Męskość i moda męska po księżowsku – wywiad dla GW.

Ewa Furtak: Wydaje mi się, że w Kościele, katolickim zwłaszcza, jest takie przekonanie, że strojenie się, dbanie o ubiór, o wygląd to próżność, że może niekoniecznie powinno się zwracać na to uwagę…

Ksiądz Marek Jerzy Uglorz: To jest właściwe nie tylko dla Kościoła katolickiego. Przecież protestantyzm, zwłaszcza kulturowo pruski, kojarzy się z uniformizacją, czernią, skromnością. Tak było, ale tak jest także współcześnie. Istnieją bardzo mocne, charyzmatyczne nurty zielonoświątkowe, gdzie również bardzo podkreśla się znaczenie zewnętrznej skromności, człowiek ma nie przywiązywać wagi do wyglądu, ubrania, nie powinien prowokować, najważniejsza jest relacja duchowa z Bogiem.

Dla mnie pojawia się tutaj wielki znak zapytania, nie tylko zresztą dla mnie, ale także dla innych teologów. To wszystko jest związane z definicją człowieczeństwa. Można przyjąć klasyczną, grecką definicję, albo semicką, żydowską, starotestamentową, czyli dla chrześcijaństwa zasadniczą. Według Greków człowiek to pierwiastek duchowy, który został jakby wtłoczony, połączony z tym, co cielesne. Cielesność nie ma znaczenia, ciało ginie, duch jest najważniejszy. Jeżeli ten obraz grecki „zabukuje” się do chrześcijaństwa, pojawiają się dwie możliwości realizacji człowieka. Albo ważna jest skromność, trzeba dbać o ducha, to wszystko, co cielesne, jest nieistotnie, albo idzie to wręcz w przeciwną stronę, skoro ciało nie ma znaczenia, można inwestować w zmysłowość, zaczynają się libertynizm, hedonizm, używanie życia. Duch i tak będzie sobie tam gdzieś egzystował, a teraz trzeba sobie pożyć.

Tymczasem w porządnym, biblijnym zrozumieniu człowiek jest jednością psychofizyczną i nie można go rozerwać na to, co duchowe i na to, co cielesne. To oznacza, że duch wyraża się też cieleśnie. Nie może być tak, że ja, Marek Uglorz, doświadczam duchowo czegoś, co jest oderwane od mojej cielesności. Moja dusza wyraża się poprzez ciało, stąd zewnętrzne formy pobożności, dlatego się np. żegnam. Ale dlatego też pokazuję swoim ubiorem spokój, radość, harmonię, szczęście. Pokazuję wdzięczność Bogu za to, że jestem, że żyję.

Według mnie w tym nacisku na skromny wygląd jest trochę sprzeczności. Dlaczego w takim razie wychowywano nas, że do kościoła powinniśmy ubierać się elegancko?

– Prawda? Odświętny wygląda należy zanieść panu Bogu, ale coś tu nie pasuje. To Bóg nie wie, jak wyglądamy? Przecież on nas zna, zna nasze serca czyli motywy oraz intencje. Czy ten wygląd zanosimy naprawdę jemu, czy też pozycjonujemy się społecznie, chcemy, żeby inni zobaczyli, że się dobrze ubieramy? Skoro w niedzielę powinniśmy się ubierać ładnie, to dlaczego nie mamy tak wyglądać przez cały tydzień? Naprawdę nie chodzi mi o to, żeby w niedzielę nie ubierać się ładnie i elegancko, ale żeby tak być ubranym we wszystkie dni tygodnia.

Jako duszpasterz uważam, że źle mają się małżeństwa, w których ludzie się nie szanują także pod względem cielesnym, zmysłowym. Gdzie na zewnątrz, właśnie choćby do kościoła, wychodzi się elegancko ubranym, a po domu chodzi się w rozciągniętych dresach i z rozczochranymi włosami. Przecież jeśli ludzie się kochają, powinni starać się być dla siebie atrakcyjnymi. Jeśli starają się o to, to ich małżeństwo ma duże szanse powodzenia.

W Polsce mężczyźni niespecjalnie dbają o wygląd….

– Jest tego kilka powodów. Pierwszy to kulturowy, związany z wychowaniem. Podobno – ale nie jestem antropologiem – mężczyźni wciąż wyodrębniają się od kobiet. Próbujemy zaprzeczać, że moglibyśmy być kobietami. W tradycyjnej kulturze patriarchalnej, będącej w dodatku pod wpływem nauczania kościelnego, mężczyźni promują taki trochę negatywny obraz samych siebie: „a co tam będę o siebie dbał, to dobre dla bab”. Nie chcą się dobrze ubierać, bo uważają to za wyraz czegoś miękkiego, infantylizacji. Preferują „maczyzm”. Mężczyzna ma być twardy, nie powinien zwracać uwagi na to, jak wygląda – to nasze kulturowe dziedzictwa.

