Koronowirus jest wiadomością i pomocnikiem

Zachorowałeś i pomyślałeś, że nie masz szczęścia? Wracasz do domu od lekarza ze skierowaniem na specjalistyczne badania, ponieważ podejrzewa ciężką chorobę, i po głowie krąży Ci pytanie: Dlaczego mnie to spotkało? Z badań genetycznych wynika, że masz dużą szansę zachorować na to samo, na co umarł Twój Rodzic, i kłócisz się z Bogiem, że karze Cię nie za Twoje grzechy?

Jeśli kiedyś pomyślałeś w ten albo w podobny sposób, nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Zdecydowana większość ludzi myśli o chorobie negatywnie, jako Bożej karze, braku szczęścia, a przede wszystkim przeciwniku, z którym należy walczyć, aby wyzdrowieć i żyć.

Tymczasem ten sposób interpretowania choroby jest największą krzywdą, jaką sami sobie wyrządzamy. Zaślepieni mechanistycznym pojmowaniem świata; ograniczeni poznaniem wyłącznie zmysłowym; przekonani, że nasze ciała to materia, w której nie ma niczego z Bożego tchnienia, zapomnieliśmy o duchowej mądrości, którą miedzy innymi praktykował Jezus z Galilei, a mianowicie, że przez chorobę manifestuje się Boża chwała.

Celem choroby nie jest bowiem śmierć ani nieszczęście, ale życie i szczęście. Choroba nie jest naszym wrogiem, ale największym przyjacielem, komunikującym nam, co błędnego dzieje się w duchowej, mentalnej i emocjonalnej sferze życia, jako skutek naszych złych myśli, wyborów i relacji. Choroba jest sprzymierzeńcem, któremu możemy zawdzięczać rozumienie siebie i swojego życia. Musimy jednak przestać myśleć w stereotypowy sposób, a mianowicie, że chorobę trzeba przewalczyć. Z przyjacielem się nie walczy. Trzeba raczej zapytać, jaką wiadomość nam przynosi?

Mówiąc inaczej choroba jest językiem, którym wyraża się nasze prawdziwe JESTEM, czasem utożsamiane z duszą, chociaż to nie prawda. Gdy ulegamy złudnym i śmiercionośnym sugestiom EGO, aby żyć światowymi wzorcami i celami, stale próbując stać się kimś innym, tylko nie sobą, wtedy nasze prawdziwe JESTEM, czyli pamięć o tym, kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy, stara się przypomnieć nam o sobie. Pojawia się wtedy choroba, jako komunikat o błędzie w życiowym oprogramowaniu, a wraz z nią szansa na zmianę życia. Wyzdrowienie zawsze jest w zasięgu ręki pod warunkiem, że wyzdrowienia nie będzie się traktować jako powrotu do życia sprzed choroby, ale szansę na radykalną zmianę sposobu myślenia i przebudowę codziennych wyborów.

Niezależnie od tego, w jakim stadium rozwoju znajduje się choroba, zawsze stoi za nią nierozwiązany problem, niezdany egzamin życia, niezdolność bądź odmowa właściwego reagowania na określone warunki życia i wyzwania. Jednak, jak człowiek może znaleźć odpowiedź, jeśli sam siebie nie zna?

Zastanów się zatem: Czy zdarza Ci się poważnie myśleć nad tym, kim jesteś, i czy wykonujesz swoje prawdziwe powołanie, a więc to, z którym Bóg wysłał Cię na ziemię? Czy patrząc w lustro afirmujesz w pełni swój wygląd i świadomie sam sobie mówisz: To Ja Jestem? Jeśli tak, pomyśl kto wypowiada te słowa: ciało, materia? Nie. Zatem jesteś kimś więcej. Jesteś kimś, kto potrafi myśleć. Materia nie myśli, nie pamięta i nie decyduje.

Za to wszystko jest odpowiedzialna świadomość. Potrafisz czuć, myśleć, pamiętać i podejmować decyzje, ponieważ jesteś świadomością. Ciało jest jedynie fizycznym odzwierciedleniem świadomości. Ciało nie jest tylko mieszkaniem, powłoką, która zatrzymuje duszę, ale jest fizycznym przejawem Ciebie.

Każdy człowiek może przejawiać się albo cieleśnie, albo duchowo. Od czego to zależy?

