Reformacja – (for)matowanie czy polerowanie miecza?

Nie mniemajcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową” (Mt 10,34n)

W dniu, zwanym przez nas Pamiątką Reformacji, przydałoby się, żeby wróciła nam pamięć.

Czym była reformacja? Na pewno nie była rewolucją w sensie ścisłym, ponieważ temu, który ją wywołał, nie przyświecały idee sprawiedliwości społecznej ani apetyt na polityczne apanaże.

Dotknięty Duchem, oświecony Światłem, porwany energią Miłości doświadczył mentalnej odmiany. Stał się epifanią Boga w świecie, ustami Jezusa, manifestacją Ducha. Siedząc w klasztornej celi nie kombinował nad tym, jak zmienić świat, ale jak zrozumieć Pisma. Gdy spełniły się Jego pragnienia i Pisma stały się w Nim żywym ogniem, nie rzucił się w wir pracy organicznej, aby tworzyć partię i przygotowywać bunt przeciwko Rzymowi.

Zaczął po prostu inaczej myśleć, zaś nowe przekonania odmieniły Jego biochemię. Doświadczył zbawiennego wyprowadzenia ze strefy stresu, związanego z lękiem przed siłą władzy, opuszczeniem kościelnych struktur i porzuceniem tradycyjnej teologii dogmatycznej. Euforia zamieszkała w Jego sercu a endorfiny zalały ciało.

Dzięki zmianie przekonań, z czego być może w ogóle nie zdawał sobie sprawy, Luter doświadczył nowej energii emocjonalnej. Ponieważ pojawiły się w nim nowe odczucia i emocje, stał się odważny, wolny, prawdziwy. A taki człowiek już nigdy nie pozostaje na marginesie, bez wpływu na otoczenie.  Niczym kamień wrzucony do wody, staje się źródłem kręgów nowej energii, rozchodzącej się od niego po kres wszechświata.

Tak rozpoczyna się każda prawdziwa zmiana. Nie dzięki sile zła i przez walkę z zewnętrznymi strukturami, ale przez wewnętrzną odmianę myśli i emocji. Rewolucja niczego nie zmienia ku dobremu. Tworzy jeszcze gorsze reedycje starych struktur zła i tyranii. Tylko człowiek dotknięty przez Boga, czyli wewnętrznie uformowany na nowo, rozpalony do żywego ogniem Ducha, używa swoich słów w taki sposób, że czyni z nich miecz, przenikający ludzkie dusze i odmieniający postać świata.

W sumie nic nowego pod słońcem. Dla chrześcijan prawzorem i pramatrycą ich duchowego doświadczenia pod tym względem jest Jezus z Galilei, który zdaje sobie sprawę, że przyszedł przynieść miecz.

Obchodzimy dziś kolejną Pamiątkę Reformacji, a więc upamiętniamy jedną z kilku reedycji tego, co stało się za sprawą Jezusa. Przed pięciuset laty w Niemczech pojawił się mnich, który zaczął używać słów niczym miecza, ponieważ pozbył się strachu, a Jego świadectwo nie polegało na cytowaniu Pism. Prawdziwa przemiana następuje wtedy, gdy Pisma przestają być argumentem na rzecz idei, a stają się mieczem, oddzielającym w człowieku stare od nowego i dzięki temu odmieniającym wszystko, w czym on uczestniczy.

Znakiem wewnętrznej przemiany nie jest siła teologicznych argumentów, ale wiarygodność świadectwa człowieczego życia. Odtąd Pisma nie pełnią rolę zewnętrznego słowa, ale stają się duchem życia. Odtąd człowiek nie przemawia słowami, ale Słowo przemawia jego życiem. W efekcie nic nie pozostaje nie tkniętym, nie poróżnionym, nie odmienionym, a reakcje na takie świadectwo możliwe są tylko dwie: całkowite przyjęcie i całkowite odrzucenie. Po dwóch stronach miecza nie ma miejsca na obojętność i letniość.  Reakcją na Słowo, które przemawia życiem zreformowanego, nowego człowieka, jest „tak” albo „nie”. Dzięki temu reformator, jak Mistrz z Galilei, poruszył tysiące ludzi i obudził energię zmian. 

Jak mówimy? Czym Pisma są dla nas? Jedynie skarbnicą argumentów dla własnych poglądów? Czy używamy słów tak, aby nikomu nie podpaść z politycznych, społecznych, zawodowych, a nawet finansowych powodów, poświęcając tych, których moglibyśmy obudzić ze snu? Czy Słowo ma szansę przemawiania przez nas? Tylko, że wtedy Słowo wymyka się nam spod kontroli i już nie używamy słów, aby osiągać cel, ale Słowo używa nas dla swojego celu.

Jak będziecie dziś mówić, moi kochani Koledzy? Żeby nikogo nie urazić? Żeby miecz nie poróżnił syna z ojcem, córki z matką, żeby rodziny się nie podzieliły a parafie nie rozpadły? Będziecie mówić z wnętrza swoich lęków o materialną przyszłość, pozycję społeczną, wierność tradycji teologicznej, nie używając miecza, którym niektórych moglibyście obudzić ze snu i doprowadzić ich do świadomego życia?  Będziecie mówić tak, żeby Ci, którzy rozgościli się w tradycji i bezpiecznie im w przeszłości, przypadkiem nie rozzłościli się na Was?

A może boicie się, że wypowiedziane przez Was słowa, dotrą też do Waszej świadomości, a wówczas Słowo rozpocznie w Was swoją pracę? Odtąd bowiem już nigdy nie będziecie tacy sami i szlag trafi polityczne, społeczne, zawodowe i inne cele, które starcie się osiągnąć?

Czy po prostu nie jest tak, że boicie się mówić tak, żeby się nie bać?

Będziecie mówić z wnętrza swoich umysłów, dbając o argumentację teologiczną, czyli wierność przeszłości, czy z wnętrza swoich serc, dbając o prawdę, dobro i piękno życia, rozpalając tęsknotę za przyszłością?

Będziecie dziś dbać o tradycję czy reformację?

Będziecie miecz matować, żeby nie był za ostry i mocno nie szkodził, czy polerować, aby swoim blaskiem mógł wskazywać drogę?

