Gdzie są świece gotowe do świecenia?

Nowa sytuacja, z jaką od ostatniej wojny światowej nie mieliśmy do czynienia, unaoczniła, że metody i tematy katechetyczne, a także praktyka udzielania chrztu, konfirmowania i bierzmowania, kompletnie się nie sprawdzają. Podporządkowane są kościelnym statystykom, ale nie duchowemu rozwojowi i wyłanianiu chrześcijańskich elit.

Rozmowy po moim wczorajszym wpisie kolejny raz przekonały mnie, że sprowadziliśmy wielowymiarowość i bogactwo kościelnego życia do jednej płaszczyzny. Wyglądamy jak leżąca na ziemi kartka papieru, a powinniśmy przypominać trójwymiarową bryłę origami. 

Kościoła nie wolno sprawdzać do poziomu religijnej matrycy, stabilizującej ład i porządek społeczny. Dziedzictwo Konstantyna Wielkiego wciąż uniemożliwia nam dostrzeganie w  Kościele duchowego projektu, który ma dynamizować ludzką egzystencję i wyzwalać duchowy rozwój ludzkości. 

Pisałem o tym kilkakrotnie, więc teraz tylko naprędce kilka słów.

Całkowicie zaniechaliśmy metodę Jezusa, praktykowaną przez pierwsze pokolenia uczniów. Jej podstawą jest założenie, że populację trzeba podzielić na trzy grupy. Polega na informowaniu o zbawieniu wszystkich bez wyjątku, przy okazji ucząc mądrego, zdrowego i wolnego życia. To jest podstawa społecznej piramidy.

Kolejny poziom, środkowy, tworzą ludzie, rozwijający się duchowo w tym sensie, że świadomie poznają siebie. Pytają i szukają swoich darów, wypatrują drogi powołania i nie boją się konsekwencji wyborów, które często są nietrafione. Jednak dzięki takiej pracy z ogniem życia krystalizuje się grupa uczniów, znających siebie. Rozpoznając życiowe powołanie do służby w dziele zbawienia, idą w miejsca i wykonują zadania, do których po prostu zostali stworzeni. Ta droga rozwoju i ten wysiłek w poznawaniu siebie, a zwłaszcza rozterki i załamania, które pojawiają się jako konsekwencja tej pracy i popełnianych błędów, trzeba delikatnie buforować i moderować. Do tego jest potrzebna praca duszpasterska i katechetyczna na innym poziomie, aniżeli podstawowym.

Należy ją wykonywać w ramach przygotowania do konfirmacji albo bierzmowania. Wiek, w którym przeprowadzamy te rytuały inicjujące, jest za wczesny. Niczego spektakularnego nie osiągamy. To po pierwsze, a po drugie to nie może być praca powszechna, ta bowiem dotyczy podstawowej grupy uczniów Pańskich. Na tym etapie należy przygotowywać do chrztu ogniem tych, którzy świadomie chcą płonąć. Dzięki temu mielibyśmy szansę wyłaniania z podstawy, uczniów zaangażowanych. Tymczasem praktyka konfirmacyjna jest skrojona na potrzeby kościelnej statystyki i jest zaledwie lekkim wzmocnieniem pracy duszpasterskiej i katechetycznej z podstawą społecznej piramidy, zamiast tworzeniem warstwy środkowej. W świadectwie ewangelii odpowiada jej grupa uczniów, którzy otrzymali od Jezusa charyzmat uzdrawiania.

Mając wykrystalizowany trzon aktywnego Kościoła, można wybierać najlepszych, elitę w sensie ścisłym, której Jezus powierzył moc wypędzania demonów. Łatwo się domyśleć, że to ludzie, którym poświęca się najwięcej uwagi, czasu i wprowadza w tajemnice duchowego życia, o których ludzie podstawy nie chcą słyszeć i nie muszą.

My zaś chcielibyśmy mieć podstawę rozwiniętą i aktywną, niczym duchowa elita, a to jest niewykonalne i po prostu naiwne. W efekcie nie tworzymy elity, a w pracy duszpasterskiej zatrzymaliśmy się na poziomie podstawy, której nie potrafimy podciągnąć nawet do poziomu duchowego życia uczniów, świadomych siebie i otrzymanych charyzmatów.

