Trzy aspekty męskości

Przyglądając się Jezusowi ja­ko mężczyźnie, którego opisują cztery Ewangelie, możemy dać się zainspirować trzem aspektom męskości, których deficyt współcześnie widać gołym okiem:

1. W każdej sytuacji, relacji, doświadczeniu Jezus jest obecny całym sobą. Potrafi tak spoglądać i słuchać. Dlatego, gdy zwraca się do kogoś albo występuje publicznie, to po pro­stu jest i emanuje męską siłą. Nikt nie może przejść obok Niego obojętnie. Gdy mówi, nie można zasnąć, słuchając Go. Jego słowa trafiają w serca i myśli. Potrząsają słuchającymi, wyrywają ich ze snu, bezmyślności, starych wzorców zachowań.

2. Jezus jest wewnętrznie wolny od „ego”, które dąży do umieszczania siebie w centrum. Pieniądze, władza sława nie są dla Niego ważne. Czuje się wolny, dzięki czemu może powiedzieć to, co czuje. Nie musi się liczyć z tym, jak będzie oddziaływał na ludzi albo jakie konsekwencje pociągną za sobą Jego słowa i czyny. Jest też wolny od pragnienia, żeby za wszelką cenę zdobyć uznanie, zaszczyty, chwałę, bo wie, że nie przedstawiają wielkiej wartości.

3. Jezus jest w pełni mężczyzną czystym, prawdziwym i nienaruszonym. Emanuje czymś pierwotnym i jasnym, ponieważ  ma kontakt ze swoją prawdziwą istotą. Jest zakorzeniony w Bogu. To uwalnia Go od lęku przed opuszczeniem i śmiercią. Jezus spoczywa w Bogu, który jest w Nim, czyli ostatecznie w sobie. Nie daje się zastraszyć, onieśmielić, ani zapędzić w kozi róg. Jest nieprzekupny i bezinteresowny w miłości.

Te trzy aspekty są cechami prawdziwego mężczyzny, bez obawy mówiącego to, co myśli; zawsze występującego z mocą, obok którego nie można przejść obojętnie, nie zarażając się jego dynamizmem bądź nie konfrontując z nim. 

Moc przyciągania

Gdy nie będzie lasów, wyciętych piłami w muskularnych męskich dłoniach; gdy nie będzie drzew a ptaki nie będą miały na czym usiąść, aby śpiewać; gdy nie będzie ptaków, bo zostaną złapane w podstępne, męskie sidła; gdy poza zimną stalą i kalkulacją kolejnych zdobyczy nie będzie już niczego

pozostanie moc przyciągania…

Ostatnia szansa ludzkości.

Moc przyciągania, moc przeżycia dojmującego smutku, transformująca moc wewnętrznego bólu, moc skurczu macicy, wydającej nowe życie – Kobieca Moc.

Kobieca Moc jest mocniejsza od męskiej mocy, która potrafi tylko zagarniać, zdobywać, miażdżyć, żądać, oczekiwać, argumentować, zabetonowywać kolejne ludzkie serca.  

Męska moc zdobywania jest niszcząca. Naprzeciw niej, niczym wiosenne kwiaty po złowrogiej zimie, często niepostrzeżenie pojawia się kobieca moc przyciągania – ostatnia szansa ludzkości. Jak przebiśnieg przebija się przez lodowy pancerz, tak moc przyciągania rodzi nowe z niczego.

Gdy nie będzie lekkości, przygniecionej technokratycznym porządkiem życia; gdy zabraknie uśmiechu, bo nikt nie będzie miał odwagi być sobą; gdy zamilknie ostatnia orkiestra, ponieważ taniec będzie zmarnowaną energią; gdy poza czipem pod skórą i algorytmami władzy nie będzie już śmiechu

pozostanie moc przyciągania…

Ostatnia szansa ludzkości.

Moc przyciągania przez kobiecą energię, płynącą od ziemi przez biodra i brzuch ku sercu. Moc zuchwałego tańca kobiecych bioder i rozfalowanych piersi, które naprawiają wszechświat energią nowego początku.

Ostatnią szansą ludzkości jest kobiecy śmiech, spod pępka, głęboko osadzony w „komnacie łona”, w świętym laboratorium nowego życia. Ekstatyczny taniec wibrującego łona, transformującego energię słońca.

Męska energia jest niebezpieczna. Bezlitośnie wypala żyzną ziemię, nie pozostawiając nadziei na wytchnienie w cieniu wysuszonego drzewa. Odbijając się w księżycu, łagodnieje jednak. Gdy słońce trafia w księżyc, powstaje noc, alkowa Kochanków, ofiarowujących sobie świętość; komnata gwiazd, pełna dźwięków i zapachów miłości. Delikatnie uśmiechnięta, milczy o słowach, wypowiadanych oddechami ust.

Kobieca moc przyciągania, łagodna, a mimo wszystko niewyobrażalnie skuteczna, nie wjeżdża w ludzki świat na ogierze, powalając przeciwników na ziemię, aby pokazać swą potęgę. Cichutko podróżuje przez ludzkie wioski i miasta, kuchnie i sypialnie, uśmiechnięta sercem, siedząc na osiołku, źrebięciu, dzidziusiu oślicy, która jeszcze nie poznała ciężaru męskiej, dominującej mocy.