Piąta pora roku

Powietrze ciężkie jak kamienie

Każdy oddech rozrywa płuca

Przepona twarda jak stal

Już w ogóle nie podnosi się do góry

Oddech niemożliwy, półoddech jakimś cudem

Ćwierćoddech – tylko na tyle mnie stać

Rozpalonego stosu nie widzi nikt

Pożera nerki, rozpala serce, trawi

Rzeką łez próbuję ugasić płomień

Ona płynie sobie ku czemuś, czego nie znam

Melancholia jesieni ma inną temperaturę

Pokazuje inne krajobrazy

W kalendarzu jest piąta pora roku

Pora miłości, która przeżywają tylko szczęściarze

Powietrze rozrywa im płuca

W płomieniach stają się piękniejsi… bliżsi… prawdziwsi…

Każdy ma swojego Judasza

Przed laty napisałem tekst o Judaszu, w którym nieśmiało broniłem go przed samosądem kolejnych pokoleń tzw. pobożnych chrześcijan, którzy oczywiście nie wyobrażają sobie, że mogliby postąpić w ten sam sposób i wydać Jezusa.

Wydaje im się, że nie postąpiliby podobnie, tymczasem zapewne już dawno to uczynili, a po drugie, cóż warte byłoby życie bez Judasza?

Każdy ma swojego Judasza, najlepszego druha, który jest po to, abyś dzięki niemu przeżył własną śmierć i stał się wolnym.

Pytasz może, kto jest winien Jego śmierci? Nie szukaj winnych. Gdyby nie chciał, nie daliby rady ani Żydzi, ani Legioniści. A kto wysłał Judasza w ciemność (J 13,27)? Kto kazał mu czynić swoją powinność, przecież dokładnie tak samo, jak Janowi, który chrzcił w Jordanie?

Oczywiście Ten, którego Judasz wydał!

Jeśli więc ktoś jest winny śmierci Jezusa, to na pewno On sam. Janowi kazał wypełnić Bożą sprawiedliwość, aby ruszyły młyńskie kamienie do przygotowania mąki z ziarna (Mt 3,14n). Czy zatem ta historia mogła skończyć się inaczej? Nie. Potrzebny był też piec i ogień, w którym mąka stała się chlebem życia.

Jak Jan Chrzciciel był potrzebny do chrztu wodą, tak Judasz do chrztu ogniem. Obaj zostali wybrani i przymuszeni. Bez ognia niemożliwy jest dobry finał.

Nietknięty płomieniami, z ognistego pieca wychodzi Nowy Adam, Nowy Człowiek, powstały z martwych, wolny, nieśmiertelny zwycięzca.

Chcesz tego? Chcesz wyprostować się i podnieść swoją głowę? Chcesz stać się nowym?

Jeśli tak, znajdź sobie Judasza i wyślij go do dzieła. Niech Cię zdradzi, sprzeda Cię za klika złotych, niech Cię wepchnie do ognia, abyś stał się dojrzałym, prawdziwym, wolnym, po prostu ożywionym duchem.

A może już go wysłałeś, ale o tym jeszcze nie wiesz? Nie chcesz tego dopuścić do świadomości? Wmawiasz sobie, że był nikczemnikiem, podłym człowiekiem, który Cię skrzywdził. Może już dawno wykonał swoją pracę, a ty go przekląłeś i wysłałeś do diabła, bo Cię boli, bo leją się łzy, bo straciłeś wszystko? Nawet najbliżsi Cię porzucili i zostałeś sam?

Pamiętaj, nic – absolutnie nic – co wydaje się brzydkie i złe, na pewno nie jest takim zawsze!

Uważaj, nic – absolutnie nic – co wydaje się piękne i dobre, na pewno nie jest takim zawsze!

Życie musi płynąć. Nie zatrzymuj życia ocenami pełnymi lęku, powszechnymi przekonaniami, że coś jest złe tylko dlatego, bo tak uważa większość, ponieważ ta większość wciąż śpi, a Ciebie obudził przyjaciel, Judasz!  Pozwól życiu się dziać, zmieniać się. Niech Cię porwie ku przyszłym dniom. Zobaczysz światłość w ciemności i ciemność w światłości.

Potrzebujesz Judasza, żeby przeżyć śmierć, zanim ona Cię dopadnie!!! Musisz pozwolić mu wykonywać jego dzieło, żeby  przeżyć chrzest ogniem, w którym zostanie wypróbowana Twoja miłość. Staniesz się nowy, czysty, prawdziwy, dobry i piękny.

Wyprostujesz się i podniesiesz swoją głowę dopiero wtedy, gdy Judasz wykona swoją pracę i ogień strawi wszystko, co miałeś, aby Cię wypróbować.

Gdy zabraknie Ci oddechu, przyjdzie następny.

Gdy przeżyjesz własny strach, przyjdzie miłość.

Gdy przestaniesz kurczowo trzymać, otrzymasz nowy dar.

Gdy umrzesz, ożyjesz i staniesz się całkiem wolny!

Wybrałeś już swego Judasza?

Pamiętaj, to Twój najlepszy przyjaciel.

Bez niego na zawsze pozostaniesz niewolnikiem przeszłości. 

Duma z siebie

Bywają chwile, że czujemy w sobie wzbierającą falę energii, wypełniającą piersi. Stajemy się wtedy lżejsi, prostujemy się, podnosimy głowy, chce nam się żyć. To odczucie sygnalizuje, że rozpiera nas duma. Jej energia unosi ponad ziemię i być może dlatego wielu z nas słyszy wówczas słowa: Tylko nie odleć.

Pozornie są nam przychylne, niestety ich intencja często zatruta jest zazdrością. Gdy chce nam się latać, ich autorzy dosłownie sprowadzają nas na ziemię, nie cierpiąc lekkości i radości, wypełniającej nasze serca. Jeśli w ten sposób zwracają się do nas przypadkowi ludzie czy współpracownicy, mamy jeszcze szansę to jakoś zracjonalizować i przejść nad tym do porządku dziennego. Ale co się dzieje, gdy wypowiadają je przyjaciele, a co gorsza rodzice?

