Aromaterapia wdzięczności – rozważanie na 5 kwietnia

A po dwóch dniach była Pascha i święto Przaśników. I arcykapłani oraz uczeni w Piśmie szukali sposobu, jak by go podstępem pojmać i zabić.Mówili jednak: Tylko nie w święto, aby nie było rozruchów między ludem. A gdy On był w Betanii, w domu Szymona trędowatego i siedział przy stole, przyszła niewiasta, mająca alabastrowy słoik czystego olejku nardowego, bardzo kosztownego; stłukła alabastrowy słoik i wylała olejek na głowę jego.A niektórzy mówili z oburzeniem między sobą: Na cóż ta strata olejku?Przecież można było ten olejek sprzedać drożej niż za trzysta denarów i rozdać ubogim. I szemrali przeciwko niej. Ale Jezus rzekł: Zostawcie ją; czemu jej przykrość wyrządzacie? Wszak dobry uczynek spełniła względem mnie.Albowiem ubogich zawsze macie pośród siebie i gdy zechcecie, możecie im dobrze czynić, mnie zaś nie zawsze mieć będziecie. Ona, co mogła, to uczyniła, uprzedziła namaszczenie ciała mego na pogrzeb. Zaprawdę powiadam wam: Gdziekolwiek na całym świecie będzie zwiastowana ewangelia, będą opowiadać na jej pamiątkę o tym, co ona uczyniła.                                                   Mk 14,1-9

Jeśli chcesz zrozumieć fragment dzisiejszej ewangelii, nie skupiaj się, jak to zwykle bywa, na Jezusie i Kobiecie, która wylała nardowy olejek na Jego głowę. Wpierw skup się na olejku.

Wyobraź sobie, że po kilku tygodniach zawieszenia niemal całego, dotychczasowego porządku, którym do tej pory kierował się świat, będąc osadzonym z bliskimi za murami kwarantanny i oddzielonym od reszty ludzi, mając z dnia na dzień coraz mniej pewności, że jeszcze cokolwiek trzymasz w dłoniach i najzwyczajniej w świecie możesz o czymś jeszcze myśleć w ten sposób, że ta sytuacja cię tego nie pozbawi, czyli będąc w samym środku nie tylko twojej, ale ogólnoludzkiej zapaści, dziś wybrałeś się na aromaterapię, aby pozbyć się stresu.

Że olejek nardowy jest drogi, wynika z samego tekstu. Wartość ponad trzystu denarów, to równowartość rocznego wynagrodzenia, a więc dla wielu suma niebotyczna. To cena nowego samochodu, remontu mieszkania, wesela córki, itp. Pozbywanie się  takich pieniędzy, zwłaszcza w samym środku szalejącego cyklonu gospodarczego, może wydawać się bardzo nierozsądne.

Nardowy olejek, pozyskiwany z korzeni pachnących kłączy, rosnących w Himalajach, wraz z szafranem i mirrą stanowił na Środkowym Wschodzie składnik najcenniejszych mieszanek olejowych, stosowanych w praktykach relaksacyjnych i leczniczych.

Nard słynie z tego, że poprzez swoje „aromatyczne działanie” uwalnia z emocji niewdzięczności, z powodu której człowiek czuje się ofiarą losu i pechowcem, co często kończy się poczuciem winy i gniewem. Dlatego uwalnia z chciwości, aby wszystko mieć i trzymać pod kontrolą. Poprzez swoje relaksujące działanie, nard rozpuszcza opór przeciwko temu, co się dzieje, czyni zdolnym do wejścia z nurt rzeki życia, a mówiąc inaczej do podążania drogą, której autorem jest Bóg i do przyjęcia zadania. 

Nard jest olejkiem wdzięczności, a więc między innymi akceptacji tego, co się dzieje.

1. Aromat Betanii

Rozumiesz już tę aromaterapię, której Jezus doświadczył tuż przed cierpieniem dzięki wdzięczności bezimiennej Kobiety?

Ktoś musiał zatroszczyć się o Jezusa. Przecież przed Nim były najcięższe i najboleśniejsze doświadczenia życia na ziemi. Mistrz z Galilei na pewno serwisował duszę z taką duchową wprawą, o jakiej nikomu z nas się nie śniło, a mimo tego bez trudu można sobie wyobrazić, jak reagowało ciało, gdy myślał o tym, Q czemu teraz szedł i co najpewniej wydarzy się w najbliższych dniach.

Całe ciało, zestresowane i spięte, twardniało, bo na skutek emocji lęku funkcjonowało w trybie „walcz i uciekaj”. Znasz ten ból, gdy na skutek stresu mięśnie szyi i barków masz do tego stopnia twarde, że dłonie fizjoterapeuty wydają się być szczękami tyranozaura. Przecież Jezus często był w drodze i niejednokrotnie widział cierpiących biedaków, torturowanych przed ukrzyżowaniem i na krzyżu, celowo zabijanych w miejscach publicznych. Wiedział do jakiej znieczulicy są zdolni żołnierze na służbie, przeświadczeni o mocy i mądrości. Rozumiał emocje tłumu i cele władzy.

Jezus od początku nie łudził się, co do kresu życia, jednak w ostatnich dniach atmosfera gęstniała. Każdy relaks, także fizyczne doświadczenie dotyku i aromatycznego zapachu, zwiększający zadowolenie i przyjemność, pomagający przezwyciężyć strach, ułatwiający wdzięczną akceptację „drogi krzyża” były na wagę całorocznego przychodu!  

Otrzymał to od wdzięcznej i miłującej Kobiety. Co potrafiła, to uczyniła, aby wzmocnić Jezusa, przygotowującego się na własny pogrzeb. Jezus nie chciał tej śmierci dla siebie, jako wartości samej w sobie, ale zgodził się na nią, zdając sobie sprawę, że gdyby przed nią uciekł, przekreśliłby swoje życie, podeptałby swoje słowa i podważyłby znaczenie uzdrawiających manifestacji Bożej chwały.

Aromat, który napełnił Betanię, na pewno towarzyszył Jezusowi do samego końca (przecież namaściła Go na śmierć). W pałacu arcykapłana, podczas rozmowy z Piłatem, podczas biczowania i na Golgocie, Jezus cały czas pachniał śmiercią. Nie jakąkolwiek, bezsensowną śmiercią, bo taka zawsze kojarzy się ze słodko-kwaśnym, mdlącym trupim jadem, ale śmiercią z sensem, bo z miłości. Jezus roztaczał zapach nardu, pachniał miłością i wdzięcznością, niczym najpiękniejszy ludzki kwiat.

Jezus jest aromaterapeutą!

Dobrzy i prawdziwi ludzie, którzy poddają się Bożej drodze życia i kochają, zawsze ładnie pachną. Cuchnie śmierć. Gdy nie potrafimy czegoś strawić w żołądku, co duchowo oznacza, że nie godzimy się na to, co życie nam przynosi, wtedy cuchnie nam z ust. Brzydki zapach z ust oznacza, że w życiu jesteśmy fałszywi. Uśmiechamy się do niego, ale wewnętrznie z nim walczymy.

Aromat Jezusa jest zapachem życia większego niż śmierć. Jest zapachem życia z sensem. Życia wdzięcznego i spokojnego. Życia, które samo siebie tworzy jako jeszcze większe i piękniejsze z miłości do ludzi.

Jezus jest aromatem wdzięcznego i spokojnego życia! 

2. Aromat domów w dniach kwarantanny

Który zapach w tych dniach napełnia nasze mieszkania i domy? Aromat Betanii, czy cuchnący i mdlący zapach cmentarza? Co się w nich dzieje? Czy stać nas na aromat wdzięczności, akceptacji, spokojnej zgody na dziejące się zmiany? Czy ufnie zanurzamy się w rzekę życia, którą możemy płynąć ku sensownej śmierci? A może kurczowo trzymamy się jakiegoś brzegu życia i przeklinamy te dni, zmiany i własne życie?

Raz jeszcze powróćmy do Betanii i przypomnijmy sobie aromatyczną alchemię tamtego miejsca.

Żeńska energia wzmocniła energię Mężczyzny, przed którym wyraźnie pojawił się finał życiowego dzieła. Bohaterska moc Jezusa była i jest potrzebna wszystkim ludziom, w równym stopniu, co tamtej, wdzięcznej Pani. Mężczyzna ma przysłowiowe „szerokie plecy” i tężyznę duchową, aby osłaniać słabszych, karmić ich i chronić przed siłą zła. Kobieta ma delikatne dłonie i czułe serce, aby uruchomić męską moc. To właśnie wydarzyło się w Betanii, czyli w „Domu Przyjaciół”.

W Domu Przyjaciół (dom przy/jaźni – jaźń przy jaźni) mieszka mądrość, moc i miłość, czyli płynie w nim Boże życie. Dom Przyjaciół jest miejscem i wspólnotą ludzi Bożych, pomimo tego, że źli ludzie (tylko pozornie Boży – arcykapłani i uczeni w Piśmie) obmyślają jak podstępem pojmać i zabić Jezusa, Prawdziwego Człowieka, czyli tego, który mówi o sobie JESTEM.

Prawdziwe człowieczeństwo, którym jest manifestacja Bożego JESTEM w człowieku, może ocaleć i przetrwać jedynie w Domu Przyjaźni, gdzie jaźń z jaźnią się wspierają, kochają się i wzajemnie sobie służą. Tam pachnie nard, zapach wdzięcznej miłości.

Nic nowego pod słońcem. Przypomnijmy sobie chociażby Deborę i Baraka, który bez wspierającej energii żeńskiej najzwyczajniej w świecie stchórzyłby przed wojskami Sysery, a Izrael stałby nad przepaścią moralnego, duchowego i fizycznego unicestwienia (zob. Sdz 4 i 5). Barak potrzebował Debory, a Debora potrzebowała Baraka. Oboje byli potrzebni Izraelowi.

Kwarantanna Wielkiego Tygodnia to odpowiedni czas na aromaterapię!  

W Domach Przyjaciół niech każdy pachnie spokojną i ufną wdzięcznością za życie. Wzajemnie się wspierajmy i zanurzmy w rzece życia, której nurt rozwesela serce człowieka. Ludzkość, która opuściła Egipt i Q nowemu teraz idzie, potrzebuje pachnących ludzi.