Gdy przeminie czas męskiej mocy zdobywania – na osiołku wjedzie w nasz świat kobieca moc przyciągania, skuteczna czułością. Z miłości stworzy nowego człowieka.

Panie, dbajcie o swoją moc!

Nie uczcie się męskiej mocy zdobywania, bo wszyscy stracimy nadzieję, mężczyźni też.

Śmiejcie się łonem, tańczcie biodrami, cieszcie się sercem. Zachwycajcie się  swoim pięknem. Stwarzajcie wszystko z miłości.

Niczego nie musicie zdobywać, a i tak macie wszystko!

Po staremu nie znaczy lepiej

Każdy z nas zmuszony jest każdego dnia, tygodnia, miesiąca i roku podejmować wiele decyzji. Niektóre z pozoru nie mają większego wpływu na teraźniejsze i przyszłe życie, inne wydaje się, że tak. Bo, czy może równać się decyzja o wyborze soku pomarańczowego, bo o ten sam poprosili pozostali pasażerowie przedziału kolejowego, z rezygnacją z przeprowadzki, która była związana z nową ofertą pracy? Ze względu na skutki te decyzje rzeczywiście z pozoru wszystko różni, tymczasem ze względu na przyzwyczajenia i styl życia, który w sobie utrwalamy, obie negatywnie determinują nasze życie.

Postaram się to udowodnić krótką wypowiedzią Mistrza z Galilei, który w ramach przypowieści o talentach rzekł: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę; …” (Mt 25,21). Człowiek mianowicie może liczyć na coraz szersze perspektywy i satysfakcjonujące go efekty dotychczasowej działalności, jeśli konsekwentnie realizuje określoną strategię, której musi być wierny we wszystkim, także w tym, co małe, wręcz maleńkie i niepozorne w porównaniu z tym, o czym marzy i czego pragnie.

Nie można tak prostu, bez żadnych konsekwencji, podejmując codziennie wiele mało znaczących decyzji, realizować strategię naśladuj innych albo wszystko, jak dawniej, albo lepiej nie ryzykować, a spodziewać się skokowej zmiany jakości życia w postaci dobrobytu, pomyślności czy satysfakcjonującego stanowiska. To najzwyczajniej w świecie jest  niemożliwe i wiedział o tym także Nauczyciel z Galilei.

Wydaje się, że strategie minimalistyczne, których przykłady podałem wyżej, są zakorzenione w ewolucji. Naśladując innych przy wyborze soku, po pierwsze minimalizujemy niebezpieczeństwo zatrucia bądź wyboru niedobrego pożywienia, po drugie zachowujemy się podobnie do dziecka, które naśladując rodziców, szybko uczy się samodzielnego funkcjonowania w świecie. O ile jednak dziecku ta strategia do pewnego momentu służy i zapewnia pozytywne skutki, o tyle dorosłemu we współczesnym świecie, zmieniającym się w szalonym tempie, już niekoniecznie. Nie ulega wątpliwości, że nie tylko ze względu na postępującą globalizację, wybór tej strategii jest niebezpieczny.

Jeszcze bardziej niebezpieczne robi się wówczas, gdy ktoś żyje zgodnie z zasadą wszystko, jak dawniej. Naprawdę nie powinniśmy się dziwić, gdy wpadamy wówczas w pułapkę, przez psychologów zwaną pułapką utopionych inwestycji. Wielu z nas trzyma się bowiem kurczowo tego, na co raz się zdecydowali, obawiając się, że gdy dokonają zmiany, nagle poprzedni wybór okazałby się słuszny, ale niestety będzie już za późno. Kryje się za tym pogląd, że włożony w coś wysiłek musi się opłacać i nie może się zmarnować. Tymczasem jest on nieprawdziwy, mylny i nieużyteczny. W życiu bywa tak, że często angażujemy się w coś, co po jakimś czasie okazuje się całkowicie chybionym przedsięwzięciem zawodowym, społecznym czy emocjonalnym i trzeba z niego jak najszybciej zrezygnować, nie licząc strat, aby tylko móc zacząć nowy projekt.

Poza tym wybierając strategię minimalistyczną, która pozornie wydaje się rozsądna, bo asekuracyjna i zagrożona mniejszym ryzykiem straty, w istocie rzeczy tracimy olbrzymi potencjał i to bynajmniej nie w sferze, którą strategia obejmuje, ale w innej, decydującej o przyszłym życiu, a mianowicie w sferze ducha. Utrwalamy bowiem asekuracyjne wzorce zachowań i lękliwy sposób życia, co w efekcie prowadzi do tego, że podejmując rzeczywiście strategiczne i najważniejsze decyzje, nie potrafimy przekraczać samych siebie i zachowujemy się jak dotychczas, rezygnując z szans. Tymczasem aspiracje w nas pozostają, a oczekiwania pod adresem przyszłości nie maleją, w związku z czym coraz bardziej gorzkniejemy i w dłuższej perspektywie czasowej tracimy nawet szacunek do samych siebie.

