Uświęcenie poza murami – rozważanie na 29 marca

Dlatego i Jezus, aby uświęcić lud własną krwią, cierpiał za bramą. Wyjdźmy więc do niego poza obóz, znosząc pohańbienie jego. Albowiem nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy.                                 Hbr 13,12-14

W tak zwaną niedzielę sądu, przedostatnią czasu pasyjnego, a trzecią z rzędu ogólnopolskiej izolacji, musimy zmierzyć się ze słowami, które odwracają ziemski porządek rzeczy i pokazują marność naszej wiary. A jeśli uwzględnić jeszcze biblijne hasło niedzieli i rozpoczynającego się tygodnia, którym jest prośba psalmisty: „Bądź sędzią moim, Boże…”(Ps 43,1), sprawa robi się naprawdę poważna.

Prośba: „Boże, osądź mnie!” zapewne w dużej części populacji budzi uśmiech, być może nawet współczucie wobec nas, dobrowolnie proszących Boga o sąd, zwłaszcza, że jakby nie radził sobie z pandemią wirusa. Ufam, że nasz smutek w radość się obróci, ponieważ prowokuje nas do stawiania pytań i poszukiwania rozwiązań, sprzyjających wierze. Tymczasem pozostali okopali się za murami instrukcji, restrykcji, izolacji i są przekonani o swoim bezpieczeństwie.

Z punktu widzenia świata postępują rozsądnie. Na pustyni życia wybrali bezpieczne miasto, w którym skryli się, aby przeczekać. Ocalają życie, ale nie duszę. Ocalają zdrowie kosztem uświęcenia. Tymczasem Królestwo Boże to jednak coś większego i piękniejszego od ziemskiego życia i zdrowego ciała.

Uświęcenie duszy dokonuje się w akcie wyjścia poza mury.

1. Święty żyje za murami

Wszystko, co służy wierze, jest dla nas dobre, bo czyni nas świętymi, czyli zbawionymi i zdrowymi. Jezus nikogo nie uzdrowił w okolicy, z której pochodził. Szkoda, że ten szczegół ewangelicznej opowieści nie przemawia nam do wyobraźni. Wielu ludziom wydaje się, że specjalistą od cudownych wydarzeń jest Bóg. Stawiają Go pod murem, oczekując działania, jeśli jest Bogiem. W ten sam sposób upominano Jezusa z Galilei, który na takie roszczenia odrzekł: „Ród zły i cudzołożny domaga się znaku, ale znak nie będzie mu dany, chyba tylko znak Jonasza” (Mt 16,4).

Gdy nie ma wiary, Jezus jest bezradny. Nie potrafi przekonać inaczej, aniżeli własną śmiercią, w której jest aktywnym Panem nad mieszkańcami krainy mroków. Mimo wszystko śmierć nie pozbawia Jezusa chwały, ani mocy. Poddając się ludziom, oczekującym po Nim spektakularnych czynów: „Ty, który rozwalasz świątynię i w trzy dni ją odbudowujesz, ratuj siebie samego, jeśli jesteś Synem Bożym, i zstąp z krzyża (Mt 27,40), odnajduje jedyną możliwą drogę do ich serc, którą jest wejście w strefę cienia. Napełnia ją akceptacją, miłością, wybaczeniem, zrozumieniem, uspokojeniem i w ten sposób ratuje i wyprowadza z ciemności każdego człowieka, który teraz ma pretensję o brak cudów.

Kto wierzy swoim lękom, a ma problem z wiarą w moc Jezusa, sam siebie osądza, wydając się na pastwę własnych, wewnętrznych ciemności. Doprawdy sąd Boży na niczym innym nie polega. Sami siebie sądzimy, gdy nie ma w nas wiary, a Bogu stawiamy kolejne roszczenia i oczekujemy działania. Potępiamy się, ponieważ nie potrafimy zobaczyć prawdziwego Boga w sobie i pomiędzy nami. Zamiast świadomie działać, dokonując wyborów, wynikających z wiary działającemu w nas i przez nas Bogu, oczekujemy cudów, które nigdy się nie zdarzą. A ponieważ się nie zdarzają, dokonujemy sądu nad sobą, wyobrażając sobie Boży gniew, który karci nas z powodu naszych grzechów.

Bóg nikogo nie potępia, nie karze i nie wrzuca do ciemnych lochów, aby eksterminować. Będąc wieczną Miłością, „zakochaną w nas po uszy”, jest naszym adwokatem, wyprowadzającym na wolność świadomego myślenia i działania. Wolność zawdzięczamy wierze, czyli gotowości do wyjścia nawet z najbardziej niebezpiecznej sytuacji, o ile jesteśmy gotowi zmierzyć się z absurdalnością sytuacji i postanowić uczynić coś, wbrew logice, rozsądkowi i mądrości ludzkich mas.

Przypomnijmy sobie ap. Piotra, który został wyprowadzony na wolność pomimo tego, że spał między dwoma żołnierzami, był pilnowany przez dwóch strażników i został przykuty dwoma łańcuchami (Dz 12,6-10). Ponieważ posłuchał niedorzecznych poleceń anioła: „Opasz się i włóż sandały swoje. I uczynił tak. I rzecze mu: Narzuć na siebie płaszcz swój i pójdź za mną” doświadczył uwolnienia tuż przed egzekucją. Piotr zachował się wbrew podświadomemu umysłowi mas, tężejącemu lękami poprzednich pokoleń, korumpującemu brakiem wiary w siebie i licznymi kompleksami. A to właśnie on jest tą krainą ciemności, z której na wolność wyprowadza Miłość.

Jej obrazem jest warowny obóz, miasto otoczone murami. W mieście giniemy z braku tlenu. W kulturowo-religijnej symbolice miasto jest archetypem energii żeńskiej, wręcz macierzyńskiej. Jest niczym matczyne łono, z którego trzeba wyjść, aby się nie udusić.  Chociaż poród jest bolesnym i traumatycznym przeżyciem nie tylko dla kobiety, ale także dla dziecka, w określonym momencie jest jedynym działaniem, które ratuje przed śmiercią. Potem w okresie dorastania i dojrzewania wielokrotnie powiela się podobny proces, czyli ruch na zewnątrz, uwalniający z kochających, ale mimo wszystko zawłaszczających i przyduszających rąk matki, aż do zyskania autonomii i poczucia samodzielności.

Wychodzenie poza mury miasta, to rozsądny kierunek duchowego rozwoju, a często jedyny warunek zachowania życia. Jednak, aby wyjść poza mury potrzebujemy wiary! Tylko wiara uwalnia z niewoli, którą jest umysł mas, uwodzący poczuciem bezpieczeństwa wewnątrz warowni wspólnych przekonań, procedur, wysiłku, czyli z dominującej energii żeńskiej i macierzyńskiej. Gdzie wszyscy myślą tak sam, prawdopodobnie nie myśli nikt. Gdzie wszyscy tak samo reagują, prawdopodobnie nie działa nikt. Zbawienie nie nadchodzi, ponieważ nikt nie daje wiary słowom Jezusa, zachęcającego do samodzielnego myślenia i działania.

2. Zdecyduj się na nagość

Izolacja i kryzys pandemii ujawnia stan naszej wiary. Oczekujemy po Bogu cudownego przezwyciężenia epidemii, uzdrowienia chorych i sytuacji, w jakiej znalazł się świat. No cóż, jeśli nie wyjdziemy poza mury miasta, do Jezusa, który zdecydował się na samotne cierpienie, cud się nie wydarzy. Czy na pewno jesteśmy gotowi na bycie ludźmi z marginesu społecznego, ludźmi spoza murów kulturowego ładu i religijnego wzorca, gotowymi swoje poczucie mądrości i siły ofiarować Bogu, aby On mógł działać? Czy jesteśmy zdecydowani wierzyć dobrą wiarą?

Wiara może być zła i dobra. Zła wiara jest wiarą źle ulokowaną, a mianowicie wiarą we własny strach. Taka wiara każe trzymać się blisko pozostałych mieszkańców miasta, którzy wypracowali wspólną strategię wznoszenia coraz wyższych murów. Niestety prawdziwa zaraza zabija wewnątrz murów, a nie na zewnątrz, jak wmawiają agitatorzy strachu. Miasto, ogrodzone murami, w niczym nie różni się od ogrodzonego murami cmentarza. Kto nie pamięta, niech idzie na spacer odświeżyć pamięć. A może byłoby jeszcze lepiej oglądnąć dawny, polski film pt: Seksmisja? Wtedy przypomnimy sobie, że wbrew propagandzie na zewnątrz żyją bociany, a my jesteśmy uratowani poza murami społecznego fałszu?

W ciemnościach podświadomości nie ma miejsca na świadomie podejmowane działania. W ciemnościach masowego umysłu nie ma szansy na oświecone myślenie. Ratujmy się, wychodząc przez bramę do Jezusa i decydując się na hańbę, którą okryją nas pozostali. Jezus umierał nagi, pozbawiony odzienia. Umierał takim, jakim człowiek ma być wobec Boga, czyli prawdziwym i bezbronnym. Zabrano Mu ubranie, a odziano Go w hańbę.

Jaki jest odruch większości z nas, gdy jesteśmy nadzy? Zakrywamy tak zwane miejsca wstydliwe i próbujemy się ukryć, ponieważ nie czujemy się piękni i prawdziwi. Uciekamy za mury w poczucie bezpieczeństwa. Wtedy jesteśmy ubrani „taką samością”, co wszyscy pozostali. Nie mamy twarzy. Nikt nas nie widzi. Czujemy się bezpieczni w anonimowości tłumu i wspólnych przekonaniach. Wierzymy co prawda, ale źle, bo taka wiara nie uświęca. W mieście nikt nie może być sobą. To cena, którą przychodzi zapłacić każdemu, kto się boi.

Więc proszę, zdecyduj się na dobrą wiarę! Zdecyduj się wyjść poza miasto i nagość! Zdecyduj się znosić pohańbienie Jezusa! Bądź wreszcie sobą i wyjdź poza mury. Wtedy pierwszy raz nabierzesz powietrza w duchowe płuca i zaczniesz cieszyć się prawdziwym życiem, które jest tchnieniem Bożego Ducha. 

Ruch na zewnątrz zawsze jest ruchem ku nagości, czyli prawdziwości i autentyczności bycia sobą. To jedyne, rozsądne, działanie, co prawda za niemałą cenę. Na pewno oskarżą Cię, że jesteś nierozsądny, łamiesz zasady, niszczysz wartości, stanowisz zagrożenie dla innych, bo nie stosujesz się do instrukcji, procedur i zasad. Mimo wszystko wato ją zapłacić. Zyskasz uświęcenie i wieczne zbawienie.

Wybierz dobrą wiarę. Wiarę w miłość i bycie sobą. 

Na Wschodzie nazywają to karmą, czyli prawem lekcji, które pozostaną Ci do przerobienia, jeśli w tym życiu boisz się wejść w ciemność podświadomości i chronisz w powszechnym umyśle mas. Na Zachodzie nazywamy to grzechem pierworodnym i to jest dokładnie to samo. Nie miej udziału w Starym Adamie, czyli nie myśl i nie żyj jak wszyscy, którzy schronili się w mieście.

Nie bój się i wyjdź poza mury, gdzie działa Bóg. Miej udział w Nowym Adamie. Żyj i działaj jak Jezus, a doświadczysz zbawienia wiecznego.

Więc kim jesteś sam dla siebie, prokuratorem czy adwokatem? Amen.

Edukacja – wychowywanie czy inspirowanie?

Powolutku, stanowczo zbyt wolno, ale jednak dociera do nas, że edukacja w dotychczasowym kształcie jest absolutnie anachroniczna. Psychologia, pedagogika, neurobiologia, nauki społeczne wyprzedziły praktyczną edukację przynajmniej o wiek. Przedstawiają tak radykalnie inną wizję człowieka, zwłaszcza rozwoju psychicznego i społecznego, ukształtowania mózgu i zdolności umysłowych, powiązanych z inteligencją emocjonalną, od tej sprzed dwustu lat, że rozsądnie jest zapytać: Czy edukacja zależy od nieuków?

Odpowiedź brzmi: NIE. Edukacja zależy od polityków i rodziców, którym wygodnie jest scedować na nauczycieli niemal wszystkie swoje obowiązki wobec dzieci, a w wypadku ich życiowego niepowodzenia, mieć kogo obarczać odpowiedzialnością.

Więc trafiła się nam kwarantanna, spowodowana epidemią wirusa, i z mocą huraganu wywraca pruski paradygmat edukacyjny. Nagle okazuje się, że być może wydatki na edukację nie muszą być tak absurdalnie wysokie, bo dzieci wcale nie musiałyby spędzać w szkolnych budynkach większość swojego życia. Część nauczycielskich zadań z powodzeniem można realizować bez kontaktu bezpośredniego. W dobie powszechnej dostępności do źródeł wiedzy wiele treści programowych powinno być skorygowanych, a nawet zlikwidowanych, na korzyść rozwijania tak zwanych kompetencji miękkich, itp.

Pierwszym warunkiem zmian jest powszechna świadomość rodziców, że z ich strony dzieciom należy się więcej zainteresowania i czynnej miłości, a nie jedynie deklarowanej. Drugim jest zgoda tzw. elit politycznych, a w rzeczywistości grup społecznych, biznesowych i zawodowych, „trzymających władzę”, żeby zrezygnować ze szkoły wychowującej na rzecz szkoły inspirującej. To wcale nie będzie łatwe, ponieważ konwencjonalna edukacja traktowana jest jako skuteczne narzędzie realizowania celów politycznych i społecznych rządów i partii, które uzurpują sobie prawo do narracji historycznej oraz kształtowania wyobraźni narodowej.

Od  pruskich prapoczątków w szkole nie zmieniło się wiele. Nauczyciel wciąż jest instrumentem władzy, oczekującej mobilnego, przewidywalnego, posłusznego, ekonomicznie i moralnie sterowalnego społeczeństwa, w którym indywidualność, niepowtarzalność i piękno ludzkiej duszy jest drugorzędne w stosunku do kolektywnych, narodowych  i religijnych, zobowiązań, z którymi każdy obywatel powinien się utożsamiać.

