Bądź tak dobra… .

– gdy całujesz – oczu nie zamykaj

                           lubię tonąć w szerokich źrenicach

– gdy dotykasz – pięści nie zaciskaj

                           lubię miłość raczej nie na klacie

– gdy mówisz „kocham” – unikaj zaimków zwrotnych

                                           lubię nieskomplikowane składnie damsko-męskie

– gdy chcesz tego „czegoś” – nie przesadzaj z niewinnością

                                               lubię „świętą”, ale w …kuchni

– gdy myślisz „on jest mój” – pomyśl o mnie

                                                lubię być darem, nie własnością

– gdy jesteśmy razem – nie interesuj się moimi myślami

                                      lubię czasem samotność we dwoje

– gdy jesteśmy daleko – nie pytaj: „co tam robisz?”

                                       lubię Twą modlitwę

Po (co ten) twór

nocą potwór pokazał twarz

paszcza mrozu pożarła kwiaty

kochane, cudowne, czerwone… moje 

srebrność szronu pokonała uśmiech lata

o świcie zamilkła pieśń życia…

płacze cały świat

kwiatki moje – wasze łzy, moje łzy

zimowych łez pełen świat

potwór jesiennych smutków

po (co ten) twór bezlitosny?

zabrał mi mój świat, moją sensowność

po co takie twory stworzył Ktoś?

potworów takich pełen świat

zimnych drani,

smutnych nocy,

martwych dni

kwiaty pomarzły

tylko psy szczekają

saniami sunie zimna Pani

po co komu taki Twór?

potwór zimy powraca

i zabiera kwiaty… moje 

Wybaczanie

Wszyscy wiedzą, chociaż niekoniecznie z tego samego powodu, że wybaczanie jest warunkiem mądrego, zdrowego, szczęśliwego i religijnego życia. Niektórzy więc kierują się religijną powinnością, nie dostrzegając związku między wybaczaniem a własnym życiem, inni kierowani troską o zdrowie, a jeszcze inni dbając o rozwój duchowy.

Powstało też wiele różnorodnych programów wybaczania, a w księgarniach bez problemu można znaleźć kilkanaście poradników, których autorzy mają dla nas mniej lub bardziej cenne wskazówki, jak rozumieć wybaczanie i w jaki sposób je praktykować. Istnieje nawet specjalny program tak zwanego radykalnego wybaczania, który ma wiele wspólnego z praktyką szamańską, rozwiązywaniem karmicznych węzłów i uwalnianiem z zobowiązań z poprzednich wcieleń.

No cóż, i w tym wypadku, jak w pozostałych, nie mam najmniejszego zamiaru podważać ani sensowności tych poglądów ani udowadniać nieskuteczności praktyk, ponieważ wiem, że wszystkie w jakiejś mierze spełniają swoją rolę i jeśli ktokolwiek z nas w nie wierzy, na pewno korzysta z ich dobrodziejstw. Swoją  rolę rozumiem w ten sposób, żeby nie zabierać, ale raczej uzupełnić i dodawać.

Niestety niektórzy terapeuci i pożal się Boże duchowi nauczyciele uważają, że tylko ich metody są najlepsze i podważają pozostałe. Mówiąc inaczej budują swój autorytet, kosztem autorytetu innych. A jeślibym miał do bólu być szczery, to uważam, że dobrego terapeutę i duchowego nauczyciela poznaje się po tym, że dba o dobro wszystkich, którzy mają się źle i szukają pomocy, a nie o dobro swojego portfela. Tymczasem wmawianie ludziom, że jedynie moja metoda jest skuteczna, jest działaniem marketingowym, służącym sprzedaży, które z etyką i miłością nie ma nic wspólnego.