Człowiek jest jednością. Jest tą samą energią, która stworzyła świat, a mianowicie Miłością, która może przejawiać się w różnych stanach skupienia i w różnych formach. Wszystko zależy od częstotliwości, z jaką wibrują cząstki elementarne atomu. A to z kolei zależy od naszej duchowości, czyli sposobu życia, o którym decyduje nasz sposób myślenia. Ten zaś może podlegać ziemi, tzw. umysłowi tłumu, który bezmyślnie powtarza z pokolenia te same bzdury o życiu, przeznaczeniu człowieka, powtarzalności zachowań, oraz lękom, które nieustannie tworzą nasze głowy, czyli rozumy. Gdy zmienia się sposób myślenia, zmieniają się też emocje, stres ustaje, doświadczamy zbawienia.

A nie upodabniajcie się do tego świata, ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu swego…” (Rz 12,2). Wszystko zaczyna się i kończy w naszych głowach. Człowiek musi wybrać. Albo wierzy umysłowi tłumu i swoim lękom, albo Najwyższemu, czyli Życiu, Miłości, Dobru, Mądrości, Mocy, która go stworzyła i chce dla niego samego dobra i tylko dobra. Człowiek musi zawrzeć wieczne przymierze. Zawiera go albo z umysłem tłumu i swoimi lękami, albo z Duchem Najwyższego, który go stworzył i w nim mieszka. 

W konsekwencji cząstki elementarne wibrują coraz szybciej i w sposób uporządkowany, a nie chaotyczny, a człowiek doświadcza odmiany w sferze cielesnej, duchowej i mentalnej. Doświadcza zbawienia, także w sferze uzdrowienia. Gdy więc zaczynasz chorować, pytaj się o to, co powinieneś zmienić w swoim myśleniu, bo w konsekwencji zmienisz się mentalnie i emocjonalnie, a na samym końcu choroba tak samo ustąpi, jak się pojawiła i nie będziesz musiał obawiać się powrotu. „Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam” (Mk 11,24).

Głębszy sens choroby polega na uświadomieniu człowiekowi tego, co jest niezbędne dla jego powrotu do zdrowia, czyli harmonii. Prawdziwe leczenie nie ma na celu usunięcia symptomów przy jednoczesnym pozostawieniu ich przyczyny, lecz polega na świadomym rozpoznaniu sfery zakłóceń i przywróceniu harmonii do stanu pierwotnego. Do tego nie wystarczy oczywiście tabletka, seria zastrzyków ani nawet środki leczenia naturalnego.

Wręcz przeciwnie, uzdrowienie zależy od tego, czy zrozumiemy, co chce nam przekazać nasza choroba, oraz oczywiście od tego, czy posłuchamy tego przesłania. Powrót do harmonii (zdrowia) jest uwarunkowany uporządkowaniem naszych myśli, uczuć, mowy i czynów. Mimo iż wydaje się to trudne i męczące, jest jedyną drogą do prawdziwego uzdrowienia, obejmującego trzy sfery człowieka – ciało, umysł i duszę.

Choroba nie jest naszym wrogiem. Nie jest też ciosem od losu ani karą Boga. Wręcz przeciwnie, choroba może stać się przyjacielem i pomocnikiem. Poprzez chorobę dowiadujemy się, jeśli tylko chcemy, że obraliśmy niewłaściwy kierunek, postępujemy w sposób, który nie służy naszemu zdrowiu i życiu, oraz ostrzega, że powinniśmy jak najszybciej zejść z drogi, na której się znajdujemy. Za pośrednictwem symptomów choroba pokazuje nam także sfery organizmu o zakłóconej energii oraz to, co powinniśmy uczynić, aby odzyskać zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Musimy tylko nauczyć się właściwej interpretacji języka, w jakim przemawiają do nas symptomy chorobowe.

Nie potrafimy, (a może nie chcemy, bo to oznacza duchowy wysiłek?) troszczyć się o zdrowie, dbając o właściwą higienę duszy. Pomimo wielowiekowego rozwoju nauk medycznych, ale też antropologii czy teologii, nasze wyobrażenia o zjawiskach chorobowych niewiele odstają od wierzeń ludów archaicznych. Tyle tylko, że „złe duchy” zostały zastąpione bakteriami i wirusami, które – naszym zdaniem – atakują nieświadomych i niewinnych ludzi.

