sobie każdy człowiek, także Nauczyciel, brzmią: Kim jestem? W jaki sposób mogę realizować swój potencjał? EGO nie jest zainteresowane szukaniem odpowiedzi, ponieważ żyje w świecie iluzji. Jest nim świat dostępny zmysłom, przejawiający się materialnie. Co prawda jawa całkowicie nie przesłania duchowej, wewnętrznej prawdy o człowieku i życiu, jednak EGO wmawia nam, że istnieje tylko materialne i zewnętrzne. Jakże ciężko obudzić się ze snu i zdać sobie sprawę z tej iluzji. Im szybciej się tego doświadczy, tym owocniejsze, zdrowsze i szczęśliwsze jest życie.

EGO robi co może, żeby nie wpuścić nas do środka, do samych siebie, do naszej prawdziwej istoty. Ono jest męską energią. Karmi się tym, co zmysłowe, godne zdobycia i użycia. Ma naturę kapitalisty, który zdobywa i pilnuje swojej własności. Rozwijając w Młodzieży i Dzieciach jedynie męski sposób rozumienia siebie i świata, tym bardziej oddzielacie je od duchowego rdzenia, od ich duszy, od zrozumienia, kim są w rzeczywistości. Utrwalacie w nich EGO, więc nie dziwcie się, że są przygniecione ciężarem życia, zmiażdżone iluzorycznymi pragnieniami, na realizację których marnują większość energii. Oddzielone od duszy, są zdekoncentrowane, pobudzone, zmęczone, chorują i umierają, a Wy próbujecie je zmotywować do życia ocenami, groźbami i pomóc poradami psychologów.

Proszę, obudźcie się z nieświadomego snu na jawie i wejdźcie w świadomość śnionego! Józef, egipski dostojnik, oraz Józef, opiekun i ojciec Jezusa, byli mężczyznami, którym udało się przejść przez zasłonę EGO i wyzwolić się z dominacji męskiej energii. Chociaż byli mężczyznami, zintegrowali w sobie energię duchową, żeńską, dzięki czemu odkryli siebie, swoje prawdziwe JESTEM.

Przekraczając granice EGO, człowiek wkracza w świat ducha i odnajduje duszę. Przyjmuje się takim, jakim jest w wewnętrznej prawdzie, zgadza się na siebie, cieszy się sobą, staje się spokojny, zdrowy, szczęśliwy.

Czy tego chcecie dla swoich uczniów?

Czy pracujecie w szkołach, aby móc codziennie obserwować cud narodzin prawdziwego człowieka, czyli dokończonej inkarnacji duszy na ziemi?

Dzieci i Młodzież nie potrzebują popierniczonych w swej głupocie i szaleństwie wciąż nowych metod i programów, a w konsekwencji kolejnych poradni psychologicznych, środków farmakologicznych i nowych jednostek chorobowych, które Wam miałyby tłumaczyć ich zachowania, a im ułatwiałby przeżycie w durnym systemie.

Dzieci i Młodzież potrzebują Waszej zdolności widzenia prawdy, spoglądania w ich wnętrza, gdzie wciąż śnią prawdziwy świat. Potrzebują Waszego szacunku do ich snów!

Pytacie o sny? Potraficie zrozumieć własne?

Pytacie o emocje? Potraficie nazwać własne?

Pytacie swoich uczniów o marzenia? Realizujecie własne?

Pytacie ich o to, co czytają albo robią w ukryciu, gdy nikt nie widzi? Sami potraficie wszystko robić jawnie, nie wstydząc się samych siebie?

Uczycie uczniów tkać własne życie, opowieścią, pełną symbolów, archetypów, metafor? Potraficie w ten sam sposób tkać własne życie?

Uczycie ich śnienia, czy tylko okłamujecie jawą?

Proszę, zobaczcie, że pracujecie z cudownymi Duszami. Waszym powołaniem jest być szamanami, akuszerkami i magami, a nie technokratycznymi treserami/testerami.

Strach odbiera rozum czy nie?

Motto:

Cóż to za ciemność, w której mam zasiąść? 

Ona jest niczym innym, jak umożliwieniem otrzymywania,

niczym tylko umożliwieniem otrzymywania, 

w którym mam zostać dokończony ”.         Mistrz Eckhart

Wszyscy znamy ów moment przerażenia, gdy prosimy: Wszystko, tyko nie to. Po latach, spoglądając wstecz niektórzy potrafią wyznać: Nie mogło spotkać mnie nic lepszego. Tęcza zawsze pojawia się po burzy.

