Epidemia lęku

W ostatnim wpisie obiecałem, że przedstawię swoje przemyślenia dotyczące epidemii koronawirusa z punktu widzenia teologa. Zatem do dzieła.

Dlaczego z punktu widzenia teologa? Ponieważ po pierwsze, jeśli teolog na taki temat nie ma nic do powiedzenia, zapewne jest nim tylko w celach zarobkowych. W końcu bycie teologiem zobowiązuje do śledzenia i analizowanie śladów, które Bóg, czyli Źródło, pozostawia w ludzkich dziejach. Bogu „w twarz nie popatrzysz”. Próba odnalezienia Jego „śladów” może jednak się udać. Teolog musi pracować jak wytrwały tropiciel, a gdy już przejdzie kawał drogi po „śladach Boga” powinien wszystko zebrać i dokonać syntezy. Wpierw teolog przypomina roztropnego węża, pracującego z humusem, czyli ziemią ludzkiej egzystencji (ciemna strona, prawda o EGO, wszystkie lęki  kompleksy, pycha, wreszcie grzech), aby potem wznieść się wysoko ponad chmury i z wysokości orła oglądać całość.  

A po drugie teologia powinna mieć nie tylko charakter mądrościowy i ewangelizacyjny, ale też terapeutyczny. Bywa, że studentom mówię, iż prawdziwość egzegezy tekstów biblijnych weryfikuje jej skuteczność w uwalnianiu człowieka, więc i uzdrawiania. Co prawda w interpretacji tekstów biblijnych należy korzystać z wszystkich, znanych narzędzi naukowych, jednak dopiero uzdrawiające i wyzwalające ludzką duszę skutki, weryfikują jej prawdziwość.

Po trzecie w dyskusjach, toczących się publicznie, zawsze zabieram głos jako teolog, więc i tym razem moje przemyślenia będą miały taki charakter. A że dyskusja, dotycząca epidemii, od razu nabrała teologicznego charakteru, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

Dlatego wpierw proszę, żebym potem nie zapomniał, wyznawców „religii rozsądku” o wszystkie, jakie tylko im się przypomną, biblijne teksty, w których można znaleźć apel Boga o używanie rozumu. Przyznaję, że nie ogarniam. Argument o Bogu, który w „godzinie wierności” i w próbie miłości, każe używać rozumu, stał się tak powszechny, że zaczął przypominać armatnią kulę w stosunku do maleńkiego naboju, jakim jest wezwanie do wiary. Dla ułatwienia podpowiem, szukajcie w literaturze mądrościowej Starego Testamentu. Cokolwiek wygrzebiecie, podsyłajcie, abyśmy mogli wspólnie nad tym popracować.

Przekonajcie mnie, że rozum jest ważniejszy od serca! Mam bowiem pewność, że z chrześcijaństwa uczyniliście system etyczny, przypudrowany pobożnością. Jesteście głosicielami moralnego zobowiązania, ale nie Jezusa Chrystusa, jakby moralność była uprzednia wobec mentalności, a pobożność ważniejsza od duchowości, czyli wiary, miłości i nadziei. Uważajcie, bo systemów etycznych jest wiele, i jesteście na dobrej drodze, żeby przekonać ludzi, że usprawiedliwiająca jest moralność, a nie wiara.

Mimo wszystko dla mnie chrześcijaństwo na zawsze i przede wszystkim pozostanie doświadczeniem duchowym, spotkaniem z Bogiem, czyli Źródłem Życia i Miłości, które czyni wolnym od zobowiązań, ślubów, kompleksów, ale też poczucia winy, wstydu i lęku.

Co rusz słyszę i czytam, że lęku nie należy się wstydzić. Co prawda, to prawda, niemniej czynienie z lęku cnoty, w imię solidarności i empatii, urąga Mistrzowi z Galilei. Z lękiem jest jak z śnieżną kulą. Póki trzyma się ją w ręku, można się nią bawić. W wypadku lęku idzie o to, że dopóki ma się go „w ręku”, dopóty można wykorzystywać jego pozytywny potencjał, którym jest ostrzeganie przed zagrożeniem i ochrona. Jednak kula śniegu wypuszczona z dłoni zaczyna się toczyć i po jakimś czasie zamienia się w lawinę, która zmiata i niszczy wszystko, co znajduje na swojej drodze. Z lękiem jest podobnie. Zamienia się w panikę, której nie można się oprzeć.

Lęk, wypuszczony z dłoni, niszczy życie i rujnuje miłość. Człowiek sparaliżowany lękiem nie jest zdolny do samodzielnego życia i zrobienia kroku. Szuka wymówek, wskazuje winnych swojego nieszczęścia, zyskując jedną, pozorną korzyść, a mianowicie temat opowieści, którym stara się zwrócić na siebie uwagę. Wątkiem takiej opowieści jest cierpienie i nieszczęście. Zamrożony strachem oczekuje pomocy, zamiast samemu pytać, komu mógłby pomóc? Pyta o to, kto jest jego bliźnim, zamiast zastanawiać się nad tym, dla kogo on może być bliźnim?  Pojawia się grzech, a wraz z tym pojęciem niepostrzeżenie dotarliśmy do sedna teologicznej refleksji na temat epidemii koronawirusa.

Grzech ma tylko dwie uprawomocnione definicje. Pierwszą jest utożsamienie go z niewiarą. Druga sugeruje, że człowiek nie tafia w cel. Obie można sprowadzić do wspólnego mianownika. Natomiast na pewno nie można wywodzić grzechu z uchybienia moralnego! Jeśli już, to wtórnie. Zaraz wszystko się wyjaśni. Grzech jako niewiara nie oznacza braku wiary, ale wiarę niewłaściwie ulokowaną. Można na przykład bardziej wierzyć temu, co jest starą postacią świata i związanym z nim poczuciem bezpieczeństwa, aniżeli Bogu, który jako JESTEM wpływa na nasze TERAZ, prowadząc człowieka drogą zmian. Grzech oznacza wtedy, że zamiast wierzyć Źródłu, czyli wiecznej Miłości i uniwersalnej Świadomości, zaczynamy przywiązywać się do tego, co sami stworzyliśmy, dobrze się z tym czujemy. Nie chcemy wtedy zmian, ale raczej, żeby wszystko trwało, jak do tej pory, a każda myśl o zmianie jest natychmiast usuwana w podświadomość, ewentualnie kończy się bólem głowy, drżeniem rąk i lękiem.

Reasumując, ponieważ człowiek nie trafia w cel, czyli w Boga w sobie, któremu wszystko zawdzięcza, od którego przyszedł i do którego powraca, zaczyna wierzyć w siebie, swoje zdolności, swoje skarby, także zdrowy rozsądek. W efekcie pojawia się zło moralne, przez wielu utożsamiane z grzechem, jednak w rzeczywistości będące jego skutkiem. Gdy człowiek traci wiarę w Miłość, która obdarowuje, ulega lękom, panikuje i zaczyna żyć na miarę pragnień, manifestujących się na skutek strachu, a nie życia w prawdzie. Wtedy, żeby jakoś sobie w życiu poradzić, trzeba krzyczeć, kombinować, kraść, kłamać, zdradzać, itp.

Epidemia koronawirusa nie pojawiła się przypadkiem. W tym momencie nie interesuje mnie czy jest skutkiem łańcucha pokarmowego i jedzenia zwierząt, czy manipulacji prowadzonych z wirusami w laboratorium w Chinach, a może elementem wojennej strategii Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa. Bez względu na to, gdzie i z jakiego powodu zaczęła się epidemia, są to wyłącznie zewnętrzne wyzwalacze wewnętrznych procesów, które dzieją się albo w każdym z osobna, albo na całej planecie. W wypadku epidemii mamy do czynienia raczej z procesami dziejowymi i ogólnoludzkimi.

Wielkie epidemie, dziesiątkujące ludzkość, pojawiają się w godzinie tranzytu, przejścia świadomości na wyższy poziom. Kierunek zawsze jest ten sam, z niewoli do wolności. Z energii strachu do energii miłości. Z jednej strony takie doświadczenie zawsze jest skutkiem uwikłania się ludzkości w grzech, czyli niewiary w to, że JESTEM błogosławi i darowuje wszystko, co jest potrzebne do życia i rozwoju w TERAZ, z drugiej, będąc doświadczeniem kryzysowym, oznacza szansę pozbycia się starych schematów mentalnych, wzorców edukacyjnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych, także religijnych. W godzinie przejścia co prawda pojawia się lęk, bo przejście jest doświadczeniem skrajnie niebezpiecznym i zmieniającym wszystko, jednak ów lek jest zarówno przyczyną kryzysu, jak i katalizatorem przemian dla tych, którzy nie chcą wracać w stary świat i pragną nowego. Zatem dla jednych, którzy w kryzysie spanikowali i boją się zmiany, lęk jest zapowiedzią choroby i śmierci, zaś dla ufających w sens kryzysu i przejścia, lęk staje się katalizatorem zmiany świadomości, to znaczy również zdrowia i nowej jakości życia.

Zapewne na pierwszy „rzut oka” na to nie wygląda, niemniej z perspektywy teologii opisałem właśnie podstawowy warunek uzdrowienia, z którym powinni zmierzyć się wszyscy chorzy, zaś lekarze przemyśleć, jeśli naprawdę chcą uzdrawiać przyczyny, a nie tylko leczyć skutki.

Zatem, jaką wiadomością jest epidemia koronowirusa?

Jako ludzkość straciliśmy zdolność oddychania. Nabraliśmy powietrza w płuca i chcieliśmy dożyć z nim końca wszystkiego. Dlatego nie dziwi, że wielu z nas na tym oddechu rzeczywiście dożyje końca wszystkiego, tyle że w wymiarze osobistym, a nie jako zamknięcie ludzkich dziejów. Oddech w płucach oznacza nowy tlen, nowe życie, nowy dar, który powoli się wyczerpuje. Żeby przeżyć trzeba zrobić wydech, ufając, że znowu będzie można nabrać w płuca nową porcję Bożego daru życia.

Zdrowy, zrównoważony, spokojny i głęboki oddech, czyli ufający i uważny, jest biologicznym warunkiem zdrowego życia w każdym wypadku, także całej ludzkości. To, w jaki sposób oddychamy, ujawnia prawdę o naszej duszy, stanie naszych lęków i zaufania, cierpienia psychicznego, depresji i stresu.

Więc jak oddychamy? Nabraliśmy powietrza i nie chcieliśmy zrobić wydechu. Pragnęliśmy, żeby stara postać świata, oswojona, przewidywalna, dostatnia i pozornie zapewniająca poczucie bezpieczeństwa przynajmniej na poziomie podstawowym, nigdy nie przeminęła. Chcieliśmy nawet więcej, żeby nasza cywilizacja była w stałym progresie, a nam było coraz lepiej według starego wzorca. Większość z nas bała się zmian. Nawet świadomość ekologiczna niewiele zmieniała. Ponieważ baliśmy się, że stracimy stały ląd pod nogami, byliśmy w stanie dalej poświęcać szczęście, życie i zdrowie wielu ludzi, a także przyrody, zwłaszcza zwierząt.

Ekologiczny aspekt epidemii szczególnie nie daje mi spokoju. Od jakiegoś czasu kolejne epidemie są wyraźnym upominaniem się Ducha Życia o szacunek i miłość dla przyrody. Dla przykładu śmiercionośny wirus ebola znajdował się na obszarze piętnastu kilometrów kwadratowych lasu w Afryce. Gdy las wycięto wirus stracił naturalne siedlisko i szybko rozprzestrzenił się na zwierzęta i ludzi.

Jestem pewien, że w nienasyconym konsumowaniu mięsa straciliśmy wszelkie hamulce. Wiele pokoleń jadło mięso raz, dwa razy w tygodniu, uzupełniając dietę w produkty roślinne. Dla wielu z naszego pokolenia dzień bez mięsa jest dniem kulinarnie straconym. Nie ma w nas żadnej miłości i empatii do cierpiących braci mniejszych albo starszych, jak kto woli. Proponuję każdemu nienasyconemu mięsożercy, o ile zachował resztki emocji ciepłych, których siedliskiem jest serce, aby zobaczył w jakich warunkach są hodowane i tracą życie zwierzęta, przeznaczone na rzeź. Jak wielki stres przeżywają każdego dnia, a na koniec strach przed śmiercią. Wizyta w rzeźni powinna być tak samo obowiązkowa dla każdego mięsożercy, jak trzymiesięczna praca w domu opieki nad obłożnie chorymi dla każdego młodego mężczyzny. Przecież w takim samym stopniu ptasia grypa sprzed kilkunastu lat, wciąż aktywna, co dzisiejszy covid 19 są wirusami, które pojawiły się w naszym życiu, ponieważ wielu nie potrafi zrezygnować z nieprzebranych ilości spożywanego mięsa.

Nawet nie apeluję  o wegetarianizm czy weganizm, a jedynie proszę o refleksję. Może wystarczyłaby nam 1/3 część mięsa, spożywanego teraz? Bardzo proszę o nie szermowanie argumentem w rodzaju, przecież mamy prawo jeść mięso. Owszem mamy takie prawo, aczkolwiek bynajmniej nie wynika z niego automatyczny zakaz dobrowolnej rezygnacji z mięsa na rzecz pożywienia roślinnego, aby zwierzętom oszczędzić cierpienia i po prostu wznieść się na poziom miłości. Jeszcze raz potwierdzam, ponieważ przypuszczam, że zaślepieni mięsożercy zaczną rzucać we mnie różnymi argumentami, że proszę jedynie o ograniczenie spożywani mięsa do 1/3 części dzisiejszego poziomu. Nawet nie przypuszczam, bo jestem pewien, że jeśli z aktualnej lekcji nie skorzystamy, czekają nas kolejne, jeszcze groźniejsze epidemie, w których Stwórca będzie upominał się o los zwierząt.

