Moc przyciągania

Gdy nie będzie lasów, wyciętych piłami w muskularnych męskich dłoniach; gdy nie będzie drzew a ptaki nie będą miały na czym usiąść, aby śpiewać; gdy nie będzie ptaków, bo zostaną złapane w podstępne, męskie sidła; gdy poza zimną stalą i kalkulacją kolejnych zdobyczy nie będzie już niczego

pozostanie moc przyciągania…

Ostatnia szansa ludzkości.

Moc przyciągania, moc przeżycia dojmującego smutku, transformująca moc wewnętrznego bólu, moc skurczu macicy, wydającej nowe życie – Kobieca Moc.

Kobieca Moc jest mocniejsza od męskiej mocy, która potrafi tylko zagarniać, zdobywać, miażdżyć, żądać, oczekiwać, argumentować, zabetonowywać kolejne ludzkie serca.  

Męska moc zdobywania jest niszcząca. Naprzeciw niej, niczym wiosenne kwiaty po złowrogiej zimie, często niepostrzeżenie pojawia się kobieca moc przyciągania – ostatnia szansa ludzkości. Jak przebiśnieg przebija się przez lodowy pancerz, tak moc przyciągania rodzi nowe z niczego.

Gdy nie będzie lekkości, przygniecionej technokratycznym porządkiem życia; gdy zabraknie uśmiechu, bo nikt nie będzie miał odwagi być sobą; gdy zamilknie ostatnia orkiestra, ponieważ taniec będzie zmarnowaną energią; gdy poza czipem pod skórą i algorytmami władzy nie będzie już śmiechu

pozostanie moc przyciągania…

Ostatnia szansa ludzkości.

Moc przyciągania przez kobiecą energię, płynącą od ziemi przez biodra i brzuch ku sercu. Moc zuchwałego tańca kobiecych bioder i rozfalowanych piersi, które naprawiają wszechświat energią nowego początku.

Ostatnią szansą ludzkości jest kobiecy śmiech, spod pępka, głęboko osadzony w „komnacie łona”, w świętym laboratorium nowego życia. Ekstatyczny taniec wibrującego łona, transformującego energię słońca.

Męska energia jest niebezpieczna. Bezlitośnie wypala żyzną ziemię, nie pozostawiając nadziei na wytchnienie w cieniu wysuszonego drzewa. Odbijając się w księżycu, łagodnieje jednak. Gdy słońce trafia w księżyc, powstaje noc, alkowa Kochanków, ofiarowujących sobie świętość; komnata gwiazd, pełna dźwięków i zapachów miłości. Delikatnie uśmiechnięta, milczy o słowach, wypowiadanych oddechami ust.

Kobieca moc przyciągania, łagodna, a mimo wszystko niewyobrażalnie skuteczna, nie wjeżdża w ludzki świat na ogierze, powalając przeciwników na ziemię, aby pokazać swą potęgę. Cichutko podróżuje przez ludzkie wioski i miasta, kuchnie i sypialnie, uśmiechnięta sercem, siedząc na osiołku, źrebięciu, dzidziusiu oślicy, która jeszcze nie poznała ciężaru męskiej, dominującej mocy.

Gdy przeminie czas męskiej mocy zdobywania – na osiołku wjedzie w nasz świat kobieca moc przyciągania, skuteczna czułością. Z miłości stworzy nowego człowieka.

Panie, dbajcie o swoją moc!

Nie uczcie się męskiej mocy zdobywania, bo wszyscy stracimy nadzieję, mężczyźni też.

Śmiejcie się łonem, tańczcie biodrami, cieszcie się sercem. Zachwycajcie się  swoim pięknem. Stwarzajcie wszystko z miłości.

Niczego nie musicie zdobywać, a i tak macie wszystko!

