Epidemia lęku

W ostatnim wpisie obiecałem, że przedstawię swoje przemyślenia dotyczące epidemii koronawirusa z punktu widzenia teologa. Zatem do dzieła.

Dlaczego z punktu widzenia teologa? Ponieważ po pierwsze, jeśli teolog na taki temat nie ma nic do powiedzenia, zapewne jest nim tylko w celach zarobkowych. W końcu bycie teologiem zobowiązuje do śledzenia i analizowanie śladów, które Bóg, czyli Źródło, pozostawia w ludzkich dziejach. Bogu „w twarz nie popatrzysz”. Próba odnalezienia Jego „śladów” może jednak się udać. Teolog musi pracować jak wytrwały tropiciel, a gdy już przejdzie kawał drogi po „śladach Boga” powinien wszystko zebrać i dokonać syntezy. Wpierw teolog przypomina roztropnego węża, pracującego z humusem, czyli ziemią ludzkiej egzystencji (ciemna strona, prawda o EGO, wszystkie lęki  kompleksy, pycha, wreszcie grzech), aby potem wznieść się wysoko ponad chmury i z wysokości orła oglądać całość.  

A po drugie teologia powinna mieć nie tylko charakter mądrościowy i ewangelizacyjny, ale też terapeutyczny. Bywa, że studentom mówię, iż prawdziwość egzegezy tekstów biblijnych weryfikuje jej skuteczność w uwalnianiu człowieka, więc i uzdrawiania. Co prawda w interpretacji tekstów biblijnych należy korzystać z wszystkich, znanych narzędzi naukowych, jednak dopiero uzdrawiające i wyzwalające ludzką duszę skutki, weryfikują jej prawdziwość.

Po trzecie w dyskusjach, toczących się publicznie, zawsze zabieram głos jako teolog, więc i tym razem moje przemyślenia będą miały taki charakter. A że dyskusja, dotycząca epidemii, od razu nabrała teologicznego charakteru, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

Dlatego wpierw proszę, żebym potem nie zapomniał, wyznawców „religii rozsądku” o wszystkie, jakie tylko im się przypomną, biblijne teksty, w których można znaleźć apel Boga o używanie rozumu. Przyznaję, że nie ogarniam. Argument o Bogu, który w „godzinie wierności” i w próbie miłości, każe używać rozumu, stał się tak powszechny, że zaczął przypominać armatnią kulę w stosunku do maleńkiego naboju, jakim jest wezwanie do wiary. Dla ułatwienia podpowiem, szukajcie w literaturze mądrościowej Starego Testamentu. Cokolwiek wygrzebiecie, podsyłajcie, abyśmy mogli wspólnie nad tym popracować.

Przekonajcie mnie, że rozum jest ważniejszy od serca! Mam bowiem pewność, że z chrześcijaństwa uczyniliście system etyczny, przypudrowany pobożnością. Jesteście głosicielami moralnego zobowiązania, ale nie Jezusa Chrystusa, jakby moralność była uprzednia wobec mentalności, a pobożność ważniejsza od duchowości, czyli wiary, miłości i nadziei. Uważajcie, bo systemów etycznych jest wiele, i jesteście na dobrej drodze, żeby przekonać ludzi, że usprawiedliwiająca jest moralność, a nie wiara.

Mimo wszystko dla mnie chrześcijaństwo na zawsze i przede wszystkim pozostanie doświadczeniem duchowym, spotkaniem z Bogiem, czyli Źródłem Życia i Miłości, które czyni wolnym od zobowiązań, ślubów, kompleksów, ale też poczucia winy, wstydu i lęku.

Co rusz słyszę i czytam, że lęku nie należy się wstydzić. Co prawda, to prawda, niemniej czynienie z lęku cnoty, w imię solidarności i empatii, urąga Mistrzowi z Galilei. Z lękiem jest jak z śnieżną kulą. Póki trzyma się ją w ręku, można się nią bawić. W wypadku lęku idzie o to, że dopóki ma się go „w ręku”, dopóty można wykorzystywać jego pozytywny potencjał, którym jest ostrzeganie przed zagrożeniem i ochrona. Jednak kula śniegu wypuszczona z dłoni zaczyna się toczyć i po jakimś czasie zamienia się w lawinę, która zmiata i niszczy wszystko, co znajduje na swojej drodze. Z lękiem jest podobnie. Zamienia się w panikę, której nie można się oprzeć.