Czy zatem powinniśmy dziwić się, że powietrza w płucach jednak nam zabrakło i musimy uczyć się spokojnego i ufnego oddychania, czyli pozwolić życiu, żeby nieustannie się zmieniało?  Czas na refleksję, że Stwórca upomniał się o wydech, czyli wiarę i miłość do wszystkich i wszystkiego. Nadeszła godzina polaryzacji i prawdy.

Ci pomiędzy nami, którzy ze strachu przed zmianą za wszelką cenę będą się starać zachować starą postać świata, jedynie przedłużą cierpienie a sami doświadczą  „ciasnej piersi”, czyli dusznicy i śmierci.

Ci pomiędzy nami, którzy ufają w sens doświadczenia i spokojnie oddychają, zaczną przyglądać się kryzysowi, wyciągać wnioski i pozwalać dziać się zmianom. Nauczą się wypuszczać z rąk stare, żeby móc otrzymywać nowe. Będą mieć na tyle odporności, że ich organizmy będą same radzić sobie z wirusem, a jeśli zachorują, doświadczą uzdrowienia. Na koniec czeka ich nowa ziemia i nowe niebo. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Doświadczenie wolności i zupełnie nowej jakości życia, ale już nie według starych schematów mentalnych, wzorców edukacyjnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych, także religijnych.

Nie trwaj w grzechu niewiary. Uwierz, że nowa postać świata, inna od tej, którą znasz, będzie dla Ciebie lepsza i piękniejsza. Nie trwaj w grzechu niewiary, bo zabija nie koronawirus, ale paniczny lęk, że nie uda się nabrać powietrza. Lekiem jest spokój i cisza.

Spokojnie wypuść powietrze! Nie bój się, że nie otrzymasz nowej porcji życia! Naucz się zaufania, że po wydechu zawsze otrzymujesz nową porcję tlenu w kolejnym wdechu! Naucz się wiary, a nauczysz się oddychania. Nauczysz się oddychania, a bez trudu poradzisz sobie z infekcją!

Wybór, co zdecydujesz i jak świadomie się zachowasz, należy do Ciebie.

Holistyczna medycyna ciała i ducha

Nie ma nieuleczalnych chorób. Są jedynie nieuleczalni ludzie”.  Bernie Siegel

Ciało człowieka znajduje się w stanie nieustannej regeneracji. Można to zaobserwować nie tylko po dzieciach, ale też po paznokciach, włosach, gojących się ranach i sinikach na skórze. W rzeczywistości w całym organizmie nieprzerwanie zachodzą procesy ponownych narodzin. Różne układy regenerują się w różnym tempie. Komórki szkieletu umierają i rodzą się  na nowo, lecz aby cały układ kostny powstał od nowa, potrzeba do 10-ciu lat. Tkanka wyścielająca żołądek i jelita wymienia się co pięć dni. Co dwa od czterech tygodni otrzymujemy całkiem nowy zestaw komórek skóry. Komórki wątroby wymieniają się mniej więcej co 300 do 500 dni, a wszystkie czerwone krwinki odradzają się mniej więcej co  120 dni.

Skoro wszystkie te komórki umierają, a na ich miejsce pojawiają się nowe i zdrowe, dlaczego w takim razie choroby przewlekłe nie mijają? 

Odpowiedzi musimy szukać w świadomości. Nowe komórki reagują na psychikę i mentalne wzorce, które wpływają na emocje i przekonania o naszym ciele, życiu i świecie. Jeśli naszym komórkom wciąż powtarzamy: „jestem chory”, „mam raka”, „jestem stary” nowe komórki przyjmują stary program i kontynuują go. Dlatego w procesie uzdrawiania i starzenia trzeba koniecznie zerwać z tymi wzorcami i przestać zgadzać się na to, czego nie chcemy.

Co prawda łatwiej napisać, dużo trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy żyje się w strachu, ponieważ wtedy umysł skupia się na najgorszym scenariuszu, jednak dzięki zrozumieniu, że wszystko jest energią, w tym myśli, które pojawiają się na naszym umyśle, i słowa, które wypowiadamy, możemy zacząć wyobrażać sobie nową możliwość, aby samemu sobie opowiedzieć nową historię. W efekcie po prostu tak się poczuć, pamiętając o tym, że dzieje się to, za co dziękujemy, a nie to, o co prosimy. To, co o sobie myślimy i mówimy, jest tym, co dla siebie tworzymy. Przestańmy więc naszemu organizmowi powtarzać w kółko, czego nie chcemy, a zacznijmy opowiadać o tym, co już mamy, aby poczuł się spokojnie i zdrowo, a on spontanicznie odpowie uzdrowieniem.

Żebyśmy jednak przestali narzekać i bać się, a zaczęli dziękować i ufać, potrzebujemy wiary. Nie podlega wątpliwości, że uzdrowienie zawsze jest związane z duchowością. To podróż poza własne granice, poza pragnienia EGO, iluzję poczucia bezpieczeństwa, a także kłamstwo o nieudolności, małej wartości i bezradności wobec choroby. Dzięki tej podróży docieramy do prawdziwego JESTEM i pełni miłości. Odkrywamy swoją misję, której musimy być wierni. Powstajemy wówczas na nogi i wyprostowani doświadczamy nowego życia.

Według wielu tradycji duchowych ta podróż polega na przekroczeniu śmierci i pokonaniu lęku przed nią. A jak lepiej pokonać strach aniżeli przez przyjęcie miłości? Aby powrócić do miłości, trzeba zaufać, że Wszechświat, Bóg, Źródło, zawsze jest z nami i dla nas, a nie daleko od nas i przeciwko nam. Trudności, które pojawiają się  w drodze, pomagają nam w rozwoju duszy. Bezwarunkowa, bezgraniczna Miłość, do której powracamy w chwili śmierci, na pewno nie jest czymś, czego powinniśmy się obawiać.

Jak wobec tego zmienić nasze przekonania na temat życia i śmierci? Jak przejść od strachu do miłości? Jak nauczyć się pracować z emocjami w zdrowy sposób? Nauka udowodniła, że negatywne emocje, takie jak gniew, złość, ból emocjonalny, lęk, zazdrość, wstyd i wina, negatywnie wpływają na naszą biochemię. Z drugiej strony pozytywne emocje powodują, że mózg wydziela do organizmu chemię, wzmacniającą układ immunologiczny. Gdy stajemy się świadomi wpływu, jaki emocje wywierają na biologię organizmu, możemy zacząć wdrażać konkretne praktyki i rozpocząć terapie, pomagające pozytywnie wykorzystywać energetyczny potencjał emocji.

Gdy na skutek negatywnych emocji, zwłaszcza strachu, wstydu i poczucia winy, stresujemy się, nasze pole energii przechodzi w stan oporu. Energia wpływa wtedy na krew, która nie krąży tak skutecznie, jak powinna. Raz się przegrzewa, innym razem chłodzi. W stresie pojawia się opór, który zaburza pH, więc zwiększa się kwasowość. Na skautek miejscowego bądź układowego zakwaszenia pojawia się stan zapalny, czyli reakcja organizmu, który pompuje więcej krwi do miejsc wymagających leczenia. Stan zapalny jest reakcją układu immunologicznego na zniszczoną tkankę, wymagającą naprawy lub na szkodliwy bodziec, wymagający usunięcia.

Warto pamiętać, że największe spustoszenie sieje strach, będący zapowiedzią albo wręcz znakiem stresu, który może mieć postać biologiczną, chemiczną albo psychiczną. Zaś najlepszym antidotum jest miłość, która przecież jest nie tylko uczuciem, ale też emocją, czyli dobrą chemią. Dopomina jest rezultatem miłości, z której wynika przyjemność.  Oksytocyna pojawia się na skutek miłości, wiążącej się z jej źródłem. W stanie zakochania wzrasta też atrakcyjność dzięki wazopresynie, związkowi chemicznemu uwalnianemu do krwioobiegu. Co najważniejsze mózg uwalnia hormon wzrostu, co sprzyja zdrowiu i rozwojowi.

Ciało może otrzymywać różne rozkazy, a mianowicie istnieć w stanie wzrostu lub w stanie ochrony przed zagrożeniem. Są to dwa odmienne i wzajemnie wykluczające się zachowania. Od nas zależy, który z tych rozkazów wybieramy. Czy z otwartymi ramionami idziemy w stronę miłości i ją przyjmujemy, czy z lęku zamykamy się, uciekamy i bronimy. Ta druga postawa zawsze oznacza chorobę i śmierć.

Jak sprawdzić, w która stronę idziemy? Bardzo prosto. Nie mówmy, że nie odczuwamy strachu. Postarajmy się raczej odpowiedzieć na pytanie, czy w naszym życiu obecna jest miłość? Czy jest jakaś różnica? Tak, ogromna. Miłość otwiera, aby można było przyjąć różne doświadczenia, uczucia, i wydarzenia, dlatego jest podstawowym warunkiem duchowego wzrostu. Dzięki miłości rozwijamy się zdrowiejemy. W strachu wszystko dzieje się na odwrót.

Badania, prowadzone w ramach fizyki kwantowej udowadniają, że wszyscy są ze sobą połączeni, a cała materia jest złudzeniem zmysłów, ponieważ w rzeczywistości jest zbudowana z fal energii, które mogą zmieniać się dzięki naszym myślom, emocjom oraz intencjom. Nowe odkrycia epigenetyki pokazują, że nie jesteśmy ofiarami wyłącznie naszych genów. Pokazują, że nasze geny są jedynie planem, punktem wyjścia, a my możemy je aktywować bądź dezaktywować, opierając się na myślach, emocjach i życiowych wyborach.

Współczesna medycyna konwencjonalna wciąż nie traktuje poważnie tego, co dla innych nauk, w tym teologii oraz praktycznej duchowości, jest oczywiste, a mianowicie, że wszystko jest energią. Dlatego nie bada zdrowia pod tym kontem, ani nie próbuje zrozumieć chorób jako blokad w jej przepływie. Nie chce przyjąć do wiadomości, że skoro wszystko jest ze sobą połączone, więc także nasze myśli, emocje i życiowe wybory mają decydujący wpływ na nasze samopoczucie i zdrowie.

Według Louise Hay, amerykańskiej terapeutki, choroba jest sygnałem wysyłanym przez nadświadomość. Otrzymujemy informację, że nasze zachowania, myśli i słowa są sprzeczne z miłością i naszym wewnętrznym JESTEM. Gdybyśmy naprawdę słuchali naszych ciał, wiedzielibyśmy dokładnie co robić, aby czuć się dobrze. Tymczasem nie ma co ukrywać, że z tym słuchaniem bywa różnie. Cierpmy, ponieważ nie jesteśmy sobą i nie pilnujemy życiowej misji, czyli nie podążamy swoją drogą, a teologia nazywa to grzechem. Uzdrowienie zawsze jest związane ze zmianą mentalności, czyli wzorcami, według których myślimy. Nieważne, od jak dawna utrzymywaliśmy negatywne wzorce, w każdej chwili możemy zacząć je zmieniać. Nasze myśli i słowa wielokroć powtarzane kształtowały nasze dotychczasowe życie i nasze doświadczenie. Lecz to myślenie należy do przeszłości. Mamy to już za sobą. Myśli i słowa, które wybieramy TERAZ, wyznaczą nasze jutro, kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok. Cała nasza moc przypada zawsze na obecną chwilę. W TERAZ dokonujemy zmian.

Co za ulga! Możemy wreszcie uwolnić się od starych bzdur. Właśnie TERAZ. W tej chwili. Już ta myśl, startowe odkrycie, że mogę inaczej, oznacza początek nowej drogi.

Mam nadzieję, że udało mi się wytłumaczyć, na czym polega medycyna holistyczna, medycyna ciała i ducha. Nie na zabobonach i przesądach, ale na rzetelnej wiedzy, której podstawy zawdzięcza fizyce i biologii, więc nie ma się czego bać, ani przed czym ochraniać.  Uzdrowiciel z Galilei posługiwał się tą samą wiedzą praktyczną, co widać „jak na dłoni” w ewangelicznych relacjach uzdrowień.

W kolejnym wpisie postaram się wytłumaczyć, po co spotkała nas epidemia koronowirusa. A poza tym, jak powinniśmy z nią pracować na poziomie świadomej zmiany myśli i przekonań, emocji i chemii, decyzji i działania.

Fizyka kwantowa i duchowość

„Wszyscy byliśmy w błędzie. To, co nazywamy „materią” jest w rzeczywistości energią, której wibracja została spowolniona do poziomu odbieranego przez nasze zmysły” . Albert Einstein

Ja jestem światłością  świata” (J 8,12); „Wszystko, o co w modlitwie prosilibyście wierząc, otrzymacie” (Mt 21,22). Jezus z Galilei

Nowożytna nauka narodziła się mniej więcej 300 lat temu, kiedy I. Newton sformułował prawa fizyki. Opierając się na nich, zbudowaliśmy światopogląd materialistyczny i mechanistyczny. Według tych praw początek życia jest przypadkowy i nie stanowimy jedności z naszymi ciałami. Na dobrą sprawę jesteśmy też całkowicie bezsilni w kwestii naszego uzdrowienia. Prawa te sugerują nam również, że jesteśmy oddzieleni od świata zewnętrznego, więc mamy bardzo niewielki wpływ nie tylko na to, co się dzieje wewnątrz ciała, lecz także poza nim.

W 1859 r. Ch. Darwin wydał książkę O pochodzeniu gatunków, która jest uznana za podstawę biologii ewolucyjnej. Autor, przekonując nas, że natura opiera się na modelu konfliktu i współzawodnictwa, nie wiedział jeszcze niczego, co współcześnie wiemy o komórkach, neurytach albo DNA. Nie znał badań, które odkryły istnienie pola, łączącego wszystko w całość, co praktycznie oznacza, że natura opiera się na współdziałaniu, a nie konflikcie.  