Wtedy otrzymujemy jasny komunikat, że duma jest zła i niebezpieczna; zagraża naszemu życiu i może sprowadzić nas na złą drogę. Gdy przed dumą ostrzegają osoby, kojarzone przez nas z miłością i troską, zaczynamy się jej wstydzić i wypieramy ją. Energia, której celem jest podniesienie i wyprostowanie człowieka przez dodanie mu skrzydeł, zostaje skompresowana, zapakowana w pudełko z napisem ładunek niebezpieczny i schowana w podświadomości.

Tymczasem duma jest bardzo dobrą, życiową energią, której zawdzięczamy twórczość, satysfakcję i poczucie życiowego sensu. Prawdziwym problemem człowieka nie jest duma, ale energia pozornie bliskiej jej emocji, choć w rzeczywistości są sobie przeciwne, a mianowicie pychy. Ponieważ wielu z nas nie potrafi rozpoznać różnicy między nimi, więc dumę kwalifikuje jako złą emocję i każe z nią walczyć. Często są to rodzice, z troską myślący o przyszłości swoich dzieci. Bojąc się, że pycha złamie im życie i zniszczy kariery, różnymi metodami wychowawczymi oduczają je odczuwania jej energii i korzystania z niej. Szkoda, bo dosłownie wylewają dziecko z kąpielą, nie dostrzegając zasadniczej różnicy pomiędzy dumą a pychą. W efekcie wielu z nas posiada cudowne zdolności, tworzy piękne dzieła, napełnia świat dobrem, ale nie czujemy dumy z siebie i dlatego jesteśmy wypaleni i zawiedzeni życiem.

Co więc z energią dumy? Aby lepiej zrozumieć jej pozytywne działanie i znaczenie, porównamy ją z energią pychy. Co prawda są dwiema różnymi emocjami, jednak ich działanie jest do tego stopni podobne, że bywa mylone. Kto posiadł wiedzę o różnicy między nimi, jest mędrcem, oddzielającym piasek od maku.

Słowo duma uważnemu znawcy j. polskiego swój potencjał objawi natychmiast, jeśli ten oderwie się od stereotypowych wyobrażeń o niej. Bo czymże jest duma, jeśli nie dymem? To jest przecież to samo słowo, tyle tylko, że  różnie wokalizowane. Samogłoski służą wymowie, więc można je zamieniać, podczas gdy znaczenie słowa przechowują spółgłoski. Kto więc odczuwa dumę, jest jak dym, unoszący się prosto do góry, a w duchowym sensie do nieba.

Jak dym unosi się ponad ziemię, tak duma czyni nas lekkimi i przenosi w inny wymiar. Energia dumy czyni nas lżejszymi. Osiągamy wówczas niebo, czyli nadajemy sens naszemu życiu. Jakbyśmy z ziemi szli prosto do nieba.  Duma oznacza, że jesteśmy na życiowym szlaku, a idąc nim trafiamy w cel, odnalezienie którego zabiera nam wiele lat i sił, nie wspominając tych, którym nigdy nie udaje się ta sztuka.

Gdybyśmy rzeczywiście mieli odczuwać zażenowanie bądź wstyd z powodu dumy, wówczas powinniśmy też być nieszczęśliwi, niespełnieni, nie trafiający w cel swojej egzystencji, czyli żyjący bez sensu. Na szczęście tak nie jest i powinniśmy z radością podtrzymywać dumę, czyli dym, unoszący się ku górze w wyniku procesu spalania. I to właśnie ten proces rozstrzyga o różnicy pomiędzy dumą a pychą.

Dym jest efektem spalania, jakby dzieckiem ognia, dlatego duma jest wypadkową życia w ogniu, czyli życia z pasją. Kto mianowicie odnalazł samego siebie, a zwłaszcza swoją niepowtarzalną istotę, indywidualne Ja Jestem, czyli kod duszy, ślad pozostawiany przez jaźń w oceanie świadomości, ten swojemu życiu nadaje sens byciem nie dla siebie, ale dla wszystkiego i wszystkich. Nie liczy kalorii, zużytych do ogrzewania świata; nie magazynuje fotonów dla siebie, ale oświeca wszystko wokół; nie próbuje oszczędzać zdrowia, aby pożyć kilka lat dużej, ale z pasją wykorzystuje cały potencjał, ciesząc się nim i będąc źródłem radości dla innych.

O takim człowieku można powiedzieć, że się spala, ponieważ wie, co spalać. Nie boi się też skutków. Duma rozpiera jego piersi, ponieważ płonie i zamienia się w energią świetlną i cieplną, której potrzebuje świat. Energia dumy jest więc sygnałem, przekonującym nas o naszej wartości, podczas gdy energia pychy informuje, że dotąd nie odkryliśmy w sobie niczego wartościowego, co nadawałoby się do spalania. Nie odnaleźliśmy żadnego paliwa nie dlatego, że go nie mamy, ale ponieważ dotąd nie szukaliśmy.

Zamiast wchodzić w siebie i szukać niepowtarzalnego Ja Jestem, w którym odnaleźlibyśmy talenty, których nie posiada nikt poza nami, i cudowne umiejętności, wyróżniające nas w tłumie podobnych nam istot, egoistycznie próbowaliśmy być jak inni, mieć to samo i wyglądać na podobieństwo. A to zawsze jest tylko prymitywną próbą kradzieży cudzej indywidualności i przywłaszczenia sobie nie naszego piękna, ze stratą dla samych siebie.

Jak duma jest dymem, czyli wznoszącym się ku niebu ciepłem miłości, będącej energią życia, tak pycha jest zimnym, wyrafinowanym i perfidnym wywyższaniem się ponad innych. W pysze nie ma energii miłości, więc praktycznie musi przejawiać się pomniejszeniem innych, pozbawianiem ich godności oraz piękna, bo inaczej po prostu nie mogłaby się zamanifestować. Pycha wije się nad ziemią, jak wąż, który kusi do życia kosztem innych. Nie powinno dziwić, że pyszni ludzie, co prawda perfidnie skuteczni, w istocie są zimni, wręcz śliscy, jakby wyszli z ciemnej otchłani.

Pyszni ludzie drażnią swoją perfidią, hipokryzją i wyniosłością, którą maskują wewnętrzny chłód i głód miłości. Ponieważ nie potrafią kochać samych siebie, żyją też kosztem innych. Miłość przez nich nie płynie, bo nic się nie spala. W efekcie nie ma ani ciepła, przy którym można się ogrzać, ani światła, które oświecałoby drogę.

