Z-MAR-TWYCH-WSTAŃ

Święta Zmartwychwstania to budząca radość i żywotność dobra wiadomość, że nie musimy żyć na cmentarzu pamięci, ale możemy spokojnie zwrócić się Q przyszłości, której kształty rodzą się w naszej wyobraźni. To jest też dobra wiadomość, że nasze pragnienia nie muszą być pożądaniem tego, co już kiedyś pokosztowaliśmy i nam smakowało, dlatego chcielibyśmy to znowu poczuć i przeżyć, ale mogą być tęsknotą za tym, czego jeszcze nie znamy i co zostało nam obiecane.

Pożądanie jest bowiem grzechem, który uśmierca, bo paraliżuje wolę i zamyka nas w więzieniu strachu przed tym, co nieznane. Tymczasem tęsknota jest pragnieniem, które ożywia wiarę w sens drogi ku temu, co obiecane.

Wielkanocna ewangelia, czyli dobra wiadomość, jest więc mądrością i mocą nowego, zmartwychwstałego życia, w którym dzieją się cuda, ponieważ Bóg ożywia ludzką wolę i działanie: „Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie, i wykonanie” (Flp 2,13).

Nie czekajmy na cud! On nigdy się nie stanie, jeśli myślimy, że zmotywuje nas do życia. Żyjmy wiarą, to znaczy umacniajmy się Bogiem, który sprawia w nas wolę i działanie, a cuda zadziwią nie tylko nas, ale przede wszystkim zmienią świat.

Dlatego proszę Cię, przestań się martwić, a zacznij prawdziwie cieszyć Wielkanocą. Nie ZA-MARTWI-AJ się dłużej, bo na zawsze pozostaniesz MARTWY w grobie przeszłości i będziesz leżał na MARACH, chociaż pozornie jakbyś wciąż żył, ale posłuchaj dobrej wiadomości, że wszystko dobrze się kończy, i Z-MAR-TWYCH-WSTAŃ! Naprawdę możesz WSTAĆ Z TWYCH MAR i zacząć żyć, pozwalając sobie na tęsknotę za przyszłością.

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie: Po co się martwię? Czy przypomniały Ci się wówczas słowa z 1-szego Listu Piotra: „Wszelką troskę swoją złóżcie na niego (Boga), gdyż On ma o was staranie” (1 P 5,7)? No cóż, wobec samego siebie należy być uczciwym, więc przyznaj, że zamartwianie się jest wygodne i na bardzo krótką chwilę zaspokaja kilka potrzeb, jednak w dłuższej perspektywie życia gasi ducha i uśmierca.

Jeśli bowiem masz problem, nad którym się zastanawiasz, już na starcie zyskujesz usprawiedliwienie do tego, żeby nie robić nic lub prawie nic, bo w końcu się martwisz; także do tego, żeby nie podejmować wyzwań, nie przykładać się do pracy bądź relacji z innymi i wreszcie nie dotrzymywać słowa. Przecież jesteś zmartwiony, wręcz zestresowany i nie możesz się skupić, bo widzisz zbierające się ciemne chmury.

Więcej nawet, przecież manifestujesz wielką odpowiedzialność. Lekkoduchy nie dostrzegają tego, co Ty, więc się nie martwią, i tylko Ty zawczasu przewidziałeś nieszczęście. Martwienie się na zapas i przewidywanie najgorszego finału zabezpiecza wreszcie samoocenę, bo jeśli coś się nie uda, zawsze możesz powiedzieć: No tak, wiedziałem, że tak będzie. Nie udało się, ale przynajmniej to przewidziałeś. Jednak nie jesteś taki zły i coś potrafisz.

Manifestowanie trosk jest też niefortunną strategią zyskiwania wsparcia od innych, podobnie jak ciągłe wizyty u lekarzy i podtrzymywanie choroby za wszelką cenę. Możemy wówczas liczyć na bliskość i współczucie. Jakbyśmy prosili: Przytul mnie, zrozum mnie, żal się nad moim losem. Ludzi, którzy stale się martwią i manifestują troski, nie sposób zmotywować do zmiany żadnym argumentem. Zbijają każdy, bo tak naprawdę nie chodzi im o to, żeby uwolnić się od zmartwień, ale raczej, aby zwrócić na siebie uwagę i przez bliski kontakt oddać innym część złych emocji.

Zamartwianie się niestety może wejść w krew i stać się nałogiem, dlatego trudno się go pozbyć. Tymczasem, jak każdy nałóg, także ten pozbawia żywotności i rujnuje psychikę. W dłuższej perspektywie oznacza paraliż woli i ułożenie się na MARACH. Długie rozmyślanie nad sytuacjami stresującymi obniża nastrój, prowadzi do stanów lękowych, utrudnia racjonalne myślenie i skuteczne działanie, a w skrajnych warunkach może doprowadzić nawet do depresji. Wtedy pojawia się nasz największy wróg psychosomatyczny, a mianowicie stres fizjologiczny, zaburzający niemal wszystkie procesy. Na horyzoncie zaczynają majaczyć choroby układu krążenia, zaburzenia metabolizmu i trawienia, alergia albo cukrzyca.

I po co nam to wszystko? Czy nie lepiej żyć w zdrowiu i harmonii, ciesząc się darem życia? Naprawdę warto zdobyć się na szczery rachunek zysków i strat. Na MARACH nie zyskujemy nic, tylko MAR-nujemy życie, wmawiając sobie oraz innym, że MAR-nością jest cały ten świat. Gdyby tak było naprawdę, Bóg nie zbawiłby nas, naszego życia i świata, w którym żyjemy, Z-MAR-TWYCH–WSTAŁYM Chrystusem, ale uczyniłby kolejny, całkiem nowy, pozostawiając nas samym sobie.

Tymczasem Wielkanoc jest dobrą wiadomością, że Chrystus Z-MAR-TWYCH-WSTAŁ razem z Tobą i zabrał Cię w drogę życia ku przyszłości, która zawsze jest piękniejsza i lepsza od nawet najpyszniejszej i najrozkoszniejszej przeszłości.

Nie bój się i Z-MAR-TWYCH-WSTAŃ!

.  

Pragnienie – rozważanie na Wielki Piątek

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Potem Jezus, wiedząc, że się już wszystko wykonało, aby się wypełniło Pismo, powiedział: Pragnę. A stało tam naczynie pełne octu; włożywszy więc na pręt hizopu gąbkę, nasiąknięta octem, podali mu do ust. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha”.  

                                                                                                           J 19,28-30

Przybity do krzyża, modlący się słowami: „Rozlałem się jak woda i rozłączyły się wszystkie kości moje. Serce moje stało się jak wosk, roztopiło się we wnętrzu moim. Siła mój wyschła jak skorupa, a język mój przylgnął do podniebienia mojego i położyłeś mnie w prochu ziemi” (Ps 22,15n), wypowiada słowo, które wcześniej nie padło z Jego ust: „Pragnę”,  

Czego może pragnąć Jezus?

Poharatany biczami, idący na Golgotę w promieniach popołudniowego słońca, podziurawiony gwoździami, ledwo łapiący powietrze w płuca, cierpiący z bólu, zalany krwią i potem, na pewno z wysoką gorączką zbliża się do kresu życia. Czyżby nie miał prawa do kilku kropel, zwilżających wyschnięte usta? On, który zawsze służył, w ostatnich chwilach pragnie odrobiny współczującej miłości.

W decydującej chwili życia Jezus pragnie.

1. Pragnienie Jezusa 

Żołnierz nie znęca się nad Jezusem. Gąbkę nasącza napojem, który stara się zawsze mieć przy sobie, ponieważ gasi nim także swoje pragnienie. Czy to jeszcze ledwo sfermentowane wino, więc kwaśne niczym ocet, czy już winny ocet, połączony z wodą, doprawdy niewielka różnica. „A  gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha” (J 19,30).

Jezus wydał z siebie ostatnie tchnienie, ale czy przestał żyć? Czy ten, który mówi o sobie: JESTEM, może zostać zabity? Czy JESTEM może przestać istnieć?

No właśnie. Nic nie jest bardziej żywe od JESTEM, czyli od świadomości istnienia. Nam wydaje się, że wieczność jest rozciągnięta ponad czasem niczym płaszcz. Jakby go poprzedzała, współuczestniczyła z nim i podążała po nim, ale to jest tylko kłamstwo zmysłów. Wieczność nie jest ponad czasem. Ona zawsze jest tą chwilą życia, która właśnie trwa, i jakby wsysała tę chwilę w siebie. Jeśli czegoś mogłoby nie być, to raczej na pewno czasu. To czas jest złudzeniem. Prawdziwa jest wieczność, która manifestuje się jako TERAZ, czyli w tym, w czym uczestniczy świadome JESTEM.

Czas jest złudzeniem zmysłów i psychiczną fatamorganą ludzi, nie znających własnego JESTEM, żyjących iluzjami o sobie i dających się okłamywać przez EGO. Pogrążeni w ciemnościach, widzą jedynie to życie i niczego poza nim. Boją się śmierci i zaklinają ten tak zwany czas, aby zahamował i nigdy się nie skończył. Ponieważ nie umierają jako świadome JESTEM, więc nie trafiają w wieczność, o czym uczy Mistrz z Galilei w przypowieści o 10 pannach (Mt 25, 1-13).

JESTEM jest nie do pokonania i jest wieczne, ponieważ jest strumieniem Bożej Miłości w TERAZ ludzkiego życia.

JESTEM nie umiera. JESTEM zawsze było, jest i będzie wiecznością.

Wielki Piątek jest trudnym dniem dla ludzi, którzy nie obudzili się ze snu i żyją w ciemnościach EGO. Oczywiście Wielki Piątek nie będący tylko pamiątką śmierci Jezusa, która poza duchowym sentymentalizmem niczego nie daje.

W duchowym sensie ten piątek staje się Wielki nie przez wspominanie, ale w doświadczeniu własnego „Pragnę”. 

Czy wiesz czego pragniesz? Pragniesz tego, czym zwodzi Cię EGO: sławy, chwały, stanowiska, „wiecznej młodości”, tego, żeby nic się nie zmieniało, poczucia bezpieczeństwa, majątku? Czy pragniesz tego, czym po prostu JESTEŚ?

Czy Jezus pragnął, żeby w chwili przejścia przez bramę śmierci chociaż raz ktoś Jemu usłużył, czy też nie, to niczego nie przesądza. Na krzyżu Jezus po prostu pragnie skończyć misję i dojść do celu, dlatego mówi: „Wykonało się”. Pragnie, żeby kielich życia wypełnił się do końca, a On pozostając żywym i prawdziwym JESTEM powrócił tam, skąd przyszedł: „Wiedząc, iż Ojciec wszystko dał mu w ręce i że od Boga  wyszedł i  do Boga odchodzi, wstał od wieczerzy, …” (J 13,3n).

JESTEM nie umiera. JESTEM wraca przez bramę śmierci tam, skąd przyszło. Umiera EGO. Umiera na zawsze, bo nie trafia w wieczność z podstawowego powodu. EGO jest chwilowe i podpowiada chwilowe zachcianki. A po dniach chwilowych zachcianek przemija wraz z nimi.

Na wieki trwa jedynie to, co jest wieczne, czyli JESTEM.

