Nakładanie rąk

Motto:

Nie otrzymujemy mądrości,

musimy sami ją odkryć w podróży,

której nikt za nas nie odbędzie”.         Marcel Proust

Przed dwudziestu laty na plebanię w Brennej raz w tygodniu przyjeżdżał Pan od nakładania rąk. Przed budynkiem ustawiały się kolejki z całego Górnego Śląska. Czy muszę dodawać, kto Go wynalazł, a potem spełniał rolę odgromnika po uderzeniach bogobojnychchrześcijańskich piorunów?

Wtedy zacząłem interesować się uzdrawianiem i zrozumiałem, że człowiek jest polem energii. O fizyce kwantowej nie wiedziałem jeszcze wiele, ale o darze uzdrawiania przez nakładanie rąk i owszem z Nowego Testamentu: „I rzekł im: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony. A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych kłaść ręce będą, a ci wyzdrowieją” (Mk 16,15-18) albo: „A gdy Paweł zgarnął kupę chrustu i nakładał ją na ogień, wypełzła od gorąca żmija i uczepiła się jego ręki. (…) Lecz on strząsnął gada w ogień i nie doznał nic złego; (…) I zdarzyło się, że ojciec Publiusza leżał w gorączce i chorował na czerwonkę; Paweł poszedł do niego i modlił się, a włożywszy na niego ręce uzdrowił go. (…)” (Dz 28,3-9).

Poza tym literatury na ów temat wówczas wciąż było mało, a w Kościele nie było z kim rozmawiać. Zanim zdążyłem się nauczyć, Pan od nakładania rąk po jakimś czasie odszedł swoją drogą, więc nie pozostało mi nic innego, jak znaleźć własną drogę praktycznej, chrześcijańskiej duchowości, aby samodzielnie szukać inspiracji w sobie oraz w tym, co udaje się przeczytać. 

Wiem, że niektórych to szokuje, ale naprawdę całkiem niepotrzebnie. Kto w taką podróż udaje się z ufna modlitwą, tego Duch Jezusa prowadzi drogą Bożą, na której nic złego nie może się wydarzyć. Więc wpierw zacząłem badać i medytować nad tekstami ze Starego i Nowego Testamentu, o których od czasu studiów byłem pewien, że zawierają ślady starych szamańskich praktyk. Potem do mojej świadomości dotarło, że przecież Jezus był w Egipcie przynajmniej jeden raz z rodzicami i naprawdę nie wiadomo ile miał lat, gdy wrócił, ponieważ data Jego narodzin nie jest pewna. Poza tym, czy cokolwiek wyklucza, że mógł tam ponownie pójść? Skoro Mojżesz stosował praktyki terapeutyczne, których nauczył się w Egipcie, dlaczego nie Nowy Mojżesz?

O dalszej drodze, którą szedłem, pisał nie będę, ponieważ nie temu poświęcam ów tekst, mimo wszystko nie mam powodu, aby jej nie zasygnalizować. W każdym bądź razie dziś jestem pewien, że klasyczna, ortodoksyjna duchowość skutecznie zaorała duchowe praktyki pierwszych pokoleń, których źródłem jest Mistrz z Galilei. Pierwsze pokolenia znały je i praktykowały. Wydaje mi się, że ostatki padły wraz z Katarmi. Czasem miewam przeczucie, że Waldensi coś uratowali, ale do tej pory nie upewniłem się. Bardzo ciekawe i dające do myślenia są jeszcze wypowiedzi niemieckich mistyczek i mistyków. Tego też nie wiem, czy pisali z natchnienia, czy mieli dostęp do resztek tej wiedzy. Osobiście jestem zobowiązany śp. prof. W. Benedyktowiczowi, że w trakcie studiów w ramach pracy nad tekstami teologicznymi zostałem zmuszony do zainteresowania się Mistrzem Eckhartem. Jednak porównując teksty Anioła Ślązaka z pismami wspomnianych wyżej mistyków mam wrażenie, że były to wglądy i natchnienie, a nie wiedza.

Na koniec wstępu wspomnę jeszcze jedną rzecz. Otóż młodsze Koleżanki i Koledzy nie zdają sobie sprawy, jak wiele mogą się nauczyć i zrozumieć z podręczników do fizyki kwantowej oraz biologii, zwłaszcza molekularnej oraz epigenetyki, a wystarczyłyby tytuły popularno-naukowe. To fundament, aby spojrzeć na człowieka z perspektywy naukowej. Życzę im pysznego zadowolenia i wielkich oczu zadziwienia, gdy biblijne i późniejsze pojęcia z zakresu antropologii teologicznej i duchowości staną się im niespodziewanie współczesne i zrozumiałe.

W każdym bądź razie dla jakiegoś wcale nieoczywistego powodu, mimo wszystko z wielką szkodą dla wszystkich, chrześcijańska teologia i duchowa praktyka sukcesywnie zrzekała się prawa do korzystania z charyzmatu uzdrawiania, aż w epoce postkartezjańskiej ostatecznie podpisała dokument kapitulacji. Co prawda w USA i w niektórych Kościołach charyzmatycznych w Europie próbuje się ów charyzmat z wdzięcznością rozwijać, jednak przykłady są tak nieliczne, że giną w oceanie medycyny konwencjonalnej. 

Czy rozsądnie? Czy na pewno zgodnie z wolą Jezusa Chrystusa? Moim zdaniem, oczywiście że nie.

Problem i to wcale niemały polega na tym, że niektórym chrześcijanom wydaje się, że wystarczy gorliwa modlitwa, aby moc Boga manifestowała się w cudownych uzdrowieniach. Owszem bywa i tak, jednak do myślenia musi dawać fakt, o czym już  pisałem, że dar uzdrawiania jest związany z wyższym stopniem duchowej zażyłości z Mistrzem, a więc przebywania w Jego szkole.

Wszystkim, oderwanym od rzeczywistości, zadaję teraz bardzo ważne pytanie: Skoro uznajemy za pewnik, że naukowa medycyna potrafi człowieka uzdrowić, dlaczego jednocześnie sądzimy, że uzdrawianie praktykowane przez tych, który uwierzyli w imię Jezusa, może obejść się bez nauki i solidnej wiedzy o człowieku?

Nie dziwię się, że medycy drwią i umierają w spazmach śmiechu! 

A od siebie dodam, że również mam z tym problem, ponieważ walcowanie Boga modlitwami i zmuszanie Go do działania z tytułu wyimaginowanej pewności, że wystarczy wezwać imię Jezusa Chrystusa, aby uzdrowić, świadczy tylko o jednym. Niestety o wielkiej duchowej pysze.

Bóg działa suwerennie i dlatego zdarza się, że uzdrawia kogoś nawet bez naszych modlitw. Innym razem zgodnie z naszymi modlitwami. Jednak, czy nie po to objawił swoją chwałę w Jezusie z Galilei, abyśmy zobaczyli pełnię boskości w pełni człowieczeństwa? A po drugie, czy nie po to Jezus poświęcił kilka lat życia wybranym przez siebie uczniom, aby ich czegoś nauczyć i móc oczekiwać, że tego samego nauczą następnych?

To prawda, że wiedza o uzdrawianiu w dużej mierze została stracona, jednak po pierwsze nie do końca, a po drugie Duch Jezusa jest duchem mądrości i wszelkich dobrych darów i umiejętności. 

Uzdrawianie przez nakładanie rąk to znak, towarzyszący wierzącym! Jest darem, o który mamy obowiązek dbać i rozwijać go. Wszystko zależy od Bożego powołania, czyli obdarowania, i od ludzkich umiejętności. Skoro dla zbawienia każdego człowieka Słowo stało się ciałem, więc pełnia boskości manifestuje się w pełni człowieczeństwa!

Uczmy się człowieczeństwa i rozwijajmy jego pełnię: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12). 

Błędy, popełniane przez praktykujących nakładanie rąk, sprawiają, że charyzmat nie rozwija się, a medycy patrząc na nas drwiąco mrużą oczy.

Najważniejszy błąd polega na tym, że wielu uzdrawiających charyzmatyków ma dualistyczną koncepcję człowieka jako złego ciała i dobrej duszy. Nie widzą Jedności, która manifestuje się we wszystkim, więc też w człowieku. To oznacza, że mają zbliżoną do medycyny konwencjonalnej koncepcję uzdrawiania. Nie praktykują holistycznego uzdrowienia człowieka, a jedynie oczekują, że chore miejsca, które medycyna leczy środkami farmakologicznymi i skalpelem, Bóg uzdrowi swoją mocą. Zainteresowani są wyleczeniem choroby, a nie uzdrowieniem człowieka.

Kolejny błąd to zwykła ludzka pycha. Praktykujący uzdrawianie przez modlitwę i nakładanie rąk wyobrażają sobie, że zostali obdarowani cudowną mocą, która mogą swobodnie zarządzać. Figa z makiem z pasternakiem! Człowiek Boży, obojętnie czy powołany do prorokowania, nauczania czy uzdrawiania, nie posiada żadnej nadmocy, którą mógłby dowolnie dysponować. Jest po prostu kanałem, medium, narzędziem, epifanią Bożej mocy. Ulubiony przeze mnie obraz to pęd, który jedynie pod tym warunkiem, że jest idealnie pusty, może stać się instrumentem dla cudownych dźwięków, uzdrawiającej  muzyki  Boga. Pustka oznacza pozbycie się EGO i całkowite oddanie się Bogu. Im mniej pychy, tym skuteczniejszy mówca, nauczyciel, czy uzdrowiciel. Pycha tłumaczy też nieudolność i niewydolność współczesnego systemu oświaty i służby zdrowia. Nauczyciele i medycy zapominają, że służą Życiu i Miłości, więc pychą wiedzy oraz mocy swoich wyimaginowanych autorytetów skutecznie uniemożliwiają Bogu działanie.

Trzecim błędem jest brak cierpliwości. Bywa, że Bóg uzdrawia w mgnieniu oka, innym razem proces trwa dłużej. Doświadczał tego nawet Mistrz z Galilei! Proszę uważnie przeczytać opowiadanie  o uzdrowieniu ślepego w Betsaidzie (Mk 8,22-26). Prawdziwe uzdrowienie zawsze następuje od wewnątrz na zewnątrz, od przyczyny, którą jest duchowy problem, do cielesnej manifestacji. Dzieje się coś w ukryciu, więc na początku najczęściej niczego nie da się zauważyć. Poza tym cierpliwość uczy współodczuwania i przyjmowania cierpiącego człowieka takim, jakim jest. Uzdrawiać można jedynie z poziomu serca, czyli z energetycznego pola miłości. Nakładający dłonie nie może budować relacji z cierpiącym, mając poczucie wyższości i litości.

Czwarty błąd to oczywisty brak wiedzy o człowieku, począwszy od przyjętych przez ogół naukowców wyników badań i aktualnych hipotez współczesnej biologii i fizyki, a skończywszy na starożytnej mądrości, zwłaszcza chińskiej i hinduskiej. Na Polinezji i wśród plemion dalekiej Syberii także można znaleźć wiele ziaren mądrości, która rozjaśnia ewangeliczne świadectwa o duchowej praktyce Mistrza z Galilei. Jeśli zaś idzie o modną obecnie tradycję Indian, propagowaną zwłaszcza w Internecie, jestem dalece ostrożny, ponieważ świadectwa o niej noszą ślady popkulturowej miazgi i można w nich odnaleźć wyraźne przeszczepy ze Wschodu. Praktykując uzdrawianie przede wszystkim trzeba uczyć się tego, w jaki sposób i dlaczego ciało w taki a nie inny sposób uzewnętrznia duchowe przyczyny. Uzdrawianie dosięga wewnętrznego problemu, ponieważ dopiero wówczas możliwe jest trwałe usunięcie cielesnych skutków, które mylnie są utożsamiane z chorobą.

Piąty błąd to brak zaufania, że uzdrawiający Bóg może skutecznie wykorzystywać wierzących i lęk przed kompromitacją albo nieudanymi próbami. „… Bo zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie” (Mt 17,20).

Szósty błąd to brak wdzięczności za wszystkie, nawet najmniejsze dary życia. Praktykowanie wdzięczności oczyszcza serce i wzmacnia duchową energię. Wdzięczność za wszystko uruchamia szeroki strumień darów, za które będą wdzięczni także uzdrowieni. Pamiętajmy, że obdarowywać możemy jedynie tym, w czym sami uczestniczymy! Człowiek niezadowolony, wieczny malkontent, widzący więcej ciemnych stron życia aniżeli darów Światła i Miłości, nie ma w sobie duchowej lekkości, którą wykorzystuje Bóg. Zwłaszcza nakładając dłonie trzeba być świadomym własnego ciała, aby wyczuwać ich najmniejsze drgnienia, ponieważ w ten sposób pokazują, w którą stronę chcą się przesuwać albo na dłużej pozostać w jednym miejscu.