Wobec tego, gdy czujesz dumę, ciesz się i skacz z radości, bo Twoje życie ma sens. Trafiasz w cel, do którego przeznaczyło Cię życie i miłość. Nie masz się czego wstydzić i możesz żyć z podniesioną głową, jedząc swój chleb i przyozdabiając się własnym pięknem.

Pychy się wystrzegaj. Jeśli poczujesz jej energię, wiedz, że straciłeś kontakt z samym sobą i zszedłeś z właściwej drogi życia. Inni odwrócą się od Ciebie, ponieważ będą się bać Twej śliskości, a Ty sam prędzej czy później zaczniesz sobą gardzić.

Wybór należy do Ciebie. Wybierasz ogień czy wodę, ciepło czy zimno, światło czy ciemność, sens czy bezsens?

Emocje – skorupy

Bywa, że podczas świadomej pracy z emocjami, pomimo szczerego pragnienia i czystych intencji, czujemy, że utknęliśmy w martwym punkcie. Trafiliśmy w jakąś emocję i czujemy jej energię, ale nie potrafimy dokładnie zlokalizować czasu i rodzaju doświadczenia, z powodu którego pojawiła się w naszym życiu pierwszy raz. Nic, co przychodzi nam do pamięci, nie pasuje do rodzaju energetycznego przekazu tej emocji. Wówczas warto zapytać, czy emocja, blokująca nam dostęp do pamięci, na pewno jest tą, z powodu której straciliśmy zdrowie, dobrą relację z kimś albo nie układa nam się w karierze zawodowej? Może pod nią jest coś jeszcze?

Nie wszystkie emocje wypływają z konkretnego życiowego doświadczenia, które chcemy odnaleźć. Bywa, że celowo, o czym nie pamiętamy albo w ogóle tego sobie nigdy nie uświadomiliśmy, jedną emocję ukryliśmy pod skorupą innej. Dlatego, gdy czujemy, że w rozwoju świadomości utknęliśmy w martwym punkcie, powinniśmy zastanowić się nad tym, czy nie trafiliśmy na emocję, która niczym twarda skorupa broni nam dostępu do emocji, której w rzeczywistości szukamy?

Jak skorupa nasienia ukrywa jądro, z którego rodzi się życie, tak jedna emocja ukrywa drugą. Dzięki skorupie jądro przeżywa nietknięte w niesprzyjających warunkach, jednak bywa, że skorupa jest tak twarda, że nasienie nigdy nie wydaje owocu i po jakimś czasie umiera. Tymczasem skorupa musi pęknąć i do środka wpuścić wodę, aby jądro ożywiło się i stało początkiem nowego życia. Skorupa, która nie chce pęknąć i wpuścić nas w głąb, to naturalny mechanizm ciała emocjonalnego, które boi się kolejnych zranień a w na końcu śmierci.

Dlatego pamiętajmy, że często, a nawet częściej niż myślimy, nie tylko w nas, ale u wszystkich ludzi, agresja bywa skorupą, pod którą ukrywa się lęk; nienawiść z kolei ukrywa zranienia; desperacja zakrywa rozpacz; otępienie jest skorupą dla szoku albo życiowej dezorientacji. Naprawdę warto świadomie pracować z emocjami, aby ożywiać duszę, zastanawiając się, czy przygnębieniem nie ukrywamy złości a poczuciem winy nie ukrywamy pragnienia bycia szczęśliwymi? Przykładów takiego przykrycia jest mnóstwo. 

Uświadomienie sobie tego mechanizmu obronnego uzdalnia nas do wytrwałego szukania jądra pod skorupą, czyli tej emocji, która decyduje o aktualnej sytuacji życiowej. Jeśli bowiem świadomie bądź nieświadomie postrzegamy jakieś uczucie jako złe, w naturalny sposób próbujemy go unikać. Taką funkcję, zabezpieczającą, pełni emocja – skorupa, czyli uczucie towarzyszące odczuwaniu emocji właściwej. Jeśli jej nie przebijemy, nigdy nie ożyjemy. Niekiedy niestety możemy w nieskończoność mocować się z emocją – skorupą i niczego nie osiągać. W efekcie, chociaż pragniemy rozwoju świadomości i życiowego doświadczenia, jesteśmy coraz mniej żywi.

Emocja – skorupa jest więc produktem ubocznym traumy, którą przeżyliśmy w chwilach, gdy odmawiano nam prawa do emocji właściwej, czyli emocji – jądra. Dla przykładu, gdy w dzieciństwie okazywałeś niepokój, rodzice zapewne w dobrej wierze, zamiast towarzyszyć Ci w emocji i wraz Tobą ją przeżyć, motywowali Cię do spokoju, mówiąc, że za bardzo się boisz; że jesteś wystraszony; że nie masz się czego bać. W efekcie po pierwsze prawdopodobnie za bardzo w życiu ryzykujesz, ponieważ oduczyłeś się słuchać instynktownych podpowiedzi ciała, które emocją strachu komunikuje o zagrożeniu, a po drugie otrzymałeś informację, że z Tobą coś jest nie tak, skoro się boisz, a emocji powinieneś się wstydzić.

Gdy więc już jako dorosły odczuwasz wstyd, zastanów się, czy pod skorupą wstydu nie ukryłeś strachu?

Gdy masz silny odruch wdrażania strategii emocjonalnej, polegającej na sięganiu po alkohol, czytaniu, ćwiczeniach, jedzeniu, zażywani narkotyków, szukaniu za wszelką cenę zajęć, które mają rozproszyć Twą uwagę, obsesyjnym spisywaniu pozytywnych myśli i koncentrowaniu się na walce z negatywnymi myślami, zastanów się, czy po prostu nie próbujesz się uwolnić od emocji, które uważasz za złe?

Tymczasem nie ma złych emocji! Są tylko złe metody radzenia sobie z życiowymi doświadczeniami i ukrywanie emocji – jądra pod emocją – skorupą. Jednak pamiętaj, że pod skorupą czeka na Ciebie prawdziwe życie!