Sądzę, że tego rodzaju doświadczenie może mieć również wymiar społeczny. Epidemia jest tą chwilą, której od dziesięcioleci nie potrafiliśmy sobie wyobrazić ani na świecie, ani w Europie, w Polsce, czy w Kościele. 

Jednak nadeszła, bo problemy wypieraliśmy, zamiast rozwiązywać. Dlaczego nie rozwiązywaliśmy? Bo hamowaliśmy przed przyszłością. Woleliśmy próbować zaczarować przeszłość, aby trwała w teraźniejszości.

Niewiele się uczymy, bo w godzinie ciemnej nocy tym mocniej hamujemy i jeśli nie klniemy to zaklinamy rzeczywistość, jak potrafimy. Wycofani czekamy, co jeszcze się wydarzy i płaczemy po kolejnych Świętej Pamięci, którzy do niedawna byli z nami.

Odkąd pamiętam starzy, mądrzy ludzie mówili, że strach odbiera rozum.

Odbiera zatem czy nie?

Jak to możliwe, że ludzie przywiązani do swoich małżonków, kochający ich, często wręcz od nich uzależnieni, nie wyobrażający sobie dłuższego rozstania, a cóż dopiero w obecnej sytuacji, trafiają do szpitali, w których pozostają całkowicie osamotnieni? Już w normalnych warunkach pobyt w szpitalu sam w sobie jest bardzo stresujący niemal dla każdego, a cóż dopiero teraz, gdy pozostaje się sam na sam ze sobą i kołatającą się z tyłu głowy myślą, że zachorowało się na COVID 19? Nadto, gdy dożyło się wieku, który młodzieży wydaje się starczym, i co by nie powiedzieć ma się świadomość, że życie się kończy, czy można nie paść trupem od samego przerażenia? Czy strach może nie przycisnąć klatki piersiowej, niczym ciężki kamień?

Jak to możliwe, że małżonkowie ciężko chorych mężów i żon, wiedzący o ich całkowicie osamotnionym umieraniu, nie mogą się z nimi pożegnać, dotknąć ostatni raz, pocałować, szepnąć: Do wiedzenia Ukochana/y?

Jak to możliwe, że Matki kilkunastomiesięcznych dzieci, chorujących na ciężkie choroby, nie mogą towarzyszyć swoim Dzieciom, które cierpią ból i osamotnienie? Czy w takich warunkach w ogóle możliwe jest uzdrowienie?

Jak to możliwe, że nagle wzajemna miłość małżonków albo dzieci i rodziców została pozbawiona znaczenia i uznana za niebezpieczną?

Strach odbiera zatem rozum czy nie?

Co stało się z naszymi sercami, że kochający się ludzie nie mogą wspierać się w chorobie i towarzyszyć sobie w umieraniu?

Tym, którzy pozostają, ciężko będzie wyjść z tej traumy do końca życia. Czy zatrudnienie armii psychologów rozwiąże sprawę?

Śmiechu warte…

No dobra, ale pozostają jeszcze umarli. Co z nimi? Czyli kultywowane odkąd ludzkość sięga pamięcią w przeszłość pożegnalne czynności nagle okazały się jedynie bajędą, głupią i naiwną pozostałością nieświadomości prymitywnych? A jeśli owi prymitywni mieli lepszy duchowy wzrok i widzieli dusze zmarłych, błąkających się po bezdrożach widzialnego świata, którym nie było dane pożegnać się, wybaczyć ani prosić o wybaczenie? Po prostu nie zostali uwolnieni od ziemskiej historii?

Pozostaje ostatnie pytanie: Czy bliskość, przytulenie, pocałunek, wreszcie dotknięcie nie mają żadnego znaczenia? Celowo napisałem wczoraj tekst o nakładaniu rąk, żeby nie tylko dać do myślenia, ale też mieć do czego się odwołać. Jeśli bowiem wszyscy pozbawieni dotyku i obecności bliskich, a zwłaszcza najstarsi z nas, doświadczyli paraliżującego strachu, który odebrał im oddech, to czy na pewno umarli z powodu COVID 19? Może umarli z osamotnienia i braku obecności tych, którzy kochają; z braku wiary w siebie i życie, której ważnym komponentem jest obecność tych, których się kocha, ufa im i z nimi czuje się bezpiecznie?