Zasada szampana

Jakże wiele straciliśmy z radości życia i poczucia szczęścia tylko dlatego, że po prostu nie chcemy ich doświadczać, a dobry świat oskarżamy o to, że jest właśnie taki, czyli coraz mniej radosny i szczęśliwy. Śmiem twierdzić, że jest to jeden z najbardziej charakterystycznych przejawów grzechu współczesnego pokolenia, ponieważ grzech jest próbą powrotu do tego było, co jest stare i daje poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem Boże powołanie do uprawiania i strzeżenia ogrodu życia jest wezwaniem do tworzenia kultury. Ludzie grzeszni bardziej miłują przeszłość, tęsknią za tym, co dawniej zapewniało poczucie bezpieczeństwa, bojąc się niepewnej przyszłości, bo nie wierzą Bożej obietnicy.

Jakże mogę to połączyć z radością i szczęściem? Dość prosto, a posłużę się zasadą szampana, czyli luksusowego towaru, który często bywa prezentem, spożywanym podczas niezwykłych okazji.

Człowieczeństwo między innymi polega na wydostawaniu się spod władztwa natury. Jest ciągłym budowaniem ludzkiego świata, czyli kultury. Jednym z charakterystycznych dóbr kultury jest wspomniany szampan, nie dość że wino, to jeszcze uszlachetnione. A takich dóbr nie konsumuje się cichaczem i użytkowo. One są luksusowe nie ze względu na cenę, a więc dostępność, ale przede wszystkim dlatego, że są przeznaczone do spożywania ceremonialnego, świątecznego, wspólnotowego.

Szampan jest wtedy czymś ofiarowanym, specjalnie przygotowanym. Pijąc go, wszyscy cieszą się hojnością ofiarowującego oraz okazją smakowania wybornego trunku. Szampana nikt nie wypija sam, a zawsze tylko część, aby także inni mogli cieszyć się smakiem. Wreszcie nie pije się go dla nasycenia pragnienia, ponieważ do tego używamy wody. Pijąc szampana, szanujemy wiedzę wielu pokoleń, czyli jakbyśmy wznosili toast za kulturę. Pijemy go, żeby zamanifestować wolność od natury.

A nasze pokolenie co uczyniło z owej zasady szampana? Coraz więcej dóbr, tych materialnych, ale i duchowych, próbujemy pić samotnie, ciesząc się tym, że mamy coś, czego nie mają inni. Nie ofiarowujemy już towarów luksusowych, przeznaczonych na specjalną okazję, ale zazdrośnie strzeżemy prawa do ich wyłącznego używania. Tracimy więc radość smakowania nie tylko tego, co prawdziwie szlachetne, wyborne, dobre, ale też wspólnotę, której nie ofiarowujemy wybornego trunku radości i szczęścia. Tym samym każdy z nas w samotności próbuje wypić swój szampan, ale wtedy nie dość, że traci wspólnotę, to jeszcze pije go w celach użytkowych.

Szampan przestaje służyć świętowaniu, a staje się zwykłym produktem do egoistycznego używania. I tak człowieczeństwo karleje, bo zamiast pięknie i delikatnie rozwijać kulturę, wraca ponownie w świat natury, gdzie rządzą najtwardsze prawa użyteczności, czyli przetrwania i przekazania życia. Tak oto w egoizmie ujawnia się jądro grzechu, jako powrotu do tego co stare, co już było. Byle przetrwać w swojej jaskini i zaspokoić seksualność w jej najbardziej zwierzęcej postaci.

Czy nasi przodkowie, żyjący pokolenia przed nami, mieli taką radość życia i poczucie szczęścia ze swojego człowieczeństwa? Śmiem wątpić. Próbowali po prostu przetrwać, a świętowania doświadczali jedynie sporadycznie. A przecież w między czasie żył, działał, umarł i został wzbudzony do życia Jezus z Galilei, Słowo Ewangelii, które potwierdza prawo człowieka do świętowania. Doświadczając zbawienia mamy prawo i możliwość przeżywania życia jako święta. My tymczasem ani nie chcemy pić wina Ewangelii, ani korzystać z zasady szampana. Za wszelką cenę chcemy przechytrzyć innych, usiłując egoistycznie wypić trunek, przeznaczony do ofiarowania wspólnocie i świątecznego smakowania. Coraz częściej żyjemy pokątnie i użytecznie, to znaczy wyłącznie dla samych siebie.