Siódmy błąd to brak miłości, ale naprawdę tej fundamentalnej. Energią, znaną jako kwarki i fotony, która stworzyła świat, jest Miłość. Miłością też uzdrawiamy. W największym uproszczeniu choroby są skutkiem braku Miłości w człowieku. Wielkich i małych dziur po Miłości nie zalepimy chemicznymi substancjami ani nie naprawimy zręcznym skalpelem. Duchową tkankę człowieka może odbudować jedynie Miłość.  

Na koniec wspomnę o roli modlitwy, która niczym klamra wszystko łączy i spaja, w tym również uzdrawianego i uzdrawiającego z jedynym źródłem uzdrowienia, którym jest Bóg. Nie chodzi tylko o modlitwę przed i w trakcie nakładania rąk. Co prawda jest wisienką, bez której nie byłoby zwieńczenia pysznego tortu, jednak szczerze mówiąc, bez niej tort niewiele traci na wartości. Bez codziennej modlitwy, praktykowanej jako modlitwa słów i modlitwa ciszy, którą zwiemy też medytacją, na niewiele przydają się szczere chęci oraz dobra intencja. Modlitwa szlifuje duchowość. Uwrażliwia na tajemnicę, której podczas uzdrawiania trzeba się bezwzględnie oddać. Nakładający dłonie widzi i rozumie jedynie wystający ponad wodę wierzchołek góry. Prawdziwy lód, czyli wewnętrzna, duchowa przyczyna choroby, pozostaje ukryta i należy wobec niej zachowywać wieki respekt, aby nie zranić przecież już cierpiącego człowieka. Modlitwą otwieramy się na działanie Ducha i jeśli Najwyższy zechce nam odsłonić coś zza zasłoniętej tajemnicy, otrzymamy ów dar. Jeśli jednak dla jakiejś przyczyny nie powinniśmy tego poznać, uzdrowienie nastąpi w sposób odpowiedni dla chorego, a nie ze względu na pyszne oczekiwania uzdrawiającego, który życzyłby sobie mieć poczucie pełnej kontroli i władzy.

Muszę kończyć, bo wpis robi się długi, jednak do tematu będę wracał chociażby z powodu zalecenia, aby unikać dotyku, powtarzanego przez Kościoły bez głębszej refleksji.

W Jezusie przekroczyć Jordan – rozmyślanie na 11 października

To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. Nie jest ono na niebie, aby trzeba było mówić: Któż nam wstąpi do nieba i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Nie jest też ono za morzem, aby trzeba było mówić: Któż nam się przeprawi za morze i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i dobro oraz śmierć i zło! Gdyż ja nakazuję ci dzisiaj, abyś miłował Pana, Boga twego, chodził jego drogami i przestrzegał jego przykazań, ustaw i praw, abyś żył i rozmnażał się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść. Jeżeli zaś odwróci się twoje serce i nie będziesz słuchał, jeżeli dasz się odwieść i będziesz oddawał pokłon innym bogom oraz im służył, to oznajmiam wam dzisiaj, że zginiecie i niedługie będą wasze dni na ziemi, do której przeprawiasz się przez Jordan, aby dojść do niej i objąć ją w posiadanie. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię. Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo, miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, która Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.                                                                                5 Mż 30,11-20

Izrael stoi nad Jordanem u wrót ziemi, którą JESTEM przeznaczył na mieszkanie dla ludu bez ziemi. Jakże blisko i daleko jednocześnie. Za Izraelem 40 lat na pustyni, przed nim ostatni akt przekroczenia wody. No i jeszcze jedno. Do brzegu doszedł, prowadzony przez Mojżesza, który zostanie po pustynnej stronie wody. Izrael przekroczy Jordan z Jozue, czyli Jezusem (mię Jozue jest zhellenizowaną formą imienia Jezus). 

1. Wybór SŁOWA

Po doświadczeniu pustyni, oczyszczeniu ogniem, Lud przygotowany do zasiedlenia krainy mleka i miodu musi przyjąć słowo: „Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił”, które przeprowadzi go przez wodę. Dlatego Mojżesz, prawodawca, pozostanie po tej stronie rzeki, po której nauczycielem było prawo i kult. Pod przewodnictwem Mojżesza Lud przeszedł przez wielką wodę i został oczyszczony w ogniu pustyni. Przejście przez małą wodę i wejście do Kanaanu, do ziemi obiecanej, czyli odpocznienia, będzie możliwe z tym, który wypowiada słowo, z Jezusem. Proszę to zapamiętać, ponieważ wrócę do tego obrazu na zakończenie.

Uważny Czytelnik Starego Testamentu dostrzeże, że ta historia jest kalką opowiadania o Noe, który musi zapanować nad żywiołem wody, jeśli wraz z rodziną chce przeżyć. Jesteśmy przyzwyczajeni do wyobrażania sobie sprawiedliwego Noego, jako budowniczego arki, statku, aby nie utonąć. To jednak jest tylko obraz, figura, ułatwiająca zapamiętanie oraz interpretację. Dziś Młodzi powiedzieliby interfejs. W rzeczywistości Noe musi sobie stworzyć SŁOWO, którym przepłynie wielką wodę i znajdzie suchy ląd. Z topieli, czyli z przeszłości, z przywiązania do tego, co było i co samemu można osiągnąć i do czego lgnie ludzkie serce, można przejść ku błogosławionej przyszłości, pełnej życia, jedynie dzięki SŁOWU.

W głębinach wodnych, w przerażającej otchłani nieświadomości znajduje się szeol, kraina śmierci. Żeby przepłynąć albo przejść na drugi brzeg potrzebne jest SŁOWO, które nie jest daleko, bo w sercu i ustach. O skutkach odrzucenia tego SŁOWA boleśnie przekonał się Jonasz, który o dziwo (czy naprawdę tylko przez przypadek?) został wyrzucony ze statku.

Noe przyjął SŁOWO, które go uratowało. Jonasz chciał przed nim uciec, więc zginął w morskiej otchłani i wszedł do krainy śmierci.

Żeby nie zginąć trzeba przyjąć SŁOWO, w którym przepłynie się przez wodę na drugi brzeg. Potrzebne jest SŁOWO, które staje się korabem. Potrzebne jest słowo życia i błogosławieństwa, które Bóg ofiarowuje człowiekowi: „Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo”.

Po Mojżeszu potrzebny jest Jezus!

Kto nie wsiada do arki, tonie.

Do Jezusa przychodzi ktoś, kto nie chce wpaść do wody i utonąć w przeszłości. Pragnie wejść do Kanaanu: „Co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny?” (Mk 10,17). Od młodości żyłem według Dekalogu – dodaje. W odpowiedzi słyszy: „Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie” (Mk 10,21). Nie o majątek sam w sobie rozchodzi się Nauczycielowi z Galilei, ale o przywiązanie do bogactwa, czyli o nadzieję na przyszłość, pokładaną z tym, co mamy z przeszłości.  

Z tym, co próbujemy ze sobą zabrać z przeszłości ku przyszłości, nie przejdziemy przez ucho igielne, którym jest nasze TERAZ: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Mk 10,25). To najczęściej oczywiście jest bogactwo materialne, ale może być cokolwiek, bez czego nie wyobrażamy sobie wejścia do Ziemi Obiecanej. 

Tymczasem wystarczy jedno SŁOWO, które ma wartość życia wiecznego. Cokolwiek uznajemy za nasze bogactwo i tak nie może równać się z jego wartością. Tym SŁOWEM jest imię następcy Mojżesza: JEZUS.

Co wybierasz: życie czy śmierć, błogosławieństw czy przekleństwo?

2. JESTEM jest zbawieniem

SŁOWO, będące arką, w której przepływamy przez wielką wodę nieświadomości, czyli z wiarą chodzimy po powierzchni wody, jest wyznanie: JESTEM jest zbawieniem.

SŁOWEM, prowadzącym nas przez wody Jordanu do Ziemi Obiecanej, jest zatem świadomość, że poza związaniem się z Bogiem, który jest Życiem, nie ma dla nas ratunku: „To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. (….) Miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, która Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi”.

Żeby po przekroczeniu Wielkiej Wody przeżyć doświadczenie pustyni, czyli uwolnienia od egipskiego dobrobytu i poczucia bezpieczeństwa, potrzebny był Mojżesz, a więc prawo i kult, zobowiązanie i dyscyplina. Jednak kolejny etap, którym jest przejście przez Małą Wodę, zawdzięczamy Jezusowi, czyli słowu JESTEM jest zbawieniem.

JEZUS jest SŁOWEM (arką), w którym z pustynnego brzegu można przejść na drugą stronę Jordanu, do krainy mleka i miodu, krainy wiecznego życia, krainy odpocznienia i zbawienia. Jednak po stronie pustyni trzeba zostawić wszystko, bo zabrać można tylko siebie. Trzeba zostawić prawo, czyli dyscyplinę. Ona jest potrzebna w oczyszczeniu się z pożądliwości i na nic nie przydaje się w krainie zbawienia, gdzie miejsce dyscypliny zajmuje odpoczniecie. Pierwsze jest działaniem Mojżesza, drugie darem w Jezusie: „Prawo bowiem zostało nadane przez Mojżesza, łaska zaś i prawda, stała się przez Jezusa Chrystusa” (J 1,17). Pierwsze jest pracą człowieka, drugie darem Najwyższego JESTEM.

Czy pojmujecie, zwłaszcza wszyscy, którym wydaje się, że pokonywanie dwóch tam, czyli dwóch działów wodnych, czyli Wielkiej Wody i Małej Wody, o którym niestrudzenie piszę i nauczam, nie jest żadną czczą filozofią, którą zwodzę niewinnych? Nie jest też propagowaniem i promowaniem innych duchowych Mistrzów, w miejsce Jezusa! To jedynie i aż przełożenie wielowiekowej, biblijnej tradycji, wyrażonej symbolicznie, na współczesny język, aby uprzystępnić zrozumienie biblijnych tekstów, których duchowe  znaczenie przez wieki było zakrywane.

Moim jedynym pragnieniem jest uświadomienie w możliwie najprostszy sposób, z użyciem przekonujących obrazów, znaczenia duchowej pracy, którą musi wykonać każdy człowiek, obdarowany Bożym zbawieniem.  

Wszak decyzję każdy musi podjąć sam: Wybieram życie i dobro czy śmierć i zło? Wybieram błogosławieństwo czy przekleństwo? „Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Decyzję podejmuję ustami, na podstawie skarbu, który mam w sercu: „Albowiem sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje ku zbawieniu ” (Rz 10,10). Wyznawanie ustami, że Jezus jest SŁOWEM, które wprowadza do odpocznienia, jest duchowym odpowiednikiem przejścia przez Jordan pod wodzą Jezusa, następcy Mojżesza.

Wielką Wodą jest przepona. Po wyjściu z wody stajemy się wolni, aby w pustynnym doświadczeniu ognia, czyli w przestrzeni serca, pozbyć się EGO i dojść do Małej Wody, którą jest gardło. Przejście przez nią to manifestacja zbawiającej mocy JESTEM, dzięki któremu wchodzimy do odpocznienia.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. Amen.

Wiara albo władza

We wcześniejszym wpisie, zatytułowanym Odpoczniecie czyli wejście do Królestwa Niebios, użyłem figury, która powtarzalną naocznością miała dać do myślenia, a może pozostać w pamięci Czytelników. Chodzi mianowicie o równanie wiedza = władza. Dziś chcę do niego powrócić, żeby przyjrzeć się władzy samej w sobie oraz pokazać przynajmniej niektóre negatywne skutki ulegania potrzebie władzy.

We wspomnianym wyżej tekście starałem się przekonać, że istnieje także pozytywny rodzaj władzy, którym jest wiedza. Jednak to nie jest wiedza książkowa, oparta na argumentach z przeszłości, której oddajemy władzę nad życiem, utożsamiając się np. z dowodami naukowymi, których sami nie potrafimy zweryfikować. Wówczas bowiem wiedza innych ludzi zawłaszcza nas i czyni z nas niewolników potrzeby władzy. Ulegają jej najczęściej nauczyciele i księża, zmuszając dzieci i młodzież do przyswajania wiedzy, która nie jest ich życiową mądrością. Sami poddali się władzy cudzej wiedzy nad sobą i zmuszają następnych do podobnego aktu poddaństwa, czerpiąc satysfakcję z władzy nad innymi. Proszę się nie nadto nie oburzać, ponieważ najczęściej są to procesy i zachowania nieuświadomione.

Jednak wiedza serca, czyli mądrość utkana z życiowych doświadczeń codzienności, gdy z największą uważnością i czułością nasłuchujemy Ducha i wyglądamy Bożych znaków, aby w naszej woli wypełniała się Boża wola, staje się duchową władzą nad życiem, którą po prostu nazywamy wiarą.