Czy znajdzie się lekarz, stwierdzający śmierć, który w akcie zgonu będzie miał odwagę napisać: Osamotnienie i brak miłości, podtrzymującej przy życiu?

Co się dzieje?

Strach odbiera rozum czy nie?

Osoba, u której wykryto wirusa, najpierw poddawana jest kwarantannie, a w warunkach szpitalnych oddzieleniu od najbliższych. Izolowanie zakażonych wirusem, upokorzenie i wyobcowanie, towarzyszące seropozytywnym ofiarom wirusa, sprawiają, że obecnie samo przypięcie komuś etykietki nosiciela może spowodować u takiej osoby psychiczny problem i zdrowotną zapaść.  

Pewność, że się umrze, niestety szybko prowadzi do śmierci.  

Czy trzeba mieć inteligencję Boga, żeby umieć sobie wyobrazić, co z zakażonym dzieje się w szpitalu, gdy pozbawiony  jest wsparcia miłości? 

Nie od dziś wiemy, że duchowo-biologiczny konflikt, powodujący choroby płuc, pisząc najogólniej jest spowodowany strachem przed śmiercią. Zatem sama wiadomość, że jest się zarażonym, zdrowego nosiciela wirusa może w kilka dni zamienić w chorego na płuca i odebrać mu oddech.

Czy trzeba mieć serce Jezusa, żeby umieć to współodczuć?

Co się z nami dzieje?

Wszyscy oczywiście umierają na COVID 19.

A jeśli umierają z powodu oddzielenia od tych, z którymi się kochają?

Strach odbiera rozum czy nie?

Nakładanie rąk

Motto:

Nie otrzymujemy mądrości,

musimy sami ją odkryć w podróży,

której nikt za nas nie odbędzie”.         Marcel Proust

Przed dwudziestu laty na plebanię w Brennej raz w tygodniu przyjeżdżał Pan od nakładania rąk. Przed budynkiem ustawiały się kolejki z całego Górnego Śląska. Czy muszę dodawać, kto Go wynalazł, a potem spełniał rolę odgromnika po uderzeniach bogobojnychchrześcijańskich piorunów?

Wtedy zacząłem interesować się uzdrawianiem i zrozumiałem, że człowiek jest polem energii. O fizyce kwantowej nie wiedziałem jeszcze wiele, ale o darze uzdrawiania przez nakładanie rąk i owszem z Nowego Testamentu: „I rzekł im: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony. A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych kłaść ręce będą, a ci wyzdrowieją” (Mk 16,15-18) albo: „A gdy Paweł zgarnął kupę chrustu i nakładał ją na ogień, wypełzła od gorąca żmija i uczepiła się jego ręki. (…) Lecz on strząsnął gada w ogień i nie doznał nic złego; (…) I zdarzyło się, że ojciec Publiusza leżał w gorączce i chorował na czerwonkę; Paweł poszedł do niego i modlił się, a włożywszy na niego ręce uzdrowił go. (…)” (Dz 28,3-9).

Poza tym literatury na ów temat wówczas wciąż było mało, a w Kościele nie było z kim rozmawiać. Zanim zdążyłem się nauczyć, Pan od nakładania rąk po jakimś czasie odszedł swoją drogą, więc nie pozostało mi nic innego, jak znaleźć własną drogę praktycznej, chrześcijańskiej duchowości, aby samodzielnie szukać inspiracji w sobie oraz w tym, co udaje się przeczytać. 

Wiem, że niektórych to szokuje, ale naprawdę całkiem niepotrzebnie. Kto w taką podróż udaje się z ufna modlitwą, tego Duch Jezusa prowadzi drogą Bożą, na której nic złego nie może się wydarzyć. Więc wpierw zacząłem badać i medytować nad tekstami ze Starego i Nowego Testamentu, o których od czasu studiów byłem pewien, że zawierają ślady starych szamańskich praktyk. Potem do mojej świadomości dotarło, że przecież Jezus był w Egipcie przynajmniej jeden raz z rodzicami i naprawdę nie wiadomo ile miał lat, gdy wrócił, ponieważ data Jego narodzin nie jest pewna. Poza tym, czy cokolwiek wyklucza, że mógł tam ponownie pójść? Skoro Mojżesz stosował praktyki terapeutyczne, których nauczył się w Egipcie, dlaczego nie Nowy Mojżesz?