Kto chciałby to zmienić, powinien przeanalizować nawet swoje standardowe formuły grzecznościowe, którymi posługuje się na ulicy podczas powitań. Jakże często brzmią one mniej więcej w ten sposób: Co u Ciebie? No wiesz, po staremu. A to dobrze. No to cześć i powodzenia. Otóż ciężko oczekiwać powodzenia, skoro życie ma pozostać po staremu i sobie tego życzymy. Po staremu naprawdę nie znaczy lepiej, aniżeli po nowemu. Owszem, to, co nowe może zaskoczyć nieprzewidywalnością zaistniałych sytuacji i rozwiązań, ale i tak w perspektywie życia zawsze będzie dla nas lepsze od tego, co jest stare. Do rozwoju może zmusić tylko zmiana, a przecież bez rozwoju człowiek nie ma co liczyć na lepszą przyszłość.

A poza tym najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zmiana zawsze dzieje się w jakimś związku i napięciu z wiarą. Ludzie małej wiary mają silniejszy lęk przed zmianami i boją się, że nie poradzą sobie z ich konsekwencjami. Często dzieje się tak dlatego, że pomyślność i szczęście uzależniają od swoich umiejętności i zachowań. Siłą wiary w Bożą obecność i prowadzenie nie potrafią zminimalizować negatywnych przeczuć, które podpowiadają im, żeby nie angażować się w nowe przedsięwzięcia. Przeczucia są wytworem rozumu, który jest zachowawczy a swoje sądy tworzy w oparciu o doświadczenie.

Tymczasem wiarą warto wesprzeć ducha i zaangażować się w zmiany, które otwierają przed nami nowe perspektywy. 

Sowtware życia

Jeszcze inne (ziarna) padły na dobrą ziemię, i wydały dobry owoc, jedne stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.  Kto ma uszy, niechaj słucha” (Mt 13,8n)

Dlaczego źle się czujemy? Pozostajemy w napięciu, chociaż wcale nie musimy uciekać, ani się bronić. Bardzo często winne są wspomnienia, które demolują nasze życie. Dobre wspomnienia są błogosławione, ale nawet one nie powinny decydować o kolejnych nocach i dniach, a cóż powiedzieć o złych? Są jak błąd oprogramowania, który wdarł się w serce, umysł i komórki ciała, uniemożliwiając zdrowe i twórcze życie.

Dzieje się tak, ponieważ we wspomnieniu, które jest obrazem, zapisało się negatywne doświadczenie, może emocja, którą wyzwalamy za każdym razem, przywołując wspomnienie. Jeśli ktoś nas skrzywdził, a my wspomnieniami powracamy do tamtego wydarzenia, wówczas uruchamiamy destrukcyjne działanie stresu. Zaczynamy chorować, tracimy radość życia, czujemy się coraz mniej szczęśliwi. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że winien jest kolor pomieszczenia, w którym przebywamy, ponieważ wspomnienie, niczym w kadrze, zatrzymało w nas kolor ubrania człowieka, który wyrządził nam zło.

Żeby doświadczyć uzdrowienia, odmienić sposób myślenia a życiu nadać nowy smak, należy zacząć od uleczenia wspomnień, czyli obrazów, które są niczym sowtware naszych serc i komórek. Często wystarcza podstawowe działanie, jakim jest odpuszczenie winy, człowiekowi winnemu wobec nas, żeby jak najszybciej odwrócić się od wspomnień ku przyszłości. Czytaj dalej Sowtware życia

Jezus nauczycielem asertywności

Ja jestem światłością świata; Kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota” (J 8,12)

Autor czwartej ewangelii często wkłada w usta Jezusa z Galilei słowa: Ego nimi (Ja Jestem), w którym Żydzi słyszeli nawiązanie do Bożego objawienia na górze Horeb. Bóg dał się wówczas rozpoznać, mówiąc o sobie: Jestem obecny, aby was ratować. W życiu Jezusa to Ja Jestem realizuje się w sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Tym stwierdzeniem Jezus wyraża, że jest tym, kim jest, i że definiuje się ze swojego punktu widzenia, a nie z punktu widzenia innych, ani prostych ludzi, ani pobożnych faryzeuszy, ani uczonych w Piśmie. Jest sobą. Ma odwagę być sobą bez względu na opinię innych. Jest jedyny w swoim rodzaju. Jest po prostu kimś, kto jest dla innych.

Wielu z nas jest przekonanych, że tradycyjny model życia, polegający na wyrzeczeniu się samego siebie, i współczesną modę na samorealizację, dzieli przepaść nie do zasypania. Zwłaszcza tym spośród nas, którzy głęboko wierzą w ogólnoludzki i nieprzemijający sens chrześcijaństwa, z największym trudem przychodzi słuchanie o realizowaniu samych siebie. Zdziwieni pytają, czy wstępnym warunkiem naśladowania Jezusa nie jest wyrzeczenie się samego siebie? Jak mogę naśladować Mistrza, jeśli za wszystkich sił będę starał się być sobą?

