Zasada szampana

Jakże wiele straciliśmy z radości życia i poczucia szczęścia tylko dlatego, że po prostu nie chcemy ich doświadczać, a dobry świat oskarżamy o to, że jest właśnie taki, czyli coraz mniej radosny i szczęśliwy. Śmiem twierdzić, że jest to jeden z najbardziej charakterystycznych przejawów grzechu współczesnego pokolenia, ponieważ grzech jest próbą powrotu do tego było, co jest stare i daje poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem Boże powołanie do uprawiania i strzeżenia ogrodu życia jest wezwaniem do tworzenia kultury. Ludzie grzeszni bardziej miłują przeszłość, tęsknią za tym, co dawniej zapewniało poczucie bezpieczeństwa, bojąc się niepewnej przyszłości, bo nie wierzą Bożej obietnicy.

Jakże mogę to połączyć z radością i szczęściem? Dość prosto, a posłużę się zasadą szampana, czyli luksusowego towaru, który często bywa prezentem, spożywanym podczas niezwykłych okazji.

Człowieczeństwo między innymi polega na wydostawaniu się spod władztwa natury. Jest ciągłym budowaniem ludzkiego świata, czyli kultury. Jednym z charakterystycznych dóbr kultury jest wspomniany szampan, nie dość że wino, to jeszcze uszlachetnione. A takich dóbr nie konsumuje się cichaczem i użytkowo. One są luksusowe nie ze względu na cenę, a więc dostępność, ale przede wszystkim dlatego, że są przeznaczone do spożywania ceremonialnego, świątecznego, wspólnotowego.

Szampan jest wtedy czymś ofiarowanym, specjalnie przygotowanym. Pijąc go, wszyscy cieszą się hojnością ofiarowującego oraz okazją smakowania wybornego trunku. Szampana nikt nie wypija sam, a zawsze tylko część, aby także inni mogli cieszyć się smakiem. Wreszcie nie pije się go dla nasycenia pragnienia, ponieważ do tego używamy wody. Pijąc szampana, szanujemy wiedzę wielu pokoleń, czyli jakbyśmy wznosili toast za kulturę. Pijemy go, żeby zamanifestować wolność od natury.

A nasze pokolenie co uczyniło z owej zasady szampana? Coraz więcej dóbr, tych materialnych, ale i duchowych, próbujemy pić samotnie, ciesząc się tym, że mamy coś, czego nie mają inni. Nie ofiarowujemy już towarów luksusowych, przeznaczonych na specjalną okazję, ale zazdrośnie strzeżemy prawa do ich wyłącznego używania. Tracimy więc radość smakowania nie tylko tego, co prawdziwie szlachetne, wyborne, dobre, ale też wspólnotę, której nie ofiarowujemy wybornego trunku radości i szczęścia. Tym samym każdy z nas w samotności próbuje wypić swój szampan, ale wtedy nie dość, że traci wspólnotę, to jeszcze pije go w celach użytkowych.

Szampan przestaje służyć świętowaniu, a staje się zwykłym produktem do egoistycznego używania. I tak człowieczeństwo karleje, bo zamiast pięknie i delikatnie rozwijać kulturę, wraca ponownie w świat natury, gdzie rządzą najtwardsze prawa użyteczności, czyli przetrwania i przekazania życia. Tak oto w egoizmie ujawnia się jądro grzechu, jako powrotu do tego co stare, co już było. Byle przetrwać w swojej jaskini i zaspokoić seksualność w jej najbardziej zwierzęcej postaci.

Czy nasi przodkowie, żyjący pokolenia przed nami, mieli taką radość życia i poczucie szczęścia ze swojego człowieczeństwa? Śmiem wątpić. Próbowali po prostu przetrwać, a świętowania doświadczali jedynie sporadycznie. A przecież w między czasie żył, działał, umarł i został wzbudzony do życia Jezus z Galilei, Słowo Ewangelii, które potwierdza prawo człowieka do świętowania. Doświadczając zbawienia mamy prawo i możliwość przeżywania życia jako święta. My tymczasem ani nie chcemy pić wina Ewangelii, ani korzystać z zasady szampana. Za wszelką cenę chcemy przechytrzyć innych, usiłując egoistycznie wypić trunek, przeznaczony do ofiarowania wspólnocie i świątecznego smakowania. Coraz częściej żyjemy pokątnie i użytecznie, to znaczy wyłącznie dla samych siebie.