O dalszej drodze, którą szedłem, pisał nie będę, ponieważ nie temu poświęcam ów tekst, mimo wszystko nie mam powodu, aby jej nie zasygnalizować. W każdym bądź razie dziś jestem pewien, że klasyczna, ortodoksyjna duchowość skutecznie zaorała duchowe praktyki pierwszych pokoleń, których źródłem jest Mistrz z Galilei. Pierwsze pokolenia znały je i praktykowały. Wydaje mi się, że ostatki padły wraz z Katarmi. Czasem miewam przeczucie, że Waldensi coś uratowali, ale do tej pory nie upewniłem się. Bardzo ciekawe i dające do myślenia są jeszcze wypowiedzi niemieckich mistyczek i mistyków. Tego też nie wiem, czy pisali z natchnienia, czy mieli dostęp do resztek tej wiedzy. Osobiście jestem zobowiązany śp. prof. W. Benedyktowiczowi, że w trakcie studiów w ramach pracy nad tekstami teologicznymi zostałem zmuszony do zainteresowania się Mistrzem Eckhartem. Jednak porównując teksty Anioła Ślązaka z pismami wspomnianych wyżej mistyków mam wrażenie, że były to wglądy i natchnienie, a nie wiedza.

Na koniec wstępu wspomnę jeszcze jedną rzecz. Otóż młodsze Koleżanki i Koledzy nie zdają sobie sprawy, jak wiele mogą się nauczyć i zrozumieć z podręczników do fizyki kwantowej oraz biologii, zwłaszcza molekularnej oraz epigenetyki, a wystarczyłyby tytuły popularno-naukowe. To fundament, aby spojrzeć na człowieka z perspektywy naukowej. Życzę im pysznego zadowolenia i wielkich oczu zadziwienia, gdy biblijne i późniejsze pojęcia z zakresu antropologii teologicznej i duchowości staną się im niespodziewanie współczesne i zrozumiałe.

W każdym bądź razie dla jakiegoś wcale nieoczywistego powodu, mimo wszystko z wielką szkodą dla wszystkich, chrześcijańska teologia i duchowa praktyka sukcesywnie zrzekała się prawa do korzystania z charyzmatu uzdrawiania, aż w epoce postkartezjańskiej ostatecznie podpisała dokument kapitulacji. Co prawda w USA i w niektórych Kościołach charyzmatycznych w Europie próbuje się ów charyzmat z wdzięcznością rozwijać, jednak przykłady są tak nieliczne, że giną w oceanie medycyny konwencjonalnej. 

Czy rozsądnie? Czy na pewno zgodnie z wolą Jezusa Chrystusa? Moim zdaniem, oczywiście że nie.

Problem i to wcale niemały polega na tym, że niektórym chrześcijanom wydaje się, że wystarczy gorliwa modlitwa, aby moc Boga manifestowała się w cudownych uzdrowieniach. Owszem bywa i tak, jednak do myślenia musi dawać fakt, o czym już  pisałem, że dar uzdrawiania jest związany z wyższym stopniem duchowej zażyłości z Mistrzem, a więc przebywania w Jego szkole.

Wszystkim, oderwanym od rzeczywistości, zadaję teraz bardzo ważne pytanie: Skoro uznajemy za pewnik, że naukowa medycyna potrafi człowieka uzdrowić, dlaczego jednocześnie sądzimy, że uzdrawianie praktykowane przez tych, który uwierzyli w imię Jezusa, może obejść się bez nauki i solidnej wiedzy o człowieku?

Nie dziwię się, że medycy drwią i umierają w spazmach śmiechu! 

A od siebie dodam, że również mam z tym problem, ponieważ walcowanie Boga modlitwami i zmuszanie Go do działania z tytułu wyimaginowanej pewności, że wystarczy wezwać imię Jezusa Chrystusa, aby uzdrowić, świadczy tylko o jednym. Niestety o wielkiej duchowej pysze.

Bóg działa suwerennie i dlatego zdarza się, że uzdrawia kogoś nawet bez naszych modlitw. Innym razem zgodnie z naszymi modlitwami. Jednak, czy nie po to objawił swoją chwałę w Jezusie z Galilei, abyśmy zobaczyli pełnię boskości w pełni człowieczeństwa? A po drugie, czy nie po to Jezus poświęcił kilka lat życia wybranym przez siebie uczniom, aby ich czegoś nauczyć i móc oczekiwać, że tego samego nauczą następnych?