Jeśli więc masz wyrobiony pogląd na wybaczanie i praktykujesz je w sposób, który uważasz za dobry, postępuj tak dalej. Gdybyś bowiem uwierzył w moją krytykę, ale w mojej metodzie nie znalazł pomocnej inspiracji, pozostałbyś z niczym i Twoje życie stałoby się mniej zdrowe i satysfakcjonujące. Miałbyś prawo uważać, że Cię okradłem i skrzywdziłem, a ja tego nie chcę. Dlatego czytając niżej o moim pojmowaniu wybaczania, zresztą jak o wszystkim, z czym się dzielę, pomyśl, czy Cię tym ubogacam czy zubażam? Jeśli to pierwsze, wkomponuj to w własną praktykę duchowego życia. Jeśli to drugie, pozostań przy swojej.

Wybaczanie, które proponuję, jest bardziej radykalne od czegokolwiek, co do tej pory otrzymało taką etykietkę, a jednocześnie prostsze od wszystkich znanych metod, ponieważ nie wymaga duchowych ćwiczeń, ani gromadzenia danych na papierze, żeby móc je emocjonalnie przepracowywać. Nie wymaga też czasochłonnych rytuałów ani praktykowania czegoś, z czym nie zgadza się umysł. Owszem, jeden warunek jest niezbędny. Jest nim zaufanie, że życie każdego z jest manifestacją Miłości i jest otulone Światłością, z której zostaliśmy stworzeni. Teraz jednak, zanim pójdziesz ze mną głębiej, proszę Cię, żebyś przeczytał mój tekst pt: Każdy ma swojego Judasza. Dopiero potem wróć tutaj. 

Jeśli zatem każdy ma swojego Judasza, bez którego niemożliwe byłoby doskonalenie się w posłuszeństwie przez doświadczenia, które przeżywamy, również wybaczanie nie jest czymś, co musimy praktykować wbrew oczekiwaniom szczęśliwego i bezproblemowego życia. Wielu z nas ma kłopot z wybaczaniem, ponieważ w proces zaangażowali umysł, podpowiadający im, że skoro nie są winni, to w imię sprawiedliwości mają święte prawo do tego, aby ten, który skrzywdził, przyszedł pierwszy i przynajmniej przeprosił, nie wspominając o wyrównaniu krzywdy. Myślą wówczas o poczuciu godności, szacunku do samych siebie, zachowaniu twarzy i po prostu ważą psychiczne zyski oraz straty. Ego podpowiada im wówczas, że nie można wybaczyć, ponieważ byłoby to równoznaczne ze zgodą na zło, którego doświadczyli.

No dobrze, ale gdyby po prostu przyjąć, że zło nas nie spotyka? Że każde doświadczenie jest niezbędne do duchowego rozwoju i dlatego nie jest ani złe, ani dobre? Pod względem energii emocjonalnej jest po prostu obojętne, jednak to, w którą stronę my tę energię zwrócimy i w konsekwencji w jaki sposób z niej skorzystamy, zależy wyłącznie od nas, a w istocie rzeczy od naszych poglądów na temat dobra i zła? Wystarczyłoby zatem zmienić przekonania na temat życia i przestać ulegać lękom, że w każdej chwili może nas spotkać kolejne zło, ale zaufać drodze życia, której autorką jest Miłość, żeby pozbyć się stresu i pierwszy raz w życiu lekko wybaczyć, bez intelektualnej arytmetyki zysku i straty? 

Wybaczanie, jak je pojmuję i praktykuję, oznacza zatem coś, co dla przeciętnego umysłu jest nie do przyjęcia, ponieważ posługuje się standardowym, skonstruowanym z energii strachu, przekonaniem, że doskonale wiadomo, co jest dobre a co złe, któremu hołdują kolejne pokolenia nieszczęśliwych ludzi.

Żeby wybaczyć nikomu nie muszę odpuszczać winy, ponieważ wszyscy zostaliśmy uniewinnieni przez Miłość, która wcieliła się i objawiła w świecie w osobie Jezusa. Nie muszę też zastanawiać się nad charakterem tej winy i jej ciężarem gatunkowym. Nie muszę analizować, czy to, co mnie spotkało, wynikało z intencji złego człowieka, czy było nieświadomym czynem dobrego. Nie muszę przekonywać samego siebie do czynienia dobrych uczynków, które wynikają z religijnego albo jakiegokolwiek innego obowiązku. Nie muszę używać wagi sprawiedliwości, ani tym bardziej ulegać własnemu ego, które istnieje tylko dlatego, że dba o swoją pozycję, chwałę i sławę.