Oczywiście organizowanie tej struktury wymaga rekonstrukcji Kościoła, nowej definicji katechizacji i sakramentów, ale przed wszystkim zobaczenia, że zasadza się na fundamentalnej pracy z lękiem. Nie można od wszystkich wymagać, aby zdobyli się na zaufanie, cechujące elitę, wypędzającą demony. Z drugiej strony nie wolno nam wszystkich traktować w sposób podstawowy, jak mama chroniąca w piwnicy swoje dzieci, które podczas wojny boją się lotniczego nalotu.

To jest przecież oczywiste, ale my problem wypieramy, co mierzi mnie coraz bardziej teraz, w okresie tzw. pandemii. Dlatego napisałem wczoraj o Kościele, jako sercu ludzkości. Doświadczam niezrozumienia, ponieważ współczesny Kościół z założenia oddziałuje tylko na podstawę, posługując się metodami, odpowiednimi dla niej. Dlatego zarzuca mi się, że nie liczę się z lękiem, lekceważę zdrowie i życie ludzi, obrażam kolegów.

Nie obrażam. Szanuję, o czym świadczy to, że im sugeruję. Gdybym ich lekceważył, nie pisałbym do nich. Próbuję tylko „obudzić śpiocha”. 

Wczoraj też nie krytykowałem ostrożności w organizowaniu nabożeństw. I od początku pandemii nie napisałem na ten temat jednego zdania negatywnego, ponieważ nie wolno nam „szarpać” za uszy ludzi słabej wiary, którzy poczuliby się źle. Organizacyjnie Kościół musi uwzględniać najsłabszych, ale jednocześnie, zwłaszcza w przekazywaniu dobrej informacji o Bożym zbawieniu, musi wiarę budować.

Nie da się budować wiary słowami, że Bóg nas kocha i gdy przetrwamy pandemię to znowu będziemy, jak dawniej tworzyć parafialne i liturgiczne życie. Nie przetrwamy pandemii – o tym wie każdy. Wirus tak po prostu nie znika. Z jednej strony służby medyczne nauczą się nas leczyć, z drugiej strony my – księża i Kościół – jesteśmy od poszerzania ludzkich serc. Chodzi o wiarę, która umożliwi wszystkim życie w nowych warunkach, czyli życie wraz z wirusem.

Lęk to uniemożliwia. Zaufanie tak.

Dobra informacja o zbawieniu musi być umacnianiem zaufania, duszpastersko musi być codzienną pracą, dzięki której najsłabsi w wierze zaczną samodzielnie stawiać kroki. Jeśli po naszym działaniu i w naszych słowach od trzech miesięcy słyszą przekaz osnuty na wątku, którym jest strach i jakaś mityczna wiara w to, że kiedyś znowu będzie bezpiecznie, to przepraszam, ale to jest wypieranie prawdy, a nie życie w prawdzie.

A poza tym, co w tym czasie robimy albo czego nie robimy z wiarą ludzi duchowo rozwiniętych, których powinniśmy wykorzystywać w tych dniach? Na temat wirusa od strony medycznej i biologicznej wiemy już na tyle dużo, że jest czas odważniej wyprowadzać ludzi z ich lęków.

No niestety, ale są powołania, w których Bogu potrzebni są ludzkie rozwinięci duchowo, a więc między innymi też odważniejsi i zdolni do duchowego widzenia rzeczy, które większość widzi cieleśnie. Między innymi są to pracownicy służby zdrowia i Kościoła. Proszę więc nie sugerować, że traktuję Kolegów źle. Po prostu nie traktuję ich jak ludzi małej wiary.

Wszystkich powciskaliśmy do domów i czekamy na zniknięcie potwora.

A kuku Panie kruku!

Potwór sam nie zniknie.

Do zwyciężenia potwora Chrystus ma nas, swoją elitę na ziemi!

Gdzie są świece, gotowe do świecenia i spalania się?

Kościół sercem ludzkości

Sądziłem naiwny, że miną może dwa miesiące i Kościoły się obudzą; że moi Koledzy zaczną konfrontować obecną sytuację z biblijnymi tekstami i zobaczą groteskę, w której uczestniczą.

Mija trzeci miesiąc i właściwie jest coraz gorzej, bo dostrzegam proces akomodacji, oswojenia, akceptacji.

Na miłość Najwyższego:

– gdy analizujecie listy do Siedmiu Kościołów, umiecie sobie wyobrazić treść ósmego, skierowanego do nas?

– gdy czytacie o serafach, które oczyściły Izraela na pustyni z lęku i grzechu, to o czym myślicie?