Nie dziwmy się więc, że tracimy radość życia i szczęście bycia człowiekiem. Gdzie bowiem zanika zasada szampana, to znaczy, gdzie panoszy się egoistyczne pragnienie zaspokojenia samego siebie, tam zanika doświadczenie święta a wspólnota się rozpada.

Zbawienie również polega na tej zasadzie, której zaprzeczamy. Jest ofiarowaniem czegoś tak szlachetnego i cudownego, że ofiarodawca nie ma odwagi pić z pucharu sam. Udziela go nam, zapraszając do świętowania we wspólnocie. Z nadmiaru swojej miłości dzieli się z nami miłością, z nadmiaru szczęścia, szczęściem, a z nadmiaru radości, radością. Jednak nie zapominajmy, że do świętowania zaproszeni są właściwie odziani, a więc ci, którzy nie żyją tylko sobą i dla siebie, ale z radością przyjmują zaproszenie do wspólnoty i dzielenia się darem.

Czy egoiści, próbujący cichaczem i dla zaspokojenia własnego pragnienia napić się szampana, aby na pewno są odziani we właściwą szatę? Kto za wszelką cenę próbuje w swojej grocie przetrwać sam, zginie. Kto zaś odważy się wyjść, żeby świętować zbawienie, będzie cieszył się życiem.

Antypatia

Bywa, że masz ochotę przejść na drugą stronę jezdni albo niepostrzeżenie wyjść z pomieszczenia, do którego dopiero co wszedłeś, tylko dlatego, że zauważyłeś wyjątkowo antypatyczną osobę, której po prostu nie znoisz? Pierwszy odruch jest mniej więcej tego rodzaju, żeby uciec, odwrócić się, udać, że się nie widzi. Jednak potem robi się głupio, pojawia się wstyd, a bywa, że nawet  poczucie winy.

No cóż, widocznie antypatia jest na tyle silną emocją, że nie łatwo nad nią zapanować. Ale zaraz, zastanów się, czy koniecznie musisz nad nią panować? Może w ogóle nawet nie należy próbować panować i to nie tylko nad antypatia, ale w ogóle nad wszystkimi emocjami?

Radzę Ci, nie próbuj opanowywać emocji, które są energią w ruchu, obojętnie, czy w Twej ocenie są dla Ciebie dobre czy złe, pozytywne czy negatywne, bo to najzwyczajniej w świecie się nie uda, a skutek będzie odwrotny od zamierzonego. To, co jest tłumione, represjonowane, po jakimś czasie „podnosi głowę”, rośnie w siłę i w efekcie okazuje się silniejsze, niż się wydawało.

Wyparcie też nie oznacza, że uporałeś się z problemem, ale co najwyżej przesunąłeś go w obszar podświadomości, niczym w przechowalnię, gdzie powoli będzie dojrzewał, aż przypomni o sobie i zaatakuje w najmniej odpowiedniej chwili ze zdwojoną siłą, wprawiając w osłupienie Ciebie i Twoje otoczenie.

Nie walcz z antypatią. Nie zmuszaj się także do przełamania wewnętrznego oporu i bez względu na cenę zbliżenia się do osoby, która wydaje Ci się mało sympatyczna, a może nawet budzi odrazę.

Zamiast walczyć i stwarzać napięcie, lepiej wejdź w tę emocję i spróbuj ją zrozumieć,  Zastanów się nad tym, co komunikuje Ci antypatia do konkretnej osoby. Mówiąc inaczej wykorzystaj energetyczny potencjał antypatii dla duchowego rozwoju. Nie marnuj szansy. Szkoda energii, dzięki której możesz przejść kawał porządnej drogi do świadomego, szczęśliwego i zdrowego życia.