Na szczęście fantastycznie rozwija się nowa fizyka i nowa biologia. Ikoną nowego paradygmatu jest A. Einstein. Nie oceniając, czy słusznie, przyjmijmy, że kategoria energii, znana teologii prawosławnej, prawie nie zasymilowana przez teologię Zachodu, jest pojęciem/kluczem naszych czasów. Dotąd jedynie mistycy mieli wgląd i przeczucie, że biblijne określenie Boga jako światłości jest czymś daleko więcej, niż tylko zwykłym obrazem.

Od lat w zachwycie badam związki pomiędzy duchowością a fizyką kwantową i dostrzegam coraz więcej punktów stycznych, czasem wręcz tożsamych ze słowami i duchowością Jezusa z Galilei. Jestem przekonany, że fizyka kwantowa jest najbardziej mistyczną z wszystkich dotychczasowych rozwiązań. Jest naukowym opisem duchowości wielkich mistyków, w tym mojego Mistrza.

Pisze o tym, ponieważ dostrzegam, że wielu nie rozumie moich wpisów, sposobu argumentacji,  egzegezy tekstów biblijnych i duchowości. Dawno przestałem korzystać z mechaniki Newtona i w związku z tym również moja egzegeza ma coraz mniej wspólnego z interpretacjami, które zdominowały religijną wyobraźnię chrześcijan, począwszy od XVIII wieku. 

Jeśli chcecie mnie zrozumieć, spróbujcie  zmienić paradygmat. Chociaż na chwile – proszę – zrezygnujcie z dotychczasowego sposobu myślenia, rozumienia i doświadczania Bożej obecności. Dajcie mi szansę na przekonanie Was, że wykorzystując współczesne narzędzia naukowe, cudownie rozwiniecie swoją duchowość i poprawicie jakość swego życia. Poniżej pozwolę sobie wprowadzić Was krótko w podstawowe pojęcia fizyki kwantowej i nowej biologii, której istotą w moim przekonaniu jest epigenetyka.

Podstawą jest zrozumienie, że wszystko jest energią. W materii naprawdę nie ma materii. Współczesna fizyka nie potrafi jej udowodnić. Natomiast wystarczająco dobrze zostały opisane struktury energetyczne, z których zostaliśmy stworzeni. Wszechświat zbudowany jest z cząsteczek światła, zwanych fotonami. Światło jest elektromagnetycznym polem, podróżującym po wszechświecie w formie fal, będącym w ciągłym ruchu, które jednak zostaje zniekształcone przez przestrzeń.

Grawitacja, czyli siła przyciągania, nie istnieje w takim sensie, jak rozumiał to Newton. Jest efektem tego, że masa gwiazdy czy planety również zniekształca przestrzeń, zakrzywiając ją. Ziemia zniekształca przestrzeń wokół siebie w ten sposób, że ją zakrzywia, więc księżyc tak naprawdę porusza się po linii prostej, zgodnie z prawami bezwładności, ale mimo to okrąża naszą planetę. Podobnie obiektywny czas nie jest tym czym wydaje się być, gdy obserwujemy wskazówki zegara. Podobnie jak przestrzeń, jest „zawinięty” przez wpływ wielkich ciał niebieskich oraz prędkość.

Cząsteczki elementarne w atomie są niewiarygodnie małe i kto wie, czy w ogóle moją formę stałą. Gdyby wyobrazić sobie atom w skali katedry, to jądro atomu jest mniej więcej wielkości pięciozłotówki. Atom zatem to energia w ruchu. Wszystko, co wydaje się materią, w rzeczywistości jest w ruchu. Nie istnieje zatem nic stałego, wszystko jest ruchome, podlegające ciągłym zmianom. Nadto cząsteczki elementarne w czasie, gdy są obserwowane, zachowują się nie zawsze tak samo. W zależności od typu obserwacji, jaki wybierają naukowcy, raz zachowują się jak światło, innym zaś razem jak cząstki posiadające masę. To oznacza, że intencja obserwatora wpływa wprost na formę oraz zachowania owych cząstek elementarnych (badania Heisenberga). Podobne badania z komórkami macierzystymi przeprowadził na przełomie lat 70- tych i 80 – tych ubiegłego wieku dr B. Lipton, dochodząc do tego samego wniosku, a mianowicie, że o genetycznej aktywności komórek, rozwijających się w różne tkanki, decyduje środowisko chemiczne, pomimo tego, że potencjalnie każda z nich mogłaby rozwinąć się w dowolną tkankę.

Najnowsza teoria strun oraz hiperprzestrzenni dodają fizyce jeszcze więcej tajemniczości. Fizycy rozważają bowiem istnienie wielowymiarowych światów, a także sprowadzają materię, jak i energię, do czystej wibracji strun. Teoria strun przewiduje, że podstawowym budulcem wszechświata nie są cząstki w postaci punktu, czyli elektrony i kwarki, ale struny wielkości 1031 metra. Ta teoria przewiduje, że przestrzeń, w której żyjemy, ma co najmniej 10 wymiarów, może nawet 21, przy czym 3 wymiary przestrzenne i czas to wymiary otwarte, natomiast pozostałe wymiary są skompaktyfikowane do rozmiarów niedostępnych naszemu doświadczeniu. W efekcie najzwyczajniej w świecie nie widzimy ich, jak niektóre zwierzęta, których oczy widząc tylko dwa wymiary, nie dostrzegają przeskoku między blisko siebie położnymi powierzchniami.

Dlatego nie możemy dłużej o sobie myśleć, jak o istotach żyjących w prostej rzeczywistości, zbudowanej z solidnej materii. Wiemy już wystarczająco dobrze, że wszystko wokół nas jest tajemniczą, wibrującą energią. Wszystko zbudowane jest ze światła. My również. Nie ma więc niczego trwałego. Nie ma trwałej materii, jak lód, który w „oka mgnieniu” może najpierw stać się wodą, aby wreszcie przekształcić się w parę.

W przeciągu ostatniego stulecia przeprowadzono wiele eksperymentów z wykorzystaniem cząsteczek energetycznych. Dzięki jednemu z nich, udowodniono istnienie siły, która tworzy interakcje dwóch osobnych cząsteczek energii, nawet jeśli są od siebie oddalone na tysiące kilometrów. Tak jakby były zawsze połączone i potrafiły oddziaływać na siebie wzajemnie w każdej chwili. To zjawisko zostało nazwane splątaniem kwantowym i pokazuje naszą możliwość wpływania na ludzi oraz świat pomimo odległości, która nas dzieli. Wszystko to dzieje się dzięki pracy z energią znajdującą się wewnątrz człowieka.

W tym samym nurcie badań biolodzy opisali fenomen pól morfogenetycznych (badania R. Sheldracke). Wypełniają one przestrzeń o bliżej niesprecyzowanej naturze fizycznej i nadają określoną formę organizmom żywym, pełniąc funkcje dodatkowego czynnika genetycznego, oprócz DNA. Te pola również ewoluują, co oznacza, że kolejne pokolenia danego gatunku są nie tylko tworzone przez to pole, lecz rozwijając się same tworzą w tym polu trwałe zmiany.

Zmiana pola morfogenetycznego, dokonana przez jednego osobnika, wpływa na pojawienie się podobnych zmian nie tylko w jego potomstwie, ale we wszystkich osobnikach gatunku, które pojawiły się po nim. Teologia od dawna opisuje ów fenomen, posługując się innym pojęciem, a mianowicie życiem w Starym Adamie albo w Nowym Adamie. Ta teoria tłumaczy skoki ewolucyjne, których nie potrafi wytłumaczyć nauka mechaniczna. W ten sposób pojawiają się przeskoki od razu do wyżej zorganizowanych form, a teoria Darwina, wespół z fizyką Newtona, stały się absolutnie niezdolne do tłumaczenia praw, według których we wszechświecie rozwija się życie. Teoria pól morfogenetycznych daje odpowiedź na pytanie, dlaczego wiele odkryć i wynalazków pojawia i zostaje ogłoszonych niemal w tym samym czasie przez osoby, które wcale się ze sobą nie kontaktują, a pracują i żyją w odległych zakątkach ziemi.

Większość ludzi myśli, że kiedy patrzy swoimi oczami, widzi wszystko, co jest do zobaczenia w ich konkretnej lokalizacji. Podczas, gdy faktycznie widzą, czyli dekodują, jedynie maleńki zakres częstotliwości wewnątrz widma elektromagnetycznego, znany nam jak „światło widzialne”. I kiedy mówi się „maleńki” to w istocie to jest maleńkie. Długości fal widma elektromagnetycznego umożliwiają doświadczenie, poznanie, bo już na pewno nie widzenie, jedynie 0,005% z tego, co istnieje we wszechświecie  jako energia, a przez zmysły bywa czasem postrzegane jako materia. Światło widzialne, jedyny zakres częstotliwości, który jako ludzie możemy dostrzec, jest w dodatku ułamkiem nawet tych 0,005%. Reszta to ciemna materia/ciemna energia. Tak ją nazywamy, ponieważ nie potrafimy jej dostrzec. Więc jak niewiele widzimy z jednego wszechświata? A i tak to jest tylko jeden z wielu wszechświatów i rzeczywistości wewnątrz nieskończonej Świadomości – nieskończonej Możliwości.

Dlatego niezależnie od tego, w co wierzysz i niezależnie od tego czy się modlisz, czy medytujesz, może zagłębiasz się w siebie albo po prostu oddajesz chwili refleksji, zawsze pracujesz z tą samą świetlną wszechobecną energią, która jest budulcem każdego z nas, jest w nas, wokół nas i koniec końców jest nieskończoną Miłością. To wyjaśnia, jak bardzo ważna w naszym życiu jest wiara. Dzięki niej czujemy, że jest coś więcej niż tylko świat fizyczny. Wiara pomaga nam w trudnych chwilach i to właśnie dzięki niej potrafimy dostrajać się do energii, w której jesteśmy tylko maleńką cząstką.

Współczesna nauka przekonuje nas, że natura nie współzawodniczy i nie walczy, ale opiera się na wzajemnej pomocy. Jesteśmy połączeni ze swoim ciałem na bardzo głębokim poziomie psychicznym, a nasze myśli, emocje, uczucia i przekonania, które mają początek zarówno w mózgu, jak i w sercu, wyzwalają chemię, która może doprowadzić do powstania choroby, ale też ją cofać, uzdrawiając ciało i sprzyjając długowieczności.

Niestety współczesna medycyna konwencjonalna opiera się na nieaktualnym koncepcie separacji, współzawodnictwa i konfliktu, istniejącym jakoby w organizmie człowieka na poziomie biologicznym i komórkowym.

Jezus wiedział, że tak nie jest i dlatego był skutecznym lekarzem. Jutro spróbuję to w kilku słowach opisać, żywiąc nadzieję, że uda mi się wytłumaczyć, dlaczego o epidemii koronowirusa nie piszę w kategoriach nieszczęścia, ale duchowej lekcji do przerobienia, prosząc jednocześnie, abyśmy przestali się bać i uwierzyli w leczącą siłę wiary. Zapraszam. 

Wiara a zdrowy rozsądek

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Narobiło się wśród uczniów Mistrza z Galilei, że hej.

Co prawda to nie jest ostry i jednoznaczny podział, ale przecież widać wyraźnie, że jedni z nas optują za tzw. religijnym zdrowym rozsądkiem i w swoim mniemaniu znajdują na to mocne argumenty, a tymczasem druga grupa na ostrzu noża stawia znaczenie wiary, na podorędziu mając z kolei własny arsenał amunicji.

Czy ów intelektualny i duchowy rozgardiasz da się jakoś posprzątać, bo można żywić obawy, że polaryzacja będzie się nasilała. Czy rozsądek i wiara to kategorie sobie absolutnie przeciwne?  Czy wierząc, rozsądek pozostaje sobą? Czy sądząc rozumem, wiara pozostaje sobą?

A może wiara jest sobą dopiero wówczas, gdy jest rozsądna, zaś rozsądek, gdy bezwarunkowo wierzy?  

A może ów podział na wiarę i rozsądek, czyli serce i rozum, wcale nie jest rozsądny i może oznaczać całkowity brak wiary?

Próbowałem to wytłumaczyć 11 marca, tekstem pt: Wirus pozbawia nas korony.

Dziś raz jeszcze, ale inaczej, krócej i prościej. Przynajmniej taką mam nadzieję.  

Wyjdźmy zatem od kontekstu. Panuje epidemia koronawirusa. Większość z nas ewidentnie się boi i energetycznie leci w „dół na łeb na szyję” . Pozostali próbują zarządzać wiarą i wykorzystywać jej energię, żeby nie osłabiać zdolności obronnych. Wszystkich co prawda łączy kategoria odpowiedzialności, jednak absurdalnie rozumiana.

Większość z nas w zaistniałej sytuacji epidemiologicznej kojarzy odpowiedzialność z ochroną innych przed niebezpieczeństwem. Czy słusznie?

Odpowiedź + działanie = odpowiedzialność. Czyli nasze działanie powinno być odpowiedzią. Co zatem jest pytaniem? Oczywiście sytuacja. Czy każde zachowanie, chroniące innych przed niebezpieczeństwem przez wycofanie się, zamknięcie oraz izolację na pewno jest właściwą odpowiedzią na zadane nam pytanie?

Kto zadaje to pytanie?  Mam nadzieję, że dla uczniów Mistrza z Galilei jest oczywiste, że pytającym jest Bóg. O co pyta? O rozsądek pyta, czy wiarę?

I teraz zaczyna się jazda. Pyta: „Gdzie jesteś Adamie?”; „Gdzie jest brat twój Abel?”; „Hagar, niewolnico Saraj, dokąd przychodzisz i dokąd idziesz?”, itp. O co zatem pyta Bóg? O nas samych i naszych bliźnich . Pyta o nasz stosunek do życia i o to, co robimy ze swoim życiem.

Nie pyta więc o wiarę i rozsądek. Pyta o grzech, bo chce doprowadzić do zbawienia.