– gdy jesteście świadkami uzdrowień, dokonywanych przez Mistrza, ogłaszając triumf ludzkiej wiary, to nie czujecie się zawstydzeni? 

– w jaki sposób interpretujecie ludziom wypowiedzi Mistrza, z pomiędzy których przypomnę jedną: „O cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam. Dotąd o nic nie prosiliście w imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna” (J 16,23n)?  

Pojawiło się słowo klucz, wręcz nowa zasada hermeneutyczna, która ma wszystko rozwiązać i wytłumaczyć: odpowiedzialność. Tylko nieśmiało przypominam, że w hermeneutyce jest pewna kolejność, o której często piszę, a mianowicie, że wpierw następuje interpretacja tekstu. Interpretacja tekstu staje się interpretacją egzystencji. Wpierw tkaninę życia trzeba wyprać w tekście. Skutkiem jest pojawienie się tekstury, czyli poznanie siebie. Nie okłamujmy siebie oraz ludzi, że życie tłumaczy tekst, bo wówczas tekst przestaje być święty i natchniony, co powtarzamy niczym mantrę, tylko w praktyce nie stosujemy, ale tekst tłumaczy życie. Odpowiedzialności zatem nie wolno nam traktować jako pojęcia interpretującego religijne teksty. 

Niestety tak się stało, dzieje i nasila. Żeby przetrwać w politycznym żywiole władzy i społecznego znaczenia Kościoły dostosowują interpretację tekstów do sytuacji. Ósmy list do Kościołów właściwie już powstał. Pozostaje pytanie o nagłówek i adresata.

Czy jestem zawiedziony? Nie jestem zawiedziony. Nie dałem się też rozczarować, ponieważ zawczasu odczarowałem młodzieńcze ideały, wyniesione z rodzinnego domu pastorskiego, w którym Kościół jawił mi się nową Jerozolimą w niebiańskim Syjonie.

Od lat widziałem, co się dzieje, mówiłem, pisałem, prosiłem. Teraz naocznie wyszło szydło z worka.

Wiąż kocham Kościół, bo kocham Mistrza z Galilei, który jest moim Panem. Kocham Kościół zdolny do życia i odkrywania prawdy w duchu Jezusa Chrystusa, będący czystym i autentycznym doświadczeniem duchowym. Kościół  podnoszący człowieka z prochu, przywracający życiu godność, uzdrawiający ludzkie traumy. Kościół, który nie martwi się sobą, bo martwi się światem. Kościół, który tkaninę ludzkich dziejów i aktualnych wydarzeń odważnie i jednocześnie uważnie pierze w czystym źródle wody, którym jest Jezus z Galilei. 

Kocham Kościół, który odpowiedzialnością nie interpretuje tekstów biblijnych, ale nimi nadaje odpowiedzialności najwartościowsze znaczenie, bo w duchu Jezusa. Może przykład? Użyję takiego, którym spróbuję przy okazji przekonać, że naprawdę uczestniczymy w grotesce.

Odkąd pamiętam wielu chrześcijan powtarza, że Jezusa z Galilei nie sposób naśladować, bo przecież On jest Bogiem. Argument przypomina kulę śnieżną, wystrzeloną z wyrzutni rakietowej, bo gdyby Jezus nie był jednym z nas, normalnym człowiekiem, objawienie Bożej chwały w Jego osobie nie miałoby najmniejszego znaczenia i sensu. Jezus jest Mistrzem, uczącym życia w tym samym duchu, w którym mógł powiedzieć: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Z niedowiarkami od lat kruszyłem kopie o to, że życie w duchu Jezusa, popularnie zwane naśladowaniem, nie tyle jest możliwe, ile wręcz jest warunkiem duchowego rozwoju.

I czego dożyłem? Ni z tego ni z owego tzw. pandemia wirusa pierwszy raz w życiu zmusiła mnie przyznać, że naśladowanie Jezusa jest nie tylko niemożliwe, co wręcz powinno być zabronione, bo jest dalece nieodpowiedzialne J.

Nie wiem, czy pisać, że mrugnąłem okiem? Jeśli ktokolwiek tym wtrąceniem poczuł się obrażony,  bo przecież to jest oczywiste, przepraszam.

Czytam w kościelnych dokumentach, słyszę w wypowiedziach biskupów i kolegów, że odpowiedzialność każe nam uczynić wszystko, co jest możliwe, żeby z naszego powodu nikt nie zaraził się wirusem.