Życie jest pięknym wydarzeniem

 

Wydaje Ci się, że przeszłość bezpowrotnie minęła a skoro przyszłość jest wielkim znakiem zapytania, czujesz się niepewnie? Ne masz zaufania do życia, które szybko mija i nie daje poczucia stabilizacji i sprawczości? Boisz się, że konsekwencje przeszłych wydarzeń, spotkań, reakcji i relacji, wyborów i działań bezpowrotnie zrujnowały Twoje życie i dlatego myśląc o tym, co może się jeszcze zdarzyć, raczej odczuwasz lęk, zwątpienie i brak nadziei, zamiast zaufanie, miłość i nadzieję?

Mam dla Ciebie dobra wiadomość! Należysz do kolejnego pokolenia, które w zracjonalizowanym, materialistycznym świecie, wychowane na fizyce mechanistycznej, uważa, że czas jest wektorem zwróconym od tego, co było, ku temu, co będzie, i dlatego niczego nie da się naprawić, zmienić i nad niczym zapanować. Ale jednocześnie należysz do pierwszego pokolenia, które ma szansę poszerzyć swoją świadomość i wyjść na wolność z pułapki czasowego determinizmu.

Czas naprawdę nie jest tym, czym uważasz, że jest.

W linearnej wizji czasu każda akcja wywołuje reakcję, co oznaczałoby, że zdarzenia z Twej przeszłości wprawiły w ruch bezlitosną maszynę przepływu kolejnych konsekwencji. W ten sposób traktujesz na przykład wybór szkoły, zawodu, kłótni, „rodzinnej wojny”, diety czy sposobu życia. Potworem linearnej wizji czasu jest determinizm, czyli jakby uzasadniona przyszła konsekwencja przeszłości. Ponieważ w Twoim rozumieniu przeszłość ma charakter nieodwracalny, wydaje Ci się, ze masz wpływ jedynie na efekty.

Jednak to jest nieprawda!

Już w bardzo starych księgach, które często uzyskały rangę tekstów religijnych, uważnemu czytelnikowi do myślenia musi dawać zgoła inna koncepcja czasu. Tak jest też na przykład w Starym Testamencie, w którym czas nie jest rozwijająca się linią, ale sekwencją zdarzeń, które następują jedne po drugich w zależności od ludzkich wyborów. Ich kolejność nie jest konsekwencją wynikania, ale decydowania i przeżywania.

Co to oznacza w praktyce?

To mianowicie, że w każdej chwili życia mamy dostęp do dowolnych wydarzeń z tak zwanej przeszłości. Dlaczego tak zwanej? Bo chociaż trudno w to uwierzyć czas nie jest linearnym przepływem energii ani zdeterminowaną manifestacją kolejnych form życia, ale wydarzeniem, którego autorem jesteś Ty. Tworzysz swoje wydarzenie decyzjami, których źródłem są Twoje myśli i emocje. W tej samej chwili masz dostęp do wszystkich zasobów życia i jedynym ograniczeniem przy kształtowaniu swego wydarzenia są Twoje ograniczenia, powstałe jako efekt lęków albo przekonań.

Kiedy doświadczysz, że czas jest iluzją, a na rzeczywistość składają się tylko te komponenty, które dostrzegasz, granica między wyobraźnią a wydarzeniem ulegnie zatarciu. Racjonalny umysł będzie Ci co prawda wciąż podpowiadał, że obrazy Twej wyobraźni są iluzją, ale pamiętaj, że  świat i Twoje życie jest tym, czym myślisz, że jest, a mówiąc inaczej w życiu masz tylko to, co myślisz, że masz!

Zamiast utrwalać stare wyobrażenia fizyczne, otwórz się na nowe możliwości, których wcześniej nie dostrzegałeś, na przykład taką, aby w przeszłości, którą do tej pory uznawałaś za definitywnie zamkniętą, wywołać zmianę na płaszczyźnie psychicznej i emocjonalnej. Dzięki czemu wpłyniesz na jakość swego życia. Nie myśl, że przeszłość minęła i teraz jesteś zdany wyłącznie na jej skutki. Możesz do niej wrócić i mówiąc najprościej jak to możliwe, przeżyć ją jeszcze raz.

Masz nieskończone możliwości uzdrawiania samego siebie, relacji, życia, aktywności zawodowej i społecznej. Psychicznie i emocjonalnie musisz przenieść się w wydarzenie, które kiedyś przeżyłeś źle. Nie jesteś bezradny. Przeżyj je raz jeszcze, a przyglądając się swoim zachowaniom, decyzjom i słowom, których wtedy byłeś autorem, możesz świadomie je zmienić i dzięki temu uczestniczyć w wydarzeniu o zgoła innym znaczeniu dla Twego życia.

Warunkiem jest świadome wejście w emocjonalną pamięci, czego niestety najczęściej nie robisz, ponieważ boisz się swoich emocji. Gdy pojawiają się emocje, uznane przez Ciebie za złe, odwracasz się od nich i próbujesz je przemóc innymi emocjami, w Twej opinii dobrymi. Odgradzając się od emocji, nie dajesz sobie szansy zrozumienia informacji, którą wysyła Twoje ciało i dlatego wpadasz w sidła zdeterminowanych skutków.

Nie bój się emocji. Nie uciekaj przed nimi ani nie identyfikuj się z nimi. Nie jesteś żadną ze swoich emocji ani żadna z ich nich nie jest Twoim wrogiem. Daj sobie prawo do świadomego przezywania każdej emocji, nie oceniając, czy jest dobra, czy zła. Wejdź w emocję, nawet jeśli na początku nie potrafisz jej nazwać, a tylko ja czujesz. Oglądaj ją, przyglądaj się jej cielesnym skutkom, jakbyś rozmawiał z przyjacielem, mającym Ci do przekazania bardzo ważną informację. Zaprowadzi Cię do wydarzenia, gdy intensywnie pojawiła się pierwszy raz i pojawia za każdym razem, gdy bezwiednie powtarzasz schemat.