Zapewniam, że ten rodzaj myślenia, przeciwstawiający samorealizację i wyrzeczenie się siebie, jest jednym z największych błędów chrześcijańskiej teologii, skutkującym w praktyce milionami nieszczęśliwych i niespełnionych ludzkich istnień. Ostatecznie zbyt wielu spośród nas zamiast składać życie w dobrowolnej i niepowtarzalnej ofierze miłości z własnego, osobowego potencjału, stawało się ofiarą losu, w mniejszym bądź większym stopniu wykorzystywanym przez złych ludzi i świat. Czytaj dalej Jezus nauczycielem asertywności

Dlaczego się męczysz?

Życie wydaje Ci się męczące. Męczy Cię nauka w szkole, praca, związki i relacje.  Męczy nawet religijne życie. Musisz iść do kościoła, modlić się i wciąż wyrzekać świata. Musisz żyć w cnocie i stawać się coraz bardziej doskonałym.

W efekcie zmęczone są już nastolatki. Dopada ich apatia i życiowy letarg. Doświadczają depresji i mają dość życia. Chcą umrzeć albo uciec ze świata z nadzieją na lekkość bycia.  Trzydziestolatkowie są zmęczeni pracą po pierwszych pięciu latach, a małżeńskim związkiem po siedmiu. Wszystko jest męczące.

Zastanawiałeś się nad tym dlaczego tak się dzieje? Myślisz, że zmęczenie jest rzeczywiście naturalnym stanem istnienia? Wydaje Ci się, że trzeba to jakoś przeżyć, aby potem, kiedyś,  odpocząć od życia?

A zauważyłeś, że wśród wszystkich stworzeń męczą się tylko ludzie i ewentualnie te zwierzęta, które męczy człowiek? Zmęczenie nie jest naturalnym stanem istnienia, a wręcz odwrotnie, lekkość i szczęście. Kto więc Cię męczy? Męczy Cię umysł, który stale podpowiada, że nie masz powodu do szczęścia i spotkała Cię niedola. To dlatego sądzisz, że Twoje niebo jest zawsze gdzie indziej, ale nigdy razem z Tobą. Dlatego żyjesz w stanie rozdwojenia i to Cię męczy, a nie życie samo w sobie.

Bo, gdy jesteś przekonany, że spotkała Cię niedola, wtedy jesteś rozdwojony, a przecież masz na to wiele racjonalnych dowodów, które produkuje niezmordowany umysł. Niedola dzieli istnienie na Ciebie i coś Tobie przeciwnego. Umysł podpowiada, że musisz walczyć, starać się coś zmienić, wyjąć cierń, którego nigdy sobie nie życzyłeś. Więc cierpisz w nadziei, że jutro już tak nie będzie i walczysz. A skoro walczysz, więc się szybko męczysz!

Oszukujesz się! Czy pamiętasz wczoraj? Przecież ono było dokładnie takie samo, pełne niedoli i naiwnego przekonania, że jutro wszystko zmieni. Tymczasem jutro stało się dziś, które jest dokładnie takie samo, jako to dziś, które już zdążyło stać się wczoraj. Nic się nie zmieniło, a niedola trwa. W podobny sposób będą nastawać kolejne jutra, które będą stawać się kolejnymi wczoraj. Ty zaś będziesz coraz bardziej zmęczony nie życiem i pracą, ale sobą i czekaniem na coś, czego nigdy nie spotkasz, nie przeżyjesz i nie otrzymasz, ponieważ nie postanowiłeś być zadowolonym, radosnym i szczęśliwym.

Pamiętaj, że Twojej niedoli, jak powietrza, potrzebuje Twój umysł, żeby Cię oszukiwać, udowadniając, że jest Ci bardzo potrzebny w rozwiązywaniu życiowych problemów. Wmawia Ci, że nie możesz być szczęśliwy i wypoczęty, ponieważ racjonalnie podchodzisz do życia. A może czasem  byłoby warto odwrócić ów porządek wynikania? Pomyśl, czy nie jest raczej tak, że dlatego jesteś zmęczony i nieszczęśliwy, bo żyjesz i postępujesz racjonalnie? Pomyśl, czy nie męczy Cię Twój umysł, który skradł Ci prawo do lekkości, radości i szczęśliwego życia?

Niedola zawsze potrzebuje jakiegoś powodu, więc Twoje życie jest rozdwojone. To niedola, której autorem jest Twój umysł, tworzy powody: „Dziś mam żałobę, jak mogę być szczęśliwy? Dziś straciłem pracę, wiec jak mogę być szczęśliwy? Dziś zostałem zdradzony, więc jak mogę być szczęśliwy? Dziś mam za mało pieniędzy, więc jak mogę być szczęśliwy? Muszę mieć piękną żonę, przystojnego męża, zdolne dzieci, itd., itp”. Nieszczęśliwy umysł potrzebuje zatem czasu, aby coś się odmieniło, ale czas mija, a powody pozostają.