Pragniesz tego, czym JESTEŚ?

Może pytasz samego siebie, jak sprawdzić, czy pragnie EGO, czy pragnie JESTEM? To naprawdę proste. Jeśli dziś, w kolejny piątek swego życia, w dniach epidemii i wszechobecnego strachu, masz w sobie lęk przed zmianami i myślisz, że fajnie było przed koronawirusem, to najpewniej po prostu przeżywasz kolejny piątek nieciekawego życia. I jak na razie nic nie zapowiada, żeby dla Ciebie stał się Wielkim Piątkiem!  

Jeśli tęsknisz za światem, który skończył się z powodu epidemii, a Ty od zawsze masz pragnienie, żeby umrzeć w bezpiecznym świecie, czyli takim świcie, w jakim się urodziłeś, mam dla Ciebie jedyną, możliwą radę: POŚPIESZ SIĘ, BO TEN ŚWIAT WŁAŚNIE MIJA!  Wtedy spełni się pragnienie Twego EGO i przeminiesz wraz z kolejnym piątkiem i nikomu do głowy nie przyjdzie, że mógł być dla Ciebie wielkim piątkiem. Będą Cię raczej żałować, że umarłeś właśnie w ten piątek.

Kto pragnie umrzeć w świecie, w którym się urodził, nie ma wielkiego wyboru. Musi krótko żyć i jak najszybciej umrzeć.

2. Niech pragnie nasze JESTEM

Wiesz już zatem, w jaki sposób przekonać się, czy pragnie EGO, czy pragnie JESTEM. Prawdziwe JESTEM żyje w TERAZ. Ponieważ jest wieczne nie próbuje powstrzymywać życia, bo niczego się nie boi. Pozwala umierać każdej chwili i każdej starej postaci świata, więc samo jest nienaruszalne i zawsze żywe. Żyje wraz z życiem, które wykonuje się (wypełnia), płynąc do celu. 

Ten piątek jest nam wszystkim bardzo potrzebny jako Wielki.

Dziś możemy przeżyć śmierć EGO, abyśmy jako wieczne JESTEM stali się prawdziwymi i wolnymi ludźmi.

Proszę, nie życzmy sobie ani dziś, ani jutro radosnych świat Zmartwychwstania Pańskiego. Jeśli bowiem w naszym duchowym doświadczeniu ten piątek nie będzie Wielkim Piątkiem, wówczas o wschodzie słońca pierwszego dnia tygodnia nie będziemy uczestniczyć w cudzie powstania z martwych.

Naprawdę miałbym w to wierzyć, że jeśli dziś nie umrze moje EGO, w niedzielę w pełnej krasie wieczności mogłoby zajaśnieć moje JESTEM?

Naprawdę miałabyś/miałbyś w to wierzyć?

Przeżyjmy dziś czas łaski i dzień zbawienia, prawdziwy Wielki Piątek. Niech umrze EGO, a razem z nim lęk z powodu koronawirusa i epidemii. „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i  trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7).

Nie życzmy sobie czegoś, w czym nie chcemy mieć udziału na podobieństwo Jezusa. Otóż życzymy sobie nowego życia i radosnego powstania z martwych, ale udziału w śmierci EGO mieć nie chcemy i wciąż ulegamy jego pragnieniom.

Umieramy z lęku przed śmiercią, a życzymy sobie zmartwychwstania. Czy to przypadkiem nie jest paranoja? Może po prostu ufnością powinniśmy poskromić lęk?   

Daliśmy się pozamykać w domowych więzieniach z lęku przed karnymi sankcjami władzy, realizującej swoje polityczne i ekonomiczne cele, a życzymy sobie wolności. Czy przypadkiem to nie jest paranoja? Może po prostu powinniśmy rozpocząć drogę do wolności?

Proszę, nie ulegajmy EGO, które kolejnymi strachami powiększa nam oczy do nienaturalnych rozmiarów. Życzmy sobie manifestacji wiecznego JESTEM, które przezwycięża strach, jak Jezus podczas nocnej modlitwy w Getsemane, i dlatego jest wolne i żywe.

Nie posyłajcie mi życzeń z okazji Wielkanocy.

Sami bądźmy wielcy i wyjdźmy z naszych grobów, aby na oczach wątpiących i zastraszonych zamanifestować wieczne, a więc żywe JESTEM.

JESTEŚ tam, Przyjacielu?

ŻYJESZ, czy realizujesz strategię na przeżycie życia jakoś?

TERAZ jest Wielki Piątek!

Amen.

Stół Pański

Jeszcze nie tak dawno centralne miejsce w kuchni wyznaczał stół, przy którym ogniskowało się życie rodziny. Zresztą, bywało że nie tylko mieszkańców domu, ale też tej większej, gromadzącej się od czasu do czasu z okazji świąt i rodzinnych uroczystości.

Ostatnimi laty rolę stołu zaczęła przejmować tzw. wyspa, która bardziej służy przygotowywaniu posiłków, aniżeli spożywaniu. Przy wyspie raczej się stoi. Siedzieć owszem też można, ale zdecydowanie mniej wygodnie. A gdybyśmy cofnęli się jakieś dwa tysiące lat, zobaczylibyśmy, że w naszym kręgu kulturowym, zogniskowanym na symbolach greckich, rzymskich i semickich, czyli śródziemnomorskich, zamiana stołu na wyspę wcale nie była pierwsza. Zanim nastały uczty ze stołem, przy którym siedzimy na krzesłach, królowały sympozjony, podczas których biesiadnicy, oparci na lewych łokciach, leżeli na sofach. Przed posiłkiem niewolnicy myli im nogi. Posiłki tego rodzaju kilkakrotnie są opisane także w ewangeliach.

Kulturowe zmiany, którym zostały poddane wspólne posiłki, sugerują wiele ciekawych wniosków. Proponuję zwrócić uwagę na jeden. Kierunek owych zmian oznacza, że z pozycji leżącej, poprzez postawę siedzącą, biesiadnicy przyjęli postawę stojącą, która ułatwia szybkie opuszczenie miejsca i ucieczkę. Z jednej strony, w porównaniu z uczestnikami klasycznego sympozjonu, jemy w pośpiechu, czyli niezdrowo i niechlujnie, jednak z drugiej strony w pewnym sensie bezwiednie realizujemy archetypowy dla naszej duchowości warunek posiłku przed wyjściem z niewoli: „A w ten sposób spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w reku waszym. Zjecie go w pośpiechu… .” (2 Mż 12,11).

Rzeczywiście jemy w pośpiechu. Więcej czasu poświęcamy na przygotowanie posiłku, aniżeli na konsumpcję. Zauważmy jednak, że ostatnio ma miejsce kolejna zmiana, kto wie, czy nie dużo bardziej zasadnicza i znamienna od poprzednich. Otóż wiele rodzin, zwłaszcza osób mieszkających samotnie, coraz częściej główny posiłek dnia spożywa poza domem, a wówczas czas poświęcony na jedzenie znowu się wydłuża, zaś sama czynność ponownie nabiera uroczystego charakteru.

Co o tym sądzić? Ciężko cokolwiek powiedzieć jednoznacznie, a jeśli do owej sekwencji zmian dołączy się jeszcze obraz grupy rodzinnej, zebranej wokół ogniska, która przedtem była w ciągłym ruchu i spożywała jedynie to, co zebrała w drodze, całość wcale nie zyskuje na jasności. Wręcz odwrotnie, zwłaszcza, że z ewangelii znamy opowiadanie o uczniach Jezusa, którzy będąc w drodze, w sabat zrywali i jedli kłosy zbóż (Mt 12,1). 

Uwzględniwszy wszystkie spożywcze zwroty akcji, szczególnie te, które w jakiejś mierze korespondują z biblijnymi inspiracjami duchowego życia, wydaje się, że miejsce spożywania posiłku jest drugorzędne. Najważniejsza jest świadomość celowości spożywanego posiłku. Zarówno posiłek, który Hebrajskie klany zjadły tuż przed wyjściem z Egiptu, jak i pożegnalny posiłek Jezusa z przyjaciółmi, czyli dwa fundamenty duchowości o charakterze biblijnym, służą wzmocnieniu przed drogą, prowadzącą Q wolności.

Podobnych świadectw można znaleźć więcej. Wart odnotowania jest posiłek, który Anioł Pański przygotował Eliaszowi, życzącemu sobie śmierci. (1 Krl 19,4-7) W  mocy tego posiłku prorok pokonał czterdziestodniową drogę (kwarantannę na pustyni) do góry Bożej, na której doszło do aktualizacji Bożego obrazu, czyli w istocie do samoaktualizacji proroka. Dla mądrej rady, żebyśmy jedli, aby żyć, a nie żyli, aby jeść (żreć), w biblijnych tekstach znajdujemy więc ciekawe potwierdzenie.

Bez posiłku, który zawdzięczamy dobremu Bogu, nie bylibyśmy w stanie normalnie funkcjonować, ale też więcej, a mianowicie przejść przez pustynię życiowego doświadczenia. Przejście ma nas zmienić i w istocie ma jeden cel, a mianowicie uwolnienie nas ze starych wzorców mentalnych, wyobrażeń, struktur społecznych, czyli przysłowiowego Egiptu, żeby na końcu drogi spotkać się z Bogiem, który czyni nas całkowicie wolnymi. 

Dlatego absolutnie nie zgadzam się z narracją, która od jakiegoś czasu zdominowała wypowiedzi naszych, luterańskich przewodników duchowych, począwszy od Prezydenta i Sekretarza Generalnego Światowej Federacji Luterańskiej, a skończywszy na naszych rodzimych. Pojawia się w niej argument o poście eucharystycznym.

Kto zasadził drzewo, z którego zerwali ów owoc? Czy na pewno Jezus z Galilei, który swoim uczniom, żeby nie byli głodni, pozwolił w sabat rwać kłosy i jeść, a potem wydał im polecenie, aby karmili tłumy, słuchające Jezusa? Jak można przeżyć kwarantannę, czyli duchową drogę przez pustynię, do spotkania z oczyszczającym obrazem Boga, nie posiliwszy się przy Stole Bożym? Jak mamy przejść drogę Eliasza bez posiłku, przygotowanego przez Anioła Bożego?

Co to za teologiczna ściema?  PROTESTUJĘ!

Tak argumentować mógłby Jan Chrzciciel i Jego uczniowie, ale nie nasz Mistrz i Zbawiciel!

Ważne, żebyśmy zrozumieli nie tylko ewangelię Jezusa, ale w ogóle całe przesłanie Jego przyjścia i przejścia przez ludzkie dzieje aż do odejścia. Wcielony Bóg wywyższa człowieczeństwo, czyniąc je arcykapłańską służbą. W narodzeniu Jezusa, Stwórca pokazuje, że wszystko, co pojawia się na ziemi i rośnie mocą naturalnego porządku, jest znakiem Jego obecności. Wszystko, co stworzył, jest święte. I wszystkim, co człowiek (kapłan, który składa swoje życie na ołtarzu miłości) czyni na chwałę Stwórcy, uświęca całe stworzenie.