Tranzyt świadomości, związany z epidemią, stwarza szansę na całkowitą, a nie pudrowaną reformę edukacji, której celem nie będzie dobro narodu, ale ludzkiej duszy. Najbardziej będą się sprzeciwiać dotychczasowi sojusznicy, utrzymujący edukację na poziomie ekonomicznej i emocjonalnej przydatności do pełnienia ról społecznych, czyli partie, partycypujące w pokrojonym torcie zysków, oraz religijne instytucje. Bez trudu można sobie wyobrazić koronny argument przeciwko zmianom w edukacji, a mianowicie o upadku wartości, z których największą jest tradycyjna rodzina. Tradycyjna, czyli jaka? Oczywiście patriarchalna, w której wszyscy objęci są nienaruszalnym (czytaj boskim) prawem własności mężczyzny. Partie, rozgrywające na współczesnej scenie politycznej, oraz religijne instytucje, bronią konwencjonalnej edukacji, ponieważ pozwala im na reprodukowanie pokoleń, posłusznie dostosowujących się do męskich, patriarchalnych wzorców cywilizacyjnych.

Dziecku nie jest potrzebne wychowywanie, praktycznie realizowane jako tresura do określonych zachowań i przekonań, ponieważ jest duszą, która świadomie wybrała rodziców, czas i miejsce wcielenia. Dziecko nie jest embrionalną monadą, z której trzeba wyhodować człowieka. Jest w pełni ukształtowaną duszą, której należy pomóc odnaleźć i przejść indywidualną drogę, wybraną przez nią przed wcieleniem. Częścią lekcji, którą każdy z nas ma do przerobienia jako ucieleśniona dusza, przede wszystkim jest znalezienie osobistej drogi, czyli powołania, a mówiąc inaczej jednorazowego i niepowtarzalnego zadania do wykonania, które ziemskiemu życiu nadaje metafizyczny sens. Edukacja konwencjonalna robi wszystko, żeby to uniemożliwić. Nie interesuje jej wspieranie człowieka w odnajdywaniu kontaktu z duszą i drogi rozwoju, a jedynie użyteczność społeczna i ekonomiczna.

Między innym dlatego kładzie nacisk na wiedzę, zamiast na mądrość, która jest wiedzą przefiltrowaną przez życiowe doświadczenie. Wiedza zniewala, czyniąc człowieka udziałowcem pozornych korzyści dzięki partycypowaniu w schematycznym myśleniu i działaniu. W rzeczywistości trzyma go w okowach lęku przed skutkami wyrażania własnych poglądów i manifestowania swej niepowtarzalności.

Dopiero mądrość wyzwala. Co prawda nie sposób jej sobie wyobrazić bez wiedzy, jednak mądrość ma autorytet i świeżość wiedzy, stosowanej w codziennej praktyce, a przede wszystkim wypróbowanej przez życiowe doświadczenia. Wiedza jest schematyczna, mądrość jest nieszablonowa. Wiedza schładza serce, mądrość je rozpala. Wiedza trzyma człowieka na uwięzi strachu, żeby nie wyjść na ignoranta, mądrość czyni człowieka świadomym swoich niepowtarzalnych umiejętności oraz piękna daru, który może złożyć innym, będąc sobą i pozostając w zgodzie ze swoją drogą.

Wychowywanie, rozumiane jako wdrażanie do przyjęcia schematycznych przekonań i zachowań, a skuteczne dzięki egzekwowaniu wiedzy i posłuszeństwa, nie służy ludzkiej duszy, która zaczyna cierpieć i chorować. Dlatego w młodzieńczym życiu często pojawia się słuszny bunt, interpretowany jako przejaw nieświadomego zachowania niedojrzałego człowieka. Tymczasem jest sygnałem, że rodzice, wychowawcy, autorytety, uniemożliwiają duszy podążanie jej indywidualną drogą rozwoju. Bunt bywa pacyfikowany restrykcjami i silną reakcją. W efekcie zaczyna toczyć się koło nieszczęścia, zapowiadające przyszłe choroby, dysfunkcje społeczne, a na końcu tragiczną śmierć nie w czasie.

Co robić, aby inspirować, a nie wychowywać? Wszystko powinno zacząć się na długo przed narodzeniem dziecka. Nadanie imienia jest nie tylko oznaczeniem człowieka, które ma ułatwiać funkcjonowanie w grupie. Poza tym, że imię ma znaczenie, jest też melodią, czyli energią, która będzie wpływała na DNA. Nadanie imienia (najlepiej dwóch imion) powinno być poprzedzone modlitwą i pytaniem się Boga o to, jaką duszę posyła?

Gdy dziecko leży w kołysce rodzice „na kolanach” powinni dalej pytać o drogę życia dziecka, które urodziło się w ich rodzinie. Cała uwaga dorosłych powinna być skupiona na reakcjach dziecka, jego zachowaniach, umiejętnościach oraz przeżywanych przyjemnościach, aby odkrywać jego indywidualność, niepowtarzalność, piękno, jednorazowość. Rodzice powinni mniej wymagać i egzekwować, a więcej współuczestniczyć w odkrywaniu przez dziecko świata i swojego miejsca, aby w odpowiednim czasie móc dostrzec jego szczególne umiejętności oraz talenty. Podobnie powinien zachowywać się nauczyciel, a system edukacji nie może mu tego utrudniać. Wręcz odwrotnie wspierać, aby wespół z rodzicami pomagał dziecku w utrzymywaniu kontaktu z własną duszą i odkrywaniu swojej drogi życia. Rolą wszystkich dorosłych jest inspirowanie dziecka w odkrywaniu prawdziwego JESTEM, które jest cząstką uniwersalnej Świadomości, a nazywając rzecz tradycyjnie obrazem Boga w człowieku.

Szkoła wychowująca, rozwija w człowieku EGO, czyli nieprawdziwe i zewnętrzne obrazy samego siebie, które przede wszystkim powstają z powodu nieustannego oceniania oraz porównywania uczniów. Tradycyjna szkoła nie jest zainteresowana indywidualnym JESTEM dziecka, ponieważ jej celem jest wdrażanie do schematycznych przekonań i działań. EGO jest niejako ubocznym produktem pokazywania dziecku wyłącznie świata zewnętrznego, w którym powinien „chcieć być i mieć” nie jako indywidualne i niepowtarzalne JESTEM, ale jako element systemu społecznego.

W szkole inspirującej, wewnętrzny świat dziecka musi zająć miejsce świata zewnętrznego. Edukacyjny wysiłek powinien koncentrować się na wprowadzeniu dziecka wpierw do wnętrza, do świątyni prawdziwego człowieczeństwa, mając na uwadze doprowadzenie go do odkrycia niepowtarzalnego i pięknego JESTEM. Dopiero wtedy, gdy młody człowiek nie gubi kontaktu z duszą i potrafi rozpoznawać własną drogę, można zacząć go zachwycać zewnętrznym światem. W konwencjonalniej szkole niestety pokazuje się jedynie zewnętrzny świat, a gdy młody człowiek zaczyna się w nim gubić, ulegając różnym naciskom i pokusom, żąda się po nim, aby walczył z pragnieniami, tworzonymi przez EGO.

Nie trudno się domyślić, że brak wiary w siebie, niepewność, kompleksy, lęki, uleganie pokusom, pomyłki przy wyborze praktycznego zawodu, uzależnienie od silnego rządu albo charyzmatycznego przywódcy, zgoda na ograniczenia swobód obywatelskich, aby czuć się bezpiecznie, oraz wiele innych przyczyn, które „zawiązują energię” w ciele, uniemożliwiając jej swobodny przepływ, są produktem szkoły wychowującej. Pozornie ubocznym, niestety tradycyjne wychowywanie w istocie skonfigurowane jest w taki sposób, aby szkołę i rodzinny dom opuszczał człowiek uzależniony od systemów mentalnych, społecznych i ekonomicznych, na którego łatwo wpływać i trzymać na uwięzi, mając w każdej chwili łatwy dostęp do jego energii emocjonalnej i ekonomicznej.

W podobny sposób wychowywanie bywa rozumiane i praktycznie realizowane w instytucjach religijnych, w tym Kościołach. Katecheza nie jest profilowana w taki sposób, aby poprzez kolejne obrzędy inicjacyjne uwalniać człowieka od zobowiązań i ślubów, aż do osiągnięcia przezeń pełni świadomości, ale raczej w odwrotnym celu, aby dobrowolnie godził się na całkowite posłuszeństwo i uzależnienie. W efekcie zamiast inspirować do życia w mocy Bożego Ducha, katecheza czyni z dzieci niewolników strachu oraz poczucia winy, wstydzących się swojej natury, cielesności, zmysłowości, seksualności, nie umiejących zarządzać energią emocjonalną. Szczegółowiej odniosę się do problemu, w którymś z kolejnych wpisów.

Celem edukacji inspirującej musi być człowiek sam w sobie, a nie jego użyteczność ekonomiczna bądź polityczna. Czy ludzie obłożnie chorzy albo sędziwi są nieużyteczni i nieprzydatni? Sądzę, że ich modlitwy, połączone z pamięcią o najbliższych, są wielu rodzinom i przyjaciołom bardziej potrzebne od kolejnego tysiąca złotych.

Precyzując cel edukacji, trzeba wskazać na kluczową rolę mistrza, który w pierwszym rzędzie inspiruje do poszukiwań wewnętrznej świątyni, prawdziwego JESTEM, będącego ucieleśnioną cząstką uniwersalnej Świadomości, tradycyjnie zwanej Bogiem. Dopiero wtórnie mistrz, który nie ma monopolu na mądrość, staje się nauczycielem wiedzy. Mądrość obiektywnie istnieje w świadomości. Gdy młody człowiek trwa w kontakcie ze swoją duszą i odnajduje swoje JESTEM, wówczas mądrość samoistnie ucieleśnia się w jego przekonaniach, zachowaniach, wyborach, relacjach. Wtedy i tylko wtedy wiedza staje się potrzebna i przydatna. Mądrość po prostu wie, jak ją wykorzystywać w codziennym życiu.

W związku z powyższym postuluję:

1. Szkoły powinny nazywać się DOMAMI MĄROŚCI;

2. Nauczyciel w pierwszym rzędzie powinien być mistrzem duchowego życia, a jego zawód powinien nosić imię INSPIRATORA;  

3. Celem inspiratora jest doprowadzenie ucznia do mądrości, a dopiero wtórnie przekazywanie wiedzy i opieka;  

4. Inspirator to zawód prestiżowy;  

5. Edukacja ma inspirować dzieci do pracy wewnętrznej, aby odnajdywały swoje JESTEM i drogę życia;

6. Edukacja inspirująca ma być ukierunkowana na uczenie niezależności przekonań i zachowań, dlatego Dom Mądrości powinien indywidualizować, a nie socjalizować;

7. Mądrość wymaga relacji intymnej, opartej za zaufaniu;

8. Wiedzę przekazuje się za pomocą przekonującej narracji, w której życiowe doświadczenie inspirującego mistrza jest wątkiem, zaś wiadomości osnową:

9. Wiedza powinna być przekazywana pod postacią problemów, zjawisk, konceptów, a nie w ramach wydzielonych przedmiotów;

10. Inspirujący Dom Mądrości ma uczyć wyrażania pojęć nie tylko werbalnie, ale w takim samym stopniu za pomocą kolorów, kształtów, form symbolicznych, aktywizujących żeńską połowę mózgu, aby powstawała więź, łącząca słowa i obrazy, treści i odczucia;

11. Dom Mądrości ma dbać o emocjonalny rozwój dziecka oraz inteligencję emocjonalną;

12. Dom Mądrości przygotowuje do życia, a nie do egzaminów, dlatego kontrola pracy inspiratora powinna być zredukowana do minimum. Nie obowiązują go szczegółowe podstawy programowe i sprawozdania przerobionego materiału;

13. Mistrz nie porównuje uczniów i nie klasyfikuje ich pod względem poziomu wiedzy i umiejętności, ale nastawiony jest na wspieranie twórczego działania, dlatego szuka ich dobrych stron oraz inspiruje do pogłębiania zainteresowań;

13. Mistrz nie ingeruje w konflikty między uczniami, aby sami uczyli się współpracy i sposobów rozwiązywania problemów;

14. W Domu Mądrości rywalizacja i współzawodnictwo ograniczone są do minimum, dlatego egzaminy są zbędne. Pierwszym może być egzamin dojrzałości czyli po prostu mądrości;

15. Inspirator współpracuje z uczniami na zasadach partnerskich, dlatego nie stosuje modelu mentorskiego i formatującego.

Epidemia lęku

W ostatnim wpisie obiecałem, że przedstawię swoje przemyślenia dotyczące epidemii koronawirusa z punktu widzenia teologa. Zatem do dzieła.

Dlaczego z punktu widzenia teologa? Ponieważ po pierwsze, jeśli teolog na taki temat nie ma nic do powiedzenia, zapewne jest nim tylko w celach zarobkowych. W końcu bycie teologiem zobowiązuje do śledzenia i analizowanie śladów, które Bóg, czyli Źródło, pozostawia w ludzkich dziejach. Bogu „w twarz nie popatrzysz”. Próba odnalezienia Jego „śladów” może jednak się udać. Teolog musi pracować jak wytrwały tropiciel, a gdy już przejdzie kawał drogi po „śladach Boga” powinien wszystko zebrać i dokonać syntezy. Wpierw teolog przypomina roztropnego węża, pracującego z humusem, czyli ziemią ludzkiej egzystencji (ciemna strona, prawda o EGO, wszystkie lęki  kompleksy, pycha, wreszcie grzech), aby potem wznieść się wysoko ponad chmury i z wysokości orła oglądać całość.  

A po drugie teologia powinna mieć nie tylko charakter mądrościowy i ewangelizacyjny, ale też terapeutyczny. Bywa, że studentom mówię, iż prawdziwość egzegezy tekstów biblijnych weryfikuje jej skuteczność w uwalnianiu człowieka, więc i uzdrawiania. Co prawda w interpretacji tekstów biblijnych należy korzystać z wszystkich, znanych narzędzi naukowych, jednak dopiero uzdrawiające i wyzwalające ludzką duszę skutki, weryfikują jej prawdziwość.

Po trzecie w dyskusjach, toczących się publicznie, zawsze zabieram głos jako teolog, więc i tym razem moje przemyślenia będą miały taki charakter. A że dyskusja, dotycząca epidemii, od razu nabrała teologicznego charakteru, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

Dlatego wpierw proszę, żebym potem nie zapomniał, wyznawców „religii rozsądku” o wszystkie, jakie tylko im się przypomną, biblijne teksty, w których można znaleźć apel Boga o używanie rozumu. Przyznaję, że nie ogarniam. Argument o Bogu, który w „godzinie wierności” i w próbie miłości, każe używać rozumu, stał się tak powszechny, że zaczął przypominać armatnią kulę w stosunku do maleńkiego naboju, jakim jest wezwanie do wiary. Dla ułatwienia podpowiem, szukajcie w literaturze mądrościowej Starego Testamentu. Cokolwiek wygrzebiecie, podsyłajcie, abyśmy mogli wspólnie nad tym popracować.