Wybaczanie jest proste, jak oddech, i naturalne jak dzień po nocy a lato po zimie. Nawet nie muszę tego w ten sposób nazywać, żeby wydarzyło się jako rozwiązanie węzła we mnie i pomiędzy nami, z powodu którego energia miłości nie może przepływać ani przeze mnie, ani pomiędzy nami. Wystarczy, że człowiekowi, z powodu którego coś przeżyłem albo wciąż doświadczam tego skutków, podziękuję za to, co zrobił, ponieważ wiem, że wszystko służy ku dobremu i jest mi potrzebne do osiągnięcia doskonałości.

Gdy za wszystko dziękuję, niczego nie muszę oceniać; niczego przepracowywać; nic mnie nie rani i nie ciągnie w życiowy dół. Nie cierpię, nie zmuszam się do czegoś, co wydaje mi się nienaturalne albo wbrew mojemu interesowi.

Gdy za wszystko dziękuję, najzwyczajniej w świecie jestem lekki. Leżę sobie na chmurce Bożej chwały i łaski. A leżąc na niej mam dostęp do źródła życiowej obfitości, które się nie wyczerpuje i odnawia mnie pod względem psychicznym, duchowym i cielesnym, czyli także zdrowotnym. 

Nie wyobrażam sobie lżejszego i szczęśliwszego życia. Wystarczy zaufać Miłości. Wierzysz w to?

Zaufaj Miłości. Wybaczanie przestanie być zadaniem do wykonania i życiowym problemem.

Zapraszam do Elbląga

Zapraszam Panie i Panów na wykład Poznaj swoją siłę i zamień ją w miłość, dedykowany Mężczyznom, którzy mają potrzebę poznania samych siebie i rozwoju duchowego.

Mężczyźni nigdy nie stoją na straconej pozycji. W każdej chwili mogą poczuć w sobie miłość, która jest najpotężniejszą energią, zmieniającą świat.

Od zamierzchłych czasów archetypy Króla, Kochanka i Ogrodnika wiodą Mężczyzn przez meandry życia i tajemnice mądrości do nich samych.

Kobiety czekają na Króla, Kochanka i Ogrodnika, aby poczuć męską siłę, która jest miłością.

Wykład odbędzie się w sali Parafii Ewangelickiej w Elblągu, w niedzielę, 17 listopada, po nabożeństwie, które rozpoczyna się o godz. 10-tej.

Elbląg, ul. Kosynierów Gdyńskich 25

Transformacja emocji

Moja metoda na osiąganie oświecenia, czyli przechodzenie z nieświadomości do świadomości, nie jest męcząca ani czasochłonna. Nie musisz dużo ćwiczyć ani stawać się mistrzem duchowości. Jest prosta, jak coroczna przemiana przyrody z lata w zimę i na powrót ku latu. Jeśli masz zamiar nauczyć się jej, musisz mi zaufać, że początkiem nowego życia nie są cuda wianki, ponadprzeciętne wysiłki i nadprzyrodzone zdolności.

Początkiem jest nowy sposób myślenia. Musisz po prostu zmienić swoje przekonania dotyczące życia; tego, co jest dla Ciebie dobre albo złe; wreszcie samego siebie i swojego miejsca w świecie. To oczywiście oznacza, że przejmujesz kontrolę nad swoim umysłem, aby nie produkował wciąż starych, wzorcowych myśli, więc jeśli tylko chcesz możesz się do tego zabrać z pomocą medytacji albo innej praktyki. I jeśli na początku będzie Ci to pomagało, rób to, ale uważaj, abyś z dyscypliny nie uczynił boga a drogę do celu, czyli metodę, nie pomylił z celem. Gdy więc zaczniesz odczuwać, że umysł już Tobą nie rządzi, ale Ty nim, wtedy popuszczaj jarzmo dyscypliny, a metodę praktykuj jedynie jako podtrzymywanie kondycji.