Kim więc jesteś uczniu Mistrza z Galilei i czy wiesz, czego potrzebuje drugi człowiek, dla którego jesteś bliźnim? Jaki masz stosunek do swego życia i co masz zamiar z nim uczynić dla innych?  

Rozstrzygająca o wszystkim jest zatem odpowiedź, której udzielam jako działanie w konkretnej potrzebie człowieka, ponieważ ja – Marek Uglorz – jestem dla niego bliźnim. Nie on dla mnie, ale ja dla niego. Nie powinienem pytać, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja jestem bliźnim!

Wdzięcznie dziękuję zatem Bogu za to, że jestem. Uśmiecham się do Źródła wszystkiego, co jest, i dlatego też do siebie. Proszę, aby ożywczy strumień miłości płynął przeze mnie do innych. Gdybym przestał się kochać i szanować, zatamuję ów strumień w sobie. Jeśli umrę fizycznie bądź duchowo, innym nie pomogę. To oznacza, że mam się zabezpieczyć, jak potrafię najlepiej, zażyć środki, które fachowcy rekomendują jako właściwe. Potem muszę polecić i podać je innym. Oczywiście powinienem unikać miejsc oraz ludzi zawsze wtedy, gdy moja obecność wynikałaby jedynie z ciekawości albo oportunizmu, a narażałaby mnie oraz innych na chorobę, cierpienie i śmierć. Przecież jako bliźni nie chcę innych krzywdzić.

Gdyby jednak okazało się, że Bóg mnie potrzebuje, czy muszę bać się śmierci? Przecież jestem ochrzczony, a więc śmierć dawno mam za sobą. Wszystko, co mnie spotyka jest już tylko wznoszącą się falą życia i zyskiem w sensie duchowym. Od Boga zależy, a nie od mojej woli, kiedy, gdzie i w jaki sposób przeprowadzi mnie przez bramę śmierci do Ogrodu Życia. Ważne, abym w tej godzinie miał świadomość, że uczyniłem wszystko, co do mnie należało, to znaczy, że byłem bliźnim dla wszystkich, którzy tego potrzebowali, i niczego nie zaniedbałem. Gdy uczeń Mistrza z Galilei jest pewien, że uczynił wszystko, co do niego należało, nie musi ani nie powinien czuć się winnym za swoją, ani niczyją śmierć. Ocena należy wyłącznie do Boga.

Gdy więc widzę, że ktoś jest w potrzebie, mam dla niego być bliźnim i pomóc mu w jego „życiowym rowie”. Inni przejdą obok niego z daleka. Nie dotkną się go, ponieważ tak nakazuje prawo, rytuał, poczucie obowiązku, żeby zachowywać czystość. Pójdą do świątyni wielbić Boga. Ja mam się zatrzymać i podać mu dłoń. Wsadzić na osiołka i zaopiekować się nim, niczego się nie bojąc. Muszę zatem być w drodze i kochać go. Nie wolno mi unikać miejsca, w którym bliźni mnie potrzebuje. Nie wolno mi się bać, że mnie zarazi., bo  kiedy, gdzie i jak umrę, zależy od Boga, a nie od mojej woli.

Moim zdaniem w takim zachowaniu nie ma żadnego napięcia pomiędzy rozsądkiem a wiarą. Jestem wtedy tylko uczniem Mistrza z Galilei i Zbawiciela z  Golgoty.

Proszę nie oczekiwać po mnie heroizmu skrajnych postaw.  Nie chcę być kapłanem i lewitą. Nie chcę też bezsensownie umierać. Chcę tylko, żeby Bóg mógł przeze mnie działać.

Nie utożsamiaj się – rozważanie na 15 marca

„Gdy tedy szli drogą, rzekł ktoś do niego: Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz.A Jezus rzekł do niego: Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił.Do drugiego zaś rzekł: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól nam najpierw odejść i pogrzebać ojca mego.Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże.Powiedział też inny: Pójdę za tobą, Panie, pierwej jednak pozwól mi pożegnać się z tymi, którzy są w domu moim. A Jezus rzekł do niego:Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. Łk 9,57-62

Dzisiejszym hasłem biblijnym jest krótki fragment 25-tego Psalmu: „Oczy moje zawsze patrzą na Pana” (Ps 25,15). Warto zajrzeć do Biblii, aby przeczytać następny fragment: „Bo On wyswobadza z sieci nogi moje”. Dopiero teraz hasło niedzieli nabiera znaczenia, zresztą wymownego w dniach szczególnego usidlenia.

Dzisiejsza niedziela jest pierwszą od dziesiątków lat, bo nie zdarzyło się podobnie od 13-tego grudnia 1981 r., że zwłaszcza mieszkańcy miast nie bardzo mają dokąd wyjść. Zamknięte sklepy, restauracje, budynki kościelne. Miejsc do spacerowania często w pobliżu nie mają. Mogą poczuć się usidleni. Zresztą nie tylko mieszczanie. Większość z nas może mieć wewnętrzne, duchowe przeświadczenie, że wpadliśmy w sieć, z której ktoś musi nas wyswobodzić.

Nie sugeruję, że jest nią epidemia wirusa. Ona jest manifestacją czegoś większego, bardziej fundamentalnego, co dotyczy olbrzymiej części aktualnej populacji. Ludzkość naprawdę wpadła w sieć, a epidemia jest tylko biologicznym i społecznym uzewnętrznieniem wewnętrznego konfliktu, zapętlenia, blokady, strachu, przeżywanego przez większość z nas.

Zapewne z punktu widzenia duchowego dzisiejsza niedziela jest krytyczna. Następna będzie już tylko kontynuacją. Dziś natomiast rozstrzyga się nasz stosunek do nowej sytuacji geospołecznej. Trzeba zmierzyć się ze swoim sprzeciwem, zracjonalizować bunt, uśmiechnąć do samych siebie i zobaczyć, że w mieszkaniu są jeszcze inni, przed którymi nie da się schronić, ani razem z nimi uciec przed szczerą relacją.

Dziś dzieje się coś ważnego. Dziś pierwszy raz od wielu lat przeżywamy prawdziwą niedzielę, to jest taką, jaką powinna być każda! Dziś łatwo nie uciekniemy przez sobą. Dziś nie pierzchniemy w zewnętrzny świat, aby nie musieć wejść w siebie. Tymczasem dziś nasze prawdziwe JESTEM czeka na nas. Dla wielu z nas jest potworem, którego panicznie się boimy, dlatego w zewnętrznym świecie mamy wiele miejsc, gdzie możemy karmić swoje EGO i udawać przed sobą, że jesteśmy szczęśliwi.

Dopiero dziś dla wielu z nas zaczyna się prawdziwy post i odkrywanie pasji życia. Koniec z kłamstwami na własny temat. Ucieczka przed sobą stała się trudna. A do wykonania pozostała najważniejsza praca duchowa z pytaniem: Czym jest sieć, do której dałem się złapać? Z czym utożsamiam się do tego stopnia, że boję się to stracić  i dlatego dobrowolnie siedzę w sieci?

1. Utożsamienia są kłamstwem

Duchowe życie z Jezusem w niczym nie przypomina przekolorowanych baśni Andersena w wykonaniu kościelnych bibliobajarzy: „Patrz na Jezusa. Patrz na Ukrzyżowanego. Patrz z pokorą na krzyż. On Cię wyzwoli. Patrz, jak cudowny świat stworzył Bóg. Zaufaj Mu, a będziesz żył”.

Wie ktoś, co te słowa znaczą w praktycznym i codziennym życiu?  Co znaczą dziś, dla ludzi zmrożonych lękiem z powodu epidemii? Coś tam przebąkujemy o odpowiedzialności za drugiego… .

Mam wątpliwość, czy naprawdę chodzi o drugiego, czy w istocie nie o siebie!

Patrz na Tego, który wyzwala z sieci Twoje nogi! Przecież jesteś w sieci! Dałeś się złapać, a przed samym sobą udajesz, że jesteś wolny i szczęśliwy. Jeśli tak, dlaczego czujesz wewnętrzną pustkę? Dlaczego zażywasz tabletki nasenne? Dlaczego leczysz się na depresję? Dlaczego boisz się odjeść z pracy, do której chodzisz, jak na  codzienną egzekucję? Dlaczego nie znosisz swojego domu, ale nie masz odwagi znaleźć nowego? Dlaczego?

Zapewne sądzisz, że jesteś jednym z wierniejszych i lepszych uczniów Jezusa w promieniu kilku kilometrów? Taaaaaaak. Na pewno.

Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił”. Potrafisz żyć chwilą? Potrafisz przestać się troszczyć? Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy schronić. Widzisz to? A Twoja głowa stale szuka schronienia w „zewnętrznych domach”, w tym, co potrafi przemyśleć, zaplanować, przewidzieć, zdobyć i boi się, że to wszystko straci. Twoja głowa jest dla Ciebie wszystkim i boisz się, że ją stracisz. Nie podążasz za sercem, żyjesz głową, więc Twoja deklaracja, że będziesz towarzyszył Jezusowi jest pustosłowiem. On każdego dnia jest w nowym TERAZ, którego nie da się zaplanować ani przewidzieć. Wchodzi w nie i cieszą się nim. Ty wciąż jesteś albo we wczoraj albo w jutrze. Przestań się okłamywać, że jesteś pobożny!

Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże”. Nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś zamieszkać z dala od swego kościoła, zmienić tradycję, opuścić mentalny świat swoich rodziców? Nie potrafisz wyrzucić zdjęć, nad którymi raz na kwartał płaczesz? Wciąż mówisz, że najważniejsza jest rodzinna, religijna, plemienna tradycja i zapewne masz o sobie jak najlepsze mniemanie, jako o towarzyszu Jezusa w drodze życia? Naprawdę mieszkasz na cmentarzu, a tymczasem Ten, który z sieci wyzwala ludzkie nogi, nie pozostał na cmentarzu, na którym luzie Go zostawili. Opuścił te ziemię i jest żywym TERAZ. Nie okłamuj się.

Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. Oczywiście chcesz być grzeczny. Wypada się pożegnać. Nie znosisz radykalnych rozwiązań i natychmiastowych cięć. Nie potrafisz rozwiązać węzłów, którymi mentalnie związali Cię rodzice, nauczyciele, księża, autorytety. Nie potrafisz zerwać ślubów, które kazali Ci złożyć inni i myślisz, że z tymi kulami u nóg nadążysz za żywym, zdrowym i wolnym Jezusem?  Naprawdę tak myślisz? Może w dodatku jesteś księdzem albo biskupem, może diakonem albo inaczej służysz i w ten sposób myślisz? Nie okłamuj się: Nogi masz w sieci, a Ty jesteś niewolnikiem.

Oczy spoglądające na Wybawiciela to metafora konkretnej, duchowej pracy do wykonania. Pan wyprowadzi Cię na wolność, ale Ty idź za głosem serca i przestań żyć głową, z tradycji nie czyń bożka, zerwij wszystkie śluby, które są mentalnymi kajdanami, abyś nie był sobą.

Inaczej mówiąc, ta duchowa praca polega na tym, że musisz zadać sobie pytanie o to, z czym się utożsamiasz? Każde utożsamienie jest siecią. Gdy się z czymś utożsamiasz do tego stopnia, że boisz się to stracić, jesteś w sieci. Nie żyjesz. Jesteś martwy. Nie myśl, że w drodze życia jesteś towarzyszem Jezusa! Każde utożsamienie jest kłamstwem, którym okłamujesz siebie i świat.

Jezusa nie okłamiesz!!!

2. Prawda wyzwala do życia w Królestwie Bożej obecności

Epidemia koronawirusa nie jest pechem, zmową złych, czyimś grzechem albo karą Bożą. Epidemia jest doświadczeniem, w którym objawia się Boża chwała. W jaki sposób? Jedyny możliwy. Spojrzyj na Wyzwoliciela, który uwolni Cię z Twojej sieci. Za bardzo utożsamiasz się z czymś, co jest Ci potrzebne, aby czuć się bezpiecznie. Dlatego się dusisz. Bóg objawi swoją chwałę, gdy dasz się z tego wyzwolić.

Dusisz się nie z powodu wirusa, ale ze strachu, że choroba zabierze Ci to, z czym się utożsamiasz. Wirus jest jedynie wyzwalaczem Twego uwewnętrznionego strachu, że dobrze znany Ci świat, który sobie poukładałeś głową, zbudowany z tradycji i zwyczajów, które nie wymagają uważnego myślenia ani świadomego działania, bo są zbiorem bodźców, wyzwalających określone reakcje, nagle przeminie. A im bardziej się boisz, tym pewniej stara postać świata przeminie, bo wirus Cię zabije. Strach najbardziej obniża Twą biologiczną zdolność obrony przed wirusem.

Dusisz się, bo się  boisz, że nagle stracisz stanowisko, pozycję społeczną, przestaną Cię nazywać, cenić, zapraszać, nie będziesz mógł bywać wśród tych, dla których jesteś kimś ważnym. Nagle może się okazać, że Twoja prezydentura, profesura albo inna „tresura” do przewidywalnych sądów oraz zachowań straci swój sens i rację bytu. Jeśli tego wszystkiego się boisz, jesteś w sieci.  

Daj się wyzwolić prawdą o sobie samym. Nie żyj w świecie iluzji. Twoje EGO tworzy utożsamienia, bo dzięki nim czuje się świetnie w zewnętrznym świecie, ale w nie Królestwie Bożym, które jest Bożą obecnością w Tobie! W Królestwie Bożym swoją pracę musi wykonać Twe prawdziwe JESTEM.

Ono nie ogląda się wstecz, bo się nie boi. JESTEM nie utożsamia się, bo jest obrazem Boga o imieniu JESTEM w Tobie. Po prostu bądź czysty, prawdziwy nagi. Nie potrzebujesz niczego, co możesz stworzyć, zdobyć i osiągnąć w świecie. Potrzebujesz siebie takim, jakim możesz być TERAZ, będąc prawdziwym JESTEM. Wtedy będziesz wolny. Od niczego i nikogo niezależnym. Przestaniesz się bać, że stracisz to, co sam zdobyłeś. Wirus straci swą moc nad Tobą. Nabierzesz powietrza w płuca w przekonaniu, że cudownie jest żyć chwilą, cieszyć się i być wdzięcznym.  