Przekonajcie mnie, że rozum jest ważniejszy od serca! Mam bowiem pewność, że z chrześcijaństwa uczyniliście system etyczny, przypudrowany pobożnością. Jesteście głosicielami moralnego zobowiązania, ale nie Jezusa Chrystusa, jakby moralność była uprzednia wobec mentalności, a pobożność ważniejsza od duchowości, czyli wiary, miłości i nadziei. Uważajcie, bo systemów etycznych jest wiele, i jesteście na dobrej drodze, żeby przekonać ludzi, że usprawiedliwiająca jest moralność, a nie wiara.

Mimo wszystko dla mnie chrześcijaństwo na zawsze i przede wszystkim pozostanie doświadczeniem duchowym, spotkaniem z Bogiem, czyli Źródłem Życia i Miłości, które czyni wolnym od zobowiązań, ślubów, kompleksów, ale też poczucia winy, wstydu i lęku.

Co rusz słyszę i czytam, że lęku nie należy się wstydzić. Co prawda, to prawda, niemniej czynienie z lęku cnoty, w imię solidarności i empatii, urąga Mistrzowi z Galilei. Z lękiem jest jak z śnieżną kulą. Póki trzyma się ją w ręku, można się nią bawić. W wypadku lęku idzie o to, że dopóki ma się go „w ręku”, dopóty można wykorzystywać jego pozytywny potencjał, którym jest ostrzeganie przed zagrożeniem i ochrona. Jednak kula śniegu wypuszczona z dłoni zaczyna się toczyć i po jakimś czasie zamienia się w lawinę, która zmiata i niszczy wszystko, co znajduje na swojej drodze. Z lękiem jest podobnie. Zamienia się w panikę, której nie można się oprzeć.

Lęk, wypuszczony z dłoni, niszczy życie i rujnuje miłość. Człowiek sparaliżowany lękiem nie jest zdolny do samodzielnego życia i zrobienia kroku. Szuka wymówek, wskazuje winnych swojego nieszczęścia, zyskując jedną, pozorną korzyść, a mianowicie temat opowieści, którym stara się zwrócić na siebie uwagę. Wątkiem takiej opowieści jest cierpienie i nieszczęście. Zamrożony strachem oczekuje pomocy, zamiast samemu pytać, komu mógłby pomóc? Pyta o to, kto jest jego bliźnim, zamiast zastanawiać się nad tym, dla kogo on może być bliźnim?  Pojawia się grzech, a wraz z tym pojęciem niepostrzeżenie dotarliśmy do sedna teologicznej refleksji na temat epidemii koronawirusa.

Grzech ma tylko dwie uprawomocnione definicje. Pierwszą jest utożsamienie go z niewiarą. Druga sugeruje, że człowiek nie tafia w cel. Obie można sprowadzić do wspólnego mianownika. Natomiast na pewno nie można wywodzić grzechu z uchybienia moralnego! Jeśli już, to wtórnie. Zaraz wszystko się wyjaśni. Grzech jako niewiara nie oznacza braku wiary, ale wiarę niewłaściwie ulokowaną. Można na przykład bardziej wierzyć temu, co jest starą postacią świata i związanym z nim poczuciem bezpieczeństwa, aniżeli Bogu, który jako JESTEM wpływa na nasze TERAZ, prowadząc człowieka drogą zmian. Grzech oznacza wtedy, że zamiast wierzyć Źródłu, czyli wiecznej Miłości i uniwersalnej Świadomości, zaczynamy przywiązywać się do tego, co sami stworzyliśmy, dobrze się z tym czujemy. Nie chcemy wtedy zmian, ale raczej, żeby wszystko trwało, jak do tej pory, a każda myśl o zmianie jest natychmiast usuwana w podświadomość, ewentualnie kończy się bólem głowy, drżeniem rąk i lękiem.

Reasumując, ponieważ człowiek nie trafia w cel, czyli w Boga w sobie, któremu wszystko zawdzięcza, od którego przyszedł i do którego powraca, zaczyna wierzyć w siebie, swoje zdolności, swoje skarby, także zdrowy rozsądek. W efekcie pojawia się zło moralne, przez wielu utożsamiane z grzechem, jednak w rzeczywistości będące jego skutkiem. Gdy człowiek traci wiarę w Miłość, która obdarowuje, ulega lękom, panikuje i zaczyna żyć na miarę pragnień, manifestujących się na skutek strachu, a nie życia w prawdzie. Wtedy, żeby jakoś sobie w życiu poradzić, trzeba krzyczeć, kombinować, kraść, kłamać, zdradzać, itp.

Epidemia koronawirusa nie pojawiła się przypadkiem. W tym momencie nie interesuje mnie czy jest skutkiem łańcucha pokarmowego i jedzenia zwierząt, czy manipulacji prowadzonych z wirusami w laboratorium w Chinach, a może elementem wojennej strategii Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa. Bez względu na to, gdzie i z jakiego powodu zaczęła się epidemia, są to wyłącznie zewnętrzne wyzwalacze wewnętrznych procesów, które dzieją się albo w każdym z osobna, albo na całej planecie. W wypadku epidemii mamy do czynienia raczej z procesami dziejowymi i ogólnoludzkimi.

Wielkie epidemie, dziesiątkujące ludzkość, pojawiają się w godzinie tranzytu, przejścia świadomości na wyższy poziom. Kierunek zawsze jest ten sam, z niewoli do wolności. Z energii strachu do energii miłości. Z jednej strony takie doświadczenie zawsze jest skutkiem uwikłania się ludzkości w grzech, czyli niewiary w to, że JESTEM błogosławi i darowuje wszystko, co jest potrzebne do życia i rozwoju w TERAZ, z drugiej, będąc doświadczeniem kryzysowym, oznacza szansę pozbycia się starych schematów mentalnych, wzorców edukacyjnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych, także religijnych. W godzinie przejścia co prawda pojawia się lęk, bo przejście jest doświadczeniem skrajnie niebezpiecznym i zmieniającym wszystko, jednak ów lek jest zarówno przyczyną kryzysu, jak i katalizatorem przemian dla tych, którzy nie chcą wracać w stary świat i pragną nowego. Zatem dla jednych, którzy w kryzysie spanikowali i boją się zmiany, lęk jest zapowiedzią choroby i śmierci, zaś dla ufających w sens kryzysu i przejścia, lęk staje się katalizatorem zmiany świadomości, to znaczy również zdrowia i nowej jakości życia.

Zapewne na pierwszy „rzut oka” na to nie wygląda, niemniej z perspektywy teologii opisałem właśnie podstawowy warunek uzdrowienia, z którym powinni zmierzyć się wszyscy chorzy, zaś lekarze przemyśleć, jeśli naprawdę chcą uzdrawiać przyczyny, a nie tylko leczyć skutki.

Zatem, jaką wiadomością jest epidemia koronowirusa?

Jako ludzkość straciliśmy zdolność oddychania. Nabraliśmy powietrza w płuca i chcieliśmy dożyć z nim końca wszystkiego. Dlatego nie dziwi, że wielu z nas na tym oddechu rzeczywiście dożyje końca wszystkiego, tyle że w wymiarze osobistym, a nie jako zamknięcie ludzkich dziejów. Oddech w płucach oznacza nowy tlen, nowe życie, nowy dar, który powoli się wyczerpuje. Żeby przeżyć trzeba zrobić wydech, ufając, że znowu będzie można nabrać w płuca nową porcję Bożego daru życia.

Zdrowy, zrównoważony, spokojny i głęboki oddech, czyli ufający i uważny, jest biologicznym warunkiem zdrowego życia w każdym wypadku, także całej ludzkości. To, w jaki sposób oddychamy, ujawnia prawdę o naszej duszy, stanie naszych lęków i zaufania, cierpienia psychicznego, depresji i stresu.

Więc jak oddychamy? Nabraliśmy powietrza i nie chcieliśmy zrobić wydechu. Pragnęliśmy, żeby stara postać świata, oswojona, przewidywalna, dostatnia i pozornie zapewniająca poczucie bezpieczeństwa przynajmniej na poziomie podstawowym, nigdy nie przeminęła. Chcieliśmy nawet więcej, żeby nasza cywilizacja była w stałym progresie, a nam było coraz lepiej według starego wzorca. Większość z nas bała się zmian. Nawet świadomość ekologiczna niewiele zmieniała. Ponieważ baliśmy się, że stracimy stały ląd pod nogami, byliśmy w stanie dalej poświęcać szczęście, życie i zdrowie wielu ludzi, a także przyrody, zwłaszcza zwierząt.

Ekologiczny aspekt epidemii szczególnie nie daje mi spokoju. Od jakiegoś czasu kolejne epidemie są wyraźnym upominaniem się Ducha Życia o szacunek i miłość dla przyrody. Dla przykładu śmiercionośny wirus ebola znajdował się na obszarze piętnastu kilometrów kwadratowych lasu w Afryce. Gdy las wycięto wirus stracił naturalne siedlisko i szybko rozprzestrzenił się na zwierzęta i ludzi.

Jestem pewien, że w nienasyconym konsumowaniu mięsa straciliśmy wszelkie hamulce. Wiele pokoleń jadło mięso raz, dwa razy w tygodniu, uzupełniając dietę w produkty roślinne. Dla wielu z naszego pokolenia dzień bez mięsa jest dniem kulinarnie straconym. Nie ma w nas żadnej miłości i empatii do cierpiących braci mniejszych albo starszych, jak kto woli. Proponuję każdemu nienasyconemu mięsożercy, o ile zachował resztki emocji ciepłych, których siedliskiem jest serce, aby zobaczył w jakich warunkach są hodowane i tracą życie zwierzęta, przeznaczone na rzeź. Jak wielki stres przeżywają każdego dnia, a na koniec strach przed śmiercią. Wizyta w rzeźni powinna być tak samo obowiązkowa dla każdego mięsożercy, jak trzymiesięczna praca w domu opieki nad obłożnie chorymi dla każdego młodego mężczyzny. Przecież w takim samym stopniu ptasia grypa sprzed kilkunastu lat, wciąż aktywna, co dzisiejszy covid 19 są wirusami, które pojawiły się w naszym życiu, ponieważ wielu nie potrafi zrezygnować z nieprzebranych ilości spożywanego mięsa.

Nawet nie apeluję  o wegetarianizm czy weganizm, a jedynie proszę o refleksję. Może wystarczyłaby nam 1/3 część mięsa, spożywanego teraz? Bardzo proszę o nie szermowanie argumentem w rodzaju, przecież mamy prawo jeść mięso. Owszem mamy takie prawo, aczkolwiek bynajmniej nie wynika z niego automatyczny zakaz dobrowolnej rezygnacji z mięsa na rzecz pożywienia roślinnego, aby zwierzętom oszczędzić cierpienia i po prostu wznieść się na poziom miłości. Jeszcze raz potwierdzam, ponieważ przypuszczam, że zaślepieni mięsożercy zaczną rzucać we mnie różnymi argumentami, że proszę jedynie o ograniczenie spożywani mięsa do 1/3 części dzisiejszego poziomu. Nawet nie przypuszczam, bo jestem pewien, że jeśli z aktualnej lekcji nie skorzystamy, czekają nas kolejne, jeszcze groźniejsze epidemie, w których Stwórca będzie upominał się o los zwierząt.

Czy zatem powinniśmy dziwić się, że powietrza w płucach jednak nam zabrakło i musimy uczyć się spokojnego i ufnego oddychania, czyli pozwolić życiu, żeby nieustannie się zmieniało?  Czas na refleksję, że Stwórca upomniał się o wydech, czyli wiarę i miłość do wszystkich i wszystkiego. Nadeszła godzina polaryzacji i prawdy.

Ci pomiędzy nami, którzy ze strachu przed zmianą za wszelką cenę będą się starać zachować starą postać świata, jedynie przedłużą cierpienie a sami doświadczą  „ciasnej piersi”, czyli dusznicy i śmierci.

Ci pomiędzy nami, którzy ufają w sens doświadczenia i spokojnie oddychają, zaczną przyglądać się kryzysowi, wyciągać wnioski i pozwalać dziać się zmianom. Nauczą się wypuszczać z rąk stare, żeby móc otrzymywać nowe. Będą mieć na tyle odporności, że ich organizmy będą same radzić sobie z wirusem, a jeśli zachorują, doświadczą uzdrowienia. Na koniec czeka ich nowa ziemia i nowe niebo. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Doświadczenie wolności i zupełnie nowej jakości życia, ale już nie według starych schematów mentalnych, wzorców edukacyjnych, ekonomicznych, politycznych i społecznych, także religijnych.

Nie trwaj w grzechu niewiary. Uwierz, że nowa postać świata, inna od tej, którą znasz, będzie dla Ciebie lepsza i piękniejsza. Nie trwaj w grzechu niewiary, bo zabija nie koronawirus, ale paniczny lęk, że nie uda się nabrać powietrza. Lekiem jest spokój i cisza.

Spokojnie wypuść powietrze! Nie bój się, że nie otrzymasz nowej porcji życia! Naucz się zaufania, że po wydechu zawsze otrzymujesz nową porcję tlenu w kolejnym wdechu! Naucz się wiary, a nauczysz się oddychania. Nauczysz się oddychania, a bez trudu poradzisz sobie z infekcją!

Wybór, co zdecydujesz i jak świadomie się zachowasz, należy do Ciebie.

Holistyczna medycyna ciała i ducha

Nie ma nieuleczalnych chorób. Są jedynie nieuleczalni ludzie”.  Bernie Siegel

Ciało człowieka znajduje się w stanie nieustannej regeneracji. Można to zaobserwować nie tylko po dzieciach, ale też po paznokciach, włosach, gojących się ranach i sinikach na skórze. W rzeczywistości w całym organizmie nieprzerwanie zachodzą procesy ponownych narodzin. Różne układy regenerują się w różnym tempie. Komórki szkieletu umierają i rodzą się  na nowo, lecz aby cały układ kostny powstał od nowa, potrzeba do 10-ciu lat. Tkanka wyścielająca żołądek i jelita wymienia się co pięć dni. Co dwa od czterech tygodni otrzymujemy całkiem nowy zestaw komórek skóry. Komórki wątroby wymieniają się mniej więcej co 300 do 500 dni, a wszystkie czerwone krwinki odradzają się mniej więcej co  120 dni.

Skoro wszystkie te komórki umierają, a na ich miejsce pojawiają się nowe i zdrowe, dlaczego w takim razie choroby przewlekłe nie mijają? 

Odpowiedzi musimy szukać w świadomości. Nowe komórki reagują na psychikę i mentalne wzorce, które wpływają na emocje i przekonania o naszym ciele, życiu i świecie. Jeśli naszym komórkom wciąż powtarzamy: „jestem chory”, „mam raka”, „jestem stary” nowe komórki przyjmują stary program i kontynuują go. Dlatego w procesie uzdrawiania i starzenia trzeba koniecznie zerwać z tymi wzorcami i przestać zgadzać się na to, czego nie chcemy.