To prawda, że wiedza o uzdrawianiu w dużej mierze została stracona, jednak po pierwsze nie do końca, a po drugie Duch Jezusa jest duchem mądrości i wszelkich dobrych darów i umiejętności. 

Uzdrawianie przez nakładanie rąk to znak, towarzyszący wierzącym! Jest darem, o który mamy obowiązek dbać i rozwijać go. Wszystko zależy od Bożego powołania, czyli obdarowania, i od ludzkich umiejętności. Skoro dla zbawienia każdego człowieka Słowo stało się ciałem, więc pełnia boskości manifestuje się w pełni człowieczeństwa!

Uczmy się człowieczeństwa i rozwijajmy jego pełnię: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12). 

Błędy, popełniane przez praktykujących nakładanie rąk, sprawiają, że charyzmat nie rozwija się, a medycy patrząc na nas drwiąco mrużą oczy.

Najważniejszy błąd polega na tym, że wielu uzdrawiających charyzmatyków ma dualistyczną koncepcję człowieka jako złego ciała i dobrej duszy. Nie widzą Jedności, która manifestuje się we wszystkim, więc też w człowieku. To oznacza, że mają zbliżoną do medycyny konwencjonalnej koncepcję uzdrawiania. Nie praktykują holistycznego uzdrowienia człowieka, a jedynie oczekują, że chore miejsca, które medycyna leczy środkami farmakologicznymi i skalpelem, Bóg uzdrowi swoją mocą. Zainteresowani są wyleczeniem choroby, a nie uzdrowieniem człowieka.

Kolejny błąd to zwykła ludzka pycha. Praktykujący uzdrawianie przez modlitwę i nakładanie rąk wyobrażają sobie, że zostali obdarowani cudowną mocą, która mogą swobodnie zarządzać. Figa z makiem z pasternakiem! Człowiek Boży, obojętnie czy powołany do prorokowania, nauczania czy uzdrawiania, nie posiada żadnej nadmocy, którą mógłby dowolnie dysponować. Jest po prostu kanałem, medium, narzędziem, epifanią Bożej mocy. Ulubiony przeze mnie obraz to pęd, który jedynie pod tym warunkiem, że jest idealnie pusty, może stać się instrumentem dla cudownych dźwięków, uzdrawiającej  muzyki  Boga. Pustka oznacza pozbycie się EGO i całkowite oddanie się Bogu. Im mniej pychy, tym skuteczniejszy mówca, nauczyciel, czy uzdrowiciel. Pycha tłumaczy też nieudolność i niewydolność współczesnego systemu oświaty i służby zdrowia. Nauczyciele i medycy zapominają, że służą Życiu i Miłości, więc pychą wiedzy oraz mocy swoich wyimaginowanych autorytetów skutecznie uniemożliwiają Bogu działanie.

Trzecim błędem jest brak cierpliwości. Bywa, że Bóg uzdrawia w mgnieniu oka, innym razem proces trwa dłużej. Doświadczał tego nawet Mistrz z Galilei! Proszę uważnie przeczytać opowiadanie  o uzdrowieniu ślepego w Betsaidzie (Mk 8,22-26). Prawdziwe uzdrowienie zawsze następuje od wewnątrz na zewnątrz, od przyczyny, którą jest duchowy problem, do cielesnej manifestacji. Dzieje się coś w ukryciu, więc na początku najczęściej niczego nie da się zauważyć. Poza tym cierpliwość uczy współodczuwania i przyjmowania cierpiącego człowieka takim, jakim jest. Uzdrawiać można jedynie z poziomu serca, czyli z energetycznego pola miłości. Nakładający dłonie nie może budować relacji z cierpiącym, mając poczucie wyższości i litości.