Najważniejsze są bowiem nowe myśli, czyli takie, które Ci służą, podtrzymując Twoje życie w zdrowiu, i wypełniając Cię miłością, która niczego nie potrzebuje, ale wszystko może dawać.

W codziennej praktyce to oznacza, że dzięki nowemu myśleniu Ty i tylko Ty, i nikt inny, ani tym bardziej żaden podręczny zestaw wartości, nie decyduje o tym, w jaki sposób przeżywasz kolejne dni i noce. Mając nowy warsztat mentalny sam decydujesz o tym, co sądzisz o kolejnym doświadczeniu i w jaki sposób możesz je wykorzystać w duchowym rozwoju. Energia emocji przestaje płynąć poza Twoją kontrolą, najczęściej Ci szkodząc. Odtąd jest przewidywalna a Ty świadomie zarządzasz jej potencjałem. Świat przestaje być źródłem stresu, a  życie spokojnie płynie.

Dlatego zapamiętaj, co Ci proponuję. Oświecenie polega na tym, że dzięki nowym myślom do swej podświadomości wysyłasz świadomie zupełnie nowe impulsy, dyrektywy, zarządzenia. Większość ludzi (terapeutów niestety też) sądzi, że podświadomość należy wyczyścić różnymi metodami duchowymi albo psychicznymi, aby nie zatruwała świadomości. Nie słuchaj ich, bo nigdy nie wyjdziesz z ich gabinetów, a pieniędzy wciąż będziesz mieć za mało, żeby skorzystać z nowej technologii.  

Nie daj się na to złapać. Po prostu zmień przekonania! Nowymi myślami świadomie przejmij kontrolę nad podświadomością. Doświadczysz uzdrowienia i  wybawienia.

Uważasz, że to jest trudne? W pewnym sensie tak, ale tylko na początku. W istocie to jest najłatwiejsza i najszybsza metoda. Pierwszym krokiem jest zmiana przekonań. Drugim krokiem, dzięki nowym myślom, jest świadome przeżywanie emocji, dzięki czemu uczysz się zarządzać energią zmian.

Na moim blogu przeczytaj o tym, w jaki sposób pracować z emocjami. Jak nadawać im nową wartość i wykorzystywać ich energię. Przykłady znajdziesz w tekstach, poświęconych antypatii, bezsilności, chciwości, dumie, euforii. Kolejnych się spodziewaj.

Zdaję sobie sprawę z tego, że przynajmniej na początku może to stanowić wyzwanie i problem, żeby tak po prostu energię emocji, powszechnie uznanej za złą, zacząć wykorzystywać dla własnego rozwoju, więc proponuję metodę pośrednią. Ale proszę, stosuj ją tylko na początku. Nie uzależniaj się od niej, zresztą jak od wszystkiego. Ma Ci ułatwić naukę przebiegunowania energii emocji i wykorzystywania ich całego potencjału. Dzięki niej łatwiej nauczysz się trafiać w środek, więc mniej sił i czasu stracisz na odbijanie się od brzegów.

Wyobraź sobie, że wszystkie emocje można jakoś wpakować w klepsydrę. Te powszechnie uznane za negatywne do części dolnej, zaś powszechnie uznane za pozytywne do części górnej. Na samym dnie klepsydry znajdziesz zatem lęk, rozpacz, bezsilność. Trochę ponad nimi poczucie zagrożenia albo poczucie winy. Znowu trochę wyżej brak poczucia bezpieczeństwa, a jeszcze wyżej zazdrość. I tak można dojść do środka klepsydry, gdzie spotkasz się ze zwątpieniem, nad nim z rozczarowaniem, a wyżej frustracją, potem znudzeniem, może jeszcze pesymizmem i nagle nad nim zobaczysz, tam gdzie klepsydra zaczyna się rozszerzać, zadowolenie. I teraz widzisz jak ku górze pojawiają się coraz piękniejsze emocje. Aż na samej górze trafiasz na poczucie mocy, potem na radość, zaufanie i wreszcie na miłość.