Nie spinajmy się z lęku przed śmiercią. Nie utwardzajmy naszych ciał, bo pod skorupą z kamienia lęku, gniewu i zawziętości, umiera serce. Krew przestaje płynąć i zaczyna cuchnąć cmentarzem.

Amen.

Społeczność Stołu Pańskiego

Zdaję sobie sprawę, że większość moich Kolegów ma odmienne zdanie na temat przystępowania do Stołu Pańskiego w obecnej chwili, kryzysowej i wyjątkowej, niemniej pragnę przedstawić również swój pogląd. Aby nie było wątpliwości są to moje przekonania, których nie należy utożsamiać z tzw. oficjalnym stanowiskiem Kościoła. Co prawda w naszej tradycji  coś takiego, co mogłoby uchodzić za oficjalne stanowisko Kościoła, nie posiada charakteru zobowiązującego, jednak nie ulega kwestii, że przyjęte przez ogół orzeczenia i praktykowane zwyczaje kształtują  duchowość i przekonania Kościoła.

Co zatem z praktyką uczestniczenia w Sakramencie Komunii, zwłaszcza że najbliższe świąteczne dni na pewno przeżyjemy w domach, nie mając możliwości świętowania w kościołach? 

Już pojawiają się wyważone i kierowane duszpasterską troską wskazania, aby potraktować ów czas kwarantanny jako post, po którym z tym większą radością przystąpimy do Stołu Pańskiego, aby dać się nakarmić. Można i tak. Nie mówię, że nie. Mnie niepokoi, że obecna sytuacja, wymuszająca na nas nowe przekonania i zachowania, stwarzając przez to niepowtarzalną szansę na zreformowanie duchowości, ujawnia, jak dalece odeszliśmy od Jezusa, który nie miewał problemu z porzucaniem utrwalonych praktyk, ponieważ przyszedł szukać i ratować,  a nie umacniać tradycję. Praktykowanie każdego zwyczaju jest tak długo dobre, jak długo wszyscy rozumieją pierwotną intencję zwyczaju.

Jaka wobec tego jest pierwotna intencja posiłku Jezusa z uczniami? Nie będę uzasadniał ani teologicznie, ani biblijnie. W zamian zadam pytanie. Otóż wszyscy liczą zgony z powodu koronawirusa. Internet pełen jest zdjęć z trumnami z Włoch i USA, które mają skutecznie działać na wyobraźnię i wywoływać efekt paniki. Może czasem warto być krytycznym i  dać sobie szanse na myślenie? Proszę Was, jeśli tylko Wam się chce, poszukajcie zdjęć ze Stanów Zjednoczonych i Włoch z ostatnich epidemii, na przykład z 2014 r i teraźniejsze. Co zobaczycie? Te same trumny i te same zdjęcia po retuszu.

Więc liczymy zgony. Tak, to prawda każda śmierć jest cierpieniem. Żeby było ich coraz mniej zamyka się nas w domach, izoluje, przekonuje, że nie wolno się zbliżać, dotykać… To przecież objaw największej nieodpowiedzialności.

Szok i panika w jakiejś mierze za jakiś czas przeminą. Co pozostanie? Czy wówczas będą publikowane statystyki zgonów ludzi bezdomnych i biednych, którym teraz nikt nie pomaga, ponieważ pozostali na ulicach. Nie mają domów, a pozostałe domy zostały przed nimi zamknięte. Ulice są puste. Kto pomoże, kto da chleb i kilka złotych? Kto zaśpiewa z nimi pieśń zwycięstwa?

(Dodatek:

Modlitwa, ogłaszająca zbawienie, w czasie pasyjnym

Zaprawdę   godną  i  słuszną,  sprawiedliwą  i  zbawienną  jest  rzeczą,  abyśmy  Tobie,  dobry Ojcze i czuła Mamo,  święty Panie,  wieczne Światło,  zawsze  i na każdym miejscu dziękowali przez Jezusa Chrystusa Pana naszego. Przez Niego dokonałeś zbawienia wszystkich ludzi na krzyżu, aby jak przez nieposłuszeństwo Adama  śmierć pokazała swa moc, przez posłuszeństwo Nowego Adama życie znowu zwyciężyło. Dlatego i my we wspólnocie z wszystkimi ludźmi, aniołami i zastępami niebieskimi śpiewamy na cześć Twoją pieśń chwały. Amen.

Modlitwa, ogłaszająca zbawienie, w czasie wielkanocnym

Zaprawdę godną i słuszną, sprawiedliwą i zbawienną  jest  rzeczą, abyśmy  Ciebie, dobry Ojcze i czuła Mamo, święty Panie, wieczne Światło, zawsze i na każdym miejscu chwalili i wielbili przez Jezusa Chrystusa Pana naszego. Albowiem ofiarował się wielkanocny Baranek, aby uniewinnić każdego człowieka, a ludzką śmierć napełnić światłem zmartwychwstania i życia wiecznego. Dlatego i  my,  razem z aniołami i wszystkimi zastępami niebieskimi śpiewamy na cześć Twoją pieśń chwały. Amen.)

10 lat temu podczas epidemii A/H1N1 w latach 2009–2010 w Polsce zmarły 182 osoby. Pamięta ktoś, podobną dzisiejszej, propagandę paniki? Zwariowaliśmy czy dajemy się manipulować? Teraz zgonów ludzi ulicy będzie na pewno dużo więcej od tych na A/H1N1 albo COVID-19. Czy ktoś się przejmie? Czy w ogóle cokolwiek o tym powie? Pewnie nie, bo taką statystykę ciężko wykorzystać politycznie i ekonomicznie. 

Jestem wstrząśnięty i przerażony tym, jak bardzo nierozsądnie postępujemy. Jak szybko i naiwnie dajemy się zamknąć w zagrodzie niczym stado potulnych owiec. Liniowiec Ocean Princess, którego nie przyjęto do żadnego portu, to prawdopodobnie „największy kawał soli w oku” tych, którzy sieją panikę. Z 3700 uczestników rejsu, z których większość to ludzie starsi, zachorowało jedynie 700 osób, a zmarło siedmioro przy szczątkowej pomocy medycznej. Jak wytłumaczyć bezradność koronawirusa?

Pytam ponownie: Kto przejmie się statystyką zgonów na przykład ludzi ulicy, którzy teraz nie mają do kogo wyciągnąć dłoni, bo wszyscy pozamykani są w domach.

Kim jesteśmy? Pozamykanymi w domach hipokrytami, zastanawiającymi się nad duchowym sensem spożywania Bożych darów oraz „technologią dystrybucji” zbawienia, którzy całkowicie zapomnieli, czym jest wspólny posiłek z Jezusem przy Jego stole!

Swoim uczniom Jezus mówi: „Wy im dajcie jeść” (Mk 6,37), a my zastanawiamy się nad tym, kto ma prawo i w jakich warunkach ma nam dawać jeść!

Opamiętamy się może? Jest jakaś szansa?

Tak wyjątkowa sytuacja, jak teraz, od dawna nie miała miejsca. Niech zatem moi Koledzy odpowiedzą mi na pytanie: Spełniony jest warunek, aby każdy mógł karmić głodnych, czy nie?

Do jakiego poziomu duchowej obłudy musimy się zbliżyć, żeby przestać udawać pobożnych naśladowców Jezusa z Galilei? W tym wyjątkowym czasie każdy z nas ma nie tylko wyjątkowe prawo, ale przede wszystkim wyjątkowe zobowiązanie, żeby z dziękczynieniem wziąć w dłonie chleb i na pamiątkę zbawienia w Jezusie pobłogosławić go, a potem podać najbliższym i wszystkim, którzy są głodni. I podobnie po posiłku to samo powinniśmy uczynić z kielichem.

(Dodatek:  

Pan nasz Jezus Chrystus, tej nocy, której był wydany wziął chleb i podziękowawszy, łamał i  dawał uczniom swoim mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje, które się za was daje.      To czyńcie na pamiątkę moją. Podobnie, gdy było po wieczerzy, wziął i kielich, a podziękowawszy dał im mówiąc: Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, ten kielich jest to nowe przymierze we krwi Mojej, która się za was i za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów. To czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę Moją. )

Z powodu obostrzeń sanitarnych i dla bezpieczeństwa nie spotykamy się. W porządku. Czy dary, które pozostają po wspólnym posiłku przy Stole Jezusa, wolno nam zawiesić na klamce sąsiadów, którym bieda zagląda w oczy, albo dotrzeć z nimi do bezdomnych? Tak czy nie?

Ponieważ jestem księdzem, więc ostrość przykładu, który przytoczę,  jest stępiona. Przed wielu laty, w warunkach ekstremalnego stresu, ochrzciłem dogorywającego w inkubatorze syna. Byłem tak przejęty, że zapomniałem słów ustanowienia. Gdybym nie był księdzem zrobiłbym to samo.

Od kilku tygodni istnieje czy nie istnieje wyjątkowa sytuacja, w której każdy z nas ma kapłański przywilej pobłogosławienia chleba i wina, aby nakarmić potrzebujących i darować im życie na pamiątkę daru zbawienia w Jezusie?

Właśnie teraz, w dniach izolacji, gdy ludzie ulegają panice do tego stopnia, że zaczynają się wzajemnie siebie bać i powoli podnoszą głowy demony wzajemnych podejrzeń, potem oskarżeń, a na koniec pozbywania się podejrzanych (zainfekowanych, niebezpiecznych, nieświętych), musimy wzajemnie czynić sobie to, co swoim uczniom uczynił Jezus podczas pożegnalnego posiłku: „Jeśli tedy Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem nogi wasze, i wy winniście sobie nawzajem  umywać nogi ” (J 13,14 ).

Proszę. Nie czekajmy, aż nas nakarmią chlebem zbawienia i napoją kielichem radości. Nie nas mają karmić. To my jesteśmy od karmienia. W tak wyjątkowych doświadczeniach, jak obecne, przystąpmy ufnie do Stołu Pańskiego i odmówiwszy wszystkie dziękczynienia za dary, dzielmy się miłością. 

W Wielki Piątek i w Święta Zmartwychwstania, jeśli tylko chcemy, możemy uczestniczyć w społeczności Stołu Jezusa, aby sakrament, którym jest Chrystus, uczynić pokarmem miłości.