Wtedy zobaczysz siebie i zrozumiesz, dlaczego w życiu reagujesz zawsze tak samo, podejmujesz te same decyzje, budujesz relacje oparte na schematach. Zyskasz wgląd i zdolność podejmowania innych decyzji i budowania nowych relacji. Przestaniesz reagować, jak zaprogramowana maszyna, a zaczniesz żyć odpowiedzialnie, co znaczy, że odtąd każde Twoje działanie będzie odpowiedzią na rzeczywiste i aktualne zapotrzebowanie. Staniesz się oświecony!

Oświecenie nie jest mistycznym doświadczeniem duchowym. Zapomnij o tym! Oświecenie jest osiągnięciem stanu równowagi pomiędzy doświadczeniami brzegowymi, czyli ciemnością i światłością, pożądliwością i tęsknotą, miłością i obojętnością, akcją i reakcją.

Człowiek oświecony potrafi dostrzec oba brzegi, jakby bieguny życiowej energii: prawdy oraz iluzji, świadomości i podświadomości, cierpienia i szczęścia. Oświecony ani nie cierpi, ani nie jest szczęśliwy. Jest ponad. Doświadczył wyzwolenia od dwubiegunowości i dlatego zawsze żyje teraz. Dla niego nie ma przeszłości ani przyszłości. Dziś jest zdrowy, bo nie było przyczyny. Na zawsze pozostanie zdrowy, bo nie będzie skutku.

Dlatego pamiętaj: przeszłość nie minęła a przyszłość nie nadejdzie. Tak często marzyłeś o tym, aby móc wpłynąć na to, co wydarzyło się kiedyś i z powodu czego cierpisz. Naprawdę dysponujesz taką mocą! Kluczem są emocje.

Życie jest pięknym wydarzeniem!

Uwolnienie

Autor Dziejów Apostolskich opisał niezwykłe doświadczenie ap. Piotra, który został uwięziony przez Heroda. „Owej nocy, gdy Herod miał go już wyprowadzić, Piotr, skuty dwoma łańcuchami, spał między dwoma żołnierzami, strażnicy zaś przed drzwiami strzegli więzienia. Wtem zjawił się anioł Pański i światłość zajaśniała w celi; trąciwszy zaś Piotra w bok, obudził go, mówiąc: Wstań prędko! I opadły łańcuchy z jego rąk. I  rzekł anioł do niego: Opasz się i włóż sandały swoje. I uczynił tak. I rzecze mu: Narzuć na siebie płaszcz swój i pójdź za mną.Wyszedł więc i podążał za nim, lecz nie wiedział, że to, co się za sprawą anioła dzieje, jest rzeczywistością; sądził raczej, że ma widzenie. A gdy minęli pierwszą i drugą straż, doszli do żelaznej bramy wiodącej do miasta, która się im sama otworzyła; i wyszli na zewnątrz, przeszli jedną ulicę i nagle anioł opuścił go” (Dz 12, 6-10).

Wielu ludzi ma wrażenie, jakby znajdowali się w więzieniu. Czują się związani jakąś niewidzialną mocą niemożliwości i pilnowani, aby nie udało im się wyjść na wolność. Prawdą jest, że wszyscy śnimy o sukcesie, pracujemy nad sobą, czytamy mądre książki i uczymy się pozytywnego myślenia. Między innymi po to uczestniczymy w nabożeństwach, aby móc żyć w wolności. Jednak kiedy tylko zamykamy książkę lub wracamy z nabożeństwa albo kursu, natychmiast wpadamy w niewolę starych nawyków, wyuczonego sposobu myślenia i stereotypów, którymi posługujemy się niczym kompasem. W utartych torach codziennej rutyny, nawykowo narzekamy, martwimy się, obawiamy, pozwalamy dojść do głosu lękom, złości oraz wielu złym emocjom.. Jednak zgodnie ze słowami Jezusa: „Gdy duch nieczysty wyjdzie z człowieka, wędruje po miejscach bezwodnych, szukając ukojenia, a gdy nie znajdzie, mówi: Wrócę do domu swego, skąd wyszedłem. I przyszedłszy, zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wówczas idzie i zabiera z sobą siedem innych duchów, gorszych niż on, i wchodzą, i mieszkają tam. I bywa końcowy stan człowieka gorszy niż pierwotny” (Łk 11,24-26) w ten sposób tworzymy jeszcze więcej trudnych sytuacji i wpadamy w gorszą niewolę. W takim błędnym kole łatwo o frustrację i poczucie przegranej. Możemy – jak uwięziony ap. Piotr – czuć się, jakbyśmy byli pozbawieni wszelkich szans.

Więzieniem może być strach. Może nim być związek z drugą osobą, w któ­rym czujemy się zniewoleni. Więzieniem mogą być własne granice. Człowiekowi wydaje się, że z wszystkich stron jest ograniczony, uwikłany we własnym wnętrzu, zniewolony przez namiętności, zaha­mowania i blokady. W naszym wewnętrznym więzieniu często jesteśmy strzeżeni przez żołnierzy, a więc prawo, tradycję, dobre pochodzenie albo wychowanie, oraz im podobne kody kulturowe, czyli po prostu przedstawicieli naszego super­ego, które wmawia nam, że powinniśmy zrobić to, a tamtego robić nam nie wolno, oraz że jesteśmy wszystkiemu winni. Kiedy tylko sprzeciwiamy się gło­som naszego superego, zostajemy natychmiast przez owych wewnętrznych żołnierzy ukarani. Z biblijnego opowiadania wynika, że Piotr był nawet zmuszony spać między nimi, co oznacza, że nie miał najmniejszego pola manewru. Su­perego naprawdę może zamienić się w totalną instancję kontrolną, która prześladuje nas wszędzie, nawet we śnie. Podczas każ­dej najdrobniejszej czynności ocenia i skazuje. Dla przykładu, gdy cieszymy się z sukcesu, zaraz pojawia się we­wnętrzny werdykt, że najpewniej to jest objaw dumy. Albo, gdy chce­my coś powiedzieć, nasze superego naciska, byśmy za­chowywali się poprawnie. Jakby z każdej strony stali żołnierze i pilnowali nas, abyśmy nie wyszli na wolność.

Niektórzy ludzie czują się w swoim więzieniu dokładnie jak Piotr, pozbawieni jakichkolwiek szans, i dlatego potrzebują anioła, który przyjdzie do nich w środku nocy, zdejmie kajdany, trąci ich w bok, by wstali i udali się w drogę prowadzącą do wolności.