Czwarty błąd to oczywisty brak wiedzy o człowieku, począwszy od przyjętych przez ogół naukowców wyników badań i aktualnych hipotez współczesnej biologii i fizyki, a skończywszy na starożytnej mądrości, zwłaszcza chińskiej i hinduskiej. Na Polinezji i wśród plemion dalekiej Syberii także można znaleźć wiele ziaren mądrości, która rozjaśnia ewangeliczne świadectwa o duchowej praktyce Mistrza z Galilei. Jeśli zaś idzie o modną obecnie tradycję Indian, propagowaną zwłaszcza w Internecie, jestem dalece ostrożny, ponieważ świadectwa o niej noszą ślady popkulturowej miazgi i można w nich odnaleźć wyraźne przeszczepy ze Wschodu. Praktykując uzdrawianie przede wszystkim trzeba uczyć się tego, w jaki sposób i dlaczego ciało w taki a nie inny sposób uzewnętrznia duchowe przyczyny. Uzdrawianie dosięga wewnętrznego problemu, ponieważ dopiero wówczas możliwe jest trwałe usunięcie cielesnych skutków, które mylnie są utożsamiane z chorobą.

Piąty błąd to brak zaufania, że uzdrawiający Bóg może skutecznie wykorzystywać wierzących i lęk przed kompromitacją albo nieudanymi próbami. „… Bo zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie” (Mt 17,20).

Szósty błąd to brak wdzięczności za wszystkie, nawet najmniejsze dary życia. Praktykowanie wdzięczności oczyszcza serce i wzmacnia duchową energię. Wdzięczność za wszystko uruchamia szeroki strumień darów, za które będą wdzięczni także uzdrowieni. Pamiętajmy, że obdarowywać możemy jedynie tym, w czym sami uczestniczymy! Człowiek niezadowolony, wieczny malkontent, widzący więcej ciemnych stron życia aniżeli darów Światła i Miłości, nie ma w sobie duchowej lekkości, którą wykorzystuje Bóg. Zwłaszcza nakładając dłonie trzeba być świadomym własnego ciała, aby wyczuwać ich najmniejsze drgnienia, ponieważ w ten sposób pokazują, w którą stronę chcą się przesuwać albo na dłużej pozostać w jednym miejscu.

Siódmy błąd to brak miłości, ale naprawdę tej fundamentalnej. Energią, znaną jako kwarki i fotony, która stworzyła świat, jest Miłość. Miłością też uzdrawiamy. W największym uproszczeniu choroby są skutkiem braku Miłości w człowieku. Wielkich i małych dziur po Miłości nie zalepimy chemicznymi substancjami ani nie naprawimy zręcznym skalpelem. Duchową tkankę człowieka może odbudować jedynie Miłość.  

Na koniec wspomnę o roli modlitwy, która niczym klamra wszystko łączy i spaja, w tym również uzdrawianego i uzdrawiającego z jedynym źródłem uzdrowienia, którym jest Bóg. Nie chodzi tylko o modlitwę przed i w trakcie nakładania rąk. Co prawda jest wisienką, bez której nie byłoby zwieńczenia pysznego tortu, jednak szczerze mówiąc, bez niej tort niewiele traci na wartości. Bez codziennej modlitwy, praktykowanej jako modlitwa słów i modlitwa ciszy, którą zwiemy też medytacją, na niewiele przydają się szczere chęci oraz dobra intencja. Modlitwa szlifuje duchowość. Uwrażliwia na tajemnicę, której podczas uzdrawiania trzeba się bezwzględnie oddać. Nakładający dłonie widzi i rozumie jedynie wystający ponad wodę wierzchołek góry. Prawdziwy lód, czyli wewnętrzna, duchowa przyczyna choroby, pozostaje ukryta i należy wobec niej zachowywać wieki respekt, aby nie zranić przecież już cierpiącego człowieka. Modlitwą otwieramy się na działanie Ducha i jeśli Najwyższy zechce nam odsłonić coś zza zasłoniętej tajemnicy, otrzymamy ów dar. Jeśli jednak dla jakiejś przyczyny nie powinniśmy tego poznać, uzdrowienie nastąpi w sposób odpowiedni dla chorego, a nie ze względu na pyszne oczekiwania uzdrawiającego, który życzyłby sobie mieć poczucie pełnej kontroli i władzy.

Muszę kończyć, bo wpis robi się długi, jednak do tematu będę wracał chociażby z powodu zalecenia, aby unikać dotyku, powtarzanego przez Kościoły bez głębszej refleksji.