Nie przeczę, że argument mnie przekonuje. Wiem, że mam uważać i nie zarażać innych. Tylko, czy na pewno to jest wszystko, co mam uczynić? Będąc uczniem Mistrza z Galilei zostałem powołany do bycia źródłem miłości. Póki rządzi lęk, czy miłość jest możliwa? Jak pomóc bliźnim w ich lęku, skoro miłość została podporządkowana rozporządzeniom, które dyktuje lęk?

Przestaję kumać. Groteska, czy nie?

To jednak nie jest wszystko. Pytam: Jezus był odpowiedzialny czy nie był? Muszę znać odpowiedź, ponieważ odpowiedzialność stała się w Kościele kluczem, którym interpretuje się biblijne teksty, a ja chcę wiedzieć, jak mam naśladować Jezusa. Zapewne wielu uczniów Mistrza też. 

Jezus na przykład dotykał chorych na trąd, wówczas nieuleczalną i śmiertelną chorobę. To jest pierwszy powód, dla którego dziś zostałby uznany za nieodpowiedzialnego. Dezynfekował potem swoje dłonie? Jeśli był odpowiedzialny, musiał i koniec kropka. Dyskusji nie ma. Jeśli nie dezynfekował, tym bardziej musielibyśmy uznać, że był skrajnie nieodpowiedzialny. Należałoby się  wręcz zastanowić, czy w ogóle kochał ludzi, skoro narażał ich na chorobę. To właściwie jest nie do udowodnienia, że po każdym dotknięciu trędowatego dezynfekował dłonie. Przeciwna teza podobnie.

Pozostajemy bezradni? Nie całkiem. Znamy bowiem Jego przyzwyczajenia i poglądy na temat mycia rąk przed posiłkami i o dziwo okazuje się, że czyściochem nie był, przynajmniej z punktu widzenia standardów higienicznych, które ówcześnie miały genezę religijną. Zatem religijni ludzie tamtych czasów z Jezusem mieli nie lada problem. Gdy pościł dbał o włosy, żeby były estetyczne i zdrowe, a przed posiłkiem pozwalał nie myć rąk. Był odpowiedzialny czy nie? Może w ogóle zahaczał o narcyzm?

Okazuje się, że my także mamy problem z Jezusem i to wcale niemały, bowiem ze względu na współczesną interpretację odpowiedzialności, praktykowaną w dobie tzw. pandemii również przez Kościoły, Mistrz z Galilei w ogóle nie był odpowiedzialny.

Pogubiłem się. Czy tylko ja?

Czyli Jezusa nie tylko nie da się naśladować, jak sądzą niektórzy, ale nawet nie wolno, bo to byłoby skrajnie nieodpowiedzialnym zachowaniem.

Groteska, czy nie?

I teraz spokojnie mi odpowiedzcie Koledzy, w jakim miejscu jesteście z interpretacją tekstów? Pozwalacie im przemawiać do siebie? Pozwalacie im pokazywać Waszą wewnętrzną teksturę, to znaczy interpretować genezę Waszych lęków, zahamowań, wypartych kompleksów, aby w efekcie dać się Duchowi zmienić i wyzwolić? Co o Jezusie, Mistrzu nas wszystkich, mówicie ludziom?

Stało się nieszczęście. Kategoria odpowiedzialności, przykrojona w dodatku na miarę ludzkich lęków, ma wszystko wytłumaczyć i załatwić.

Po pierwsze odpowiedzialności nie wolno traktować jako sprytnej przykrywki własnego lęku przed skutkami działań, które mogą obrócić się przeciwko nam. Jezus poniósł pełną odpowiedzialność.

Po drugie odpowiedzialność nie oznacza zachowywania przepisów i rytuałów, ponieważ jest świadomym (odpowiednim) działaniem, będącym odpowiedzią na pytanie albo zapotrzebowanie, zgłoszone przez życie. Jezus, gdy uważał to za stosowne, zachowywał zwyczaje, ale potrafił też zdecydowanie im się sprzeciwiać, jeśli były przyczyną ludzkich lęków i chorób.

Po trzecie odpowiedzialność stoi w służbie miłości, a nie lęku. Co prawda są w niej aktywne oba bieguny, bo bywa, że odpowiedzialne zachowanie uwzględnia czyjś lęk, mimo wszystko ostatecznie każde świadome działanie, wynikające z miłości, musi być darem wolności na niewolę i zaufania na lęk. Odpowiedzialne zachowanie uwzględnia lęk, ale go nie wzmacnia. Może warto przypomnieć modlitewną walkę Jezusa w nocy, przed pojmaniem?