Ale taka postawa mężczyzny może także oznaczać, że miał on złe relacje ze swoim ojcem. Jeżeli syn nie ma wsparcia, jeżeli ojciec nie rozwija w nim męskości, tłamsi ją, bo sam się jej boi, to może „przykleić” się do tego, co matczyne, stanie się bardzo kobiecy, albo będzie próbował właśnie być klasycznym maczo. Będzie pokazywał, że jest twardy, niczego się nie boi, będzie tłamsił emocje. Mężczyźni, którzy lekceważą to, jak wyglądają, to najprawdopodobniej ci, którzy z powodów złych relacji ze swoimi ojcami nie nauczyli się bycia mężczyznami w sposób właściwy. To zły prognostyk dla kobiet, które chciałyby się z takimi związać, bo oni często nie sprawdzają się w roli ojców i mężów.

Maczo rywalizują z tymi bardziej kobiecymi mężczyznami, tymczasem prawdziwa męskość leży pośrodku.

Zauważa ksiądz kryzys męskości?

– On jest od pokoleń. Jeśli męskość wyodrębnia się z tego, co kobiece, to mężczyzna jest istotą w ciągłym procesie, czyli bardzo często w kryzysie. Na szczęście zauważam zmiany w dobrą stronę. Mamy pierwsze pokolenie, w którym część ojców świadomie kształtuje dobre kontakty z synami, ucząc ich męskości. Ci jeszcze młodzi chłopcy pokazują się z jak najlepszej strony. Fajnie wyglądają, potrafią się zachować, szanują kobiety. Dziewczyny mają wreszcie jakąś nadzieję (śmiech ).

Jak zdaniem księdza ubierają się współcześni 18-, 19-latkowie?

– Niektórzy dobrze, inni gorzej. Gubi ich to, że tak często bezrefleksyjnie naśladują jakichś swoich idoli w świecie mody. To nawet nie chodzi o to, że czasem jakiś styl po prostu do konkretnej urody nie pasuje. Oznacza to, że żyjemy w świecie nastawionym na naśladowanie, na bycie kimś na podobieństwo kogoś. To strata czasu. Człowiek ma poznać siebie, swój charakter, indywidualizm, wiedzieć, czym dysponuje od pana Boga, poznać swoje talenty. Musi umieć wyrażać siebie, także w sferze ubioru. Ważną rolę ma tutaj do spełnienia chrześcijaństwo, ale nie wywiązuje się ze swojego zadania dość dobrze.

Jakieś 10 proc. młodego pokolenia mężczyzn, może trochę więcej, po pierwsze potrafi ubrać się zgodnie ze swoim duchem, po drugie złapało kontakt z klasycznymi kanonami męskiej mody, które w Polsce po wojnie w zasadzie znikły. Arystokracja, czyli ludzie najlepiej wiedzący, jak powinien ubrać się mężczyzna, została albo wymordowana, albo wypędzona. Przekaz został zerwany. Młodzi Polacy zerkają dzisiaj w stronę Wysp Brytyjskich czy Włoch i tam podpatrują, jak klasycznie powinien ubrać się mężczyzna.

Klasycznie, czyli w garnitur?

– Z punktu widzenia męskiej mody klasycznie to wciąż garnitur. Może inaczej, klasycznie to marynarka. Bo może to być garnitur, ale może być także marynarka z innymi spodniami. Dla niektórych tradycyjnych panów strój sportowy oznacza marynarkę w jasnym kolorze, a nie jakieś bluzy. Dzisiaj taka marynarka nie jest już szyta w ciężki sposób, jest lekka, włoska, w mediolańskim sznycie i dopasowana do figury. Można też, ale trzeba z tym uważać, w upalny, letni dzień na spotkanie w parku czy w ogrodzie ubrać do niej krótkie spodnie, ale nie szorty w typie bojówek, tylko klasyczne spodnie.

A t-shirty?

– Moim zdaniem bawełniane koszulki mężczyzna powinien ubierać tylko na boisko. Klasycznym elementem męskiego ubioru jest koszula z długimi rękawami, które zawsze można podwinąć. Nie zgadzam się na męskie koszule z krótkim rękawem. Taki strój deformuje sylwetkę. Jeśli mężczyzna jest szczupły i wysoki, to jeszcze jakoś to wygląda, ale jeśli jest krępy i niski? Wtedy krótki rękaw wygląda fatalnie.

Jeśli obok siebie stanie dwóch mężczyzn, jeden w koszuli z krótki rękawem i do tego w krótkich spodniach typu bojówki i pan w letnich, jasnych, płóciennych spodniach i błękitnej koszuli z podwiniętym rękawem, to na kogo zwróci pani uwagę? Gwarantuję, że na tego w klasycznym stroju.

