Świąteczny patos

Kolejny raz rozpoczął się adwentowo-świąteczny czas, w trakcie którego robimy wiele, aby zachować jego atmosferę i zwyczaje, a prawie nic, aby zrozumieć jego istotę. Patos emocji, towarzyszących tym kilku tygodniom, bywa wręcz patologiczny, zaciskając pierś wspomnieniami przeszłości i niepewnością przetrwania do następnych świąt, a tymczasem mógłby wybrzmieć świadectwem życia, które stało się lekkie i przewietrzone. Patos słów niewypowiedzianych, wcielonych w autentyczne życie, nikomu nie grozi, nie zniewala i nie zabiera powietrza.

Patos adwentowych przygotowań i bożonarodzeniowych przeżyć nie bierze się znikąd. Jest pochodną patosu, którym chrześcijaństwo rządzi światem i próbuje wcielać swoje religijne i etyczne wartości. Naszą cywilizację męczy astma (z grecka ciasna pierś). Nie potrafimy nabrać powietrza, dusimy się, ledwo oddychając w strachu, że kolejny oddech będzie ostatnim. To jedna z wielu cywilizacyjnych chorób, której genezy powinniśmy szukać w chrześcijaństwie.

Pomyliliśmy świadectwa! Uznaliśmy, że wartość słów, zapisanych w Biblii, jest większa od wartości Słowa, które żyje z miłości i dla miłości. Zapomnieliśmy, że człowiek ma nie przemawiać słowami małej wartości, ale prawdziwe Słowo powinno przemawiać jego życiem, czyniąc z niego wartość samą w sobie, jedyną wartość. Gdy Słowo nie przemawia życiem, wtedy w życiu trzeba wypowiadać tysiące niewiele znaczących słów, aby jakimś cudem życiu nadać wartość. Co z tego, że pochodzą z biblijnych ksiąg? Czy tytko dlatego, że zostały użyte przez biblijnych autorów mają jakąś większą, magiczną moc oddziaływania? W żadnym wypadku.

Niektórzy specjaliści od cytowań, z patosem godnym patologicznych władców, rzucających ofiary na pastwę ognia, w nieskończoność powołują się na Biblię, a ich życie jest nic nie znaczącym strzępem beznadziejnego miotania się pomiędzy kolejnymi bodźcami a otępieniem. Marna sztuka – przemawiać z patosem, gdy pierś zaciśnięta jest strachem. Trzeba wtedy krzykiem, pogróżkami, powoływaniem się na wartości, używaniem palca, zwiększać natężenie patosu, żeby wszyscy zechcieli usłyszeć. Patologiczny mówca zawsze wywiera nacisk, żywiąc dziwną nadzieję, że w ten sposób służy Bogu, specjaliście od milczenia.

Taki niestety jest adwent i Boże Narodzenie wielu z nas. Dni pełne rozpaczliwego krzyku, że jeśli nie zachowamy tradycji i nie będziemy służyć wartościom, rozpadnie się cały świat. W efekcie coraz liczniejsza grupa zatyka uszy i oczy, żeby nie uczestniczyć w farsie. Taki jest jedyny efekt krzyku, któremu wydaje się, że jest wiarygodnym świadectwem o cudownym narodzeniu w Betlejem Specjalisty od ciszy.

Gdy milknie krzyk i pojawia się spokojne świadectwo, astma powoli ustępuje, ponieważ wtedy nie trzeba się bać patologicznych specjalistów od religijnego patosu. Powraca spokojny oddech, bez strachu, że będzie się pożartym przez tych, którzy świadectwo życia mylą ze świadectwem pustych słów. Gdy słowa wypowiadane są cicho, wtedy co prawda nie słyszą wszyscy, a jedynie ci, którzy przestali się bać i podeszli bliżej. Pozbyli się odruchu obronnego, więc nie zasłaniają twarzy albo nie chronią serc przed słowami, które nie liczą się z życiem. Teraz mają szansę przyglądania się. A nuż zobaczą prawdziwe Słowo, które przemawia życiem?

Dopiero tak zaczyna się adwent. Od szukania prawdziwego człowieka i nasłuchiwania, czy ma do powiedzenia coś ważnego na temat życia, czym nie przestraszy i nie ściśnie piersi, a pozwoli nabrać spokojnego, ożywczego oddechu miłością. Wtedy naprawdę od Bożego Narodzenia dzieli człowieka tylko krok. Gdy patologiczni mówcy przestają krzyczeć, żeby słyszał ich cały świat, ostatecznie rezygnując nawet z szeptu do najbliższych, ale milkną i stają się ciszą, żeby prawdziwe Słowo miało szansę przemawiać wiarygodnością ich życia, nadchodzi prawdziwe Boże Narodzenie.

Ewangelią, czyli dobrą wiadomością, nie są słowa, nawet te najpiękniejsze i najcudowniejsze, czyli także historia o narodzeniu Jezusa, ale życie prawdziwego, nowego człowieka. Gdy ani nie krzyczymy, ani nie szepczemy, tylko milczymy, wówczas przemawiamy do tych, którzy są dla nas najważniejsi. Stajemy się dla nich dobrą wiadomością o Bożym Królestwie. Kolejny raz uczestniczymy w betlejemskim cudzie pojawienia się Bożej chwały pomiędzy ludźmi. O niej nie trzeba, a prawdopodobnie nawet nie należy mówić. Powinność jest innego rodzaju. Boża chwała nie potrzebuje naszych słów. Ona potrzebuje naszego życia, aby mogła zamanifestować swoją potęgę na oczach wszystkich ludzi.

Chwały Bożej przybywa, a ludzie pozbywają się astmy, gdy ustaje krzyk i nastaje milczenie. A mówiąc inaczej, gdy patos słów ustępuje miejsca patosowi czystego i szczerego życia, jakie cechowało Jezusa z Galilei.

Co wspólnego ma współczesne chrześcijaństwo, krzyczące z patosem na świat, z narodzonym w Betlejem Jezusem, którego życie było pełne patosu milczącej miłości?

Patologiczne chrześcijaństwo nie wie niczego o adwencie i Bożym Narodzeniu.

Przekleństwo wygody

Większość z nas boi się przyszłości, nie z powodu zmian, które oznaczają, że będzie trzeba pożegnać się z tym, co znane i oswojone. Najczęściej nie boimy się zmian samych w sobie, ale nadmiernych wyzwań i zadań, o których myślimy, że przerosną nasze umiejętności i życiową siłę. Gdybyśmy mieli pewność, że zmiany mentalnie ani emocjonalnie nas nie przerosną, pewnie wielu częściej decydowałoby się na jakikolwiek życiowy ruch.

No tak, ale pamiętajmy, że radykalne zmiany i nadmierne wyzwania są tylko jedną z możliwości. To jakby krańcowy, brzegowy biegun energii zmian, który pojawia się i zaczyna rozwalać dotychczasowy porządek tylko wtedy, gdy przez długi czas opieramy się jakiejkolwiek zmianie. Gdy nie zarządzamy życiem w odpowiednio mądry sposób, życie zaczyna upominać się o swoje prawo do zmiany i zamiast my nim, ono zaczyna trząść nami.

Po przeciwnej stronie widać drugi brzeg i krańcowo inną energię, która jest równie niebezpieczna, dlatego w nią także warto nie uderzać. Jest nią profesjonalizm i oczekiwanie nadmiernej kompetencji w rozwiązywaniu problemów i zarządzaniu życiem. Wydaje się, że kto posiadł takie umiejętności, temu nie może stać się nic złego a jego życie staje się przewidywalnym ciągiem spokojnych i szczęśliwych chwil. Nic bardziej mylnego, ponieważ za rogiem czai się rutyna, czyli uśpienie i brak uważności. Wtedy łatwo zasnąć i utknąć w przekonaniu, że każdą życiową sytuację, relację i problem rozwiązuje w taki sam albo przynajmniej  w podobny sposób.