Wiara nie jest infantylną emocją, chociaż też jest emocją.

Wiara nie jest ślepym naśladowaniem, chociaż szuka natchnienia w przykładach życia innych ludzi.

Wiara nie jest racjonalnym rozstrzygnięciem, chociaż bez udziału rozumu stacza się w pragnienie, które nigdy nie zostaje zrealizowane.

Wiara nie jest wewnętrznym odczuciem, chociaż gdyby nie miała związku z odczuciem pokoju i szczęścia nie spełniałaby zbawiającej roli.

Wiara nie jest przyjęciem hipotezy Boga w poczuciu bezsilności i braku sprawczości we własnym życiu, chociaż bez mocnego związania się w godzinie ciemności z tym, co niej jest zmysłowe i materialne, nie byłaby sobą.

Mógłbym napisać jeszcze kilka tego rodzaju (apofatycznych = negatywnych) albo lepiej rzecz nazywając binarnych definicji wiary, tylko że nie miałoby to sensu. Chciałem jedynie unaocznić najważniejszą cechę wiary, z której zdecydowana większość nas, mających się za wierzących, nie zdaje sobie sprawy. Otóż z mojego doświadczenia wiary wynika, że tylko jedną rzecz mogę o niej powiedzieć i napisać bez cienia wątpliwości.

To mianowicie, że wiara nie jest władzą.

Jeśli cokolwiek zaczyna nosić cechy władzy albo jest potrzebne do sprawowania władzy (w pewnych sytuacjach jest nią po prostu kontrola) na pewno nie jest wiarą. Co prawda wiara i władza spełniają podobną rolę, ponieważ  każdy człowiek chce się czuć bezpiecznie i mieć poczucie kontroli oraz sprawczości. Jednak wiara zapewnia zupełnie inny rodzaj bezpieczeństwa i sprawczości, aniżeli władza. Jeśli zatem świadomie dostrzegam, że cokolwiek zaczyna w moim życiu spełniać rolę władzy, chociażby przynależało też do sfery wiary, muszę z tego zrezygnować i wyrzec się tego.

Władza zapewnia bezpieczeństwo i sprawczość przez siłę, która zdobywa i kontroluje, wiara tymczasem przez moc miłosnego przyciągania.

Władza jest ruchem na zewnętrz, wiara zawsze do wewnątrz.

Władza jest życiem według ciała, wiara jest życiem według ducha.

Władza jest pilnowaniem tego, co jest dostępne zmysłom i rozumowi, zaś wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, chociaż zmysłowo tego nie poznajemy, ponieważ jest w polu energii serca (Hbr 11,1).

Władza wreszcie czyni człowieka ociężałym, wystraszonym, chorym, zaś wiara przeciwnie, czyni go lekkim, miłującym, zdrowym. 

Ludzie wiary wyróżniają się łatwą do zauważenia cechą. Jest nią gracja. Człowiek wiary porusza się z gracją, ponieważ jego życiowe siły łatwo i swobodnie płyną przez całe ciało. Jego sposób bycia jest pełen wdzięku, ponieważ nie jest przywiązany do EGO, które wyspecjalizowało się w używaniu władzy. Nie jest więc przywiązany do nikogo i  niczego, również do samego siebie i do tego, co osiągnął. Ponieważ niczego nie trzyma się kurczowo, więc wszystko swobodnie przepływa przez jego życie, co najlepiej pokazuje ciało. Jeśli bowiem powstają energetyczne blokady, natychmiast uwidaczniają się w napięciu mięśni i usztywnieniu kośćca.

Człowiek wiary napełniony jest boskością, zatem stanowi jedność z własnym ciałem, a przez ciało z wszystkim, co jest żywe, ostatecznie z całym stworzeniem. Jego duch płonie jasnym płomieniem wewnętrznego światła, co szczegółowiej opisałem w tekście o konfirmacji. Człowiek prawdziwej wiary pozbył się potrzeby sprawowania kontroli, która zawsze jest hierarchiczna. Zaczynamy od kontrolowania siebie, aby móc kontrolować drugiego człowieka. Potem nieszczęście władzy rozlewa się już po całym świecie.

Czy domyślacie się, moi Przyjaciele, dlaczego umieściłem ten tekst na blogu?  Żeby podzielić się własnym doświadczeniem i przestrzec przez niebezpieczeństwami, czyhającymi na każdego, gdy wiarę pomyli z władzą.

Jeśli wydaje się Wam, że skoro dziś jesteście lekko niesieni na skrzydłach wiary, to możecie mieć pewność jutra, już straciliście czujność i lecicie w przepaść, ponieważ sądzicie, że ów stan będzie trwał wiecznie. Tymczasem wiara jest czujną reakcją na każdy bodziec (każdorazowo inny), przychodzący ze środowiska, w którym żyjemy, a nie pewnością kontynuacji. Tym zajmuje się kontrolująca wszystko władza.

Jeśli wydaje się Wam, że dzięki naśladowaniu np. Jezusa będziecie wieść udane i zbawione życie, już straciliście czujność i lecicie w przepaść, ponieważ każdy z nas jest inny. Nie chodzi o to, żeby być kopią Jezusa, ale żeby w Duchu Jezusa jak On być Dzieckiem Bożym. Wiara jest czułym odkrywaniem siebie w Duchu Jezusa. Wtedy Bóg objawia swoją chwałę w naszej prawdziwości i autentyczności. Wiara jest więc specjalistką od TERAZ. Kopiowaniem  zajmuje się władza, specjalistka od WCZORAJ.

Jeśli wydaje się Wam, że skoro podejmujecie racjonalne decyzje, oparte na obiektywnym Słowie Bożym, to żyjecie według Bożej woli, już straciliście czujność i lecicie w przepaść. Sądzicie, że podporządkowanie się autorytetowi litery jest trwaniem przy źródle życia. Tymczasem wiara jest miłosnym zespoleniem z Duchem. To akt oddania, napełniający serce darami miłości. Władza jest specjalistką od decydowania o znaczeniu słów i zdań, dlatego jej rozstrzygnięcia tworzą więzienia i traumy. Wiara jest kluczem, otwierającym każde drzwi, i mieczem, przecinającym każdy węzeł. Współczesna teologia oddała się w służbę władzy i dlatego bardzo rzadko służy wierze.

Wydaje się, że władza służy życiu. Niestety to jest pozorne, ponieważ władza, która nie jest wiedzą, podszyta jest strachem (tylko wiedza = władza jest wolna od strachu), a co jest podszyte strachem służy śmierci. Władza nie byłaby nikomu potrzebna, gdyby nie ów strach. Z lęku przed utratą życia, próbujemy je kontrolować i dokładnie w tym samym momencie wbijamy nóż we własne życie.

Życiu może służyć i pięknie je rozwijać tylko wiara, która jest zgodą, decyzją, zdolnością, stylem postępowania, rodzajem myślenia, zaufaniem, akceptacją i radosnym, lekkim uczestniczeniem w dzianinie, którą tka Najwyższy. Dlatego wyrażamy ją słowami: „Niech się dzieje wola Twoja”. Dziać się powinna dzianina życia, tkana Miłością i Światłością.

Wiara służy życiu i jest energią miłości. 

Władza służy śmierci i jest energią strachu.

Pomiędzy tymi biegunami Bóg codziennie pyta nas, co wybieramy?

Wiarą, która jest wypuszczeniem wrzeciona z rąk, wybieramy życie, tkane przez Boga.

Władzą, która jest kurczowym trzymaniem wrzeciona, wybieramy śmierć, ponieważ nikt z nas nie potrafi tkać dzianiny życia.

Serwisowanie duszy i duchowe zarządzanie życiem naprawdę nie jest heroiczną zdolnością, ani tym bardziej wyszukaną filozofią.

Rano, otworzywszy oczy, nabierając wdechem powietrze wystarczy świadomie wchłonąć w siebie dar życia, a potem, bez lęku, wydechem oddać to, co się otrzymało.

Co zatem wystarczy?

Z wdzięcznością przyjąć życie, a potem je wypuścić i przestać kontrolować. Wtedy ono stale przez nas płynie, porywa ze sobą, zachwyca i obdarowuje dobrami, których oko nie widziało i ucho nie słyszało.

Wystarczy wiara. Władzą sami się krzywdzimy.

Odpocznienie czyli wejście do Królestwa Niebios

Serce jest paleniskiem Boga. Gdy Bóg sam ogniem jest, me serce paleniskiem, na którym spala On próżności drzewo wszystkie.                          Anioł Ślązak

Słowami Anioła Ślązaka przechodzę do refleksji, poświęconej ostatniemu etapowi duchowego rozwoju człowieka, ponieważ świetnie rekapitulują wcześniejsze rozważania nad znaczeniem doświadczenia ognia. Ogień transformuje nas z istot egoistycznych w prawdziwe, nie potrafiących kochać w miłujące, nieświadomych w świadome. Symbolicznym narządem tej transformacji jest serce, podobnie jak symbolicznym narządem potrzeby posiadania terytorium, przynależności rodowej, zaspokajania potrzeb pokarmowych i seksualnych, realizowanych na poziomie cielesnym, są nerki.

Żałuję, że moi teologiczni adwersarze nie zauważają, iż swoją argumentację wywodzę z obrazowości nowotestamentowej. Życie według ciała jest bowiem uleganiem materialnym potrzebom życia i przeżycia, czyli pokarmu i seksu, zaś życie według ducha jest skutkiem transformacji cielesnego w duchowe dzięki przejściu w sferę serca, a więc ognia.

W świątyni Miłości, którą jest serce, zaczynamy działać z poziomu duchowego. O ile splotowi słonecznemu, poniżej serca, przyporządkowana jest wola działania, o tyle dominującym tematem centrum szyi, powyżej serca, jest słowo: „Niech się stanie wola Twoja”. Dzięki alchemii życia w laboratorium Miłości zaczynia nas i odmienia energia wiary, niczym drożdże zamieniają mąkę w ciasto na chleb. Z wszystkiego się cieszymy, za wszystko dziękujemy, wybaczamy i akceptujemy wszystko, co nas spotyka w postaci doświadczeń. Pozwalamy naszej woli wejść w harmonię z tym, co jest nam darowane. Przestajemy walczyć, upierać się, zmuszać do działania, a więc pożądać i cierpieć. Pojawia się odpoczywanie, beztroska, otrzymywanie bez stawiania żądań, odnajdywanie bez szukania, doświadczanie obecności JESTEM bez wielu słów. Pojawia się cisza upragniona, a ponieważ większość z nas kompletnie nie pojmuje i nie praktykuje duchowego procesu wzrastania i podnoszenia energii, więc ciszę upragnioną łączą z śmiercią. Tymczasem Jezus nie mówi: „Błogosławieni umarli, albowiem oni doświadczą ciszy”, ale: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt 5,5). 

Odpoczniecie jest poziomem duchowego doświadczenia po wyjściu z wody i przejściu przez ogień pustyni. Jakub, Mojżesz, Izrael, Jezus z Galilei to historie, których nie sposób nie potraktować jako biblijnych archetypów duchowej drogi człowieka.

Przejście do ciszy jest uwarunkowane pokonaniem drugiej tamy, czyli gardła. Powyżej niej, w głowie znajduje się symboliczny nous (słowo greckie), czyli umysł, którego nie należy utożsamiać z rozumem. Z tego, co potrafimy nazwać ludzkimi słowami, nous bardziej jest ludzkim potencjałem osiągnięcia pełni świadomości, aniżeli zdolnością racjonalnego myślenia.

Gdy życiowa energia spokojnie płynie przez gardło, potrafimy pewnie i z godnością wyrażać samych siebie oraz kreatywnie oddawać siebie w służbę życia i miłości, czyli Boga.

Zanim opiszę skutki i znaczenie przejścia przez „wąskie gardło”, czyli ewangeliczną „wąską ścieżkę”, którą w ziemskim życiu tylko niewielu powraca do Ogrodu Życia, zadam kilka pytań, aby mieć argument dla dalszej refleksji.

Dlaczego do myślenia nie daje nam zmyślna strategia Mistrza z Galilei, który dla każdego miał dobrą wiadomość o zbawieniu, ale już nie wszystkich uczynił swoimi uczniami?

Dlaczego nie wszystkim, a jedynie uczniom przekazał wiedzę na temat uzdrawiania i zlecił im tę służbę w świecie?

Dlaczego uczniowie nie mieli władzy nad demonami i dopiero apostołom, powołanym z ich grona, Jezus powierzył to zadanie?