(Dodatek:

Wszechmogący Boże, dobry Ojcze i czuła Mamo, dziękujemy za Jezusa Chrystusa, który z miłości ofiarował swoje życie, aby uwolnić nas z niewoli grzechu. Przyjmij nasze uwielbienie, że będąc Jego ciałem możemy dzielić się życiem, i mając udział w kielichu Jego miłości możemy uczestniczyć w cudzie nowego życia. Wysłuchaj nas przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Amen.)

Pocieszenie dla ludzi chwały – rozważanie na 22 marca

Radujcie się z Jeruzalemem i cieszcie się z nim wszyscy, którzy je miłujecie! Wykrzykujcie radośnie z nim wszyscy, którzy jesteście po nim w żałobie. Abyście  ssali do syta pierś jego pociechy, abyście napili się i pokrzepili potęgą jego chwały. Tak bowiem mówi Pan: Oto Ja skieruję do niego dobrobyt jak rzekę i bogactwo narodów jak wezbrany strumień. Wtedy ich niemowlęta będą noszone na ramionach i pieszczone na kolanach. Jak matka pociesza syna, tak Ja będę was pocieszał i w Jeruzalemie doznacie pociechy. Gdy to zobaczycie, rozdaruje się wasze serce i jak świeża trawa zakwitną wasze kości; objawi się ręka Pana jego sługom, a jego zawziętość jego nieprzyjaciołom.                Iz 66, 10-14

Świat nam marnieje. Ten znany, otoczony wysokim murem, w którym znana jest każda uliczka, każdy kamień, każde tajemne przejście, rozwalany jest na naszych oczach.

Siedzimy, jak wygnańcy i obserwujemy. Stare przemija, nowego nie jesteśmy pewni, ale wiemy już na pewno, że uczestniczymy w wielkiej przemianie. Wielu odczuwa strach, tymczasem Bóg przybywa i mówi: Wykrzykujcie radośnie wszyscy, którzy jesteście w żałobie po starym świecie.

Obyśmy byli ludźmi chwały, ponieważ Bóg pociesza tylko tych, którzy manifestują Jego chwałę w świecie. 

1. Znamiona nowego  

Włosi wstrzymali prawie całą produkcję przemysłową. Nagle okazuje się, że  nadrzędność ekonomii nad ekologią i ekumenią (ludzką wspólnotą) jest naruszalna i prawdopodobnie ekonomiści z bankierami, którzy nie przerobili lekcji kryzysu z 2007 r. albo udają, że nie rozumieją, co wówczas się wydarzyło, będą musieli wreszcie zacząć myśleć holistycznie, uwzględniając wartość, jaką ludzka wspólnota stanowi sama w sobie, a także kondycję domu, którym dla ziemian póki co jest ziemia. 

Polacy pierwszy raz od kilkuset lat usłyszeli, że mogą tworzyć prawdziwą wspólnotę dzieci Bożych nie obawiając się Bożej kary za opuszczenie niedzielnego nabożeństwa. Może wejść im w nawyk? A może zaczną myśleć nad rolą Kościoła albo swoim aktywnym współuczestniczeniu w miejsce rytualnej obecności? Duchowość zajmie miejsce rytualnej pobożności? Instytucję zastąpi poczucie więzi i wzajemna wymiana darów? Budynki kościelne, zamienione na mieszkania, wyręczy wirtualna sieć?

Dzieci i młodzież, nie uczestnicząc w zajęciach szkolnych, mimo wszystko mogą się uczyć. A zatem pruski model wdrażania do obywatelskiego posłuszeństwa i uczenia ról społecznych oraz zawodowych umiejętności chwieje się w posadach. Już wkrótce może się okazać, że nakłady na edukację mogą być dużo niższe, a umiejętności uczonych wcale nie mniejsze, jednak w zupełnie innych zakresach, odpowiednich dla współczesnego stanu cywilizacji oraz potrzeb.

W jaki sposób będą ewoluowały wzorce polityczne i rola partii w strukturze władzy na tym etapie trudno dokładniej przewidzieć, chociaż przypuszczać można, że dojdzie do rozwiązań siłowych. W sumie na krótką metę niczego dobrego to nie wróży, ale już w dłuższej perspektywie dziejowej na pewno tak. Prawdopodobnie po mocnej reakcji wstecznej, próbującej wzmocnić postwersalski porządek polityczny (panika rozdmuchiwana przez media i rządy, wbrew naukowym danym, których autorami są wirusolodzy daje do myślenia), oparty o strukturę państw narodowych i partię jako reprezentację, dojdzie do powstania społeczeństwa bardziej świadomego swoich praw.

W rodzinach dojdzie do ostrej polaryzacji. Teraz okaże się, kto rzeczywiście nas kocha i pomimo lęku tworzy z nami wspólnotę, a komu jesteśmy potrzebni tylko po to, aby nie czuł się samotny albo miał poczucie bezpieczeństwa.

Wszystkie stare struktury, oczywiście w zależności od tego, jak długo potrwa epidemia i jej społeczne oraz ekonomiczne konsekwencje, ulegną procesowi ewolucyjnych zmian bądź radykalnej przebudowie. Co do tej pory było święte, zostanie zburzone. Jak Izrael stracił ukochane miasto i świątynię, w której składał codzienne ofiary na znak wierności Najwyższemu, tak i my tracimy nasze świętości, a w najwyższym stopniu to wszystko, co było tradycyjnym znakiem naszej pobożności i oddania Bogu. Sfera religijna już uległa procesowi uwewnętrznienia. Z wzorca instytucjonalnego i rytualnego, przenicowuje się w doświadczenie duchowe, dzięki któremu większość z nas pierwszy raz w życiu będzie miała okazję nawiązać kontakt z własną duszą, wejść na własną drogę i doświadczyć lepszego życia.

Chwała Bogu, że skierował w nasz świat dobrobyt jak rzekę i bogactwo narodów jak wezbrany strumień (…). Jak matka pociesza syna, tak Bóg będzie nas pocieszał w odnowionym świecie i doznamy pociechy.

2. Ludzie chwały

Wszystko już się rozstrzygnęło, albowiem Bóg postanowił i wykonał. Więc niczego nie jesteśmy w stanie powstrzymać, a już na pewno zmian, które płyną jak rzeka. Co możemy? Pozostawanie w żałobie po starym świecie jest całkowicie nierozsądne! Wejdźmy do rzeki i nurtowi Bożej miłości lekko dajmy się nieść do celu, czemu służą zmiany, wywołane epidemią. Serca dajmy karmić pociechą, aby uspokoiły się nasze głowy.

Biblijne hasło, rozpoczynającego się dziś tygodnia, uświadamia, że pszeniczne ziarenko musi pęknąć, aby woda obudziła w nim dar życia (J 12,24). Wystarczy mała szczelinka w sposobie myślenia i postrzegania świata; małe przesunięcie nienaruszalnych dotychczas płyt tektonicznych, którymi są społeczne, polityczne, religijne i ekonomiczne wzorce, żeby rozpoczął się wiosenny cud nowego życia. Nie przypadkiem w naszym, europejskim, domu zmiany zaczęły zachodzić w okresie pasyjnym, czyli  trakcie wiosennej odnowy życia. Gdy na rzekach puszczają przysłowiowe lody, a kry kruszą się w coraz mniejsze kawałki, pozwalając wodzie swobodnie płynąć ku morzu, udrażniają się  nasze cywilizacyjne tętnice i żyły, aby świat nie umarł zamrożony lękiem przed nieznanym.

Przy okazji ostrzegam wszystkich, którzy z lęku i oportunizmu powstrzymują życiowe zmiany, że w związku z epidemią koronawirusa wpierw uduszą się Ci, którzy na „złość mamie” nie chcą swobodnie i ufnie oddychać, jednak w następnej kolejności pojawi się fala zachorowań na choroby limfatyczne i układu krwionośnego. Liczba zgonów również będzie wyższa od przeciętnej.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. Kto ma oczy do oglądania, niech się dziwi. Zobaczmy, co czyni dla nas Bóg, a rozradują się nasze serce i jak świeża trawa zakwitną nasze kości. Ręka Boża objawi się jego sługom, a jego zawziętość jego nieprzyjaciołom. Jak długo samych siebie będziemy zwodzić i okłamywać, że mamy pecha, a epidemia, jak przyszła, tak odejdzie, my zaś wrócimy do starych przekonań, przyzwyczajeń i zachowań?  

Na oczach wszystkich ludzi Bóg objawia swoją chwałę, doprowadzając pszeniczne ziarenko do pęknięcia, aby mogło ożyć i stać się źródłem nowego życia dla tych, którzy tym chlebem chcą się najeść do syta i dać się pocieszyć.

Boża chwała manifestuje się przez ludzi chwały! Czyli takich, którzy nie opierają się Bożemu działaniu i pozwalają się rozweselić w nurtach rzeki życia, której źródłem i celem jest wieczna Dobroć i Miłość; Ojciec, który nas karmi i Mama, która nas pociesza.

Ludzie chwały mają podniesione głowy i nasłuchują, skąd przychodzi wybawienie. We wszystkim, w czym ludzie nieszczęścia dostrzegają źródło lęku, cierpienia i narzekania, ludzie chwały widzą nowy świat, za który wdzięcznie dziękują. Poznać ich po tym, że dali się pocieszyć, więc już są tacy, jaki jest nowy świat. Manifestują sobą to, co się wypełnia. Amen.

Wiara a zdrowy rozsądek

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Narobiło się wśród uczniów Mistrza z Galilei, że hej.

Co prawda to nie jest ostry i jednoznaczny podział, ale przecież widać wyraźnie, że jedni z nas optują za tzw. religijnym zdrowym rozsądkiem i w swoim mniemaniu znajdują na to mocne argumenty, a tymczasem druga grupa na ostrzu noża stawia znaczenie wiary, na podorędziu mając z kolei własny arsenał amunicji.

Czy ów intelektualny i duchowy rozgardiasz da się jakoś posprzątać, bo można żywić obawy, że polaryzacja będzie się nasilała. Czy rozsądek i wiara to kategorie sobie absolutnie przeciwne?  Czy wierząc, rozsądek pozostaje sobą? Czy sądząc rozumem, wiara pozostaje sobą?

A może wiara jest sobą dopiero wówczas, gdy jest rozsądna, zaś rozsądek, gdy bezwarunkowo wierzy?  

A może ów podział na wiarę i rozsądek, czyli serce i rozum, wcale nie jest rozsądny i może oznaczać całkowity brak wiary?