Co dzieje się z Tobą, gdy spotykasz antypatyczną osobę, podpowiada nazwa tej emocji. Przedrostek „anty” oznacza coś lub kogoś przeciwnego, ewentualnie przeciwdziałanie.  Antypatia jest więc jakimś odczuciem i w konsekwencji działaniem przeciwko komuś.

Witraż…

Błyszczeć w słońcu – łatwa sztuka

Rozświetlać  ciemność – niełatwo tak żyć 

Błyskotka żyje skradzionym światłem

Przyciąga mnóstwem nie swoich kolorów

Witraż w ciemnościach tak długo ukryty

Aż zachwyci światłem wnętrza

Szczerozłote dobro

Złotoustna prawda

Srebrnogwiezdne piękno

….

ludzki  witraż

Oby nie jak Abraham

Despotyczni ojcowie nie biorą się nie wiadomo skąd, ale są produktem wpierw religijnego, wtórnie także kulturowego modelu ojca. Klasycznym przykładem jest interpretacja opowiadania o ofierze, którą z własnego syna miał złożyć Abraham na górze Moria (1 Mż 22,1-17). Dotychczasowa interpretacja podtrzymuje absurdalne stereotypy wychowawcze, w których rola ojca wciąż jest określona patriarchalnym roszczeniem do bycia panem i sędzią całej rodziny, oraz zniesławia Boga, przedstawiając Go jako okrutnika, który nie liczy się z ludzkimi emocjami, miłością i nadzieją. 

Zacząć wypada od spostrzeżenia, że interpretacja tradycyjna, która zniekształca obraz Boga i zaciemnia relacje między ojcem i synem, pojawiła się wraz z Septuagintą, ponieważ grec­kie słowo, którym tłumacze oddali pojęcie hebrajskie, znaczące w dosłownym tłumaczeniu unieś go na podwyższenie, sugeruje inną ofiarę, a mianowicie całopalenie. Bóg nie mówi więc zabij go, ale ofiaruj mi go w tradycyjnym geście, w którym człowiek akceptuje odpowiedzialność przed Bogiem za ojcostwo. Podniesienie jest gestem ofiarowania pierworodnego na znak wdzięczności Bogu – Dawcy wszelkiego życia. Chodzi więc o gest re­zygnacji z prawa do własności na rzecz osoby, której najwyższy autorytet się uznaje, w tym wypadku Boga, ujmującego się za Izaakiem.

Abraham jako ojciec nie zdaje egzaminu. Sam, powołany słowem obietnicy przez Boga, opuścił rodzinny namiot, i zamiast posłusznie czekać na swoją kolej po ojcu do bycia patriarchą, czyli najważniejszym mężczyzną klanu, odszedł, zakładając nowy klan. Natomiast własnego syna nie wspiera w rozwoju męskości, nie akceptuje jej, wreszcie pozbawia Izaaka męskiej siły, czego najlepszą ilustracją jest opowiadanie o próbie zamordowania go na górze Moria. Dlatego Bóg stoi po stronie Izaaka, ratując go z wyniszczających wyobrażeń ojca o prawie decydowania o życiu syna. Wpierw każe ojcu ofiarować syna, czyli zrzec się patriarchalnego prawa własności do niego, a potem, już na górze, gdy okazuje się, że Abraham wręcz odwrotnie, wciąż próbuje zrealizować swój plan pożarcia syna, wskazuje mu ofiarę zastępczą w postaci barana.

Bogactwo…

Czy dlatego Bóg jest bogiem, bo jest bogaty?

Jeśli jest bogaty, dlaczego ubóstwem ubogaca?

nie myślę więcej…

nie pytam dłużej…

nie próbuję udawać…

Wyczerpały się szanse na boskie życie

gdy zrozumiałem, że Bóg jest ubóstwem bogaty.

Moja droga uBoga jest zapisana na wieki

                    uboga musi być po kres.

Ubóstwo nadziei, wiary, miłości, ducha i ciała

jest jedynym moim bogactwem.