Proszę bardzo. Widać, jak na dłoni, że dopiero tym, którzy przez dłuższy czas dniem i nocą mogli słuchać i obserwować Mistrza, dane było posiąść wiedzę = władzę nad demonami. To ludzie, którzy zwycięsko przeszli doświadczenie ognia i po pokonaniu energetycznego „wąskiego gardła” oczyścili oko, które jest źródłem wewnętrznej światłości: „Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest czyste, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśliby oko twoje było mętne, całe ciało twoje będzie ciemne” (Mt 6,22n)

Jaki ma to związek z demonami? Wydaje się, że dość oczywisty. Demon nie jest złym duchem, jak popularnie, aczkolwiek błędnie go nazywamy. Demon jest duchem zła! Jest odwróconym porządkiem świata i życia. Jest podzieleniem jedności i przyczyną dwoistości, źródłem oddzielenia człowieka od Boga i materialnego od duchowego. Jest odwróconą myślą i zanikiem zdolności widzenia, więc wprowadza w sferę, której służy, czyli w ciemność. A skoro, zdaniem Mistrza, ślepy ślepego nie może prowadzić, ponieważ obaj wpadną do dołu (Mt 15,14), więc już wiadomo, dlaczego jedynie ludzie z czystym, duchowym okiem, widzący wszystko w światłości Ducha, a nie w ciemności materii, mogą zobaczyć demona, poznać jego imię i rozkazać mu opuścić nieszczęśliwego człowieka albo zajmowaną przestrzeń. 

Jest w ewangelii wg Mateusza tekst, który wydaje się zagadkowy. Chodzi mianowicie o opowiadanie, w którym uczniowie pytają Jezusa, dlaczego nie poradzili sobie z demonem epileptyka. Poirytowany Mistrz wyjaśnia wówczas: „Ten rodzaj nie wychodzi inaczej, jak tylko przez post i modlitwę” (Mt 17,14-21).

No i wszystko wiadomo! Post i modlitwa są niezbędne, żeby być odpowiednio przygotowanym do konfrontacji z ciemnością. Służą oczyszczeniu oka światłości. Dopiero widzący w światłości Ducha, może zdobyć wiedzę = władzę o człowieku i źródle jego życiowego nieszczęścia. Post i modlitwa są czynnościami duchowymi, oczyszczającymi ciało, dzięki którym z poziomu życia według ciała wznosimy się do poziomu życia według ducha i otrzymujemy dar widzenia prawdy w światłości, której źródłem jest Bóg.

Nie wszyscy pokonujemy pożądanie i zwycięsko przechodzimy przez ogień, więc sami cierpimy, a pozostając ślepcami nie mamy dość wiedzy = władzy nad demonami. Nie wszyscy jesteśmy gotowi do wykonywania tej duchowej pracy, więc mądry Jezus wiedział, że jedynie wyselekcjonowana grupa, której poświęci dużo uwagi i miłości, będzie zdolna  do przyjęcia daru wypędzania demonów i przekazania go kolejnemu pokoleniu.

Wielu egzorcystów to szaleni showmeni, pyszni jak apostołowie, opisani we wspomnianym wyżej wydarzeniu. Ich arogancja bierze się z ignorancji. Myślą, że mocą swojego autorytetu mogą rozkazywać demonom, a one będą im posłuszne. Nawet przywoływanie imienia Chrystusa często nie wystarcza, ponieważ sami są duchami zła. Pogrążeni w cierpieniu pożądliwości, aby dysponować mocą, są bezsilni, bo pozostają ślepi. Jak uczniowie Jezusa zapominają, że nie dysponują własną mocą, ale muszą oddać się Bogu, aby Jego moc działała przez nich! Gdy człowiek dba o swój duchowy rozwój, oczyszczając się przez post i modlitwę, wznosi swoją energię do poziomu widzenia w prawdzie. Wtedy Ten, który jest Światłością, posyła światłość, którą rozprasza demoniczne ciemności życia. 

Tylko widzenie duchowym okiem równa się władzy! Proszę zapamiętać to równanie i próbować równać do tego poziomu duchowego życia. Każda inna władza jest przemocą i źródłem ziemskich ciemności.

Post i modlitwa otwierają wewnętrzny narząd zmysłu, który znajduje się pomiędzy oczami fizycznymi. W języku duchowości to jest trzecie oko, któremu fizycznie w środku mózgu odpowiada szyszynka, gruczoł bardzo wrażliwy na światło. Szyszynka odpowiada za nasze wizje, sny oraz cykl snu i czuwania. Organ był nazywany siedzibą duszy na długo zanim współczesna nauka odkryła jego znaczenie i pełnione funkcje. U niektórych istot niższych oraz embrionów szyszynka faktycznie stanowi trzecie oko.

Minęły trzy miliardy lat od pojawienia się na ziemi pierwszej formy życia do ewolucyjnego utworzenia oczu, które mogły widzieć. To całkiem spory czas, spędzony przez żywe organizmy w ciemności, zanim nareszcie zapalono światło. Kiedy zwierzęta zaczęły widzieć, nabyły też zdolności poruszania się w kierunku pokarmu i odsuwania od niebezpieczeństwa.

Teraz być może znajdujemy się w podobnym punkcie ewolucyjnym, co dawniejsze gatunki. Właśnie osiągnęliśmy stadium, w którym mamy wystarczająco dużo wiedzy o świecie, aby mieć wgląd w przyszłość. Dotarliśmy też do punktu, w którym całe masy ludzi uczą się zwiększania świadomości, modlitwy ciszy, rozwijania intuicji, itp. Dzięki temu jesteśmy coraz bardziej świadomi wizji przyszłości oraz tego, jak możemy rozkwitać. W sensie cywilizacyjnym to przecież wciąż ten sam projekt, co w personalnym, a mianowicie wydostawanie się spod władzy księcia ciemności i uczestniczenie w światłości.

Czyżbyśmy jako chrześcijanie mieli w nim nie uczestniczyć? Dlaczego dla ratowania słupków kościelnych statystyk nie uczymy ludzi wychodzenia z wody i przechodzenia przez ogień, aby mogli otrzymywać dar jasnego widzenia w ciemnościach? Czy naprawdę ciężko zauważyć, że podobnie jak ludyczny i świecki Wernyhora, również ap. Paweł choć tylko na trzy dni, ale jednak stracił zdolność widzenia oczami zewnętrznymi, aby trzecim okiem zobaczyć prawdę? To się zdarzyło, gdy został oślepiony światłością z wysokości.

Ponieważ trzecie oko jest związane z jasnym postrzeganiem prawdy, negatywem jest iluzja. Gdy człowiek zamyka się w jakiejś iluzji, ona zaciemnia mu pole widzenia i zaburza jasność. Zaczyna wtedy doświadczać chorób, które mają związek ze świadomością. Ich duchowe przyczyny tkwią w nous, czyli w umyśle. To może być migrena, bezsenność, udar, problem z pamięcią, stwardnienie rozsiane, ale też Alzheimer i Parkinson, a nawet syndrom Aspergera. 

W większości, jako duchowni i katecheci, w nosie mamy, czym odżywiają się dzieci i młodzież, czy potrafią praktykować modlitwę ciszy, o seksie mówimy im w taki sposób, jakby mieli pracować w „tej” branży, ale każemy im wkuwać definicje bez znaczenia i sensu dla ich życia, uczymy historii, które nie mają żadnego związku z ich duchowością i ćwiczymy w tzw. karności. A gdy mają problemy psychiczne wysyłamy do specjalistów od coraz to nowszych jednostek chorobowych. Zgroza, a to tylko życiowe skutki prowadzenia ślepych przez ślepych. Brakuje nam widzących, cichych, spokojnych, ludzi odpocznienia, pokazujących innym, zwłaszcza młodym, w jaki sposób osiągać ten sam stan ducha.

Odpowiednia dieta, takie praktyki duchowe, jak modlitwa, ale też higiena pracy, fizycznego ruchu, snu, czy oddychania, są nieodzowne w docieraniu do granic naszych duchowych możliwości, aby móc spotkać się z najwyższą i jedyną Świadomością, którą nazywamy Bogiem. Gdy energia spokojnie przez nas płynie i dociera do tej granicy ziemskiej świadomości, którą jest trzecie oko, wówczas harmonijnie łączą się w nas trzy sfery, a mianowicie podświadomość, świadomość i nadświadomość, które inaczej można nazwać instynktem, intelektem oraz intuicją. W tradycyjnym języku religijnym życie według ciała staje się życiem według ducha, aby doświadczyć zesłania Ducha, który całkowicie zmienia oprogramowanie rozumu, to jest ofiarowuje nam nowy nous, metanous, w którym nie ma już śmierci, ani łez, ani cierpienia.

To więc mówię i świadczę w Panu, abyście dłużej nie postępowali jak postępują poganie w swoim pustym umyśle, mający zaćmione myśli, dalecy od Bożego życia z powodu nieświadomości, która jest w nich z powodu skamieniałego serca, którzy stawszy się nieczułymi, samych siebie rozpasali, aby w zachłanności móc się zanieczyszczać. Wy jednak tak nie nauczyliście się Chrystusa. Jeśli oczywiście go usłyszeliście i w nim pozwoliliście nauczyć się takiej prawdy, jaka jest w Jezusie, aby zdjąć z siebie starego człowieka, powracającego do dawnych zachowań, niszczącego siebie zwodniczymi pożądaniami, aby dawać się odnawiać duchowi waszego umysłu i ubrać się w nowego człowieka, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy” (Ef 4,17-24).

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, co Duch ma do powiedzenia. Nic dodać, nic ująć, więc gdzie jest współczesny Kościół ze swoją duchowością? Zabierzmy się wspólnie do tworzenia duchowego programu życia, jakiego nauczyliśmy się od Chrystusa, jeśli oczywiście chcemy żyć w tej samej prawdzie, w której żył Jezus z Galilei.

Na koniec dodaję, że ten wpis, wraz z tekstami o konfirmacji i chrzcie to tryptyk, odpowiadający trzem poziomom duchowego życia. W tekście o chrześcijańskiej inicjacji z lutego 2019 r. i w tryptyku przestawiam moją interpretację duchowego życia Jezusa, według której tworzę szkołę duchowości, jednak w najbliższej przyszłości przystąpię wspólnie z chętnymi do bardziej systematycznego działania.

Dla kogo jestem bliźnim? – rozmyślanie na 6 września

A oto pewien uczony w zakonie wystąpił i wystawiając go na próbę, rzekł: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? On zaś rzekł do niego: Co napisano w zakonie? Jak czytasz? A ten, odpowiadając, rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego. Rzekł mu więc: Dobrze odpowiedziałeś, czyń to, a będziesz żył. On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest bliźnim moim? A Jezus, nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan i zobaczywszy go, przeszedł mimo. Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo. Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim. A na­zajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, ja w drodze powrotnej oddam ci. Który z tych trzech, zdaniem twoim, był bliźnim temu, który wpadł w ręce zbójców? A on rzekł: Ten, który się ulitował nad nim. Rzekł mu Jezus: Idź, i ty czyń podobnie.                Łk 10,25-37

W życiu chodzi o to, aby się bujało, to znaczy, żeby energia płynęła niezależnie od tego, czy tworzymy z kimś parę, należymy do jakiejś wspólnoty, czy akurat jesteśmy sami.

Źródło musi znajdować się w nas i z wnętrza płynąć na zewnątrz, ku innym. Tymczasem jesteśmy wychowani w kulturze prawa i strachu przed osamotnieniem, więc zamiast cieszyć się nieskończonymi możliwościami twórczego i radosnego życia, z lęku ograniczamy się przed konsekwencjami popełnienia błędu, a także bez ustanku szukamy kogoś, dzięki komu odczulibyśmy przypływ życiowej energii, dobrego samopoczucia i radości.

Próbując to zilustrować od lat posługuję się tym samym obrazem.

Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy duży kamień i deskę. Zrobiliśmy z nich najprostsze urządzenie do zabawy, potocznie zwane huśtawką. Usiedliśmy na brzegu i ….? I nic. Ani ruchu, ani frajdy, tylko zesztywniałe biodra i boląca pupa, a na koniec frustracja, że nie znalazł się nikt, kto z impetem usiadłby po przeciwnej stronie, żeby wyrzucić nas ku niebu.

Na partnera do zabawy czekają ludzie, żyjący według ciała, ciężko i bez lekkości. Życiowej energii oczekują po innych.

Żyjący według ducha nie czekają na drugiego, ale okrakiem stają nad kamieniem w taki sposób, aby móc dowolnie naciskać raz prawą, raz lewą nogą i w ten sposób samemu wprawiać w ruch huśtawkę oraz siebie na niej. Duchowi nie potrzebują nikogo, aby żyć lekko, radośnie, z polotem, ponieważ sami decydują o ruchu i przepływie energii, której źródło mają w sobie.

Żyjący według ciała, schowani w prawie, regulaminie, statucie, pytają: Kto jest moim bliźnim? z nadzieją, że od niego otrzymają życie. Tymczasem żyjący według ducha, niewysychające źródło życia mają w sobie. Dzieląc się nim, pytają: Dla kogo ja jestem bliźnim?  