Dlatego nie sposób pojąć znaczenia tzw. uczty przy Stole Pańskim w oderwaniu od jakiegokolwiek, każdorazowego posiłku, spożywanego przez nas dzięki miłości Stwórcy, który nas codziennie karmi. To nie jest szczególny posiłek, to znaczy duchowo wysterylizowany z sensu codziennej pracy i wdzięczności za dar życia. Wręcz odwrotnie jest posiłkiem ogniskującym to wszystko, co na podobieństwo Jezusa w nas i w naszym życiu jest dobre, błogosławione, uszczęśliwiające i zbawienne. Tylko w tym sensie ów posiłek jest inny i ma znaczenie dla naszej duchowości, ponieważ uświadamia nam i uświęca każdorazowy posiłek, obojętnie gdzie i w jakim gronie przez nas jest spożywany na pamiątkę wiecznej miłości Boga, objawionej w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa.

Bóg zrodził Jezusa. Jezus pielęgnował jedność z Ojcem i dlatego swoim życiem oraz śmiercią napełnił człowieczeństwo esencją boskości.

Bóg rodzi człowieka. Człowiek, pielęgnując związek z Rodzicem, swoim życiem oraz śmiercią ma napełniać kielich swego człowieczeństwa nektarem Bożego Ducha.

Bóg każdego roku stwarza nowe ziarna na chleb. Człowiek codzienną pracą realizuje swoje kapłańskie powołanie i przemienia ziarna w chleb. Praca człowieka jest alchemią miłości i kontynuacją Bożego dzieła karmienia wszystkich ludzi. Gdy Bóg robi swoje i człowiek jako kapłan robi swoje, dzieje się cud Bożego Stołu, przy którym wszyscy mogą najeść się do syta.

Bóg każdego roku budzi winorośle do życia. Z ich owocu człowiek tłoczy  sok, który nauczył się przekształcać w wino. Podając bliźnim kielich pełen wina, człowiek wykonuje dzieło Jezusa w Kanie Galilejskiej, napełniając świat radością i szczęściem.

Każda praca, zmierzająca do wypieku chleba i zamiany wody, krążącej w pędach winorośli, w wino, jest błogosławionym działaniem, dzięki któremu wspólnie obchodzimy pamiątkę zbawczej śmierci Jezusa Chrystusa, dzieląc się chlebem i kielichem. Każdy wspólny posiłek jest spotkaniem się z żywym i zmartwychwstałym Panem, w którym wszyscy jesteśmy zaproszeni na weselną ucztę.

W naszej cichej i pokornej pracy, a potem w radosnym i wdzięcznym ucztowaniu zawsze jest obecny nasz Pan. Niczego więcej nie potrzebujemy, żeby ucztować zbawienie przy Stole Pana, ustawionym na granicy naszych pól i winnic oraz Jego obecności w nas.

Nie potrzebujemy kapłanów, bo nimi jesteśmy.

Nie potrzebujemy ołtarzy, bo są nimi nasze stoły.

Nie potrzebujemy murów oraz instytucji, gwarantującej Bożą obecność, bo świątynią Boga jest człowiek.

Potrzebujemy siebie nawzajem!

Wystarczy praca, wspólny stół, chleb i wino, znak krzyża i wdzięczność.  

Aromaterapia wdzięczności – rozważanie na 5 kwietnia

A po dwóch dniach była Pascha i święto Przaśników. I arcykapłani oraz uczeni w Piśmie szukali sposobu, jak by go podstępem pojmać i zabić.Mówili jednak: Tylko nie w święto, aby nie było rozruchów między ludem. A gdy On był w Betanii, w domu Szymona trędowatego i siedział przy stole, przyszła niewiasta, mająca alabastrowy słoik czystego olejku nardowego, bardzo kosztownego; stłukła alabastrowy słoik i wylała olejek na głowę jego.A niektórzy mówili z oburzeniem między sobą: Na cóż ta strata olejku?Przecież można było ten olejek sprzedać drożej niż za trzysta denarów i rozdać ubogim. I szemrali przeciwko niej. Ale Jezus rzekł: Zostawcie ją; czemu jej przykrość wyrządzacie? Wszak dobry uczynek spełniła względem mnie.Albowiem ubogich zawsze macie pośród siebie i gdy zechcecie, możecie im dobrze czynić, mnie zaś nie zawsze mieć będziecie. Ona, co mogła, to uczyniła, uprzedziła namaszczenie ciała mego na pogrzeb. Zaprawdę powiadam wam: Gdziekolwiek na całym świecie będzie zwiastowana ewangelia, będą opowiadać na jej pamiątkę o tym, co ona uczyniła.                                                   Mk 14,1-9

Jeśli chcesz zrozumieć fragment dzisiejszej ewangelii, nie skupiaj się, jak to zwykle bywa, na Jezusie i Kobiecie, która wylała nardowy olejek na Jego głowę. Wpierw skup się na olejku.

Wyobraź sobie, że po kilku tygodniach zawieszenia niemal całego, dotychczasowego porządku, którym do tej pory kierował się świat, będąc osadzonym z bliskimi za murami kwarantanny i oddzielonym od reszty ludzi, mając z dnia na dzień coraz mniej pewności, że jeszcze cokolwiek trzymasz w dłoniach i najzwyczajniej w świecie możesz o czymś jeszcze myśleć w ten sposób, że ta sytuacja cię tego nie pozbawi, czyli będąc w samym środku nie tylko twojej, ale ogólnoludzkiej zapaści, dziś wybrałeś się na aromaterapię, aby pozbyć się stresu.

Że olejek nardowy jest drogi, wynika z samego tekstu. Wartość ponad trzystu denarów, to równowartość rocznego wynagrodzenia, a więc dla wielu suma niebotyczna. To cena nowego samochodu, remontu mieszkania, wesela córki, itp. Pozbywanie się  takich pieniędzy, zwłaszcza w samym środku szalejącego cyklonu gospodarczego, może wydawać się bardzo nierozsądne.

Nardowy olejek, pozyskiwany z korzeni pachnących kłączy, rosnących w Himalajach, wraz z szafranem i mirrą stanowił na Środkowym Wschodzie składnik najcenniejszych mieszanek olejowych, stosowanych w praktykach relaksacyjnych i leczniczych.

Nard słynie z tego, że poprzez swoje „aromatyczne działanie” uwalnia z emocji niewdzięczności, z powodu której człowiek czuje się ofiarą losu i pechowcem, co często kończy się poczuciem winy i gniewem. Dlatego uwalnia z chciwości, aby wszystko mieć i trzymać pod kontrolą. Poprzez swoje relaksujące działanie, nard rozpuszcza opór przeciwko temu, co się dzieje, czyni zdolnym do wejścia z nurt rzeki życia, a mówiąc inaczej do podążania drogą, której autorem jest Bóg i do przyjęcia zadania. 

Nard jest olejkiem wdzięczności, a więc między innymi akceptacji tego, co się dzieje.

1. Aromat Betanii

Rozumiesz już tę aromaterapię, której Jezus doświadczył tuż przed cierpieniem dzięki wdzięczności bezimiennej Kobiety?

Ktoś musiał zatroszczyć się o Jezusa. Przecież przed Nim były najcięższe i najboleśniejsze doświadczenia życia na ziemi. Mistrz z Galilei na pewno serwisował duszę z taką duchową wprawą, o jakiej nikomu z nas się nie śniło, a mimo tego bez trudu można sobie wyobrazić, jak reagowało ciało, gdy myślał o tym, Q czemu teraz szedł i co najpewniej wydarzy się w najbliższych dniach.

Całe ciało, zestresowane i spięte, twardniało, bo na skutek emocji lęku funkcjonowało w trybie „walcz i uciekaj”. Znasz ten ból, gdy na skutek stresu mięśnie szyi i barków masz do tego stopnia twarde, że dłonie fizjoterapeuty wydają się być szczękami tyranozaura. Przecież Jezus często był w drodze i niejednokrotnie widział cierpiących biedaków, torturowanych przed ukrzyżowaniem i na krzyżu, celowo zabijanych w miejscach publicznych. Wiedział do jakiej znieczulicy są zdolni żołnierze na służbie, przeświadczeni o mocy i mądrości. Rozumiał emocje tłumu i cele władzy.

Jezus od początku nie łudził się, co do kresu życia, jednak w ostatnich dniach atmosfera gęstniała. Każdy relaks, także fizyczne doświadczenie dotyku i aromatycznego zapachu, zwiększający zadowolenie i przyjemność, pomagający przezwyciężyć strach, ułatwiający wdzięczną akceptację „drogi krzyża” były na wagę całorocznego przychodu!  

Otrzymał to od wdzięcznej i miłującej Kobiety. Co potrafiła, to uczyniła, aby wzmocnić Jezusa, przygotowującego się na własny pogrzeb. Jezus nie chciał tej śmierci dla siebie, jako wartości samej w sobie, ale zgodził się na nią, zdając sobie sprawę, że gdyby przed nią uciekł, przekreśliłby swoje życie, podeptałby swoje słowa i podważyłby znaczenie uzdrawiających manifestacji Bożej chwały.

Aromat, który napełnił Betanię, na pewno towarzyszył Jezusowi do samego końca (przecież namaściła Go na śmierć). W pałacu arcykapłana, podczas rozmowy z Piłatem, podczas biczowania i na Golgocie, Jezus cały czas pachniał śmiercią. Nie jakąkolwiek, bezsensowną śmiercią, bo taka zawsze kojarzy się ze słodko-kwaśnym, mdlącym trupim jadem, ale śmiercią z sensem, bo z miłości. Jezus roztaczał zapach nardu, pachniał miłością i wdzięcznością, niczym najpiękniejszy ludzki kwiat.

Jezus jest aromaterapeutą!

Dobrzy i prawdziwi ludzie, którzy poddają się Bożej drodze życia i kochają, zawsze ładnie pachną. Cuchnie śmierć. Gdy nie potrafimy czegoś strawić w żołądku, co duchowo oznacza, że nie godzimy się na to, co życie nam przynosi, wtedy cuchnie nam z ust. Brzydki zapach z ust oznacza, że w życiu jesteśmy fałszywi. Uśmiechamy się do niego, ale wewnętrznie z nim walczymy.

Aromat Jezusa jest zapachem życia większego niż śmierć. Jest zapachem życia z sensem. Życia wdzięcznego i spokojnego. Życia, które samo siebie tworzy jako jeszcze większe i piękniejsze z miłości do ludzi.

Jezus jest aromatem wdzięcznego i spokojnego życia! 

2. Aromat domów w dniach kwarantanny

Który zapach w tych dniach napełnia nasze mieszkania i domy? Aromat Betanii, czy cuchnący i mdlący zapach cmentarza? Co się w nich dzieje? Czy stać nas na aromat wdzięczności, akceptacji, spokojnej zgody na dziejące się zmiany? Czy ufnie zanurzamy się w rzekę życia, którą możemy płynąć ku sensownej śmierci? A może kurczowo trzymamy się jakiegoś brzegu życia i przeklinamy te dni, zmiany i własne życie?

Raz jeszcze powróćmy do Betanii i przypomnijmy sobie aromatyczną alchemię tamtego miejsca.