Optymalny rozwój osiągamy jedynie wówczas, gdy nie absolutyzujemy jednej bądź drugiej postawy brzegowej, ale potrafimy wykorzystywać ich energię do spokojnego i lekkiego poruszania się wraz z nurtem zmian ku przyszłości. Więc warto wykorzystywać swoje umiejętności, w przestrzeni, w której jesteśmy wciąż u siebie, a nie czujemy się ani niekompetentni i schematyczni, ani nie jesteśmy wrzuceni na tak głęboką wodę, że toniemy, zamiast się rozwijać.

Warto właśnie w taki sposób kształtować codzienność, ponieważ dzięki temu nie ulegamy lękom, ale jednocześnie nie jesteśmy wystawieni na tak obciążający i długotrwały stres, że utrwala się w naszych komórkach jako stres fizjologiczny. Oba krańcowe doświadczenia, czyli paniczny lęk i stres, są najczęstszą przyczyną wszystkich chorób, a zwłaszcza okrzykniętych cywilizacyjnymi.

Niestety, olbrzymią tamą, uniemożliwiającą mądre zarządzanie życiem, czyli płynięcie w spokojnym nurcie zmian, jest przekleństwo wygody.

Myślenie o wejściu do osobistej strefy duchowego rozwoju, brzmi zawsze zachęcająco. Zaczynają się nam świecić oczy a serce napełnia się pasją. Jednak nie trwa to długo. Pomimo fizjologicznych odruchów, którymi świadomość komunikuj nam radość, że wreszcie myślimy o zmianach, my dalej tkwimy w bezruchu, narażając się co jakiś czas na krańcowo destrukcyjne i bolesne doświadczenia, czyli albo konieczność zmierzenia się z drastycznymi i w normalnej sytuacji przerażającymi zmianami, albo konsekwencjami uśpienia i zbyt późnej bądź nieodpowiedniej reakcji, która pozbawia nas życiowej satysfakcji. 

Myślenie, że należy nam się wygoda, bo zasłużyliśmy sobie na nią albo mamy już odpowiedni wiek, niweczy impulsy zmian i skutecznie depcze w nas naturalną predyspozycję do poznawania świata, zachwycania się pięknem życia i wykorzystywania darów, którymi Bóg suto zastawia stół życia.

Dzieje się tak, ponieważ nasz umysł wygodę myli z poczuciem bezpieczeństwa. Jeśli coś uznajemy za wygodne, umysł sygnalizuje nam, że powinniśmy się cieszyć, bo jest dobrze tak, jak jest. Kiedy coś wydaje się nowe, trudne, a może niezrozumiałe i umysł ma z tym problem, wtedy włącza się strach i program przetrwania walcz i uciekaj.

Z badan wynika, że podczas szacowania ryzyka mamy skłonność przeceniania wszystkiego, co jest nam znane, nawet jeśli przeczą temu fakty, obojętnie czy są to techniczne nowinki, czy nowy rodzaj rozrywki. Stoi za tym oczywiste upodobanie do wygody. Nawet instrukcje, napisane spokojnym i czytelnym krojem  czcionki, wydają nam się bardziej zrozumiałe i sądzimy, że będziemy potrzebowali na nie mniej czasu, od tych z mniej przyjaznym krojem pisma.

Dla wygody niektórzy kierowcy wciąż jeżdżą tymi samymi szlakami, nawet gdy już od dawna można korzystać z nowych dróg. Dla wygody nie zmieniamy niczego w seksie, aż okazuje się, że już nie ma czego zmieniać. Dla wygody jemy wciąż mięsne potrawy, chociaż wiemy, że zwierzęta nie musiałyby cierpieć, jak dawniej, ale nam nie chce się uczyć nowych dań i nowych smaków. Dla wygody w miejscu pracy powtarzamy wciąż te same czynności, chociaż nie odczuwamy już żadnej satysfakcji, zaś w innym miejscu moglibyśmy dużo więcej zarabiać. Wreszcie dla wygody wpadamy w religijną rutynę i rytualizm, ponieważ nie chce się nam wyruszyć w duchową podróż, w trakcie której Bóg mógłby nas każdego dnia zaskakiwać czymś nowym, czym zmuszałby nas do wyjścia ze strefy komfortu.

Przekleństwo wygody jest więc konsekwencją kłamstw, które bezustannie tworzy umysł. Niemniej umysł nie jest naszym osobowym centrum i nie wolno się z nim utożsamiać. Umysł jest odtwarzaczem programów, którymi są przekonania.  W dodatku ma zdolność odtwarzania nieskończonej listy programów. Czy chcemy z nich korzystać, zależy wyłącznie od nas.

Ludźmi, których powołaniem jest zmiana powszechnie obowiązujących przekonań, są księża, tzw. duszpasterze i kaznodzieje, czyli mówcy kazań. Tymczasem większość z nich wybiera wygodę. Przez niemal całe życie zawodowe czytają ten sam rodzaj literatury, żeby nie musieć mierzyć się z nowymi myślami, niepokojącymi wnioskami, zmianą przekonań i duchowości. Dla wygody wpisują się w powszechne wyobrażenia o tym, w jaki sposób powinni się zachowywać, ubierać, co im wolno w ramach wolnego czasu, czym nie powinni się interesować. Więcej, dla wygody stają się strażnikami ładu moralnego, sankcjonującego wygodne życie ludzi, bojących się zmian, którzy z perfekcjonizmu i kompetencji etycznych uczynili sobie bożka.

Wygodnie pilnować ludzi, którzy dla wygody boją się życiowych zmian. Wygodnie jest dbać o autorytet strażników ładu społecznego, którego największą wartością jest wygodne życie. Teoretycznie nie ma wtedy zagrożenia, że jakiś szaleniec, którego nie interesuje wygoda, wszystko zmieni. Ostatecznie dla wygody można go w niewygodny dla niego sposób powstrzymać, aby dalej móc wieść wygodne życie.

Mam nadzieję, że wiadomo, którą postać historyczną wspomniałem? Kto zaś na zdjęciu niczego nie dostrzegł, niech wygodnie tkwi w pozornym poczuciu bezpieczeństwa. Na pewno w jego życiu nic złego się nie wydarzy.

Sprężystość emocjonalna

Liczba praktykujących psychoterapeutów wzrasta w oszałamiającym tempie. To o czymś świadczy. W tym samym czasie, gdy zdecydowanie podniósł się standard życia, coraz więcej ludzi wpada w depresje, nie radząc sobie z teraźniejszymi problemami albo myśląc o przyszłości jak o czarnej dziurze, w którą z dnia na dzień bardziej wpadają. Mamy więc do czynienia z paradoksem: obiektywnie coraz lepsze życie staje się subiektywnie coraz bardziej nie do wytrzymania. I coraz częściej dotyczy to nawet dzieci.

Co się  dzieje? Nie jesteśmy przygoto­wani na ciosy. Ulegamy złudzeniu, że przez życie przejdziemy gład­ko, a gdy pojawiają się przykre, trudne zdarzenia, oka­zuje się, że różnimy się tym, w jaki sposób je przeżywamy. Po przeprowadzce nie każdy biegnie do le­karza po środki uspokajające. Nie każda żałoba wymaga leczenia psychotropami. Ofiary trzęsień ziemi czy powodzi nie zawsze przez lata nie potrafią odzyskać radości życia mimo niepowetowanych strat.