Nie dziwmy się więc, że tracimy radość życia i szczęście bycia człowiekiem. Gdzie bowiem zanika zasada szampana, to znaczy, gdzie panoszy się egoistyczne pragnienie zaspokojenia samego siebie, tam zanika doświadczenie święta a wspólnota się rozpada.

Zbawienie również polega na tej zasadzie, której zaprzeczamy. Jest ofiarowaniem czegoś tak szlachetnego i cudownego, że ofiarodawca nie ma odwagi pić z pucharu sam. Udziela go nam, zapraszając do świętowania we wspólnocie. Z nadmiaru swojej miłości dzieli się z nami miłością, z nadmiaru szczęścia, szczęściem, a z nadmiaru radości, radością. Jednak nie zapominajmy, że do świętowania zaproszeni są właściwie odziani, a więc ci, którzy nie żyją tylko sobą i dla siebie, ale z radością przyjmują zaproszenie do wspólnoty i dzielenia się darem.

Czy egoiści, próbujący cichaczem i dla zaspokojenia własnego pragnienia napić się szampana, aby na pewno są odziani we właściwą szatę? Kto za wszelką cenę próbuje w swojej grocie przetrwać sam, zginie. Kto zaś odważy się wyjść, żeby świętować zbawienie, będzie cieszył się życiem.

Szczęśliwy koniec religii

Po czym poznać szczęśliwego człowieka?  Po tym, że nie potrzebuje religii. Już z niczym nie musi walczyć, niczego zapomnieć, niczego nie pożąda, ani o niczym nie marzy. W jego życiu nie ma już przeszłości z jej wymaganiami, uwiecznionymi w postaci tradycji, rytuałów, praw, ślubów i zobowiązań. Nie ma też przyszłości, zawsze tylko potencjalnej, kuszącej imaginacjami, które mogą nigdy się nie wydarzyć i urzeczywistnić.

On po prostu żyje, a żyje się zawsze tylko raz, to znaczy teraz i tutaj. Za każdym razem jest nowe teraz, które zadziwia i zachwyca. Szczęśliwy przed niczym nie ucieka, niczego nie naprawia, ku niczemu nie dąży. Po prostu jest i zyskał nową umiejętność. Jaką? Gdy niepotrzebne stają się rytuały i prawa; gdy nie trzeba niczego osiągać za wszelką cenę,  można nauczyć się tańczyć!

Szczęśliwy człowiek nie potrzebuje religii, aby zapomnieć, zwyciężyć, osiągnąć.  Wszedł na weselną ucztę, na której wszyscy się bawią, i on też zaczął grać, śpiewać i tańczyć. Wreszcie może napić się wina i zacząć świętować.

Po czym poznać, że religia spełniła swoje zadanie? Po tym, ze ludzie stali się szczęśliwi i nauczyli tańczyć. Religia jest jak opiekun, który prowadzi dziecko do szkoły, w której ma się nauczyć radosnego i spokojnego życia. Gdy cel zostaje osiągnięty i dziecko z powodzeniem kończy naukę, opiekun przestaje być potrzebny. Po co szczęśliwemu religia, skoro stał się istotą duchową, żyjącą w Duchu?

Sama w sobie religia nie jest źródłem szczęścia, a bywa wręcz przyczyną licznych nieszczęść. Gdy człowiek tak potrafi żyć w czasie, jakby żył ponad czasem, i tak przebywać w przestrzeni swego życia, jakby nie była mu do niczego potrzebna, religia traci rację bytu. Chodzi mianowicie o to, że człowiek staje się wówczas istotą duchową, a miejsce religii zajmuje duchowość.