Próbowałem to wytłumaczyć 11 marca, tekstem pt: Wirus pozbawia nas korony.

Dziś raz jeszcze, ale inaczej, krócej i prościej. Przynajmniej taką mam nadzieję.  

Wyjdźmy zatem od kontekstu. Panuje epidemia koronawirusa. Większość z nas ewidentnie się boi i energetycznie leci w „dół na łeb na szyję” . Pozostali próbują zarządzać wiarą i wykorzystywać jej energię, żeby nie osłabiać zdolności obronnych. Wszystkich co prawda łączy kategoria odpowiedzialności, jednak absurdalnie rozumiana.

Większość z nas w zaistniałej sytuacji epidemiologicznej kojarzy odpowiedzialność z ochroną innych przed niebezpieczeństwem. Czy słusznie?

Odpowiedź + działanie = odpowiedzialność. Czyli nasze działanie powinno być odpowiedzią. Co zatem jest pytaniem? Oczywiście sytuacja. Czy każde zachowanie, chroniące innych przed niebezpieczeństwem przez wycofanie się, zamknięcie oraz izolację na pewno jest właściwą odpowiedzią na zadane nam pytanie?

Kto zadaje to pytanie?  Mam nadzieję, że dla uczniów Mistrza z Galilei jest oczywiste, że pytającym jest Bóg. O co pyta? O rozsądek pyta, czy wiarę?

I teraz zaczyna się jazda. Pyta: „Gdzie jesteś Adamie?”; „Gdzie jest brat twój Abel?”; „Hagar, niewolnico Saraj, dokąd przychodzisz i dokąd idziesz?”, itp. O co zatem pyta Bóg? O nas samych i naszych bliźnich . Pyta o nasz stosunek do życia i o to, co robimy ze swoim życiem.

Nie pyta więc o wiarę i rozsądek. Pyta o grzech, bo chce doprowadzić do zbawienia.

Kim więc jesteś uczniu Mistrza z Galilei i czy wiesz, czego potrzebuje drugi człowiek, dla którego jesteś bliźnim? Jaki masz stosunek do swego życia i co masz zamiar z nim uczynić dla innych?  

Rozstrzygająca o wszystkim jest zatem odpowiedź, której udzielam jako działanie w konkretnej potrzebie człowieka, ponieważ ja – Marek Uglorz – jestem dla niego bliźnim. Nie on dla mnie, ale ja dla niego. Nie powinienem pytać, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja jestem bliźnim!

Wdzięcznie dziękuję zatem Bogu za to, że jestem. Uśmiecham się do Źródła wszystkiego, co jest, i dlatego też do siebie. Proszę, aby ożywczy strumień miłości płynął przeze mnie do innych. Gdybym przestał się kochać i szanować, zatamuję ów strumień w sobie. Jeśli umrę fizycznie bądź duchowo, innym nie pomogę. To oznacza, że mam się zabezpieczyć, jak potrafię najlepiej, zażyć środki, które fachowcy rekomendują jako właściwe. Potem muszę polecić i podać je innym. Oczywiście powinienem unikać miejsc oraz ludzi zawsze wtedy, gdy moja obecność wynikałaby jedynie z ciekawości albo oportunizmu, a narażałaby mnie oraz innych na chorobę, cierpienie i śmierć. Przecież jako bliźni nie chcę innych krzywdzić.

Gdyby jednak okazało się, że Bóg mnie potrzebuje, czy muszę bać się śmierci? Przecież jestem ochrzczony, a więc śmierć dawno mam za sobą. Wszystko, co mnie spotyka jest już tylko wznoszącą się falą życia i zyskiem w sensie duchowym. Od Boga zależy, a nie od mojej woli, kiedy, gdzie i w jaki sposób przeprowadzi mnie przez bramę śmierci do Ogrodu Życia. Ważne, abym w tej godzinie miał świadomość, że uczyniłem wszystko, co do mnie należało, to znaczy, że byłem bliźnim dla wszystkich, którzy tego potrzebowali, i niczego nie zaniedbałem. Gdy uczeń Mistrza z Galilei jest pewien, że uczynił wszystko, co do niego należało, nie musi ani nie powinien czuć się winnym za swoją, ani niczyją śmierć. Ocena należy wyłącznie do Boga.

Gdy więc widzę, że ktoś jest w potrzebie, mam dla niego być bliźnim i pomóc mu w jego „życiowym rowie”. Inni przejdą obok niego z daleka. Nie dotkną się go, ponieważ tak nakazuje prawo, rytuał, poczucie obowiązku, żeby zachowywać czystość. Pójdą do świątyni wielbić Boga. Ja mam się zatrzymać i podać mu dłoń. Wsadzić na osiołka i zaopiekować się nim, niczego się nie bojąc. Muszę zatem być w drodze i kochać go. Nie wolno mi unikać miejsca, w którym bliźni mnie potrzebuje. Nie wolno mi się bać, że mnie zarazi., bo  kiedy, gdzie i jak umrę, zależy od Boga, a nie od mojej woli.

Moim zdaniem w takim zachowaniu nie ma żadnego napięcia pomiędzy rozsądkiem a wiarą. Jestem wtedy tylko uczniem Mistrza z Galilei i Zbawiciela z  Golgoty.

Proszę nie oczekiwać po mnie heroizmu skrajnych postaw.  Nie chcę być kapłanem i lewitą. Nie chcę też bezsensownie umierać. Chcę tylko, żeby Bóg mógł przeze mnie działać.

Nie utożsamiaj się – rozważanie na 15 marca

„Gdy tedy szli drogą, rzekł ktoś do niego: Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz.A Jezus rzekł do niego: Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił.Do drugiego zaś rzekł: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól nam najpierw odejść i pogrzebać ojca mego.Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże.Powiedział też inny: Pójdę za tobą, Panie, pierwej jednak pozwól mi pożegnać się z tymi, którzy są w domu moim. A Jezus rzekł do niego:Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. Łk 9,57-62

Dzisiejszym hasłem biblijnym jest krótki fragment 25-tego Psalmu: „Oczy moje zawsze patrzą na Pana” (Ps 25,15). Warto zajrzeć do Biblii, aby przeczytać następny fragment: „Bo On wyswobadza z sieci nogi moje”. Dopiero teraz hasło niedzieli nabiera znaczenia, zresztą wymownego w dniach szczególnego usidlenia.

Dzisiejsza niedziela jest pierwszą od dziesiątków lat, bo nie zdarzyło się podobnie od 13-tego grudnia 1981 r., że zwłaszcza mieszkańcy miast nie bardzo mają dokąd wyjść. Zamknięte sklepy, restauracje, budynki kościelne. Miejsc do spacerowania często w pobliżu nie mają. Mogą poczuć się usidleni. Zresztą nie tylko mieszczanie. Większość z nas może mieć wewnętrzne, duchowe przeświadczenie, że wpadliśmy w sieć, z której ktoś musi nas wyswobodzić.

Nie sugeruję, że jest nią epidemia wirusa. Ona jest manifestacją czegoś większego, bardziej fundamentalnego, co dotyczy olbrzymiej części aktualnej populacji. Ludzkość naprawdę wpadła w sieć, a epidemia jest tylko biologicznym i społecznym uzewnętrznieniem wewnętrznego konfliktu, zapętlenia, blokady, strachu, przeżywanego przez większość z nas.

Zapewne z punktu widzenia duchowego dzisiejsza niedziela jest krytyczna. Następna będzie już tylko kontynuacją. Dziś natomiast rozstrzyga się nasz stosunek do nowej sytuacji geospołecznej. Trzeba zmierzyć się ze swoim sprzeciwem, zracjonalizować bunt, uśmiechnąć do samych siebie i zobaczyć, że w mieszkaniu są jeszcze inni, przed którymi nie da się schronić, ani razem z nimi uciec przed szczerą relacją.

Dziś dzieje się coś ważnego. Dziś pierwszy raz od wielu lat przeżywamy prawdziwą niedzielę, to jest taką, jaką powinna być każda! Dziś łatwo nie uciekniemy przez sobą. Dziś nie pierzchniemy w zewnętrzny świat, aby nie musieć wejść w siebie. Tymczasem dziś nasze prawdziwe JESTEM czeka na nas. Dla wielu z nas jest potworem, którego panicznie się boimy, dlatego w zewnętrznym świecie mamy wiele miejsc, gdzie możemy karmić swoje EGO i udawać przed sobą, że jesteśmy szczęśliwi.

Dopiero dziś dla wielu z nas zaczyna się prawdziwy post i odkrywanie pasji życia. Koniec z kłamstwami na własny temat. Ucieczka przed sobą stała się trudna. A do wykonania pozostała najważniejsza praca duchowa z pytaniem: Czym jest sieć, do której dałem się złapać? Z czym utożsamiam się do tego stopnia, że boję się to stracić  i dlatego dobrowolnie siedzę w sieci?

1. Utożsamienia są kłamstwem

Duchowe życie z Jezusem w niczym nie przypomina przekolorowanych baśni Andersena w wykonaniu kościelnych bibliobajarzy: „Patrz na Jezusa. Patrz na Ukrzyżowanego. Patrz z pokorą na krzyż. On Cię wyzwoli. Patrz, jak cudowny świat stworzył Bóg. Zaufaj Mu, a będziesz żył”.

Wie ktoś, co te słowa znaczą w praktycznym i codziennym życiu?  Co znaczą dziś, dla ludzi zmrożonych lękiem z powodu epidemii? Coś tam przebąkujemy o odpowiedzialności za drugiego… .

Mam wątpliwość, czy naprawdę chodzi o drugiego, czy w istocie nie o siebie!

Patrz na Tego, który wyzwala z sieci Twoje nogi! Przecież jesteś w sieci! Dałeś się złapać, a przed samym sobą udajesz, że jesteś wolny i szczęśliwy. Jeśli tak, dlaczego czujesz wewnętrzną pustkę? Dlaczego zażywasz tabletki nasenne? Dlaczego leczysz się na depresję? Dlaczego boisz się odjeść z pracy, do której chodzisz, jak na  codzienną egzekucję? Dlaczego nie znosisz swojego domu, ale nie masz odwagi znaleźć nowego? Dlaczego?

Zapewne sądzisz, że jesteś jednym z wierniejszych i lepszych uczniów Jezusa w promieniu kilku kilometrów? Taaaaaaak. Na pewno.

Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił”. Potrafisz żyć chwilą? Potrafisz przestać się troszczyć? Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy schronić. Widzisz to? A Twoja głowa stale szuka schronienia w „zewnętrznych domach”, w tym, co potrafi przemyśleć, zaplanować, przewidzieć, zdobyć i boi się, że to wszystko straci. Twoja głowa jest dla Ciebie wszystkim i boisz się, że ją stracisz. Nie podążasz za sercem, żyjesz głową, więc Twoja deklaracja, że będziesz towarzyszył Jezusowi jest pustosłowiem. On każdego dnia jest w nowym TERAZ, którego nie da się zaplanować ani przewidzieć. Wchodzi w nie i cieszą się nim. Ty wciąż jesteś albo we wczoraj albo w jutrze. Przestań się okłamywać, że jesteś pobożny!

Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże”. Nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś zamieszkać z dala od swego kościoła, zmienić tradycję, opuścić mentalny świat swoich rodziców? Nie potrafisz wyrzucić zdjęć, nad którymi raz na kwartał płaczesz? Wciąż mówisz, że najważniejsza jest rodzinna, religijna, plemienna tradycja i zapewne masz o sobie jak najlepsze mniemanie, jako o towarzyszu Jezusa w drodze życia? Naprawdę mieszkasz na cmentarzu, a tymczasem Ten, który z sieci wyzwala ludzkie nogi, nie pozostał na cmentarzu, na którym luzie Go zostawili. Opuścił te ziemię i jest żywym TERAZ. Nie okłamuj się.

Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. Oczywiście chcesz być grzeczny. Wypada się pożegnać. Nie znosisz radykalnych rozwiązań i natychmiastowych cięć. Nie potrafisz rozwiązać węzłów, którymi mentalnie związali Cię rodzice, nauczyciele, księża, autorytety. Nie potrafisz zerwać ślubów, które kazali Ci złożyć inni i myślisz, że z tymi kulami u nóg nadążysz za żywym, zdrowym i wolnym Jezusem?  Naprawdę tak myślisz? Może w dodatku jesteś księdzem albo biskupem, może diakonem albo inaczej służysz i w ten sposób myślisz? Nie okłamuj się: Nogi masz w sieci, a Ty jesteś niewolnikiem.

Oczy spoglądające na Wybawiciela to metafora konkretnej, duchowej pracy do wykonania. Pan wyprowadzi Cię na wolność, ale Ty idź za głosem serca i przestań żyć głową, z tradycji nie czyń bożka, zerwij wszystkie śluby, które są mentalnymi kajdanami, abyś nie był sobą.

Inaczej mówiąc, ta duchowa praca polega na tym, że musisz zadać sobie pytanie o to, z czym się utożsamiasz? Każde utożsamienie jest siecią. Gdy się z czymś utożsamiasz do tego stopnia, że boisz się to stracić, jesteś w sieci. Nie żyjesz. Jesteś martwy. Nie myśl, że w drodze życia jesteś towarzyszem Jezusa! Każde utożsamienie jest kłamstwem, którym okłamujesz siebie i świat.

Jezusa nie okłamiesz!!!

2. Prawda wyzwala do życia w Królestwie Bożej obecności

Epidemia koronawirusa nie jest pechem, zmową złych, czyimś grzechem albo karą Bożą. Epidemia jest doświadczeniem, w którym objawia się Boża chwała. W jaki sposób? Jedyny możliwy. Spojrzyj na Wyzwoliciela, który uwolni Cię z Twojej sieci. Za bardzo utożsamiasz się z czymś, co jest Ci potrzebne, aby czuć się bezpiecznie. Dlatego się dusisz. Bóg objawi swoją chwałę, gdy dasz się z tego wyzwolić.

Dusisz się nie z powodu wirusa, ale ze strachu, że choroba zabierze Ci to, z czym się utożsamiasz. Wirus jest jedynie wyzwalaczem Twego uwewnętrznionego strachu, że dobrze znany Ci świat, który sobie poukładałeś głową, zbudowany z tradycji i zwyczajów, które nie wymagają uważnego myślenia ani świadomego działania, bo są zbiorem bodźców, wyzwalających określone reakcje, nagle przeminie. A im bardziej się boisz, tym pewniej stara postać świata przeminie, bo wirus Cię zabije. Strach najbardziej obniża Twą biologiczną zdolność obrony przed wirusem.

Dusisz się, bo się  boisz, że nagle stracisz stanowisko, pozycję społeczną, przestaną Cię nazywać, cenić, zapraszać, nie będziesz mógł bywać wśród tych, dla których jesteś kimś ważnym. Nagle może się okazać, że Twoja prezydentura, profesura albo inna „tresura” do przewidywalnych sądów oraz zachowań straci swój sens i rację bytu. Jeśli tego wszystkiego się boisz, jesteś w sieci.  

Daj się wyzwolić prawdą o sobie samym. Nie żyj w świecie iluzji. Twoje EGO tworzy utożsamienia, bo dzięki nim czuje się świetnie w zewnętrznym świecie, ale w nie Królestwie Bożym, które jest Bożą obecnością w Tobie! W Królestwie Bożym swoją pracę musi wykonać Twe prawdziwe JESTEM.

Ono nie ogląda się wstecz, bo się nie boi. JESTEM nie utożsamia się, bo jest obrazem Boga o imieniu JESTEM w Tobie. Po prostu bądź czysty, prawdziwy nagi. Nie potrzebujesz niczego, co możesz stworzyć, zdobyć i osiągnąć w świecie. Potrzebujesz siebie takim, jakim możesz być TERAZ, będąc prawdziwym JESTEM. Wtedy będziesz wolny. Od niczego i nikogo niezależnym. Przestaniesz się bać, że stracisz to, co sam zdobyłeś. Wirus straci swą moc nad Tobą. Nabierzesz powietrza w płuca w przekonaniu, że cudownie jest żyć chwilą, cieszyć się i być wdzięcznym.  

Wyprostujesz się, bo całym sobą poczujesz wybawienie! Chwycisz pług i zaczniesz z pasją żyć w Królestwie Bożej obecności. Amen.

Eucharystia w kryzysie – proszę o ustawienia początkowe

Dziejące się zmiany pokazują, jak wielkim błogosławieństwem jest kryzys. Z bezwzględnością skalpela ujawnia, co jest dobre, co zaś złe. Pozwala dostrzec prawdziwą jakość relacji, poziom zaufania i lęku, mentalne kłamstwa, wreszcie demaskuje iluzje, które od tak dawna rządzą naszą zbiorową wyobraźnią, że zdążyliśmy się do nich nie tylko przyzwyczaić, ale nawet w nie uwierzyć.

Jeśli jakiś błąd społeczny i mentalny albo teologiczny i duchowy programuje się małymi zmianami, wówczas nasza świadomość nie zauważa jakościowej różnicy pomiędzy stanem wyjściowym a aktualnym. Dopiero całkowite zawieszenie systemu pozwala dostrzec wirusy, które stopniowo przejmowały kontrolę nad urządzeniem, ale też władzę nad systemem społecznym. Kryzys, czyli zawieszenie systemu, jest zawsze szansą, aby urządzenie, instytucję społeczną zaprogramować na nowo. Często wcale nie używając nowych narzędzi, a jedynie przywracając ustawienia startowe, fabryczne.

Zainfekowani wirusem, w momencie zawieszenia się systemu operacyjnego, w większości możemy teraz dostrzec to, o czym pisałem między innymi w ubiegłoroczny Wielki Czwartek. To, jak teologicznie i praktycznie męczymy się, żeby wszystkim umożliwić uczestniczenie w sakramencie Wieczerzy Pańskiej, najzwyczajniej w świecie budzi śmiech.

Na rękę czy do ust? Dotykać czy nie? Wycierać czy suszyć? Używać chusteczek i plastiku, a może bardziej ekologicznie? Proszę , zjedźmy wreszcie z tego ronda, wokół którego jeździmy jak obłąkani szaleńcy. Stańmy na poboczu i zadajmy pytanie: Co na siłę chcemy ocalić z Eucharystii, skoro nie ma już czego ocalać? Septyczne technologie całkowicie przysłoniły nam dynamizm miłości, a wierność tradycji stała się ważniejsza od duchowego sensu. To urąga naszemu Mistrzowi, Jezusowi, który z miłości dał się jako źródło życia.

Upamiętniając bezwarunkową śmierć, która jest figurą zbawienia, zastanawiamy się, w jaki sposób nie zainfekować się wirusem, którego się boimy. Pytamy, jak zminimalizować bezpośredni kontakt cielesny, spożywając w postaci chleba zmaterializowaną obecność żywego Jezusa Chrystusa, który podczas swojej pasji był bity, opluwany, torturowany, dotykany, popychany, raniony. Próbujemy znaleźć najlepsze rozwiązanie sanitarne, żeby w trakcie picia z kielicha, który jest znakiem niezwyciężonego i wiecznego życia, nie przenosiła się śmierć.

Nie chodzi o wiarę. Naprawdę nie chodzi o znane z historii chrześcijaństwa „wiaromierze”, z pomocą których eliminowalibyśmy z naszego grona niedowiarków i duchowe safanduły. Chodzi o coś zgoła innego. Eucharystia nie jest miernikiem poziomu wiary, która miałaby irracjonalny sens. Jest świadectwem wiary czynnej w miłości, bo tylko ona ma sens! Eucharystia nie jest rytuałem, bo jest płynącym życiem. Nie jest tylko pamiątką zbawczej śmierci, bo jest też obecnością JESTEM w teraz naszego życia. Nie jest pozostałością po historii Jezusa, bo jest przede wszystkim obecnością Zmartwychwstałego. Wreszcie nie jest błaganiem o dar, ale aktem największej wdzięczności za obdarowanie.

Wdzięczności, która zawsze wyraża się w ten sam sposób: na oczach rozsądnego, ekonomicznie poukładanego i pobożnie przypudrowanego świata, wdzięczna Kobieta wylewa drogocenny olejek na nogi Potrzebującego i masuje je swoimi włosami. Ani to higieniczne, ani ekonomicznie uzasadnione, ani o zgrozo moralne. A mimo to do końca świata ma być opowiadane i powtarzane.

Co z tej dynamiki wdzięcznej miłości pozostało w rytualnym przystępowaniu do sakramentu Wieczerzy Pańskiej, czyli podczas wdzięcznej uczty? 