Osoby, które pod wpływem traumy chwieją się, ale nie upadają, można nazwać sprężystymi pod względem psychicznym, emo­cjonalnym, duchowym. Ludzie tacy mają zdolność do wejścia w rozpacz ciężkich prób i wyjścia z załamania w łagodny sposób. Ta zdolność obejmuje zbiór cech, warunkujących wewnętrzną moc, a także odruch szuka­nia oparcia u innych ludzi.

Emocjo­nalna sprężystość przemienia ofiary w dziel­nych bohaterów i pozwala im szczęśliwie funkcjonować. Osoby sprężyste spotykają na swej drodze te same trudności, co inni, jednak inaczej na nie reagują: Korek na mieście? Cóż, mogłem przewidzieć, dobrze, że mam audiobooka. Szefowa dręczy? Hm, widać nie radzi sobie ze stanowiskiem, więc musimy w zespole o tym pogadać Mąż zaczął znikać z domu? Oj, czy ja dziś poszłabym ze sobą do ślubu? Matka wtrąca mi się we wszystko? Zaraz, ile ja mam lat? Kupię jej bukiet, ale zaproszę ją znów do siebie dopiero za jakiś czas.

Nie chodzi więc o obojęt­ność, zaprzeczanie czy zakłamywanie, ale o pewność, że cokolwiek w życiu nas spotyka, jest to dla nas dobre i służy naszemu rozwojowi. Po co zatem to zapijać, zamykać się w czterech ścianach albo żalić? Niektórym wydaje się, że zo­stali wybrani do życia bez kor­ków ulicznych, strat, zdrad, udręk, chorób, niemiłych szefów i leni­wych dzieci. To oczekiwanie czy wręcz roszczenie wydaje się głów­nym powodem psychicznej nieodporności – źródła wielu zaburzeń.

Tymczasem ludzie psychicznie odporni wcale nie unikają trudności. Tylko, że są realistycznymi opty­mistami. Stawiają sobie wykonalne cele. Wykazują wysoki stopień kon­troli nad swoimi zachowaniami. Po­strzegają stresujące zdarzenia jako sprawy do załatwienia. Skupiają się na tym, co dobre, a nie na tym, co oceniają jako niedobre. Można to nazwać szukaniem pierwszych wiosennych pąków, gdy wokół widać jeszcze pełno śladów zimy. Sprężyści dostrzegają znaki zbliżającej się wiosny i doświadczają jej coraz więcej. W tym samym czasie złamani przez doświadczenia szukają dowodów, potwierdzających ich przekonanie, że mają pecha a życie jest złe i ciężkie.

Poza tym i przede wszystkim ludzie sprężyści za wszystko dziękują, ponieważ wiedzą, że skoro wszystko jest dobre, więc wszystko im służy. Sprężyści cechują się dziękczynnym duchem, za wszystko wdzięcznym. Wiedzą, że ducha nie wolno gasić, dlatego nie narzekają na wszystko i na wszystkich.

Sprężyści cieszą się z tego, co posiadają, a nie martwią tym, czego im brakuje. Cieszą się chwilą, a nie martwią przyszłymi kłopotami. Wiedzą, że jeśli przyjdą, wtedy je rozwiążą, a teraz nie warto zatruwać nimi serc i głów. Sprężyści sami nadają sens życiu, a nie szukają go poza sobą. Czynią swą zdolność prze­trwania darem dla innych ludzi.

A czego nie robią? Nie porównują się z innymi i nie pogrążają się w samo­obwinianiu. Nie tkwią uporczywie w negatywnych pułapkach myślo­wych w rodzaju: nic mi się nigdy nie udaje; jest źle i będzie jeszcze go­rzej. Nie uważają porażek za osta­teczny wynik starań, tylko za infor­mację, co i jak poprawić. Znajdują dobre strony nawet w niedobrych do­świadczeniach.

Co to wszystko oznacza? To, że najważniejszym składnikiem wewnętrz­nej siły ducha jest ufność. Jak gdyby na przekór wszystkiemu, czego trzeba doświadczyć podczas transformujących kryzysów, w głębi duszy trzeba zachowywać od­wagę i wiarę w dobro. W tym sensie źródłem mocy przetrwania nie są inni, łut szczęścia albo Boża opatrzność, lecz trzymająca przy życiu ufność i coś, co można na­zwać wolą życia, pragnieniem życia, zachwytem nad cudem i darem życia.

Czy z takim zaufaniem i optymi­zmem trzeba się urodzić? Było­by dobrze, tylko kto z nas ma na to wpływ? Natomiast każdy ma wpływ na to, aby drogą oświecenia, ćwiczeń i dobrze pojętej dyscypli­ny nauczyć się nie pękać i nie rozklejać w obliczu wyzwań i prób. Sprężystości emocjonalnej można i trzeba się uczyć. Taki trening powinien przede wszystkim wpoić umiejętność zwracania się o pomoc w kryzy­sowych sytuacjach do przyjaciół, małżonków, dzieci, rodziców. To nieste­ty jest trudne, wcale nie z braku chętnych, którzy byliby gotowi pomoc, lecz z powodu przekonań, że pomoc innych przy­nosi ujmę i oznacza słaby charakter. Utrwalają one nieuf­ność, wiarę tylko w siebie i prze­konanie, że zamykanie się w sobie ze swymi problemami jest dowo­dem siły i hartu ducha.

W trudnych sytuacjach u spręży­stych osób pojawia się impuls roz­wojowy. Polega on na skokowym uczeniu się nowych strategii za­radczych i integrowaniu ich jako wypróbowanej cząstki życiowego doświadczenia na przyszłość. Sprężyści ludzie nie są szczęściarzami, którym się wszystko udaje bez wysiłku, lecz odważnymi optymistami, gotowymi na zmiany. Osoby odporne wyróżnia zdolność do akomodacji, czyli przystosowania włas­nych postaw i zachowań do oko­liczności zewnętrznych, tak by nie trwonić energii na nieskuteczne reakcje emocjonalne, które i tak nie zmienią świata. Odporne psychicznie osoby nie ne­gują swego cierpienia i nie odwra­cają od niego uwagi. Wręcz przeciw­nie, przyjmują je jako przydatne doświadczenie, niekiedy radykalnie zmieniające ich życiowe poło­żenie.

Jednak mówiąc o sprężystości emocjonalnej jedynie językiem psycholo­gicznym zawężamy kąt widzenia. Trzeba uwzględnić także duchowość człowieka i cechujący ludzi wiary wehikuł transcendencji. Spręży­stość emocjonalna ma ścisły zwią­zek ze światopoglądem, ujmowa­nym w kategoriach duchowych. Uchwytnym wymiarem świato­poglądu jest wiara i przekonania, które posiada każdy z nas, o swoim miejscu i roli we wszechświecie oraz sensie swojego życia.

Można zatem powtórzyć pierwsze zdanie: Liczba praktykujących psychoterapeutów wzrasta w oszałamiającym tempie, równocześnie je rozwijając, a mianowicie, że w tym samym czasie maleje liczba chętnych do słuchania chrześcijańskich przemówień. Czy to czegoś nie oznacza? Według mnie tak. Wśród księży jest niewielu duchowych mistrzów, zainteresowanych ludzkim szczęściem i zdrowiem. Kościelne mowy służą utrzymywaniu społecznej karności i tworzeniu emocjonalnych węzłów, które w ludziach uniemożliwiają swobodny przepływ energii. W efekcie nie mogą się rozwijać i są uzależnieni od napomnień i pouczeń tych, którzy wiedzą lepiej.