Religia jest światem zewnętrznym. Duchowość jest wewnętrznym Królestwem Niebios, czyli Bożą obecnością. Co prawda one zawsze się mieszają i człowiek doświadcza trochę jednego i trochę drugiego. Różnica polega na tym, że dla ludzi religijnych wewnętrzna Boża obecność jest ledwo wyczuwalna i prawie niepotrzebna, zaś w doświadczeniu szczęśliwych zewnętrzny świat religii jest tylko społeczną ramą.

Szczęśliwy koniec religii jest początkiem świętowania, nie reglamentowanego przez kalendarz, prawa i rytuały, do którego zatroskany i cierpiący człowiek ma prawo jedynie raz na jakiś czas swego smutnego i ciężkiego życia. Gdy pojawia się szczęście każde „teraz” nabiera cech świętowania. Nie ma już wspominania ani oczekiwania, nie ma też obrzędowego upamiętniania ani antycypowania (wywoływania z przyszłości). Człowiek staje się szczęśliwy w cudzie bycia „tu i teraz”. Nie myśli o wczoraj ani o jutrze, bo nie ma takiej potrzeby. Nic go nie obchodzi poza świętowaniem każdego doświadczenia i spotkania, każdej myśli i emocji, każdego słowa, które czyta albo słyszy, każdego zapachu, i smaku, każdej relacji i zadania, które ma do wykonania.

Jedyną prawdziwą religią jest świętowanie życia!

Taniec, śpiew i muzyka to są atrybuty religijnego życia. Religijnego czyli świętego, a świętego, ponieważ pełnego świętowania.

Nie oddawajcie czci Bogu, który nie umie tańczyć, śmiać się i grać, bo to na pewno nie jest Bóg! Ludzkie życie ma być nasiąknięte boskim tańcem, śpiewem i muzyką; intensywne świętowaniem, pełne codziennego szczęścia.

Szczęśliwy człowiek umie tańczyć, bawić się każdym doświadczeniem, grać i śpiewać na chwałę ISTNIENIA. Jednocześnie szczęścia nie trzyma kurczowo w rękach, jakby było jego Bogiem. Potrafi je wypuścić, zresztą jak wszystko, i otwiera się na nową chwilę i nowe doświadczenie.

W szczęściu najważniejsze jest to, że go doświadczasz, praktykujesz, uobecniasz sobą pomiędzy ludźmi, a nie to, że kurczowo się go trzymasz, ponieważ boisz się, że niespodziewanie zniknie. Ten lęk byłby przecież objawem największego nieszczęścia!

Kobiety, śmiejcie się

Jeżeli ojcem wszystkich wierzących jest Abraham, to czyją matką jest jego Żona? Ależ oczywiście wszystkich uśmiechniętych, ale zwłaszcza Pań, które nauczyły się śmiać

Sara jest biblijnym wzorem śmiejącej się Kobiety. Czternaście rozdziałów po opisie śmiałych wyczynów Ewy, matki wszystkich żyjących, w biblijnym opowiadaniu pojawia się Kobieta, której życie jest bardzo ciężkie i smutne, aż do chwili, gdy nauczyła się śmiać.

Nietrudno wyobrazić sobie, że dziewięćdziesięcioletnia Kobieta, która dowiaduje się, że zostanie matką, po prostu wybucha śmiechem. Przecież zna swój organizm, a i jej mąż do młodzieńców nie należy, ma już około 100 lat. Czyżby Abraham jeszcze mógł? No, może nawet nie chodzi o sprawność seksualną, ale o płodność? Ale czy ona nagle też? „Teraz, gdy się zestarzałam, mam tej rozkoszy zażywać! I pan mój jest stary” (1 Mż 18,12) – oto słowa niedowierzającej Sary.

Zapewne powodów do smutku w dotychczasowym życiu miała wiele, więc i śmiech stanowi tak niespodziewanie nowe doświadczenie, że czyni z niej Kobietę zdolną do rodzenia. Czym mogła się smucić?