Uwaga!  Więzień musi wstać sam, o własnych siłach. Kajdany mogą opaść z jego rąk dopiero wtedy, gdy sam będzie aktywny. Niestety, bardzo często w drodze do wolności i usatysfakcjonowanego życia przeszkadzają nam zarówno stare i niekorzystne nawyki, jak i negatywne przekonania. Jeśli naprawdę chcemy doświadczyć odmiany losu i stać się wolnymi ludźmi, w pełni odpowiedzialnymi za samych siebie, musimy bezzwłocznie zmienić myślenie i przekodować wszystkie wzorce, które nam nie służą. Nie ma innej drogi. Nie ma innej metody. Nie można zdobyć szczytu góry, stojąc na dole, u jej stóp, bez ruchu. Te  kody, które nas zniewalają i unieszczęśliwiają, mogą brzmieć następująco: Bóg tego nie chce; dla wszystkich nie wystarczy; nie zasługuję; nie mam wystarczających zdolności; nie mam szczęścia; nigdy mi nic nie wychodzi.

Aby przekodować nasze myślenie, anioł wydaje kolejne polecenia: „Opasz się i włóż sandały swoje. (…) Narzuć na siebie płaszcz swój i pójdź za mną”. Kto czuje się uwięzio­ny w swoich namiętnościach i popędach, lę­kach i depresjach, sam musi opasać się sznurem gotowości do czynienia tego, co w jego mocy. Nawet jeśli tkwimy w największym bagnie, możemy patrzeć w gwiazdy i pielęgnować w sobie dobre i błogosławione myśli, odrzucając ciężar tych, które ciągną nas w głąb tego bagna i zniewalają.

Natomiast sandały i płaszcz są znakiem wyjścia w drogę i podążania za aniołem, którego posyła Bóg, aby nas uratować, czyli zbawić. Idąc, powtarzaj sobie: Jestem blisko celu; nic nie może stanąć mi na przeszkodzie; nic nie może mnie powstrzymać; nic nie może wytrącić mnie z równowagi.

Chciwość

Chciwość, ponieważ jest zachłanna i bezpardonowa, bywa podejrzewana o największe zbrodnie i nieszczęścia. Naiwnie byłoby utrzymywać, że tak nie jest,  niemniej, podobnie jak z energią pozostałych emocji, także z nią można pracować w taki sposób, aby świadomie wykorzystywać jej potencjał do osiągania życiowych celów.

Energia chciwości przypomina rzekę, której koryto wyznaczają dwa brzegi. Bez jednego z nich woda nie dopływa do ujścia, ale rozlewa się i tworzy zastoiska. Brzegi są więc potrzebne pomimo tego, że w ścisłym sensie nie są rzeką. Gdy energia chciwości spokojnym nurtem płynie pomiędzy dwoma brzegami, życie jest w ruchu a człowiek odczuwa satysfakcję i zaspokojenie życiowych potrzeb.

Niestety tradycyjne wzorce moralne odmawiają chciwości jakiejkolwiek wartości, dlatego wielu próbuje poradzić sobie z jej energią albo walcząc z nią, to znaczy próbując odmówić jej prawa do decydowania o życiowych wyborach, albo maskując w sferze cienia, sądząc, że starannie ukryta przed świadomością pozostanie tam na zawsze. Otóż nie. Jak w pierwszym wypadku, tak i w drugim, energia chciwości, poddana represji, zaczyna się wzmagać, by przerwać tamę. Jej siła rośnie do stopnia, w którym uwalnia się w sposób niekontrolowany.

To tłumaczy, dlaczego wielu z nas ponosi życiową porażkę za porażką, usiłując poradzić sobie z chciwością poprzez represję i wyparcie. Zamiast wykorzystywać jej energię do spokojnego i zrównoważonego rozwoju duchowego, jesteśmy konfrontowani z negatywnymi skutkami jej szaleńczej siły niszczycielskiej, gdy uderza w jeden z brzegów życia. Wpierw energię marnujemy, wmawiając sobie, że w sferze cienia mamy ją pod kontrolą, ewentualnie, gdy walczymy z nią, odmawiając sobie prawa do przyjemności. Potem uwolniona spod naszej kontroli ze zwielokrotnioną siłą uderza w przeciwny brzeg życia, rujnując nasz wizerunek, relacje, zdrowie i satysfakcję.

Przestraszeni nie na żarty destrukcyjną siłą chciwości znowu bierzemy ją w karby, rozpoczynając kolejny cykl nieszczęśliwego życia. I tak historia jakby zaczynała się od początku, a sama chciwość zyskuje coraz gorsza reputację. Tym samym życie staje się coraz mniej znośne, a niewykorzystana energia chciwości utrwala w nas fizjologiczny stres, będący przyczyną chorób, zerwanych relacji i nieudanych karier.

Wystarczyłoby tymczasem po prostu zmienić nasze przekonania na jej temat i spróbować wykorzystać jej ożywczy potencjał. W chciwości bowiem, nawiasem mówiąc podobnie jak w seksualności, która ma z nią wiele wspólnego nie tylko dlatego, że obie pochodzą z tych samego centrum energetycznego, umiejscowionego pod pępkiem i przeponą, możemy poczuć strumień  życia, które jest od nas starsze i większe.

Jest tylko jeden warunek, po spełnieniu którego codzienność staje się spokojniejsza, ponieważ przestajemy wtedy niszczyć brzegi doświadczenia, a jednocześnie życie zaczyna sprawiać frajdę i zadowolenie. Otóż trzeba zrozumieć naturę chciwości, aby nauczyć się pracować z jej energią.

Chciwość przypomina monetę, zawsze mającą awers i rewers. Bez względu na to, którą stronę aktualnie widzimy, jesteśmy pewni, że rewers bądź awers znajduje się po przeciwnej stronie. My tymczasem, będąc pod wpływem tradycyjnych  kanonów moralności, szkodzimy samym sobie, odmawiając chciwości pozytywnego znaczenia. Nie chcemy pamiętać albo sami przed sobą boimy się przyznać, że energia chciwości trzyma nas przy życiu, podobnie jak seksualność zapewnia przetrwanie gatunku. Bez niej nie mielibyśmy pragnień. Pragnienia sprawiają, że chce nam się żyć, uczyć i pracować. Ludzie wielkich pragnień zmieniają świat, zaś ich pozbawieni zaludniają cmentarze.