Idealnym narzędziem w osiąganiu tego celu jest budowanie poczucia winy oraz ciągłe straszenie przyszłymi konsekwencjami. W ten sposób można sparaliżować każdego, kto wystarczająco często poddaje się takiemu programowaniu. W efekcie wielka rzesza ludzi kompletnie nie radzi sobie z życiowymi doświadczeniami i jest przekonana, że dopiero śmierć uwolni ich z kolejnych nieszczęść. Nie widząc wyjścia z przeklętego koła koszatniczki uzależniają się od doraźnej pomocy, której szukają u psychoterapeutów.

Tymczasem wyjście z przeklętego koła nieszczęść jest zaskakujące proste, a jest nim nowy sposób myślenia, którego punktem oparcia i stabilizatorem jest zaufanie w to, że cokolwiek się dzieje, tym, którzy żyją miłością, wszystko służy pomocą ku dobremu.

Tego jednak psychoterapeuci nie uczą. Gdzie zatem są powołani do tego księża? Zajmują się winą i budują strach, aby móc zarządzać emocjonalną i finansową energią swoich tzw. wiernych.

Poszerzanie świadomości

Nasze ukryte ja, czyli podświadomość, pragnie być zauważane i traktowane z należną uwagą. Niestety interesujemy się tylko wystającym ponad wodę przysłowiowym czubkiem góry lodowej, czyli świadomością, zupełnie nie zwracając uwagi nad olbrzymią część podświadomości, ukrytą pod wodą. W warunkach naturalnych proporcje wyglądają mniej więcej w ten sposób, że od 80-ciu do 90-ciu % góry znajduje się pod wodą. Podobnie dzieli się nasza świadomość i podświadomość.

Tymczasem to, że czegoś nie widać, nie oznacza, że tego nie ma. W świecie na ogół jest odwrotnie. Raczej właśnie to jest, czego nie widać. Więc podświadomość cały czas jest aktywna, obserwuje i słucha wszystkiego, o czym myślimy, mówimy, z czym próbujemy sobie poradzić, a także doskonale wie, jakie mamy nastawienie do konkretnej sytuacji, wydarzenia, relacji czy osoby. Równocześnie świadomości przekazuje odpowiednie z jej punktu widzenia obrazy oraz modele zachowań, abyśmy mogli zdecydować, jak zareagować.

Podświadomość nie śpi, pragnie być traktowana czule, z należną uwagą. A jeśli nie otrzymuje jej od nas, zaczyna zdobywać ją od innych. Na przykład rodziców, nauczycieli, religijnych przewodników, kolegów i przyjaciół. Rozgląda się za bodźcami z prasy i na przykład z mediów społecznościowych. Więc pomyślmy, jak wiele przekonań, którymi się posługujemy; idei, w które wierzymy; słów, które wypowiadamy, na pewno jest naszych, a jak wiele przejęliśmy od innych, nie poświęcając wystarczająco dużo czasu, aby je przemyśleć?

Dlatego warto co jakiś czas posłuchać tego, co mówimy, a także przyjrzeć się obrazom, które suną nam przez głowy, a wówczas możemy szczerze się zdziwić, jak wielu ludzi ma na nas wpływ, mówiąc naszymi ustami i posługując się naszą wyobraźnią. Czy wtedy wciąż będziemy uważać się za wolnych ludzi?  Uwierzmy, że jeśli sami nie pokierujemy swoją podświadomością, na pewno zrobi to za nas ktoś inny.

W jaki sposób zabrać się do tego, żeby nie popełnić błędu? Ucząc się wpływania na podświadomość na pewno nie wolno traktować jej, jakby była niewolnikiem, który musi wypełniać rozkazy. Sztywna i autorytarna kontrola podświadomości prowadzi do fizycznych, emocjonalnych, mentalnych i duchowych zapaści. Na przykład wielu spośród tych, którzy radykalnie nawracają się podczas akcji ewangelizacyjnych na skutek puhingu, w krótkim czasie przeżywa poważne problemy psychiczne. Z drugiej strony całkowity brak świadomego wpływu prowadzi do tego, że podświadomość przejmuje kontrolę nad ludzkim życiem, a że jest podatna na wpływy zewnętrzne, więc rozwój osobisty staje się niemożliwy.

Jedyna rozsądna i w rzeczywistości skuteczna metoda polega na tym, że świadomość, kierująca się nowymi przekonaniami i kreująca zdrowe oraz pomyślne dla nas obrazy, staje się przewodnikiem podświadomości. Ale wciąż pamiętajmy o tym, żeby nauka wpływania na podświadomość nie polegała na autorytarnym wydawaniu rozkazów.

Podświadomość tak długo będzie robiła wiele rzeczy w stały i nieodpowiedni sposób, jak długo nie zostanie przez nas nauczona nowego działania albo sama nie nauczy się tego dzięki obserwacji kogoś innego. Dlatego, chociaż metoda jest współcześnie obśmiana jako przeżytek z powodów religijnych, jednak skuteczne jest wybranie sobie za wzór do codziennej obserwacji poprzez wizualizacje i pracę mentalną, a następnie do naśladowania, jakiegoś religijnego mistrza, pełniącego rolę archetypu. Jeśli tylko interpretacja takiej postaci nie jest zafałszowana przez religijną wspólnotę, posługującą się przyjętym za obowiązujący schematem dogmatycznym, podświadomość szybko uczy się nowych umiejętności.

Jednym słowem świadomy umysł jest odpowiedzialny za programowanie i ustalanie mentalnych oraz emocjonalnych wzorców, które przejmuje podświadomość. W ten sposób świadomość ma coraz większy wpływ na podświadomość. W efekcie rzadziej reagujemy w sposób nieświadomy, często nieadekwatny do sytuacji i dla nas szkodliwy, a miejsce nieuświadomionej reakcji zajmuje świadomie działanie, które w pełnym tego słowa znaczeniu jest odpowiedzialnością, czyli działaniem odpowiednim do sytuacji  i naszych potrzeb.

Aby zmienić nawykową, reakcyjną podświadomość, trzeba przez odpowiednio długi czas utrzymywać w świadomości nowy wzorzec mentalny i emocjonalny.  Musi to trwać tak długo, aż podświadomość zaakceptuje nowy wzorzec. Podświadomość jest bardzo podatna na powtarzane sugestie, jeśli jednak programowanie nie zostało zakończone, gdy tylko przestaniemy wytrwale powtarzać nowy wzorzec, podświadomość szybko powróci do starych nawyków. To właśnie brak wytrwałości jest przyczyną porażek.

Programowanie podświadomości nie jest machnięciem czarodziejską różdżką, ale żmudną pracą aż do osiągnięcia pożądanego rezultatu. Należy tak długo powtarzać sugestie lub afirmacje, aż podświadomość przekona się, że w to wierzymy i tego pragniemy, czyli mówiąc inaczej, że to jest prawda. Dopiero wtedy utrwala się nowy nawyk a świadomość zostaje poszerzona o jakiś nowy obszar podświadomości. Dzieje się coś, jakby na podobieństwo pozyskiwania suchego lądu przez osuszanie morza. 

W zależności od istniejącego poziomu lęku, zwątpienia, kompleksów oraz ilości innych poglądów, jednym razem możemy potrzebować kilku afirmacji czy sugestii, ale już następnym razem tysiące. Niezależnie od tego, ile ich potrzebujemy, tajemnica sukcesu w poszerzaniu świadomości polega na tym, żeby stosować je tak długo, aż osiągniemy pozytywny rezultat.