Wyprostujesz się, bo całym sobą poczujesz wybawienie! Chwycisz pług i zaczniesz z pasją żyć w Królestwie Bożej obecności. Amen.

Eucharystia w kryzysie – proszę o ustawienia początkowe

Dziejące się zmiany pokazują, jak wielkim błogosławieństwem jest kryzys. Z bezwzględnością skalpela ujawnia, co jest dobre, co zaś złe. Pozwala dostrzec prawdziwą jakość relacji, poziom zaufania i lęku, mentalne kłamstwa, wreszcie demaskuje iluzje, które od tak dawna rządzą naszą zbiorową wyobraźnią, że zdążyliśmy się do nich nie tylko przyzwyczaić, ale nawet w nie uwierzyć.

Jeśli jakiś błąd społeczny i mentalny albo teologiczny i duchowy programuje się małymi zmianami, wówczas nasza świadomość nie zauważa jakościowej różnicy pomiędzy stanem wyjściowym a aktualnym. Dopiero całkowite zawieszenie systemu pozwala dostrzec wirusy, które stopniowo przejmowały kontrolę nad urządzeniem, ale też władzę nad systemem społecznym. Kryzys, czyli zawieszenie systemu, jest zawsze szansą, aby urządzenie, instytucję społeczną zaprogramować na nowo. Często wcale nie używając nowych narzędzi, a jedynie przywracając ustawienia startowe, fabryczne.

Zainfekowani wirusem, w momencie zawieszenia się systemu operacyjnego, w większości możemy teraz dostrzec to, o czym pisałem między innymi w ubiegłoroczny Wielki Czwartek. To, jak teologicznie i praktycznie męczymy się, żeby wszystkim umożliwić uczestniczenie w sakramencie Wieczerzy Pańskiej, najzwyczajniej w świecie budzi śmiech.

Na rękę czy do ust? Dotykać czy nie? Wycierać czy suszyć? Używać chusteczek i plastiku, a może bardziej ekologicznie? Proszę , zjedźmy wreszcie z tego ronda, wokół którego jeździmy jak obłąkani szaleńcy. Stańmy na poboczu i zadajmy pytanie: Co na siłę chcemy ocalić z Eucharystii, skoro nie ma już czego ocalać? Septyczne technologie całkowicie przysłoniły nam dynamizm miłości, a wierność tradycji stała się ważniejsza od duchowego sensu. To urąga naszemu Mistrzowi, Jezusowi, który z miłości dał się jako źródło życia.

Upamiętniając bezwarunkową śmierć, która jest figurą zbawienia, zastanawiamy się, w jaki sposób nie zainfekować się wirusem, którego się boimy. Pytamy, jak zminimalizować bezpośredni kontakt cielesny, spożywając w postaci chleba zmaterializowaną obecność żywego Jezusa Chrystusa, który podczas swojej pasji był bity, opluwany, torturowany, dotykany, popychany, raniony. Próbujemy znaleźć najlepsze rozwiązanie sanitarne, żeby w trakcie picia z kielicha, który jest znakiem niezwyciężonego i wiecznego życia, nie przenosiła się śmierć.

Nie chodzi o wiarę. Naprawdę nie chodzi o znane z historii chrześcijaństwa „wiaromierze”, z pomocą których eliminowalibyśmy z naszego grona niedowiarków i duchowe safanduły. Chodzi o coś zgoła innego. Eucharystia nie jest miernikiem poziomu wiary, która miałaby irracjonalny sens. Jest świadectwem wiary czynnej w miłości, bo tylko ona ma sens! Eucharystia nie jest rytuałem, bo jest płynącym życiem. Nie jest tylko pamiątką zbawczej śmierci, bo jest też obecnością JESTEM w teraz naszego życia. Nie jest pozostałością po historii Jezusa, bo jest przede wszystkim obecnością Zmartwychwstałego. Wreszcie nie jest błaganiem o dar, ale aktem największej wdzięczności za obdarowanie.

Wdzięczności, która zawsze wyraża się w ten sam sposób: na oczach rozsądnego, ekonomicznie poukładanego i pobożnie przypudrowanego świata, wdzięczna Kobieta wylewa drogocenny olejek na nogi Potrzebującego i masuje je swoimi włosami. Ani to higieniczne, ani ekonomicznie uzasadnione, ani o zgrozo moralne. A mimo to do końca świata ma być opowiadane i powtarzane.

Co z tej dynamiki wdzięcznej miłości pozostało w rytualnym przystępowaniu do sakramentu Wieczerzy Pańskiej, czyli podczas wdzięcznej uczty? 

Już w czasach apostołów na przykład Koryntianie nie potrafili dzielić się tym, co przynieśli na ucztę, upamiętniającą pamiątkę śmierci Pańskiej. Zamiast podać chleb głodnym, a spragnionym pozwolić napić się wina, wpadali do przyniesionych przez siebie darów i spożywali bez umiaru, zapominając o biednych, którym ów posiłek był przecież dedykowany. Tym samym, zachowując zewnętrzną formę i dbając o podtrzymywanie zwyczaju, całkowicie zatracili jego sens.

Przecież już podczas pożegnalnej wieczerzy z uczniami, wykorzystując żydowski rytuał paschy, Jezus pokazał znaczenie śmierci, wykorzystując symbolikę chleba i wspólnego kielicha, napełnionego winem. Tym samym kolejny raz, tym razem ostatni, nawiązał do imion, które sam sobie nadał: „Ja jestem chlebem żywota” (J 6,48); „Ja jestem krzewem winnym” (J 15,5). Śmierć na krzyżu nie była więc czymś nieprzewidzianym i niespójnym z poprzedzającą działalnością.

Jako Mesjasz, począwszy od przezwyciężenia pustynnej pokusy, aby w chwili przejmującego głodu dla samego siebie zamienić kamień w chleb, konsekwentnie był chlebem dla świata, to znaczy źródłem życiowych potrzeb, zaspokajającym głód wszystkich biednych, pogubionych i tych, którzy z jakiegoś powodu mają się źle.

Jako Mesjasz, począwszy od zamiany wody w wino, czym w Kanie Galilejskiej objawił, że wszyscy spragnieni zbawienia mogą przez Niego bez obaw i lęku szukać Bożej obecności, aby odnowić swojego ducha, był kielichem Ducha Bożego.

W trakcie pożegnalnego posiłku Jezus dzieli się sobą jako chleb i wino. Pokazuje i oświadcza: We Mnie macie wszystko. Nie musicie się bać, ani współzawodniczyć. Chleba ani wina nie zabraknie nikomu, jeśli będziecie we Mnie trwać i spożywać chleb, którym Ja Jestem. W Mojej śmierci bije źródło Waszego zbawienia, więc bądźcie wspólnotą życia a nie śmierci. Wspólnie łamcie chleb i podawajcie go sobie z ręki do reki, a nie spożywajcie po kryjomu, aby zaspokajać własne potrzeby. Pijcie z jednego kielicha, uczestnicząc w jednym Duchu, świętując wybawienie z mocy śmierci, a nie upijajcie się w samotności, aby przezwyciężać lęk przed śmiercią.

W Koryncie to wszystko zostało zapominane i stracone. Już nikt się nie dzielił, więc musiało dojść do podziału. Koryntianie przestali dzielić się chlebem i kielichem, więc z braku miłości przestali być dzielni i ulegli lękowi. Gdy sercami rządzi lęk, wówczas między ludźmi powstają podziały. Póki dzielimy się chlebem i kielichem, pozostajemy dzielni w miłości i zachowujemy jedność.

Co uświadamiają nam nasze beznadziejne wysiłki, żeby w godzinie wirusowej infekcji nie zaprzestać praktykowania pustego rytuału? Że system jest całkowicie zawieszony, ponieważ infekcja stała się pandemią. Nie działa operacyjny system żywego organizmu, którym jest Kościół jako ciało Chrystusa.

Próbując okazywać wdzięczność Bogu za zbawienie w Chrystusie, zamiast nakarmić bliźniego, boimy się  kontaktu z nim; zamiast napoić go z kielicha miłości, boimy się o siebie.

Albo post przed uczestniczeniem w Wieczerzy Pańskiej, czy nie jest okrutnym kłamstwem, którym sami siebie zwodzimy, nie praktykując wdzięczności za zbawienie czynami miłości?  Czy to, czego nie zjedliśmy w domach, na pewno przynosimy z sobą, aby podzielić się z głodnymi? No właśnie. Po wspólnej Wieczerzy Pańskiej z radością mkniemy do naszych domów, część zapewne do restauracji, aby najeść się do syta po rytualnej głodówce, która ma zaostrzyć smak. Z radością zacierając dłonie, w drodze przypominamy sobie zapachy kawy, świeżo upieczonych ciast, smaki sałatek i mięs.

Pozostał pusty rytuał, w którym trudno odnaleźć Jezusowego ducha, przeżyć ponownie Jego obecność i zrozumieć sens Jego śmierci. Naprawdę nie chodzi o to, żeby poczuć smak ciała i krwi, ani o to, żeby stłumić zmysły, podpowiadające, że jest odwrotnie. Pytanie zasadnicze brzmi inaczej: Czy potrafię rozróżnić pomiędzy chlebem, który pragnę spożyć sam, z lęku przed śmiercią i głodem, a chlebem, którego zawsze będę miał w obfitości, dzieląc się z tymi, którzy potrzebują pomocy?

Czy chcę podejmować decyzję, którą podjął Jezus na pustyni? Czy chcę ją urzeczywistniać w codziennym życiu, czego uwierzytelniającym znakiem ma być społeczność dzielnych wyznawców Drogi Pańskiej, niepodzielonych podczas Wieczerzy Pańskiej? Nie chodzi o naukę! Tego nie da się  nauczyć. Chodzi o miłość. Dzielenie się jest manifestacją miłości, która przezwycięża lęk. Podziałów między nami nie przezwyciężymy mądrością i mocą, ale głupotą i słabością, czyli gotowością do podzielenia się sobą, jak chlebem.

Każdy, kto się boi, uczestniczy w sądzie: „Dlatego jest między wami wielu chorych i słabych, a niemało zasnęło” (1 Kor 11,30). Boimy się, klęcząc przy Stole Pańskim? Jak możemy doświadczać zdrowia i stałości usatysfakcjonowanego życia, skoro się boimy? Dlaczego jesteśmy wewnętrznie podzieleni? Nasz wewnętrzny podział, stwarza też podziały w trakcie łamania chleba i picia z kielicha na pamiątkę jednoczącej wszystko i wszystkich śmierci Chrystusa.

Wirus całkowicie zawiesił system. Uważam, że podejmowanie prób oczyszczenia go nie ma sensu.

Zaprogramujmy nasz system społeczny, ciało Chrystusa, na nowo! Dajmy przykład. Bądźmy źródłem Miłości i świadectwem Życia, które jest bezgraniczne. Powróćmy do ustawień początkowych. Czy te drugie śniadania przy kawie i ciastkach po nabożeństwach z Eucharystią, mają głębszy sens duchowy? Poza społeczno-plotkawym żadnego.

Nie zastanawiajmy się jak zmumifikować martwy zwyczaj. Pozwólmy mu  ożyć w prawdziwych ucztach wdzięcznej miłości. Każdy z nas coś ma. Podzielmy się tym. Wtedy świat zmartwychwstanie. Ludzie powstaną z kolan i wyprostują się, a wirus zostanie na zewnątrz domostwa.  Kryzys jest po to, żeby martwe ożyło: „I powiedział do kobiety: Wiara twoja zbawiła cię, idź w pokoju” (Łk 7,50. zob od Łk 7,36)

Wdzięczność jest skuteczną modlitwą

Wiele fragmentów Ewangelii od stuleci bywa tłumaczonych po prostu źle. Nie dlatego, że języki nowożytne nie dają takich możliwości translatorskich, ale ponieważ tłumacze sami korygują Ducha Bożego, który jakby nie było oryginalnie wypowiedział się z pomocą konkretnych słów, składni, odmiany i czasów. Dlaczego tak postępują? Nie wiem. Przypuszczam tylko, że ich zdaniem Jezus musiał jednak po aramejsku wypowiedzieć się inaczej, aniżeli po grecku zapisali autorzy ewangelii.

Nie dopuszczam takiej sytuacji. Jeśli w greckim tekście Ewangelii występuje na przykład trudność, coś całkowicie irracjonalnego i nielogicznego, to nie dlatego, że Jezus tak nie powiedział. Właśnie najpewniej tak powiedział, ponieważ używał zwrotów, obrazów, figur retorycznych jak najlepszy Mistrz, któremu zależało na obudzeniu słuchaczy ze snu. Jeśli więc tłumacze fałszują sens, wpierw zapewne musieli podjąć decyzję, aby wygładzać treść albo pozbawiać wypowiedzi Jezusa niedorzeczności, oczywiście z ich punktu widzenia.  Zakładam, że robią to w dobrej wierze, ale w istocie rujnują naszą wiarę i uniemożliwiają zrozumienie Mistrza z Galilei.

Dla przykładu tekst w Ewangelii Marka, z rozdziału 11, w tłumaczeniu Towarzystwa Biblijnego, przyjętym w Kościele Ewangelicko-Augsburskim za liturgiczny, brzmi następująco: „Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie a spełni się wam” (Mk 11,23).

Wiecie Drodzy Czytelnicy dlaczego nie spełniają się Wam modlitwy i dlatego słowa Jezusa przeinterpretowujecie, żeby uchronić autorytet Mistrza? Bo się źle modlicie! Najzwyczajniej w świecie, nie wiecie, jak się modlić, ponieważ tłumaczenie kłamie.