Nadal widuję panów, którzy pod marynarkę zakładają koszulkę polo.

– To dyskwalifikacja! Pod marynarkę niczego z krótkim rękawem się nie ubiera. Po prostu nie! Nie twierdzę, że powinno za to grozić więzienie, ale może konfiskata mienia w postaci przepadku marynarki (śmiech ). Spod rękawów marynarki musi wystawać trochę mankietu koszuli. Jeśli rękaw podciągnie się do góry i widać tam gołą rękę, to wygląda to tak samo źle, jak jesienną porą porządny but i nagle pokazujący się spod spodni kawałek gołej nogi, bo skarpetka jest za krótka.

Jeśli mężczyzna chce już założyć polówkę, to powinien na nią ubrać sweter. Ale dla mnie to ubranie, które mogę założyć, gdy kumpel zaprasza mnie na whiskey na swój jacht albo idę pograć w golfa, a nie na półformalne czy nawet towarzyskie spotkanie. Tym bardziej, że mężczyźni mają pod względem ubioru dziesięć razy łatwiej niż kobiety. Wystarczy kupić kilka fajnych, klasycznych koszul z długim rękawem. Biała koszula nadaje się do pracy, a gdy mężczyzna nałoży na nią kolorową marynarkę albo lekki sweter, nadaje się też na wieczorne spotkanie.

 

Co ksiądz myśli o nadal spotykanym połączeniu, jakim są skarpety i sandały albo nawet klapki?

– Proszę nie pytać! Mam coraz większe podejrzenie, że to jest powiązane ze wspominaną już niepewnością mężczyzn. Mężczyźni boją się obnażenia, gdzieś podświadomie uważają, że gołe kostki są perwersyjne, obsceniczne. Panowie, którzy boją się swojej cielesności, zmysłowości, mają z tym problem, bez skarpet czują się nadzy. Poza tym stopa w wielu kulturach, nie tylko greckiej, gdzie mamy piętę achillesową, jest elementem słabości.

Według mnie klapki nadają się tylko na plażę. Na ciepły, letni wieczór zamiast klapek mężczyzna powinien założyć obuwie tzw. marynarskie albo zamszowe mokasyny. Może taki but ubrać na gołą stopę, jeśli się nie poci, albo na tzw. stopki.

Co jeszcze księdza szczególnie denerwuje w męskim ubiorze?

– Wspomniane już, modne ostatnio męskie, krótkie spodnie w wersji „cargo”, czyli z dziesięcioma kieszeniami, do których mieści się po trzy kilo towaru. Takie spodnie powinny być zakazane! Jeśli już mężczyzna musi mieć krótkie spodnie, niech kupi sobie klasyczne szorty, o których też mówiłem. Wyglądają jak ucięte, klasyczne spodnie z kantką, mogą być białe, popielate czy też np. zielone.

Ja w sumie nie mam czegoś takiego, że coś mnie denerwuje w męskim wyglądzie. Po prostu czasem mi żal, że facet ma potencjał na sympatycznego, przystojnego mężczyznę, a swoim ubiorem to niszczy.

Co ksiądz ma w szafie?

– O wiele za dużo (śmiech ). To wielka szafa, mojej żonie wystarczy połowa tej powierzchni. Nie wiem, czy powinienem o wszystkim mówić (śmiech ). Mam kilka garniturów w podstawowych kolorach. Radzę każdemu mężczyźnie, by jego dwa pierwsze, klasyczne garnitury były w kolorach granatowym i szarym. Raczej jednolite, bo prążki trochę obniżają formalność. W jednolitym garniturze można wybrać się nawet na wieczorne spotkanie. W przypadku granatu ważne jest, żeby to był ładny, klasyczny kolor, a nie np. jakiś atrament. Szary i granatowy ładnie się ze sobą komponują, mając takie dwa garnitury, mamy już cztery kombinacje.

Czarny garnitur jest w ogóle niepotrzebny, chyba że ktoś chce, to niech do trumny sobie taki przygotuje. Nawet na pogrzeb nie trzeba iść w czarnym garniturze. Można ubrać szary garnitur, a żałobę podkreślić czarnym krawatem, czarną muszką czy czarnym kwiatem do butonierki. Czerń owszem, ale tylko na wieczorne gale i bardzo uroczyste przyjęcia, ale ilu mężczyzn na takich bywa? Ci więc niech zainwestują w czerń, pozostali nie muszą.

Mam w szafie także kilka par spodni w różnych kolorach oraz kilka sportowych marynarek w prążki i kraty. Nie lubię monotematycznych ubiorów. Garnitury jednokolorowe ubieram tylko na naprawdę bardzo oficjalne przyjęcia, w innej sytuacji mam na sobie kombinowany strój, czyli inną marynarkę i inne spodnie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 − six =