W praktyce to oznacza że każdy z nas może obojętność zamienić w miłość, bezsilność w pewność siebie, frustrację w akceptację, bezsensowność w ambicję. Obiektywne granice nie istnieją dla transformacji nie istnieją. Aby doświadczać zmian, należy sobie wyznaczyć cel a potem konsekwentnie i uparcie od niego dążyć, poszerzając swoją świadomość. W tekstach biblijnych Starego Testamentu poszerzanie świadomości jest metaforą zbawienia. Człowiek otrzymuje prawo do przeniesienia palików swojego namiotu w nowe miejsce, czyli do powiększenia przestrzeni, którą zajmuje na nie swojej ziemi, bo obraz odnosi się przecież do nomadów, którzy byli w ciągłej drodze. Większy namiot jest obrazem większej przestrzeni, zajmowanej przez człowieka, a w istocie poszerzonej świadomości, że mogę, że mi wolno i że potrafię.

Reformacja – (for)matowanie czy polerowanie miecza?

Nie mniemajcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową” (Mt 10,34n)

W dniu, zwanym przez nas Pamiątką Reformacji, przydałoby się, żeby wróciła nam pamięć.

Czym była reformacja? Na pewno nie była rewolucją w sensie ścisłym, ponieważ temu, który ją wywołał, nie przyświecały idee sprawiedliwości społecznej ani apetyt na polityczne apanaże.

Dotknięty Duchem, oświecony Światłem, porwany energią Miłości doświadczył mentalnej odmiany. Stał się epifanią Boga w świecie, ustami Jezusa, manifestacją Ducha. Siedząc w klasztornej celi nie kombinował nad tym, jak zmienić świat, ale jak zrozumieć Pisma. Gdy spełniły się Jego pragnienia i Pisma stały się w Nim żywym ogniem, nie rzucił się w wir pracy organicznej, aby tworzyć partię i przygotowywać bunt przeciwko Rzymowi.

Zaczął po prostu inaczej myśleć, zaś nowe przekonania odmieniły Jego biochemię. Doświadczył zbawiennego wyprowadzenia ze strefy stresu, związanego z lękiem przed siłą władzy, opuszczeniem kościelnych struktur i porzuceniem tradycyjnej teologii dogmatycznej. Euforia zamieszkała w Jego sercu a endorfiny zalały ciało.

Dzięki zmianie przekonań, z czego być może w ogóle nie zdawał sobie sprawy, Luter doświadczył nowej energii emocjonalnej. Ponieważ pojawiły się w nim nowe odczucia i emocje, stał się odważny, wolny, prawdziwy. A taki człowiek już nigdy nie pozostaje na marginesie, bez wpływu na otoczenie.  Niczym kamień wrzucony do wody, staje się źródłem kręgów nowej energii, rozchodzącej się od niego po kres wszechświata.

Tak rozpoczyna się każda prawdziwa zmiana. Nie dzięki sile zła i przez walkę z zewnętrznymi strukturami, ale przez wewnętrzną odmianę myśli i emocji. Rewolucja niczego nie zmienia ku dobremu. Tworzy jeszcze gorsze reedycje starych struktur zła i tyranii. Tylko człowiek dotknięty przez Boga, czyli wewnętrznie uformowany na nowo, rozpalony do żywego ogniem Ducha, używa swoich słów w taki sposób, że czyni z nich miecz, przenikający ludzkie dusze i odmieniający postać świata.

W sumie nic nowego pod słońcem. Dla chrześcijan prawzorem i pramatrycą ich duchowego doświadczenia pod tym względem jest Jezus z Galilei, który zdaje sobie sprawę, że przyszedł przynieść miecz.

Obchodzimy dziś kolejną Pamiątkę Reformacji, a więc upamiętniamy jedną z kilku reedycji tego, co stało się za sprawą Jezusa. Przed pięciuset laty w Niemczech pojawił się mnich, który zaczął używać słów niczym miecza, ponieważ pozbył się strachu, a Jego świadectwo nie polegało na cytowaniu Pism. Prawdziwa przemiana następuje wtedy, gdy Pisma przestają być argumentem na rzecz idei, a stają się mieczem, oddzielającym w człowieku stare od nowego i dzięki temu odmieniającym wszystko, w czym on uczestniczy.

Znakiem wewnętrznej przemiany nie jest siła teologicznych argumentów, ale wiarygodność świadectwa człowieczego życia. Odtąd Pisma nie pełnią rolę zewnętrznego słowa, ale stają się duchem życia. Odtąd człowiek nie przemawia słowami, ale Słowo przemawia jego życiem. W efekcie nic nie pozostaje nie tkniętym, nie poróżnionym, nie odmienionym, a reakcje na takie świadectwo możliwe są tylko dwie: całkowite przyjęcie i całkowite odrzucenie. Po dwóch stronach miecza nie ma miejsca na obojętność i letniość.  Reakcją na Słowo, które przemawia życiem zreformowanego, nowego człowieka, jest „tak” albo „nie”. Dzięki temu reformator, jak Mistrz z Galilei, poruszył tysiące ludzi i obudził energię zmian. 

Jak mówimy? Czym Pisma są dla nas? Jedynie skarbnicą argumentów dla własnych poglądów? Czy używamy słów tak, aby nikomu nie podpaść z politycznych, społecznych, zawodowych, a nawet finansowych powodów, poświęcając tych, których moglibyśmy obudzić ze snu? Czy Słowo ma szansę przemawiania przez nas? Tylko, że wtedy Słowo wymyka się nam spod kontroli i już nie używamy słów, aby osiągać cel, ale Słowo używa nas dla swojego celu.

Jak będziecie dziś mówić, moi kochani Koledzy? Żeby nikogo nie urazić? Żeby miecz nie poróżnił syna z ojcem, córki z matką, żeby rodziny się nie podzieliły a parafie nie rozpadły? Będziecie mówić z wnętrza swoich lęków o materialną przyszłość, pozycję społeczną, wierność tradycji teologicznej, nie używając miecza, którym niektórych moglibyście obudzić ze snu i doprowadzić ich do świadomego życia?  Będziecie mówić tak, żeby Ci, którzy rozgościli się w tradycji i bezpiecznie im w przeszłości, przypadkiem nie rozzłościli się na Was?

A może boicie się, że wypowiedziane przez Was słowa, dotrą też do Waszej świadomości, a wówczas Słowo rozpocznie w Was swoją pracę? Odtąd bowiem już nigdy nie będziecie tacy sami i szlag trafi polityczne, społeczne, zawodowe i inne cele, które starcie się osiągnąć?

Czy po prostu nie jest tak, że boicie się mówić tak, żeby się nie bać?

Będziecie mówić z wnętrza swoich umysłów, dbając o argumentację teologiczną, czyli wierność przeszłości, czy z wnętrza swoich serc, dbając o prawdę, dobro i piękno życia, rozpalając tęsknotę za przyszłością?

Będziecie dziś dbać o tradycję czy reformację?

Będziecie miecz matować, żeby nie był za ostry i mocno nie szkodził, czy polerować, aby swoim blaskiem mógł wskazywać drogę?

Każdy ma swojego Judasza

Przed laty napisałem tekst o Judaszu, w którym nieśmiało broniłem go przed samosądem kolejnych pokoleń tzw. pobożnych chrześcijan, którzy oczywiście nie wyobrażają sobie, że mogliby postąpić w ten sam sposób i wydać Jezusa.