W Jezusie przekroczyć Jordan – rozmyślanie na 11 października

To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. Nie jest ono na niebie, aby trzeba było mówić: Któż nam wstąpi do nieba i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Nie jest też ono za morzem, aby trzeba było mówić: Któż nam się przeprawi za morze i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i dobro oraz śmierć i zło! Gdyż ja nakazuję ci dzisiaj, abyś miłował Pana, Boga twego, chodził jego drogami i przestrzegał jego przykazań, ustaw i praw, abyś żył i rozmnażał się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść. Jeżeli zaś odwróci się twoje serce i nie będziesz słuchał, jeżeli dasz się odwieść i będziesz oddawał pokłon innym bogom oraz im służył, to oznajmiam wam dzisiaj, że zginiecie i niedługie będą wasze dni na ziemi, do której przeprawiasz się przez Jordan, aby dojść do niej i objąć ją w posiadanie. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię. Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo, miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, która Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.                                                                                5 Mż 30,11-20

Izrael stoi nad Jordanem u wrót ziemi, którą JESTEM przeznaczył na mieszkanie dla ludu bez ziemi. Jakże blisko i daleko jednocześnie. Za Izraelem 40 lat na pustyni, przed nim ostatni akt przekroczenia wody. No i jeszcze jedno. Do brzegu doszedł, prowadzony przez Mojżesza, który zostanie po pustynnej stronie wody. Izrael przekroczy Jordan z Jozue, czyli Jezusem (mię Jozue jest zhellenizowaną formą imienia Jezus). 

1. Wybór SŁOWA

Po doświadczeniu pustyni, oczyszczeniu ogniem, Lud przygotowany do zasiedlenia krainy mleka i miodu musi przyjąć słowo: „Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił”, które przeprowadzi go przez wodę. Dlatego Mojżesz, prawodawca, pozostanie po tej stronie rzeki, po której nauczycielem było prawo i kult. Pod przewodnictwem Mojżesza Lud przeszedł przez wielką wodę i został oczyszczony w ogniu pustyni. Przejście przez małą wodę i wejście do Kanaanu, do ziemi obiecanej, czyli odpocznienia, będzie możliwe z tym, który wypowiada słowo, z Jezusem. Proszę to zapamiętać, ponieważ wrócę do tego obrazu na zakończenie.

Uważny Czytelnik Starego Testamentu dostrzeże, że ta historia jest kalką opowiadania o Noe, który musi zapanować nad żywiołem wody, jeśli wraz z rodziną chce przeżyć. Jesteśmy przyzwyczajeni do wyobrażania sobie sprawiedliwego Noego, jako budowniczego arki, statku, aby nie utonąć. To jednak jest tylko obraz, figura, ułatwiająca zapamiętanie oraz interpretację. Dziś Młodzi powiedzieliby interfejs. W rzeczywistości Noe musi sobie stworzyć SŁOWO, którym przepłynie wielką wodę i znajdzie suchy ląd. Z topieli, czyli z przeszłości, z przywiązania do tego, co było i co samemu można osiągnąć i do czego lgnie ludzkie serce, można przejść ku błogosławionej przyszłości, pełnej życia, jedynie dzięki SŁOWU.

W głębinach wodnych, w przerażającej otchłani nieświadomości znajduje się szeol, kraina śmierci. Żeby przepłynąć albo przejść na drugi brzeg potrzebne jest SŁOWO, które nie jest daleko, bo w sercu i ustach. O skutkach odrzucenia tego SŁOWA boleśnie przekonał się Jonasz, który o dziwo (czy naprawdę tylko przez przypadek?) został wyrzucony ze statku.

Noe przyjął SŁOWO, które go uratowało. Jonasz chciał przed nim uciec, więc zginął w morskiej otchłani i wszedł do krainy śmierci.

Żeby nie zginąć trzeba przyjąć SŁOWO, w którym przepłynie się przez wodę na drugi brzeg. Potrzebne jest SŁOWO, które staje się korabem. Potrzebne jest słowo życia i błogosławieństwa, które Bóg ofiarowuje człowiekowi: „Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo”.

Po Mojżeszu potrzebny jest Jezus!

Kto nie wsiada do arki, tonie.

Do Jezusa przychodzi ktoś, kto nie chce wpaść do wody i utonąć w przeszłości. Pragnie wejść do Kanaanu: „Co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny?” (Mk 10,17). Od młodości żyłem według Dekalogu – dodaje. W odpowiedzi słyszy: „Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie” (Mk 10,21). Nie o majątek sam w sobie rozchodzi się Nauczycielowi z Galilei, ale o przywiązanie do bogactwa, czyli o nadzieję na przyszłość, pokładaną z tym, co mamy z przeszłości.  

