Plastyczny Kościół

W 6-tym rozdziale Dziejów Apostolskich znajduje się fragment, przedstawiający sposób, w jaki rozwiązano problem, powstały w gronie pierwszego pokolenia uczniów Jezusa z Galilei (Dz 6,1-7). Na skutek niesnasek pomiędzy ludźmi połączonymi wiarą, ale różniącymi się pochodzeniem i kulturą, apostołowie z resztą uczniów sprawnie i mądrze dostosowali funkcjonowanie młodziutkiego Kościoła do potrzeb i oczekiwań. Aby móc dalej prowadzić misję i nauczać, apostołowie powołali do służby diakonów, którym powierzyli pracę socjalną. Dyskusja zapewne miała miejsce, a wybór rozwiązania, jak można przypuszczać, nie zachwycił wszystkich, mimo wszystko nie czekano dziesiątki lat, nie zbierano się kolejne razy, nie wydawano oświadczeń i nie badano dziesiątki dokumentów. Dla zgody, zadowolenia, a przede wszystkim sprawnego działania Kościoła w świecie, sprawnie zmieniono dotychczasowy model.

Ów fragment Nowego Testamentu był w moim Kościele, czyli luterańskim, tekstem do rozważań na 13. niedzielę po Trójcy Świętej. Uświadomiwszy to sobie, postanowiłem wykorzystać ten pretekst do podzielenia się z moimi Kolegami oraz resztą luteran w RP swoimi pomysłami na dalsze działanie Kościoła.

Po pierwsze brakuje nam sprawności i determinacji w podejmowaniu niezbędnych decyzji i działań. Większość nowych rozwiązań w chwili wprowadzania już jest mocno nieadekwatnych, ponieważ dyskusje ciągną się za długo, a większość z nich jest wynikiem kompromisu pomiędzy różnymi praktykami i poglądami, który je skutecznie pozbawia dynamizmu i świeżości. W tym wypadku działają dwa hamulce. Pierwszym jest – o mój Boże – umiłowanie tradycji. Skutecznie działa kategoria „zawsze tak było”, którą posługują się ludzie lęku. Boją się, że zmiany doprowadzą do rozpadu wspólnoty, więc brakiem decyzji, aby wprowadzać radykalne zmiany, decydują za Ducha Świętego, który jest duchem zmian. Drugim jest dbanie o własną pozycję w Kościele, zajmowane stanowisko, apanaże, dostojeństwo urzędu. Tutaj skutecznie działa fraza „to prawda, ale konsekwencje mogą nas przerosnąć”. Ten sposób mówienia, działania i życia cechuje duchowych anemików, którzy często mają problem z anemią biochemiczną, czemu specjalnie nie należy się dziwić, ponieważ ciało jest ekranem, na który dusza rzutuje duchowe niedomagania i błędy. Mówiąc najogólniej i najprościej anemia jest brakiem żelaza, które kojarzy się ze stabilnością, stałością, oparciem, skutecznością. Duchowi anemicy wiedzą, że zmiany są potrzebne, ale nie mają woli ich wprowadzenia, ponieważ w pierwszej kolejności dbają o własne korzyści. W efekcie struktura Kościoła szybko rdzewieje, a misyjna skuteczność maleje.

Po drugie, co wynika z pierwszego, jesteśmy powolni, dlatego praktyką kościelnego życia nie nadążamy za warunkami, które stwarza współczesność i nie potrafimy zagospodarować misyjnych nisz, pojawiających się co jakiś czas na skutek szybkich zmian gospodarczych, kulturowych i społecznych.

Wreszcie po trzecie już dawno moglibyśmy lepiej wykorzystywać ludzki i duchowy potencjał Kościoła, ale trwając w starych wyobrażeniach i strukturach jesteśmy duchowymi astmatykami (astma to ciasna pierś). Nie nabieramy powietrza i próbujemy przeżyć na starym wdechu. A im oddech jest krótszy i płytszy tym silniejszy lęk przed śmiercią uniemożliwia jakikolwiek ruch. Umieramy w dawnym rozumieniu kościelnego urzędu, dusimy się w starych strukturach, gaśniemy, wspominając dawne dni, które nie wrócą.

Dlatego do natychmiastowego zastosowania proponuję kilka rozwiązań, o których wiem, że chociaż w moim przekonaniu są odpowiednie do współczesnych potrzeb, niekoniecznie muszą być takimi w ocenie innych. Niemniej niech będą impulsami do decydowania i działania, a nie wiecznych dyskusji w ramach kolejnych komisji, które działają niczym zakłady pogrzebowe.

Na początek przypominam mój pomysł sprzed kilkunastu lat, aby ograniczyć ilość diecezji do trzech i jednocześnie z mocy prawa zwolnić biskupów diecezjalnych z pracy parafialnej, aby mieli czas, siły i byli twórczy jako misjonarze i duszpasterze, a nie ograniczali się do nadzoru. Przy okazji można byłoby zrezygnować z funkcji Biskupa Kościoła i rotacyjnie powierzać jego zadania biskupom diecezjalnym, a z Konsystorza uczynić administracyjne narzędzie Synodu, w którym pracują fachowcy z różnych dziedzin, adekwatnie do potrzeb Kościoła.