1. Odpowiedzialność

Aby życie się bujało, każdy musi odkryć w sobie Bożą pełnię. Dlatego nie myślmy o brakach, ale szukajmy Boga. Wówczas odkryjemy w sobie brzegowe potencjały, które w sumie dają pełnię. W opowieści o miłosiernym Samarytaninie Jezus z Galilei przestawia je w postaci kapłana i lewity z jednej strony, zaś po przeciwnej jako Samarytanina.

Kapłana z lewitą, którzy przeszli obok poranionego i krwawiącego, zwykle przedstawia się jako złych, nieczułych ludzi, którzy świątynną służbę Bogu uważali za ważniejszą od służby miłości wobec bliźniego. W rzeczywistości mogło tak być, że będąc w drodze do Jerozolimy nie dotknęli człowieka, o którym nie wiedzieli, kim jest i czy nie jest martwy. Odpowiednio przygotowani do służby w świątyni byli zobowiązani zachować czystość, którą nieopatrznie mogli stracić.

Kapłan z lewitą na pewno nie byli złymi i nieczułymi ludźmi. Źródłem ich nieszczęścia był lęk, z którym radzili sobie, jak większość z nas, rezygnacją z wolnego działania na rzecz prawa, regulaminu, procedury. Zwolnieni przez samych siebie z obowiązku podejmowania odważnych decyzji, czuli się komfortowo i pewnie. Nikt nie mógł im przecież niczego zarzucić.

Ten sposób postępowania, z lęku przed odpowiedzialnością, jest rezygnacją z odpowiedzialności. Ludzie, nie radzący sobie z lękiem, utrwalają dziecięcą postawę posłusznego wykonywania poleceń rodziców i wychowawców, licząc na  święty spokój i spodziewając się nagrody. Nigdy nie dorastają do dorosłości, którą w opowieści Jezusa reprezentuje Samarytanin.

Wiecznym dzieciom wydaje się, że odpowiedzialność jest ostrożnością i polega na zachowywaniu prawa. Wynieśli to z domów, szkół i Kościołów, w których wychowywanie wciąż kojarzone jest z posłuszeństwem, które najlepiej utrwala lęk.

Z lęku przed błędem, czyli w konsekwencji karą, wieczne dzieci gotowe są zachować wszystkie rygory prawa i nie dotknąć potrzebującego, uznając to za największy dowód odpowiedzialności. W istocie jest to odpowiedzialność za samego siebie, ale na pewno nie bliźniego. Wieczne dzieci pytają: Kto jest moim bliźnim? zamiast w dojrzały i dorosły sposób zapytać: Dla kogo ja jestem bliźnim?

Dorośli, duchowi ludzie nie wahają się złamać prawa, regulaminu, procedury, tradycji, nawet niemoralnie zachować, jeśli tylko w ten sposób mogą pomóc drugiemu człowiekowi, ponieważ nie boją się konsekwencji decyzji i działania. Rozpoznając bliźniego, są wobec niego odpowiedzialni nie w duchu lęku o siebie, ale w duchu miłości do niego!

Co zatem mogę uczynić bliźniemu? Czasem powinienem powściągnąć się wobec niego, to prawda, jednak znacznie częściej powinienem zwrócić się ku niemu, dotknąć się go, dać mu to, czego nie ma a pilnie potrzebuje, czym ja akurat dysponuję. Samarytanin nie przejmuje się prawem i regulaminem, rytualną bądź moralną czystością, jest dorosły i ratuje bliźniego.

Obsesja, z jaką w dniach tzw. pandemii niektórzy duchowni unikają kontaktu z ludźmi, każe postawić pytanie, co w chrześcijańskiej duchowości poszło nie tak, że za odpowiedzialność uznają postawę kapłana i lewity, a nie Samarytanina? Wiosną i latem mijały długie tygodnie, czasem nawet miesiące, a kancelarie parafialne pozostawały głucho zamknięte, rzekomo w imię odpowiedzialności.

Gdy decyzjami i działaniami rządzi lęk, życie przestaje płynąć i jego energia ustaje. Lęk przed śmiercią, paradoksalnie jej służy. Odpowiedzialność, czyli działanie będące odpowiedzią na potrzebę bliźniego, zachowuje i pomnaża życie. Najpotężniejszą energią życia jest miłość.

Mentalną i emocjonalną genezą decyzji, podejmowanych przez ludzi ciała, jest lęk. Genezą decyzji, podejmowanych przez ludzi ducha, jest miłość. Pierwsi liczą na pomoc bliźnich, drudzy są bliźnimi dla innych. Pierwsi są duchowymi niemowlakami, drudzy osiągnęli duchową dojrzałość.

2. Pełnia

Życie musi być w ruchu. Energia powinna płynąć bez ustanku, niezależnie od okoliczności, relacji, stanu ducha i bankowego konta. Szkoda, że większość z nas szuka partnera do życiowej huśtawki, zamiast samemu wprawiać życie w ruch. Tak to bowiem bywa, o ironio losu, że im bardziej uzależniamy się od partnera, z którym wspólnie próbujemy dbać o życiową energię, tym większej życiowej huśtawki doświadczamy. Życie przypomina wówczas rozkołysaną łódź. Dlatego warto uczyć się zarządzania energią życia i serwisowania własnej duszy, aby od nikogo nie być zależnym, ale z każdym móc wejść w relację i darować mu dar miłości, odpowiedni do jego potrzeb.

Warunkiem niezbędnym i konstytutywnym dobrego życia, płynącego spokojnym nurtem, jest zintegrowanie brzegowych potencjałów własnych możliwości. Tego między innymi można nauczyć się z opowieści Jezusa, w której miłosierdzie stało się niezbędnym dopełnieniem zachowań standardowych, regulowanych tradycją, moralnością albo prawem. Jednocześnie nie wolno zapominać,  że bez tych ostatnich życie również utknęłoby na mieliźnie i bez pomocy innych nie dałoby się szczęśliwie żyć.

Dopiero ludzie pełni, zintegrowani, którzy w zależności od potrzeby samodzielnie korzystają z energii zobowiązania (kapłan) i miłosierdzia (Samarytanin), potrafią docenić błogosławieństwo życia i ze swojej pełni darowywać je innym. Nie okłamujmy się, jakiekolwiek próby wywierania nacisku, przymuszania, oddziaływania edukacyjnego albo uświadamiającego, niczego nie zmienią i nie osiągną wobec ludzi, którym ewidentnie brakuje pełni.

Jeśli komuś brakuje pełni życia, jak może obdarowywać życiem? Jeśli ktoś rozpaczliwie szuka bliźniego dla siebie, jak może stać się bliźnim dla potrzebującego? Jeśli komuś wydaje się, że bez miłości innych ludzi do niego, nie jest w stanie szczęśliwie żyć, jak może innych swoją miłością uczynić szczęśliwymi?

Na życiowym placu zabaw nie szukajmy partnera do bujania, ale sami troszczymy się o zdolność samodzielnego wprawiania życia w ruch. Nie absolutyzujmy postaw skrajnych. Pielęgnujmy raczej ich energię, mądrze wykorzystując energetyczny potencjał obu. Nie bądźmy dla siebie ani zbyt wymagający, wciąż zobowiązując się do wysiłku i zachowywania najwyższych standardów, ani zbyt miłosierni, wciąż pobłażając sobie w sytuacjach, które wymagają zobowiązania do działania i pracy. Odwrotnie, przekonujmy się i uczmy, że oba brzegi są nam niezbędne do spokojnego pokonywania drogi i osiągania życiowego celu.

W pierwszej kolejności sami na tym skorzystamy, a w drugiej skorzystają inni, dla których staniemy się bliźnimi, mającymi do dyspozycji skarbiec rozlicznych darów miłości i życia.

Amen.

Modlitwa na czas epidemii

Skoro politycy traktują nas jak zarodową fermę królików, część lekarzy ma nas w nosie, nie otwierając ośrodków zdrowia i przychodni, a księża, zamiast przekazywać Dobrą Wiadomość o zbawieniu, przypominają starotestamentowych kapłanów, pilnujących przestrzegania zasad, więc wszystkim, którzy chcą bezpiecznie żyć,  wzmocnić odporność i poczuć się szczęśliwie, polecam słowa, którymi modlę się od pierwszych dni tzw. epidemii:

Żyjesz pod opieką Źródła wszystkiego

i przebywasz w cieniu bezgranicznej Mocy.

Powiedz do JESTEM: obrono moja

i bezpieczeństwo moje, Boże mój, któremu ufam.

Ponieważ On uratuje cię z zasadzki człowieka,

który chce cię schwytać i od niebezpiecznej zarazy.

Pod jego skrzydłami znajdziesz schronienie

i poczujesz się bezpiecznie jak pisklę w piórach mamy

albo za tarczą i zbroją wiernego ojca.

Nie wystraszysz się nocnych koszmarów

ani strzały wycelowanej za dnia,

albo szerzącej się w ciemnościach zarazy

i epidemii, która zaraża w blasku południa.

Gdyby u twego boku umarło tysiąc ludzi,

a dziesięć tysięcy po twojej prawicy,

nie spotka cię nic złego.

Na własne oczy zobaczysz pomór bezbożnych.

Ponieważ JESTEM jest twoją obroną,

a Źródło wszystkiego uczyniłeś zaporą,

nie spotka cię nic złego, zaraza ci nie grozi.

Aniołom swoim rozkazał, aby chronili cię w każdej drodze.

Na rękach będą cię nosić, więc na kamieniu

nie skaleczysz swojej stopy.

Będziesz chodził po lwie i żmii, lwiątko i smoka podepczesz.

Ocalę go, bo na mnie liczy, podniosę go wysoko,

ponieważ poznał moje imię.

Wysłucham go, gdy będzie mnie wołał,

będę z nim w nieszczęściu.

Wyzwolę go i uczynię sławnym,

obdarzę długim życiem i uczynię szczęśliwym.

Ociemniali przychodzimy na świat, aby stać się widzącymi – rozmyślanie na 2 sierpnia

Gdy przechodził, zobaczył człowieka niewidomego od urodzenia. Zapytali Go Jego uczniowie: Rabbi, kto zgrzeszył, on czy jego rodzice, że urodził się niewidomym? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice, ale stało się tak, aby w nim objawiły się dzieła Boga. Dopóki jest dzień, powinniśmy wykonywać dzieła Tego, który mnie posłał. Przychodzi noc, gdy nikt nie może działać. Dopóki jestem na świecie, jestem światłością świata. Gdy to powiedział, splunął na ziemię, zrobił błoto ze śliny i pomazał nim oczy niewidomego. Polecił mu też: Idź i obmyj się w sadzawce Siloam (co znaczy Posłany). Odszedł więc, obmył się i wrócił jako widzący. A sąsiedzi i ci, którzy go przedtem widywali żebrzącego, mówili: Czy nie jest to ten, który siedział i żebrał? Jedni mówili: To jest on, inni: Nie, ale jest do niego podobny. On zaś powiedział: To ja jestem.

J 9, 1-9

W Ewangeliach zapisanych jest wiele opowiadań, z których dowiadujemy się, że Jezus był skutecznym lekarzem, znającym przyczyny chorób i skutecznie uzdrawiającym między innymi dlatego, że stosował metody zawsze najodpowiedniejsze dla chorych.

W moim przekonaniu oglądanie uzdrawiającego Jezusa warto rozpocząć od opowiadania z Ewangelii Jana. Może nie jest ono najważniejsze, niemniej na pewno przedstawia pełny obraz Jezusa jako terapeuty i Zbawiciela. Wartością dodaną opowiadania jest dość precyzyjna wizja chrześcijańskiego doświadczenia religijnego, która przyświecała autorowi.

Zapraszam więc do refleksji, która być może dla niektórych będzie nowa  i odkrywcza – przynajmniej mam taką nadzieję. Być może pomoże również przemyśleć niektóre aspekty życia. Otóż na samym początku napisane jest, że Jezus zobaczył tego człowieka. W języku polskim tego nie słychać, ale w języku greckim zostało użyte słowo, które oznacza, że Jezus oglądał tego człowieka nie zewnętrznymi oczami, ale spojrzał na niego od wewnątrz, spojrzał w jego istotę. I co tam zobaczył? Ciemność.

Punktem wyjścia w procesie poznawania Jezusa, definiowania duchowości i wreszcie rozumienia choroby jest wewnętrzna ciemność, z którą przychodzimy na świat. Z tym się nie dyskutuje. To warunek wstępny początku ziemskiej historii każdej duszy. Rodzimy się ociemniali.