Co prawda łatwiej napisać, dużo trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy żyje się w strachu, ponieważ wtedy umysł skupia się na najgorszym scenariuszu, jednak dzięki zrozumieniu, że wszystko jest energią, w tym myśli, które pojawiają się na naszym umyśle, i słowa, które wypowiadamy, możemy zacząć wyobrażać sobie nową możliwość, aby samemu sobie opowiedzieć nową historię. W efekcie po prostu tak się poczuć, pamiętając o tym, że dzieje się to, za co dziękujemy, a nie to, o co prosimy. To, co o sobie myślimy i mówimy, jest tym, co dla siebie tworzymy. Przestańmy więc naszemu organizmowi powtarzać w kółko, czego nie chcemy, a zacznijmy opowiadać o tym, co już mamy, aby poczuł się spokojnie i zdrowo, a on spontanicznie odpowie uzdrowieniem.

Żebyśmy jednak przestali narzekać i bać się, a zaczęli dziękować i ufać, potrzebujemy wiary. Nie podlega wątpliwości, że uzdrowienie zawsze jest związane z duchowością. To podróż poza własne granice, poza pragnienia EGO, iluzję poczucia bezpieczeństwa, a także kłamstwo o nieudolności, małej wartości i bezradności wobec choroby. Dzięki tej podróży docieramy do prawdziwego JESTEM i pełni miłości. Odkrywamy swoją misję, której musimy być wierni. Powstajemy wówczas na nogi i wyprostowani doświadczamy nowego życia.

Według wielu tradycji duchowych ta podróż polega na przekroczeniu śmierci i pokonaniu lęku przed nią. A jak lepiej pokonać strach aniżeli przez przyjęcie miłości? Aby powrócić do miłości, trzeba zaufać, że Wszechświat, Bóg, Źródło, zawsze jest z nami i dla nas, a nie daleko od nas i przeciwko nam. Trudności, które pojawiają się  w drodze, pomagają nam w rozwoju duszy. Bezwarunkowa, bezgraniczna Miłość, do której powracamy w chwili śmierci, na pewno nie jest czymś, czego powinniśmy się obawiać.

Jak wobec tego zmienić nasze przekonania na temat życia i śmierci? Jak przejść od strachu do miłości? Jak nauczyć się pracować z emocjami w zdrowy sposób? Nauka udowodniła, że negatywne emocje, takie jak gniew, złość, ból emocjonalny, lęk, zazdrość, wstyd i wina, negatywnie wpływają na naszą biochemię. Z drugiej strony pozytywne emocje powodują, że mózg wydziela do organizmu chemię, wzmacniającą układ immunologiczny. Gdy stajemy się świadomi wpływu, jaki emocje wywierają na biologię organizmu, możemy zacząć wdrażać konkretne praktyki i rozpocząć terapie, pomagające pozytywnie wykorzystywać energetyczny potencjał emocji.

Gdy na skutek negatywnych emocji, zwłaszcza strachu, wstydu i poczucia winy, stresujemy się, nasze pole energii przechodzi w stan oporu. Energia wpływa wtedy na krew, która nie krąży tak skutecznie, jak powinna. Raz się przegrzewa, innym razem chłodzi. W stresie pojawia się opór, który zaburza pH, więc zwiększa się kwasowość. Na skautek miejscowego bądź układowego zakwaszenia pojawia się stan zapalny, czyli reakcja organizmu, który pompuje więcej krwi do miejsc wymagających leczenia. Stan zapalny jest reakcją układu immunologicznego na zniszczoną tkankę, wymagającą naprawy lub na szkodliwy bodziec, wymagający usunięcia.

Warto pamiętać, że największe spustoszenie sieje strach, będący zapowiedzią albo wręcz znakiem stresu, który może mieć postać biologiczną, chemiczną albo psychiczną. Zaś najlepszym antidotum jest miłość, która przecież jest nie tylko uczuciem, ale też emocją, czyli dobrą chemią. Dopomina jest rezultatem miłości, z której wynika przyjemność.  Oksytocyna pojawia się na skutek miłości, wiążącej się z jej źródłem. W stanie zakochania wzrasta też atrakcyjność dzięki wazopresynie, związkowi chemicznemu uwalnianemu do krwioobiegu. Co najważniejsze mózg uwalnia hormon wzrostu, co sprzyja zdrowiu i rozwojowi.

Ciało może otrzymywać różne rozkazy, a mianowicie istnieć w stanie wzrostu lub w stanie ochrony przed zagrożeniem. Są to dwa odmienne i wzajemnie wykluczające się zachowania. Od nas zależy, który z tych rozkazów wybieramy. Czy z otwartymi ramionami idziemy w stronę miłości i ją przyjmujemy, czy z lęku zamykamy się, uciekamy i bronimy. Ta druga postawa zawsze oznacza chorobę i śmierć.

Jak sprawdzić, w która stronę idziemy? Bardzo prosto. Nie mówmy, że nie odczuwamy strachu. Postarajmy się raczej odpowiedzieć na pytanie, czy w naszym życiu obecna jest miłość? Czy jest jakaś różnica? Tak, ogromna. Miłość otwiera, aby można było przyjąć różne doświadczenia, uczucia, i wydarzenia, dlatego jest podstawowym warunkiem duchowego wzrostu. Dzięki miłości rozwijamy się zdrowiejemy. W strachu wszystko dzieje się na odwrót.

Badania, prowadzone w ramach fizyki kwantowej udowadniają, że wszyscy są ze sobą połączeni, a cała materia jest złudzeniem zmysłów, ponieważ w rzeczywistości jest zbudowana z fal energii, które mogą zmieniać się dzięki naszym myślom, emocjom oraz intencjom. Nowe odkrycia epigenetyki pokazują, że nie jesteśmy ofiarami wyłącznie naszych genów. Pokazują, że nasze geny są jedynie planem, punktem wyjścia, a my możemy je aktywować bądź dezaktywować, opierając się na myślach, emocjach i życiowych wyborach.

Współczesna medycyna konwencjonalna wciąż nie traktuje poważnie tego, co dla innych nauk, w tym teologii oraz praktycznej duchowości, jest oczywiste, a mianowicie, że wszystko jest energią. Dlatego nie bada zdrowia pod tym kontem, ani nie próbuje zrozumieć chorób jako blokad w jej przepływie. Nie chce przyjąć do wiadomości, że skoro wszystko jest ze sobą połączone, więc także nasze myśli, emocje i życiowe wybory mają decydujący wpływ na nasze samopoczucie i zdrowie.

Według Louise Hay, amerykańskiej terapeutki, choroba jest sygnałem wysyłanym przez nadświadomość. Otrzymujemy informację, że nasze zachowania, myśli i słowa są sprzeczne z miłością i naszym wewnętrznym JESTEM. Gdybyśmy naprawdę słuchali naszych ciał, wiedzielibyśmy dokładnie co robić, aby czuć się dobrze. Tymczasem nie ma co ukrywać, że z tym słuchaniem bywa różnie. Cierpmy, ponieważ nie jesteśmy sobą i nie pilnujemy życiowej misji, czyli nie podążamy swoją drogą, a teologia nazywa to grzechem. Uzdrowienie zawsze jest związane ze zmianą mentalności, czyli wzorcami, według których myślimy. Nieważne, od jak dawna utrzymywaliśmy negatywne wzorce, w każdej chwili możemy zacząć je zmieniać. Nasze myśli i słowa wielokroć powtarzane kształtowały nasze dotychczasowe życie i nasze doświadczenie. Lecz to myślenie należy do przeszłości. Mamy to już za sobą. Myśli i słowa, które wybieramy TERAZ, wyznaczą nasze jutro, kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok. Cała nasza moc przypada zawsze na obecną chwilę. W TERAZ dokonujemy zmian.

Co za ulga! Możemy wreszcie uwolnić się od starych bzdur. Właśnie TERAZ. W tej chwili. Już ta myśl, startowe odkrycie, że mogę inaczej, oznacza początek nowej drogi.

Mam nadzieję, że udało mi się wytłumaczyć, na czym polega medycyna holistyczna, medycyna ciała i ducha. Nie na zabobonach i przesądach, ale na rzetelnej wiedzy, której podstawy zawdzięcza fizyce i biologii, więc nie ma się czego bać, ani przed czym ochraniać.  Uzdrowiciel z Galilei posługiwał się tą samą wiedzą praktyczną, co widać „jak na dłoni” w ewangelicznych relacjach uzdrowień.

W kolejnym wpisie postaram się wytłumaczyć, po co spotkała nas epidemia koronowirusa. A poza tym, jak powinniśmy z nią pracować na poziomie świadomej zmiany myśli i przekonań, emocji i chemii, decyzji i działania.

Fizyka kwantowa i duchowość

„Wszyscy byliśmy w błędzie. To, co nazywamy „materią” jest w rzeczywistości energią, której wibracja została spowolniona do poziomu odbieranego przez nasze zmysły” . Albert Einstein

Ja jestem światłością  świata” (J 8,12); „Wszystko, o co w modlitwie prosilibyście wierząc, otrzymacie” (Mt 21,22). Jezus z Galilei

Nowożytna nauka narodziła się mniej więcej 300 lat temu, kiedy I. Newton sformułował prawa fizyki. Opierając się na nich, zbudowaliśmy światopogląd materialistyczny i mechanistyczny. Według tych praw początek życia jest przypadkowy i nie stanowimy jedności z naszymi ciałami. Na dobrą sprawę jesteśmy też całkowicie bezsilni w kwestii naszego uzdrowienia. Prawa te sugerują nam również, że jesteśmy oddzieleni od świata zewnętrznego, więc mamy bardzo niewielki wpływ nie tylko na to, co się dzieje wewnątrz ciała, lecz także poza nim.

W 1859 r. Ch. Darwin wydał książkę O pochodzeniu gatunków, która jest uznana za podstawę biologii ewolucyjnej. Autor, przekonując nas, że natura opiera się na modelu konfliktu i współzawodnictwa, nie wiedział jeszcze niczego, co współcześnie wiemy o komórkach, neurytach albo DNA. Nie znał badań, które odkryły istnienie pola, łączącego wszystko w całość, co praktycznie oznacza, że natura opiera się na współdziałaniu, a nie konflikcie.  

Na szczęście fantastycznie rozwija się nowa fizyka i nowa biologia. Ikoną nowego paradygmatu jest A. Einstein. Nie oceniając, czy słusznie, przyjmijmy, że kategoria energii, znana teologii prawosławnej, prawie nie zasymilowana przez teologię Zachodu, jest pojęciem/kluczem naszych czasów. Dotąd jedynie mistycy mieli wgląd i przeczucie, że biblijne określenie Boga jako światłości jest czymś daleko więcej, niż tylko zwykłym obrazem.

Od lat w zachwycie badam związki pomiędzy duchowością a fizyką kwantową i dostrzegam coraz więcej punktów stycznych, czasem wręcz tożsamych ze słowami i duchowością Jezusa z Galilei. Jestem przekonany, że fizyka kwantowa jest najbardziej mistyczną z wszystkich dotychczasowych rozwiązań. Jest naukowym opisem duchowości wielkich mistyków, w tym mojego Mistrza.

Pisze o tym, ponieważ dostrzegam, że wielu nie rozumie moich wpisów, sposobu argumentacji,  egzegezy tekstów biblijnych i duchowości. Dawno przestałem korzystać z mechaniki Newtona i w związku z tym również moja egzegeza ma coraz mniej wspólnego z interpretacjami, które zdominowały religijną wyobraźnię chrześcijan, począwszy od XVIII wieku. 

Jeśli chcecie mnie zrozumieć, spróbujcie  zmienić paradygmat. Chociaż na chwile – proszę – zrezygnujcie z dotychczasowego sposobu myślenia, rozumienia i doświadczania Bożej obecności. Dajcie mi szansę na przekonanie Was, że wykorzystując współczesne narzędzia naukowe, cudownie rozwiniecie swoją duchowość i poprawicie jakość swego życia. Poniżej pozwolę sobie wprowadzić Was krótko w podstawowe pojęcia fizyki kwantowej i nowej biologii, której istotą w moim przekonaniu jest epigenetyka.

Podstawą jest zrozumienie, że wszystko jest energią. W materii naprawdę nie ma materii. Współczesna fizyka nie potrafi jej udowodnić. Natomiast wystarczająco dobrze zostały opisane struktury energetyczne, z których zostaliśmy stworzeni. Wszechświat zbudowany jest z cząsteczek światła, zwanych fotonami. Światło jest elektromagnetycznym polem, podróżującym po wszechświecie w formie fal, będącym w ciągłym ruchu, które jednak zostaje zniekształcone przez przestrzeń.

Grawitacja, czyli siła przyciągania, nie istnieje w takim sensie, jak rozumiał to Newton. Jest efektem tego, że masa gwiazdy czy planety również zniekształca przestrzeń, zakrzywiając ją. Ziemia zniekształca przestrzeń wokół siebie w ten sposób, że ją zakrzywia, więc księżyc tak naprawdę porusza się po linii prostej, zgodnie z prawami bezwładności, ale mimo to okrąża naszą planetę. Podobnie obiektywny czas nie jest tym czym wydaje się być, gdy obserwujemy wskazówki zegara. Podobnie jak przestrzeń, jest „zawinięty” przez wpływ wielkich ciał niebieskich oraz prędkość.

Cząsteczki elementarne w atomie są niewiarygodnie małe i kto wie, czy w ogóle moją formę stałą. Gdyby wyobrazić sobie atom w skali katedry, to jądro atomu jest mniej więcej wielkości pięciozłotówki. Atom zatem to energia w ruchu. Wszystko, co wydaje się materią, w rzeczywistości jest w ruchu. Nie istnieje zatem nic stałego, wszystko jest ruchome, podlegające ciągłym zmianom. Nadto cząsteczki elementarne w czasie, gdy są obserwowane, zachowują się nie zawsze tak samo. W zależności od typu obserwacji, jaki wybierają naukowcy, raz zachowują się jak światło, innym zaś razem jak cząstki posiadające masę. To oznacza, że intencja obserwatora wpływa wprost na formę oraz zachowania owych cząstek elementarnych (badania Heisenberga). Podobne badania z komórkami macierzystymi przeprowadził na przełomie lat 70- tych i 80 – tych ubiegłego wieku dr B. Lipton, dochodząc do tego samego wniosku, a mianowicie, że o genetycznej aktywności komórek, rozwijających się w różne tkanki, decyduje środowisko chemiczne, pomimo tego, że potencjalnie każda z nich mogłaby rozwinąć się w dowolną tkankę.