Lęk, wypuszczony z dłoni, niszczy życie i rujnuje miłość. Człowiek sparaliżowany lękiem nie jest zdolny do samodzielnego życia i zrobienia kroku. Szuka wymówek, wskazuje winnych swojego nieszczęścia, zyskując jedną, pozorną korzyść, a mianowicie temat opowieści, którym stara się zwrócić na siebie uwagę. Wątkiem takiej opowieści jest cierpienie i nieszczęście. Zamrożony strachem oczekuje pomocy, zamiast samemu pytać, komu mógłby pomóc? Pyta o to, kto jest jego bliźnim, zamiast zastanawiać się nad tym, dla kogo on może być bliźnim?  Pojawia się grzech, a wraz z tym pojęciem niepostrzeżenie dotarliśmy do sedna teologicznej refleksji na temat epidemii koronawirusa.

Grzech ma tylko dwie uprawomocnione definicje. Pierwszą jest utożsamienie go z niewiarą. Druga sugeruje, że człowiek nie tafia w cel. Obie można sprowadzić do wspólnego mianownika. Natomiast na pewno nie można wywodzić grzechu z uchybienia moralnego! Jeśli już, to wtórnie. Zaraz wszystko się wyjaśni. Grzech jako niewiara nie oznacza braku wiary, ale wiarę niewłaściwie ulokowaną. Można na przykład bardziej wierzyć temu, co jest starą postacią świata i związanym z nim poczuciem bezpieczeństwa, aniżeli Bogu, który jako JESTEM wpływa na nasze TERAZ, prowadząc człowieka drogą zmian. Grzech oznacza wtedy, że zamiast wierzyć Źródłu, czyli wiecznej Miłości i uniwersalnej Świadomości, zaczynamy przywiązywać się do tego, co sami stworzyliśmy, dobrze się z tym czujemy. Nie chcemy wtedy zmian, ale raczej, żeby wszystko trwało, jak do tej pory, a każda myśl o zmianie jest natychmiast usuwana w podświadomość, ewentualnie kończy się bólem głowy, drżeniem rąk i lękiem.

Reasumując, ponieważ człowiek nie trafia w cel, czyli w Boga w sobie, któremu wszystko zawdzięcza, od którego przyszedł i do którego powraca, zaczyna wierzyć w siebie, swoje zdolności, swoje skarby, także zdrowy rozsądek. W efekcie pojawia się zło moralne, przez wielu utożsamiane z grzechem, jednak w rzeczywistości będące jego skutkiem. Gdy człowiek traci wiarę w Miłość, która obdarowuje, ulega lękom, panikuje i zaczyna żyć na miarę pragnień, manifestujących się na skutek strachu, a nie życia w prawdzie. Wtedy, żeby jakoś sobie w życiu poradzić, trzeba krzyczeć, kombinować, kraść, kłamać, zdradzać, itp.

Epidemia koronawirusa nie pojawiła się przypadkiem. W tym momencie nie interesuje mnie czy jest skutkiem łańcucha pokarmowego i jedzenia zwierząt, czy manipulacji prowadzonych z wirusami w laboratorium w Chinach, a może elementem wojennej strategii Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa. Bez względu na to, gdzie i z jakiego powodu zaczęła się epidemia, są to wyłącznie zewnętrzne wyzwalacze wewnętrznych procesów, które dzieją się albo w każdym z osobna, albo na całej planecie. W wypadku epidemii mamy do czynienia raczej z procesami dziejowymi i ogólnoludzkimi.