Co z tego wynika? Jeśli na początku nie potrafisz tak po prostu transformować lęku w miłość, możesz z dołu do góry wejść stopniowo. W ten sposób jakby oszukasz swój umysł, który będzie stale podpowiadał, że są uzasadnione powody do lęku, dlatego nie możesz ufać, a więc w efekcie także kochać. A przecież, o ile pamiętasz, chodzi o to, abyś zaczął inaczej myśleć, a po jakimś czasie nowy wzorce stworzą w umyśle nowe synapsy i wszystko pójdzie już łatwo.

Zatem uczymy się oszukiwania własnego umysłu. To dopiero jest zabawa!!!

Załóżmy, że wpadłeś w depresję i czujesz wielki żal do życia, wręcz boisz się, że śmierć już ostrzy swoje narzędzie? Co możesz zrobić? Skoro nie potrafisz tak od razu zaufać życiu, jedyne co możesz zrobić, to pokonać jeden albo dwa stopnie w górę i zacząć się wściekać. Tak właśnie, wściekłość na życie jest dobrą metodą, aby wyjść z lęku, rozpaczy, poczucia winy albo bezsilności. Kto nie potrafi albo nie chce się wściekać na życie, temu wszystko stało się obojętne i do tańca zaprosił Kochankę Śmierć. Jednak do wściekniętego ona nie podejdzie. Boi się energii życia, która wreszcie zaczęła płynąć ku górze.

Rozumiesz na czy polega zabawa? Jest łatwa. Energia zemsty uwolni Cię od energii wściekłości. Złość z kolei uwolni Cię energii zemsty. Oskarżanie uwalnia od złości. Emocjonalne uwikłanie uwalnia od oskarżania. Irytacja uwalnia od emocjonalnego uwikłania. Pesymizm uwalnia od irytacji. Pozytywne oczekiwania uwalniają od pesymizmu. Od oczekiwań uwalnia nadzieja, a od niej uwalnia zaufanie, żeby wreszcie na końcu pojawiła się miłość.

Proszę, świadomie zarządzaj energią swoich emocji. Niech podświadomość dłużej Tobą nie rządzi. Jeśli to, co opisałem, pomoże Ci, rób to jakiś czas. Transformuj emocje i bądź wolny.

Euforia

Znamy liczne pojęcia, zbudowane ze słowa „eu” (z greckiego dobrze, pomyślnie), których się boimy. Dla przykładu eutanazja albo eugenika budzągrozę. Niektóre wydają się obojętne, takie jak eufemistyczny. Bywają inne, które śmieszą, chociaż nie wiadomo dlaczego? Na przykład eunuch. Wreszcie inne kojarzymy wyłącznie pozytywnie, chociaż nie bardzo wiemy co oznaczają. Do takich należy eucharystia. Niektóre sugerują, że jesteśmy naiwni, bo cóż innego może oznaczać eudajmonia, czyli szczęście, rozumiane jako posiadanie najwyższych dóbr. Za eukaliptusem kryje się nie tylko drzewo, ale też lekarstwo, ale co począć z euforią?

„Eu” połączone z „phero” (z greckiego w zależności od odmiany i kontekstu przynieść, unieść, zjednać sobie, trzymać się) kojarzymy z energią, której doświadczamy rzadko i życzylibyśmy sobie, aby płynęła przez nas każdego dnia.  Euforia może oznaczać, że dobrze się trzymamy; że czujemy się świetnie, ponieważ życie przyniosło nam wiele dobra; a może unieśliśmy jakiś ciężar, zwyciężyliśmy i dlatego czujemy się uskrzydleni.

Pozornie euforia mogłaby zatem stanowić wyłącznie dobry rodzaj życiowej energii, w której nie ma niebezpieczeństwa. Mimo wszystko powinniśmy być czujni i uważni, aby nie uderzyć w jakiś brzeg życia, w wyniku czego zrujnujemy duchowy rozwój i odbijemy w przeciwny brzeg. Po czym dopiero doświadczymy negatywnej strony euforii. Może zatem należałoby, zanim stanie się nieszczęście, przyjrzeć się jej uważnie i nauczyć się korzystać z jej energii, aby móc spokojnie płynąć ku celowi życia?