Po staremu nie znaczy lepiej

Każdy z nas zmuszony jest każdego dnia, tygodnia, miesiąca i roku podejmować wiele decyzji. Niektóre z pozoru nie mają większego wpływu na teraźniejsze i przyszłe życie, inne wydaje się, że tak. Bo, czy może równać się decyzja o wyborze soku pomarańczowego, bo o ten sam poprosili pozostali pasażerowie przedziału kolejowego, z rezygnacją z przeprowadzki, która była związana z nową ofertą pracy? Ze względu na skutki te decyzje rzeczywiście z pozoru wszystko różni, tymczasem ze względu na przyzwyczajenia i styl życia, który w sobie utrwalamy, obie negatywnie determinują nasze życie.

Postaram się to udowodnić krótką wypowiedzią Mistrza z Galilei, który w ramach przypowieści o talentach rzekł: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę; …” (Mt 25,21). Człowiek mianowicie może liczyć na coraz szersze perspektywy i satysfakcjonujące go efekty dotychczasowej działalności, jeśli konsekwentnie realizuje określoną strategię, której musi być wierny we wszystkim, także w tym, co małe, wręcz maleńkie i niepozorne w porównaniu z tym, o czym marzy i czego pragnie.

Nie można tak prostu, bez żadnych konsekwencji, podejmując codziennie wiele mało znaczących decyzji, realizować strategię naśladuj innych albo wszystko, jak dawniej, albo lepiej nie ryzykować, a spodziewać się skokowej zmiany jakości życia w postaci dobrobytu, pomyślności czy satysfakcjonującego stanowiska. To najzwyczajniej w świecie jest  niemożliwe i wiedział o tym także Nauczyciel z Galilei.

Wydaje się, że strategie minimalistyczne, których przykłady podałem wyżej, są zakorzenione w ewolucji. Naśladując innych przy wyborze soku, po pierwsze minimalizujemy niebezpieczeństwo zatrucia bądź wyboru niedobrego pożywienia, po drugie zachowujemy się podobnie do dziecka, które naśladując rodziców, szybko uczy się samodzielnego funkcjonowania w świecie. O ile jednak dziecku ta strategia do pewnego momentu służy i zapewnia pozytywne skutki, o tyle dorosłemu we współczesnym świecie, zmieniającym się w szalonym tempie, już niekoniecznie. Nie ulega wątpliwości, że nie tylko ze względu na postępującą globalizację, wybór tej strategii jest niebezpieczny.

Jeszcze bardziej niebezpieczne robi się wówczas, gdy ktoś żyje zgodnie z zasadą wszystko, jak dawniej. Naprawdę nie powinniśmy się dziwić, gdy wpadamy wówczas w pułapkę, przez psychologów zwaną pułapką utopionych inwestycji. Wielu z nas trzyma się bowiem kurczowo tego, na co raz się zdecydowali, obawiając się, że gdy dokonają zmiany, nagle poprzedni wybór okazałby się słuszny, ale niestety będzie już za późno. Kryje się za tym pogląd, że włożony w coś wysiłek musi się opłacać i nie może się zmarnować. Tymczasem jest on nieprawdziwy, mylny i nieużyteczny. W życiu bywa tak, że często angażujemy się w coś, co po jakimś czasie okazuje się całkowicie chybionym przedsięwzięciem zawodowym, społecznym czy emocjonalnym i trzeba z niego jak najszybciej zrezygnować, nie licząc strat, aby tylko móc zacząć nowy projekt.

Poza tym wybierając strategię minimalistyczną, która pozornie wydaje się rozsądna, bo asekuracyjna i zagrożona mniejszym ryzykiem straty, w istocie rzeczy tracimy olbrzymi potencjał i to bynajmniej nie w sferze, którą strategia obejmuje, ale w innej, decydującej o przyszłym życiu, a mianowicie w sferze ducha. Utrwalamy bowiem asekuracyjne wzorce zachowań i lękliwy sposób życia, co w efekcie prowadzi do tego, że podejmując rzeczywiście strategiczne i najważniejsze decyzje, nie potrafimy przekraczać samych siebie i zachowujemy się jak dotychczas, rezygnując z szans. Tymczasem aspiracje w nas pozostają, a oczekiwania pod adresem przyszłości nie maleją, w związku z czym coraz bardziej gorzkniejemy i w dłuższej perspektywie czasowej tracimy nawet szacunek do samych siebie.