Ponieważ koronowirus doprowadza do zmian w błonie śluzowej oraz systemie nerwowym oskrzeli, więc mamy do czynienia z następującą lekcją, którą zapewne powinna przerobić już cała populacja na ziemi. Po pierwsze musimy zapytać, co boimy się stracić? To jest pytanie skierowane do EGO, które się utożsamia i nie wyobraża sobie, że coś może ulec zmianie, np. obecny stan naszej cywilizacji? Co jest tą własnością, której pilnuję i boję się, że ją stracę?  Epidemia jest więc zaproszeniem do tego, aby na nowo przemyśleć życiowe priorytety. Być może boję się o własność materialną, być może o terytorium, które zajmuję (prestiż, władza, stanowiska, ludzka chwała w społeczeństwie)? Może boję się o bliskich?

Wszystko, co ma związek z oddychaniem, ujawnia konflikt w energii kobiecej, realnej i archetypowej, więc nie dziwię się, że społeczeństwo, w którym jest coraz mniej aktywnej energii męskiej, jest przerażone, zastałe, nie potrafi oddychać. Co to znaczy? Czy da się przeżyć na jednym wdechu?  Tymczasem do takiego stanu doprowadziliśmy świadomość mas. Wszystkim się wydaje, że ktoś powinien się o nas troszczyć (rząd i państwo, opieka zdrowotna, ZUS, Kościół), tylko nie my sami o siebie. Nabieramy wdech i chcemy na tym tlenie przeżyć, a tymczasem trzeba zrobić wydech, czyli pozbyć się pewności, że masz coś, dzięki czemu żyjesz.

Wydech oznacza zaufanie, że znowu zrobisz wdech i Wszechświat napełni Cię nowym tlenem. Tu pojawia się najważniejsza wskazówka, jak poradzić sobie z infekcją, z powodu której napisałem tekst, aby nie ulegać lękowi (Wirus pozbawi nas korony). Zabija nie koronowirus, ale strach, a więc lekarstwem jest cisza i spokój!

Kurcze, w końcu to biblijne przesłanie, jednak większość chrześcijan nie wierzy w to, że Bóg napełni ich nowym tlenem przy kolejnym wdechu! Co robią? Boją się o siebie i swoje rodziny, a najgorsze jest to, że robią zapasy żywności! Więc popełniają ten sam błąd, co Izrael na pustyni. W jaki sposób Bóg wyleczył chorobę? Ucząc, że każdego dnia spada manna i przylatują nowe przepiórki.

Wszystkim jakby odebrało głos? Wszyscy przerażeni mówią: Jak to, nas coś takiego spotkało? Wpierw pojawia się szok, a potem przerażenie. Czyli nie tylko tam, gdzieś daleko, ale u mnie w domu też? Czyli moi rodzice, moje dziecko, ja też mogę umrzeć? Co teraz będzie? Nasila się panika, a człowiek przedłuża i wzmacnia aktywną fazę wewnętrznego konfliktu, którego wyzwalaczem jest wirus, zamiast ciszą i ufnością wejść w proces udrawiania, w którym pojawiają się cielesne symptomy w postaci gorączki, kaszlu i duszności. Te objawy oznaczają, że organizm się leczy! Wystarczy świadomie przepracować wiadomość, którą jest infekcja (świadomość = (ś)wiadomość)!  

Co z tą wiadomością robi większość moich „kolegów po fachu” we wszystkich Kościołach? Szkoda pisać. Jakby całkowicie nie mieli świadomości, kim są i komu służą. Więc pytam: W jaki sposób Bóg uzdrowił lud na pustyni? Wpierw pojawiły się ogniste istoty (jad, kąsanie, gorączka, usta), które pokazały duchowy problem, czyli przyczynę. Potem Bóg poradził Mojżeszowi, co należy zrobić, czyli zalecił działania uzdrawiające w postaci takiej samej ognistej istoty, przymocowanej do drewnianego pala, aby można było na nią spoglądać z wiarą. Przecież to jest terapia na koronowirusa. Zobacz swoją chorobę, zmierz się z prawdą, którą o tobie ujawnia. Nie uciekaj przez chorobą, ale przyjmij ją jako wiadomość wysłaną do ciebie o stanie twej świadomości. Dlaczego się boisz? Dlaczego ulegasz panice i przerażeniu?  Dlaczego uważasz, że ty i twoja rodzina jesteście w niebezpieczeństwie? Dlaczego jesteś wstrząśnięty?