Najnowsza teoria strun oraz hiperprzestrzenni dodają fizyce jeszcze więcej tajemniczości. Fizycy rozważają bowiem istnienie wielowymiarowych światów, a także sprowadzają materię, jak i energię, do czystej wibracji strun. Teoria strun przewiduje, że podstawowym budulcem wszechświata nie są cząstki w postaci punktu, czyli elektrony i kwarki, ale struny wielkości 1031 metra. Ta teoria przewiduje, że przestrzeń, w której żyjemy, ma co najmniej 10 wymiarów, może nawet 21, przy czym 3 wymiary przestrzenne i czas to wymiary otwarte, natomiast pozostałe wymiary są skompaktyfikowane do rozmiarów niedostępnych naszemu doświadczeniu. W efekcie najzwyczajniej w świecie nie widzimy ich, jak niektóre zwierzęta, których oczy widząc tylko dwa wymiary, nie dostrzegają przeskoku między blisko siebie położnymi powierzchniami.

Dlatego nie możemy dłużej o sobie myśleć, jak o istotach żyjących w prostej rzeczywistości, zbudowanej z solidnej materii. Wiemy już wystarczająco dobrze, że wszystko wokół nas jest tajemniczą, wibrującą energią. Wszystko zbudowane jest ze światła. My również. Nie ma więc niczego trwałego. Nie ma trwałej materii, jak lód, który w „oka mgnieniu” może najpierw stać się wodą, aby wreszcie przekształcić się w parę.

W przeciągu ostatniego stulecia przeprowadzono wiele eksperymentów z wykorzystaniem cząsteczek energetycznych. Dzięki jednemu z nich, udowodniono istnienie siły, która tworzy interakcje dwóch osobnych cząsteczek energii, nawet jeśli są od siebie oddalone na tysiące kilometrów. Tak jakby były zawsze połączone i potrafiły oddziaływać na siebie wzajemnie w każdej chwili. To zjawisko zostało nazwane splątaniem kwantowym i pokazuje naszą możliwość wpływania na ludzi oraz świat pomimo odległości, która nas dzieli. Wszystko to dzieje się dzięki pracy z energią znajdującą się wewnątrz człowieka.

W tym samym nurcie badań biolodzy opisali fenomen pól morfogenetycznych (badania R. Sheldracke). Wypełniają one przestrzeń o bliżej niesprecyzowanej naturze fizycznej i nadają określoną formę organizmom żywym, pełniąc funkcje dodatkowego czynnika genetycznego, oprócz DNA. Te pola również ewoluują, co oznacza, że kolejne pokolenia danego gatunku są nie tylko tworzone przez to pole, lecz rozwijając się same tworzą w tym polu trwałe zmiany.

Zmiana pola morfogenetycznego, dokonana przez jednego osobnika, wpływa na pojawienie się podobnych zmian nie tylko w jego potomstwie, ale we wszystkich osobnikach gatunku, które pojawiły się po nim. Teologia od dawna opisuje ów fenomen, posługując się innym pojęciem, a mianowicie życiem w Starym Adamie albo w Nowym Adamie. Ta teoria tłumaczy skoki ewolucyjne, których nie potrafi wytłumaczyć nauka mechaniczna. W ten sposób pojawiają się przeskoki od razu do wyżej zorganizowanych form, a teoria Darwina, wespół z fizyką Newtona, stały się absolutnie niezdolne do tłumaczenia praw, według których we wszechświecie rozwija się życie. Teoria pól morfogenetycznych daje odpowiedź na pytanie, dlaczego wiele odkryć i wynalazków pojawia i zostaje ogłoszonych niemal w tym samym czasie przez osoby, które wcale się ze sobą nie kontaktują, a pracują i żyją w odległych zakątkach ziemi.

Większość ludzi myśli, że kiedy patrzy swoimi oczami, widzi wszystko, co jest do zobaczenia w ich konkretnej lokalizacji. Podczas, gdy faktycznie widzą, czyli dekodują, jedynie maleńki zakres częstotliwości wewnątrz widma elektromagnetycznego, znany nam jak „światło widzialne”. I kiedy mówi się „maleńki” to w istocie to jest maleńkie. Długości fal widma elektromagnetycznego umożliwiają doświadczenie, poznanie, bo już na pewno nie widzenie, jedynie 0,005% z tego, co istnieje we wszechświecie  jako energia, a przez zmysły bywa czasem postrzegane jako materia. Światło widzialne, jedyny zakres częstotliwości, który jako ludzie możemy dostrzec, jest w dodatku ułamkiem nawet tych 0,005%. Reszta to ciemna materia/ciemna energia. Tak ją nazywamy, ponieważ nie potrafimy jej dostrzec. Więc jak niewiele widzimy z jednego wszechświata? A i tak to jest tylko jeden z wielu wszechświatów i rzeczywistości wewnątrz nieskończonej Świadomości – nieskończonej Możliwości.

Dlatego niezależnie od tego, w co wierzysz i niezależnie od tego czy się modlisz, czy medytujesz, może zagłębiasz się w siebie albo po prostu oddajesz chwili refleksji, zawsze pracujesz z tą samą świetlną wszechobecną energią, która jest budulcem każdego z nas, jest w nas, wokół nas i koniec końców jest nieskończoną Miłością. To wyjaśnia, jak bardzo ważna w naszym życiu jest wiara. Dzięki niej czujemy, że jest coś więcej niż tylko świat fizyczny. Wiara pomaga nam w trudnych chwilach i to właśnie dzięki niej potrafimy dostrajać się do energii, w której jesteśmy tylko maleńką cząstką.

Współczesna nauka przekonuje nas, że natura nie współzawodniczy i nie walczy, ale opiera się na wzajemnej pomocy. Jesteśmy połączeni ze swoim ciałem na bardzo głębokim poziomie psychicznym, a nasze myśli, emocje, uczucia i przekonania, które mają początek zarówno w mózgu, jak i w sercu, wyzwalają chemię, która może doprowadzić do powstania choroby, ale też ją cofać, uzdrawiając ciało i sprzyjając długowieczności.

Niestety współczesna medycyna konwencjonalna opiera się na nieaktualnym koncepcie separacji, współzawodnictwa i konfliktu, istniejącym jakoby w organizmie człowieka na poziomie biologicznym i komórkowym.

Jezus wiedział, że tak nie jest i dlatego był skutecznym lekarzem. Jutro spróbuję to w kilku słowach opisać, żywiąc nadzieję, że uda mi się wytłumaczyć, dlaczego o epidemii koronowirusa nie piszę w kategoriach nieszczęścia, ale duchowej lekcji do przerobienia, prosząc jednocześnie, abyśmy przestali się bać i uwierzyli w leczącą siłę wiary. Zapraszam. 

Koronowirus jest wiadomością i pomocnikiem

Zachorowałeś i pomyślałeś, że nie masz szczęścia? Wracasz do domu od lekarza ze skierowaniem na specjalistyczne badania, ponieważ podejrzewa ciężką chorobę, i po głowie krąży Ci pytanie: Dlaczego mnie to spotkało? Z badań genetycznych wynika, że masz dużą szansę zachorować na to samo, na co umarł Twój Rodzic, i kłócisz się z Bogiem, że karze Cię nie za Twoje grzechy?

Jeśli kiedyś pomyślałeś w ten albo w podobny sposób, nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Zdecydowana większość ludzi myśli o chorobie negatywnie, jako Bożej karze, braku szczęścia, a przede wszystkim przeciwniku, z którym należy walczyć, aby wyzdrowieć i żyć.

Tymczasem ten sposób interpretowania choroby jest największą krzywdą, jaką sami sobie wyrządzamy. Zaślepieni mechanistycznym pojmowaniem świata; ograniczeni poznaniem wyłącznie zmysłowym; przekonani, że nasze ciała to materia, w której nie ma niczego z Bożego tchnienia, zapomnieliśmy o duchowej mądrości, którą miedzy innymi praktykował Jezus z Galilei, a mianowicie, że przez chorobę manifestuje się Boża chwała.

Celem choroby nie jest bowiem śmierć ani nieszczęście, ale życie i szczęście. Choroba nie jest naszym wrogiem, ale największym przyjacielem, komunikującym nam, co błędnego dzieje się w duchowej, mentalnej i emocjonalnej sferze życia, jako skutek naszych złych myśli, wyborów i relacji. Choroba jest sprzymierzeńcem, któremu możemy zawdzięczać rozumienie siebie i swojego życia. Musimy jednak przestać myśleć w stereotypowy sposób, a mianowicie, że chorobę trzeba przewalczyć. Z przyjacielem się nie walczy. Trzeba raczej zapytać, jaką wiadomość nam przynosi?

Mówiąc inaczej choroba jest językiem, którym wyraża się nasze prawdziwe JESTEM, czasem utożsamiane z duszą, chociaż to nie prawda. Gdy ulegamy złudnym i śmiercionośnym sugestiom EGO, aby żyć światowymi wzorcami i celami, stale próbując stać się kimś innym, tylko nie sobą, wtedy nasze prawdziwe JESTEM, czyli pamięć o tym, kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy, stara się przypomnieć nam o sobie. Pojawia się wtedy choroba, jako komunikat o błędzie w życiowym oprogramowaniu, a wraz z nią szansa na zmianę życia. Wyzdrowienie zawsze jest w zasięgu ręki pod warunkiem, że wyzdrowienia nie będzie się traktować jako powrotu do życia sprzed choroby, ale szansę na radykalną zmianę sposobu myślenia i przebudowę codziennych wyborów.

Niezależnie od tego, w jakim stadium rozwoju znajduje się choroba, zawsze stoi za nią nierozwiązany problem, niezdany egzamin życia, niezdolność bądź odmowa właściwego reagowania na określone warunki życia i wyzwania. Jednak, jak człowiek może znaleźć odpowiedź, jeśli sam siebie nie zna?

Zastanów się zatem: Czy zdarza Ci się poważnie myśleć nad tym, kim jesteś, i czy wykonujesz swoje prawdziwe powołanie, a więc to, z którym Bóg wysłał Cię na ziemię? Czy patrząc w lustro afirmujesz w pełni swój wygląd i świadomie sam sobie mówisz: To Ja Jestem? Jeśli tak, pomyśl kto wypowiada te słowa: ciało, materia? Nie. Zatem jesteś kimś więcej. Jesteś kimś, kto potrafi myśleć. Materia nie myśli, nie pamięta i nie decyduje.

Za to wszystko jest odpowiedzialna świadomość. Potrafisz czuć, myśleć, pamiętać i podejmować decyzje, ponieważ jesteś świadomością. Ciało jest jedynie fizycznym odzwierciedleniem świadomości. Ciało nie jest tylko mieszkaniem, powłoką, która zatrzymuje duszę, ale jest fizycznym przejawem Ciebie.

Każdy człowiek może przejawiać się albo cieleśnie, albo duchowo. Od czego to zależy?

Człowiek jest jednością. Jest tą samą energią, która stworzyła świat, a mianowicie Miłością, która może przejawiać się w różnych stanach skupienia i w różnych formach. Wszystko zależy od częstotliwości, z jaką wibrują cząstki elementarne atomu. A to z kolei zależy od naszej duchowości, czyli sposobu życia, o którym decyduje nasz sposób myślenia. Ten zaś może podlegać ziemi, tzw. umysłowi tłumu, który bezmyślnie powtarza z pokolenia te same bzdury o życiu, przeznaczeniu człowieka, powtarzalności zachowań, oraz lękom, które nieustannie tworzą nasze głowy, czyli rozumy. Gdy zmienia się sposób myślenia, zmieniają się też emocje, stres ustaje, doświadczamy zbawienia.

A nie upodabniajcie się do tego świata, ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu swego…” (Rz 12,2). Wszystko zaczyna się i kończy w naszych głowach. Człowiek musi wybrać. Albo wierzy umysłowi tłumu i swoim lękom, albo Najwyższemu, czyli Życiu, Miłości, Dobru, Mądrości, Mocy, która go stworzyła i chce dla niego samego dobra i tylko dobra. Człowiek musi zawrzeć wieczne przymierze. Zawiera go albo z umysłem tłumu i swoimi lękami, albo z Duchem Najwyższego, który go stworzył i w nim mieszka. 

W konsekwencji cząstki elementarne wibrują coraz szybciej i w sposób uporządkowany, a nie chaotyczny, a człowiek doświadcza odmiany w sferze cielesnej, duchowej i mentalnej. Doświadcza zbawienia, także w sferze uzdrowienia. Gdy więc zaczynasz chorować, pytaj się o to, co powinieneś zmienić w swoim myśleniu, bo w konsekwencji zmienisz się mentalnie i emocjonalnie, a na samym końcu choroba tak samo ustąpi, jak się pojawiła i nie będziesz musiał obawiać się powrotu. „Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam” (Mk 11,24).

Głębszy sens choroby polega na uświadomieniu człowiekowi tego, co jest niezbędne dla jego powrotu do zdrowia, czyli harmonii. Prawdziwe leczenie nie ma na celu usunięcia symptomów przy jednoczesnym pozostawieniu ich przyczyny, lecz polega na świadomym rozpoznaniu sfery zakłóceń i przywróceniu harmonii do stanu pierwotnego. Do tego nie wystarczy oczywiście tabletka, seria zastrzyków ani nawet środki leczenia naturalnego.

Wręcz przeciwnie, uzdrowienie zależy od tego, czy zrozumiemy, co chce nam przekazać nasza choroba, oraz oczywiście od tego, czy posłuchamy tego przesłania. Powrót do harmonii (zdrowia) jest uwarunkowany uporządkowaniem naszych myśli, uczuć, mowy i czynów. Mimo iż wydaje się to trudne i męczące, jest jedyną drogą do prawdziwego uzdrowienia, obejmującego trzy sfery człowieka – ciało, umysł i duszę.

Choroba nie jest naszym wrogiem. Nie jest też ciosem od losu ani karą Boga. Wręcz przeciwnie, choroba może stać się przyjacielem i pomocnikiem. Poprzez chorobę dowiadujemy się, jeśli tylko chcemy, że obraliśmy niewłaściwy kierunek, postępujemy w sposób, który nie służy naszemu zdrowiu i życiu, oraz ostrzega, że powinniśmy jak najszybciej zejść z drogi, na której się znajdujemy. Za pośrednictwem symptomów choroba pokazuje nam także sfery organizmu o zakłóconej energii oraz to, co powinniśmy uczynić, aby odzyskać zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Musimy tylko nauczyć się właściwej interpretacji języka, w jakim przemawiają do nas symptomy chorobowe.