Ponieważ kocham Kościół, nie zgadzam się na Kościół, który biblijne teksty, a w efekcie naśladowanie Jezusa i ludzkie życie, podporządkował lękowi.

Nie rozumiem, jakim cudem mamy pomagać ludziom pracować z ich lękami, skoro:

– odpowiedzialność została sprowadzona do wykonywania rozporządzeń, wynikających z lęku;

– tekstami biblijnymi nie interpretujemy życia i nie pozwalamy im kształtować odpowiedzialnych zachowań na miarę Jezusa;

– pandemiczna groteska, w której uczestniczymy, doprowadziła nas do sytuacji, w której naśladowanie Jezusa jest dowodem braku odpowiedzialności. 

Gdzie podziała się miłość?

Miłość jako lekarstwo na paniczny strach.

Miłość jako jedyna kategoria, której możemy używać do interpretowania tekstów, sprawiających egzegetyczne problemy.

Treścią ósmego Listu do Kościołów jest to wszystko, co teraz wyprawiamy w duszpasterskim wymiarze, a jest konsekwencją interpretowania biblijnych tekstów w taki sposób, żeby wyniki pasowały do światowych wyobrażeń, politycznych działań i medycznych zaleceń. To, co się teraz dzieje, przypomina  psychiczny korkociąg, z którego wielu ludzi, rodzin, domów nie wyjdzie przez dziesięciolecia, może pokolenia, aż roztrzaskają się o ziemię. Ratunku będą szukać u psychologów i psychiatrów.

Po co Kościół? Po co księża? Po co instytucja, która nie pomaga zrozumieć życia, sytuacji, świata, ani wyjść z lęku?

Wiem, że moja argumentacja w wielu miejscach ma słabe flanki. Na blogu nie mogę umieszczać długich, nudnych tekstów. Dlatego z różnych stron można do mnie strzelać. Czytających proszę, spróbujcie zrozumieć intencję. Nie chodzi o wojnę na argumenty, bo to jest stracony czas, oddany pod władzę sprytnego umysłu.

Chodzi o serce. Chodzi o Kościół, który ma być czułym, delikatnym, dobrym, łagodnym sercem ludzkości, pomagającym wyjść z lęku i dbającym o miłość.

Proszę wszystkich, którzy podobnie czują i myślą, gromadźmy się razem w duchową świątynię, serce ludzkości.  

Chrzest

Ideały greckiej Sparty, powielone w nowoczesnej formie przez Fryderyka Wielkiego, który dzięki temu na dwa stulecia utrwalił Pruską siłę i dominację w środkowej Europie, przeniknęły i całkowicie skaziły nowożytne szkolnictwo. Polegają one na rozwijaniu społecznych strategii, w których człowiek używany jest niczym maszyna. Ma reagować, broń Boże odpowiedzialnie i sumiennie działać. W ten sposób wpierw Spartanie, potem Prusacy, wreszcie sami próbujemy realizować masowe strategie przetrwania i sprawiedliwości, w których kluczowe role odgrywają sprawni urzędnicy administracji publicznej oraz posłuszni wojskowi, niczym cyborgi wypełniający rozkazy. Szkoła, policja i wojsko, aby nas przemóc i jednocześnie nauczyć, w jaki sposób przemóc bliźniego, z posłuszeństwa uczyniły największą cnotę.

Jakże żałosny i w skutkach tragiczny jest ów aksjomat, nad którym nie chce dyskutować nawet teologia, a swoim autorytetem wspierają Kościoły, przekonane, że lęk przed Bogiem jest najlepszą metodą wychowawczą. Egzystencja tymczasem, wsparta Ewangelią Jezusa, zna inną logikę, a mianowicie zwolnienia z przymusu i przemocy.

Dlaczego nie doceniamy prawdziwej siły ludzkiej godności i wolności, której źródłem jest miłość? Dlaczego nie widzimy, że prawdziwa przemiana kultury i ludzkich struktur nie opiera się na przemocy, a podlega dobrowolności? Pozwólmy sobie na wyciągnięcie wniosku z ewangelicznego opowiadania o pojmaniu Jezusa, z którego wynika, że wolna miłość jest mocniejsza od siły przemocy. Przecież żołnierze, którzy przyszli związać Jezusa, padli przed Nim na twarz, gdy przedstawił im się jako wolne i kochające TO JA JESTEM.