W energii chciwości i w każdym konkretnym pragnieniu odnajdziemy zatem dwie strony, to znaczy pozytyw i negatyw, przy czym jedno bez drugiego po prostu nie istnieje. Negatywną stroną chciwości jest pożądliwość, która odwraca nas ku przeszłości i zniewala znanymi smakami, zapachami, doświadczeniami, ale także poczuciem bezpieczeństwa. Z kolei pozytywną stroną chciwości jest tęsknota, dążąca do zaspokojenia tym, co jeszcze nie poznane, ale obiecane i wyśnione. Tęsknota jest więc wektorem energii chciwości, zwróconym ku przyszłości.

Pożądliwość sama w sobie, bezwzględnie egzekwująca prawo do zaspokojenia, jest niebezpieczna i to ze względu na nią chciwość zyskała kiepską reputację. Niemniej pożądliwość jest też sygnałem płynącym do naszej świadomości, że pojawiło się pragnienie, którego nie wolno nam ignorować ani próbować przezwyciężyć. Możemy natomiast w każdej chwili skorzystać z niezawodnej metody, umożliwiającej wykorzystywanie energii pożądliwości, bez potrzeby zamrażania jej w ciele bądź wzmacniania, wyparciem. Polega na takim przyglądaniu się awersowi, aby odkryć rewers. To znaczy poprzez świadomą pracę z pragnieniem, w pożądliwości odkryć tęsknotę i zamiast dać się zniewalać przeszłością, śmiało ruszyć ku przyszłości. 

Poszetka czyli Einstecktuch

W Krzyżowicach, nieopodal Żor, w domu mojej Starki, Elfrydy Uglorz, w oknie wisiały gardinyforhangi, na stole leżał tisztuch, a w damskiej torebce bądź w męskiej kieszeni można było znaleźć taszyntuch. I te wszystkie szmatki i tuchy raz w tygodniu Elfryda starannie prała i  prasowała. W sobotę wszystko pachniało świeżością.

Myślę teraz, 50 lat później, że z tej śląskiej miłości do kolorowych i czystych tuchów coś mi pozostało. Kawałek kolorowego tuchu lubię mianowicie wrazić se do kapsy na piersiach, która elegancko zwie się brustaszą. Wcale nie sugeruję, że powróciłem do dawnego zwyczaju, i przeznaczony do celów higienicznych taszyntuch używam jako ozdoby, ale piszę o einstecktuchu, z francuska (pochette) zwanym poszetką.

Niestety w Polsce, poszetkę i brustaszę bardzo często mylnie zwie się butonierką, która jest – co zresztą sugeruje nazwa – dziurką na guzik, znajdującą się w klapie marynarki. 

Dawniej tkanina, z której wykonano poszetkę, była znakiem statusu właściciela. Dziś, jedwabna, lniana, bawełniana bądź wełniana, bywa dobierana ze względu na tkaninę marynarki i koszuli, a także okazję. Tak czy inaczej warto pamiętać, że jedwabna poszetka jest odpowiednia dla strojów formalnych, pozostałe do kompozycji koordynowanych, weekendowych i sportowych.  

Poszetka najczęściej mieści się w wymiarach pomiędzy 30 cm x 30 cm do 40 cm x 40 cm. Brzegi dobrze uszytej poszetki są zakończone wąskimi rulonikami. Najcenniejsze poszetki oczywiście są uszyte ręcznie. Niezgrabnego i nieregularnego szwu nie należy się wstydzić, ponieważ dyskretnie widoczny jest wręcz atutem.

Współczesne poszetki mogą być jednobarwne bądź wielobarwne, zaskakując różnorodnością wzorów i motywów, nie tylko geometrycznych, ale i roślinnych oraz zwierzęcych, a nawet religijnych bądź związanych z życiową pasją, noszącego je mężczyzny. Szczególnie eleganckie są poszetki jednokolorowe, najczęściej białe, wykończone kolorową koronką. 

Dla początkujących kilka rad:

­ – w najlepszych zestawach poszetka nie nawiązuje bezpośrednio do niczego, ale pasuje do wszystkiego, dopełnia całość bez dosłowności;

– poszetka tworzy delikatne związki z krawatem i muszką, także z kolorem i wzorem koszuli a nawet skarpet, dlatego służy do zabawy, a nie do uciążliwej czynności ubierania się przed wyjściem z domu;

– poszetka absolutnie nie może być uszyta z tej samej tkaniny co krawat albo muszka, choć takie zestawy są dostępne w sklepach;

– nie łączy się białej koszuli z poszetką w kolorze ecru, ponieważ wygląda na brudną;

– kto boi się kolorystycznych szaleństw, niech używa poszewki białej i lnianej, którą w zależności od stroju i okazji może dyskretnie bądź fantazyjnie włożyć do kieszonki;

– generalnie poszetka ozdabia marynarkę, aczkolwiek coraz częściej widać ją też w brustaszach płaszczy i sportowych kurtek, o ile takowe mają.

Męskiemu ubiorowi poszetka zapewnia indywidualny charakter, jeśli jednak mężczyzna nie czuje się z nią dobrze albo nie radzi sobie z jej doborem, lepiej zrobi, gdy z niej zrezygnuje. Za to mężczyzna, mający w sobie odpowiednią radość życia i fantazję, aby z jej pomocą pokazać swoją indywidualność oraz poczucie smaku, najczęściej może liczyć na dłuższe niż zwykle i ciepłe spojrzenia Pań, rozgrzewające okolice brustaszy, czyli serca.

Pan, który decyduje się na poszetkę, daje konkretny sygnał, że jest pewny siebie i ma świadomość własnego stylu. Poszetkujcie więc Panowie, ale uważajcie, żebyście przy okazji nie poszatkowali sobie wizerunku, bo o to nie jest trudno. A ja, może jeszcze nie stary, ale jednak Ślązak, pozwolę sobie na mentalny powrót do domu Elfrydy, Starki z Krzyżowic, i pozostanę wierny jej zamiłowaniu do kolorowych tuchów.