Wielkie epidemie, dziesiątkujące ludzkość, pojawiają się w godzinie tranzytu, przejścia świadomości na wyższy poziom. Kierunek zawsze jest ten sam, z niewoli do wolności. Z energii strachu do energii miłości. Z jednej strony takie doświadczenie zawsze jest skutkiem uwikłania się ludzkości w grzech, czyli niewiary w to, że JESTEM błogosławi i darowuje wszystko, co jest potrzebne do życia i rozwoju w TERAZ, z drugiej, będąc doświadczeniem kryzysowym, oznacza szansę pozbycia się starych schematów mentalnych, wzorców edukacyjnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych, także religijnych. W godzinie przejścia co prawda pojawia się lęk, bo przejście jest doświadczeniem skrajnie niebezpiecznym i zmieniającym wszystko, jednak ów lek jest zarówno przyczyną kryzysu, jak i katalizatorem przemian dla tych, którzy nie chcą wracać w stary świat i pragną nowego. Zatem dla jednych, którzy w kryzysie spanikowali i boją się zmiany, lęk jest zapowiedzią choroby i śmierci, zaś dla ufających w sens kryzysu i przejścia, lęk staje się katalizatorem zmiany świadomości, to znaczy również zdrowia i nowej jakości życia.

Zapewne na pierwszy „rzut oka” na to nie wygląda, niemniej z perspektywy teologii opisałem właśnie podstawowy warunek uzdrowienia, z którym powinni zmierzyć się wszyscy chorzy, zaś lekarze przemyśleć, jeśli naprawdę chcą uzdrawiać przyczyny, a nie tylko leczyć skutki.

Zatem, jaką wiadomością jest epidemia koronowirusa?

Jako ludzkość straciliśmy zdolność oddychania. Nabraliśmy powietrza w płuca i chcieliśmy dożyć z nim końca wszystkiego. Dlatego nie dziwi, że wielu z nas na tym oddechu rzeczywiście dożyje końca wszystkiego, tyle że w wymiarze osobistym, a nie jako zamknięcie ludzkich dziejów. Oddech w płucach oznacza nowy tlen, nowe życie, nowy dar, który powoli się wyczerpuje. Żeby przeżyć trzeba zrobić wydech, ufając, że znowu będzie można nabrać w płuca nową porcję Bożego daru życia.

Zdrowy, zrównoważony, spokojny i głęboki oddech, czyli ufający i uważny, jest biologicznym warunkiem zdrowego życia w każdym wypadku, także całej ludzkości. To, w jaki sposób oddychamy, ujawnia prawdę o naszej duszy, stanie naszych lęków i zaufania, cierpienia psychicznego, depresji i stresu.

Więc jak oddychamy? Nabraliśmy powietrza i nie chcieliśmy zrobić wydechu. Pragnęliśmy, żeby stara postać świata, oswojona, przewidywalna, dostatnia i pozornie zapewniająca poczucie bezpieczeństwa przynajmniej na poziomie podstawowym, nigdy nie przeminęła. Chcieliśmy nawet więcej, żeby nasza cywilizacja była w stałym progresie, a nam było coraz lepiej według starego wzorca. Większość z nas bała się zmian. Nawet świadomość ekologiczna niewiele zmieniała. Ponieważ baliśmy się, że stracimy stały ląd pod nogami, byliśmy w stanie dalej poświęcać szczęście, życie i zdrowie wielu ludzi, a także przyrody, zwłaszcza zwierząt.

Ekologiczny aspekt epidemii szczególnie nie daje mi spokoju. Od jakiegoś czasu kolejne epidemie są wyraźnym upominaniem się Ducha Życia o szacunek i miłość dla przyrody. Dla przykładu śmiercionośny wirus ebola znajdował się na obszarze piętnastu kilometrów kwadratowych lasu w Afryce. Gdy las wycięto wirus stracił naturalne siedlisko i szybko rozprzestrzenił się na zwierzęta i ludzi.