Nie potrafimy, (a może nie chcemy, bo to oznacza duchowy wysiłek?) troszczyć się o zdrowie, dbając o właściwą higienę duszy. Pomimo wielowiekowego rozwoju nauk medycznych, ale też antropologii czy teologii, nasze wyobrażenia o zjawiskach chorobowych niewiele odstają od wierzeń ludów archaicznych. Tyle tylko, że „złe duchy” zostały zastąpione bakteriami i wirusami, które – naszym zdaniem – atakują nieświadomych i niewinnych ludzi.

Ponieważ koronowirus doprowadza do zmian w błonie śluzowej oraz systemie nerwowym oskrzeli, więc mamy do czynienia z następującą lekcją, którą zapewne powinna przerobić już cała populacja na ziemi. Po pierwsze musimy zapytać, co boimy się stracić? To jest pytanie skierowane do EGO, które się utożsamia i nie wyobraża sobie, że coś może ulec zmianie, np. obecny stan naszej cywilizacji? Co jest tą własnością, której pilnuję i boję się, że ją stracę?  Epidemia jest więc zaproszeniem do tego, aby na nowo przemyśleć życiowe priorytety. Być może boję się o własność materialną, być może o terytorium, które zajmuję (prestiż, władza, stanowiska, ludzka chwała w społeczeństwie)? Może boję się o bliskich?

Wszystko, co ma związek z oddychaniem, ujawnia konflikt w energii kobiecej, realnej i archetypowej, więc nie dziwię się, że społeczeństwo, w którym jest coraz mniej aktywnej energii męskiej, jest przerażone, zastałe, nie potrafi oddychać. Co to znaczy? Czy da się przeżyć na jednym wdechu?  Tymczasem do takiego stanu doprowadziliśmy świadomość mas. Wszystkim się wydaje, że ktoś powinien się o nas troszczyć (rząd i państwo, opieka zdrowotna, ZUS, Kościół), tylko nie my sami o siebie. Nabieramy wdech i chcemy na tym tlenie przeżyć, a tymczasem trzeba zrobić wydech, czyli pozbyć się pewności, że masz coś, dzięki czemu żyjesz.

Wydech oznacza zaufanie, że znowu zrobisz wdech i Wszechświat napełni Cię nowym tlenem. Tu pojawia się najważniejsza wskazówka, jak poradzić sobie z infekcją, z powodu której napisałem tekst, aby nie ulegać lękowi (Wirus pozbawi nas korony). Zabija nie koronowirus, ale strach, a więc lekarstwem jest cisza i spokój!

Kurcze, w końcu to biblijne przesłanie, jednak większość chrześcijan nie wierzy w to, że Bóg napełni ich nowym tlenem przy kolejnym wdechu! Co robią? Boją się o siebie i swoje rodziny, a najgorsze jest to, że robią zapasy żywności! Więc popełniają ten sam błąd, co Izrael na pustyni. W jaki sposób Bóg wyleczył chorobę? Ucząc, że każdego dnia spada manna i przylatują nowe przepiórki.

Wszystkim jakby odebrało głos? Wszyscy przerażeni mówią: Jak to, nas coś takiego spotkało? Wpierw pojawia się szok, a potem przerażenie. Czyli nie tylko tam, gdzieś daleko, ale u mnie w domu też? Czyli moi rodzice, moje dziecko, ja też mogę umrzeć? Co teraz będzie? Nasila się panika, a człowiek przedłuża i wzmacnia aktywną fazę wewnętrznego konfliktu, którego wyzwalaczem jest wirus, zamiast ciszą i ufnością wejść w proces udrawiania, w którym pojawiają się cielesne symptomy w postaci gorączki, kaszlu i duszności. Te objawy oznaczają, że organizm się leczy! Wystarczy świadomie przepracować wiadomość, którą jest infekcja (świadomość = (ś)wiadomość)!  

Co z tą wiadomością robi większość moich „kolegów po fachu” we wszystkich Kościołach? Szkoda pisać. Jakby całkowicie nie mieli świadomości, kim są i komu służą. Więc pytam: W jaki sposób Bóg uzdrowił lud na pustyni? Wpierw pojawiły się ogniste istoty (jad, kąsanie, gorączka, usta), które pokazały duchowy problem, czyli przyczynę. Potem Bóg poradził Mojżeszowi, co należy zrobić, czyli zalecił działania uzdrawiające w postaci takiej samej ognistej istoty, przymocowanej do drewnianego pala, aby można było na nią spoglądać z wiarą. Przecież to jest terapia na koronowirusa. Zobacz swoją chorobę, zmierz się z prawdą, którą o tobie ujawnia. Nie uciekaj przez chorobą, ale przyjmij ją jako wiadomość wysłaną do ciebie o stanie twej świadomości. Dlaczego się boisz? Dlaczego ulegasz panice i przerażeniu?  Dlaczego uważasz, że ty i twoja rodzina jesteście w niebezpieczeństwie? Dlaczego jesteś wstrząśnięty?

Spokojnie wypuść powietrze! Nie bój się, że nie otrzymasz nowej porcji życia! Naucz się zaufania, że po wydechu otrzymujesz nową porcję tlenu w kolejnym wdechu! Naucz się wiary, a nauczysz się oddychania. Nauczysz się oddychania, a bez trudu poradzisz sobie z infekcją!

Teraz pojmujecie,  dlaczego jedną z metod zdrowego życia jest medytacja, jako praca z oddechem? Nie chodzi o sam oddech, ale o zaufanie, że się nie udusisz, bo życie jest większe niż to, co czujesz i czego doświadczasz, że otrzymasz więcej niż potrafisz sobie wyobrazić! „Albowiem Królestwo Boże to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym” (Rz 14,17).

Mowa symptomów jest prosta i podlega powtarzającym się prawidłowościom. Gdy tylko ją zrozumiemy, pojawi się przed nami alternatywa: albo wykorzystamy przedstawione nam niezbędne kroki do prawdziwego uzdrowienia, albo los doświadczy nas jeszcze boleśniej. Jeśli będziemy gotowi, aby poddać się nauce płynącej z naszego odkrycia, nie będziemy już więcej potrzebować choroby, ponieważ odnajdziemy samych siebie. Choroba spełni swoje zadanie dopiero wtedy, gdy zostaną wprowadzone zmiany, na które wskazuje choroba. Gdy tak się stanie, symptomy przestaną być potrzebne.

Skoro spotkała nas epidemia koronowirusa zapewne doświadczamy dla wielu trudnej do zaakceptowania, ale na pewno szansy na całkowite przemodelowanie naszej cywilizacji.

Począwszy od wyrównania energii męskiej z kobiecą. Musi pojawić się znowu więcej bohaterów (to niekoniecznie muszą być mężczyźni), gotowych do odważnego wprowadzania zmian, które nie dają poczucia bezpieczeństwa, ale są niezbędne w doświadczeniu drogi, czyli przechodzeniu z przeszłości ku przyszłości. Dotąd liczyliśmy bardziej na stary porządek, zapewniający nam bezpieczeństwo. Teraz pojawia się wyraźny sygnał, że jeśli chcemy wejść do krainy mlekiem i modem płynącej, musimy zaufać zmianom i nie oglądać się za siebie.

Musimy powrócić do fundamentalnego poczucia, że nic złego nie może się stać, ponieważ po każdym wydechu następuje kolejny wdech, więc też po stracie tego życia otrzymujemy nowe, większe życie: „Głosimy tedy, jak napisano: Czego oko nie wiedziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują” (1 Kor 2,9).  

Szczegółowo zapewne mamy dużą szansę, aby zmienić ekonomię, edukację (wreszcie), pozbyć się złudzeń, że politykom i partiom zależy na czymś fundamentalnie wartościowym. Prawdziwych między nimi poznasz po tym, że są bohaterami, którzy dla dobra ogólnego są gotowi zaryzykować swoją  pozycję społeczną, dobre imię i poczucie bezpieczeństwa.

Obyśmy zrozumieli wiadomość!

Religia rozsądku?

Kim dla mnie jest Jezus z Galilei?  

Tak brzmi najważniejsze i rozstrzygające pytanie. Od odpowiedzi zależy rodzaj życiowej postawy, sposób przyswojenia sobie duchowej energii archetypu (zob. Mt 18,20), ale też duchowa dynamika i jakość codziennego życia, łącznie ze zdrowiem, które jest nie tylko darem, ale też zadaniem. Jakość zdrowia przede wszystkim zależy od czegoś, co w moim słowniku brzmi „serwisowaniem duszy”.

Jezus może być uznany za proroka albo nauczyciela. Terapeutę albo dietetyka. Ideał człowieczeństwa albo szalonego bohatera. Może też być epifanią (objawieniem) Bożej Chwały, ucieleśnieniem Najwyższej Świadomości, manifestacją Bożego JESTEM w TERAZ ludzkiego życia. Te ostatnie wyrażenia są współczesnymi ekwiwalentami tradycyjnych symboli wiary, znanych jako Boży Syn i prawdziwy Bóg.

Dla mnie Jezus jest ucieleśnionym JESTEM, a przypominam, że w tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej JESTEM jest imieniem Najwyższej Miłości. W mocy Jego Ducha odkrywam siebie i na Jego podobieństwo staję  się manifestacją JESTEM w swoim TERAZ.

Czy, będąc świątynią Ducha JESTEM i miejscem zamieszkania Chwały Najwyższego, miałbym Bogu oddawać do dyspozycji jedynie swój umysł i jego funkcje oraz zdolności? Czy w związku z tym miałbym utożsamiać się z urządzeniem do obróbki doświadczeń i informacji, zwanym rozumem? Mówiąc precyzyjniej, czy Bóg miałby manifestować swoją Chwałę jedynie przez moją zdolność racjonalnego myślenia i rozsądne zachowania?

Gdyby tak właśnie miało być, ile Marka Uglorza zostałoby wchłonięte i odmienione na obraz Miłości i Światłości, której doskonałym obrazem jest Jezus Chrystus? Czy prawdziwe JESTEM zdołałoby się wydostać i objawić spod warstw mojego EGO, których najwytrwalszym twórcą jest właśnie mój rozum?  Niczemu bardziej nie zależy na EGO, aniżeli racjonalnemu rozumowi, ponieważ jak długo trwa EGO, tak długo rozum wmawia mi boskie prerogatywy.  

„Jestem rozsądny. Modle się. Chodzę na nabożeństwa. Czytam Biblię, którą rozumiem. Nikogo nie biję i nie okradam. Porządnie się prowadzę. Dbam o zdrowie. Wykonuję polecenia sanitarne”. To wszystko brzmi dobrze, bo racjonalnie. Chwała Bogu, jeśli potrafisz podejmować takie decyzje i właśnie tak postępujesz. Mimo to odpowiedz na pytanie: Czy dzięki temu czujesz się dobrze? To znaczy, że masz dobre samopoczucie i czujesz się bezpieczny? 

Jeśli odpowiedź brzmi TAK, dałeś się zwieść swojemu rozumowi, który wciąż buduje Twoje EGO, ponieważ boi się, że go zdetronizujesz, pozbawisz boskich atrybutów i pozwolisz w sobie działać prawdziwej Świadomości, objawiającej się jako moc Miłości.  Twa prawdziwa istota, prawdziwe JESTEM, zniewolone lękami i kompleksami, czeka na zbawienie, czyli uwolnienie. 

Żyjesz i modlisz się rozsądnie, jak bohater przypowieści Mistrza z Galilei: „Boże, dziękuję Ci, ze nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku” (Łk 18,11n). Tak zawsze modli się EGO. Racjonalne, mądre, rozsądne EGO, które jest smutnym niewolnikiem rozumu.

Prawdziwe JESTEM nie śmie nawet podnieść oczu ku niebu i prosi o więcej miłości (zob. Łk 18,13). Prawdziwe JESTEM nie czuje się bezpiecznie z własnego powodu, bo nie ma już EGO, czyli nie ma tego, który wylicza i racjonalnie dowodzi. Prawdziwe JESTEM jest ciszą, bo nie ma słów, i zaufaniem, bo nie ma lęku. 

Jak myślimy, co zostało usprawiedliwione, EGO czy JESTEM? Racjonalne dowody czy akt oddania się Bogu?

Zastanawia mnie stała prawidłowość, a mianowicie, że wyznawcy „religii rozsądku” posługują się mniej więcej tym samym argumentem, który brzmi: „Bóg każe posługiwać się rozumem”. Żeby nie było wątpliwości, też tak sądzę, że Bóg chce, abym używał rozumu, co mam nadzieję słychać i widać po tym, że nie jestem jego niewolnikiem, ale staram się w praktyce stosować zalecenie Mistrza z Galilei, aby nie myśleć według wzorców podświadomego umysłu masowego, ale kształtować myślenie przez słuchanie Ewangelii. Ponadto uważam, że Bóg chce, abym jednak używał nie tylko rozumu, ale wszystkich swoich zdolności, funkcji i umiejętności, zwłaszcza duchowych.

Ponieważ jestem interpretatorem tekstów biblijnych wiem, że poza rozumem, kolejnym organem odpowiedzialnym za myślenie, nie tylko symbolicznie, ale rzeczywiście, co odkryli neurolodzy, jest serce. Co z tym zrobią wyznawcy „religii rozsądku”?  Tym bardziej, że serce jest centrum osobowym, odpowiedzialnym za myślenie na poziomie tak zwanych emocji ciepłych, czyli miłości, nadziei, wiary, radości, pokoju?  

Biblijni autorzy, we właściwy dla siebie sposób, wielokrotnie poświadczają, że Bóg nie szuka człowieka o czystym rozumie, ale o czystym sercu. W tekstach biblijnych cały człowiek jest Bożą świątynią, jednak miejscem najświętszym, wypełnionym Chwałą Najwyższego, jest serce. Wiem, że nie wolno mi argumentować w stylu: „Bóg chce…”. Jeśli jednak miałbym użyć retoryki wyznawców „religii rozsądku”, to muszę napisać, że Bóg  chce, abyśmy używali serca, wcale nie będąc pewnym czy On naprawdę chce, abyśmy używali tylko rozumu, skoro zainteresowany jest sercem J.  

A może wszyscy powinniśmy argumentować jednak inaczej? A mianowicie, że Bóg oczekuje po nas duchowego rozwoju, abyśmy stawali się coraz bardziej prawdziwym JESTEM na podobieństwo Jezusa Chrystusa! Czy argument o używaniu rozumu, wyznawców „religii rozsądku”, na pewno jest poprawny w sensie teologicznym i duchowym? Czy ma związek z duchowym wrastaniem w Boży obraz poprzez życie w Duchu Jezusa? Doprawdy nikomu nie odmawiam prawa do używania argumentu o używaniu rozumu, mimo wszystko pytam, czy jest argumentem uczniów Mistrza z Galilei?