Kluczem do zrozumienia jest informacja o trzech mężczyznach, którzy odwiedzili namioty Abrahama. Wpierw warto zauważyć, że ów szczegół ma znaczenie dla samego Abrahama, który wewnętrznie na pewno był rozdarty i chory. Jego męskość nie była prawdziwa, szczera, spokojna, pełna siły, zdolna obdarzyć Kobietę rozkoszą  i uczynić ja płodną. Uciekł od Ojca, który w każdej chwili mógł go poświęcić Molochowi, czyli po prostu złożyć w ofierze i zabić. Od kogo miał się nauczyć bycia królem, kochankiem i magiem? Kto mógłby go wprowadzić w świat męskiej siły i zainicjować w nim proces dorastania do bycia partnerem dla królowej, kochanki i wiedźmy?  Był typem silnego macho, który traktował swoją żonę jak towar, własność. Gdy zachodziła potrzeba czynił z niej prostytutkę, żeby zachować swoją głowę i zdobyć majątek. Czytaj dalej Kobiety, śmiejcie się

Ubiór, który rozbiera

Czy człowiek musi zawsze być ubrany, pomijając oczywiście względy zdrowotne bądź klimatyczne? Pytam, bo wygląda na to, że przynajmniej w opinii zdecydowanej większości teologów odpowiedź brzmi: „tak”.

Prawdopodobnie dlatego, że w naszej cywilizacji nagość i ubiór pełnią rolę antropologicznych metafor, to znaczy wyobrażeń, opisujących istotę człowieka. A wszystko wcale nie zaczęło się wraz z egzegezą tekstu: „Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy. Spletli więc liście figowe i zrobili sobie przepaski. A gdy usłyszeli szelest Pana Boga, przechadzającego się po ogrodzie w powiewie dziennym, skrył się Adam z żoną swoją przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu” (Rdz 3,7n), bo znacznie wcześniej, wtedy mianowicie, gdy treść tego fragmentu Biblii została pierwszy raz opowiedziana, a było to na wiele pokoleń przed biblijnym literatem. Opowiadanie świadczy o tym, że z poczuciem grzechu łączy się jakieś doświadczenie nagości, której Adam z Ewą nie wstydzą się wzajemnie, ale przed Bogiem!

Czy stworzenie powinno wstydzić się swojego wyglądu przed własnym Stwórcą? Raczej nie. Coś tu jest nie tak? O co zatem chodzi? Może o to, że chociaż przed upadkiem byli nadzy, jednak nagość ich nie obnażała? Czymś innym jest bowiem nagość, czyli brak ubrania, a czymś innym bycie obnażonym, zdemaskowanym, pozbawionym możliwości zasłonięcia prawdy o sobie, z czego doskonale zdają sobie sprawę zdemoralizowani ludzie aparatu władzy, demonstrujący swoją siłę i przewagę, obnażaniem pojmanych, osądzonych, manipulowanych, wykorzystywanych i poniżanych ludzi.

Czytaj dalej Ubiór, który rozbiera

Balet metafizyczny

W patriarchalnym, męskim świecie, zorganizowanym w taki sposób, aby w każdej chwili móc podjąć walkę; w świecie pełnym lęków, biorących się z fałszywych wyobrażeń boskości, które z biblijnym Bogiem nie mają nic wspólnego; w świecie zdominowanym przez stare struktury społeczne i wzorce wyobrażeniowe, którym feminizm wciąż nie przedstawił wstrząsającej alternatywy; w świecie pełnym smutnych oczu, w których widać nieprzebraną głębię kompleksów, taniec jest pociągającą propozycją dla człowieka, aby dotarł do źródeł swojego życia i odnalazł samego siebie.

Taniec jest:

– kreacją, ponieważ można w nim doświadczyć pełni człowieczeństwa, ucząc się wyrażania emocji oraz pragnień;

– terapią zaburzonej seksualności, ponieważ uwalnia zmysły a energii życia pozwala zniszczyć gorset neurotycznej pobożności;

– wdzięcznością za życie, miłość, radość, wspólnotę ludzi wolnych;

– świętowaniem człowieczeństwa i zbawienia, ponieważ zawiesza prawo konieczności i użyteczności;

– rodzajem modlitwy, rozumianej jako trwanie w obecności uśmiechniętego Boga, szczęśliwego szczęściem swoich dzieci.