Kto chciałby to zmienić, powinien przeanalizować nawet swoje standardowe formuły grzecznościowe, którymi posługuje się na ulicy podczas powitań. Jakże często brzmią one mniej więcej w ten sposób: Co u Ciebie? No wiesz, po staremu. A to dobrze. No to cześć i powodzenia. Otóż ciężko oczekiwać powodzenia, skoro życie ma pozostać po staremu i sobie tego życzymy. Po staremu naprawdę nie znaczy lepiej, aniżeli po nowemu. Owszem, to, co nowe może zaskoczyć nieprzewidywalnością zaistniałych sytuacji i rozwiązań, ale i tak w perspektywie życia zawsze będzie dla nas lepsze od tego, co jest stare. Do rozwoju może zmusić tylko zmiana, a przecież bez rozwoju człowiek nie ma co liczyć na lepszą przyszłość.

A poza tym najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zmiana zawsze dzieje się w jakimś związku i napięciu z wiarą. Ludzie małej wiary mają silniejszy lęk przed zmianami i boją się, że nie poradzą sobie z ich konsekwencjami. Często dzieje się tak dlatego, że pomyślność i szczęście uzależniają od swoich umiejętności i zachowań. Siłą wiary w Bożą obecność i prowadzenie nie potrafią zminimalizować negatywnych przeczuć, które podpowiadają im, żeby nie angażować się w nowe przedsięwzięcia. Przeczucia są wytworem rozumu, który jest zachowawczy a swoje sądy tworzy w oparciu o doświadczenie.

Tymczasem wiarą warto wesprzeć ducha i zaangażować się w zmiany, które otwierają przed nami nowe perspektywy. 

Tango pragnienia

Pragnienie jest jak pamięć
pragnienie to sentyment
inni płaczem zmięci
a ja śpiewem płaczę.

Zanim przyszliśmy, by kochać
nikt w niebie nie tłumaczył,
że na ziemi trudna sztuka
miłość wykuć z pragnienia.

Mężczyzno, kocham Cię bardzo
Mężczyzno, życzę Ci także
Mężczyzno zapomnij krzywd
ponieważ ja przebaczyłam.

Być może nigdy się nie dowiesz
być może nigdy nie uwierzysz
być może wywołam śmiech
w Tobie, leżącym u mych stóp.

Tak łatwo pięknie ciąć
przeszłości odpłacić
sztylet otworzyć
szczęście w pasję zamienić.

Nie łatwe jest cięcie
gdy więzi miłości
dobrze schowane
czekają na dnie serca.

Kobieto, kocham Cię bardzo
Kobieto, życzę Ci także
Kobieto zapomnij krzywd
ponieważ ja przebaczyłem.

Być może nigdy się nie dowiesz
być może nigdy nie uwierzysz
być może wywołam śmiech
w Tobie, siedzącej u mych stóp.

Pragnienie jest sprzeciwem
pragnienie jest wołaniem,
żebym nigdy nie śpiewał
płaczem w samotną noc.

Żebyś powracała nocą
wędrowała ze słońcem,
a jeśli czasem będę mówić
– nigdy nie krzyknę.

Kochajmy się bardzo
życzmy sobie także
zapomnienia krzywd
i przebaczajmy pragnieniom.

Być może nigdy się nie dowiemy
być może nigdy nie uwierzymy
być może wywołamy śmiech
w sobie, zapatrzonym w siebie.

Miłość jest możliwa
zapomnijmy krzywd
schowajmy sztylet
zatańczmy tango pragnienia.