1. Widzieć do środka siebie, do swej istoty  

Opisany przez ewangelistę człowiek nie widzi. Jednak nie dlatego jest ociemniały, że jego oczy są nieaktywne. On nie widzi ponieważ jest w nim jakaś nie odkryta ciemność, jakaś noc, z która przyszedł na świat. Przynajmniej tak to wygląda zewnętrznie. Dlatego uczniowie pytają: Jezu, kto zgrzeszył? On czy rodzice, że się ślepy urodził? I teraz Jezus odpowiada bardzo charakterystycznie dla swojego sposobu rozumienia choroby i zdrowia, a w istocie duchowości: Ani on nie zgrzeszył ani rodzice, ale żeby w nim objawiły się Boże dzieła  

W nim!

W tekście greckim zostało użyte sformułowanie, które wpierw należy tłumaczyć jako „w nim”. Dopiero gdy w tym człowieku dokonają się Boże dzieła i w nim coś się zmieni, wtedy to stanie się widoczne również na zewnątrz.

Mamy więc pierwszą ważną myśl, a mianowicie, że wszystko zaczyna się od tego, co jest w człowieku i od zmiany, która musi się stać udziałem człowieka. Wewnętrzna zmiana – z niej rodzi się potem zewnętrzna nowa jakość. Ten człowiek tak długo nie będzie widział, póki nie nauczy widzieć jak Jezus: do środka, do swojej istoty, do samego siebie.

Dzieło Boże musi zatem objawić się w nim. Jakie to będzie dzieło? Jakiej natury, jakiej istoty?

To widać po kolejnych kapitalnych szczegółach narracji. Zauważmy więc, że Jezus nakłada na oczy ociemniałego nakłada ślinę, która jest zmieszana z prochem, tworząc błoto. Ten człowiek nie widzi, ale inne zmysły ma bardziej aktywne. Istotny na pewno jest zmysł dotyku. Jezus komunikuje się z wnętrzem tego człowieka, dotykając oczu, które są ślepe. Przez zmysł dotyku komunikuje mu, że to, co najwłaściwsze, co istotne, będzie się teraz działo przez poczucie ziemi, a w domyśle rozpoznanie, że on sam jest ziemią.

Są takie piękne słowa, zapożyczone z języka łacińskiego, które tłumaczą ów terapeutyczny proces. Warto pamiętać, że jednocześnie opisują uniwersalne doświadczenie religijne i duchowe, przedstawione w tej narracji. Te słowa pomogą uzmysłowić sobie jego istotę. Otóż w j. hebrajskim jest tak, że adam w pierwszym rzędzie nie jest imieniem, ale rzeczownikiem, oznaczającym istotę stworzoną z ziemi. Adam to adamita, czyli ziemianin, ulepiony z ziemi. Po polsku mamy tak samo: z ziemi jest człowiek, czyli ziemianin.

Język łaciński również posługuje się podobną rodziną słów: homo, humanum, humanushumus – z ziemi. Ale, uwaga, w języku łacińskim mamy kolejne słowa, które pokazują przemianę, która dokonała się w bohaterze (oczywiście wtórnym, bo pierwszym zawsze jest Jezus) tej narracji. Ten człowiek musi mianowicie zacząć patrzeć w siebie. Czyli w  co? Oczywiście w swoją ziemię, w swoją adamiczność. W to, że jest ziemianinem.

Co to oznacza? Człowieku, zgódź się na siebie! Pojednaj się sam ze sobą. Zrozum, że to, iż jesteś stworzony z ziemi to jest wartość. Nie pomniejszaj się. Nie próbuj się poniżać. Odszukaj raczej w tym, co jest twoim humusem, twoją ziemią, twoją istotą, prawdę o sobie. Jak zobaczysz prawdę, zaczniesz widzieć wewnętrznie, zobaczysz także świat na zewnątrz, w prawdzie. Zaczniesz widzieć! Wpierw musisz jednak odnaleźć coś bardzo ważnego w sobie! Musisz w sobie odnaleźć Boga. Boży obraz w sobie musisz odnaleźć! Jesteś stworzony na Boży obraz. I w nim zapisana jest prawda o tobie. Odkryj ją! Nie szukaj siebie na zewnątrz, w świecie, ale w sobie!

2.  Przez humus (ziemię) i humilitas (pokorę) doświadczysz oświecenia

Wszyscy, którzy mamy zdrowe oczy, często jesteśmy ślepi. Dlaczego? Ponieważ szukamy samych siebie na zewnątrz, w tym świecie. Nie weszliśmy w siebie, nie zaczęliśmy widzieć siebie od wewnątrz, od swojej istoty. Samych siebie nie znamy, żyjemy w kłamstwie, oszukujemy się. Jesteśmy ślepi, chociaż widzimy zwodniczym zmysłem wzroku. Jezus mówi: jeżeli wejdziesz w siebie i zaczniesz widzieć siebie w prawdzie, wówczas ta prawda cię wyzwoli! Odnajdziesz prawdę o sobie, swoją istotę w Bożym obrazie, czyli w Bogu. Zaczniesz żyć sobą. Rozpoczniesz życie zgodne ze swoim potencjałem. Będziesz się rozwijał. Staniesz się Bożym dzieckiem, w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaczniesz widzieć.

Człowiek, grzebiący w ziemi, staje się humilitas. To jest kolejne słowo łacińskie. Humilitas to pokora. Czym jest pokora? Pokora to jest właśnie umiejętność widzenia samego siebie w prawdzie. Nie wywyższam się, bo znam swój potencjał, ale nie daję się też poniżyć.

Człowiek, który doświadczył humilitas, czyli pokory, na samym końcu duchowego procesu staje się człowiekiem humoru. Humor to kolejne słowo-klucz, które wyzwala z ciemności. Człowiek humoru jest zdystansowany do siebie i swojego znaczenia. O człowieku ze zdrowym dystansem do siebie można powiedzieć, że stał się oświeconym, bo zaczął widzieć. Widzi przez siebie, przez swoją istotę. Świat widzi jak Mistrz z Galilei od wewnątrz. I już wszystko wie o sobie i o świecie. Jest uzdrowiony, zaczyna widzieć.

Człowiek opisany w ewangelii przeżył ów proces. W związku z czym na pytania sąsiadów: „kim on jest?” odpowiada: „Ego eimi”. Wypowiada zatem najważniejsze słowa: „ja jestem”. Dlaczego przedtem był ślepy?  Bo nie potrafił powiedzieć ego eimi, nie potrafił powiedzieć „ja jestem”.  Od urodzenia nie wiedział kim jest. Nie zgadzał się na samego siebie, na swoją istotę, na swoje życie. Pomniejszał się, więc był ślepy.

Dzięki Jezusowi pogrzebał w humusie, poszukał w swojej ziemi, w swoim człowieczeństwie, swojej adamiczności właściwego słowa, które tworzy na nowo i uzdrawia. Dzięki temu odnalazł samego siebie, docenił się, zaczął się kochać i szanować. Odnalazł drogę swojego powołania i odtąd mówi: ja jestem.

I to znowu jest myśl, która związana jest z tekstem. Ów człowiek miał obmyć swoje oczy w sadzawce Posłany. Miał zatem odkryć swoje posłanie, swoje powołanie. W tej sadzawce ostatecznie odzyskał wzrok, odkrył bowiem do czego stworzył go Pan Bóg. I zaczął widzieć. Objawiły się dzieła Boże w nim.

Kimkolwiek jesteś, życzę Ci, abyś drogę życia i powołanie odkrył w swej istocie, która ukryta jest w tobie i jest Bożym obrazem, według którego zostałeś stworzony. Poszukaj w sobie. Dobrze poszukaj w swoim humusie. Znajdziesz siebie w Bogu, zaczniesz widzieć, doświadczysz cudu oświecenia, uzdrowienia. Z radością wyznasz: Jestem zbawiony.

Niech Pan Bóg w tym Ci błogosławi!

Amen.

Jakby młodym winem upici – rozmyślanie na Zesłanie Ducha Świętego

A gdy nadszedł dzień Zielonych Świąt, byli wszyscy razem na jednym miejscu.I powstał nagle z nieba szum, jakby wiejącego gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im języki jakby z ognia, które się rozdzieliły i usiadły na każdym z nich.I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał. A przebywali w Jerozolimie Żydzi, mężowie nabożni, spośród wszystkich ludów, jakie są pod niebem; Gdy więc powstał ten szum, zgromadził się tłum i zatrwożył się, bo każdy słyszał ich mówiących w swoim języku.I zdumieli się, i dziwili, mówiąc: Czyż oto wszyscy ci, którzy mówią, nie są GalilejczykamiJakże więc to jest, że słyszymy, każdy z nas, swój własny język, w którym urodziliśmy się?Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei i Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii i Pamfilii, Egiptu i części Libii, położonej obok Cyreny, i przychodnie rzymscy, Zarówno Żydzi jak prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich, jak w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boże.Zdumieli się wtedy wszyscy i będąc w niepewności, mówili jeden do drugiego: Cóż to może znaczyć?Inni zaś drwiąc, mówili: Młodym winem się upili. Na to powstał Piotr wraz z jedenastoma, podniósł swój głos i przemówił do nich: Mężowie judzcy i wy wszyscy, którzy mieszkacie w Jerozolimie! Niech wam to będzie wiadome, dajcie też posłuch słowom moim.Albowiem ludzie ci nie są pijani, jak mniemacie, gdyż jest dopiero trzecia godzina dnia,Ale tutaj jest to, co było zapowiedziane przez proroka Joela:I stanie się w ostateczne dni, mówi Pan, że wyleję Ducha mego na wszelkie ciało I prorokować będą synowie wasi i córki wasze, I młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, A starcy wasi śnić będą sny; Nawet i na sługi moje i służebnice moje Wyleję w owych dniach Ducha mego I prorokować będą i uczynię cuda w górze na niebie, I znaki na dole na ziemi, Krew i ogień, i kłęby dymu. Słońce przemieni się w ciemność, A księżyc w krew, Zanim przyjdzie dzień Pański wielki i wspaniały.Wszakże każdy, kto będzie wzywał imienia Pańskiego, zbawiony będzie” (Dz 2,1-21).

Jakież to cudowne doświadczenie, móc słuchać kogoś, kto zrozumiałym językiem przekazuje dobrą wiadomość, która całkowicie odmienia życie. Znasz to uczucie? Nagle jakby z horyzontu życia chmury znikły w jednej chwili, a w serce wlewa się fala radości.

Jeśli miarą wylania Ducha jest zdolność porozumiewania się zrozumiałym językiem i przekazywania dobrych wiadomości, które zmieniają życie, czy obficiej nie został wylany na autorów dobrej literatury albo np. ostatnio popularnych poradników psychologicznych, aniżeli na kościelnych mówców, którzy często posługują się absolutnie niezrozumiałym językiem?

Słuchasz ich, słowa jakby znasz, ale całkowicie nie rozumiesz, jaki mają związek z Twoim życiem, problemami, pytaniami. Nie komunikują Ci niczego, co radykalnie zmieniłoby Twoją życiową sytuację i uczyniło Cię lekkim i radosnym.

Tego muszą uczyć się wszyscy mówcy, jednak my, którzy mamy opowiadać o dobrym zakończeniu wszystkich ludzkich problemów i pomagać innym pozbyć się lęku, powinniśmy cechować się szczególną postawą, a mianowicie żyć i mówić, jakbyśmy upili się młodym winem. Zresztą nie ma co ukrywać, że ten rodzaj radosnego życia i budowania relacji cechuje każdego, na kogo Bóg wylał swego Ducha.

1. Duch języka  

Pomiędzy opowiadaniem o budowniczych wieży Babel i opowiadaniem o Zesłaniu Ducha Świętego można odczuć niepokojące napięcie. W świadectwie jednego i drugiego Bóg miesza języki. Zatem działanie Boga w obu narracjach jest takie samo i nawet skutki te same, tymczasem w doświadczeniu uczestniczących ludzi i w ludzkiej historii dzieje się coś absolutnie różnego. Dostrzegając to napięcie, bądźmy pokorni wobec nieograniczonych możliwości działania Boga, który zawsze kieruje się tym samym celem, a mianowicie zbawieniem ludzi, czyli naszą radością, pokojem i pomyślnością.

Nie potrafimy tak niuansować, dlatego bardzo często wydarzenia i doświadczenia, w których uczestniczymy, oceniamy wyłącznie po zewnętrznych i widzialnych okolicznościach, nie potrafiąc dostrzec, że skutki mogą być różne mimo pozornego podobieństwa.

W Babilonie pomieszanie języków uratowało ludzi przed śmiercią, która byłaby konsekwencją pychy. Na skutek technologicznego rozwoju doprowadzili bowiem cywilizację do momentu krytycznego, którym jest czynienie swojego imienia sławnym na całej ziemi. Energię wspólnego działania skumulowali do poziomu, zagrażającego życiu, co między innymi na pewno wydarzyło się za dni Noego albo w krainie Sodomy i Gomory.