Tańcem można życiu i światu przywrócić harmonię pomiędzy duchowością i cielesnością; zobowiązaniem i swawolą; męskością i kobiecością; dorosłością i dziecięcością; kosmosem i chaosem; czasem i wiecznością.

Kwintesencją tańca jest balet – taniec aniołów….

Przepis na szczęście

W powszechnym przekonaniu doświadczenie szczęście jest tak ulotne a ono w swej istocie do tego stopnia niedefiniowalne, że nawet najbardziej ogólne próby opisania szczęścia nie mogą się powieść.

Jak to często bywa, mam odmienne zdanie. W moim przekonaniu najprostszą i najskuteczniejszą receptę na szczęście proponuje chrześcijaństwo, oczywiście w wersji pogłębionej duchowo, w której życiowe wybory oraz intelektualny wymiar bycia uczniem i przyjacielem Jezusa, nie funkcjonują tylko w sferze publicznej i społecznej, w postaci przynależności do kościelnej instytucji, ale są realizowane w wewnętrznym doświadczeniu Bożej obecności, z istotnym udziałem emocji, wśród których, obok miłości, trzeba umieścić wiarę.

Chrześcijański przepis na szczęście nie jest egalitarny ani nie wymaga szczególnych ćwiczeń duchowych bądź cielesnych. Jest przejrzysty i łatwy do zrealizowania. Opiera się na słowach i czynach Mistrza i Nauczyciela, Jezusa z  Galilei, czyli na Jego duchowości, chociaż nie bez późniejszych wpływów. Składa się z czterech elementów, których nie należy traktować jako kolejnych stopni wewnętrznego rozwoju. Razem wzięte, bez wewnętrznej hierarchii ważności, umożliwiają zwyczajnie ludzkie doświadczenie szczęścia. Czytaj dalej Przepis na szczęście

Samotność

Współczesna psychologia, a zwłaszcza kierunki inspirujące się freudyzmem, utrwalają przekonanie, że satysfakcjonujące i szczęśliwe życie wiodą jedynie ludzie, pozostający w trwałych związkach o charakterze intymnym. Przyjęło się uważać, że człowiek bez towarzystwa i serdecznych uczuć, bez udanego związku o charakterze emocjonalnym i erotycznym, nie może być szczęśliwy. Tymczasem biogramy wielu twórczych i odważnych jednostek przeczą temu poglądowi. Wygląda wręcz na to, że niespotykany i twórczy talent szczególnie humanistom i religijnym przywódcom utrudnia zakładanie rodzin i nawiązywanie bliskich relacji osobistych. Czy dlatego, że swoim nieprzeciętnymi talentami budzą złe namiętności albo zazdrość?

A może dlatego, że jako ludzie ideowi nie znoszą sprzeciwu oraz innych poglądów czy też po prostu są nieprzystosowani do życia? Tak mogłaby brzmieć negatywna interpretacja tego rodzaju zachowań, tymczasem łatwo sobie wyobrazić, że to psychoanaliza, a przynajmniej niektóre jej kierunki, błędnie uzależniając doświadczenie szczęścia od intymnych i trwałych relacji, utrwaliła pogląd, nie uwzględniający potrzeby samotności, niezbędnej dla zachowania zdrowia i dobrego samopoczucia.

Zwolennicy teorii o związku szczęścia z pozostawaniem w satysfakcjonującym i długoletnim związku, często dzielą przekonanie, że wyjątkowo utalentowani myśliciele są ludźmi niestabilnymi psychicznie, stąd co prawda miewają przelotne romanse i wchodzą w związki, czasem nawet długoletnie, aczkolwiek dramatyczne i wyczerpujące emocjonalnie, jednak w swej najgłębszej istocie nie są zdolni do budowania trwałych relacji.