Żeńska energia wzmocniła energię Mężczyzny, przed którym wyraźnie pojawił się finał życiowego dzieła. Bohaterska moc Jezusa była i jest potrzebna wszystkim ludziom, w równym stopniu, co tamtej, wdzięcznej Pani. Mężczyzna ma przysłowiowe „szerokie plecy” i tężyznę duchową, aby osłaniać słabszych, karmić ich i chronić przed siłą zła. Kobieta ma delikatne dłonie i czułe serce, aby uruchomić męską moc. To właśnie wydarzyło się w Betanii, czyli w „Domu Przyjaciół”.

W Domu Przyjaciół (dom przy/jaźni – jaźń przy jaźni) mieszka mądrość, moc i miłość, czyli płynie w nim Boże życie. Dom Przyjaciół jest miejscem i wspólnotą ludzi Bożych, pomimo tego, że źli ludzie (tylko pozornie Boży – arcykapłani i uczeni w Piśmie) obmyślają jak podstępem pojmać i zabić Jezusa, Prawdziwego Człowieka, czyli tego, który mówi o sobie JESTEM.

Prawdziwe człowieczeństwo, którym jest manifestacja Bożego JESTEM w człowieku, może ocaleć i przetrwać jedynie w Domu Przyjaźni, gdzie jaźń z jaźnią się wspierają, kochają się i wzajemnie sobie służą. Tam pachnie nard, zapach wdzięcznej miłości.

Nic nowego pod słońcem. Przypomnijmy sobie chociażby Deborę i Baraka, który bez wspierającej energii żeńskiej najzwyczajniej w świecie stchórzyłby przed wojskami Sysery, a Izrael stałby nad przepaścią moralnego, duchowego i fizycznego unicestwienia (zob. Sdz 4 i 5). Barak potrzebował Debory, a Debora potrzebowała Baraka. Oboje byli potrzebni Izraelowi.

Kwarantanna Wielkiego Tygodnia to odpowiedni czas na aromaterapię!  

W Domach Przyjaciół niech każdy pachnie spokojną i ufną wdzięcznością za życie. Wzajemnie się wspierajmy i zanurzmy w rzece życia, której nurt rozwesela serce człowieka. Ludzkość, która opuściła Egipt i Q nowemu teraz idzie, potrzebuje pachnących ludzi.

Nie spinajmy się z lęku przed śmiercią. Nie utwardzajmy naszych ciał, bo pod skorupą z kamienia lęku, gniewu i zawziętości, umiera serce. Krew przestaje płynąć i zaczyna cuchnąć cmentarzem.

Amen.

Społeczność Stołu Pańskiego

Zdaję sobie sprawę, że większość moich Kolegów ma odmienne zdanie na temat przystępowania do Stołu Pańskiego w obecnej chwili, kryzysowej i wyjątkowej, niemniej pragnę przedstawić również swój pogląd. Aby nie było wątpliwości są to moje przekonania, których nie należy utożsamiać z tzw. oficjalnym stanowiskiem Kościoła. Co prawda w naszej tradycji  coś takiego, co mogłoby uchodzić za oficjalne stanowisko Kościoła, nie posiada charakteru zobowiązującego, jednak nie ulega kwestii, że przyjęte przez ogół orzeczenia i praktykowane zwyczaje kształtują  duchowość i przekonania Kościoła.

Co zatem z praktyką uczestniczenia w Sakramencie Komunii, zwłaszcza że najbliższe świąteczne dni na pewno przeżyjemy w domach, nie mając możliwości świętowania w kościołach? 

Już pojawiają się wyważone i kierowane duszpasterską troską wskazania, aby potraktować ów czas kwarantanny jako post, po którym z tym większą radością przystąpimy do Stołu Pańskiego, aby dać się nakarmić. Można i tak. Nie mówię, że nie. Mnie niepokoi, że obecna sytuacja, wymuszająca na nas nowe przekonania i zachowania, stwarzając przez to niepowtarzalną szansę na zreformowanie duchowości, ujawnia, jak dalece odeszliśmy od Jezusa, który nie miewał problemu z porzucaniem utrwalonych praktyk, ponieważ przyszedł szukać i ratować,  a nie umacniać tradycję. Praktykowanie każdego zwyczaju jest tak długo dobre, jak długo wszyscy rozumieją pierwotną intencję zwyczaju.

Jaka wobec tego jest pierwotna intencja posiłku Jezusa z uczniami? Nie będę uzasadniał ani teologicznie, ani biblijnie. W zamian zadam pytanie. Otóż wszyscy liczą zgony z powodu koronawirusa. Internet pełen jest zdjęć z trumnami z Włoch i USA, które mają skutecznie działać na wyobraźnię i wywoływać efekt paniki. Może czasem warto być krytycznym i  dać sobie szanse na myślenie? Proszę Was, jeśli tylko Wam się chce, poszukajcie zdjęć ze Stanów Zjednoczonych i Włoch z ostatnich epidemii, na przykład z 2014 r i teraźniejsze. Co zobaczycie? Te same trumny i te same zdjęcia po retuszu.

Więc liczymy zgony. Tak, to prawda każda śmierć jest cierpieniem. Żeby było ich coraz mniej zamyka się nas w domach, izoluje, przekonuje, że nie wolno się zbliżać, dotykać… To przecież objaw największej nieodpowiedzialności.

Szok i panika w jakiejś mierze za jakiś czas przeminą. Co pozostanie? Czy wówczas będą publikowane statystyki zgonów ludzi bezdomnych i biednych, którym teraz nikt nie pomaga, ponieważ pozostali na ulicach. Nie mają domów, a pozostałe domy zostały przed nimi zamknięte. Ulice są puste. Kto pomoże, kto da chleb i kilka złotych? Kto zaśpiewa z nimi pieśń zwycięstwa?

(Dodatek:

Modlitwa, ogłaszająca zbawienie, w czasie pasyjnym

Zaprawdę   godną  i  słuszną,  sprawiedliwą  i  zbawienną  jest  rzeczą,  abyśmy  Tobie,  dobry Ojcze i czuła Mamo,  święty Panie,  wieczne Światło,  zawsze  i na każdym miejscu dziękowali przez Jezusa Chrystusa Pana naszego. Przez Niego dokonałeś zbawienia wszystkich ludzi na krzyżu, aby jak przez nieposłuszeństwo Adama  śmierć pokazała swa moc, przez posłuszeństwo Nowego Adama życie znowu zwyciężyło. Dlatego i my we wspólnocie z wszystkimi ludźmi, aniołami i zastępami niebieskimi śpiewamy na cześć Twoją pieśń chwały. Amen.

Modlitwa, ogłaszająca zbawienie, w czasie wielkanocnym

Zaprawdę godną i słuszną, sprawiedliwą i zbawienną  jest  rzeczą, abyśmy  Ciebie, dobry Ojcze i czuła Mamo, święty Panie, wieczne Światło, zawsze i na każdym miejscu chwalili i wielbili przez Jezusa Chrystusa Pana naszego. Albowiem ofiarował się wielkanocny Baranek, aby uniewinnić każdego człowieka, a ludzką śmierć napełnić światłem zmartwychwstania i życia wiecznego. Dlatego i  my,  razem z aniołami i wszystkimi zastępami niebieskimi śpiewamy na cześć Twoją pieśń chwały. Amen.)

10 lat temu podczas epidemii A/H1N1 w latach 2009–2010 w Polsce zmarły 182 osoby. Pamięta ktoś, podobną dzisiejszej, propagandę paniki? Zwariowaliśmy czy dajemy się manipulować? Teraz zgonów ludzi ulicy będzie na pewno dużo więcej od tych na A/H1N1 albo COVID-19. Czy ktoś się przejmie? Czy w ogóle cokolwiek o tym powie? Pewnie nie, bo taką statystykę ciężko wykorzystać politycznie i ekonomicznie. 

Jestem wstrząśnięty i przerażony tym, jak bardzo nierozsądnie postępujemy. Jak szybko i naiwnie dajemy się zamknąć w zagrodzie niczym stado potulnych owiec. Liniowiec Ocean Princess, którego nie przyjęto do żadnego portu, to prawdopodobnie „największy kawał soli w oku” tych, którzy sieją panikę. Z 3700 uczestników rejsu, z których większość to ludzie starsi, zachorowało jedynie 700 osób, a zmarło siedmioro przy szczątkowej pomocy medycznej. Jak wytłumaczyć bezradność koronawirusa?

Pytam ponownie: Kto przejmie się statystyką zgonów na przykład ludzi ulicy, którzy teraz nie mają do kogo wyciągnąć dłoni, bo wszyscy pozamykani są w domach.

Kim jesteśmy? Pozamykanymi w domach hipokrytami, zastanawiającymi się nad duchowym sensem spożywania Bożych darów oraz „technologią dystrybucji” zbawienia, którzy całkowicie zapomnieli, czym jest wspólny posiłek z Jezusem przy Jego stole!

Swoim uczniom Jezus mówi: „Wy im dajcie jeść” (Mk 6,37), a my zastanawiamy się nad tym, kto ma prawo i w jakich warunkach ma nam dawać jeść!

Opamiętamy się może? Jest jakaś szansa?

Tak wyjątkowa sytuacja, jak teraz, od dawna nie miała miejsca. Niech zatem moi Koledzy odpowiedzą mi na pytanie: Spełniony jest warunek, aby każdy mógł karmić głodnych, czy nie?

Do jakiego poziomu duchowej obłudy musimy się zbliżyć, żeby przestać udawać pobożnych naśladowców Jezusa z Galilei? W tym wyjątkowym czasie każdy z nas ma nie tylko wyjątkowe prawo, ale przede wszystkim wyjątkowe zobowiązanie, żeby z dziękczynieniem wziąć w dłonie chleb i na pamiątkę zbawienia w Jezusie pobłogosławić go, a potem podać najbliższym i wszystkim, którzy są głodni. I podobnie po posiłku to samo powinniśmy uczynić z kielichem.

(Dodatek:  

Pan nasz Jezus Chrystus, tej nocy, której był wydany wziął chleb i podziękowawszy, łamał i  dawał uczniom swoim mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje, które się za was daje.      To czyńcie na pamiątkę moją. Podobnie, gdy było po wieczerzy, wziął i kielich, a podziękowawszy dał im mówiąc: Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, ten kielich jest to nowe przymierze we krwi Mojej, która się za was i za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów. To czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę Moją. )

Z powodu obostrzeń sanitarnych i dla bezpieczeństwa nie spotykamy się. W porządku. Czy dary, które pozostają po wspólnym posiłku przy Stole Jezusa, wolno nam zawiesić na klamce sąsiadów, którym bieda zagląda w oczy, albo dotrzeć z nimi do bezdomnych? Tak czy nie?

Ponieważ jestem księdzem, więc ostrość przykładu, który przytoczę,  jest stępiona. Przed wielu laty, w warunkach ekstremalnego stresu, ochrzciłem dogorywającego w inkubatorze syna. Byłem tak przejęty, że zapomniałem słów ustanowienia. Gdybym nie był księdzem zrobiłbym to samo.

Od kilku tygodni istnieje czy nie istnieje wyjątkowa sytuacja, w której każdy z nas ma kapłański przywilej pobłogosławienia chleba i wina, aby nakarmić potrzebujących i darować im życie na pamiątkę daru zbawienia w Jezusie?