Już w czasach apostołów na przykład Koryntianie nie potrafili dzielić się tym, co przynieśli na ucztę, upamiętniającą pamiątkę śmierci Pańskiej. Zamiast podać chleb głodnym, a spragnionym pozwolić napić się wina, wpadali do przyniesionych przez siebie darów i spożywali bez umiaru, zapominając o biednych, którym ów posiłek był przecież dedykowany. Tym samym, zachowując zewnętrzną formę i dbając o podtrzymywanie zwyczaju, całkowicie zatracili jego sens.

Przecież już podczas pożegnalnej wieczerzy z uczniami, wykorzystując żydowski rytuał paschy, Jezus pokazał znaczenie śmierci, wykorzystując symbolikę chleba i wspólnego kielicha, napełnionego winem. Tym samym kolejny raz, tym razem ostatni, nawiązał do imion, które sam sobie nadał: „Ja jestem chlebem żywota” (J 6,48); „Ja jestem krzewem winnym” (J 15,5). Śmierć na krzyżu nie była więc czymś nieprzewidzianym i niespójnym z poprzedzającą działalnością.

Jako Mesjasz, począwszy od przezwyciężenia pustynnej pokusy, aby w chwili przejmującego głodu dla samego siebie zamienić kamień w chleb, konsekwentnie był chlebem dla świata, to znaczy źródłem życiowych potrzeb, zaspokajającym głód wszystkich biednych, pogubionych i tych, którzy z jakiegoś powodu mają się źle.

Jako Mesjasz, począwszy od zamiany wody w wino, czym w Kanie Galilejskiej objawił, że wszyscy spragnieni zbawienia mogą przez Niego bez obaw i lęku szukać Bożej obecności, aby odnowić swojego ducha, był kielichem Ducha Bożego.

W trakcie pożegnalnego posiłku Jezus dzieli się sobą jako chleb i wino. Pokazuje i oświadcza: We Mnie macie wszystko. Nie musicie się bać, ani współzawodniczyć. Chleba ani wina nie zabraknie nikomu, jeśli będziecie we Mnie trwać i spożywać chleb, którym Ja Jestem. W Mojej śmierci bije źródło Waszego zbawienia, więc bądźcie wspólnotą życia a nie śmierci. Wspólnie łamcie chleb i podawajcie go sobie z ręki do reki, a nie spożywajcie po kryjomu, aby zaspokajać własne potrzeby. Pijcie z jednego kielicha, uczestnicząc w jednym Duchu, świętując wybawienie z mocy śmierci, a nie upijajcie się w samotności, aby przezwyciężać lęk przed śmiercią.

W Koryncie to wszystko zostało zapominane i stracone. Już nikt się nie dzielił, więc musiało dojść do podziału. Koryntianie przestali dzielić się chlebem i kielichem, więc z braku miłości przestali być dzielni i ulegli lękowi. Gdy sercami rządzi lęk, wówczas między ludźmi powstają podziały. Póki dzielimy się chlebem i kielichem, pozostajemy dzielni w miłości i zachowujemy jedność.

Co uświadamiają nam nasze beznadziejne wysiłki, żeby w godzinie wirusowej infekcji nie zaprzestać praktykowania pustego rytuału? Że system jest całkowicie zawieszony, ponieważ infekcja stała się pandemią. Nie działa operacyjny system żywego organizmu, którym jest Kościół jako ciało Chrystusa.

Próbując okazywać wdzięczność Bogu za zbawienie w Chrystusie, zamiast nakarmić bliźniego, boimy się  kontaktu z nim; zamiast napoić go z kielicha miłości, boimy się o siebie.

Albo post przed uczestniczeniem w Wieczerzy Pańskiej, czy nie jest okrutnym kłamstwem, którym sami siebie zwodzimy, nie praktykując wdzięczności za zbawienie czynami miłości?  Czy to, czego nie zjedliśmy w domach, na pewno przynosimy z sobą, aby podzielić się z głodnymi? No właśnie. Po wspólnej Wieczerzy Pańskiej z radością mkniemy do naszych domów, część zapewne do restauracji, aby najeść się do syta po rytualnej głodówce, która ma zaostrzyć smak. Z radością zacierając dłonie, w drodze przypominamy sobie zapachy kawy, świeżo upieczonych ciast, smaki sałatek i mięs.

Pozostał pusty rytuał, w którym trudno odnaleźć Jezusowego ducha, przeżyć ponownie Jego obecność i zrozumieć sens Jego śmierci. Naprawdę nie chodzi o to, żeby poczuć smak ciała i krwi, ani o to, żeby stłumić zmysły, podpowiadające, że jest odwrotnie. Pytanie zasadnicze brzmi inaczej: Czy potrafię rozróżnić pomiędzy chlebem, który pragnę spożyć sam, z lęku przed śmiercią i głodem, a chlebem, którego zawsze będę miał w obfitości, dzieląc się z tymi, którzy potrzebują pomocy?

Czy chcę podejmować decyzję, którą podjął Jezus na pustyni? Czy chcę ją urzeczywistniać w codziennym życiu, czego uwierzytelniającym znakiem ma być społeczność dzielnych wyznawców Drogi Pańskiej, niepodzielonych podczas Wieczerzy Pańskiej? Nie chodzi o naukę! Tego nie da się  nauczyć. Chodzi o miłość. Dzielenie się jest manifestacją miłości, która przezwycięża lęk. Podziałów między nami nie przezwyciężymy mądrością i mocą, ale głupotą i słabością, czyli gotowością do podzielenia się sobą, jak chlebem.

Każdy, kto się boi, uczestniczy w sądzie: „Dlatego jest między wami wielu chorych i słabych, a niemało zasnęło” (1 Kor 11,30). Boimy się, klęcząc przy Stole Pańskim? Jak możemy doświadczać zdrowia i stałości usatysfakcjonowanego życia, skoro się boimy? Dlaczego jesteśmy wewnętrznie podzieleni? Nasz wewnętrzny podział, stwarza też podziały w trakcie łamania chleba i picia z kielicha na pamiątkę jednoczącej wszystko i wszystkich śmierci Chrystusa.

Wirus całkowicie zawiesił system. Uważam, że podejmowanie prób oczyszczenia go nie ma sensu.

Zaprogramujmy nasz system społeczny, ciało Chrystusa, na nowo! Dajmy przykład. Bądźmy źródłem Miłości i świadectwem Życia, które jest bezgraniczne. Powróćmy do ustawień początkowych. Czy te drugie śniadania przy kawie i ciastkach po nabożeństwach z Eucharystią, mają głębszy sens duchowy? Poza społeczno-plotkawym żadnego.

Nie zastanawiajmy się jak zmumifikować martwy zwyczaj. Pozwólmy mu  ożyć w prawdziwych ucztach wdzięcznej miłości. Każdy z nas coś ma. Podzielmy się tym. Wtedy świat zmartwychwstanie. Ludzie powstaną z kolan i wyprostują się, a wirus zostanie na zewnątrz domostwa.  Kryzys jest po to, żeby martwe ożyło: „I powiedział do kobiety: Wiara twoja zbawiła cię, idź w pokoju” (Łk 7,50. zob od Łk 7,36)

Wdzięczność jest skuteczną modlitwą

Wiele fragmentów Ewangelii od stuleci bywa tłumaczonych po prostu źle. Nie dlatego, że języki nowożytne nie dają takich możliwości translatorskich, ale ponieważ tłumacze sami korygują Ducha Bożego, który jakby nie było oryginalnie wypowiedział się z pomocą konkretnych słów, składni, odmiany i czasów. Dlaczego tak postępują? Nie wiem. Przypuszczam tylko, że ich zdaniem Jezus musiał jednak po aramejsku wypowiedzieć się inaczej, aniżeli po grecku zapisali autorzy ewangelii.

Nie dopuszczam takiej sytuacji. Jeśli w greckim tekście Ewangelii występuje na przykład trudność, coś całkowicie irracjonalnego i nielogicznego, to nie dlatego, że Jezus tak nie powiedział. Właśnie najpewniej tak powiedział, ponieważ używał zwrotów, obrazów, figur retorycznych jak najlepszy Mistrz, któremu zależało na obudzeniu słuchaczy ze snu. Jeśli więc tłumacze fałszują sens, wpierw zapewne musieli podjąć decyzję, aby wygładzać treść albo pozbawiać wypowiedzi Jezusa niedorzeczności, oczywiście z ich punktu widzenia.  Zakładam, że robią to w dobrej wierze, ale w istocie rujnują naszą wiarę i uniemożliwiają zrozumienie Mistrza z Galilei.

Dla przykładu tekst w Ewangelii Marka, z rozdziału 11, w tłumaczeniu Towarzystwa Biblijnego, przyjętym w Kościele Ewangelicko-Augsburskim za liturgiczny, brzmi następująco: „Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie a spełni się wam” (Mk 11,23).

Wiecie Drodzy Czytelnicy dlaczego nie spełniają się Wam modlitwy i dlatego słowa Jezusa przeinterpretowujecie, żeby uchronić autorytet Mistrza? Bo się źle modlicie! Najzwyczajniej w świecie, nie wiecie, jak się modlić, ponieważ tłumaczenie kłamie.

Oryginalny tekst, co prawda niezręcznie, brzmi jednak w j. polskim mniej więcej tak: „Amen mówię wam. Ktokolwiek powie do góry: Podnieś się i rzuć się w morze, a w sercu nie zawaha się, ale będzie wierzył, że staje się to, co mówi, stanie się mu. Dlatego mówię wam, wszystko, o co się modlicie i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a stanie się wam”.

Widać kolosalną różnicę? Dlaczego tłumacze używają złych czasów? Może poprawiają nieracjonalnego Jezusa? No cóż, najwyraźniej wyznawcy „religii rozsądku” poprawiają nonsensy Jezusa.

A jeśli to nie są nonsensy? Jeśli Jezus, człowiek mocarny w mowie i czynie, doskonale wie, co mówi? A wie na pewno, ponieważ w ten sposób wypowiada się wielokrotnie.

Co więc chce osiągnąć? Naprawdę tylko jedno! Jezus dba o naszą wiarę i uczy nas duchowości, która jest nasączona energią wiary, ponieważ wie, że w Jego imieniu możemy czynić nie tylko to samo, co On czynił, ale nawet więcej: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12).