Nie czas na analizę psychologicznych portretów tak wybitnych osobowości, jak dla przykładu Kartezjusz, Newton, Pascal, Kant, Nietzsche czy Kierkegaard, niemniej zachowania bliskiej mi z wielu powodów postaci Jezusa, Nauczyciela z Galilei, umożliwią mi sprzeciw wobec rozpowszechnionych opinii o braku związku pomiędzy potrzebą samotności a doświadczeniem szczęścia. Czytaj dalej Samotność

Kłamstwa, którymi uzasadniamy bierność

Pokonani i zrezygnowani bardzo często czekamy na cud. Szukając uzasadnienia niepowodzeń i beznadziei, która wkradła się w nasze myśli, wmawiamy sobie, że świat oszalał a życie jest okrutne. Na pytanie, czy chcemy być zdrowi, radośni, spokojni, mieć ochotę na zmianę swojego położenia, niemal automatycznie wskazujemy winnych: a to ktoś nas nienawidzi, inny źle nam życzy, ktoś nie pomógł, a jeszcze inny tak źle urządził nasz świat, że żyć się w nim nie da. Co wówczas pozostaje? Oczywiście czekanie na jakiś bliżej nieokreślony cud, który szczęśliwym trafem pomoże wyrwać się z nieszczęścia.

Tymczasem te sądy najczęściej są wygodnymi kłamstwami, którymi udaje nam się usprawiedliwić bierność, ale uwaga: WYŁACZNIE PRZED INNYMI! Samych siebie w ten sposób nie wyprowadzimy w pole. W głębi naszego sumienia wiemy, że są to tylko zmyślne kłamstwa, które nas pognębiają. Powtarzając je, w istocie nie osiągamy żadnego dobra, a ich negatywną konsekwencją jest to, że tracimy szacunek do samych siebie i coraz bardziej toniemy w rozpaczy.

Cud się nie zdarza, jeśli nie pojawiają się dwa warunki jego zaistnienia! Czy podstawowym warunkiem cudu jest wiara? Owszem, ale w tym wypadku rozpisana na dwa bieguny, ujawniające strukturę cudu. Idzie mianowicie o wolę i działanie. Jeśli mamy odpowiednio zmotywowaną wolę oraz konsekwentnie działamy, aby osiągnąć wyselekcjonowany cel, w języku świata bywamy nazywani skutecznymi ludźmi. Tymczasem, jeśli motywuje nas wiara, dynamizujemy naszą życiową sytuację do tego stopnia, że Bogu nie pozostaje nic innego, tylko ujawnić swoje błogosławieństwo pod postacią cudu.

Gdyby przez pustynię nie prowadził Izraela człowiek z niezłomną wolą i żelazną konsekwencją, cały lud z uczuciem ulgi powróciłby w niewolę. Ponad wszelką wątpliwość nie wydarzyłyby się te wszystkie cuda z okresu wyjścia, jak i późniejsze, gdyby nie odpowiednio zmotywowany i działający Mojżesz, człowiek wielkiej wiary, który nie oszukiwał siebie oraz lud kłamstwami w stylu: nie da się, sprzysięgli się przeciwko nam, tylko w godzinie próby spokojnie i z przekonaniem rozmawiał z Bogiem, negocjując warunki kolejnych cudów.

Więc nie okłamujmy samych siebie, próbując usprawiedliwiać brak wiary w pomyśle rozstrzygnięcia niepowodzeń i przezwyciężanie kryzysów. Ani przed światem, ani tym bardziej przed sobą nie uratujemy twarzy, posługując się kłamstwami, które nas kaleczą i oszpecają. Poniżej, dla przykładu analizuję dziesięć z nich. Przemyślmy ich konsekwencje, czy rzeczywiście w czymś nam pomagają? Jeśli nie, a jestem przekonany, że tak właśnie jest, czym prędzej przestańmy je powtarzać, żeby uwolnić się spod ich wpływu.

– Jeśli osiągnę coś (co wydaje mi godne pożądania) albo będę miał coś (co wydaje mi się niezbędne), zostanę szczęśliwym człowiekiem. To jedno z największych kłamstw współczesnego pokolenia, dlatego coraz mniej ludzi jest szczęśliwych. Czy nie na tym polegał grzech Ewy z Adamem w Ogrodzie Życia, skutkiem którego doświadczyli skrajnego nieszczęścia? Szczęście bowiem nie nadejdzie wraz z tym, czego pragniesz. Szczęście jest teraz, bo teraz żyjesz i teraz jesteś tym, kim jesteś. Tylko szczęśliwi ludzie osiągają naprawdę wielkie ciele.