Szczęście tymczasem nie potrzebuje żadnego powodu i jest czymś, co trwa niezależnie od czasu i poza nim. Jeśli człowiek postanawia być szczęśliwym, to po prostu zaczyna nim być. Szczęścia nie można spowodować! Jeśli szukasz powodów do bycia szczęśliwym, raczej na pewno staniesz się głęboko nieszczęśliwy. Szczęście nie zależy od przyczyny i skutku, ale od decyzji. Nie czekaj, nie organizuj, nie zarabiaj, nie zmieniaj, nie poprawiaj. Po prostu uwierz, że niczego nie musisz, bo jesteś w stanie być szczęśliwym takim, jakim jesteś, i mając to, co masz.

Szczęście nie potrzebuje powodu, ale codziennego nawyku cieszenia się życiem i tym, co człowiekowi zostaje darowane. Wystarczy w to wejść, zauważyć i zacząć tym się cieszyć. Wtedy przychodzi lekkość a zmęczenie ustępuje. Kto dziś się cieszy i nie narzeka nad swoją niedolą, jutro będzie chciał i potrafił cieszyć się jeszcze bardziej. W ten sposób lekkość i radość stają się nawykiem, bo im bardziej ćwiczymy to, do czego jesteśmy zdolni, tym lepiej z dnia na dzień nam to wychodzi.

W szczęściu nie ma rozdwojenia, bo nie ma powodu poza Tobą. Szczęściem jesteś sam dla siebie. Szczęście to stan jedności z sobą i życiem, czasem i wiecznością, światem i Bogiem. W szczęściu znika umysł, który już niczego nie musi, więc Cię nie zniewala.

Znika też zmęczenie, bo nic nie może Cię zmęczyć.

Przestań żebrać

Przypatrz się ulicznym żebrakom. Co prawda udaje im się wyprosić kilka groszy na przetrwanie, tylko czy w tym samym czasie nie mogliby zarobić więcej? Stworzyć dzieło życia, które stałoby się niekończącym się źródłem chleba?

Przypatrz się żebrakom na ulicy. Zauważyłeś, jak wielu z nich ciężko chodzi? Niektórzy już w ogóle bez podpór nie są w stanie się poruszać. Kto żebrze, musi przystanąć, unieruchomić się. Nogi przestają mu być potrzebne. Nauczył się wyciągać ręce i łkać nad swoją niedolą. 

Żebracy zatrzymują się, żeby zawodzić, budzić litość, próbować jakoś przeżyć kolejny dzień. Zapomnieli o nogach i wdzięczności. Oduczyli się ruchu i tworzenia. Budzą litość tym, że nie potrafią iść ku przyszłości.

Żebrak stoi i liczy na pomoc. W tym samym czasie na swoich zdrowych nogach Król jest  w drodze i spożywa swój chleb w gronie przyjaciół. W trakcie posiłku przygrywają muzycy, piękne Kobiety zapraszają do tańca, przystojni Mężczyźni dają poczucie bezpieczeństwa swoim zrelaksowanym sposobem zachowania. Wszyscy się śmieją.

Zastanów się, czy nie tracisz życia na żebranie? 

Prosisz o pracodawcę o chleb? Wyciągasz dłonie po kilka groszy? Dlaczego to robisz? Zatrzymałeś się w rozwoju i nogi przestają Ci być potrzebne. Nie wyciągaj rąk. Masz nogi! Zmień pracę. Naucz się nowych umiejętności i rozwijaj się. Bądź w drodze. Bądź Królem, nie Żebrakiem.

Prosisz znajomych albo koleżanki w pracy o akceptację? Drżysz, gdy wypowiadasz kilka myśli, które nie są zgodne z przekonaniami większości?  Boisz się wykluczenia za poglądy i upodobania? Nie wyciągaj rąk. Masz nogi! Zmień środowisko, które Cię nie akceptuje. Nie bój się samotności, ale idź. Oni zatrzymali się i stoją. Za kilka lat wrosną w ziemię i będą leczyć nogi. W tym samym czasie Twoje – zdrowe – poniosą Cię ku cudownej przyszłości. Bądź Królową, nie Żebraczką.

Żebrzesz o miłość swego Małżonka, ponieważ boisz się, że nie dasz sobie rady sam(a)? Żebrzesz o miłość swojego Dziecka, ponieważ boisz się starości? Prosząc, przegapiasz cuda, które są Ci dane i już dostępne. Zamiast prosić, naucz się widzieć. Zajrzyj wreszcie do swego wnętrza, a znajdziesz tam Króla wszystkich Królów, Królową wszystkich Królowych.

Porzuć swoje lęki i bzdury o tym, że bez pomocy, akceptacji i obecności innych zginiesz. Zaakceptuj siebie i swoje życie od zaraz. Nie sądź, że nie dasz rady. Masz nogi, aby wyjść i z wiarą iść ku piękniejszemu i lepszemu.

Czy widzisz, że żebracy najczęściej proszą innych o pomoc, ale oni są takimi samym żebrakami? Żebracy proszą żebraków. To jest handel a nie tworzenie. Pomyśl, że skoro żebrzą, nie mają niczego ciekawego, co mogliby Ci dać.  Skoro Ty żebrzesz, co możesz im dać? Każdy każdego prosi o wzajemne uznanie, miłość i chleb.  Zobacz tragizm tej sytuacji.