Oryginalny tekst, co prawda niezręcznie, brzmi jednak w j. polskim mniej więcej tak: „Amen mówię wam. Ktokolwiek powie do góry: Podnieś się i rzuć się w morze, a w sercu nie zawaha się, ale będzie wierzył, że staje się to, co mówi, stanie się mu. Dlatego mówię wam, wszystko, o co się modlicie i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a stanie się wam”.

Widać kolosalną różnicę? Dlaczego tłumacze używają złych czasów? Może poprawiają nieracjonalnego Jezusa? No cóż, najwyraźniej wyznawcy „religii rozsądku” poprawiają nonsensy Jezusa.

A jeśli to nie są nonsensy? Jeśli Jezus, człowiek mocarny w mowie i czynie, doskonale wie, co mówi? A wie na pewno, ponieważ w ten sposób wypowiada się wielokrotnie.

Co więc chce osiągnąć? Naprawdę tylko jedno! Jezus dba o naszą wiarę i uczy nas duchowości, która jest nasączona energią wiary, ponieważ wie, że w Jego imieniu możemy czynić nie tylko to samo, co On czynił, ale nawet więcej: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12).

Jak więc mamy się modlić, żeby spełniały się nasze modlitwy?  Tego prawie nikt nas nie uczył i nie uczy, bo teologią i katechezą zajmują się specjaliści od „religii rozsądku.

Zrozumcie, że gdy prosimy o coś, to automatycznie uznajemy, że to jeszcze nie istnieje. Nie widzimy tego, ani nie czujmy. Nie ma tego, więc zatwierdzamy sytuację, o zmianę której się modlimy. Jeśli prosimy o zdrowie, ponieważ jesteśmy chorzy, zatwierdzamy chorobę, chociaż liczymy na zdrowie. Prosimy, bo się boimy, więc dodatkowo wzmacniamy jeszcze energię strachu, zamiast zadbać o wiarę. Co zatem mamy robić?  Być wdzięcznymi i dziękować. Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawczą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia.  Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się.

Więcej. Musimy nauczyć się korzystać z mocy, której Bóg, będący jej źródłem, pozwala przez nas płynąć i działać. Jak to zrobić? Modląc się, odczuwajmy cieleśnie właśnie to, co czujemy zawsze wtedy, gdy doświadczamy tego, za co dziękujemy. Poczujmy te dobre emocje. Nie prośmy o deszcz, ale czujmy, jak pachnie ziemia, gdy pada, i dziękujmy za to, pozostając wdzięcznymi. Nie prośmy o słońce. Poczujmy cudowne pieszczoty promieni, które dotykają nas i uzdrawiają, ilekroć wystawiamy się na ich działanie. Nie prośmy o uzdrowienie, ale poczujmy radosne, pełne szczęścia i pokoju emocje, związane z cudownym stanem zdrowia, wolności, szczęścia i życiowej niezależności.

Wiem, że na początku jest ciężko, zwłaszcza gdy jest się chorym i odczuwa się strach. Zacznijmy więc od małych spraw. Zacznijmy od maleńkich cudów, a zaczną wydarzać się coraz większe: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę. Wejdź do radości pana swego” (Mt 25,23). A wszystko dzięki wdzięczności, a tak naprawdę z powodu wiary, która jest pewna tego, czego oczy nie widzą: „Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Hbr 11,1).

Proszę Was, po prostu fruńcie na skrzydłach wdzięczności!  Nie proście o to, co ma się wydarzyć. Bądźcie wdzięczni za to, co już dawno wydarzyło się w Bożym sercu, a stanie się Wam.

Koronowirus jest wiadomością i pomocnikiem

Zachorowałeś i pomyślałeś, że nie masz szczęścia? Wracasz do domu od lekarza ze skierowaniem na specjalistyczne badania, ponieważ podejrzewa ciężką chorobę, i po głowie krąży Ci pytanie: Dlaczego mnie to spotkało? Z badań genetycznych wynika, że masz dużą szansę zachorować na to samo, na co umarł Twój Rodzic, i kłócisz się z Bogiem, że karze Cię nie za Twoje grzechy?

Jeśli kiedyś pomyślałeś w ten albo w podobny sposób, nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Zdecydowana większość ludzi myśli o chorobie negatywnie, jako Bożej karze, braku szczęścia, a przede wszystkim przeciwniku, z którym należy walczyć, aby wyzdrowieć i żyć.

Tymczasem ten sposób interpretowania choroby jest największą krzywdą, jaką sami sobie wyrządzamy. Zaślepieni mechanistycznym pojmowaniem świata; ograniczeni poznaniem wyłącznie zmysłowym; przekonani, że nasze ciała to materia, w której nie ma niczego z Bożego tchnienia, zapomnieliśmy o duchowej mądrości, którą miedzy innymi praktykował Jezus z Galilei, a mianowicie, że przez chorobę manifestuje się Boża chwała.

Celem choroby nie jest bowiem śmierć ani nieszczęście, ale życie i szczęście. Choroba nie jest naszym wrogiem, ale największym przyjacielem, komunikującym nam, co błędnego dzieje się w duchowej, mentalnej i emocjonalnej sferze życia, jako skutek naszych złych myśli, wyborów i relacji. Choroba jest sprzymierzeńcem, któremu możemy zawdzięczać rozumienie siebie i swojego życia. Musimy jednak przestać myśleć w stereotypowy sposób, a mianowicie, że chorobę trzeba przewalczyć. Z przyjacielem się nie walczy. Trzeba raczej zapytać, jaką wiadomość nam przynosi?

Mówiąc inaczej choroba jest językiem, którym wyraża się nasze prawdziwe JESTEM, czasem utożsamiane z duszą, chociaż to nie prawda. Gdy ulegamy złudnym i śmiercionośnym sugestiom EGO, aby żyć światowymi wzorcami i celami, stale próbując stać się kimś innym, tylko nie sobą, wtedy nasze prawdziwe JESTEM, czyli pamięć o tym, kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy, stara się przypomnieć nam o sobie. Pojawia się wtedy choroba, jako komunikat o błędzie w życiowym oprogramowaniu, a wraz z nią szansa na zmianę życia. Wyzdrowienie zawsze jest w zasięgu ręki pod warunkiem, że wyzdrowienia nie będzie się traktować jako powrotu do życia sprzed choroby, ale szansę na radykalną zmianę sposobu myślenia i przebudowę codziennych wyborów.

Niezależnie od tego, w jakim stadium rozwoju znajduje się choroba, zawsze stoi za nią nierozwiązany problem, niezdany egzamin życia, niezdolność bądź odmowa właściwego reagowania na określone warunki życia i wyzwania. Jednak, jak człowiek może znaleźć odpowiedź, jeśli sam siebie nie zna?

Zastanów się zatem: Czy zdarza Ci się poważnie myśleć nad tym, kim jesteś, i czy wykonujesz swoje prawdziwe powołanie, a więc to, z którym Bóg wysłał Cię na ziemię? Czy patrząc w lustro afirmujesz w pełni swój wygląd i świadomie sam sobie mówisz: To Ja Jestem? Jeśli tak, pomyśl kto wypowiada te słowa: ciało, materia? Nie. Zatem jesteś kimś więcej. Jesteś kimś, kto potrafi myśleć. Materia nie myśli, nie pamięta i nie decyduje.

Za to wszystko jest odpowiedzialna świadomość. Potrafisz czuć, myśleć, pamiętać i podejmować decyzje, ponieważ jesteś świadomością. Ciało jest jedynie fizycznym odzwierciedleniem świadomości. Ciało nie jest tylko mieszkaniem, powłoką, która zatrzymuje duszę, ale jest fizycznym przejawem Ciebie.

Każdy człowiek może przejawiać się albo cieleśnie, albo duchowo. Od czego to zależy?

Człowiek jest jednością. Jest tą samą energią, która stworzyła świat, a mianowicie Miłością, która może przejawiać się w różnych stanach skupienia i w różnych formach. Wszystko zależy od częstotliwości, z jaką wibrują cząstki elementarne atomu. A to z kolei zależy od naszej duchowości, czyli sposobu życia, o którym decyduje nasz sposób myślenia. Ten zaś może podlegać ziemi, tzw. umysłowi tłumu, który bezmyślnie powtarza z pokolenia te same bzdury o życiu, przeznaczeniu człowieka, powtarzalności zachowań, oraz lękom, które nieustannie tworzą nasze głowy, czyli rozumy. Gdy zmienia się sposób myślenia, zmieniają się też emocje, stres ustaje, doświadczamy zbawienia.

A nie upodabniajcie się do tego świata, ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu swego…” (Rz 12,2). Wszystko zaczyna się i kończy w naszych głowach. Człowiek musi wybrać. Albo wierzy umysłowi tłumu i swoim lękom, albo Najwyższemu, czyli Życiu, Miłości, Dobru, Mądrości, Mocy, która go stworzyła i chce dla niego samego dobra i tylko dobra. Człowiek musi zawrzeć wieczne przymierze. Zawiera go albo z umysłem tłumu i swoimi lękami, albo z Duchem Najwyższego, który go stworzył i w nim mieszka. 

W konsekwencji cząstki elementarne wibrują coraz szybciej i w sposób uporządkowany, a nie chaotyczny, a człowiek doświadcza odmiany w sferze cielesnej, duchowej i mentalnej. Doświadcza zbawienia, także w sferze uzdrowienia. Gdy więc zaczynasz chorować, pytaj się o to, co powinieneś zmienić w swoim myśleniu, bo w konsekwencji zmienisz się mentalnie i emocjonalnie, a na samym końcu choroba tak samo ustąpi, jak się pojawiła i nie będziesz musiał obawiać się powrotu. „Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam” (Mk 11,24).

Głębszy sens choroby polega na uświadomieniu człowiekowi tego, co jest niezbędne dla jego powrotu do zdrowia, czyli harmonii. Prawdziwe leczenie nie ma na celu usunięcia symptomów przy jednoczesnym pozostawieniu ich przyczyny, lecz polega na świadomym rozpoznaniu sfery zakłóceń i przywróceniu harmonii do stanu pierwotnego. Do tego nie wystarczy oczywiście tabletka, seria zastrzyków ani nawet środki leczenia naturalnego.

Wręcz przeciwnie, uzdrowienie zależy od tego, czy zrozumiemy, co chce nam przekazać nasza choroba, oraz oczywiście od tego, czy posłuchamy tego przesłania. Powrót do harmonii (zdrowia) jest uwarunkowany uporządkowaniem naszych myśli, uczuć, mowy i czynów. Mimo iż wydaje się to trudne i męczące, jest jedyną drogą do prawdziwego uzdrowienia, obejmującego trzy sfery człowieka – ciało, umysł i duszę.

Choroba nie jest naszym wrogiem. Nie jest też ciosem od losu ani karą Boga. Wręcz przeciwnie, choroba może stać się przyjacielem i pomocnikiem. Poprzez chorobę dowiadujemy się, jeśli tylko chcemy, że obraliśmy niewłaściwy kierunek, postępujemy w sposób, który nie służy naszemu zdrowiu i życiu, oraz ostrzega, że powinniśmy jak najszybciej zejść z drogi, na której się znajdujemy. Za pośrednictwem symptomów choroba pokazuje nam także sfery organizmu o zakłóconej energii oraz to, co powinniśmy uczynić, aby odzyskać zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Musimy tylko nauczyć się właściwej interpretacji języka, w jakim przemawiają do nas symptomy chorobowe.

Nie potrafimy, (a może nie chcemy, bo to oznacza duchowy wysiłek?) troszczyć się o zdrowie, dbając o właściwą higienę duszy. Pomimo wielowiekowego rozwoju nauk medycznych, ale też antropologii czy teologii, nasze wyobrażenia o zjawiskach chorobowych niewiele odstają od wierzeń ludów archaicznych. Tyle tylko, że „złe duchy” zostały zastąpione bakteriami i wirusami, które – naszym zdaniem – atakują nieświadomych i niewinnych ludzi.

Ponieważ koronowirus doprowadza do zmian w błonie śluzowej oraz systemie nerwowym oskrzeli, więc mamy do czynienia z następującą lekcją, którą zapewne powinna przerobić już cała populacja na ziemi. Po pierwsze musimy zapytać, co boimy się stracić? To jest pytanie skierowane do EGO, które się utożsamia i nie wyobraża sobie, że coś może ulec zmianie, np. obecny stan naszej cywilizacji? Co jest tą własnością, której pilnuję i boję się, że ją stracę?  Epidemia jest więc zaproszeniem do tego, aby na nowo przemyśleć życiowe priorytety. Być może boję się o własność materialną, być może o terytorium, które zajmuję (prestiż, władza, stanowiska, ludzka chwała w społeczeństwie)? Może boję się o bliskich?

Wszystko, co ma związek z oddychaniem, ujawnia konflikt w energii kobiecej, realnej i archetypowej, więc nie dziwię się, że społeczeństwo, w którym jest coraz mniej aktywnej energii męskiej, jest przerażone, zastałe, nie potrafi oddychać. Co to znaczy? Czy da się przeżyć na jednym wdechu?  Tymczasem do takiego stanu doprowadziliśmy świadomość mas. Wszystkim się wydaje, że ktoś powinien się o nas troszczyć (rząd i państwo, opieka zdrowotna, ZUS, Kościół), tylko nie my sami o siebie. Nabieramy wdech i chcemy na tym tlenie przeżyć, a tymczasem trzeba zrobić wydech, czyli pozbyć się pewności, że masz coś, dzięki czemu żyjesz.

Wydech oznacza zaufanie, że znowu zrobisz wdech i Wszechświat napełni Cię nowym tlenem. Tu pojawia się najważniejsza wskazówka, jak poradzić sobie z infekcją, z powodu której napisałem tekst, aby nie ulegać lękowi (Wirus pozbawi nas korony). Zabija nie koronowirus, ale strach, a więc lekarstwem jest cisza i spokój!