– Jestem  mało wartościowy, ponieważ nie odniosłem sukcesu. Kolejna wielka bzdura, skoro w porządku świata i w ocenie ludzi, umierający na krzyżu Jezus z Galilei nie odniósł co prawda sukcesu, a i tak uznajemy Go za najwartościowszego człowieka? Więc lepiej odpuścić sobie oczekiwania własne oraz innych o nas, jak powinno rozwijać się nasze życie, a zacznijmy koncentrować się na tym wycinku życia, w którym akurat uczestniczymy. Żyjmy świadomie chwilą, która się dzieje, a wówczas odkryjemy, że nie tylko w oczach Boga jesteśmy bardzo wartościowi.

– Ludzie mnie nie rozumieją. To jest kłamstwo, które ma nam pomóc rozładować napięcie, związane z samotnością. Tymczasem warto zgodzić się na samotność, akceptując jej pozytywny wpływ na rozwój relacji z Bogiem i poznanie samego siebie, a kłamstwa unikać, ponieważ nie rozwiąże problemu samotności a jedynie wyobcuje nas z każdej wspólnoty. Wyobcowanie i samotność to naprawdę dwa różne doświadczenia. Pierwszemu najczęściej sami otwieramy drzwi do naszego życia, uznając się za niezrozumiałych. Więc zamiast pogłębiać to doświadczenie, sądząc, że inni nie zgadzają się z Tobą, po prostu zacznij być wdzięcznym za swoją niepowtarzalność i wyjątkowość.

– Moja przeszłość nie pozwala mi się rozwijać. Kolejna, tragiczna nieprawda. Przeszłość, bez względu na to, czy oceniamy ją pozytywnie czy negatywnie, uczyniła nas tym, kim dziś jesteśmy. Mówiąc inaczej, jesteśmy rozpoznawalni po naszej przeszłości. Jeśli więc uważasz, że popełniłeś błędy, które skutkują tym, że dziś w twoim życiu nie pojawiają się w nowe możliwości, samego siebie zapytaj: czego się z nich nauczyłeś; jakie wnioski możesz z nich wyciągnąć, abyś wreszcie odwrócił się od przeszłości, a zwrócił ku przyszłości. Chrześcijańskie pojęcie usprawiedliwienie jest tego rodzaju, uwalniającym doświadczeniem, umożliwiającym pożegnanie się z konsekwencjami własnej przeszłości.

– Moje życie nie trafia celu. To z kolei jest kłamstwo, które sprawia wrażenie niezwykle pobożnego, jakby idealnie pasującego do chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Ale to jest nieprawda. Już sam fakt, że masz tego rodzaju świadomość, ujawnia, że właśnie w tym doświadczeniu chybienia celu, być może jak nigdy dotąd nadajesz życiu odpowiedni sens i jesteś bliski swojemu celowi. Skoro o tym myślisz, więc masz życiowy cel i chcesz go osiągnąć. Mniej więcej to samo przeżywają religijni ludzie, którzy boją się, że oddalili się od Boga, a tymczasem są z Nim w dużo lepszej relacji, aniżeli ci, którzy mają się za pobożnych. Więc zamiast się kaleczyć, skupiaj się na dobru, a nie na złu, i osiągaj życiowy cel na bezdrożach świata i własnego życia.

– Nie kontroluję życia, nie mogę wpływać na jego przebieg. Nieprawda. Nic nie jest dziełem przypadku i nie jesteśmy zdeterminowani. Niezwykle twórczo możemy kształtować własne życie, angażując w nie wolę i działając, jeśli oczywiście wierzymy, że ma to sens. Ludzie wiary są więc uprzywilejowani. Chrześcijanie dla przykładu oddają swoją pracę, relacje i decyzje Chrystusowi, wierząc, że wszystko, co przynależy do porządku świata, w Nim staje się dla nich źródłem satysfakcji i błogosławieństwa. To oznacza, że nie absolutyzują swojej woli i działania, a jednocześnie dokładają starań, aby to, co jest do zrobienia, uczynić jak najlepiej na chwałę Zbawiciela. Dlatego w życiu wszystko możesz zmienić, a jeśli coś ci się nie podoba, nie narzekaj, ale wstań i z wiarą zacznij działać.