Sowtware życia

Jeszcze inne (ziarna) padły na dobrą ziemię, i wydały dobry owoc, jedne stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.  Kto ma uszy, niechaj słucha” (Mt 13,8n)

Dlaczego źle się czujemy? Pozostajemy w napięciu, chociaż wcale nie musimy uciekać, ani się bronić. Bardzo często winne są wspomnienia, które demolują nasze życie. Dobre wspomnienia są błogosławione, ale nawet one nie powinny decydować o kolejnych nocach i dniach, a cóż powiedzieć o złych? Są jak błąd oprogramowania, który wdarł się w serce, umysł i komórki ciała, uniemożliwiając zdrowe i twórcze życie.

Dzieje się tak, ponieważ we wspomnieniu, które jest obrazem, zapisało się negatywne doświadczenie, może emocja, którą wyzwalamy za każdym razem, przywołując wspomnienie. Jeśli ktoś nas skrzywdził, a my wspomnieniami powracamy do tamtego wydarzenia, wówczas uruchamiamy destrukcyjne działanie stresu. Zaczynamy chorować, tracimy radość życia, czujemy się coraz mniej szczęśliwi. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że winien jest kolor pomieszczenia, w którym przebywamy, ponieważ wspomnienie, niczym w kadrze, zatrzymało w nas kolor ubrania człowieka, który wyrządził nam zło.

Żeby doświadczyć uzdrowienia, odmienić sposób myślenia a życiu nadać nowy smak, należy zacząć od uleczenia wspomnień, czyli obrazów, które są niczym sowtware naszych serc i komórek. Często wystarcza podstawowe działanie, jakim jest odpuszczenie winy, człowiekowi winnemu wobec nas, żeby jak najszybciej odwrócić się od wspomnień ku przyszłości. Czytaj dalej Sowtware życia

Jezus nauczycielem asertywności

Ja jestem światłością świata; Kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota” (J 8,12)

Autor czwartej ewangelii często wkłada w usta Jezusa z Galilei słowa: Ego nimi (Ja Jestem), w którym Żydzi słyszeli nawiązanie do Bożego objawienia na górze Horeb. Bóg dał się wówczas rozpoznać, mówiąc o sobie: Jestem obecny, aby was ratować. W życiu Jezusa to Ja Jestem realizuje się w sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Tym stwierdzeniem Jezus wyraża, że jest tym, kim jest, i że definiuje się ze swojego punktu widzenia, a nie z punktu widzenia innych, ani prostych ludzi, ani pobożnych faryzeuszy, ani uczonych w Piśmie. Jest sobą. Ma odwagę być sobą bez względu na opinię innych. Jest jedyny w swoim rodzaju. Jest po prostu kimś, kto jest dla innych.

Wielu z nas jest przekonanych, że tradycyjny model życia, polegający na wyrzeczeniu się samego siebie, i współczesną modę na samorealizację, dzieli przepaść nie do zasypania. Zwłaszcza tym spośród nas, którzy głęboko wierzą w ogólnoludzki i nieprzemijający sens chrześcijaństwa, z największym trudem przychodzi słuchanie o realizowaniu samych siebie. Zdziwieni pytają, czy wstępnym warunkiem naśladowania Jezusa nie jest wyrzeczenie się samego siebie? Jak mogę naśladować Mistrza, jeśli za wszystkich sił będę starał się być sobą?

Zapewniam, że ten rodzaj myślenia, przeciwstawiający samorealizację i wyrzeczenie się siebie, jest jednym z największych błędów chrześcijańskiej teologii, skutkującym w praktyce milionami nieszczęśliwych i niespełnionych ludzkich istnień. Ostatecznie zbyt wielu spośród nas zamiast składać życie w dobrowolnej i niepowtarzalnej ofierze miłości z własnego, osobowego potencjału, stawało się ofiarą losu, w mniejszym bądź większym stopniu wykorzystywanym przez złych ludzi i świat. Czytaj dalej Jezus nauczycielem asertywności