Gdy nie ma bodźca, nie pojawia się cierpienie. Bodziec jest właśnie po to, aby bóść, czyli ranić. Dzięki niemu wiemy, że niepotrzebnie coś drażniliśmy. Gdy działa bodziec, życie zaczyna boleć. Poszukajmy zatem spokojnie tego, co w euforii pełni rolę bodźca. 

Czy ktoś, kogo dopadła euforia, nie drażni wesołością, często graniczącą z brakiem smaku i wyczuciem chwili? Wesołość bez umiaru w sytuacjach, wymagających powagi, dostojeństwa, godności, a może po prostu kultury osobistej, nie jest śmieszna. Staje się wesołkowatością, a człowiek pajacem. Widać więc już pierwsze zagrożenie. Jednak szukajmy dalej.

Euforia na pewno jest energią wyjątkowo dobrego nastroju. Dzięki niej można poczuć się lżej, radośniej. Ma w sobie coś z zadowolenia sobą i życiem. Pojawia się jako skutek radzenia sobie w życiu, a skoro sobie radzę, więc mogę być radosny. Wątpliwości powinny pojawić się wówczas, gdy nie potrafię powstrzymać przesadnego śmiechu. Śmiejąc się bez przerwy, z wszystkiego i pomimo wszystko, zachowuję się, jakbym zażył opiaty. Naturalne co prawda wywołuje euforia, ale czy na pewno o to chodzi, abym się czuł jak na haju?

W euforię popaść można z wielu różnych powodów. Można ją odczuwać zwłaszcza wtedy, gdy dzieją się szczególnie upragnione sytuacje, na przykład nagły przypływ dużej gotówki, potrzebnej do budowy domu; od lat wyczekiwany  awans zawodowy albo społeczny; urodzenie dziecka albo oświadczyny. Euforia rozwija się zatem w określonych sytuacjach, gdy osiągamy jakiś wymarzony cel.

Jednak do myślenia musi dać fakt, że medycynie znana jest tzw. euforia biegacza albo euforia wysokościowa. To znaczy, że może rozwinąć się na skutek długotrwałego wysiłku fizycznego albo podczas przebywania w rozrzedzonym powietrzu, w którym maleje ilość tlenu i zmienia się ciśnienie. W pierwszym z wymienionych przypadków, w sytuacji, kiedy wysiłek trwa wystarczająco długo, organizm przechodzi z tlenowych przemian metabolicznych na procesy beztlenowe. Skutkiem takiej sytuacji jest wydzielanie specyficznych substancji, które wywołują euforię. Podobnie dzieje się, gdy zmniejszają się dostawy tlenu do organizmu.

Powoli wyłania się prawdziwy obraz energii euforii, z natury dobrej i potrzebnej, ale niosącej z sobą także zagrożenia dla życia. Gdy zbyt długo i niezmordowanie chcemy być pierwsi albo zająć najwyższe miejsce w hierarchii, wkładając w to wszystkie swoje siły, w efekcie poczujemy euforię, ale jej pojawienie się musi być sygnałem, że należy zapytać o sens tego wysiłku.  Czy rzeczywiście był potrzebny do osiągnięcia celu, ku któremu powinna nas prowadzić droga osobistego rozwoju duchowego?

Czy szukanie bodźców w tak zwanych sportach ekstremalnych albo podróżowaniu z zagrożeniem życia, wreszcie lekceważeniu sygnałów zdrowotnych, wysyłanych przez organizm, gdy realizujemy zawodowe cele bez względu na cenę, jest prawdziwym wędrowaniem przez życie i podążaniem ścieżką duchowego rozwoju, czy może odwrotnie, jest zastrzykiem endorfin, które mają  zagłuszać krzyk samotnej i smutnej duszy?

Euforia oczywiście może pojawić się nagle, jako skutek niespodziewanego daru życia. Jeśli jednak jest efektem tresury organizmu i zdobywania celów, które niczemu i nikomu nie służą, poza ucieczką przed prawdą o sobie samym, prędzej czy później dojdzie do całkowitego załamania życia i pojawią się choroby. Doprawdy nie jest to nic takiego, co byłoby nieznane medycynie. Zdarzają się bowiem sytuacje, gdy euforia pojawia się u ludzi wyjątkowo schorowanych bądź zmagających się z wieloma problemami jako skutek stresu i metabolizmu beztlenowego.