Wydaje im się, że nie postąpiliby podobnie, tymczasem zapewne już dawno to uczynili, a po drugie, cóż warte byłoby życie bez Judasza?

Każdy ma swojego Judasza, najlepszego druha, który jest po to, abyś dzięki niemu przeżył własną śmierć i stał się wolnym.

Pytasz może, kto jest winien Jego śmierci? Nie szukaj winnych. Gdyby nie chciał, nie daliby rady ani Żydzi, ani Legioniści. A kto wysłał Judasza w ciemność (J 13,27)? Kto kazał mu czynić swoją powinność, przecież dokładnie tak samo, jak Janowi, który chrzcił w Jordanie?

Oczywiście Ten, którego Judasz wydał!

Jeśli więc ktoś jest winny śmierci Jezusa, to na pewno On sam. Janowi kazał wypełnić Bożą sprawiedliwość, aby ruszyły młyńskie kamienie do przygotowania mąki z ziarna (Mt 3,14n). Czy zatem ta historia mogła skończyć się inaczej? Nie. Potrzebny był też piec i ogień, w którym mąka stała się chlebem życia.

Jak Jan Chrzciciel był potrzebny do chrztu wodą, tak Judasz do chrztu ogniem. Obaj zostali wybrani i przymuszeni. Bez ognia niemożliwy jest dobry finał.

Nietknięty płomieniami, z ognistego pieca wychodzi Nowy Adam, Nowy Człowiek, powstały z martwych, wolny, nieśmiertelny zwycięzca.

Chcesz tego? Chcesz wyprostować się i podnieść swoją głowę? Chcesz stać się nowym?

Jeśli tak, znajdź sobie Judasza i wyślij go do dzieła. Niech Cię zdradzi, sprzeda Cię za klika złotych, niech Cię wepchnie do ognia, abyś stał się dojrzałym, prawdziwym, wolnym, po prostu ożywionym duchem.

A może już go wysłałeś, ale o tym jeszcze nie wiesz? Nie chcesz tego dopuścić do świadomości? Wmawiasz sobie, że był nikczemnikiem, podłym człowiekiem, który Cię skrzywdził. Może już dawno wykonał swoją pracę, a ty go przekląłeś i wysłałeś do diabła, bo Cię boli, bo leją się łzy, bo straciłeś wszystko? Nawet najbliżsi Cię porzucili i zostałeś sam?

Pamiętaj, nic – absolutnie nic – co wydaje się brzydkie i złe, na pewno nie jest takim zawsze!

Uważaj, nic – absolutnie nic – co wydaje się piękne i dobre, na pewno nie jest takim zawsze!

Życie musi płynąć. Nie zatrzymuj życia ocenami pełnymi lęku, powszechnymi przekonaniami, że coś jest złe tylko dlatego, bo tak uważa większość, ponieważ ta większość wciąż śpi, a Ciebie obudził przyjaciel, Judasz!  Pozwól życiu się dziać, zmieniać się. Niech Cię porwie ku przyszłym dniom. Zobaczysz światłość w ciemności i ciemność w światłości.

Potrzebujesz Judasza, żeby przeżyć śmierć, zanim ona Cię dopadnie!!! Musisz pozwolić mu wykonywać jego dzieło, żeby  przeżyć chrzest ogniem, w którym zostanie wypróbowana Twoja miłość. Staniesz się nowy, czysty, prawdziwy, dobry i piękny.

Wyprostujesz się i podniesiesz swoją głowę dopiero wtedy, gdy Judasz wykona swoją pracę i ogień strawi wszystko, co miałeś, aby Cię wypróbować.

Gdy zabraknie Ci oddechu, przyjdzie następny.

Gdy przeżyjesz własny strach, przyjdzie miłość.

Gdy przestaniesz kurczowo trzymać, otrzymasz nowy dar.

Gdy umrzesz, ożyjesz i staniesz się całkiem wolny!

Wybrałeś już swego Judasza?

Pamiętaj, to Twój najlepszy przyjaciel.

Bez niego na zawsze pozostaniesz niewolnikiem przeszłości. 

Uwolnienie

Autor Dziejów Apostolskich opisał niezwykłe doświadczenie ap. Piotra, który został uwięziony przez Heroda. „Owej nocy, gdy Herod miał go już wyprowadzić, Piotr, skuty dwoma łańcuchami, spał między dwoma żołnierzami, strażnicy zaś przed drzwiami strzegli więzienia. Wtem zjawił się anioł Pański i światłość zajaśniała w celi; trąciwszy zaś Piotra w bok, obudził go, mówiąc: Wstań prędko! I opadły łańcuchy z jego rąk. I  rzekł anioł do niego: Opasz się i włóż sandały swoje. I uczynił tak. I rzecze mu: Narzuć na siebie płaszcz swój i pójdź za mną.Wyszedł więc i podążał za nim, lecz nie wiedział, że to, co się za sprawą anioła dzieje, jest rzeczywistością; sądził raczej, że ma widzenie. A gdy minęli pierwszą i drugą straż, doszli do żelaznej bramy wiodącej do miasta, która się im sama otworzyła; i wyszli na zewnątrz, przeszli jedną ulicę i nagle anioł opuścił go” (Dz 12, 6-10).

Wielu ludzi ma wrażenie, jakby znajdowali się w więzieniu. Czują się związani jakąś niewidzialną mocą niemożliwości i pilnowani, aby nie udało im się wyjść na wolność. Prawdą jest, że wszyscy śnimy o sukcesie, pracujemy nad sobą, czytamy mądre książki i uczymy się pozytywnego myślenia. Między innymi po to uczestniczymy w nabożeństwach, aby móc żyć w wolności. Jednak kiedy tylko zamykamy książkę lub wracamy z nabożeństwa albo kursu, natychmiast wpadamy w niewolę starych nawyków, wyuczonego sposobu myślenia i stereotypów, którymi posługujemy się niczym kompasem. W utartych torach codziennej rutyny, nawykowo narzekamy, martwimy się, obawiamy, pozwalamy dojść do głosu lękom, złości oraz wielu złym emocjom.. Jednak zgodnie ze słowami Jezusa: „Gdy duch nieczysty wyjdzie z człowieka, wędruje po miejscach bezwodnych, szukając ukojenia, a gdy nie znajdzie, mówi: Wrócę do domu swego, skąd wyszedłem. I przyszedłszy, zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wówczas idzie i zabiera z sobą siedem innych duchów, gorszych niż on, i wchodzą, i mieszkają tam. I bywa końcowy stan człowieka gorszy niż pierwotny” (Łk 11,24-26) w ten sposób tworzymy jeszcze więcej trudnych sytuacji i wpadamy w gorszą niewolę. W takim błędnym kole łatwo o frustrację i poczucie przegranej. Możemy – jak uwięziony ap. Piotr – czuć się, jakbyśmy byli pozbawieni wszelkich szans.