Spokojnie wypuść powietrze! Nie bój się, że nie otrzymasz nowej porcji życia! Naucz się zaufania, że po wydechu otrzymujesz nową porcję tlenu w kolejnym wdechu! Naucz się wiary, a nauczysz się oddychania. Nauczysz się oddychania, a bez trudu poradzisz sobie z infekcją!

Teraz pojmujecie,  dlaczego jedną z metod zdrowego życia jest medytacja, jako praca z oddechem? Nie chodzi o sam oddech, ale o zaufanie, że się nie udusisz, bo życie jest większe niż to, co czujesz i czego doświadczasz, że otrzymasz więcej niż potrafisz sobie wyobrazić! „Albowiem Królestwo Boże to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym” (Rz 14,17).

Mowa symptomów jest prosta i podlega powtarzającym się prawidłowościom. Gdy tylko ją zrozumiemy, pojawi się przed nami alternatywa: albo wykorzystamy przedstawione nam niezbędne kroki do prawdziwego uzdrowienia, albo los doświadczy nas jeszcze boleśniej. Jeśli będziemy gotowi, aby poddać się nauce płynącej z naszego odkrycia, nie będziemy już więcej potrzebować choroby, ponieważ odnajdziemy samych siebie. Choroba spełni swoje zadanie dopiero wtedy, gdy zostaną wprowadzone zmiany, na które wskazuje choroba. Gdy tak się stanie, symptomy przestaną być potrzebne.

Skoro spotkała nas epidemia koronowirusa zapewne doświadczamy dla wielu trudnej do zaakceptowania, ale na pewno szansy na całkowite przemodelowanie naszej cywilizacji.

Począwszy od wyrównania energii męskiej z kobiecą. Musi pojawić się znowu więcej bohaterów (to niekoniecznie muszą być mężczyźni), gotowych do odważnego wprowadzania zmian, które nie dają poczucia bezpieczeństwa, ale są niezbędne w doświadczeniu drogi, czyli przechodzeniu z przeszłości ku przyszłości. Dotąd liczyliśmy bardziej na stary porządek, zapewniający nam bezpieczeństwo. Teraz pojawia się wyraźny sygnał, że jeśli chcemy wejść do krainy mlekiem i modem płynącej, musimy zaufać zmianom i nie oglądać się za siebie.

Musimy powrócić do fundamentalnego poczucia, że nic złego nie może się stać, ponieważ po każdym wydechu następuje kolejny wdech, więc też po stracie tego życia otrzymujemy nowe, większe życie: „Głosimy tedy, jak napisano: Czego oko nie wiedziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują” (1 Kor 2,9).  

Szczegółowo zapewne mamy dużą szansę, aby zmienić ekonomię, edukację (wreszcie), pozbyć się złudzeń, że politykom i partiom zależy na czymś fundamentalnie wartościowym. Prawdziwych między nimi poznasz po tym, że są bohaterami, którzy dla dobra ogólnego są gotowi zaryzykować swoją  pozycję społeczną, dobre imię i poczucie bezpieczeństwa.

Obyśmy zrozumieli wiadomość!

2 odpowiedzi do “Koronowirus jest wiadomością i pomocnikiem”

  1. Dziękuję. Czytam coś bardzo sensownego. Medytacja pomaga, sama ją praktykuje. Tak mało osób rozumie że nie ma się czego bać. Przecież nic mi nie grozi bo ze mną jest Bóg. Dużo osób boi się choroby lub śmierci, a śmierć jest tylko etapem w życiu i drzwiami do innego wymiaru. Wszystko to co się dzieje ma swoją przyczynę i cel. A kara Boża- taką głupotę przez wieki wpaja się ludziom żeby tylko się bali, bo łatwiej jest nimi rządzić. Ja wierzę że Bóg jest nieskończoną miłością i naszym przeznaczeniem jest wzrastać w miłości. Bóg nas kocha a nie potępia. To my sami się oceniamy i potępiamy. Dlatego jesteśmy i zyjemy na tej planecie żeby kochać, doświadczać, przebaczać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 + thirteen =