– Moi rodzice są winni moich niepowodzeń. Kłamstwo, które z upodobaniem rozpowszechniają niektórzy terapeuci, mający prawdopodobnie problem, żeby pojednać się z własnymi rodzicami. Rodzice najpewniej zrobili wszystko, na co było ich stać w ich miłości, więc wychodząc z tego punktu widzenia nie należy ich obwiniać, ale usprawiedliwić. Z jednej strony zdać sobie sprawę ze zranień, a z drugiej uczynić z nich atut i nauczyć, czego nie robić, aby nie ranić. Najlepsze, co w takiej sytuacji możesz uczynić, to pojednać się z przeszłością, usprawiedliwić wszystkich, którzy Cię skrzywdzili i zacząć myśleć o przyszłości.

– Jeżeli mnie kocha, zrobi to, czego oczekuję. To kłamstwo, raniące każdą relację i niszczące związki. Miłość nie stawia warunków, ale otwiera perspektywy. Stawiając warunki, myślimy wyłącznie o sobie, o swoim domniemanym szczęściu, zamykając możliwość wspólnego rozwoju, a więc też wspólnej drogi ku przyszłości. Ten sposób myślenia, skazuje miłość na porażkę i sprawia, że stajemy się ofiarami losu, to znaczy ofiarami własnych niespełnionych oczekiwań. Zamiast tego, ukochaną osobę obdarzaj wolnością, a samemu sobie daj prawo do miłości, która nie będzie się wypełniać na Twoich warunkach. Niech miłość zaskakuje!

– Moje ciemne strony są wyjątkowo brzydkie. Ależ nie! Najprawdopodobniej to wszystko, co w sobie nienawidzisz, jest tym, co cię różni od innych, a więc wyróżnia, czyniąc wyjątkowym i pięknym. Więc nie zwalczaj swoich ciemnych stron, ale pojednaj z nimi i zobacz w nich siebie. Rozwijaj w nich swoją indywidualność, bez której nigdy nie byłbyś sobą i nie byłbyś w stanie zaowocować pełnią swojego osobowego potencjału. Nie walcz z częścią siebie, ale przyjmij siebie w całości i rozwijaj wdzięczność za to, że jesteś niepowtarzalny.

– Muszę zmusić się do większego wysiłku. To kolejne wyniszczające kłamstwo, którym próbujemy ukryć nieprzyzwoite lenistwo. Najczęściej wcale nie trzeba zmuszać się do większego wysiłku, a po prostu wystarcza efektywnie i mądrze zarządzać czasem i skutecznie wykonywać zadania. Kto myśli w ten sposób, łatwo może wpaść w chorobę perfekcjonizmu albo pracoholizmu. Najważniejsze w takiej sytuacji jest to, abyś przestał porównywać się z innymi, a energię przeznaczył na wykonywanie zadania, które w tej chwili masz do zakończenia. Powoli, małymi krokami, idź do przodu. Krok po kroku, konsekwentnie realizuj kolejne przedsięwzięcia, a nagle okażesz się tytanem pracy.

Krótki wierszyk o sztuce zdrowego życia

Cielesne są tylko symptomy – zastanów się:

Nie bolą Cię plecy – nie potrafisz unieść życia, bo myślisz, że jest ciężkie

Nie jesteś ślepy – nie chcesz widzieć duchowej prawdy w materialnym świecie

Nie masz migreny – nie myślisz sercem, więc obciążasz głowę

Nie jesteś głuchy – nie masz ochoty słuchać prawdy o sobie

Nie cierpisz na zapalenie gardła – nie mówisz tego, co powinieneś, więc plujesz

Nie żołądek Cię boli – nie trawisz w duszy tego, co Ci życie przynosi

Nie wątroba Ci dokucza – nie chcesz wybaczać i akceptować, więc jesteś zgorzkniały

Nie serce ma atak – nie umiesz samego siebie kochać i nie znasz radości

Przyczyn swoich chorób poszukaj w duszy – radzę Ci!