Właśnie teraz, w dniach izolacji, gdy ludzie ulegają panice do tego stopnia, że zaczynają się wzajemnie siebie bać i powoli podnoszą głowy demony wzajemnych podejrzeń, potem oskarżeń, a na koniec pozbywania się podejrzanych (zainfekowanych, niebezpiecznych, nieświętych), musimy wzajemnie czynić sobie to, co swoim uczniom uczynił Jezus podczas pożegnalnego posiłku: „Jeśli tedy Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem nogi wasze, i wy winniście sobie nawzajem  umywać nogi ” (J 13,14 ).

Proszę. Nie czekajmy, aż nas nakarmią chlebem zbawienia i napoją kielichem radości. Nie nas mają karmić. To my jesteśmy od karmienia. W tak wyjątkowych doświadczeniach, jak obecne, przystąpmy ufnie do Stołu Pańskiego i odmówiwszy wszystkie dziękczynienia za dary, dzielmy się miłością. 

W Wielki Piątek i w Święta Zmartwychwstania, jeśli tylko chcemy, możemy uczestniczyć w społeczności Stołu Jezusa, aby sakrament, którym jest Chrystus, uczynić pokarmem miłości.

(Dodatek:

Wszechmogący Boże, dobry Ojcze i czuła Mamo, dziękujemy za Jezusa Chrystusa, który z miłości ofiarował swoje życie, aby uwolnić nas z niewoli grzechu. Przyjmij nasze uwielbienie, że będąc Jego ciałem możemy dzielić się życiem, i mając udział w kielichu Jego miłości możemy uczestniczyć w cudzie nowego życia. Wysłuchaj nas przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Amen.)

Pocieszenie dla ludzi chwały – rozważanie na 22 marca

Radujcie się z Jeruzalemem i cieszcie się z nim wszyscy, którzy je miłujecie! Wykrzykujcie radośnie z nim wszyscy, którzy jesteście po nim w żałobie. Abyście  ssali do syta pierś jego pociechy, abyście napili się i pokrzepili potęgą jego chwały. Tak bowiem mówi Pan: Oto Ja skieruję do niego dobrobyt jak rzekę i bogactwo narodów jak wezbrany strumień. Wtedy ich niemowlęta będą noszone na ramionach i pieszczone na kolanach. Jak matka pociesza syna, tak Ja będę was pocieszał i w Jeruzalemie doznacie pociechy. Gdy to zobaczycie, rozdaruje się wasze serce i jak świeża trawa zakwitną wasze kości; objawi się ręka Pana jego sługom, a jego zawziętość jego nieprzyjaciołom.                Iz 66, 10-14

Świat nam marnieje. Ten znany, otoczony wysokim murem, w którym znana jest każda uliczka, każdy kamień, każde tajemne przejście, rozwalany jest na naszych oczach.

Siedzimy, jak wygnańcy i obserwujemy. Stare przemija, nowego nie jesteśmy pewni, ale wiemy już na pewno, że uczestniczymy w wielkiej przemianie. Wielu odczuwa strach, tymczasem Bóg przybywa i mówi: Wykrzykujcie radośnie wszyscy, którzy jesteście w żałobie po starym świecie.

Obyśmy byli ludźmi chwały, ponieważ Bóg pociesza tylko tych, którzy manifestują Jego chwałę w świecie. 

1. Znamiona nowego  

Włosi wstrzymali prawie całą produkcję przemysłową. Nagle okazuje się, że  nadrzędność ekonomii nad ekologią i ekumenią (ludzką wspólnotą) jest naruszalna i prawdopodobnie ekonomiści z bankierami, którzy nie przerobili lekcji kryzysu z 2007 r. albo udają, że nie rozumieją, co wówczas się wydarzyło, będą musieli wreszcie zacząć myśleć holistycznie, uwzględniając wartość, jaką ludzka wspólnota stanowi sama w sobie, a także kondycję domu, którym dla ziemian póki co jest ziemia. 

Polacy pierwszy raz od kilkuset lat usłyszeli, że mogą tworzyć prawdziwą wspólnotę dzieci Bożych nie obawiając się Bożej kary za opuszczenie niedzielnego nabożeństwa. Może wejść im w nawyk? A może zaczną myśleć nad rolą Kościoła albo swoim aktywnym współuczestniczeniu w miejsce rytualnej obecności? Duchowość zajmie miejsce rytualnej pobożności? Instytucję zastąpi poczucie więzi i wzajemna wymiana darów? Budynki kościelne, zamienione na mieszkania, wyręczy wirtualna sieć?

Dzieci i młodzież, nie uczestnicząc w zajęciach szkolnych, mimo wszystko mogą się uczyć. A zatem pruski model wdrażania do obywatelskiego posłuszeństwa i uczenia ról społecznych oraz zawodowych umiejętności chwieje się w posadach. Już wkrótce może się okazać, że nakłady na edukację mogą być dużo niższe, a umiejętności uczonych wcale nie mniejsze, jednak w zupełnie innych zakresach, odpowiednich dla współczesnego stanu cywilizacji oraz potrzeb.

W jaki sposób będą ewoluowały wzorce polityczne i rola partii w strukturze władzy na tym etapie trudno dokładniej przewidzieć, chociaż przypuszczać można, że dojdzie do rozwiązań siłowych. W sumie na krótką metę niczego dobrego to nie wróży, ale już w dłuższej perspektywie dziejowej na pewno tak. Prawdopodobnie po mocnej reakcji wstecznej, próbującej wzmocnić postwersalski porządek polityczny (panika rozdmuchiwana przez media i rządy, wbrew naukowym danym, których autorami są wirusolodzy daje do myślenia), oparty o strukturę państw narodowych i partię jako reprezentację, dojdzie do powstania społeczeństwa bardziej świadomego swoich praw.

W rodzinach dojdzie do ostrej polaryzacji. Teraz okaże się, kto rzeczywiście nas kocha i pomimo lęku tworzy z nami wspólnotę, a komu jesteśmy potrzebni tylko po to, aby nie czuł się samotny albo miał poczucie bezpieczeństwa.

Wszystkie stare struktury, oczywiście w zależności od tego, jak długo potrwa epidemia i jej społeczne oraz ekonomiczne konsekwencje, ulegną procesowi ewolucyjnych zmian bądź radykalnej przebudowie. Co do tej pory było święte, zostanie zburzone. Jak Izrael stracił ukochane miasto i świątynię, w której składał codzienne ofiary na znak wierności Najwyższemu, tak i my tracimy nasze świętości, a w najwyższym stopniu to wszystko, co było tradycyjnym znakiem naszej pobożności i oddania Bogu. Sfera religijna już uległa procesowi uwewnętrznienia. Z wzorca instytucjonalnego i rytualnego, przenicowuje się w doświadczenie duchowe, dzięki któremu większość z nas pierwszy raz w życiu będzie miała okazję nawiązać kontakt z własną duszą, wejść na własną drogę i doświadczyć lepszego życia.

Chwała Bogu, że skierował w nasz świat dobrobyt jak rzekę i bogactwo narodów jak wezbrany strumień (…). Jak matka pociesza syna, tak Bóg będzie nas pocieszał w odnowionym świecie i doznamy pociechy.

2. Ludzie chwały

Wszystko już się rozstrzygnęło, albowiem Bóg postanowił i wykonał. Więc niczego nie jesteśmy w stanie powstrzymać, a już na pewno zmian, które płyną jak rzeka. Co możemy? Pozostawanie w żałobie po starym świecie jest całkowicie nierozsądne! Wejdźmy do rzeki i nurtowi Bożej miłości lekko dajmy się nieść do celu, czemu służą zmiany, wywołane epidemią. Serca dajmy karmić pociechą, aby uspokoiły się nasze głowy.

Biblijne hasło, rozpoczynającego się dziś tygodnia, uświadamia, że pszeniczne ziarenko musi pęknąć, aby woda obudziła w nim dar życia (J 12,24). Wystarczy mała szczelinka w sposobie myślenia i postrzegania świata; małe przesunięcie nienaruszalnych dotychczas płyt tektonicznych, którymi są społeczne, polityczne, religijne i ekonomiczne wzorce, żeby rozpoczął się wiosenny cud nowego życia. Nie przypadkiem w naszym, europejskim, domu zmiany zaczęły zachodzić w okresie pasyjnym, czyli  trakcie wiosennej odnowy życia. Gdy na rzekach puszczają przysłowiowe lody, a kry kruszą się w coraz mniejsze kawałki, pozwalając wodzie swobodnie płynąć ku morzu, udrażniają się  nasze cywilizacyjne tętnice i żyły, aby świat nie umarł zamrożony lękiem przed nieznanym.

Przy okazji ostrzegam wszystkich, którzy z lęku i oportunizmu powstrzymują życiowe zmiany, że w związku z epidemią koronawirusa wpierw uduszą się Ci, którzy na „złość mamie” nie chcą swobodnie i ufnie oddychać, jednak w następnej kolejności pojawi się fala zachorowań na choroby limfatyczne i układu krwionośnego. Liczba zgonów również będzie wyższa od przeciętnej.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. Kto ma oczy do oglądania, niech się dziwi. Zobaczmy, co czyni dla nas Bóg, a rozradują się nasze serce i jak świeża trawa zakwitną nasze kości. Ręka Boża objawi się jego sługom, a jego zawziętość jego nieprzyjaciołom. Jak długo samych siebie będziemy zwodzić i okłamywać, że mamy pecha, a epidemia, jak przyszła, tak odejdzie, my zaś wrócimy do starych przekonań, przyzwyczajeń i zachowań?  

Na oczach wszystkich ludzi Bóg objawia swoją chwałę, doprowadzając pszeniczne ziarenko do pęknięcia, aby mogło ożyć i stać się źródłem nowego życia dla tych, którzy tym chlebem chcą się najeść do syta i dać się pocieszyć.

Boża chwała manifestuje się przez ludzi chwały! Czyli takich, którzy nie opierają się Bożemu działaniu i pozwalają się rozweselić w nurtach rzeki życia, której źródłem i celem jest wieczna Dobroć i Miłość; Ojciec, który nas karmi i Mama, która nas pociesza.

Ludzie chwały mają podniesione głowy i nasłuchują, skąd przychodzi wybawienie. We wszystkim, w czym ludzie nieszczęścia dostrzegają źródło lęku, cierpienia i narzekania, ludzie chwały widzą nowy świat, za który wdzięcznie dziękują. Poznać ich po tym, że dali się pocieszyć, więc już są tacy, jaki jest nowy świat. Manifestują sobą to, co się wypełnia. Amen.

Wiara a zdrowy rozsądek

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Narobiło się wśród uczniów Mistrza z Galilei, że hej.

Co prawda to nie jest ostry i jednoznaczny podział, ale przecież widać wyraźnie, że jedni z nas optują za tzw. religijnym zdrowym rozsądkiem i w swoim mniemaniu znajdują na to mocne argumenty, a tymczasem druga grupa na ostrzu noża stawia znaczenie wiary, na podorędziu mając z kolei własny arsenał amunicji.

Czy ów intelektualny i duchowy rozgardiasz da się jakoś posprzątać, bo można żywić obawy, że polaryzacja będzie się nasilała. Czy rozsądek i wiara to kategorie sobie absolutnie przeciwne?  Czy wierząc, rozsądek pozostaje sobą? Czy sądząc rozumem, wiara pozostaje sobą?