Pozwól sobie na odrobinę świadomej uważności i chwilkę świadomego życia, a wszystko może się zmienić. Porzucisz życiowe żebranie o chleb, akceptację i miłość. Zaczniesz używać nóg. One Cię na pewno nie zawiodą. Nie będą opuchnięte, stawy nie będą boleć, a w kostkach nie zbierze się woda. Twoje nogi będą zdrowe, jak Twoja dusza. Będą uśmiechnięte i radośnie poniosą Cię ku kolejnym dniom. 

Póki żyjesz tańcz i skacz z radości. Oddychaj z błogością, śpiewaj, kochaj i módl się. Gdy się zmienisz i zmieni się Twoja świadomość, bo staniesz się Królem (Królową), odczujesz ogromne szczęście. Doświadczysz całkowitej wolności bycia sobą. Już sama myśl i odczucie „Ja Jestem” jest tak wielkim błogosławieństwem, że niczego więcej nie będziesz potrzebował (a), ale właśnie wtedy otrzymasz wszystko.

„Ja Jestem” – w tym zawiera się cały taniec egzystencji, śpiew wolności, radość podróżowania. „Ja Jestem” – w tym odkryjesz Boga!

Ze swojego Boga nie czyń żebraka. Dostrzegaj swoją boskość. Wtedy nie będziesz musiał(a) niczego osiągać. Wtedy będzie Ci potrzebne tylko to, żeby zacząć żyć. Zaczniesz tworzyć własny chleb… .

Jesteśmy uniewinnieni

Kto chodziłby do spowiedzi, gdyby nie było winnych?

Kto wyznawałaby a kto słuchałby i odpuszczałby? Kto nad kim miałby wtedy władzę?

NIKT!

Kto co tydzień płaciłby swoją dolę psychoterapeucie, gdyby nie było winnych? Kto odpowiadałby na pytania, w miejsce których natychmiast pojawiają się dziesiątki nowych?

NIKT!

Kto miałby niskie poczucie wartości i nie potrafiłby cieszyć się życiem, gdyby nie było winnych? Kto czułby się upodlony i zmanipulowany, a kto miałby z tego korzyści mentalne i emocjonalne?

NIKT!

Dwa tysiące lat temu w Małej Azji wybuchła Wielka Afera i usłyszano Dobrą Wiadomość o tym, że jesteśmy uniewinnieni. Miała dotrzeć do krańców ziemi i do głębin każdego serca, ale niestety nie udało się. Gdy mistycznego charyzmatyka zabito na krzyżu, jego uczniowie zamiast modlić się o Ducha, aby doświadczyć w Nim tej samej mocy nowego i wolnego życia, w którym absolutnie wszystko jest możliwe, ponieważ ludzkiej duszy nie wyniszcza poczucie winy za porzucenie starych struktur i schematów, rytuałów, zachowań i przekonań, zaczęli wszystko wyjaśniać, racjonalizować i układać w logiczne ciągi sylogizmów.

Wolność skończyła się prawie tak szybko, jak ekspresowo pojawiła się dzięki Jezusowi z Galilei. Mistyka zastąpili rytualiści; irracjonalnego Mistrza zastąpili racjonalni nauczyciele; hipnotycznego Syna Człowieczego marne kopie.

Trzeba było znowu ponownie uaktywnić poczucie winy, żeby ludzi mieć w kupie, w korporacji. W miejsce owiec, idących za głosem Mistyka, Mistrza, Syna Człowieczego, stworzono kolejne stado ogłupiałych i wystraszonych owieczek, potulnie wypełniających moralne, racjonalne, poprawne pouczenia mądrych nauczycieli. I tylko nielicznym udaje się obudzić w środku nocy, aby uciec ku światłu wolności.

Na szczęście nie zapomnieliśmy Dobrej Wiadomości, że nie ma już winy! Wraz z Jezusem, ostatnim uznanym za winnego, została przybita do krzyża. Nikt, nigdy i nigdzie nie ma podstaw sądzić, że jest komuś coś winny.

Od dwóch tysięcy lat świat odmienia bezwarunkowa miłość, której nie jest potrzebna waga sprawiedliwości, zasługa ani poczucie winy. Ponieważ jest miłością, więc daje się i nie stawia warunków. Nie wykorzystuje i nie manipuluje. Nie strąca człowieka do krainy śmierci i ciemności, wmawiając mu, że musi zapłacić, odpokutować, uczynić zadość.

Słuchajcie wszyscy, którzy macie się źle, bo Was nikt nie kocha bezinteresownie, ale za Waszą energię emocjonalną, której ktoś potrzebuje, żeby realizować swoje egoistyczne cele! Nikomu nie jesteście nic winni!  Sami wobec siebie też nie czujcie się winni. Poczujcie odświeżający powiew Ducha wolności, w którym możecie wołać do Boga: Tato/Mamo, dzięki, że jestem piękny i cudowny, a moje życie jest najpiękniejszym darem.

Winą zostaliście przygwożdżeni do przeszłości, do struktur, schematów, ról do spełnienia i ofiar do poniesienia. Wszystko dla innych, a nie dla waszego dobra.