Jestem pewien, że w nienasyconym konsumowaniu mięsa straciliśmy wszelkie hamulce. Wiele pokoleń jadło mięso raz, dwa razy w tygodniu, uzupełniając dietę w produkty roślinne. Dla wielu z naszego pokolenia dzień bez mięsa jest dniem kulinarnie straconym. Nie ma w nas żadnej miłości i empatii do cierpiących braci mniejszych albo starszych, jak kto woli. Proponuję każdemu nienasyconemu mięsożercy, o ile zachował resztki emocji ciepłych, których siedliskiem jest serce, aby zobaczył w jakich warunkach są hodowane i tracą życie zwierzęta, przeznaczone na rzeź. Jak wielki stres przeżywają każdego dnia, a na koniec strach przed śmiercią. Wizyta w rzeźni powinna być tak samo obowiązkowa dla każdego mięsożercy, jak trzymiesięczna praca w domu opieki nad obłożnie chorymi dla każdego młodego mężczyzny. Przecież w takim samym stopniu ptasia grypa sprzed kilkunastu lat, wciąż aktywna, co dzisiejszy covid 19 są wirusami, które pojawiły się w naszym życiu, ponieważ wielu nie potrafi zrezygnować z nieprzebranych ilości spożywanego mięsa.

Nawet nie apeluję  o wegetarianizm czy weganizm, a jedynie proszę o refleksję. Może wystarczyłaby nam 1/3 część mięsa, spożywanego teraz? Bardzo proszę o nie szermowanie argumentem w rodzaju, przecież mamy prawo jeść mięso. Owszem mamy takie prawo, aczkolwiek bynajmniej nie wynika z niego automatyczny zakaz dobrowolnej rezygnacji z mięsa na rzecz pożywienia roślinnego, aby zwierzętom oszczędzić cierpienia i po prostu wznieść się na poziom miłości. Jeszcze raz potwierdzam, ponieważ przypuszczam, że zaślepieni mięsożercy zaczną rzucać we mnie różnymi argumentami, że proszę jedynie o ograniczenie spożywani mięsa do 1/3 części dzisiejszego poziomu. Nawet nie przypuszczam, bo jestem pewien, że jeśli z aktualnej lekcji nie skorzystamy, czekają nas kolejne, jeszcze groźniejsze epidemie, w których Stwórca będzie upominał się o los zwierząt.

Czy zatem powinniśmy dziwić się, że powietrza w płucach jednak nam zabrakło i musimy uczyć się spokojnego i ufnego oddychania, czyli pozwolić życiu, żeby nieustannie się zmieniało?  Czas na refleksję, że Stwórca upomniał się o wydech, czyli wiarę i miłość do wszystkich i wszystkiego. Nadeszła godzina polaryzacji i prawdy.

Ci pomiędzy nami, którzy ze strachu przed zmianą za wszelką cenę będą się starać zachować starą postać świata, jedynie przedłużą cierpienie a sami doświadczą  „ciasnej piersi”, czyli dusznicy i śmierci.

Ci pomiędzy nami, którzy ufają w sens doświadczenia i spokojnie oddychają, zaczną przyglądać się kryzysowi, wyciągać wnioski i pozwalać dziać się zmianom. Nauczą się wypuszczać z rąk stare, żeby móc otrzymywać nowe. Będą mieć na tyle odporności, że ich organizmy będą same radzić sobie z wirusem, a jeśli zachorują, doświadczą uzdrowienia. Na koniec czeka ich nowa ziemia i nowe niebo. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Doświadczenie wolności i zupełnie nowej jakości życia, ale już nie według starych schematów mentalnych, wzorców edukacyjnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych, także religijnych.

Nie trwaj w grzechu niewiary. Uwierz, że nowa postać świata, inna od tej, którą znasz, będzie dla Ciebie lepsza i piękniejsza. Nie trwaj w grzechu niewiary, bo zabija nie koronawirus, ale paniczny lęk, że nie uda się nabrać powietrza. Lekiem jest spokój i cisza.

Spokojnie wypuść powietrze! Nie bój się, że nie otrzymasz nowej porcji życia! Naucz się zaufania, że po wydechu zawsze otrzymujesz nową porcję tlenu w kolejnym wdechu! Naucz się wiary, a nauczysz się oddychania. Nauczysz się oddychania, a bez trudu poradzisz sobie z infekcją!

Wybór, co zdecydujesz i jak świadomie się zachowasz, należy do Ciebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 − ten =