A może wiara jest sobą dopiero wówczas, gdy jest rozsądna, zaś rozsądek, gdy bezwarunkowo wierzy?  

A może ów podział na wiarę i rozsądek, czyli serce i rozum, wcale nie jest rozsądny i może oznaczać całkowity brak wiary?

Próbowałem to wytłumaczyć 11 marca, tekstem pt: Wirus pozbawia nas korony.

Dziś raz jeszcze, ale inaczej, krócej i prościej. Przynajmniej taką mam nadzieję.  

Wyjdźmy zatem od kontekstu. Panuje epidemia koronawirusa. Większość z nas ewidentnie się boi i energetycznie leci w „dół na łeb na szyję” . Pozostali próbują zarządzać wiarą i wykorzystywać jej energię, żeby nie osłabiać zdolności obronnych. Wszystkich co prawda łączy kategoria odpowiedzialności, jednak absurdalnie rozumiana.

Większość z nas w zaistniałej sytuacji epidemiologicznej kojarzy odpowiedzialność z ochroną innych przed niebezpieczeństwem. Czy słusznie?

Odpowiedź + działanie = odpowiedzialność. Czyli nasze działanie powinno być odpowiedzią. Co zatem jest pytaniem? Oczywiście sytuacja. Czy każde zachowanie, chroniące innych przed niebezpieczeństwem przez wycofanie się, zamknięcie oraz izolację na pewno jest właściwą odpowiedzią na zadane nam pytanie?

Kto zadaje to pytanie?  Mam nadzieję, że dla uczniów Mistrza z Galilei jest oczywiste, że pytającym jest Bóg. O co pyta? O rozsądek pyta, czy wiarę?

I teraz zaczyna się jazda. Pyta: „Gdzie jesteś Adamie?”; „Gdzie jest brat twój Abel?”; „Hagar, niewolnico Saraj, dokąd przychodzisz i dokąd idziesz?”, itp. O co zatem pyta Bóg? O nas samych i naszych bliźnich . Pyta o nasz stosunek do życia i o to, co robimy ze swoim życiem.

Nie pyta więc o wiarę i rozsądek. Pyta o grzech, bo chce doprowadzić do zbawienia.

Kim więc jesteś uczniu Mistrza z Galilei i czy wiesz, czego potrzebuje drugi człowiek, dla którego jesteś bliźnim? Jaki masz stosunek do swego życia i co masz zamiar z nim uczynić dla innych?  

Rozstrzygająca o wszystkim jest zatem odpowiedź, której udzielam jako działanie w konkretnej potrzebie człowieka, ponieważ ja – Marek Uglorz – jestem dla niego bliźnim. Nie on dla mnie, ale ja dla niego. Nie powinienem pytać, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja jestem bliźnim!

Wdzięcznie dziękuję zatem Bogu za to, że jestem. Uśmiecham się do Źródła wszystkiego, co jest, i dlatego też do siebie. Proszę, aby ożywczy strumień miłości płynął przeze mnie do innych. Gdybym przestał się kochać i szanować, zatamuję ów strumień w sobie. Jeśli umrę fizycznie bądź duchowo, innym nie pomogę. To oznacza, że mam się zabezpieczyć, jak potrafię najlepiej, zażyć środki, które fachowcy rekomendują jako właściwe. Potem muszę polecić i podać je innym. Oczywiście powinienem unikać miejsc oraz ludzi zawsze wtedy, gdy moja obecność wynikałaby jedynie z ciekawości albo oportunizmu, a narażałaby mnie oraz innych na chorobę, cierpienie i śmierć. Przecież jako bliźni nie chcę innych krzywdzić.

Gdyby jednak okazało się, że Bóg mnie potrzebuje, czy muszę bać się śmierci? Przecież jestem ochrzczony, a więc śmierć dawno mam za sobą. Wszystko, co mnie spotyka jest już tylko wznoszącą się falą życia i zyskiem w sensie duchowym. Od Boga zależy, a nie od mojej woli, kiedy, gdzie i w jaki sposób przeprowadzi mnie przez bramę śmierci do Ogrodu Życia. Ważne, abym w tej godzinie miał świadomość, że uczyniłem wszystko, co do mnie należało, to znaczy, że byłem bliźnim dla wszystkich, którzy tego potrzebowali, i niczego nie zaniedbałem. Gdy uczeń Mistrza z Galilei jest pewien, że uczynił wszystko, co do niego należało, nie musi ani nie powinien czuć się winnym za swoją, ani niczyją śmierć. Ocena należy wyłącznie do Boga.

Gdy więc widzę, że ktoś jest w potrzebie, mam dla niego być bliźnim i pomóc mu w jego „życiowym rowie”. Inni przejdą obok niego z daleka. Nie dotkną się go, ponieważ tak nakazuje prawo, rytuał, poczucie obowiązku, żeby zachowywać czystość. Pójdą do świątyni wielbić Boga. Ja mam się zatrzymać i podać mu dłoń. Wsadzić na osiołka i zaopiekować się nim, niczego się nie bojąc. Muszę zatem być w drodze i kochać go. Nie wolno mi unikać miejsca, w którym bliźni mnie potrzebuje. Nie wolno mi się bać, że mnie zarazi., bo  kiedy, gdzie i jak umrę, zależy od Boga, a nie od mojej woli.

Moim zdaniem w takim zachowaniu nie ma żadnego napięcia pomiędzy rozsądkiem a wiarą. Jestem wtedy tylko uczniem Mistrza z Galilei i Zbawiciela z  Golgoty.

Proszę nie oczekiwać po mnie heroizmu skrajnych postaw.  Nie chcę być kapłanem i lewitą. Nie chcę też bezsensownie umierać. Chcę tylko, żeby Bóg mógł przeze mnie działać.

Nie utożsamiaj się – rozważanie na 15 marca

„Gdy tedy szli drogą, rzekł ktoś do niego: Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz.A Jezus rzekł do niego: Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił.Do drugiego zaś rzekł: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól nam najpierw odejść i pogrzebać ojca mego.Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże.Powiedział też inny: Pójdę za tobą, Panie, pierwej jednak pozwól mi pożegnać się z tymi, którzy są w domu moim. A Jezus rzekł do niego:Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. Łk 9,57-62

Dzisiejszym hasłem biblijnym jest krótki fragment 25-tego Psalmu: „Oczy moje zawsze patrzą na Pana” (Ps 25,15). Warto zajrzeć do Biblii, aby przeczytać następny fragment: „Bo On wyswobadza z sieci nogi moje”. Dopiero teraz hasło niedzieli nabiera znaczenia, zresztą wymownego w dniach szczególnego usidlenia.

Dzisiejsza niedziela jest pierwszą od dziesiątków lat, bo nie zdarzyło się podobnie od 13-tego grudnia 1981 r., że zwłaszcza mieszkańcy miast nie bardzo mają dokąd wyjść. Zamknięte sklepy, restauracje, budynki kościelne. Miejsc do spacerowania często w pobliżu nie mają. Mogą poczuć się usidleni. Zresztą nie tylko mieszczanie. Większość z nas może mieć wewnętrzne, duchowe przeświadczenie, że wpadliśmy w sieć, z której ktoś musi nas wyswobodzić.

Nie sugeruję, że jest nią epidemia wirusa. Ona jest manifestacją czegoś większego, bardziej fundamentalnego, co dotyczy olbrzymiej części aktualnej populacji. Ludzkość naprawdę wpadła w sieć, a epidemia jest tylko biologicznym i społecznym uzewnętrznieniem wewnętrznego konfliktu, zapętlenia, blokady, strachu, przeżywanego przez większość z nas.

Zapewne z punktu widzenia duchowego dzisiejsza niedziela jest krytyczna. Następna będzie już tylko kontynuacją. Dziś natomiast rozstrzyga się nasz stosunek do nowej sytuacji geospołecznej. Trzeba zmierzyć się ze swoim sprzeciwem, zracjonalizować bunt, uśmiechnąć do samych siebie i zobaczyć, że w mieszkaniu są jeszcze inni, przed którymi nie da się schronić, ani razem z nimi uciec przed szczerą relacją.

Dziś dzieje się coś ważnego. Dziś pierwszy raz od wielu lat przeżywamy prawdziwą niedzielę, to jest taką, jaką powinna być każda! Dziś łatwo nie uciekniemy przez sobą. Dziś nie pierzchniemy w zewnętrzny świat, aby nie musieć wejść w siebie. Tymczasem dziś nasze prawdziwe JESTEM czeka na nas. Dla wielu z nas jest potworem, którego panicznie się boimy, dlatego w zewnętrznym świecie mamy wiele miejsc, gdzie możemy karmić swoje EGO i udawać przed sobą, że jesteśmy szczęśliwi.

Dopiero dziś dla wielu z nas zaczyna się prawdziwy post i odkrywanie pasji życia. Koniec z kłamstwami na własny temat. Ucieczka przed sobą stała się trudna. A do wykonania pozostała najważniejsza praca duchowa z pytaniem: Czym jest sieć, do której dałem się złapać? Z czym utożsamiam się do tego stopnia, że boję się to stracić  i dlatego dobrowolnie siedzę w sieci?

1. Utożsamienia są kłamstwem

Duchowe życie z Jezusem w niczym nie przypomina przekolorowanych baśni Andersena w wykonaniu kościelnych bibliobajarzy: „Patrz na Jezusa. Patrz na Ukrzyżowanego. Patrz z pokorą na krzyż. On Cię wyzwoli. Patrz, jak cudowny świat stworzył Bóg. Zaufaj Mu, a będziesz żył”.

Wie ktoś, co te słowa znaczą w praktycznym i codziennym życiu?  Co znaczą dziś, dla ludzi zmrożonych lękiem z powodu epidemii? Coś tam przebąkujemy o odpowiedzialności za drugiego… .

Mam wątpliwość, czy naprawdę chodzi o drugiego, czy w istocie nie o siebie!

Patrz na Tego, który wyzwala z sieci Twoje nogi! Przecież jesteś w sieci! Dałeś się złapać, a przed samym sobą udajesz, że jesteś wolny i szczęśliwy. Jeśli tak, dlaczego czujesz wewnętrzną pustkę? Dlaczego zażywasz tabletki nasenne? Dlaczego leczysz się na depresję? Dlaczego boisz się odjeść z pracy, do której chodzisz, jak na  codzienną egzekucję? Dlaczego nie znosisz swojego domu, ale nie masz odwagi znaleźć nowego? Dlaczego?

Zapewne sądzisz, że jesteś jednym z wierniejszych i lepszych uczniów Jezusa w promieniu kilku kilometrów? Taaaaaaak. Na pewno.

Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił”. Potrafisz żyć chwilą? Potrafisz przestać się troszczyć? Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy schronić. Widzisz to? A Twoja głowa stale szuka schronienia w „zewnętrznych domach”, w tym, co potrafi przemyśleć, zaplanować, przewidzieć, zdobyć i boi się, że to wszystko straci. Twoja głowa jest dla Ciebie wszystkim i boisz się, że ją stracisz. Nie podążasz za sercem, żyjesz głową, więc Twoja deklaracja, że będziesz towarzyszył Jezusowi jest pustosłowiem. On każdego dnia jest w nowym TERAZ, którego nie da się zaplanować ani przewidzieć. Wchodzi w nie i cieszą się nim. Ty wciąż jesteś albo we wczoraj albo w jutrze. Przestań się okłamywać, że jesteś pobożny!

Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże”. Nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś zamieszkać z dala od swego kościoła, zmienić tradycję, opuścić mentalny świat swoich rodziców? Nie potrafisz wyrzucić zdjęć, nad którymi raz na kwartał płaczesz? Wciąż mówisz, że najważniejsza jest rodzinna, religijna, plemienna tradycja i zapewne masz o sobie jak najlepsze mniemanie, jako o towarzyszu Jezusa w drodze życia? Naprawdę mieszkasz na cmentarzu, a tymczasem Ten, który z sieci wyzwala ludzkie nogi, nie pozostał na cmentarzu, na którym luzie Go zostawili. Opuścił te ziemię i jest żywym TERAZ. Nie okłamuj się.

Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. Oczywiście chcesz być grzeczny. Wypada się pożegnać. Nie znosisz radykalnych rozwiązań i natychmiastowych cięć. Nie potrafisz rozwiązać węzłów, którymi mentalnie związali Cię rodzice, nauczyciele, księża, autorytety. Nie potrafisz zerwać ślubów, które kazali Ci złożyć inni i myślisz, że z tymi kulami u nóg nadążysz za żywym, zdrowym i wolnym Jezusem?  Naprawdę tak myślisz? Może w dodatku jesteś księdzem albo biskupem, może diakonem albo inaczej służysz i w ten sposób myślisz? Nie okłamuj się: Nogi masz w sieci, a Ty jesteś niewolnikiem.

Oczy spoglądające na Wybawiciela to metafora konkretnej, duchowej pracy do wykonania. Pan wyprowadzi Cię na wolność, ale Ty idź za głosem serca i przestań żyć głową, z tradycji nie czyń bożka, zerwij wszystkie śluby, które są mentalnymi kajdanami, abyś nie był sobą.

Inaczej mówiąc, ta duchowa praca polega na tym, że musisz zadać sobie pytanie o to, z czym się utożsamiasz? Każde utożsamienie jest siecią. Gdy się z czymś utożsamiasz do tego stopnia, że boisz się to stracić, jesteś w sieci. Nie żyjesz. Jesteś martwy. Nie myśl, że w drodze życia jesteś towarzyszem Jezusa! Każde utożsamienie jest kłamstwem, którym okłamujesz siebie i świat.

Jezusa nie okłamiesz!!!

2. Prawda wyzwala do życia w Królestwie Bożej obecności

Epidemia koronawirusa nie jest pechem, zmową złych, czyimś grzechem albo karą Bożą. Epidemia jest doświadczeniem, w którym objawia się Boża chwała. W jaki sposób? Jedyny możliwy. Spojrzyj na Wyzwoliciela, który uwolni Cię z Twojej sieci. Za bardzo utożsamiasz się z czymś, co jest Ci potrzebne, aby czuć się bezpiecznie. Dlatego się dusisz. Bóg objawi swoją chwałę, gdy dasz się z tego wyzwolić.

Dusisz się nie z powodu wirusa, ale ze strachu, że choroba zabierze Ci to, z czym się utożsamiasz. Wirus jest jedynie wyzwalaczem Twego uwewnętrznionego strachu, że dobrze znany Ci świat, który sobie poukładałeś głową, zbudowany z tradycji i zwyczajów, które nie wymagają uważnego myślenia ani świadomego działania, bo są zbiorem bodźców, wyzwalających określone reakcje, nagle przeminie. A im bardziej się boisz, tym pewniej stara postać świata przeminie, bo wirus Cię zabije. Strach najbardziej obniża Twą biologiczną zdolność obrony przed wirusem.

Dusisz się, bo się  boisz, że nagle stracisz stanowisko, pozycję społeczną, przestaną Cię nazywać, cenić, zapraszać, nie będziesz mógł bywać wśród tych, dla których jesteś kimś ważnym. Nagle może się okazać, że Twoja prezydentura, profesura albo inna „tresura” do przewidywalnych sądów oraz zachowań straci swój sens i rację bytu. Jeśli tego wszystkiego się boisz, jesteś w sieci.  

Daj się wyzwolić prawdą o sobie samym. Nie żyj w świecie iluzji. Twoje EGO tworzy utożsamienia, bo dzięki nim czuje się świetnie w zewnętrznym świecie, ale w nie Królestwie Bożym, które jest Bożą obecnością w Tobie! W Królestwie Bożym swoją pracę musi wykonać Twe prawdziwe JESTEM.

Ono nie ogląda się wstecz, bo się nie boi. JESTEM nie utożsamia się, bo jest obrazem Boga o imieniu JESTEM w Tobie. Po prostu bądź czysty, prawdziwy nagi. Nie potrzebujesz niczego, co możesz stworzyć, zdobyć i osiągnąć w świecie. Potrzebujesz siebie takim, jakim możesz być TERAZ, będąc prawdziwym JESTEM. Wtedy będziesz wolny. Od niczego i nikogo niezależnym. Przestaniesz się bać, że stracisz to, co sam zdobyłeś. Wirus straci swą moc nad Tobą. Nabierzesz powietrza w płuca w przekonaniu, że cudownie jest żyć chwilą, cieszyć się i być wdzięcznym.  

Wyprostujesz się, bo całym sobą poczujesz wybawienie! Chwycisz pług i zaczniesz z pasją żyć w Królestwie Bożej obecności. Amen.

Eucharystia w kryzysie – proszę o ustawienia początkowe

Dziejące się zmiany pokazują, jak wielkim błogosławieństwem jest kryzys. Z bezwzględnością skalpela ujawnia, co jest dobre, co zaś złe. Pozwala dostrzec prawdziwą jakość relacji, poziom zaufania i lęku, mentalne kłamstwa, wreszcie demaskuje iluzje, które od tak dawna rządzą naszą zbiorową wyobraźnią, że zdążyliśmy się do nich nie tylko przyzwyczaić, ale nawet w nie uwierzyć.

Jeśli jakiś błąd społeczny i mentalny albo teologiczny i duchowy programuje się małymi zmianami, wówczas nasza świadomość nie zauważa jakościowej różnicy pomiędzy stanem wyjściowym a aktualnym. Dopiero całkowite zawieszenie systemu pozwala dostrzec wirusy, które stopniowo przejmowały kontrolę nad urządzeniem, ale też władzę nad systemem społecznym. Kryzys, czyli zawieszenie systemu, jest zawsze szansą, aby urządzenie, instytucję społeczną zaprogramować na nowo. Często wcale nie używając nowych narzędzi, a jedynie przywracając ustawienia startowe, fabryczne.

Zainfekowani wirusem, w momencie zawieszenia się systemu operacyjnego, w większości możemy teraz dostrzec to, o czym pisałem między innymi w ubiegłoroczny Wielki Czwartek. To, jak teologicznie i praktycznie męczymy się, żeby wszystkim umożliwić uczestniczenie w sakramencie Wieczerzy Pańskiej, najzwyczajniej w świecie budzi śmiech.

Na rękę czy do ust? Dotykać czy nie? Wycierać czy suszyć? Używać chusteczek i plastiku, a może bardziej ekologicznie? Proszę , zjedźmy wreszcie z tego ronda, wokół którego jeździmy jak obłąkani szaleńcy. Stańmy na poboczu i zadajmy pytanie: Co na siłę chcemy ocalić z Eucharystii, skoro nie ma już czego ocalać? Septyczne technologie całkowicie przysłoniły nam dynamizm miłości, a wierność tradycji stała się ważniejsza od duchowego sensu. To urąga naszemu Mistrzowi, Jezusowi, który z miłości dał się jako źródło życia.

Upamiętniając bezwarunkową śmierć, która jest figurą zbawienia, zastanawiamy się, w jaki sposób nie zainfekować się wirusem, którego się boimy. Pytamy, jak zminimalizować bezpośredni kontakt cielesny, spożywając w postaci chleba zmaterializowaną obecność żywego Jezusa Chrystusa, który podczas swojej pasji był bity, opluwany, torturowany, dotykany, popychany, raniony. Próbujemy znaleźć najlepsze rozwiązanie sanitarne, żeby w trakcie picia z kielicha, który jest znakiem niezwyciężonego i wiecznego życia, nie przenosiła się śmierć.

Nie chodzi o wiarę. Naprawdę nie chodzi o znane z historii chrześcijaństwa „wiaromierze”, z pomocą których eliminowalibyśmy z naszego grona niedowiarków i duchowe safanduły. Chodzi o coś zgoła innego. Eucharystia nie jest miernikiem poziomu wiary, która miałaby irracjonalny sens. Jest świadectwem wiary czynnej w miłości, bo tylko ona ma sens! Eucharystia nie jest rytuałem, bo jest płynącym życiem. Nie jest tylko pamiątką zbawczej śmierci, bo jest też obecnością JESTEM w teraz naszego życia. Nie jest pozostałością po historii Jezusa, bo jest przede wszystkim obecnością Zmartwychwstałego. Wreszcie nie jest błaganiem o dar, ale aktem największej wdzięczności za obdarowanie.

Wdzięczności, która zawsze wyraża się w ten sam sposób: na oczach rozsądnego, ekonomicznie poukładanego i pobożnie przypudrowanego świata, wdzięczna Kobieta wylewa drogocenny olejek na nogi Potrzebującego i masuje je swoimi włosami. Ani to higieniczne, ani ekonomicznie uzasadnione, ani o zgrozo moralne. A mimo to do końca świata ma być opowiadane i powtarzane.

Co z tej dynamiki wdzięcznej miłości pozostało w rytualnym przystępowaniu do sakramentu Wieczerzy Pańskiej, czyli podczas wdzięcznej uczty? 

Już w czasach apostołów na przykład Koryntianie nie potrafili dzielić się tym, co przynieśli na ucztę, upamiętniającą pamiątkę śmierci Pańskiej. Zamiast podać chleb głodnym, a spragnionym pozwolić napić się wina, wpadali do przyniesionych przez siebie darów i spożywali bez umiaru, zapominając o biednych, którym ów posiłek był przecież dedykowany. Tym samym, zachowując zewnętrzną formę i dbając o podtrzymywanie zwyczaju, całkowicie zatracili jego sens.

Przecież już podczas pożegnalnej wieczerzy z uczniami, wykorzystując żydowski rytuał paschy, Jezus pokazał znaczenie śmierci, wykorzystując symbolikę chleba i wspólnego kielicha, napełnionego winem. Tym samym kolejny raz, tym razem ostatni, nawiązał do imion, które sam sobie nadał: „Ja jestem chlebem żywota” (J 6,48); „Ja jestem krzewem winnym” (J 15,5). Śmierć na krzyżu nie była więc czymś nieprzewidzianym i niespójnym z poprzedzającą działalnością.

Jako Mesjasz, począwszy od przezwyciężenia pustynnej pokusy, aby w chwili przejmującego głodu dla samego siebie zamienić kamień w chleb, konsekwentnie był chlebem dla świata, to znaczy źródłem życiowych potrzeb, zaspokajającym głód wszystkich biednych, pogubionych i tych, którzy z jakiegoś powodu mają się źle.

