Cosi o mnie

Chwała Pón Bóczkowi, żech się narodził w Cieszynie, w pieknym konteczku ślońskij krainy. Po mieczu, czyli po Manfridzie, jeżech prusokiem. Po kądzieli, czyli po Annie, rodzonej Gansel, jeżech cesarokiem.

Aspoń ni miołech wyboru i musiołech se chaupe wystowić kansi kole granicy na Wiśle. Jakisi 5 km od moi chaupy stoi kamień wedle cesty, na kierym som kilometry do Wiednia, a nie do Warszawy.

No cóż: Wielu do siebie zrażam!

Między innymi tym, że za ślązaka się uważam.

Wszakże nazwisko podpowiada – taka ma słowiańska krew,

że tylko na Śląsku słyszę wszystkich stworzeń śpiew.

Od zawsze mieszkałem na farach. Pierwsze cztery lata życia spędziłem w Jaworzu, gdzie Tato był wikariuszem. Potem zamieszkaliśmy w ST. Bielsku, bo został tam proboszczem.

Starobielska fara była miejscem mojego dziecinnego snu radości i beztroski:

Amnezja

Pozostało zaledwie kilka zapachów.

W nozdrzach bardziej?

Może w sercu?

Amnezja…

Z trudem widzę,

zamkniętymi oczami uśmiech taty;

Pamiętam – dłonie Mamy radość siały.

Amnezja…

Na stoliku druty z włóczką,

Za ścianą rzędy książek,

Dom pełen znaków miłości.

Amnezja…

Reszta gdzieś się podziała.

Fotografie pamiętają więcej,

I tylko miłość pozostała.

Amnezja?

Miłość pamięta!

 

Jestem mężczyzną. W moich żyłach płynie krew życia, dlatego wiem, że najpiękniejsza jest Kobieta. W jej oczach można odnaleźć niebo. W jej delikatności i piękności doświadczyć niezwykłej miłości Boga.

W pięknie Kobiety przychodzi do mnie piękny Stworzyciel i dlatego wiem, że mężczyzna pod jedną pachą zawsze powinien mocno dzierżeć portret swojej Kobiety:

Wpleciony

Wtulony w Twe włosy,

drżę podniecony.

Wszędzie świata odgłosy,

jam w Ciebie wpleciony.

Jedno tylko słyszę:

oddech przyśpieszony.

Pocałunkiem na ustach wypiszę,

żem Tobą zachwycony.

 

Chociaż zapierałem się jak tur, że księdzem nie będę, nic z tego nie wyszło. Co prawda skończyłem techniczną szkołę ogrodniczą w Białej, jednak od 19 lat zmagam się z biblijnym obrazem JHWH, aby go opisywać w tekstach i malować słowami kazań, katechez i wykładów:

Sobotni wieczór

Od dwudziestu godzin święci się sabat –

święty odpoczynek.

Za cztery godziny powitam niedzielę –

radość zmartwychwstania.

Ślęczę w gabinecie i myślę:

– Kim jestem?

– Jak mam być?

– Czy wolno mi odpocząć?

– Może powinienem zaharować się dla „nowej ziemi”?

Sługa Słowa – a chęci nie mam do niczego.

Radość stracona…

Serce puste…

Myśli płoche i zalęknione…

W sabat walczę o resztki wiary.

Zaufam i wstanę zmartwychwstały!

Jutro na ambonie znowu będę uśmiechnięty.

 

Na szczęście pozostaje mi – żeby nie zwariować, albo co gorsze nie zachwycić się sobą – miłość do stworzenia.

Doprawdy nie podziwiam jedynie piękna Kobiety. Zachwycają mnie też kwiaty i drzewa. Tęsknię za zapachem ziemi po pierwszym ciepłym, wiosennym deszczu.

Bez przyrody moja duchowość byłaby jakaś miejska, zbyt ponowoczesna, septyczna i może mało wrażliwa?

Jesienne liście

Wczoraj zielone, dziś wyzłocone;

Jesienne liście – letniego słońca zaklęty czar.

Roztańczone w rytmie zuchwałego wiatru,

Piękne dziś ostatni raz.

Otulony srebrem porannych przymrozków,

Poczerwieniał nimi świat wokół nas.

Rozbudzonych namiętności płomień,

Ginie pod strumieniami łez.

Jesienne liście – kolorami ziemi,

Zimowej śmierci czynią znak.

Milczeniem roztańczonego przemijania,

Zapraszają na ostatni bal.

 

Moim mistrzem jest śląski romantyk z Łubowic pod Raciborzem, Józef von Eichendorf. Jego serce też biło po Śląsku, chociaż usta gadały po niemiecku. Ale tak to już jest w naszej śląskiej ojczyźnie, że język nie jest najważniejszy. Łączy nas pewien rodzaj wrażliwości, który obcy jest Polakowi, Niemcowi, czy Czechowi. Chociaż – nawiasem mówiąc – coraz częściej dostrzegam, że cesarokom kulturowo najbliżej do Morawian, zaś prusokom z Górnego Śląska do Czechów.

Dlatego zakończę wierszem Eichendorfa, który dedykuję wszystkim uczestnikom spotkania:

Strony rodzinne

Pamiętasz tam, na wzgórzu, zamek ów?

Łkał nocą róg, jak gdyby wołał ciebie,

I sarna szła na łów,

I szumiał las i srebrniał sierp na niebie –

Tak cicho… Abyś mógł usłyszeć siebie

I boleść swych dziecięcych snów.

Pamiętasz ogród? – Wiosną, świtem, wczas,

Tam dziewczę w chłodnej rosie ścieżek chodzi

Samotność siejąc w nas…

I jak kto pieśnią swą tęsknotę budzi,

Tak w śpiewie kwiatów, drzew, nas wiecznie łudzi

Nasz dawny, przepłakany los.

Korony drzew, niech brzmi wasz szumny jęk!

Ucieczka na nic – wszędy wspomnień sploty.

Jak wierny pies ten dźwięk…

Dosięgną cię ojczystej pieśni groty,

A w niej zaklęty ból nasz szczerozłoty.

Twój los jak mój: tęsknota, lęk.

Tłum. Ks. Jerzy Szymik

 

Ostańcie z Pón Bóczkiem!