Więzieniem może być strach. Może nim być związek z drugą osobą, w któ­rym czujemy się zniewoleni. Więzieniem mogą być własne granice. Człowiekowi wydaje się, że z wszystkich stron jest ograniczony, uwikłany we własnym wnętrzu, zniewolony przez namiętności, zaha­mowania i blokady. W naszym wewnętrznym więzieniu często jesteśmy strzeżeni przez żołnierzy, a więc prawo, tradycję, dobre pochodzenie albo wychowanie, oraz im podobne kody kulturowe, czyli po prostu przedstawicieli naszego super­ego, które wmawia nam, że powinniśmy zrobić to, a tamtego robić nam nie wolno, oraz że jesteśmy wszystkiemu winni. Kiedy tylko sprzeciwiamy się gło­som naszego superego, zostajemy natychmiast przez owych wewnętrznych żołnierzy ukarani. Z biblijnego opowiadania wynika, że Piotr był nawet zmuszony spać między nimi, co oznacza, że nie miał najmniejszego pola manewru. Su­perego naprawdę może zamienić się w totalną instancję kontrolną, która prześladuje nas wszędzie, nawet we śnie. Podczas każ­dej najdrobniejszej czynności ocenia i skazuje. Dla przykładu, gdy cieszymy się z sukcesu, zaraz pojawia się we­wnętrzny werdykt, że najpewniej to jest objaw dumy. Albo, gdy chce­my coś powiedzieć, nasze superego naciska, byśmy za­chowywali się poprawnie. Jakby z każdej strony stali żołnierze i pilnowali nas, abyśmy nie wyszli na wolność.

Niektórzy ludzie czują się w swoim więzieniu dokładnie jak Piotr, pozbawieni jakichkolwiek szans, i dlatego potrzebują anioła, który przyjdzie do nich w środku nocy, zdejmie kajdany, trąci ich w bok, by wstali i udali się w drogę prowadzącą do wolności.

Uwaga!  Więzień musi wstać sam, o własnych siłach. Kajdany mogą opaść z jego rąk dopiero wtedy, gdy sam będzie aktywny. Niestety, bardzo często w drodze do wolności i usatysfakcjonowanego życia przeszkadzają nam zarówno stare i niekorzystne nawyki, jak i negatywne przekonania. Jeśli naprawdę chcemy doświadczyć odmiany losu i stać się wolnymi ludźmi, w pełni odpowiedzialnymi za samych siebie, musimy bezzwłocznie zmienić myślenie i przekodować wszystkie wzorce, które nam nie służą. Nie ma innej drogi. Nie ma innej metody. Nie można zdobyć szczytu góry, stojąc na dole, u jej stóp, bez ruchu. Te  kody, które nas zniewalają i unieszczęśliwiają, mogą brzmieć następująco: Bóg tego nie chce; dla wszystkich nie wystarczy; nie zasługuję; nie mam wystarczających zdolności; nie mam szczęścia; nigdy mi nic nie wychodzi.

Aby przekodować nasze myślenie, anioł wydaje kolejne polecenia: „Opasz się i włóż sandały swoje. (…) Narzuć na siebie płaszcz swój i pójdź za mną”. Kto czuje się uwięzio­ny w swoich namiętnościach i popędach, lę­kach i depresjach, sam musi opasać się sznurem gotowości do czynienia tego, co w jego mocy. Nawet jeśli tkwimy w największym bagnie, możemy patrzeć w gwiazdy i pielęgnować w sobie dobre i błogosławione myśli, odrzucając ciężar tych, które ciągną nas w głąb tego bagna i zniewalają.

Natomiast sandały i płaszcz są znakiem wyjścia w drogę i podążania za aniołem, którego posyła Bóg, aby nas uratować, czyli zbawić. Idąc, powtarzaj sobie: Jestem blisko celu; nic nie może stanąć mi na przeszkodzie; nic nie może mnie powstrzymać; nic nie może wytrącić mnie z równowagi.

Trzy aspekty męskości

Przyglądając się Jezusowi ja­ko mężczyźnie, którego opisują cztery Ewangelie, możemy dać się zainspirować trzem aspektom męskości, których deficyt współcześnie widać gołym okiem:

1. W każdej sytuacji, relacji, doświadczeniu Jezus jest obecny całym sobą. Potrafi tak spoglądać i słuchać. Dlatego, gdy zwraca się do kogoś albo występuje publicznie, to po pro­stu jest i emanuje męską siłą. Nikt nie może przejść obok Niego obojętnie. Gdy mówi, nie można zasnąć, słuchając Go. Jego słowa trafiają w serca i myśli. Potrząsają słuchającymi, wyrywają ich ze snu, bezmyślności, starych wzorców zachowań.

2. Jezus jest wewnętrznie wolny od „ego”, które dąży do umieszczania siebie w centrum. Pieniądze, władza sława nie są dla Niego ważne. Czuje się wolny, dzięki czemu może powiedzieć to, co czuje. Nie musi się liczyć z tym, jak będzie oddziaływał na ludzi albo jakie konsekwencje pociągną za sobą Jego słowa i czyny. Jest też wolny od pragnienia, żeby za wszelką cenę zdobyć uznanie, zaszczyty, chwałę, bo wie, że nie przedstawiają wielkiej wartości.

3. Jezus jest w pełni mężczyzną czystym, prawdziwym i nienaruszonym. Emanuje czymś pierwotnym i jasnym, ponieważ  ma kontakt ze swoją prawdziwą istotą. Jest zakorzeniony w Bogu. To uwalnia Go od lęku przed opuszczeniem i śmiercią. Jezus spoczywa w Bogu, który jest w Nim, czyli ostatecznie w sobie. Nie daje się zastraszyć, onieśmielić, ani zapędzić w kozi róg. Jest nieprzekupny i bezinteresowny w miłości.

Te trzy aspekty są cechami prawdziwego mężczyzny, bez obawy mówiącego to, co myśli; zawsze występującego z mocą, obok którego nie można przejść obojętnie, nie zarażając się jego dynamizmem bądź nie konfrontując z nim. 

Moc przyciągania

Gdy nie będzie lasów, wyciętych piłami w muskularnych męskich dłoniach; gdy nie będzie drzew a ptaki nie będą miały na czym usiąść, aby śpiewać; gdy nie będzie ptaków, bo zostaną złapane w podstępne, męskie sidła; gdy poza zimną stalą i kalkulacją kolejnych zdobyczy nie będzie już niczego

pozostanie moc przyciągania…

Ostatnia szansa ludzkości.

Moc przyciągania, moc przeżycia dojmującego smutku, transformująca moc wewnętrznego bólu, moc skurczu macicy, wydającej nowe życie – Kobieca Moc.

Kobieca Moc jest mocniejsza od męskiej mocy, która potrafi tylko zagarniać, zdobywać, miażdżyć, żądać, oczekiwać, argumentować, zabetonowywać kolejne ludzkie serca.  

Męska moc zdobywania jest niszcząca. Naprzeciw niej, niczym wiosenne kwiaty po złowrogiej zimie, często niepostrzeżenie pojawia się kobieca moc przyciągania – ostatnia szansa ludzkości. Jak przebiśnieg przebija się przez lodowy pancerz, tak moc przyciągania rodzi nowe z niczego.

Gdy nie będzie lekkości, przygniecionej technokratycznym porządkiem życia; gdy zabraknie uśmiechu, bo nikt nie będzie miał odwagi być sobą; gdy zamilknie ostatnia orkiestra, ponieważ taniec będzie zmarnowaną energią; gdy poza czipem pod skórą i algorytmami władzy nie będzie już śmiechu

pozostanie moc przyciągania…

Ostatnia szansa ludzkości.

Moc przyciągania przez kobiecą energię, płynącą od ziemi przez biodra i brzuch ku sercu. Moc zuchwałego tańca kobiecych bioder i rozfalowanych piersi, które naprawiają wszechświat energią nowego początku.

Ostatnią szansą ludzkości jest kobiecy śmiech, spod pępka, głęboko osadzony w „komnacie łona”, w świętym laboratorium nowego życia. Ekstatyczny taniec wibrującego łona, transformującego energię słońca.