Jako Mesjasz, począwszy od zamiany wody w wino, czym w Kanie Galilejskiej objawił, że wszyscy spragnieni zbawienia mogą przez Niego bez obaw i lęku szukać Bożej obecności, aby odnowić swojego ducha, był kielichem Ducha Bożego.

W trakcie pożegnalnego posiłku Jezus dzieli się sobą jako chleb i wino. Pokazuje i oświadcza: We Mnie macie wszystko. Nie musicie się bać, ani współzawodniczyć. Chleba ani wina nie zabraknie nikomu, jeśli będziecie we Mnie trwać i spożywać chleb, którym Ja Jestem. W Mojej śmierci bije źródło Waszego zbawienia, więc bądźcie wspólnotą życia a nie śmierci. Wspólnie łamcie chleb i podawajcie go sobie z ręki do reki, a nie spożywajcie po kryjomu, aby zaspokajać własne potrzeby. Pijcie z jednego kielicha, uczestnicząc w jednym Duchu, świętując wybawienie z mocy śmierci, a nie upijajcie się w samotności, aby przezwyciężać lęk przed śmiercią.

W Koryncie to wszystko zostało zapominane i stracone. Już nikt się nie dzielił, więc musiało dojść do podziału. Koryntianie przestali dzielić się chlebem i kielichem, więc z braku miłości przestali być dzielni i ulegli lękowi. Gdy sercami rządzi lęk, wówczas między ludźmi powstają podziały. Póki dzielimy się chlebem i kielichem, pozostajemy dzielni w miłości i zachowujemy jedność.

Co uświadamiają nam nasze beznadziejne wysiłki, żeby w godzinie wirusowej infekcji nie zaprzestać praktykowania pustego rytuału? Że system jest całkowicie zawieszony, ponieważ infekcja stała się pandemią. Nie działa operacyjny system żywego organizmu, którym jest Kościół jako ciało Chrystusa.

Próbując okazywać wdzięczność Bogu za zbawienie w Chrystusie, zamiast nakarmić bliźniego, boimy się  kontaktu z nim; zamiast napoić go z kielicha miłości, boimy się o siebie.

Albo post przed uczestniczeniem w Wieczerzy Pańskiej, czy nie jest okrutnym kłamstwem, którym sami siebie zwodzimy, nie praktykując wdzięczności za zbawienie czynami miłości?  Czy to, czego nie zjedliśmy w domach, na pewno przynosimy z sobą, aby podzielić się z głodnymi? No właśnie. Po wspólnej Wieczerzy Pańskiej z radością mkniemy do naszych domów, część zapewne do restauracji, aby najeść się do syta po rytualnej głodówce, która ma zaostrzyć smak. Z radością zacierając dłonie, w drodze przypominamy sobie zapachy kawy, świeżo upieczonych ciast, smaki sałatek i mięs.

Pozostał pusty rytuał, w którym trudno odnaleźć Jezusowego ducha, przeżyć ponownie Jego obecność i zrozumieć sens Jego śmierci. Naprawdę nie chodzi o to, żeby poczuć smak ciała i krwi, ani o to, żeby stłumić zmysły, podpowiadające, że jest odwrotnie. Pytanie zasadnicze brzmi inaczej: Czy potrafię rozróżnić pomiędzy chlebem, który pragnę spożyć sam, z lęku przed śmiercią i głodem, a chlebem, którego zawsze będę miał w obfitości, dzieląc się z tymi, którzy potrzebują pomocy?

Czy chcę podejmować decyzję, którą podjął Jezus na pustyni? Czy chcę ją urzeczywistniać w codziennym życiu, czego uwierzytelniającym znakiem ma być społeczność dzielnych wyznawców Drogi Pańskiej, niepodzielonych podczas Wieczerzy Pańskiej? Nie chodzi o naukę! Tego nie da się  nauczyć. Chodzi o miłość. Dzielenie się jest manifestacją miłości, która przezwycięża lęk. Podziałów między nami nie przezwyciężymy mądrością i mocą, ale głupotą i słabością, czyli gotowością do podzielenia się sobą, jak chlebem.

Każdy, kto się boi, uczestniczy w sądzie: „Dlatego jest między wami wielu chorych i słabych, a niemało zasnęło” (1 Kor 11,30). Boimy się, klęcząc przy Stole Pańskim? Jak możemy doświadczać zdrowia i stałości usatysfakcjonowanego życia, skoro się boimy? Dlaczego jesteśmy wewnętrznie podzieleni? Nasz wewnętrzny podział, stwarza też podziały w trakcie łamania chleba i picia z kielicha na pamiątkę jednoczącej wszystko i wszystkich śmierci Chrystusa.

Wirus całkowicie zawiesił system. Uważam, że podejmowanie prób oczyszczenia go nie ma sensu.

Zaprogramujmy nasz system społeczny, ciało Chrystusa, na nowo! Dajmy przykład. Bądźmy źródłem Miłości i świadectwem Życia, które jest bezgraniczne. Powróćmy do ustawień początkowych. Czy te drugie śniadania przy kawie i ciastkach po nabożeństwach z Eucharystią, mają głębszy sens duchowy? Poza społeczno-plotkawym żadnego.

Nie zastanawiajmy się jak zmumifikować martwy zwyczaj. Pozwólmy mu  ożyć w prawdziwych ucztach wdzięcznej miłości. Każdy z nas coś ma. Podzielmy się tym. Wtedy świat zmartwychwstanie. Ludzie powstaną z kolan i wyprostują się, a wirus zostanie na zewnątrz domostwa.  Kryzys jest po to, żeby martwe ożyło: „I powiedział do kobiety: Wiara twoja zbawiła cię, idź w pokoju” (Łk 7,50. zob od Łk 7,36)

Wdzięczność jest skuteczną modlitwą

Wiele fragmentów Ewangelii od stuleci bywa tłumaczonych po prostu źle. Nie dlatego, że języki nowożytne nie dają takich możliwości translatorskich, ale ponieważ tłumacze sami korygują Ducha Bożego, który jakby nie było oryginalnie wypowiedział się z pomocą konkretnych słów, składni, odmiany i czasów. Dlaczego tak postępują? Nie wiem. Przypuszczam tylko, że ich zdaniem Jezus musiał jednak po aramejsku wypowiedzieć się inaczej, aniżeli po grecku zapisali autorzy ewangelii.

Nie dopuszczam takiej sytuacji. Jeśli w greckim tekście Ewangelii występuje na przykład trudność, coś całkowicie irracjonalnego i nielogicznego, to nie dlatego, że Jezus tak nie powiedział. Właśnie najpewniej tak powiedział, ponieważ używał zwrotów, obrazów, figur retorycznych jak najlepszy Mistrz, któremu zależało na obudzeniu słuchaczy ze snu. Jeśli więc tłumacze fałszują sens, wpierw zapewne musieli podjąć decyzję, aby wygładzać treść albo pozbawiać wypowiedzi Jezusa niedorzeczności, oczywiście z ich punktu widzenia.  Zakładam, że robią to w dobrej wierze, ale w istocie rujnują naszą wiarę i uniemożliwiają zrozumienie Mistrza z Galilei.

Dla przykładu tekst w Ewangelii Marka, z rozdziału 11, w tłumaczeniu Towarzystwa Biblijnego, przyjętym w Kościele Ewangelicko-Augsburskim za liturgiczny, brzmi następująco: „Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie a spełni się wam” (Mk 11,23).

Wiecie Drodzy Czytelnicy dlaczego nie spełniają się Wam modlitwy i dlatego słowa Jezusa przeinterpretowujecie, żeby uchronić autorytet Mistrza? Bo się źle modlicie! Najzwyczajniej w świecie, nie wiecie, jak się modlić, ponieważ tłumaczenie kłamie.

Oryginalny tekst, co prawda niezręcznie, brzmi jednak w j. polskim mniej więcej tak: „Amen mówię wam. Ktokolwiek powie do góry: Podnieś się i rzuć się w morze, a w sercu nie zawaha się, ale będzie wierzył, że staje się to, co mówi, stanie się mu. Dlatego mówię wam, wszystko, o co się modlicie i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a stanie się wam”.

Widać kolosalną różnicę? Dlaczego tłumacze używają złych czasów? Może poprawiają nieracjonalnego Jezusa? No cóż, najwyraźniej wyznawcy „religii rozsądku” poprawiają nonsensy Jezusa.

A jeśli to nie są nonsensy? Jeśli Jezus, człowiek mocarny w mowie i czynie, doskonale wie, co mówi? A wie na pewno, ponieważ w ten sposób wypowiada się wielokrotnie.

Co więc chce osiągnąć? Naprawdę tylko jedno! Jezus dba o naszą wiarę i uczy nas duchowości, która jest nasączona energią wiary, ponieważ wie, że w Jego imieniu możemy czynić nie tylko to samo, co On czynił, ale nawet więcej: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12).

Jak więc mamy się modlić, żeby spełniały się nasze modlitwy?  Tego prawie nikt nas nie uczył i nie uczy, bo teologią i katechezą zajmują się specjaliści od „religii rozsądku.

Zrozumcie, że gdy prosimy o coś, to automatycznie uznajemy, że to jeszcze nie istnieje. Nie widzimy tego, ani nie czujmy. Nie ma tego, więc zatwierdzamy sytuację, o zmianę której się modlimy. Jeśli prosimy o zdrowie, ponieważ jesteśmy chorzy, zatwierdzamy chorobę, chociaż liczymy na zdrowie. Prosimy, bo się boimy, więc dodatkowo wzmacniamy jeszcze energię strachu, zamiast zadbać o wiarę. Co zatem mamy robić?  Być wdzięcznymi i dziękować. Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawczą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia.  Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się.

Więcej. Musimy nauczyć się korzystać z mocy, której Bóg, będący jej źródłem, pozwala przez nas płynąć i działać. Jak to zrobić? Modląc się, odczuwajmy cieleśnie właśnie to, co czujemy zawsze wtedy, gdy doświadczamy tego, za co dziękujemy. Poczujmy te dobre emocje. Nie prośmy o deszcz, ale czujmy, jak pachnie ziemia, gdy pada, i dziękujmy za to, pozostając wdzięcznymi. Nie prośmy o słońce. Poczujmy cudowne pieszczoty promieni, które dotykają nas i uzdrawiają, ilekroć wystawiamy się na ich działanie. Nie prośmy o uzdrowienie, ale poczujmy radosne, pełne szczęścia i pokoju emocje, związane z cudownym stanem zdrowia, wolności, szczęścia i życiowej niezależności.

Wiem, że na początku jest ciężko, zwłaszcza gdy jest się chorym i odczuwa się strach. Zacznijmy więc od małych spraw. Zacznijmy od maleńkich cudów, a zaczną wydarzać się coraz większe: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę. Wejdź do radości pana swego” (Mt 25,23). A wszystko dzięki wdzięczności, a tak naprawdę z powodu wiary, która jest pewna tego, czego oczy nie widzą: „Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Hbr 11,1).

Proszę Was, po prostu fruńcie na skrzydłach wdzięczności!  Nie proście o to, co ma się wydarzyć. Bądźcie wdzięczni za to, co już dawno wydarzyło się w Bożym sercu, a stanie się Wam.