Kurcze, w końcu to biblijne przesłanie, jednak większość chrześcijan nie wierzy w to, że Bóg napełni ich nowym tlenem przy kolejnym wdechu! Co robią? Boją się o siebie i swoje rodziny, a najgorsze jest to, że robią zapasy żywności! Więc popełniają ten sam błąd, co Izrael na pustyni. W jaki sposób Bóg wyleczył chorobę? Ucząc, że każdego dnia spada manna i przylatują nowe przepiórki.

Wszystkim jakby odebrało głos? Wszyscy przerażeni mówią: Jak to, nas coś takiego spotkało? Wpierw pojawia się szok, a potem przerażenie. Czyli nie tylko tam, gdzieś daleko, ale u mnie w domu też? Czyli moi rodzice, moje dziecko, ja też mogę umrzeć? Co teraz będzie? Nasila się panika, a człowiek przedłuża i wzmacnia aktywną fazę wewnętrznego konfliktu, którego wyzwalaczem jest wirus, zamiast ciszą i ufnością wejść w proces udrawiania, w którym pojawiają się cielesne symptomy w postaci gorączki, kaszlu i duszności. Te objawy oznaczają, że organizm się leczy! Wystarczy świadomie przepracować wiadomość, którą jest infekcja (świadomość = (ś)wiadomość)!  

Co z tą wiadomością robi większość moich „kolegów po fachu” we wszystkich Kościołach? Szkoda pisać. Jakby całkowicie nie mieli świadomości, kim są i komu służą. Więc pytam: W jaki sposób Bóg uzdrowił lud na pustyni? Wpierw pojawiły się ogniste istoty (jad, kąsanie, gorączka, usta), które pokazały duchowy problem, czyli przyczynę. Potem Bóg poradził Mojżeszowi, co należy zrobić, czyli zalecił działania uzdrawiające w postaci takiej samej ognistej istoty, przymocowanej do drewnianego pala, aby można było na nią spoglądać z wiarą. Przecież to jest terapia na koronowirusa. Zobacz swoją chorobę, zmierz się z prawdą, którą o tobie ujawnia. Nie uciekaj przez chorobą, ale przyjmij ją jako wiadomość wysłaną do ciebie o stanie twej świadomości. Dlaczego się boisz? Dlaczego ulegasz panice i przerażeniu?  Dlaczego uważasz, że ty i twoja rodzina jesteście w niebezpieczeństwie? Dlaczego jesteś wstrząśnięty?

Spokojnie wypuść powietrze! Nie bój się, że nie otrzymasz nowej porcji życia! Naucz się zaufania, że po wydechu otrzymujesz nową porcję tlenu w kolejnym wdechu! Naucz się wiary, a nauczysz się oddychania. Nauczysz się oddychania, a bez trudu poradzisz sobie z infekcją!

Teraz pojmujecie,  dlaczego jedną z metod zdrowego życia jest medytacja, jako praca z oddechem? Nie chodzi o sam oddech, ale o zaufanie, że się nie udusisz, bo życie jest większe niż to, co czujesz i czego doświadczasz, że otrzymasz więcej niż potrafisz sobie wyobrazić! „Albowiem Królestwo Boże to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym” (Rz 14,17).

Mowa symptomów jest prosta i podlega powtarzającym się prawidłowościom. Gdy tylko ją zrozumiemy, pojawi się przed nami alternatywa: albo wykorzystamy przedstawione nam niezbędne kroki do prawdziwego uzdrowienia, albo los doświadczy nas jeszcze boleśniej. Jeśli będziemy gotowi, aby poddać się nauce płynącej z naszego odkrycia, nie będziemy już więcej potrzebować choroby, ponieważ odnajdziemy samych siebie. Choroba spełni swoje zadanie dopiero wtedy, gdy zostaną wprowadzone zmiany, na które wskazuje choroba. Gdy tak się stanie, symptomy przestaną być potrzebne.

Skoro spotkała nas epidemia koronowirusa zapewne doświadczamy dla wielu trudnej do zaakceptowania, ale na pewno szansy na całkowite przemodelowanie naszej cywilizacji.

Począwszy od wyrównania energii męskiej z kobiecą. Musi pojawić się znowu więcej bohaterów (to niekoniecznie muszą być mężczyźni), gotowych do odważnego wprowadzania zmian, które nie dają poczucia bezpieczeństwa, ale są niezbędne w doświadczeniu drogi, czyli przechodzeniu z przeszłości ku przyszłości. Dotąd liczyliśmy bardziej na stary porządek, zapewniający nam bezpieczeństwo. Teraz pojawia się wyraźny sygnał, że jeśli chcemy wejść do krainy mlekiem i modem płynącej, musimy zaufać zmianom i nie oglądać się za siebie.

Musimy powrócić do fundamentalnego poczucia, że nic złego nie może się stać, ponieważ po każdym wydechu następuje kolejny wdech, więc też po stracie tego życia otrzymujemy nowe, większe życie: „Głosimy tedy, jak napisano: Czego oko nie wiedziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują” (1 Kor 2,9).  

Szczegółowo zapewne mamy dużą szansę, aby zmienić ekonomię, edukację (wreszcie), pozbyć się złudzeń, że politykom i partiom zależy na czymś fundamentalnie wartościowym. Prawdziwych między nimi poznasz po tym, że są bohaterami, którzy dla dobra ogólnego są gotowi zaryzykować swoją  pozycję społeczną, dobre imię i poczucie bezpieczeństwa.

Obyśmy zrozumieli wiadomość!

Religia rozsądku?

Kim dla mnie jest Jezus z Galilei?  

Tak brzmi najważniejsze i rozstrzygające pytanie. Od odpowiedzi zależy rodzaj życiowej postawy, sposób przyswojenia sobie duchowej energii archetypu (zob. Mt 18,20), ale też duchowa dynamika i jakość codziennego życia, łącznie ze zdrowiem, które jest nie tylko darem, ale też zadaniem. Jakość zdrowia przede wszystkim zależy od czegoś, co w moim słowniku brzmi „serwisowaniem duszy”.

Jezus może być uznany za proroka albo nauczyciela. Terapeutę albo dietetyka. Ideał człowieczeństwa albo szalonego bohatera. Może też być epifanią (objawieniem) Bożej Chwały, ucieleśnieniem Najwyższej Świadomości, manifestacją Bożego JESTEM w TERAZ ludzkiego życia. Te ostatnie wyrażenia są współczesnymi ekwiwalentami tradycyjnych symboli wiary, znanych jako Boży Syn i prawdziwy Bóg.

Dla mnie Jezus jest ucieleśnionym JESTEM, a przypominam, że w tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej JESTEM jest imieniem Najwyższej Miłości. W mocy Jego Ducha odkrywam siebie i na Jego podobieństwo staję  się manifestacją JESTEM w swoim TERAZ.

Czy, będąc świątynią Ducha JESTEM i miejscem zamieszkania Chwały Najwyższego, miałbym Bogu oddawać do dyspozycji jedynie swój umysł i jego funkcje oraz zdolności? Czy w związku z tym miałbym utożsamiać się z urządzeniem do obróbki doświadczeń i informacji, zwanym rozumem? Mówiąc precyzyjniej, czy Bóg miałby manifestować swoją Chwałę jedynie przez moją zdolność racjonalnego myślenia i rozsądne zachowania?

Gdyby tak właśnie miało być, ile Marka Uglorza zostałoby wchłonięte i odmienione na obraz Miłości i Światłości, której doskonałym obrazem jest Jezus Chrystus? Czy prawdziwe JESTEM zdołałoby się wydostać i objawić spod warstw mojego EGO, których najwytrwalszym twórcą jest właśnie mój rozum?  Niczemu bardziej nie zależy na EGO, aniżeli racjonalnemu rozumowi, ponieważ jak długo trwa EGO, tak długo rozum wmawia mi boskie prerogatywy.  

„Jestem rozsądny. Modle się. Chodzę na nabożeństwa. Czytam Biblię, którą rozumiem. Nikogo nie biję i nie okradam. Porządnie się prowadzę. Dbam o zdrowie. Wykonuję polecenia sanitarne”. To wszystko brzmi dobrze, bo racjonalnie. Chwała Bogu, jeśli potrafisz podejmować takie decyzje i właśnie tak postępujesz. Mimo to odpowiedz na pytanie: Czy dzięki temu czujesz się dobrze? To znaczy, że masz dobre samopoczucie i czujesz się bezpieczny? 

Jeśli odpowiedź brzmi TAK, dałeś się zwieść swojemu rozumowi, który wciąż buduje Twoje EGO, ponieważ boi się, że go zdetronizujesz, pozbawisz boskich atrybutów i pozwolisz w sobie działać prawdziwej Świadomości, objawiającej się jako moc Miłości.  Twa prawdziwa istota, prawdziwe JESTEM, zniewolone lękami i kompleksami, czeka na zbawienie, czyli uwolnienie. 

Żyjesz i modlisz się rozsądnie, jak bohater przypowieści Mistrza z Galilei: „Boże, dziękuję Ci, ze nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku” (Łk 18,11n). Tak zawsze modli się EGO. Racjonalne, mądre, rozsądne EGO, które jest smutnym niewolnikiem rozumu.

Prawdziwe JESTEM nie śmie nawet podnieść oczu ku niebu i prosi o więcej miłości (zob. Łk 18,13). Prawdziwe JESTEM nie czuje się bezpiecznie z własnego powodu, bo nie ma już EGO, czyli nie ma tego, który wylicza i racjonalnie dowodzi. Prawdziwe JESTEM jest ciszą, bo nie ma słów, i zaufaniem, bo nie ma lęku. 

Jak myślimy, co zostało usprawiedliwione, EGO czy JESTEM? Racjonalne dowody czy akt oddania się Bogu?

Zastanawia mnie stała prawidłowość, a mianowicie, że wyznawcy „religii rozsądku” posługują się mniej więcej tym samym argumentem, który brzmi: „Bóg każe posługiwać się rozumem”. Żeby nie było wątpliwości, też tak sądzę, że Bóg chce, abym używał rozumu, co mam nadzieję słychać i widać po tym, że nie jestem jego niewolnikiem, ale staram się w praktyce stosować zalecenie Mistrza z Galilei, aby nie myśleć według wzorców podświadomego umysłu masowego, ale kształtować myślenie przez słuchanie Ewangelii. Ponadto uważam, że Bóg chce, abym jednak używał nie tylko rozumu, ale wszystkich swoich zdolności, funkcji i umiejętności, zwłaszcza duchowych.

Ponieważ jestem interpretatorem tekstów biblijnych wiem, że poza rozumem, kolejnym organem odpowiedzialnym za myślenie, nie tylko symbolicznie, ale rzeczywiście, co odkryli neurolodzy, jest serce. Co z tym zrobią wyznawcy „religii rozsądku”?  Tym bardziej, że serce jest centrum osobowym, odpowiedzialnym za myślenie na poziomie tak zwanych emocji ciepłych, czyli miłości, nadziei, wiary, radości, pokoju?  

Biblijni autorzy, we właściwy dla siebie sposób, wielokrotnie poświadczają, że Bóg nie szuka człowieka o czystym rozumie, ale o czystym sercu. W tekstach biblijnych cały człowiek jest Bożą świątynią, jednak miejscem najświętszym, wypełnionym Chwałą Najwyższego, jest serce. Wiem, że nie wolno mi argumentować w stylu: „Bóg chce…”. Jeśli jednak miałbym użyć retoryki wyznawców „religii rozsądku”, to muszę napisać, że Bóg  chce, abyśmy używali serca, wcale nie będąc pewnym czy On naprawdę chce, abyśmy używali tylko rozumu, skoro zainteresowany jest sercem J.  

A może wszyscy powinniśmy argumentować jednak inaczej? A mianowicie, że Bóg oczekuje po nas duchowego rozwoju, abyśmy stawali się coraz bardziej prawdziwym JESTEM na podobieństwo Jezusa Chrystusa! Czy argument o używaniu rozumu, wyznawców „religii rozsądku”, na pewno jest poprawny w sensie teologicznym i duchowym? Czy ma związek z duchowym wrastaniem w Boży obraz poprzez życie w Duchu Jezusa? Doprawdy nikomu nie odmawiam prawa do używania argumentu o używaniu rozumu, mimo wszystko pytam, czy jest argumentem uczniów Mistrza z Galilei?

W tym momencie pozostaje zadanie ostatniego pytania: W jaki sposób rozumu używał Mistrz z Galilei? Przykładów w Ewangeliach jest wiele, użyję jednego, który ma związek z apelem wyznawców „religii rozsądku”. „I przyszedł do niego trędowaty z prośbą, upadł na kolana i rzekł do niego: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A Jezus zdjęty litością, wyciągnął ręką swoją, dotknął się go i rzekł mu, Chcę, bądź oczyszczony!” (Mk 4,40n). Ówcześni trędowaci to współcześni nam zarażeni i podejrzani o nosicielstwo koronawiruem. Jezus zdjęty litością, dotknął się zarażonego nieuleczalną chorobą, gdy tymczasem chorzy na koronawirusa w większości wypadków jednak zdrowieją.

Jezus dotknął się trędowatego z miłości, a nie wbrew miłości, jak argumentują wyznawcy „religii rozsądku”, pisząc i mówiąc, że z miłości należy unikać kontaktu. W dodatku, czego możemy domyślać się z Ewangelii, z higieną dłoni w grupie przyjaciół, zebranych wokół Jezusa, najlepiej wcale nie było J: „I zgromadzili się wokół niego faryzeusze i niektórzy z uczonych w Piśmie, którzy przybyli do Jerozolimy, a gdy ujrzeli, że niektórzy z uczniów jego jedli chleb nieczystymi rękami, to znaczy nie umytymi, (…) zapytywali go tedy faryzeusze i uczeni w Piśmie: Dlaczego twoi uczniowie nie postępują według nauki starszych, ale jedzą chleb nie umytymi rękami? On zaś rzekł im:  Dobrze Izajasz prorokował o was, obłudnikach, jak napisano: Lud ten czci mnie wargami, ale serce ich daleko jest ode mnie” (Mk 7,1-6).  W tekście najciekawsze jest to (na szczęście nie jestem jego autorem J), że Jezus, cytujący Izajasza, słowa wypowiadane przez usta, czyli funkcję rozumu, przeciwstawia sercu.