Jak więc mamy się modlić, żeby spełniały się nasze modlitwy?  Tego prawie nikt nas nie uczył i nie uczy, bo teologią i katechezą zajmują się specjaliści od „religii rozsądku.

Zrozumcie, że gdy prosimy o coś, to automatycznie uznajemy, że to jeszcze nie istnieje. Nie widzimy tego, ani nie czujmy. Nie ma tego, więc zatwierdzamy sytuację, o zmianę której się modlimy. Jeśli prosimy o zdrowie, ponieważ jesteśmy chorzy, zatwierdzamy chorobę, chociaż liczymy na zdrowie. Prosimy, bo się boimy, więc dodatkowo wzmacniamy jeszcze energię strachu, zamiast zadbać o wiarę. Co zatem mamy robić?  Być wdzięcznymi i dziękować. Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawczą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia.  Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się.

Więcej. Musimy nauczyć się korzystać z mocy, której Bóg, będący jej źródłem, pozwala przez nas płynąć i działać. Jak to zrobić? Modląc się, odczuwajmy cieleśnie właśnie to, co czujemy zawsze wtedy, gdy doświadczamy tego, za co dziękujemy. Poczujmy te dobre emocje. Nie prośmy o deszcz, ale czujmy, jak pachnie ziemia, gdy pada, i dziękujmy za to, pozostając wdzięcznymi. Nie prośmy o słońce. Poczujmy cudowne pieszczoty promieni, które dotykają nas i uzdrawiają, ilekroć wystawiamy się na ich działanie. Nie prośmy o uzdrowienie, ale poczujmy radosne, pełne szczęścia i pokoju emocje, związane z cudownym stanem zdrowia, wolności, szczęścia i życiowej niezależności.

Wiem, że na początku jest ciężko, zwłaszcza gdy jest się chorym i odczuwa się strach. Zacznijmy więc od małych spraw. Zacznijmy od maleńkich cudów, a zaczną wydarzać się coraz większe: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę. Wejdź do radości pana swego” (Mt 25,23). A wszystko dzięki wdzięczności, a tak naprawdę z powodu wiary, która jest pewna tego, czego oczy nie widzą: „Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Hbr 11,1).

Proszę Was, po prostu fruńcie na skrzydłach wdzięczności!  Nie proście o to, co ma się wydarzyć. Bądźcie wdzięczni za to, co już dawno wydarzyło się w Bożym sercu, a stanie się Wam.

Wybaczanie

Wszyscy wiedzą, chociaż niekoniecznie z tego samego powodu, że wybaczanie jest warunkiem mądrego, zdrowego, szczęśliwego i religijnego życia. Niektórzy więc kierują się religijną powinnością, nie dostrzegając związku między wybaczaniem a własnym życiem, inni kierowani troską o zdrowie, a jeszcze inni dbając o rozwój duchowy.

Powstało też wiele różnorodnych programów wybaczania, a w księgarniach bez problemu można znaleźć kilkanaście poradników, których autorzy mają dla nas mniej lub bardziej cenne wskazówki, jak rozumieć wybaczanie i w jaki sposób je praktykować. Istnieje nawet specjalny program tak zwanego radykalnego wybaczania, który ma wiele wspólnego z praktyką szamańską, rozwiązywaniem karmicznych węzłów i uwalnianiem z zobowiązań z poprzednich wcieleń.

No cóż, i w tym wypadku, jak w pozostałych, nie mam najmniejszego zamiaru podważać ani sensowności tych poglądów ani udowadniać nieskuteczności praktyk, ponieważ wiem, że wszystkie w jakiejś mierze spełniają swoją rolę i jeśli ktokolwiek z nas w nie wierzy, na pewno korzysta z ich dobrodziejstw. Swoją  rolę rozumiem w ten sposób, żeby nie zabierać, ale raczej uzupełnić i dodawać.

Niestety niektórzy terapeuci i pożal się Boże duchowi nauczyciele uważają, że tylko ich metody są najlepsze i podważają pozostałe. Mówiąc inaczej budują swój autorytet, kosztem autorytetu innych. A jeślibym miał do bólu być szczery, to uważam, że dobrego terapeutę i duchowego nauczyciela poznaje się po tym, że dba o dobro wszystkich, którzy mają się źle i szukają pomocy, a nie o dobro swojego portfela. Tymczasem wmawianie ludziom, że jedynie moja metoda jest skuteczna, jest działaniem marketingowym, służącym sprzedaży, które z etyką i miłością nie ma nic wspólnego.

Jeśli więc masz wyrobiony pogląd na wybaczanie i praktykujesz je w sposób, który uważasz za dobry, postępuj tak dalej. Gdybyś bowiem uwierzył w moją krytykę, ale w mojej metodzie nie znalazł pomocnej inspiracji, pozostałbyś z niczym i Twoje życie stałoby się mniej zdrowe i satysfakcjonujące. Miałbyś prawo uważać, że Cię okradłem i skrzywdziłem, a ja tego nie chcę. Dlatego czytając niżej o moim pojmowaniu wybaczania, zresztą jak o wszystkim, z czym się dzielę, pomyśl, czy Cię tym ubogacam czy zubażam? Jeśli to pierwsze, wkomponuj to w własną praktykę duchowego życia. Jeśli to drugie, pozostań przy swojej.

Wybaczanie, które proponuję, jest bardziej radykalne od czegokolwiek, co do tej pory otrzymało taką etykietkę, a jednocześnie prostsze od wszystkich znanych metod, ponieważ nie wymaga duchowych ćwiczeń, ani gromadzenia danych na papierze, żeby móc je emocjonalnie przepracowywać. Nie wymaga też czasochłonnych rytuałów ani praktykowania czegoś, z czym nie zgadza się umysł. Owszem, jeden warunek jest niezbędny. Jest nim zaufanie, że życie każdego z jest manifestacją Miłości i jest otulone Światłością, z której zostaliśmy stworzeni. Teraz jednak, zanim pójdziesz ze mną głębiej, proszę Cię, żebyś przeczytał mój tekst pt: Każdy ma swojego Judasza. Dopiero potem wróć tutaj. 

Jeśli zatem każdy ma swojego Judasza, bez którego niemożliwe byłoby doskonalenie się w posłuszeństwie przez doświadczenia, które przeżywamy, również wybaczanie nie jest czymś, co musimy praktykować wbrew oczekiwaniom szczęśliwego i bezproblemowego życia. Wielu z nas ma kłopot z wybaczaniem, ponieważ w proces zaangażowali umysł, podpowiadający im, że skoro nie są winni, to w imię sprawiedliwości mają święte prawo do tego, aby ten, który skrzywdził, przyszedł pierwszy i przynajmniej przeprosił, nie wspominając o wyrównaniu krzywdy. Myślą wówczas o poczuciu godności, szacunku do samych siebie, zachowaniu twarzy i po prostu ważą psychiczne zyski oraz straty. Ego podpowiada im wówczas, że nie można wybaczyć, ponieważ byłoby to równoznaczne ze zgodą na zło, którego doświadczyli.

No dobrze, ale gdyby po prostu przyjąć, że zło nas nie spotyka? Że każde doświadczenie jest niezbędne do duchowego rozwoju i dlatego nie jest ani złe, ani dobre? Pod względem energii emocjonalnej jest po prostu obojętne, jednak to, w którą stronę my tę energię zwrócimy i w konsekwencji w jaki sposób z niej skorzystamy, zależy wyłącznie od nas, a w istocie rzeczy od naszych poglądów na temat dobra i zła? Wystarczyłoby zatem zmienić przekonania na temat życia i przestać ulegać lękom, że w każdej chwili może nas spotkać kolejne zło, ale zaufać drodze życia, której autorką jest Miłość, żeby pozbyć się stresu i pierwszy raz w życiu lekko wybaczyć, bez intelektualnej arytmetyki zysku i straty? 

Wybaczanie, jak je pojmuję i praktykuję, oznacza zatem coś, co dla przeciętnego umysłu jest nie do przyjęcia, ponieważ posługuje się standardowym, skonstruowanym z energii strachu, przekonaniem, że doskonale wiadomo, co jest dobre a co złe, któremu hołdują kolejne pokolenia nieszczęśliwych ludzi.

Żeby wybaczyć nikomu nie muszę odpuszczać winy, ponieważ wszyscy zostaliśmy uniewinnieni przez Miłość, która wcieliła się i objawiła w świecie w osobie Jezusa. Nie muszę też zastanawiać się nad charakterem tej winy i jej ciężarem gatunkowym. Nie muszę analizować, czy to, co mnie spotkało, wynikało z intencji złego człowieka, czy było nieświadomym czynem dobrego. Nie muszę przekonywać samego siebie do czynienia dobrych uczynków, które wynikają z religijnego albo jakiegokolwiek innego obowiązku. Nie muszę używać wagi sprawiedliwości, ani tym bardziej ulegać własnemu ego, które istnieje tylko dlatego, że dba o swoją pozycję, chwałę i sławę.

Wybaczanie jest proste, jak oddech, i naturalne jak dzień po nocy a lato po zimie. Nawet nie muszę tego w ten sposób nazywać, żeby wydarzyło się jako rozwiązanie węzła we mnie i pomiędzy nami, z powodu którego energia miłości nie może przepływać ani przeze mnie, ani pomiędzy nami. Wystarczy, że człowiekowi, z powodu którego coś przeżyłem albo wciąż doświadczam tego skutków, podziękuję za to, co zrobił, ponieważ wiem, że wszystko służy ku dobremu i jest mi potrzebne do osiągnięcia doskonałości.

Gdy za wszystko dziękuję, niczego nie muszę oceniać; niczego przepracowywać; nic mnie nie rani i nie ciągnie w życiowy dół. Nie cierpię, nie zmuszam się do czegoś, co wydaje mi się nienaturalne albo wbrew mojemu interesowi.

Gdy za wszystko dziękuję, najzwyczajniej w świecie jestem lekki. Leżę sobie na chmurce Bożej chwały i łaski. A leżąc na niej mam dostęp do źródła życiowej obfitości, które się nie wyczerpuje i odnawia mnie pod względem psychicznym, duchowym i cielesnym, czyli także zdrowotnym. 

Nie wyobrażam sobie lżejszego i szczęśliwszego życia. Wystarczy zaufać Miłości. Wierzysz w to?

Zaufaj Miłości. Wybaczanie przestanie być zadaniem do wykonania i życiowym problemem.