Męska energia jest niebezpieczna. Bezlitośnie wypala żyzną ziemię, nie pozostawiając nadziei na wytchnienie w cieniu wysuszonego drzewa. Odbijając się w księżycu, łagodnieje jednak. Gdy słońce trafia w księżyc, powstaje noc, alkowa Kochanków, ofiarowujących sobie świętość; komnata gwiazd, pełna dźwięków i zapachów miłości. Delikatnie uśmiechnięta, milczy o słowach, wypowiadanych oddechami ust.

Kobieca moc przyciągania, łagodna, a mimo wszystko niewyobrażalnie skuteczna, nie wjeżdża w ludzki świat na ogierze, powalając przeciwników na ziemię, aby pokazać swą potęgę. Cichutko podróżuje przez ludzkie wioski i miasta, kuchnie i sypialnie, uśmiechnięta sercem, siedząc na osiołku, źrebięciu, dzidziusiu oślicy, która jeszcze nie poznała ciężaru męskiej, dominującej mocy.

Gdy przeminie czas męskiej mocy zdobywania – na osiołku wjedzie w nasz świat kobieca moc przyciągania, skuteczna czułością. Z miłości stworzy nowego człowieka.

Panie, dbajcie o swoją moc!

Nie uczcie się męskiej mocy zdobywania, bo wszyscy stracimy nadzieję, mężczyźni też.

Śmiejcie się łonem, tańczcie biodrami, cieszcie się sercem. Zachwycajcie się  swoim pięknem. Stwarzajcie wszystko z miłości.

Niczego nie musicie zdobywać, a i tak macie wszystko!

Po staremu nie znaczy lepiej

Każdy z nas zmuszony jest każdego dnia, tygodnia, miesiąca i roku podejmować wiele decyzji. Niektóre z pozoru nie mają większego wpływu na teraźniejsze i przyszłe życie, inne wydaje się, że tak. Bo, czy może równać się decyzja o wyborze soku pomarańczowego, bo o ten sam poprosili pozostali pasażerowie przedziału kolejowego, z rezygnacją z przeprowadzki, która była związana z nową ofertą pracy? Ze względu na skutki te decyzje rzeczywiście z pozoru wszystko różni, tymczasem ze względu na przyzwyczajenia i styl życia, który w sobie utrwalamy, obie negatywnie determinują nasze życie.

Postaram się to udowodnić krótką wypowiedzią Mistrza z Galilei, który w ramach przypowieści o talentach rzekł: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę; …” (Mt 25,21). Człowiek mianowicie może liczyć na coraz szersze perspektywy i satysfakcjonujące go efekty dotychczasowej działalności, jeśli konsekwentnie realizuje określoną strategię, której musi być wierny we wszystkim, także w tym, co małe, wręcz maleńkie i niepozorne w porównaniu z tym, o czym marzy i czego pragnie.

Nie można tak prostu, bez żadnych konsekwencji, podejmując codziennie wiele mało znaczących decyzji, realizować strategię naśladuj innych albo wszystko, jak dawniej, albo lepiej nie ryzykować, a spodziewać się skokowej zmiany jakości życia w postaci dobrobytu, pomyślności czy satysfakcjonującego stanowiska. To najzwyczajniej w świecie jest  niemożliwe i wiedział o tym także Nauczyciel z Galilei.

Wydaje się, że strategie minimalistyczne, których przykłady podałem wyżej, są zakorzenione w ewolucji. Naśladując innych przy wyborze soku, po pierwsze minimalizujemy niebezpieczeństwo zatrucia bądź wyboru niedobrego pożywienia, po drugie zachowujemy się podobnie do dziecka, które naśladując rodziców, szybko uczy się samodzielnego funkcjonowania w świecie. O ile jednak dziecku ta strategia do pewnego momentu służy i zapewnia pozytywne skutki, o tyle dorosłemu we współczesnym świecie, zmieniającym się w szalonym tempie, już niekoniecznie. Nie ulega wątpliwości, że nie tylko ze względu na postępującą globalizację, wybór tej strategii jest niebezpieczny.

Jeszcze bardziej niebezpieczne robi się wówczas, gdy ktoś żyje zgodnie z zasadą wszystko, jak dawniej. Naprawdę nie powinniśmy się dziwić, gdy wpadamy wówczas w pułapkę, przez psychologów zwaną pułapką utopionych inwestycji. Wielu z nas trzyma się bowiem kurczowo tego, na co raz się zdecydowali, obawiając się, że gdy dokonają zmiany, nagle poprzedni wybór okazałby się słuszny, ale niestety będzie już za późno. Kryje się za tym pogląd, że włożony w coś wysiłek musi się opłacać i nie może się zmarnować. Tymczasem jest on nieprawdziwy, mylny i nieużyteczny. W życiu bywa tak, że często angażujemy się w coś, co po jakimś czasie okazuje się całkowicie chybionym przedsięwzięciem zawodowym, społecznym czy emocjonalnym i trzeba z niego jak najszybciej zrezygnować, nie licząc strat, aby tylko móc zacząć nowy projekt.

Poza tym wybierając strategię minimalistyczną, która pozornie wydaje się rozsądna, bo asekuracyjna i zagrożona mniejszym ryzykiem straty, w istocie rzeczy tracimy olbrzymi potencjał i to bynajmniej nie w sferze, którą strategia obejmuje, ale w innej, decydującej o przyszłym życiu, a mianowicie w sferze ducha. Utrwalamy bowiem asekuracyjne wzorce zachowań i lękliwy sposób życia, co w efekcie prowadzi do tego, że podejmując rzeczywiście strategiczne i najważniejsze decyzje, nie potrafimy przekraczać samych siebie i zachowujemy się jak dotychczas, rezygnując z szans. Tymczasem aspiracje w nas pozostają, a oczekiwania pod adresem przyszłości nie maleją, w związku z czym coraz bardziej gorzkniejemy i w dłuższej perspektywie czasowej tracimy nawet szacunek do samych siebie.

Kto chciałby to zmienić, powinien przeanalizować nawet swoje standardowe formuły grzecznościowe, którymi posługuje się na ulicy podczas powitań. Jakże często brzmią one mniej więcej w ten sposób: Co u Ciebie? No wiesz, po staremu. A to dobrze. No to cześć i powodzenia. Otóż ciężko oczekiwać powodzenia, skoro życie ma pozostać po staremu i sobie tego życzymy. Po staremu naprawdę nie znaczy lepiej, aniżeli po nowemu. Owszem, to, co nowe może zaskoczyć nieprzewidywalnością zaistniałych sytuacji i rozwiązań, ale i tak w perspektywie życia zawsze będzie dla nas lepsze od tego, co jest stare. Do rozwoju może zmusić tylko zmiana, a przecież bez rozwoju człowiek nie ma co liczyć na lepszą przyszłość.

A poza tym najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zmiana zawsze dzieje się w jakimś związku i napięciu z wiarą. Ludzie małej wiary mają silniejszy lęk przed zmianami i boją się, że nie poradzą sobie z ich konsekwencjami. Często dzieje się tak dlatego, że pomyślność i szczęście uzależniają od swoich umiejętności i zachowań. Siłą wiary w Bożą obecność i prowadzenie nie potrafią zminimalizować negatywnych przeczuć, które podpowiadają im, żeby nie angażować się w nowe przedsięwzięcia. Przeczucia są wytworem rozumu, który jest zachowawczy a swoje sądy tworzy w oparciu o doświadczenie.

Tymczasem wiarą warto wesprzeć ducha i zaangażować się w zmiany, które otwierają przed nami nowe perspektywy.