Wina jest kategorią społeczną, zaś budzenie poczucia winy jest sposobem na manipulowanie człowiekiem i podczepianie się do jego energii. Dość tego. Koniec z tym!

Jest natomiast grzech. Każdy z nas jest grzesznikiem. Grzech jest nieprawdą o nas, zepsutą myślą, fałszywym krokiem, chybionym wysiłkiem, brakiem życiowego sensu, zmarnowanym dniem. Grzech jest intymny, dlatego znasz go jedynie Ty i Bóg. O grzechu myślisz, bo nie pozwala Ci być szczęśliwym w codziennym życiu. Czujesz, że uniemożliwia Ci sensowne bycie teraz i tutaj, więc z jego powodu miotasz się pomiędzy tym, co było, a tym, co może być. Grzech zna Bóg i słyszy Twój krzyk rozpaczy. Nie potępia Cię, ale pomaga trafić w cel. Z miłością i czułością prosi Cię: Uwierz! Wiara czyni cuda. Ona jest Twoim zbawieniem.

Uczmy się nagości

Uczmy się nagości…

Boimy się jej, podejrzewając o perwersję, dewiację, brak norm, a tymczasem ona jest jedyną, prawdziwą normą.

Przypomnijmy sobie Ogród Życia. Ewa z Adamem nadzy dla siebie, wobec siebie i przed Duchem Życia, który wieje pomiędzy kwiatami, wzmagając eteryczność i sensoryczność życiowego doświadczenia.

Zwiedzeni bodźcem racjonalizmu, logiki umysłu, który wmawia, że dobrze jest znać dobro i zło, odkrywają potęgę lęku. Dotąd piękni w swej nagości, czerpiący energię miłości z samego źródła, którym jest bycie darem dla drugiego, w mgnieniu oka stają się neurotykami, którzy boją się wszystkiego i wszystkich.

Gdy znika nagość, kończy się szczęście. W to miejsce pojawia się umysł, kochający dwoistość, nawet wielobiegunowość; rozbijający nas o brzegi egzystencji, które sam nieustannie tworzy. Rajski wąż uosabia naszą koncentrację na przeżyciu z lęku przed głodem: „Zerwij owoc, najedz się. Przecież jest piękny i godny smakowania” oraz seksie, który odtąd nie jest splotem dwóch dusz, węzłem energii dwóch miłości, ale już tylko biologiczną potrzebą przedłużenia gatunku.  

To umysł tworzy bieguny, brzegi życia, w które z impetem uderzamy, rozbijając się w drobny mak. Gdy pojawia się lęk, potężniejący każdym dniem w postaci neurozy, po drugiej stronie musi pojawić się erotyzm, który nie cieszy; nie obdarowuje; nie nasyca; nie wzmaga energii, ale ją zabiera, degradując drugiego do roli stymulatora przyjemności.  

Gdy znika naturalna nagość, stajemy się erotyczni albo neurotyczni, a życie zaczyna przypominać dramatyczny rollercoaster. Odbijamy się raz od jednego brzegu, raz od drugiego, nie potrafiąc spokojnie płynąć środkiem rzeki życia.

Brzegi są potrzebne, dlatego warto znać ich energetyczny potencjał. Zrozumieć, że bez nich rzeka nie płynęłaby ku celowi, a życie zaczęłoby przypominać śmierdzącą, zepsutą wodę w zastanym zalewie. Życie musi spokojnie płynąć, niczym woda pomiędzy brzegami, aby nie zaczęło się psuć i cuchnąć.  

Uczmy się nagości…

Powracajmy do rajskiego doświadczenia, w którym nie ma bodźców pożądania i lęku…. One nie istnieją obiektywnie, same w sobie nie są bytem ani rzeczywistością. Są wytworami naszego umysłu, który przejmuje nad nami kontrolę. Nie ufajmy mu naiwnie. Głębiej, w nas, w sercu ukryte jest prawdziwe życie, które ufa i kocha. Serce zawsze jest nagie, prawdziwe, szczere. Ono nie zna dwoistości. Brzegi tworzy umysł. Rzeka życia płynie z serca. Ale płynie tylko wtedy, gdy brzegi nie stają się ważniejsze od źródła, nurtu i ujścia.

Uczmy się nagości…

Uczmy się życia bez pożądania i lęku, czyli bez bodźców, które tworzą cierpienia. Nie pożądajmy dla przyjemności . Bądźmy darem miłości, czystą, niczym nieuwarunkowaną energią życia. Nie bójmy się miłości i miłowania, czyli erotycznego napięcia, ruchliwego, instynktownego seksu, który tworzy energię sukcesu i zadowolenia.

Uczmy się nagości….

Bądźmy piękni swą naturalnością, szczerością, brakiem maski. Nie udawajmy super Kochanki i super Kochanka. Nie bójmy się odrzucenia i nieudanego seksu. Nie pożądajmy tylko po to, aby sobie coś udowodnić…

Ucz się nagości….

Takiej codziennej nagości się ucz!!! 