W tym momencie pozostaje zadanie ostatniego pytania: W jaki sposób rozumu używał Mistrz z Galilei? Przykładów w Ewangeliach jest wiele, użyję jednego, który ma związek z apelem wyznawców „religii rozsądku”. „I przyszedł do niego trędowaty z prośbą, upadł na kolana i rzekł do niego: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A Jezus zdjęty litością, wyciągnął ręką swoją, dotknął się go i rzekł mu, Chcę, bądź oczyszczony!” (Mk 4,40n). Ówcześni trędowaci to współcześni nam zarażeni i podejrzani o nosicielstwo koronawiruem. Jezus zdjęty litością, dotknął się zarażonego nieuleczalną chorobą, gdy tymczasem chorzy na koronawirusa w większości wypadków jednak zdrowieją.

Jezus dotknął się trędowatego z miłości, a nie wbrew miłości, jak argumentują wyznawcy „religii rozsądku”, pisząc i mówiąc, że z miłości należy unikać kontaktu. W dodatku, czego możemy domyślać się z Ewangelii, z higieną dłoni w grupie przyjaciół, zebranych wokół Jezusa, najlepiej wcale nie było J: „I zgromadzili się wokół niego faryzeusze i niektórzy z uczonych w Piśmie, którzy przybyli do Jerozolimy, a gdy ujrzeli, że niektórzy z uczniów jego jedli chleb nieczystymi rękami, to znaczy nie umytymi, (…) zapytywali go tedy faryzeusze i uczeni w Piśmie: Dlaczego twoi uczniowie nie postępują według nauki starszych, ale jedzą chleb nie umytymi rękami? On zaś rzekł im:  Dobrze Izajasz prorokował o was, obłudnikach, jak napisano: Lud ten czci mnie wargami, ale serce ich daleko jest ode mnie” (Mk 7,1-6).  W tekście najciekawsze jest to (na szczęście nie jestem jego autorem J), że Jezus, cytujący Izajasza, słowa wypowiadane przez usta, czyli funkcję rozumu, przeciwstawia sercu.

Kochani wyznawcy „religii rozsądku” jakoś Wam się to wszystko do kupy nie składa. W końcu co z tym Jezusem? Przecież zarzucilibyście Mu dokładnie to samo, co faryzeusze. Kim byli faryzeusze? Wyznawcami „religii rozsądku”, którzy cały wysiłek skupili na zachowywaniu czystości rytualnej, ale też codziennej, życiowej. Żyli bardzo pobożnie, moralnie, rozumnie i dlatego brak higieny rąk uczniów Jezusa uznali za powód, aby Go zaatakować.

Wiecie dlaczego Wam się to nie skleja? Ponieważ boicie się, a swoje lęki chcecie ubrać w dostojne szaty mądrości, świętości i pobożności. Tymczasem Mądrość zamieszkała w ciele. Wpierw objawiła się w Jezusie z Nazaretu, który zachowywał się bardzo nierozsądnie.  Zresztą Świętość wybrała sobie to samo mieszkanie. A co by nie pisać Jezus stracił życie między innymi za niepobożne życie, oczywiście w ocenie pobożnych.

Cały człowiek jest Boży! Nie wolno absolutyzować rozumu, ponieważ człowiek staje się wówczas niewolnikiem EGO. Owszem, mamy używać rozumu, ale odnowionego w duchu myśli, których źródłem jest Dobra Wiadomość o zbawieniu.

Chrześcijaństwo nie jest „religią rozsądku”. Jest duchowym doświadczeniem Nowego Życia, kształtującego się w Duchu Jezusa. Żyjemy i zachowujemy się na podobieństwo Mistrza z Galilei, mając świadomość, że jesteśmy świątynią Miłości, a gdzie jest: „miłość, nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości” (1 J 4,18).

Jesteśmy uczniami Mistrza z Galilei.

Kim Jezus jest dla mnie?

Wirus pozbawia nas korony

”Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną”  Ps 23,4

„Pan światłością moją i zbawieniem moim: Kogóż bać się będę? Pan ochroną życia mego: Kogóż mam się lękać?” Ps 27,1

„Ilekroć lęk mnie ogarnia, w Tobie mam nadzieję” Ps 56,4 

„Pan za was walczyć będzie, wy zaś milczcie” 2 Mż 14,14

„Pan sam pójdzie przed tobą i będzie z tobą. Nie zawiedzie i nie opuści cię; nie bój się więc i nie trwóż się!” 5 Mż 31,8 

„Czy nie przykazałem ci: Bądź mocny i mężny? Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz” Joz 1,9

„Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej” Iz 41,10

„I przystąpił Jezus, i dotknął się ich, i rzekł: Wstańcie i nie lękajcie się!” Mt 17,7

„Bo zaprawdę powiadam wam gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie” Mt 17,20

„I rzekł do nich: Czemu jesteście tak bojaźliwi? Jakże to, jeszcze wiary nie macie?” Mk 4,40

„Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka”  J 14,27

„Wszak nie wzięliście ducha niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” Rz 8,15

„Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i powściągliwości”  2 Tm 1,7

„Wszelką troskę swoją złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie” 1 P 5,7

„W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości” 1 J 4,18

Płaczę. Smutno mi.

Że instytucjonalne Kościoły, znane w tradycyjnej formie, będą musiały przeminąć, wiedziałem od dawna, ale że zachwieje nimi wirus, tego się nie spodziewałem.

Nie bardzo wyobrażam sobie, na podstawie jakiego prawa, a tym bardziej powołania, miałbym dalej stawać przed ludźmi ze słowami, aby się nie bali, które wypowiadam zawsze podczas dystrybucji Wieczerzy Pańskiej: „Tak pojednani z Bogiem przez krew Chrystusa, idźcie w pokoju, a Zmartwychwstały Pan niech zawsze będzie z wami. Wy zaś nigdy nikogo i niczego się nie bójcie”, jeśli teraz milczałbym.

Jak my, słudzy Ewangelii, czyli dobrej wiadomości o rozwiązaniu wszystkich ludzkich problemów, mający rozniecać płomień wiary, poradzimy sobie z tekstami, które przytoczyłem powyżej? Czy będziemy je pomijać? Jak wytłumaczymy je naszym słuchaczom? Czy będziemy mieli jeszcze cień szansy na wiarygodność?

Ja – Marek Uglorz – czuję się posłany i zobowiązany do czynienia słów: „Oto dałem wam moc, abyście deptali po wężach i skorpionach i po wszelkiej potędze nieprzyjacielskiej, a nic wam nie zaszkodzi” (Łk 10,19). Dlaczego miałbym bać się mocy, której źródłem jest Bóg, a używania której nauczył mnie Mistrz z Galilei? Dlaczego miałbym zrezygnować z godności Bożego Dziecka i noszenia korony?

Czy mam pozwolić, aby wirus z mojej skroni zrzucił koronę, którą otrzymałem od Boga?

Wiem, że my – duchowni – zostaliśmy wyposażeni w szczególną moc, wyrzucania demonów, leczenia chorych, deptania jadu ludzkiego strachu! To jest nasza misja w imieniu Jezusa. Należy do niej również prorockie widzenie, wiedzenie, wieszczenie, prorokowanie, ostrzeganie. Dlaczego milczymy?

Jak długo będziemy znosić rozpełzające wszędzie węże ludzkiego strachu, sami przykładając się do tego dzieła? Jak długo pod płaszczykiem odpowiedzialności będziemy słabymi strażnikami ludzkich lęków, ułatwiając politykom podbijanie słupków popularności?

Dziś wszyscy liczymy zmarłych z powodu ukoronowanego wirusa. Każda tego rodzaju śmierć jest znakiem zapytania, smutnym doświadczeniem pozostających na tym brzegu. Jeśli jednak większość ulega panice, dlaczego my – wyposażeni w moc deptania po skorpionach – staliśmy się strażnikami ludu, którego jedynym pragnieniem jest ziemskie bezpieczeństwo? 

Bardzo proszę nie argumentować odpowiedzialnością za ludzi, dobrze? A dlaczego, wytłumaczę później.

Politycy z dziennikarzami pompują balon paniki, wbrew sugestiom ekspertów, którzy na wirusach jakby nie było znają się nieco lepiej. Mają swoje powody…  Ok. Więc liczą zmarłych, a siejąc nasiona strachu zupełnie nie biorą pod uwagę starego prawa, rządzącego Wszechświatem, które brzmi: „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Lęki tworzą panikę, panika chwieje podstawami światowej gospodarki, rozchwiana gospodarka może doprowadzić do rozchwiania ładu społecznego. Większość będzie zachowywać się coraz bardziej irracjonalnie.

Dzisiejsze apele o rozsądek, podszyte energią strachu, doprowadzą do wydostania się na powierzchnię ludzkich zachowań i dziejów tego wszystkiego, co pozamykane w podświadomości. Tym, co uwalania, jest paniczny strach. Mogą zacząć się zamieszki, które zdaniem „odpowiedzialnych polityków”, a jakże, trzeba będzie pacyfikować siłą.

Kto wie, jak rozwinie się sytuacja na rynku pracy i w sektorze spożywczym? Czy wszyscy będą mieli pracę, środki finansowe i pożywienie? A jeśli całkiem niepotrzebnie wzbudzany dziś wiatr paniki, doprowadzi do społecznych zamieszek albo wywoła burzę wojny, TO – KURDE – WTEDY BĘDZIE KTOŚ LICZYŁ ZABITYCH I PRZEJMOWAŁ SIĘ DEMOGRAFICZNĄ STATYSTYKĄ?

Czy naprawdę ciężko zobaczyć potencjalne skutki tego, co dziś jest tylko wiatrem? Najgorszym wrogiem ludzkości nie jest „wirus z koroną”, ale ludzie myślący, że będą potrafili utrzymać kontrole nad wiatrem, który dzisiaj sieją.

Więc jak? Czy my, słudzy Życia i Miłości, naprawdę również mamy siać ten watr?

Czym jest odpowiedzialność? Za każdym razem czymś innym! Przypatrzmy się słowu. Odpowiedzialność jest działaniem, będącym odpowiedzią na konkretną potrzebę, zaistniałą sytuację, itp. Naszą odpowiedzią, zgodną z naszą misją, jest działanie na rzecz wiary, aby ludzie radzili sobie z wszechobecnym lękiem. 

Dla mnie to oznacza, że z miłości do ludzi, dla zbawienia  których zostaliśmy posłani, w dniach, gdy większość sieje wiatr strachu, mocą swej wiary, niczym Eliasz, powinniśmy  sprowadzać w ludzkie serca, błękitne i spokojne niebo Bożej obecności.

W niespokojnym świecie, kto – jak nie Kościół – ma być oazą spokoju, ciszy i zaufania?  W dniach niepokoju i strachu kościelne budynki i zebrana w nich wspólnota musi być oazą zbawienia. Za to jesteśmy odpowiedzialni, a nie za wcielanie rządowych wytycznych.

Pewnie, że za to też! Jednak nasze działanie nie może być podszyte strachem. Nie wolno nam odwoływać się do argumentu odpowiedzialności, jeśli jej motywem jest strach. Naszą odpowiedzią na zaistniałą sytuację ma być wiara, a zatem takie działania duszpasterskie, które ją w ludziach umacniają, czyli praktyczna miłość.

Proszę, nie pozwólmy wirusowi zrzucić nam ze skroni koronę! Nie naszym powołaniem jest zwiększanie energii strachu. Róbmy co w naszej mocy, a do dyspozycji mamy Bożą moc, aby ludzie byli spokojni i ufający. Parafialne i kościelne budynki muszą być otwarte dla wszystkich, którzy w tych dniach chcą się schronić w przestrzeni i w duchu wiary. Skoro nie możemy uczyć w szkołach, wykorzystajmy darowany czas, aby nie tylko opowiadać Ewangelię, ale też pokazywać moc wiary i pewności, że się nie boimy!  

Osobiście mam w zwyczaju, ludzi izolowanych z powodu zakaźnych chorób, dotykać i obejmować. Kto zna mnie od dawna, wie, że na plebanię w Brennej przyjęliśmy i mieszkaliśmy kilka lat z chorym na gruźlicę, aby zimową porą nie umarł na ulicy. Byliśmy rodziną z małą Córeczką. Podobnie zachowuję się w szpitalach. Dlaczego miałbym się bać? Co mogę stracić? Przecież jestem zbawiony, więc mogę tylko zyskać!

Nie nawołuję, żeby ignorować zalecenia i rozporządzenia. Proszę, abyśmy byli dostępni dla wszystkich, którym potrzebna jest wspólnota i przestrzeń wiary. Jesteśmy, aby w mocy Bożej powstrzymywać ów wiatr, który za jakiś czas może stać się burzą, bo wtedy będzie za późno.

Ludzie zakażeni i izolowani są zanurzeni w otchłani strachu. Pierwszym i najważniejszym warunkiem procesu uzdrawiania jest doświadczenie miłości i pewność przywrócenia do wspólnoty. Gest dotknięcia i objęcia przez człowieka, który przychodzi w imieniu Bożym, jest najważniejszą czynnością terapeutyczną, przywracająca zdrowie i harmonię w ludzkiej duszy. Jest gestem niezachwianej wiary, który chorego zachęca do tej samej wiary.

W sensie społecznym, My i nasze wspólnoty, wraz z parafialnymi budynkami, powinniśmy być takim gestem, okazanym wszystkim, którzy się boją. Bądźmy oazą ciszy i zaufania, bo w nich tkwi moc i ujawnia się dar zbawienia.

Gdzie znajduje się nasza korona? Jeszcze na skroniach, czy leży już na ziemi?

Zakończę pytaniem: Kto wie, dlaczego Hioba spotkało nieszczęście? Nasze odpowiedzi najczęściej niewiele różnią się od rad, udzielnych Cierpiącemu przez przyjaciół. Racjonalizujemy, uzasadniamy. Bywa, że cytujemy końcowe wypowiedzi Hioba, a zwłaszcza słowa: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię” (Hi 42,5).

Tymczasem ów mądry Człowiek od początku wiedział, dlaczego cierpi. Szkoda, że nie chcemy go posłuchać! Zatem: „Bo westchnienia są moim pokarmem i jak woda płyną moje skargi. Bo to, czego się bałem, nawiedziło mnie, a to, przed czym drżałem, przyszło na mnie” (Hi 3,24n).

Spotyka nas dokładnie to, czego się boimy i przed czym chcemy schronić się w Bożych ramionach. Nie bierzemy pod uwagę, że Bóg chce, abyśmy lgnęli do Niego wiarą, a nie  lękiem; wdzięcznością, a nie narzekaniem. Im więcej w nas jest lęku przed czymś, tym pewniej nas to dosięgnie. A ponieważ nieustannie słyszę i czytam apele, odwołujące się do rozsądku, przypominam, że jedyną rozsądną decyzją, aktem, uczuciem, emocją i postawą jest wiara!

