Miłość – część pierwsza

Miłość na pewno jest czymś więcej, niż samą tylko emocją. Jest też uczuciem, postawą, rodzajem relacji. W szczególnych przypadkach nadaje życiu sens aż po ostateczne rozwiązania, gdy ze względu na nią decydujemy się na śmierć, jak Jezus z Galilei.

Miłość jest energią transformującą, decydującą o jakości życia. Zapewne trudno to sobie uzmysłowić i wyobrazić, ale miłość tworzy człowieka, jako kogoś większego od tego, kim jest w obecnej chwili. Dzięki niej człowiek każdego dnia rodzi samego siebie. Miłość ciągnie go w górę, ponad zmysłowy świat i poziom życia, polegający na zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Pierwsze narodziny mają miejsce w matczynym łonie, drugich doświadczamy we własnym sercu. Wpierw człowiek wychodzi z wody, dzieląc doświadczenie życia z całą przyrodą. Ostatecznie, piękniejszy i szlachetniejszy niż dotąd, musi wyjść z ognia, przemieniony w istotę boską. Pierwsze narodziny zawdzięczamy fizycznej, zwierzęcej miłości rodziców, drugie duchowej, człowieczej miłości serca.

Miłość jest mniej uczuciem i emocją, a więcej energią rozwoju. Jest ciągłym ruchem, tańcem życia. Na jej najniższym poziomie jesteśmy tylko przedmiotem ludzkich dziejów. Po wyjściu z wody i osiągnięciu poziomu ognia dla samych siebie stajemy się podmiotem. Po wyjściu z serca tracimy podmiotowość, której pilnują humaniści, zwłaszcza filozofowie, po części słusznie uznając ją za cel ludzkiej kultury.

Niemniej kultura, a wraz z nią religia, mają swój kres. Gdy się kończą, zaczyna się czysta duchowość. Znika EGO, będące twórcą jednego i drugiego. Pojawia się duchowa czystość i świadomość jedności ze wszystkim. Człowiek i Źródło stają się jednym. To oznacza, że humanistyczny projekt podmiotowości człowieka nie jest kresem procesu, którego wewnętrzną energią jest miłość. Gdy znika podmiotowość, człowiek staje się pełnią i osiąga cel, na Zachodzie nazywany zbawieniem, a na Wschodzie oświeceniem.

Nasze pojmowanie miłości ukształtowało się pod wpływem kultury greckiej i semickiej. Oba źródła nie są sobie absolutnie przeciwne, niemniej w popularnej interpretacji grecki model bywa zniekształcany, więc miewa negatywny wpływ na nasze zachowania i relacje. Powszechnie uważa się, że miłość cielesna (zwierzęca), wyrażana pojęciem eros, jest przeciwieństwem miłości duchowej, znanej jako agape. Grecy nie rozumieli tego w ten sposób. Zwłaszcza, że posługiwali się jeszcze pojęciem storge, sugerującym czułość i przywiązanie, w czym element cielesny również odgrywa rolę (np podczas przytulania się dziecka do mamy), ale bez odcienia erotycznego, oraz wyrażeniem filia, które oznacza przyjaźń, zażyłość, przyjacielskość, a nawet serdeczność.

Tych pojęć nie można od siebie oddzielać i przeciwstawiać. Wyrażają po prostu różne aspekty tej samej energii życia, które nie tylko trwa, ale przede wszystkim rozwija się. Prawdopodobnie uczestniczymy w niej najbardziej świadomie ze wszystkich istot, zamieszkujących ziemię. Chcemy żyć i przekazywać życie, ale chcemy też osiągać wyższy, duchowy poziom życia.

Eros nie jest gorszą miłością od agape tylko dlatego, że jest zwierzęcym instynktem przetrwania gatunku. Bez miłości pożądliwej, najbardziej cielesnej i zmysłowej, nie byłoby kolejnych pokoleń, ale też bez storge czy agape przeżycie pojedynczych osobników, jak i większych grup plemiennych, byłoby niemożliwe. W miłości, będącej kołem zamachowym życia, każdy element jest potrzebny, żeby możliwy był ciągły ruch energii. Tak długo nie ma gorszego i lepszego rodzaju miłości, jak długo się uzupełniają i na siebie napierają. Dopiero, gdy ich wzajemna transformacja zanika, a któraś z form miłości zostaje zabsolutyzowana, zaczyna się nieszczęście i degrengolada życia.

Aczkolwiek napięcie i różnicę pomiędzy biegunami energii miłości można rozumieć w taki sposób, że eros jest zaspokojeniem pragnienia, zaś agape jest darowaniem wszystkiego. Eros wzmacnia życie z obawy przed śmiercią, a tymczasem agape wzmacnia życie, uwalniając się od lęku przed śmiercią.

Najmocniejszy ślad, jaki kultura semicka odcisnęła na naszej cywilizacji, jest Biblia z jej obrazowaniem Boga i ludzkimi archetypami. Dawniej idealny model semicki często porównywano ze złym modelem greckim, uznając historię życia i śmierci Jezusa z Galilei za niedoścignioną formę agape. Współcześnie coraz wyraźniej dostrzegamy, że pozostałe formy miłości, jak je rozumieli Grecy, były Mu również znane i na co dzień doświadczane, bo inaczej po prostu być nie mogło.

Nie ulega dyskusji, że autorzy Ewangelii cielesną śmierć Jezusa przedstawili jako wyraz miłości doskonałej. Żeby właściwie ocenić decyzję Mistrza z Galilei, który dobrowolnie dał się pojmać a potem ukrzyżować, trzeba koniecznie oddzielić Jego czyny i słowa od późniejszych interpretacji, które przybrały charakter religijno-kultowy albo wyraźnie etyczny. Niektóre z nich współcześnie mogą budzić obrzydzenie i wręcz gorszyć, jeśli ma się rozwiniętą wrażliwość. Sam Jezus wyraźnie sygnalizuje, że umiera, aby życie mogło się umocnić i tym bardziej rozwijać. Charakterystyczne są dla Niego słowa: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24). Słychać wyraźnie, że intencja Jezusa ma charakter agapiczny. Mając pełną kontrolę nad wydarzeniami, i samemu decydując o czasie i miejscu śmierci, Jezus nie powstrzymuje nurtu życia, które musi płynąć, a ulega zatrzymaniu i zniszczeniu nie z powodu śmierci, ale przez wolę ludzkiego EGO, które pragnie mieć życie tylko dla siebie.

To jest ten element argumentacji, który współcześnie budzi wyraźny sprzeciw. Niepotrzebnie, chociaż specjalnie dziwić też się nie ma czemu, skoro najczęściej słyszymy uproszczone i nieprawdziwe wezwanie do kochania wszystkich, tylko nie samych siebie. Jakby w miłości w ogóle nie było miejsca na miłość własną. Tego rodzaju retoryka, zwłaszcza kościelna, przy okazji zręcznie odmawia seksualności jakiejkolwiek wartości, poza prokreacyjną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × one =