Pycha zawsze prowadzi do śmierci. Wpierw pojawia się pierwszy poziom zła, którym jest pycha sama w sobie. Jeśli nie zostanie powściągnięta, wówczas energia pychy zaczyna kumulować się w postać pychy zbiorowej. Wtedy już zaczyna dziać się naprawdę źle, jednak to i tak nie oznacza jeszcze tego poziomu cierpień, zniszczenia i totalnej degrengolady człowieczeństwa, który jest dziełem zbiorowej pychy religijnej.

Gdy lud, zjednoczony wspólnym dziełem, postanawia działać dla swojej chwały, wnet musi wydarzyć się tragedia. Właśnie przeżywamy taki moment polskiej historii, którego katalizatorem jest tzw. pandemia wirusa, wymagający od nas zrozumienia, że jeśli dalej będziemy pompować balon pychy o charakterze narodowo-religijnym, wnet doprowadzimy do katastrofy, cierpienia, łez, bólu i śmieci.

Dożyliśmy niebezpiecznego poziomu pychy, tworzonej przez polityków i niektórych biskupów rzymskokatolickich, w którym jeden język ma nas uratować przed złym światem i niebezpieczeństwem skutków pandemii. Narracja z religijnym podtekstem zmierza do mentalnego odcięcia od reszty, zbudowania bezpiecznego muru i na koniec wysokiej wieży polskiej chwały.

Ponieważ Bóg kocha wszystkich ludzi, więc zanim sami zafundujemy sobie ostateczne nieszczęście pomiesza nam języki. Doprowadzi do sytuacji, w której dla naszego dobra przestaniemy budować wieżę chwały polskiego imienia, i pozbawi ziemi, którą ponoć zamieszkujemy na mocy wiecznego i nienaruszalnego prawa. 

Miłujący Bóg pomiesza nam języki, czym uratuje nas przed skutkami narodowo-religijnej pychy. Uniemożliwiając porozumienie i wspólne działanie,   rozbije zaślepioną wspólnotę, zmierzającą do śmierci. Chyba, że przemówi nam do wyobraźni opis zesłania Ducha i zamiast budować pyszną wieżę narodowej chwały z radością damy się obdarować Duchem Jezusa, w którym dobro wszystkich ludzi jest wartością najważniejszą. 

Gdy zstępuje Duch, zawsze dzieje się coś ważnego w sferze języka, czyli komunikacji i jej skutków. Co prawda zewnętrznie widać zawsze to samo, czyli to, że każdy zaczyna mówić innym językiem. Skutkiem tego w wewnętrznej sferze ducha ludzie pyszni i dbający o własną chwałę tracą zdolność tworzenia wspólnoty, zaś ludzie, oczekujący chwały Bożej, zaczynają się do siebie zbliżać i wzrastać w mądrości.

Posługując się uproszczonym obrazem można powiedzieć, że pysznym ludziom Duch języki zawiązuje, a pokornym rozwiązuje. W jednym i drugim wypadku dochodzi do zindywidualizowania wypowiedzi, tyle tylko że pyszni przestają się rozumieć, a oczekujący Bożej chwały rozumieją się coraz lepiej, ponieważ mówią nie dla swojej chwały, ale z miłością i empatią.

2. Język Ducha

Przed laty zrozumiałem, a było to doświadczenie wstrząsające i decydujące o dalszej drodze życia, że mówców można podzielić na trzy grupy.

Pierwsza grupa mówców kocha własny głos. No cóż, żałujmy ich słuchaczy, bo chrząkania, wycia, popisów oratorskich, mentorskiego tonu słuchać nie sposób.

Druga grupa mówców kocha treść swoich przemyśleń, czyli to, co ma do powiedzenia. No cóż, słuchaczy tych mówców żałujmy tym bardziej, ponieważ są poddawani inteligentnej indoktrynacji i mentalnemu programowaniu. Idea ponad wszystko.

Trzecia  grupa mówców kocha tych, do których mówi. Koniec żałowania, przecież chcemy być wśród nich. Niechże wreszcie na tej ziemi ktoś nas kocha, a nie udaje, popisuje się, manipuluje nami i nas wykorzystuje. Niechże wreszcie ktoś posługuje się słowami, których źródłem jest serce, czyli czysta miłość.

W Święto Zesłania Ducha Świętego przyswójmy sobie biblijną mądrość, że duch języka decyduje o tym czy język jest z ziemi, czy z nieba; z litery czy z Ducha; z pychy czy z pokory, dla ludzkiej chwały czy na chwałę Boga.

W efekcie Duch języka jest katalizatorem zmian, wiodących do nieszczęścia albo szczęścia. Warto więc słuchać mówców. To naprawdę tak nie działa, jakbyśmy naiwnie chcieli, że słowa zawsze znaczą to samo, ponieważ wspólnie są stworzone przez literę i ducha.

Gdy duch języka jest pyszny, litera działa jak sprawny zabójca ludzkiego ducha. Wtedy Duch Boga zawiązuje język mówcy, aby nie doszło do tragedii. Duch zawsze działa dla naszego dobra, więc gdy duch języka jest radosny i pełen miłości do słuchaczy, wówczas każda litera (głoska) służy zbawieniu i szczęśliwemu życiu. Takiej mowy chce się słuchać, ponieważ język mówcy jest rozwiązany, żeby mogła objawiać się Boża chwała w ludzkim życiu.

Słuchajmy zatem mówców i pamiętajmy, że absolutnie wszystkich dotyczy ta same reguła. Naprawdę nie tylko księży, bo także polityków, nauczycieli, naukowców, lekarzy, no i oczywiście życiowych partnerów. 

A już zwłaszcza Rodzice, uważajcie na to, jak mówicie. Przysłuchujcie się też swoim słowom i uczcie się zwracać do dzieci w duchu języka naszego Mistrza z Galilei. Słowa same nie decydują o porozumieniu i wspólnocie, ale ich duch, który ma być duchem radości, miłości i wolności. Nie dziwcie się, że dzieci zamykają się przed Wami i odcinają od rodzin, skoro duch Waszego języka służy Waszej chwale i w domyśle chwale rodziny. Dzieje się wtedy to samo nieszczęście, co w Babel.

Macie posługiwać się językiem Bożego Ducha, służącym Bożej chwale w ludzkim życiu. Błogosławionym efektem posługiwania się językiem Jezusa, bo tak można ów język nazwać, zawsze będzie wspólnota przyjaciół Jezusa, chwalących Boga wolnym, twórczym, i radosnym życiem.

Wydarza się prawdziwy cud. Każdy do każdego zwraca się zrozumiałym językiem, którym nie próbuje osiągnąć niczego dla swojej chwały, więc nikt nikogo się nie boi.

Rodzice, potraficie sobie wyobrazić Wasze dzieci, zachowujące się tak swobodnie i radośnie, jakby upiły się młodym winem, tylko dlatego, że rozmawiacie z nimi językiem Jezusa?

Księża, potraficie sobie wyobrazić słuchaczy, wychodzących z kościołów z taką radością, jakby na weselnej uroczystości upili się młody winem, lekko i radośnie pozdrawiających wszystkich ludzi dobrą wiadomością? Tylko, czy potraficie posługiwać się językiem Jezusa?

Politycy, naprawę chcecie katastrofy i cierpienia ludzi, którym służycie? Nie moglibyście wreszcie przestać używać języka budowniczych wieży Babel i pokornie poprosić o dar języka Mistrza z Galilei, którym zwłaszcza w Polsce z aktorską wprawą wycieracie sobie buzie, ale w Jego duchu mówić nie chcecie?

Najwyższy czas, abyśmy pozwolili Bogu napoić się winem Ducha i zaczęli zwracać się do siebie językiem miłości.

Amen.

Słowo staje się ciałem – rozmyślanie na 24 maja

Oto idą dni – mówi Pan – że zawrę z domem izraelskim i z domem judzkim nowe przymierze. Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami w dniu, gdy ich ująłem za rękę, aby ich wyprowadzić z ziemi egipskiej, które to przymierze oni zerwali, chociaż Ja byłem ich Panem – mówi Pan, lecz takie przymierze zawrę z domem izraelskim po tych dniach, mówi Pan: Złożę mój zakon w ich wnętrzu i wypiszę go na ich sercu. Ja będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. I już nie będą siebie nawzajem pouczać, mówiąc: Poznajcie Pana! Gdyż wszyscy oni znać mnie będą, od najmłodszego do najstarszego z nich – mówi Pan – Odpuszczę bowiem ich winę, a ich grzechu nigdy nie wspomnę”.     Jr 31,31-34  

Studentom teologii mówię: Co z tego, że poznacie technologię interpretacji biblijnych tekstów, jeśli zapisane w nich słowa nie będą dla was Słowem Boga, stwarzającym was na nowo? Gdy rozbierzecie każdy fragment na drobne elementy, będziecie znać całą historię, intencję powstania, cokolwiek, co przynależy do dziejów tej wyjątkowej literatury, czy pomożecie tym człowiekowi, który nie radzi sobie z lękami, jęczy z bólu, wita ze śmiercią, rozpacza po stracie pracy? Jeśli tylko tym chcecie się zajmować, pomimo tego, że powinniście robić to najlepiej, jak to jest możliwe, jesteście niewolnikami litery, bojącymi wzbić się na orlich skrzydłach wysoko ponad szczegóły tekstu, aby zachwycić się pięknem tkaniny życia, utkanej przez Ducha.

Musicie nauczyć się pracować, jak Wiedźma, która swoje ubrania pierze w rzece życia, aby na nowo zobaczyć splot. Musicie umieć odróżniać wątek i osnowę, bo ludzkiemu życiu trzeba przywracać wartość i godność. Najpierw w tekście musicie wyprać tkaninę własnego życia. Gdy poczujecie kontakt z mądrością i nauczycie się patrzeć na człowieka od środka, gdzie on sam boi się zaglądać; gdy będziecie pewni, że każdym słowem prostujecie go, podnosicie, leczycie, pomagacie się uśmiechnąć, dopiero wtedy macie prawo uważać, że zinterpretowaliście tekst, jak chce tego Mistrz z Galilei.

Musicie nauczyć się pracować, jak szaman. Podróżując na lekkich tchnieniach Ducha musicie unieść się ponad tekst w niebieski, górny świat, aby poznać przyczynę bólu i łez na ziemi, chorób i cierpienia. Szybujcie wysoko. Nie bójcie się syntezować, pamiętając o szczegółach. Nie bójcie się Ducha, który porwie was ponad siódme niebo. Tego wszystkiego dowiecie się z tekstu, jeśli kurczowo nie będziecie trzymać się litery. Dopiero wtedy możecie powrócić do ludzi, aby ich uzdrowić, uszczęśliwić, uczynić ich życie weselną ucztą. Interpretując biblijne teksty, musie czuć odpowiedzialność za pojedynczego człowieka i za ludzką wspólnotę. Jeśli boicie się tej podróży, nie mówcie nic o swoim powołaniu, nie nazywajcie się prorokami, nie próbujcie udawać, że się znacie. 

Po prostu Słowo musi stawać się ciałem i tylko to się liczy. Nigdy nic bardziej się nie liczyło. Tak było w czasach Mojżesza, Jeremiasza i w grocie narodzenia Jezusa. To każdego dnia musi dziać się w gabinecie człowieka, który czuje się powołany do interpretacji biblijnych tekstów.

1. Jezus jest Słowem, które odświętnia smutny świat

Wtedy Słowo opuszcza kamienne tablice i przestaje być skamieliną historii Izraela, pod ciężarem której kamienieją ludzkie serca, zmuszane do niesienia ciężarów ponad siły. Pojawiają się pierwsze oznaki wiosny. Ludzie, gdziekolwiek żyją na błękitnej planecie, prostują się, podnoszą głowy i zaczynają uśmiechać. Wtedy Słowo znika z białych kart Biblii i przestaje straszyć bielą grobów, do których słuchaczy swoimi interpretacjami wrzucają hipokryci i obłudnicy, udający Bożych i duchowych ludzi. 

Słowo tak długo jest nieznośnym ciężarem, sprowadzającym w ludzkie życie smutek i cierpienie, jak długo trzeba po nie sięgać do księgi, w konsekwencji przypominać sobie jego treść i przystosowywać życie do jego znaczenia. Wtedy pozostaje kamienną tablicą, codziennym ciężarem, który pomimo szczerej miłości do Boga i autentycznego pragnienia, żeby pozostać Bogu wiernym, mimo wszystko po jakimś czasie chce się zrzucić, ponieważ pozbawia oddechu, pogody ducha, lekkości bycia.