Po drugie, a dalej w sferze urzędu, ponieważ wygląda na to, że będzie maleć ilość duchownych po pełnych studiach teologicznych, których po ordynacji tradycyjnie nazywamy prezbiterami, byłoby można bardzo szybko wprowadzić dwa rozwiązania. Pierwszym jest kierowanie prezbiterów do parafii pełniących rolę duchowych i koordynujących central, wokół których mogłyby dobrze spełniać swoje duchowe i misyjne zadania zbory z duchownymi po studiach licencjackich, posiadającymi podstawowe wykształcenie teologiczne, a utrzymujący siebie oraz swoje rodziny także z działalności pozaparafialnej. Niezbędnego wsparcia duszpasterskiego, katechetycznego, kaznodziejskiego i misyjnego mogliby oczekiwać z central. W ten sposób moglibyśmy w bardzo krótkim czasie cieszyć się z wielu nowych powołań kobiet i mężczyzn w różnym wieku, którzy między innymi w efekcie życiowych doświadczeń odczuli pragnienie służby, niestety niemożliwe do zrealizowania przy obecnej definicji i praktyce urzędu kościelnego.

Kolejne rozwiązanie jest jeszcze bardziej radykalne względem teraźniejszej wyobraźni wielu nobliwych luteran. Umiem sobie mianowicie wyobrazić nową postać urzędu kościelnego w postaci misjonarzy, cechujących się wysokim stopniem zaangażowania w sprawy duchowe, pełnych energii, sił i pomysłów, a niekoniecznie solidnie wykształconych teologicznie. Po studiach podyplomowych, fachowych kursach, i jakichkolwiek innych formach szybkiego kształcenia, mogliby być wykorzystywani w specyficznych realiach polskiego katolicyzmu. W kraju jest wiele małych miejscowości, wiosek oddalonych od centrów duchowych, które jednocześnie przynależą do rzymskokatolickich struktur parafialnych, ale są już  krańcowo zmęczone i rozczarowane jakością kaznodziejstwa i duszpasterstwa swoich księży. Chętnie doświadczyłyby nowej jakości, na którą z różnych powodów nie mają szans. Traktując poważnie charakterystyczną cechę polskiego katolicyzmu, a mianowicie potrzebę poczucia bezpieczeństwa, którą zapewnia przynależność do wspólnoty, łatwo sobie wyobrazić energicznego duchownego, który niewielkimi nakładami finansowymi remontuje starą stodołę i przystosowuje ja do potrzeb liturgicznych (do darmowego wyposażenia kaplic i kościołów przez najbliższe dziesięciolecia będziemy mieli dostęp niemal nieograniczony; będzie trzeba tylko organizować transport).

Polskim problemem jest zachęcanie pojedynczych osób i rodzin do zmiany kościelnej przynależności, ponieważ boją się społecznego ostracyzmu. Jednak zaoferowanie większej grupie alternatywnej formy wspólnotowego doświadczenia religijnego, która przypomina dotychczasową, zapewniając komfort społecznego bezpieczeństwa, w niejednym przypadku może zakończyć się pełnym sukcesem. Do zbiorowej świadomości musimy tylko dopuścić praktyczne rozwiązanie, polegające na kierowaniu do misyjnej służby ludzi Bożych, mających odpowiednie charyzmaty misyjne, budowlane, organizacyjne i kompetencje społeczne, a niekoniecznie pełne wykształcenie teologiczne.

Po trzecie, ale już w sferze duchowości i praktyki duszpasterskiej, natychmiast powinniśmy zwrócić się w stronę Kobiet. Nie myślę o ewangeliczkach, ale o paniach, które swoich potrzeb duchowych na pewno nie zaspokoją w Kościele Rzymsko-Katolickim, a jednocześnie czują się osamotnione i mają silną potrzebę przynależności. Jednak, aby otrzymały to, czego potrzebują, musimy zmienić język, sposób obrazowania Boga, poznać procesy dziejowe, zmieniające relacje między płciami, wreszcie zrozumieć rolę, sposoby przejawiania się i cele kobiecej energii.

To nie jest trudne, jednak niewyobrażalne dla wielu ewangelików/luteran, którzy wszystko puentują w ten sam sposób: „zawsze tak było” albo „to prawda, ale konsekwencje mogą nas przerosnąć”.

Owszem, duchowy człowiek jest w stanie sobie wszystko wyobrazić i jeśli jest przekonany, że to jest dobre dla uszczęśliwiania i uzdrawiania ludzkości, powinien niezwłocznie przystąpić do działania, ponieważ takie jest jego powołanie.

Myślę, że na początek moich propozycji wystarczy. Nie liczę na dyskusję, choć jestem na nią gotów. Po prostu liczę na jakiekolwiek decyzje, zmiany i działanie na Bożą chwałę. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 + ten =