Zasada szampana

Jakże wiele straciliśmy z radości życia i poczucia szczęścia tylko dlatego, że po prostu nie chcemy ich doświadczać, a dobry świat oskarżamy o to, że jest właśnie taki, czyli coraz mniej radosny i szczęśliwy. Śmiem twierdzić, że jest to jeden z najbardziej charakterystycznych przejawów grzechu współczesnego pokolenia, ponieważ grzech jest próbą powrotu do tego było, co jest stare i daje poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem Boże powołanie do uprawiania i strzeżenia ogrodu życia jest wezwaniem do tworzenia kultury. Ludzie grzeszni bardziej miłują przeszłość, tęsknią za tym, co dawniej zapewniało poczucie bezpieczeństwa, bojąc się niepewnej przyszłości, bo nie wierzą Bożej obietnicy.

Jakże mogę to połączyć z radością i szczęściem? Dość prosto, a posłużę się zasadą szampana, czyli luksusowego towaru, który często bywa prezentem, spożywanym podczas niezwykłych okazji.

Człowieczeństwo między innymi polega na wydostawaniu się spod władztwa natury. Jest ciągłym budowaniem ludzkiego świata, czyli kultury. Jednym z charakterystycznych dóbr kultury jest wspomniany szampan, nie dość że wino, to jeszcze uszlachetnione. A takich dóbr nie konsumuje się cichaczem i użytkowo. One są luksusowe nie ze względu na cenę, a więc dostępność, ale przede wszystkim dlatego, że są przeznaczone do spożywania ceremonialnego, świątecznego, wspólnotowego.

Szampan jest wtedy czymś ofiarowanym, specjalnie przygotowanym. Pijąc go, wszyscy cieszą się hojnością ofiarowującego oraz okazją smakowania wybornego trunku. Szampana nikt nie wypija sam, a zawsze tylko część, aby także inni mogli cieszyć się smakiem. Wreszcie nie pije się go dla nasycenia pragnienia, ponieważ do tego używamy wody. Pijąc szampana, szanujemy wiedzę wielu pokoleń, czyli jakbyśmy wznosili toast za kulturę. Pijemy go, żeby zamanifestować wolność od natury.

A nasze pokolenie co uczyniło z owej zasady szampana? Coraz więcej dóbr, tych materialnych, ale i duchowych, próbujemy pić samotnie, ciesząc się tym, że mamy coś, czego nie mają inni. Nie ofiarowujemy już towarów luksusowych, przeznaczonych na specjalną okazję, ale zazdrośnie strzeżemy prawa do ich wyłącznego używania. Tracimy więc radość smakowania nie tylko tego, co prawdziwie szlachetne, wyborne, dobre, ale też wspólnotę, której nie ofiarowujemy wybornego trunku radości i szczęścia. Tym samym każdy z nas w samotności próbuje wypić swój szampan, ale wtedy nie dość, że traci wspólnotę, to jeszcze pije go w celach użytkowych.

Szampan przestaje służyć świętowaniu, a staje się zwykłym produktem do egoistycznego używania. I tak człowieczeństwo karleje, bo zamiast pięknie i delikatnie rozwijać kulturę, wraca ponownie w świat natury, gdzie rządzą najtwardsze prawa użyteczności, czyli przetrwania i przekazania życia. Tak oto w egoizmie ujawnia się jądro grzechu, jako powrotu do tego co stare, co już było. Byle przetrwać w swojej jaskini i zaspokoić seksualność w jej najbardziej zwierzęcej postaci.

Czy nasi przodkowie, żyjący pokolenia przed nami, mieli taką radość życia i poczucie szczęścia ze swojego człowieczeństwa? Śmiem wątpić. Próbowali po prostu przetrwać, a świętowania doświadczali jedynie sporadycznie. A przecież w między czasie żył, działał, umarł i został wzbudzony do życia Jezus z Galilei, Słowo Ewangelii, które potwierdza prawo człowieka do świętowania. Doświadczając zbawienia mamy prawo i możliwość przeżywania życia jako święta. My tymczasem ani nie chcemy pić wina Ewangelii, ani korzystać z zasady szampana. Za wszelką cenę chcemy przechytrzyć innych, usiłując egoistycznie wypić trunek, przeznaczony do ofiarowania wspólnocie i świątecznego smakowania. Coraz częściej żyjemy pokątnie i użytecznie, to znaczy wyłącznie dla samych siebie.

Nie dziwmy się więc, że tracimy radość życia i szczęście bycia człowiekiem. Gdzie bowiem zanika zasada szampana, to znaczy, gdzie panoszy się egoistyczne pragnienie zaspokojenia samego siebie, tam zanika doświadczenie święta a wspólnota się rozpada.

Zbawienie również polega na tej zasadzie, której zaprzeczamy. Jest ofiarowaniem czegoś tak szlachetnego i cudownego, że ofiarodawca nie ma odwagi pić z pucharu sam. Udziela go nam, zapraszając do świętowania we wspólnocie. Z nadmiaru swojej miłości dzieli się z nami miłością, z nadmiaru szczęścia, szczęściem, a z nadmiaru radości, radością. Jednak nie zapominajmy, że do świętowania zaproszeni są właściwie odziani, a więc ci, którzy nie żyją tylko sobą i dla siebie, ale z radością przyjmują zaproszenie do wspólnoty i dzielenia się darem.

Czy egoiści, próbujący cichaczem i dla zaspokojenia własnego pragnienia napić się szampana, aby na pewno są odziani we właściwą szatę? Kto za wszelką cenę próbuje w swojej grocie przetrwać sam, zginie. Kto zaś odważy się wyjść, żeby świętować zbawienie, będzie cieszył się życiem.

Szczęśliwy koniec religii

Po czym poznać szczęśliwego człowieka?  Po tym, że nie potrzebuje religii. Już z niczym nie musi walczyć, niczego zapomnieć, niczego nie pożąda, ani o niczym nie marzy. W jego życiu nie ma już przeszłości z jej wymaganiami, uwiecznionymi w postaci tradycji, rytuałów, praw, ślubów i zobowiązań. Nie ma też przyszłości, zawsze tylko potencjalnej, kuszącej imaginacjami, które mogą nigdy się nie wydarzyć i urzeczywistnić.

On po prostu żyje, a żyje się zawsze tylko raz, to znaczy teraz i tutaj. Za każdym razem jest nowe teraz, które zadziwia i zachwyca. Szczęśliwy przed niczym nie ucieka, niczego nie naprawia, ku niczemu nie dąży. Po prostu jest i zyskał nową umiejętność. Jaką? Gdy niepotrzebne stają się rytuały i prawa; gdy nie trzeba niczego osiągać za wszelką cenę,  można nauczyć się tańczyć!

Szczęśliwy człowiek nie potrzebuje religii, aby zapomnieć, zwyciężyć, osiągnąć.  Wszedł na weselną ucztę, na której wszyscy się bawią, i on też zaczął grać, śpiewać i tańczyć. Wreszcie może napić się wina i zacząć świętować.

Po czym poznać, że religia spełniła swoje zadanie? Po tym, ze ludzie stali się szczęśliwi i nauczyli tańczyć. Religia jest jak opiekun, który prowadzi dziecko do szkoły, w której ma się nauczyć radosnego i spokojnego życia. Gdy cel zostaje osiągnięty i dziecko z powodzeniem kończy naukę, opiekun przestaje być potrzebny. Po co szczęśliwemu religia, skoro stał się istotą duchową, żyjącą w Duchu?

Sama w sobie religia nie jest źródłem szczęścia, a bywa wręcz przyczyną licznych nieszczęść. Gdy człowiek tak potrafi żyć w czasie, jakby żył ponad czasem, i tak przebywać w przestrzeni swego życia, jakby nie była mu do niczego potrzebna, religia traci rację bytu. Chodzi mianowicie o to, że człowiek staje się wówczas istotą duchową, a miejsce religii zajmuje duchowość.

Religia jest światem zewnętrznym. Duchowość jest wewnętrznym Królestwem Niebios, czyli Bożą obecnością. Co prawda one zawsze się mieszają i człowiek doświadcza trochę jednego i trochę drugiego. Różnica polega na tym, że dla ludzi religijnych wewnętrzna Boża obecność jest ledwo wyczuwalna i prawie niepotrzebna, zaś w doświadczeniu szczęśliwych zewnętrzny świat religii jest tylko społeczną ramą.

Szczęśliwy koniec religii jest początkiem świętowania, nie reglamentowanego przez kalendarz, prawa i rytuały, do którego zatroskany i cierpiący człowiek ma prawo jedynie raz na jakiś czas swego smutnego i ciężkiego życia. Gdy pojawia się szczęście każde „teraz” nabiera cech świętowania. Nie ma już wspominania ani oczekiwania, nie ma też obrzędowego upamiętniania ani antycypowania (wywoływania z przyszłości). Człowiek staje się szczęśliwy w cudzie bycia „tu i teraz”. Nie myśli o wczoraj ani o jutrze, bo nie ma takiej potrzeby. Nic go nie obchodzi poza świętowaniem każdego doświadczenia i spotkania, każdej myśli i emocji, każdego słowa, które czyta albo słyszy, każdego zapachu, i smaku, każdej relacji i zadania, które ma do wykonania.

Jedyną prawdziwą religią jest świętowanie życia!

Taniec, śpiew i muzyka to są atrybuty religijnego życia. Religijnego czyli świętego, a świętego, ponieważ pełnego świętowania.

Nie oddawajcie czci Bogu, który nie umie tańczyć, śmiać się i grać, bo to na pewno nie jest Bóg! Ludzkie życie ma być nasiąknięte boskim tańcem, śpiewem i muzyką; intensywne świętowaniem, pełne codziennego szczęścia.

Szczęśliwy człowiek umie tańczyć, bawić się każdym doświadczeniem, grać i śpiewać na chwałę ISTNIENIA. Jednocześnie szczęścia nie trzyma kurczowo w rękach, jakby było jego Bogiem. Potrafi je wypuścić, zresztą jak wszystko, i otwiera się na nową chwilę i nowe doświadczenie.

W szczęściu najważniejsze jest to, że go doświadczasz, praktykujesz, uobecniasz sobą pomiędzy ludźmi, a nie to, że kurczowo się go trzymasz, ponieważ boisz się, że niespodziewanie zniknie. Ten lęk byłby przecież objawem największego nieszczęścia!