Wyobraźnia wielu rodziców i księży, także zawodowe powołanie nauczycieli, wojskowych i urzędników, są deformowane kultem przemocy. Szkoda, że to wciąż się dzieje, ponieważ jak długo kolejne pokolenia mężczyzn i kobiet będą podniecały się swoją siłą i władzą, tak długo nie ma co liczyć na świat pełen uśmiechniętych, sytych, zdrowych, twórczych i kochających ludzi.

A przecież mogłoby być pięknie i zupełnie inaczej. Nie musielibyśmy leczyć sparaliżowane lękiem i pozbawione wiary w siebie ludzkie żyjątka, gdybyśmy Bogu pozwolili manifestować swoją chwałę w życiu Jego Córek i Synów. Wystarczyłoby mentalnie powrócić do Haranu, z którego pochodził Abraham, i zrozumieć, że ta sama historia dzieje się każdorazowo podczas chrztu.

Kult przemocy powinien był pozostać wraz z Terachem, ojcem Abrahama, w Haranie, ponieważ związany jest z bogiem o imieniu Moloch, któremu ojcowie poświęcali w ofierze własne dzieci. Moloch jest bogiem śmierci, tymczasem Abraham został powołany przez Boga o imieniu JESTEM, stwarzającego i pielęgnującego życie. Otrzymawszy wolność, i będąc wyzwolonym z kultu przemocy, miał Izaakowi i kolejnym pokoleniom przekazać prawo do życia. Jednak opowiadanie o próbie zabicia Izaaka na górze Moria uświadamia, jak ciężko wydostać się z przeklętego kręgu wyobrażeń i schematycznych zachowań, które są zwykłymi reakcjami zamiast świadomym działaniem. 

Działający według starego schematu, opartego na kulcie przemocy, Abraham omal nie zabił syna i gdyby nie interwencja Anioła Pańskiego tragicznie skończyłaby się historia rodziny, która miała zmienić dzieje ludzkości. A wszystko z tak zwanych pobożnych pobudek, powołujących się na rzekomą Bożą wolę. Szczęśliwie Izaak przeżył, ponieważ to samo prawo miłości i życia, zwalniające z przymusu i przemocy, które Abrahamowi pozwoliło opuścić namiot ojca, uratowało Izaaka.

Ponieważ chrześcijaństwo nie jest religią w sensie ścisłym, ale doświadczeniem duchowym i projektem cywilizacyjnym, więc w naszym świecie nie ma najmniejszego usprawiedliwienia dla prawa przymusu i przemocy! Rodzicu, zanim uderzysz dziecko, zastanów się, któremu Bogu wierzysz i służysz, Molochowi czy Bogu o imieniu JESTEM? Podobne pytanie postaw sobie zanim narzucisz dziecku rozwiązanie jakiegokolwiek życiowego dylematu, które tkwi w Twojej woli, wyobrażeniach i pragnieniach. Któremu Bogu służysz?

Kultu przemocy nie można uzasadniać wolą Boga, który jest Życiem i Miłością, za to egzekwowanie prawa przymusu i przemocy zawsze kończy się cierpieniem, łzami, bólem, brakiem wiary w siebie, kompleksem, a na końcu śmiercią. Czy związek, usankcjonowany prawnie w Urzędzie Stanu Cywilnego bądź w Kościele, naprawdę daje małżonkom prawo do późniejszego, regularnego dręczenia się? Małżonku, zanim siłą cokolwiek wyegzekwujesz od partnera, do czego Twoim zdaniem masz prawo, odpowiedz sobie na pytanie, któremu Bogu służysz?

Co takiego dzieje się, że odkąd ludzie zostają związani tzw. węzłem małżeńskim, miłość wielu par, oczywiście nie wszystkich, jakby wyparowywała? Można założyć, że w większości wypadków małżeńskie związki zawierają ludzie, którzy o prawdziwej miłości niczego nie wiedzą i jej w sobie nie mają, bądź z powodów merkantylnych. Ale równie dobrze można założyć, że coś niedobrego zaczyna dziać się z miłością w chwili związania, zobowiązania, ślubowania. Jakby przestawała płynąć, pulsować. Jakby jej energia przestawała dopływać do serca, a kotłowała się gdzieś pod przeponą, bo miejsce przyjaźni, serdeczności, czułości, delikatności, wzajemnej troski i wyrozumiałości zajmuje z czasem twarde egzekwowanie potrzeb materialnych i seksualnych.