Świetnie to widać po tzw. pobożnych, którzy Biblii nie wypuszczają z rąk i na podorędziu zawsze mają jakiś jej fragment, odpowiedni niemal na każdą okazję. Odnalezienie w nich lekkości, radości, uśmiechu, graniczy z cudem. Często im są pobożniejsi, to jest niosący większy ciężar Słowa na swoich barkach, tym bardziej chorują i cierpią. Nie znajdziesz ich wśród tańczących, biesiadujących, w zadowoleniu i z przyjemnością spożywających swój chleb. Do tego stopnia są zmęczeni pobożnością, to znaczy noszeniem ciężaru Słowa, że każdego napotkanego gotowi są obdzielić jego częścią. Tak rozprzestrzenia się pomiędzy ludźmi prawdziwy wirus nieszczęścia, religia Słowa, wyrytego na kamieniach i zapisanego na papirusowych kartach, która prędzej czy później sprowadza zmęczenie, chorobę i śmierć.

Dopiero, gdy Słowo staje się ciałem, o czym pisze Jeremiasz: „Złożę mój zakon w ich wnętrzu i wypiszę go na ich sercu. Ja będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. I już nie będą siebie nawzajem pouczać, mówiąc: Poznajcie Pana!” ciężar nie do uniesienia zamienia się w odświętna szatę, a kamienne stągwie, przechowujące religijne obowiązki, zostają napełnione winem radości i wesela, jak w Kanie Galilejskiej.

Jeremiesz pisał o Jezusie, czyli o Słowie, które stało się ciałem. Słowie, które nie potrzebuje kamiennej tabliczki ani papirusowej karty, aby działać, stwarzać na nowo, zmieniać, odświętniać smutny świat. Jednak jego prorocka perspektywa jest szersza i dosięga każdego z nas. W duchu Jezusa jest bowiem nie tylko możliwe, ale wręcz pozostaje znakiem nowego przymierza, które Bóg zawarł z każdym człowiekiem, zapisanie Słowa w sercu.

W duchu Jezusa jest możliwe działanie Słowa, które nie potrzebuje księgi, żeby odświętnić ludzkie życie. W duchu Jezusa jest możliwe duchowe doświadczenie lekkości i radości bycia, przypominające weselną ucztę. W duchu Jezusa jest możliwe chrześcijaństwo bez księgi.

2. Ucieleśnione Słowo jest Miłością  

Gdy biblijny tekst stanie się teksturą Twego wnętrza, dzięki któremu poznasz  wszystkie skarby swojego JESTEM, dopiero wtedy poczujesz się religijnym człowiekiem. Religia, ale nie udawana, która pozostaje ciężarem nie do uniesienia, tylko ta prawdziwa, będąca doświadczeniem gry, śpiewu i tańca, zaczyna się z chwilą, w której Słowo staje się Twoim ciałem, Twoją osobą, Twoim życiem.

Jeśli Słowo pozostaje wątkiem codzienności, wówczas działanie jest tylko osnową. Tkanina życia jest mocna, kolorowa, zachwycająca. Jak długo Słowo jest zewnętrzne i musisz po nie sięgać, żeby dostosowywać do niego życie, tak długo Twoje działanie jest wątkiem, a Słowo tylko osnową. Tkanina życia rozchodzi się, drze na kawałki, powstają dziury.

Cud zawsze wydarza się w ten sam sposób: Rodzi się Miłość! Odtąd nie są potrzebne prawa, reguły, zasady i normy, zapisane na kartach Biblii. Pewnie, że możesz z niej korzystać, a nawet powinieneś, jednak przestaje być zewnętrznym probierzem. W Twoim sercu jej słowa stają się jednym Słowem, tym najważniejszym, które pomaga, leczy i uszczęśliwia, zbawia po prostu. Stają się wiecznym Słowem Miłości.

Wtedy przestajesz mówić, bo po co, skoro kochasz? Odtąd żyjesz z miłości, miłością i dla miłości. Twoje życie i codzienne działania stają się Twoim słowem, Twoim świadectwem. Wcielone Słowo Miłości uczyniło Cię swoimi ustami i przemawia bez słów.

Nie zapominaj, że prawdziwa Miłość nie potrzebuje słów!

Pamiętaj, że Boża Miłość najpełniej objawiła swoją chwałę na krzyżu Jezusa, w momencie Jego śmierci, gdy zamilkł.

Gdy usta milkną, serce staje się poetą i z tkaniny cichego życia zaczyna tworzyć najpiękniejszy tekst o zbawionym, udanym, uśmiechniętym życiu.

Stajesz się czerwoną różą, podarowaną światu.

Amen.

W modlitwie potrzebujesz siebie – rozmyślanie na 17 maja

A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją.Ale ty,gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; albowiem oni mniemają, że dla swej wielomówności będą wysłuchani.Nie bądźcie do nich podobni, gdyż wie Bóg, Ojciec wasz, czego potrzebujecie, przedtem zanim go poprosicie. A wy tak się módlcie: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, Święć się imię twoje,Przyjdź Królestwo twoje, Bądź wola twoja, jak w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj,I odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom; I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego; Albowiem twoje jest Królestwo i moc, i chwała na wieki wieków. Amen. Bojeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych”.                                             Mt 6,5-15

Gdy paraliżuje Cię lęk i życie wydaje się bezsensowne, potrzebujesz Źródła Miłości, Rodzica, który Cię stworzył, aby umocnił Twoją wiarę. 

Gdy nie wiesz, jak się zachować i czemu poświęcić swoje życie, potrzebujesz Jezusa, Mistrza z Galilei, aby pomógł Ci odnaleźć drogę.

Gdy czujesz się głupi i słaby względem zadań i doświadczeń, którym musisz podołać, potrzebujesz Ducha, abyś podejmował najwłaściwsze decyzje.

Gdy się modlisz potrzebujesz siebie!

1. EGO nie może się modlić

Wiem, że ostatnie zdanie wielu oburzyło, bo zabrzmiało, jak fałszywa nuta w duchowej muzyce, którą uznali za harmonię. Więc wpierw celowo przypomniałem, do czego potrzebujemy pomocy, jak nas dobrze nauczono słowami pieśni: „Ach, potrzebuję Cię, łaskawy Panie mój. Twe imię skałą mą, w nim jest pociechy zdrój. O Panie, drogi Panie, potrzebuję Ciebie, ja muszę mieć Cię zawsze, błogosław mi!” (ŚE 715,1). I zanim przestaniesz czytać, oburzony fanaberiami Uglorza, proszę, daj mi szansę przekonać Cię, że od Ciebie też coś zależy. Doprawdy więcej, niż możesz sądzić w pierwszej, odruchowej myśli, buntującej się przeciwko sugestii, że w modlitwie potrzebujesz siebie.

Modlitwa jest aktem wiary, wyznaniem miłości i czynem nadziei. Modląc się, stajesz naprzeciw Boga i tworzysz relację. W modlitwie potrzebujesz siebie, ponieważ w niej świadomie szukasz Boga, który daje Ci wszystko, co jest dla Ciebie najlepsze, zanim sobie sam uświadomisz, czego pragniesz. W modlitwie potrzebujesz siebie, aby otrzymać wszystko bez Twojego udziału.

Zrozum, gdy nie ma tego, który chce otrzymać, nie może być daru, więc w modlitwie musisz być całym sobą, totalnie świadomym swej bezradności i niemocy. I to jest jedyny warunek otrzymania daru. W modlitwie najbardziej potrzebujesz siebie, ponieważ od Ciebie nic nie zależy, nawet modlitwa. Musisz po prostu być, bezwarunkowo otwartym na dar.

Jezus uczy takiej modlitwy, w której nie ma EGO. Modlitwy, obywającej się bez słów i będącej spotkaniem sam na sam ze Źródłem Miłości. Jezus uczy modlitwy, w której nie jest potrzebne Twoje działanie, bo przeszkadza Bogu, ale jesteś potrzebny Ty, świadomy i czujny; cały Ty w swej głupocie, słabości, bezradności radzenia sobie z życiem: „Ale ty,gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; albowiem oni mniemają, że dla swej wielomówności będą wysłuchani.

Najskuteczniej unieważnia i zaprzecza modlitwie ludzkie EGO. To jest religijny paradoks, z którym muszą zmierzyć się ludzie duchowi. Im więcej w modlitwie jest zadowolenia i pewności, że uczyniło się wszystko, jak należało, a zatem pozostaje oczekiwanie na efekty, tym pewniej nic się nie wydarzy i niczego nie otrzyma.

Twórcą dobra jest Bóg. Gdy EGO myśli i mówi: Ja się modlę. Ja się modlę więcej, niż inni. Ja się modlę tak, że to widać. Ja wiem, jak się modlić. Ja potrafię się modlić, wówczas adresatem i podmiotem modlitwy bynajmniej nie jest Bóg, ale ludzkie EGO. Nie może wydarzyć się nic dobrego. Najważniejszym warunkiem skutecznej modlitwy jest obecność świadomego swej bezradności ludzkiego JESTEM, całkowicie ufającemu Bogu, a nie EGO, które jest pewne swej wiedzy i modlitewnej umiejętności.  

EGO jest do tego stopnia harde, pyszne i bezczelne, że jest nie tylko przekonane o mądrości, ale też mocy, czyli o modlitewnej skuteczności. Dlatego Jezus przestrzega przed pogańską wielosłownością, czyli pewnością, że Boga można przegadać, przycisnąć do muru i zmusić do działania samymi słowami. „Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy, bo co winniśmy byli uczynić, uczyniliśmy” (Łk 17,10). Tym, co w modlitwie polecono nam uczynić, jest świadome i czujne przebywanie w obecności Boga. Niczego więcej nie potrzeba, bo jak zawsze i we wszystkim poza wiarą nie mamy niczego, czym moglibyśmy sobie pomóc.

EGO tworzy religię, obyczaj, pobożność, rytuał, który sam w sobie ma zapewnić skutek. Zwłaszcza w praktykach religijnych widać, że EGO samo siebie czyni bogiem, czyli sprawcą i dawcą. EGO niczego nie wie o zaufaniu, więc gdy się modli, nie jest potrzebna świadomość prawdziwego JESTEM. Wystarczy być w miejscu, w którym powinno się być w oznaczonym czasie (świętowanie niedzieli, obchodzenie świat, udział w nabożeństwach), i uczestniczyć w odpowiednich rytuałach (sakramenty, modlitwy, wyuczone formuły modlitewne), aby czuć się bezpiecznie i mieć pewność osiąganych skutków. To jest religijny świat EGO, któremu Jezus stanowczo się sprzeciwia.

2. JESTEM samo w sobie już jest modlitwą

Wyzwoleniem z nieświadomego rytualizmu i egoistycznej pobożności jest duchowość, której źródłem jest bycie prawdziwym JESTEM w obecności Boga. EGO kreuje nieprawdziwe obrazy, zafałszowuje, poprawia, maskuje, udaje, klajstruje zniszczony obraz. EGO niczego i nikomu nie odpuszcza, bo nie popuszcza. Żyje dzięki mądrości i mocy, więc dlaczego innym miałoby odpuszczać przewinienia? Byłoby to oznaką słabości i głupoty

JESTEM cieszy się wszystkim i za wszystko dziękuje, więc nie ma problemu z akceptacją życiowych zdarzeń i ludzkimi zachowaniami. Zawsze jest bezbronne, prawdziwe, czyste, delikatne. Niczego nie udaje. Ufając, oddaje się Bogu i otrzymuje siebie na nowo. JESTEM żyje z miłości, więc nie modli się w tak sam sposób, jak EGO, a nawet samo w sobie już jest modlitwą.

Niczego nie umie, na niczym się nie zna, nie czuje się silne i mądre. Po prostu jest w obecności Boga i czuje się bezpiecznie. Nie ma niczego do stracenia, więc niczego nie musi pilnować. Wie, że samo nic nie osiągnie, więc nie musi o nic prosić. Jej naturalnym odruchem jest akceptacja życia, wdzięczność wszystkim za wszystko i przyjmowanie.

Takie życie samo w sobie jest modlitwą, a poza tym w sferze duchowej niczego więcej nie potrzeba. I to jest powód, dla którego we wstępie napisałem, że w modlitwie nie potrzebujesz niczego więcej, tylko samego siebie. Zawsze czystego, prawdziwego, totalnie zdanego na Boga.

Niczego sobie nie przypisuj. Wszystko przyjmuj z radością. Naucz tak się modlić, jakbyś w ogóle się nie modlił. Naucz się tak modlić, żeby to było niczym nie uwarunkowane przebywanie w obecności Boga, który doskonale wie, czego potrzebujesz i obficie Ci to wszystko daje, jeśli tylko potrafisz odbierać. Naucz się tak żyć, jakbyś w ogóle nie żył. Życie przecież jest darem, które od Ciebie nie zależy, więc przestań stroszyć piórka, walczyć, zdobywać, starać się, udowadniać. Przyjmij dar i daj się dalej obdarowywać.

W modlitwie potrzebujesz siebie, żeby Bóg miał kogo obdarowywać. Amen.