Prawdziwe myślenie i działanie jest wolne od strachu, troski i negatywnej aktywności jakiegokolwiek rodzaju. Musi wydobywać nas z ciemności kolektywnego umysłu mas. My, ludzie Boży, musimy przedstawiać argumenty przeciwne destrukcyjnym myślom masowego umysłu, dlatego bądźmy trzeźwi i czujni, żeby wszystkie nasze myśli, wyobrażenia i działania wywodziły się z praw duchowych, z energii wiary.

Wtedy sami stajemy się odporni i silni, a wirus nie może pozbawić nas korony!

Jeśli nie pokonamy strachu, strach pokona nas.

Świąteczny patos

Kolejny raz rozpoczął się adwentowo-świąteczny czas, w trakcie którego robimy wiele, aby zachować jego atmosferę i zwyczaje, a prawie nic, aby zrozumieć jego istotę. Patos emocji, towarzyszących tym kilku tygodniom, bywa wręcz patologiczny, zaciskając pierś wspomnieniami przeszłości i niepewnością przetrwania do następnych świąt, a tymczasem mógłby wybrzmieć świadectwem życia, które stało się lekkie i przewietrzone. Patos słów niewypowiedzianych, wcielonych w autentyczne życie, nikomu nie grozi, nie zniewala i nie zabiera powietrza.

Patos adwentowych przygotowań i bożonarodzeniowych przeżyć nie bierze się znikąd. Jest pochodną patosu, którym chrześcijaństwo rządzi światem i próbuje wcielać swoje religijne i etyczne wartości. Naszą cywilizację męczy astma (z grecka ciasna pierś). Nie potrafimy nabrać powietrza, dusimy się, ledwo oddychając w strachu, że kolejny oddech będzie ostatnim. To jedna z wielu cywilizacyjnych chorób, której genezy powinniśmy szukać w chrześcijaństwie.

Pomyliliśmy świadectwa! Uznaliśmy, że wartość słów, zapisanych w Biblii, jest większa od wartości Słowa, które żyje z miłości i dla miłości. Zapomnieliśmy, że człowiek ma nie przemawiać słowami małej wartości, ale prawdziwe Słowo powinno przemawiać jego życiem, czyniąc z niego wartość samą w sobie, jedyną wartość. Gdy Słowo nie przemawia życiem, wtedy w życiu trzeba wypowiadać tysiące niewiele znaczących słów, aby jakimś cudem życiu nadać wartość. Co z tego, że pochodzą z biblijnych ksiąg? Czy tytko dlatego, że zostały użyte przez biblijnych autorów mają jakąś większą, magiczną moc oddziaływania? W żadnym wypadku.

Niektórzy specjaliści od cytowań, z patosem godnym patologicznych władców, rzucających ofiary na pastwę ognia, w nieskończoność powołują się na Biblię, a ich życie jest nic nie znaczącym strzępem beznadziejnego miotania się pomiędzy kolejnymi bodźcami a otępieniem. Marna sztuka – przemawiać z patosem, gdy pierś zaciśnięta jest strachem. Trzeba wtedy krzykiem, pogróżkami, powoływaniem się na wartości, używaniem palca, zwiększać natężenie patosu, żeby wszyscy zechcieli usłyszeć. Patologiczny mówca zawsze wywiera nacisk, żywiąc dziwną nadzieję, że w ten sposób służy Bogu, specjaliście od milczenia.

Taki niestety jest adwent i Boże Narodzenie wielu z nas. Dni pełne rozpaczliwego krzyku, że jeśli nie zachowamy tradycji i nie będziemy służyć wartościom, rozpadnie się cały świat. W efekcie coraz liczniejsza grupa zatyka uszy i oczy, żeby nie uczestniczyć w farsie. Taki jest jedyny efekt krzyku, któremu wydaje się, że jest wiarygodnym świadectwem o cudownym narodzeniu w Betlejem Specjalisty od ciszy.

Gdy milknie krzyk i pojawia się spokojne świadectwo, astma powoli ustępuje, ponieważ wtedy nie trzeba się bać patologicznych specjalistów od religijnego patosu. Powraca spokojny oddech, bez strachu, że będzie się pożartym przez tych, którzy świadectwo życia mylą ze świadectwem pustych słów. Gdy słowa wypowiadane są cicho, wtedy co prawda nie słyszą wszyscy, a jedynie ci, którzy przestali się bać i podeszli bliżej. Pozbyli się odruchu obronnego, więc nie zasłaniają twarzy albo nie chronią serc przed słowami, które nie liczą się z życiem. Teraz mają szansę przyglądania się. A nuż zobaczą prawdziwe Słowo, które przemawia życiem?

Dopiero tak zaczyna się adwent. Od szukania prawdziwego człowieka i nasłuchiwania, czy ma do powiedzenia coś ważnego na temat życia, czym nie przestraszy i nie ściśnie piersi, a pozwoli nabrać spokojnego, ożywczego oddechu miłością. Wtedy naprawdę od Bożego Narodzenia dzieli człowieka tylko krok. Gdy patologiczni mówcy przestają krzyczeć, żeby słyszał ich cały świat, ostatecznie rezygnując nawet z szeptu do najbliższych, ale milkną i stają się ciszą, żeby prawdziwe Słowo miało szansę przemawiać wiarygodnością ich życia, nadchodzi prawdziwe Boże Narodzenie.

Ewangelią, czyli dobrą wiadomością, nie są słowa, nawet te najpiękniejsze i najcudowniejsze, czyli także historia o narodzeniu Jezusa, ale życie prawdziwego, nowego człowieka. Gdy ani nie krzyczymy, ani nie szepczemy, tylko milczymy, wówczas przemawiamy do tych, którzy są dla nas najważniejsi. Stajemy się dla nich dobrą wiadomością o Bożym Królestwie. Kolejny raz uczestniczymy w betlejemskim cudzie pojawienia się Bożej chwały pomiędzy ludźmi. O niej nie trzeba, a prawdopodobnie nawet nie należy mówić. Powinność jest innego rodzaju. Boża chwała nie potrzebuje naszych słów. Ona potrzebuje naszego życia, aby mogła zamanifestować swoją potęgę na oczach wszystkich ludzi.

Chwały Bożej przybywa, a ludzie pozbywają się astmy, gdy ustaje krzyk i nastaje milczenie. A mówiąc inaczej, gdy patos słów ustępuje miejsca patosowi czystego i szczerego życia, jakie cechowało Jezusa z Galilei.

Co wspólnego ma współczesne chrześcijaństwo, krzyczące z patosem na świat, z narodzonym w Betlejem Jezusem, którego życie było pełne patosu milczącej miłości?

Patologiczne chrześcijaństwo nie wie niczego o adwencie i Bożym Narodzeniu.

Przekleństwo wygody

Większość z nas boi się przyszłości, nie z powodu zmian, które oznaczają, że będzie trzeba pożegnać się z tym, co znane i oswojone. Najczęściej nie boimy się zmian samych w sobie, ale nadmiernych wyzwań i zadań, o których myślimy, że przerosną nasze umiejętności i życiową siłę. Gdybyśmy mieli pewność, że zmiany mentalnie ani emocjonalnie nas nie przerosną, pewnie wielu częściej decydowałoby się na jakikolwiek życiowy ruch.

No tak, ale pamiętajmy, że radykalne zmiany i nadmierne wyzwania są tylko jedną z możliwości. To jakby krańcowy, brzegowy biegun energii zmian, który pojawia się i zaczyna rozwalać dotychczasowy porządek tylko wtedy, gdy przez długi czas opieramy się jakiejkolwiek zmianie. Gdy nie zarządzamy życiem w odpowiednio mądry sposób, życie zaczyna upominać się o swoje prawo do zmiany i zamiast my nim, ono zaczyna trząść nami.

Po przeciwnej stronie widać drugi brzeg i krańcowo inną energię, która jest równie niebezpieczna, dlatego w nią także warto nie uderzać. Jest nią profesjonalizm i oczekiwanie nadmiernej kompetencji w rozwiązywaniu problemów i zarządzaniu życiem. Wydaje się, że kto posiadł takie umiejętności, temu nie może stać się nic złego a jego życie staje się przewidywalnym ciągiem spokojnych i szczęśliwych chwil. Nic bardziej mylnego, ponieważ za rogiem czai się rutyna, czyli uśpienie i brak uważności. Wtedy łatwo zasnąć i utknąć w przekonaniu, że każdą życiową sytuację, relację i problem rozwiązuje w taki sam albo przynajmniej  w podobny sposób.

Optymalny rozwój osiągamy jedynie wówczas, gdy nie absolutyzujemy jednej bądź drugiej postawy brzegowej, ale potrafimy wykorzystywać ich energię do spokojnego i lekkiego poruszania się wraz z nurtem zmian ku przyszłości. Więc warto wykorzystywać swoje umiejętności, w przestrzeni, w której jesteśmy wciąż u siebie, a nie czujemy się ani niekompetentni i schematyczni, ani nie jesteśmy wrzuceni na tak głęboką wodę, że toniemy, zamiast się rozwijać.

Warto właśnie w taki sposób kształtować codzienność, ponieważ dzięki temu nie ulegamy lękom, ale jednocześnie nie jesteśmy wystawieni na tak obciążający i długotrwały stres, że utrwala się w naszych komórkach jako stres fizjologiczny. Oba krańcowe doświadczenia, czyli paniczny lęk i stres, są najczęstszą przyczyną wszystkich chorób, a zwłaszcza okrzykniętych cywilizacyjnymi.

Niestety, olbrzymią tamą, uniemożliwiającą mądre zarządzanie życiem, czyli płynięcie w spokojnym nurcie zmian, jest przekleństwo wygody.

Myślenie o wejściu do osobistej strefy duchowego rozwoju, brzmi zawsze zachęcająco. Zaczynają się nam świecić oczy a serce napełnia się pasją. Jednak nie trwa to długo. Pomimo fizjologicznych odruchów, którymi świadomość komunikuj nam radość, że wreszcie myślimy o zmianach, my dalej tkwimy w bezruchu, narażając się co jakiś czas na krańcowo destrukcyjne i bolesne doświadczenia, czyli albo konieczność zmierzenia się z drastycznymi i w normalnej sytuacji przerażającymi zmianami, albo konsekwencjami uśpienia i zbyt późnej bądź nieodpowiedniej reakcji, która pozbawia nas życiowej satysfakcji. 

Myślenie, że należy nam się wygoda, bo zasłużyliśmy sobie na nią albo mamy już odpowiedni wiek, niweczy impulsy zmian i skutecznie depcze w nas naturalną predyspozycję do poznawania świata, zachwycania się pięknem życia i wykorzystywania darów, którymi Bóg suto zastawia stół życia.

Dzieje się tak, ponieważ nasz umysł wygodę myli z poczuciem bezpieczeństwa. Jeśli coś uznajemy za wygodne, umysł sygnalizuje nam, że powinniśmy się cieszyć, bo jest dobrze tak, jak jest. Kiedy coś wydaje się nowe, trudne, a może niezrozumiałe i umysł ma z tym problem, wtedy włącza się strach i program przetrwania walcz i uciekaj.

Z badan wynika, że podczas szacowania ryzyka mamy skłonność przeceniania wszystkiego, co jest nam znane, nawet jeśli przeczą temu fakty, obojętnie czy są to techniczne nowinki, czy nowy rodzaj rozrywki. Stoi za tym oczywiste upodobanie do wygody. Nawet instrukcje, napisane spokojnym i czytelnym krojem  czcionki, wydają nam się bardziej zrozumiałe i sądzimy, że będziemy potrzebowali na nie mniej czasu, od tych z mniej przyjaznym krojem pisma.

Dla wygody niektórzy kierowcy wciąż jeżdżą tymi samymi szlakami, nawet gdy już od dawna można korzystać z nowych dróg. Dla wygody nie zmieniamy niczego w seksie, aż okazuje się, że już nie ma czego zmieniać. Dla wygody jemy wciąż mięsne potrawy, chociaż wiemy, że zwierzęta nie musiałyby cierpieć, jak dawniej, ale nam nie chce się uczyć nowych dań i nowych smaków. Dla wygody w miejscu pracy powtarzamy wciąż te same czynności, chociaż nie odczuwamy już żadnej satysfakcji, zaś w innym miejscu moglibyśmy dużo więcej zarabiać. Wreszcie dla wygody wpadamy w religijną rutynę i rytualizm, ponieważ nie chce się nam wyruszyć w duchową podróż, w trakcie której Bóg mógłby nas każdego dnia zaskakiwać czymś nowym, czym zmuszałby nas do wyjścia ze strefy komfortu.

Przekleństwo wygody jest więc konsekwencją kłamstw, które bezustannie tworzy umysł. Niemniej umysł nie jest naszym osobowym centrum i nie wolno się z nim utożsamiać. Umysł jest odtwarzaczem programów, którymi są przekonania.  W dodatku ma zdolność odtwarzania nieskończonej listy programów. Czy chcemy z nich korzystać, zależy wyłącznie od nas.

Ludźmi, których powołaniem jest zmiana powszechnie obowiązujących przekonań, są księża, tzw. duszpasterze i kaznodzieje, czyli mówcy kazań. Tymczasem większość z nich wybiera wygodę. Przez niemal całe życie zawodowe czytają ten sam rodzaj literatury, żeby nie musieć mierzyć się z nowymi myślami, niepokojącymi wnioskami, zmianą przekonań i duchowości. Dla wygody wpisują się w powszechne wyobrażenia o tym, w jaki sposób powinni się zachowywać, ubierać, co im wolno w ramach wolnego czasu, czym nie powinni się interesować. Więcej, dla wygody stają się strażnikami ładu moralnego, sankcjonującego wygodne życie ludzi, bojących się zmian, którzy z perfekcjonizmu i kompetencji etycznych uczynili sobie bożka.

Wygodnie pilnować ludzi, którzy dla wygody boją się życiowych zmian. Wygodnie jest dbać o autorytet strażników ładu społecznego, którego największą wartością jest wygodne życie. Teoretycznie nie ma wtedy zagrożenia, że jakiś szaleniec, którego nie interesuje wygoda, wszystko zmieni. Ostatecznie dla wygody można go w niewygodny dla niego sposób powstrzymać, aby dalej móc wieść wygodne życie.

Mam nadzieję, że wiadomo, którą postać historyczną wspomniałem? Kto zaś na zdjęciu niczego nie dostrzegł, niech wygodnie tkwi w pozornym poczuciu bezpieczeństwa. Na pewno w jego życiu nic złego się nie wydarzy.