Czy małżeństwo, które w zamyśle powinno ludzi spajać we wspólnotę, aby było im łatwiej i radośniej, w rzeczywistości nie stało się węzłem, który odcina ich serca od miłosnej energii?

Małżeństwo jako energetyczny supeł – radzę zapamiętać i przemyśleć. Bo jakże wielu kwitnących i lekko stąpających po ziemi ludzi, tryskających energią i pełnych pomysłów na życie, po zawarciu związku małżeńskiego z roku na rok staje się coraz bardziej ociężałych, smutnych i bezwolnych.  

Chociaż piszę o chrzcie, zasygnalizowałem problem z funkcjonowaniem małżeństwa, ponieważ potrzebowałem przykładu. Zdaję sobie sprawę, że to, co mam do napisania na temat praktyki chrztu, wielu zdenerwuje, może zwłaszcza moich kolegów? Przejdźmy zatem do chrztu.

Praktyka udzielania chrztu zdradza, że sankcjonując nią prawo przymusu i przemocy jako skuteczniejsze od prawa miłości, które zawdzięczamy Bogu o imieniu JESTEM, Kościoły wciąż pozostają pod przemożnym urokiem Molocha. Powtarzamy bowiem stare wzorce i z pokolenia w pokolenie utrwalamy te same traumy, żłobimy w ludzkich sercach te same rany i wychowujemy ludzi, sparaliżowanych lękiem, zamiast wolne w działaniu Boże Dzieci. Przy czym zupełnie nie przemawia nam do wyobraźni ani nie zmienia naszego stosunku do prawa przymusu i przemocy fakt, że sami zostaliśmy ochrzczeni i dobrowolnie dajemy chrzcić nasze dzieci.

W powszechnym przekonaniu i nauczaniu chrzest jest świętem Kościoła i rodziny. Jakoś najmniej samego chrzczonego? Wszyscy się cieszą, że ochrzczony właśnie stał się członkiem grupy społecznej. Więc pytam, czy z racji urodzenia nie był?

Czyli, że co? Że został wchłonięty i odtąd może cieszyć się akceptacją Kościoła i rodziny? Przecież nie od dziś wiadomo, że to jest najważniejszy i w istocie najtragiczniejszy w skutkach powód braku wiary w samego siebie i w własne siły, także pewności siebie, czyli tak naprawdę wszystkiego, co prowadzi do samopotępienia, braku samoakceptacji, a często wręcz nienawiści siebie i życia.

Poza tym teologiczne znaczenie chrztu polega na śmierci starego Adama, czyli istoty ludzkiej, żyjącej przeszłością, lgnącej do mentalnych, emocjonalnych, duchowych i etycznych wzorców, którymi kierowały się poprzednie pokolenia, od Boga oddzielone swoim lękiem. Śmierć starego Adama to śmierć iluzji, że powielaniem schematów można cokolwiek pożytecznego zrobić z własnym życiem.

Woda chrztu jest obrazem krainy umarłych, z której wychodzi nowy Adam, istota ożywiona duchem Chrystusa. Nowy Adam nie ucieka w przeszłość, czyli w grzech, ale oczekuje spełnienia obietnicy zbawienia, więc z napięciem wypatruje przyszłości. Jest wyzwolony prawdą, bo odkrył Boży obraz w sobie, dlatego nie powiela starych wzorców. Działa samodzielnie na miarę swojego powołania, talentów, tęsknoty. Nie jest zanurzony w umyśle mas, które go poprzedzały, ale wynurzony. Wydobyty z podświadomości przez Chrystusa kroczy po wodzie, co jest obrazem świadomego życia i działania. To wcale nie oznacza, że gdy ulega swoim lękom, natychmiast znowu nie zaczyna tonąć.