Gdy czujesz się beztroski i wolny, mając w sobie zadowolenie, które nie przypomina nagłego uderzenia endorfin, bądź pewien, że euforia rzeczywiście służy Twemu życiu. Jej energia jest wówczas nurtem życia, któremu pozwalasz się unosić bez szczególnego narażania się na bodźce, wieszczące zbliżające się cierpienie.  Dbaj o dobry nastrój, radząc sobie w życiu, trzymając się prosto i godnie niosąc ciężary codzienności. Czuj się, jakbyś był zwycięzcą w biegu życia a w dorobku miał zdobycie korony świata, uważając przy tym, abyś wesołości nie zawdzięczał ekstremalnemu wysiłkowi, bo on zawsze pojawia się na powierzchni życiowego doświadczenia jako skutek działania strachu pod powierzchnią, czyli w Twoim sercu.

Reformacja – (for)matowanie czy polerowanie miecza?

Nie mniemajcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową” (Mt 10,34n)

W dniu, zwanym przez nas Pamiątką Reformacji, przydałoby się, żeby wróciła nam pamięć.

Czym była reformacja? Na pewno nie była rewolucją w sensie ścisłym, ponieważ temu, który ją wywołał, nie przyświecały idee sprawiedliwości społecznej ani apetyt na polityczne apanaże.

Dotknięty Duchem, oświecony Światłem, porwany energią Miłości doświadczył mentalnej odmiany. Stał się epifanią Boga w świecie, ustami Jezusa, manifestacją Ducha. Siedząc w klasztornej celi nie kombinował nad tym, jak zmienić świat, ale jak zrozumieć Pisma. Gdy spełniły się Jego pragnienia i Pisma stały się w Nim żywym ogniem, nie rzucił się w wir pracy organicznej, aby tworzyć partię i przygotowywać bunt przeciwko Rzymowi.

Zaczął po prostu inaczej myśleć, zaś nowe przekonania odmieniły Jego biochemię. Doświadczył zbawiennego wyprowadzenia ze strefy stresu, związanego z lękiem przed siłą władzy, opuszczeniem kościelnych struktur i porzuceniem tradycyjnej teologii dogmatycznej. Euforia zamieszkała w Jego sercu a endorfiny zalały ciało.

Dzięki zmianie przekonań, z czego być może w ogóle nie zdawał sobie sprawy, Luter doświadczył nowej energii emocjonalnej. Ponieważ pojawiły się w nim nowe odczucia i emocje, stał się odważny, wolny, prawdziwy. A taki człowiek już nigdy nie pozostaje na marginesie, bez wpływu na otoczenie.  Niczym kamień wrzucony do wody, staje się źródłem kręgów nowej energii, rozchodzącej się od niego po kres wszechświata.

Tak rozpoczyna się każda prawdziwa zmiana. Nie dzięki sile zła i przez walkę z zewnętrznymi strukturami, ale przez wewnętrzną odmianę myśli i emocji. Rewolucja niczego nie zmienia ku dobremu. Tworzy jeszcze gorsze reedycje starych struktur zła i tyranii. Tylko człowiek dotknięty przez Boga, czyli wewnętrznie uformowany na nowo, rozpalony do żywego ogniem Ducha, używa swoich słów w taki sposób, że czyni z nich miecz, przenikający ludzkie dusze i odmieniający postać świata.

W sumie nic nowego pod słońcem. Dla chrześcijan prawzorem i pramatrycą ich duchowego doświadczenia pod tym względem jest Jezus z Galilei, który zdaje sobie sprawę, że przyszedł przynieść miecz.