Z tym, co próbujemy ze sobą zabrać z przeszłości ku przyszłości, nie przejdziemy przez ucho igielne, którym jest nasze TERAZ: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Mk 10,25). To najczęściej oczywiście jest bogactwo materialne, ale może być cokolwiek, bez czego nie wyobrażamy sobie wejścia do Ziemi Obiecanej. 

Tymczasem wystarczy jedno SŁOWO, które ma wartość życia wiecznego. Cokolwiek uznajemy za nasze bogactwo i tak nie może równać się z jego wartością. Tym SŁOWEM jest imię następcy Mojżesza: JEZUS.

Co wybierasz: życie czy śmierć, błogosławieństw czy przekleństwo?

2. JESTEM jest zbawieniem

SŁOWO, będące arką, w której przepływamy przez wielką wodę nieświadomości, czyli z wiarą chodzimy po powierzchni wody, jest wyznanie: JESTEM jest zbawieniem.

SŁOWEM, prowadzącym nas przez wody Jordanu do Ziemi Obiecanej, jest zatem świadomość, że poza związaniem się z Bogiem, który jest Życiem, nie ma dla nas ratunku: „To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. (….) Miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, która Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi”.

Żeby po przekroczeniu Wielkiej Wody przeżyć doświadczenie pustyni, czyli uwolnienia od egipskiego dobrobytu i poczucia bezpieczeństwa, potrzebny był Mojżesz, a więc prawo i kult, zobowiązanie i dyscyplina. Jednak kolejny etap, którym jest przejście przez Małą Wodę, zawdzięczamy Jezusowi, czyli słowu JESTEM jest zbawieniem.

JEZUS jest SŁOWEM (arką), w którym z pustynnego brzegu można przejść na drugą stronę Jordanu, do krainy mleka i miodu, krainy wiecznego życia, krainy odpocznienia i zbawienia. Jednak po stronie pustyni trzeba zostawić wszystko, bo zabrać można tylko siebie. Trzeba zostawić prawo, czyli dyscyplinę. Ona jest potrzebna w oczyszczeniu się z pożądliwości i na nic nie przydaje się w krainie zbawienia, gdzie miejsce dyscypliny zajmuje odpoczniecie. Pierwsze jest działaniem Mojżesza, drugie darem w Jezusie: „Prawo bowiem zostało nadane przez Mojżesza, łaska zaś i prawda, stała się przez Jezusa Chrystusa” (J 1,17). Pierwsze jest pracą człowieka, drugie darem Najwyższego JESTEM.

Czy pojmujecie, zwłaszcza wszyscy, którym wydaje się, że pokonywanie dwóch tam, czyli dwóch działów wodnych, czyli Wielkiej Wody i Małej Wody, o którym niestrudzenie piszę i nauczam, nie jest żadną czczą filozofią, którą zwodzę niewinnych? Nie jest też propagowaniem i promowaniem innych duchowych Mistrzów, w miejsce Jezusa! To jedynie i aż przełożenie wielowiekowej, biblijnej tradycji, wyrażonej symbolicznie, na współczesny język, aby uprzystępnić zrozumienie biblijnych tekstów, których duchowe  znaczenie przez wieki było zakrywane.

Moim jedynym pragnieniem jest uświadomienie w możliwie najprostszy sposób, z użyciem przekonujących obrazów, znaczenia duchowej pracy, którą musi wykonać każdy człowiek, obdarowany Bożym zbawieniem.  

Wszak decyzję każdy musi podjąć sam: Wybieram życie i dobro czy śmierć i zło? Wybieram błogosławieństwo czy przekleństwo? „Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Decyzję podejmuję ustami, na podstawie skarbu, który mam w sercu: „Albowiem sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje ku zbawieniu ” (Rz 10,10). Wyznawanie ustami, że Jezus jest SŁOWEM, które wprowadza do odpocznienia, jest duchowym odpowiednikiem przejścia przez Jordan pod wodzą Jezusa, następcy Mojżesza.

Wielką Wodą jest przepona. Po wyjściu z wody stajemy się wolni, aby w pustynnym doświadczeniu ognia, czyli w przestrzeni serca, pozbyć się EGO i dojść do Małej Wody, którą jest gardło. Przejście przez nią to manifestacja zbawiającej mocy JESTEM, dzięki któremu wchodzimy do odpocznienia.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. Amen.