Kochani wyznawcy „religii rozsądku” jakoś Wam się to wszystko do kupy nie składa. W końcu co z tym Jezusem? Przecież zarzucilibyście Mu dokładnie to samo, co faryzeusze. Kim byli faryzeusze? Wyznawcami „religii rozsądku”, którzy cały wysiłek skupili na zachowywaniu czystości rytualnej, ale też codziennej, życiowej. Żyli bardzo pobożnie, moralnie, rozumnie i dlatego brak higieny rąk uczniów Jezusa uznali za powód, aby Go zaatakować.

Wiecie dlaczego Wam się to nie skleja? Ponieważ boicie się, a swoje lęki chcecie ubrać w dostojne szaty mądrości, świętości i pobożności. Tymczasem Mądrość zamieszkała w ciele. Wpierw objawiła się w Jezusie z Nazaretu, który zachowywał się bardzo nierozsądnie.  Zresztą Świętość wybrała sobie to samo mieszkanie. A co by nie pisać Jezus stracił życie między innymi za niepobożne życie, oczywiście w ocenie pobożnych.

Cały człowiek jest Boży! Nie wolno absolutyzować rozumu, ponieważ człowiek staje się wówczas niewolnikiem EGO. Owszem, mamy używać rozumu, ale odnowionego w duchu myśli, których źródłem jest Dobra Wiadomość o zbawieniu.

Chrześcijaństwo nie jest „religią rozsądku”. Jest duchowym doświadczeniem Nowego Życia, kształtującego się w Duchu Jezusa. Żyjemy i zachowujemy się na podobieństwo Mistrza z Galilei, mając świadomość, że jesteśmy świątynią Miłości, a gdzie jest: „miłość, nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości” (1 J 4,18).

Jesteśmy uczniami Mistrza z Galilei.

Kim Jezus jest dla mnie?

Wirus pozbawia nas korony

”Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną”  Ps 23,4

„Pan światłością moją i zbawieniem moim: Kogóż bać się będę? Pan ochroną życia mego: Kogóż mam się lękać?” Ps 27,1

„Ilekroć lęk mnie ogarnia, w Tobie mam nadzieję” Ps 56,4 

„Pan za was walczyć będzie, wy zaś milczcie” 2 Mż 14,14

„Pan sam pójdzie przed tobą i będzie z tobą. Nie zawiedzie i nie opuści cię; nie bój się więc i nie trwóż się!” 5 Mż 31,8 

„Czy nie przykazałem ci: Bądź mocny i mężny? Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz” Joz 1,9

„Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej” Iz 41,10

„I przystąpił Jezus, i dotknął się ich, i rzekł: Wstańcie i nie lękajcie się!” Mt 17,7

„Bo zaprawdę powiadam wam gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie” Mt 17,20

„I rzekł do nich: Czemu jesteście tak bojaźliwi? Jakże to, jeszcze wiary nie macie?” Mk 4,40

„Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka”  J 14,27

„Wszak nie wzięliście ducha niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” Rz 8,15

„Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i powściągliwości”  2 Tm 1,7

„Wszelką troskę swoją złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie” 1 P 5,7

„W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości” 1 J 4,18

Płaczę. Smutno mi.

Że instytucjonalne Kościoły, znane w tradycyjnej formie, będą musiały przeminąć, wiedziałem od dawna, ale że zachwieje nimi wirus, tego się nie spodziewałem.

Nie bardzo wyobrażam sobie, na podstawie jakiego prawa, a tym bardziej powołania, miałbym dalej stawać przed ludźmi ze słowami, aby się nie bali, które wypowiadam zawsze podczas dystrybucji Wieczerzy Pańskiej: „Tak pojednani z Bogiem przez krew Chrystusa, idźcie w pokoju, a Zmartwychwstały Pan niech zawsze będzie z wami. Wy zaś nigdy nikogo i niczego się nie bójcie”, jeśli teraz milczałbym.

Jak my, słudzy Ewangelii, czyli dobrej wiadomości o rozwiązaniu wszystkich ludzkich problemów, mający rozniecać płomień wiary, poradzimy sobie z tekstami, które przytoczyłem powyżej? Czy będziemy je pomijać? Jak wytłumaczymy je naszym słuchaczom? Czy będziemy mieli jeszcze cień szansy na wiarygodność?

Ja – Marek Uglorz – czuję się posłany i zobowiązany do czynienia słów: „Oto dałem wam moc, abyście deptali po wężach i skorpionach i po wszelkiej potędze nieprzyjacielskiej, a nic wam nie zaszkodzi” (Łk 10,19). Dlaczego miałbym bać się mocy, której źródłem jest Bóg, a używania której nauczył mnie Mistrz z Galilei? Dlaczego miałbym zrezygnować z godności Bożego Dziecka i noszenia korony?

Czy mam pozwolić, aby wirus z mojej skroni zrzucił koronę, którą otrzymałem od Boga?

Wiem, że my – duchowni – zostaliśmy wyposażeni w szczególną moc, wyrzucania demonów, leczenia chorych, deptania jadu ludzkiego strachu! To jest nasza misja w imieniu Jezusa. Należy do niej również prorockie widzenie, wiedzenie, wieszczenie, prorokowanie, ostrzeganie. Dlaczego milczymy?

Jak długo będziemy znosić rozpełzające wszędzie węże ludzkiego strachu, sami przykładając się do tego dzieła? Jak długo pod płaszczykiem odpowiedzialności będziemy słabymi strażnikami ludzkich lęków, ułatwiając politykom podbijanie słupków popularności?

Dziś wszyscy liczymy zmarłych z powodu ukoronowanego wirusa. Każda tego rodzaju śmierć jest znakiem zapytania, smutnym doświadczeniem pozostających na tym brzegu. Jeśli jednak większość ulega panice, dlaczego my – wyposażeni w moc deptania po skorpionach – staliśmy się strażnikami ludu, którego jedynym pragnieniem jest ziemskie bezpieczeństwo? 

Bardzo proszę nie argumentować odpowiedzialnością za ludzi, dobrze? A dlaczego, wytłumaczę później.

Politycy z dziennikarzami pompują balon paniki, wbrew sugestiom ekspertów, którzy na wirusach jakby nie było znają się nieco lepiej. Mają swoje powody…  Ok. Więc liczą zmarłych, a siejąc nasiona strachu zupełnie nie biorą pod uwagę starego prawa, rządzącego Wszechświatem, które brzmi: „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Lęki tworzą panikę, panika chwieje podstawami światowej gospodarki, rozchwiana gospodarka może doprowadzić do rozchwiania ładu społecznego. Większość będzie zachowywać się coraz bardziej irracjonalnie.

Dzisiejsze apele o rozsądek, podszyte energią strachu, doprowadzą do wydostania się na powierzchnię ludzkich zachowań i dziejów tego wszystkiego, co pozamykane w podświadomości. Tym, co uwalania, jest paniczny strach. Mogą zacząć się zamieszki, które zdaniem „odpowiedzialnych polityków”, a jakże, trzeba będzie pacyfikować siłą.

Kto wie, jak rozwinie się sytuacja na rynku pracy i w sektorze spożywczym? Czy wszyscy będą mieli pracę, środki finansowe i pożywienie? A jeśli całkiem niepotrzebnie wzbudzany dziś wiatr paniki, doprowadzi do społecznych zamieszek albo wywoła burzę wojny, TO – KURDE – WTEDY BĘDZIE KTOŚ LICZYŁ ZABITYCH I PRZEJMOWAŁ SIĘ DEMOGRAFICZNĄ STATYSTYKĄ?

Czy naprawdę ciężko zobaczyć potencjalne skutki tego, co dziś jest tylko wiatrem? Najgorszym wrogiem ludzkości nie jest „wirus z koroną”, ale ludzie myślący, że będą potrafili utrzymać kontrole nad wiatrem, który dzisiaj sieją.

Więc jak? Czy my, słudzy Życia i Miłości, naprawdę również mamy siać ten watr?

Czym jest odpowiedzialność? Za każdym razem czymś innym! Przypatrzmy się słowu. Odpowiedzialność jest działaniem, będącym odpowiedzią na konkretną potrzebę, zaistniałą sytuację, itp. Naszą odpowiedzią, zgodną z naszą misją, jest działanie na rzecz wiary, aby ludzie radzili sobie z wszechobecnym lękiem. 

Dla mnie to oznacza, że z miłości do ludzi, dla zbawienia  których zostaliśmy posłani, w dniach, gdy większość sieje wiatr strachu, mocą swej wiary, niczym Eliasz, powinniśmy  sprowadzać w ludzkie serca, błękitne i spokojne niebo Bożej obecności.

W niespokojnym świecie, kto – jak nie Kościół – ma być oazą spokoju, ciszy i zaufania?  W dniach niepokoju i strachu kościelne budynki i zebrana w nich wspólnota musi być oazą zbawienia. Za to jesteśmy odpowiedzialni, a nie za wcielanie rządowych wytycznych.

Pewnie, że za to też! Jednak nasze działanie nie może być podszyte strachem. Nie wolno nam odwoływać się do argumentu odpowiedzialności, jeśli jej motywem jest strach. Naszą odpowiedzią na zaistniałą sytuację ma być wiara, a zatem takie działania duszpasterskie, które ją w ludziach umacniają, czyli praktyczna miłość.

Proszę, nie pozwólmy wirusowi zrzucić nam ze skroni koronę! Nie naszym powołaniem jest zwiększanie energii strachu. Róbmy co w naszej mocy, a do dyspozycji mamy Bożą moc, aby ludzie byli spokojni i ufający. Parafialne i kościelne budynki muszą być otwarte dla wszystkich, którzy w tych dniach chcą się schronić w przestrzeni i w duchu wiary. Skoro nie możemy uczyć w szkołach, wykorzystajmy darowany czas, aby nie tylko opowiadać Ewangelię, ale też pokazywać moc wiary i pewności, że się nie boimy!  

Osobiście mam w zwyczaju, ludzi izolowanych z powodu zakaźnych chorób, dotykać i obejmować. Kto zna mnie od dawna, wie, że na plebanię w Brennej przyjęliśmy i mieszkaliśmy kilka lat z chorym na gruźlicę, aby zimową porą nie umarł na ulicy. Byliśmy rodziną z małą Córeczką. Podobnie zachowuję się w szpitalach. Dlaczego miałbym się bać? Co mogę stracić? Przecież jestem zbawiony, więc mogę tylko zyskać!

Nie nawołuję, żeby ignorować zalecenia i rozporządzenia. Proszę, abyśmy byli dostępni dla wszystkich, którym potrzebna jest wspólnota i przestrzeń wiary. Jesteśmy, aby w mocy Bożej powstrzymywać ów wiatr, który za jakiś czas może stać się burzą, bo wtedy będzie za późno.

Ludzie zakażeni i izolowani są zanurzeni w otchłani strachu. Pierwszym i najważniejszym warunkiem procesu uzdrawiania jest doświadczenie miłości i pewność przywrócenia do wspólnoty. Gest dotknięcia i objęcia przez człowieka, który przychodzi w imieniu Bożym, jest najważniejszą czynnością terapeutyczną, przywracająca zdrowie i harmonię w ludzkiej duszy. Jest gestem niezachwianej wiary, który chorego zachęca do tej samej wiary.

W sensie społecznym, My i nasze wspólnoty, wraz z parafialnymi budynkami, powinniśmy być takim gestem, okazanym wszystkim, którzy się boją. Bądźmy oazą ciszy i zaufania, bo w nich tkwi moc i ujawnia się dar zbawienia.

Gdzie znajduje się nasza korona? Jeszcze na skroniach, czy leży już na ziemi?

Zakończę pytaniem: Kto wie, dlaczego Hioba spotkało nieszczęście? Nasze odpowiedzi najczęściej niewiele różnią się od rad, udzielnych Cierpiącemu przez przyjaciół. Racjonalizujemy, uzasadniamy. Bywa, że cytujemy końcowe wypowiedzi Hioba, a zwłaszcza słowa: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię” (Hi 42,5).

Tymczasem ów mądry Człowiek od początku wiedział, dlaczego cierpi. Szkoda, że nie chcemy go posłuchać! Zatem: „Bo westchnienia są moim pokarmem i jak woda płyną moje skargi. Bo to, czego się bałem, nawiedziło mnie, a to, przed czym drżałem, przyszło na mnie” (Hi 3,24n).

Spotyka nas dokładnie to, czego się boimy i przed czym chcemy schronić się w Bożych ramionach. Nie bierzemy pod uwagę, że Bóg chce, abyśmy lgnęli do Niego wiarą, a nie  lękiem; wdzięcznością, a nie narzekaniem. Im więcej w nas jest lęku przed czymś, tym pewniej nas to dosięgnie. A ponieważ nieustannie słyszę i czytam apele, odwołujące się do rozsądku, przypominam, że jedyną rozsądną decyzją, aktem, uczuciem, emocją i postawą jest wiara!

Prawdziwe myślenie i działanie jest wolne od strachu, troski i negatywnej aktywności jakiegokolwiek rodzaju. Musi wydobywać nas z ciemności kolektywnego umysłu mas. My, ludzie Boży, musimy przedstawiać argumenty przeciwne destrukcyjnym myślom masowego umysłu, dlatego bądźmy trzeźwi i czujni, żeby wszystkie nasze myśli, wyobrażenia i działania wywodziły się z praw duchowych, z energii wiary.

Wtedy sami stajemy się odporni i silni, a wirus nie może pozbawić nas korony!

Jeśli nie pokonamy strachu, strach pokona nas.