Gdy przestaniesz się bać i zniknie w Tobie pożądanie, staniesz się życiowym nudystą. Przestaniesz się wstydzić i poczujesz cudowny smak każdego dnia. Twoja nagość będzie oznaczała, że pozbyłeś się bodźców cierpienia. Już niczego nie musisz, ani przed niczym nie uciekasz.

Po prostu znowu jesteś takim, jakim stworzył Cię Bóg. Powróciłeś do Ogrodu Życia. Przypomniały Ci się smaki i zapachy. Czujesz wiatr, a więc On gdzieś tutaj jest, blisko Ciebie, jako Duch Miłości i Życia.

Jesteś znowu szczęśliwy sobą i każdym dniem.

Ziemia to szkoła samotności

Komu i na co potrzebne są wszystkie nasze wygibasy?

Próbujemy wyglądać, znaleźć miejsce na ziemi, zbudować dom, zdobyć stanowisko, próżne „ego” chce nasycić się sławą i chwałą, miotamy się….

Robimy pozy, uwodzimy… Raz dyskretnie dajemy znać, że mamy ochotę na spojrzenie, innym razem rozpaczliwie rzucamy na szyję przechodnia, ekspedientki, trenera, małżonka i krzyczymy: KOCHAJ MNIE.

Każdy nasz ruch, krok, zakup, wysiłek, erotyczny spazm…. Każde mrugnięcie okiem, każde uderzenie serca, każda kolejna porcja kortyzolu i adrenaliny we krwi – wszystko woła o miłość. Oksytocynę też wymyślono z tego samego powodu: PRZYTUL MNIE.

Gdzie podziała się miłość, skoro teolodzy mówią, że Bóg stworzył świat z miłości?

Jeśli jest prawdą, że On jest miłością, to albo coś Mu nie wyszło i stanowczo za mało dodał siebie do tej ziemnej papki, z której stworzył człowieka, albo ta Jego miłość wcale nie jest tak idealnie skoncentrowana. Jakby za mały procent miłości był w tej Jego miłości?

Życie to krzyk o miłość.

To jeden wielki krzyk rozpaczy, żeby nie być samemu; żeby ktoś zrozumiał; żeby nie było trzeba samemu patrzeć w nieskończoność oceanu i próbować usłyszeć melodię wiatru.  

Wszędzie pełno par. Ludzie trzymają się  za ręce, wokół gromady dzieci. Uśmiechnięte rodziny na wakacjach pochłaniają kolejne porcje lodów. Po chole…. im ten cukier, skoro się kochają? Tato, o czym myślisz, idąc nadmorskim deptakiem, pełnym podobnych Tobie klonów,  z gromadką być może Twoich dzieci, których usta wypchane są kolejną porcją cukru? Liczysz grosze, czy wystarczy ich do końca wakacji? Czy może jesteś w jakimś swoim niebie? Mamo, która już piąty raz, w swoim krótkim, trzydziestoletnim życiu, próbujesz zrzucić pięć kilogramów, gdzie jest Twoje serce, gdy szarpiesz dzieckiem, krzyczącym o kolejnego loda? Jesz coraz mniej, a wokół Ciebie coraz więcej zbędnych kilogramów. Myślisz, jak to możliwe? Twoje dziecko też potrzebuje coraz więcej cukru, chociaż jesteś z nim na wakacjach. Potrafisz to połączyć?

A może……?

A może życie na ziemi jest próbą więzienia dla dusz, aby nauczyły się samotności?

Może wszyscy musimy przejść tę szkołę? Przyszliśmy na ziemię, żeby nauczyć się samotności w tłumie, w związkach, rodzinach….? Na wspólnych wakacjach i podczas orgazmu?

Wszędzie rozdzierający krzyk o miłość, jak z więziennych cel, gdzie próbują przeżyć dożywotnio osadzeni.

Oddzieleni od siebie mięsem ludzkich ciał, nasiąkniętych trucizną, pochodzącą nie tylko ze śmieciowego pożywienia, no i cukrem, zastępującym miłość, próbujemy jakoś się znaleźć, namierzyć, dotknąć, zrozumieć…. Wciąż próbujemy, a mimo tego z dnia na dzień jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, zagłuszeni krzykiem pustki w nas, osaczeni tłumem, oddalonym o tysiące lat świetlnych od naszych serc.

Marny to trud, te wszystkie nasze życiowe wygibasy, kłamstwa małe i duże.

Nie okłamuj się. Przyszedłeś na ziemię, aby nauczyć się samotności w tłumie; miłości do samego siebie, chociaż nie kocha Cię nikt; szczęścia, którego nie da podzielić się na dwie słodkie połówki. To ciastko do końca musisz zjeść sam.

Gdzieś tam, w przestworzach, w światach równoległych, na dalekiej galaktyce, gdzie serce przenika serce, Twoja dusza postanowiła przyjść na ziemię, aby zamieszkać w więzieniu. Chciałeś nauczyć się samotności i kochania samego siebie w tłumie podobnych Ci, zrozpaczonych dusz.

Przypomnij to sobie!!!!  Uświadom jak najszybciej, póki jeszcze tu jesteś, aby lekcja nie poszła na marne. Dopiero wtedy stanie się cud i wyjdziesz z więzienia łez.