Obchodzimy dziś kolejną Pamiątkę Reformacji, a więc upamiętniamy jedną z kilku reedycji tego, co stało się za sprawą Jezusa. Przed pięciuset laty w Niemczech pojawił się mnich, który zaczął używać słów niczym miecza, ponieważ pozbył się strachu, a Jego świadectwo nie polegało na cytowaniu Pism. Prawdziwa przemiana następuje wtedy, gdy Pisma przestają być argumentem na rzecz idei, a stają się mieczem, oddzielającym w człowieku stare od nowego i dzięki temu odmieniającym wszystko, w czym on uczestniczy.

Znakiem wewnętrznej przemiany nie jest siła teologicznych argumentów, ale wiarygodność świadectwa człowieczego życia. Odtąd Pisma nie pełnią rolę zewnętrznego słowa, ale stają się duchem życia. Odtąd człowiek nie przemawia słowami, ale Słowo przemawia jego życiem. W efekcie nic nie pozostaje nie tkniętym, nie poróżnionym, nie odmienionym, a reakcje na takie świadectwo możliwe są tylko dwie: całkowite przyjęcie i całkowite odrzucenie. Po dwóch stronach miecza nie ma miejsca na obojętność i letniość.  Reakcją na Słowo, które przemawia życiem zreformowanego, nowego człowieka, jest „tak” albo „nie”. Dzięki temu reformator, jak Mistrz z Galilei, poruszył tysiące ludzi i obudził energię zmian. 

Jak mówimy? Czym Pisma są dla nas? Jedynie skarbnicą argumentów dla własnych poglądów? Czy używamy słów tak, aby nikomu nie podpaść z politycznych, społecznych, zawodowych, a nawet finansowych powodów, poświęcając tych, których moglibyśmy obudzić ze snu? Czy Słowo ma szansę przemawiania przez nas? Tylko, że wtedy Słowo wymyka się nam spod kontroli i już nie używamy słów, aby osiągać cel, ale Słowo używa nas dla swojego celu.

Jak będziecie dziś mówić, moi kochani Koledzy? Żeby nikogo nie urazić? Żeby miecz nie poróżnił syna z ojcem, córki z matką, żeby rodziny się nie podzieliły a parafie nie rozpadły? Będziecie mówić z wnętrza swoich lęków o materialną przyszłość, pozycję społeczną, wierność tradycji teologicznej, nie używając miecza, którym niektórych moglibyście obudzić ze snu i doprowadzić ich do świadomego życia?  Będziecie mówić tak, żeby Ci, którzy rozgościli się w tradycji i bezpiecznie im w przeszłości, przypadkiem nie rozzłościli się na Was?

A może boicie się, że wypowiedziane przez Was słowa, dotrą też do Waszej świadomości, a wówczas Słowo rozpocznie w Was swoją pracę? Odtąd bowiem już nigdy nie będziecie tacy sami i szlag trafi polityczne, społeczne, zawodowe i inne cele, które starcie się osiągnąć?

Czy po prostu nie jest tak, że boicie się mówić tak, żeby się nie bać?

Będziecie mówić z wnętrza swoich umysłów, dbając o argumentację teologiczną, czyli wierność przeszłości, czy z wnętrza swoich serc, dbając o prawdę, dobro i piękno życia, rozpalając tęsknotę za przyszłością?

Będziecie dziś dbać o tradycję czy reformację?

Będziecie miecz matować, żeby nie był za ostry i mocno nie szkodził, czy polerować, aby swoim blaskiem mógł wskazywać drogę?

Piąta pora roku

Powietrze ciężkie jak kamienie

Każdy oddech rozrywa płuca

Przepona twarda jak stal

Już w ogóle nie podnosi się do góry

Oddech niemożliwy, półoddech jakimś cudem

Ćwierćoddech – tylko na tyle mnie stać

Rozpalonego stosu nie widzi nikt

Pożera nerki, rozpala serce, trawi

Rzeką łez próbuję ugasić płomień

Ona płynie sobie ku czemuś, czego nie znam

Melancholia jesieni ma inną temperaturę

Pokazuje inne krajobrazy

W kalendarzu jest piąta pora roku

Pora miłości, która przeżywają tylko szczęściarze

Powietrze rozrywa im płuca

W płomieniach stają się piękniejsi… bliżsi… prawdziwsi…