Nowy Adam jest człowiekiem ufności i miłości, które utrzymują go na powierzchni dziejów, jego własnej historii życia i pozwalają samodzielnie stawiać kroki. Dlatego codziennie: 

– wychodzi z przeszłości i kroczy ku przyszłości;

– wychodzi z rodzinnego domu, aby założyć własny;

– wychodzi z lęku i uczy się zaufania;

– wychodzi z mentalnej potrzeby bycia chronionym i karmionym przez mamę, aby spotkać się z własną siłą;

– wychodzi spod władzy ojca, który składa dzieci w ofierze posłuszeństwa, aby samemu nauczyć się posłuszeństwa Bogu;

– wychodzi z zadomowienia, aby uczyć się życia na pustyni życia;

– wychodzi z utożsamiania się z grupą, jej tradycją, zwyczajami, wzorcami, aby szukać siebie;

– wychodzi, będąc brzydkim kaczątkiem, aby przez wszystkie doświadczenia zimy dożyć wiosny i stać się pięknym łabędziem.

Co z tym wszystkim robi kościelna wspólnota? Z jednej strony ogłasza triumf Boga nad grzechem człowieka i ubiera ochrzczonego w białe szaty nowego Adama, z drugiej strony zapobiegliwie komunikuje, że odtąd  obowiązuje go kościelny obyczaj, tradycja, dogmatyczna interpretacja tekstów biblijnych, czyli tkaniny życia.

W swej najgłębszej istocie chrzest jest dokładnie tym samym, co powołanie Abrahama. Nie tyle wyrażeniem zgody na opuszczenie rodziny, co jest między innymi obrazem mentalnego rozstania się z tradycyjnymi wzorcami kulturowymi i religijnymi, ile wręcz przymuszeniem do wyjścia. Bóg o imieniu JESTEM składa obietnicę powodzenia i spełnienia pragnień, związanych z życiem. 

Błogosławieństwo Abrahama, które Jezus z Galilei przekazał nie tylko dorosłym, ale także małych dzieciom, jest najważniejszą treścią obietnicy chrztu, udzielanego przez Kościół. Chrzest jest Bożym powołaniem do wyjścia i słowem obietnicy, rozwiązującym wszystkie węzły zależności, zobowiązań i ślubów z przeszłości. Więc jakim prawem, albo dla jakich celów, Kościół wykorzystuje chrzest do zawiązania węzła, uzależniając ochrzczonego od kontrolowanej przez siebie rodziny? 

Dać ochrzcić własne dziecko oznacza zrzec się wobec niego prawa własności i prawa do decydowania o jego życiu. Przed zanurzeniem w wodzie (względnie polaniem wodą) Ksiądz zabiera rodzicom dziecko, aby oddać im już nie ich, ale Bożą Córkę i Bożego Syna. Dotąd to było ich dziecko, odtąd nazwane Bożym imieniem otrzymuje prawo do bycia sobą, życia na miarę swej istoty i rozwijania własnego powołania. Chrzest oznacza, że ustaje rodzicielskie i jakiekolwiek inne prawo przymusu i przemocy. Ochrzczony zostaje powierzony biologicznym rodzicom na wychowanie, które pod żadnym pozorem nie może polegać na wykonywaniu woli Molocha! JESTEM stoi bowiem odtąd po stronie swojego Dziecka i chroni je przed wyniszczającymi oczekiwaniami i żądaniami ludzkich stereotypów, apoteozujących prawo silniejszego.

Uświadommy sobie wreszcie, że chrzest jest doświadczeniem duchowym, inicjującym w świadome, odpowiedzialne i samodzielne życie, którego przesłaniem jest zbawienie, czyli również poprawa jakości życia. Chrzest ze swojej istoty ma znaczenie terapeutyczne, inaczej nie miałby sensu. Również historyczny Jezus, który ogłaszał zbawienie i nauczał mądrości, powszechnie słynął jako terapeuta, rozwiązujący mentalne, emocjonalne i duchowe węzły.

Do terapeutycznych celów chrztu między innymi można zaliczyć:

– oddzielenie od rodziny i zabezpieczenie przed matczynym zawłaszczeniem oraz ojcowskim roszczeniem do decydowania;

– usamodzielnienie, aby człowiek nie czuł się zależny od struktur, instytucji  i pomocy innych;

– zapewnienie o Bożym błogosławieństwie, które jest jedynym oparciem i gwarancją bezpieczeństwa;

– wyprowadzenie z symbolicznego żywiołu wody, czyli z energii tzw. gadzich, zimnych emocji, którymi są: lęk, bezsilność, rozpacz, żal, smutek, zazdrość, niepewność, nienawiść, chciwość, chęć zemsty; 

–  zmotywowanie człowieka do tego, aby nie tylko chciał, ale też realizował, czyli podejmował samodzielne kroki ku przyszłości, zamiast tkwił w starych wzorcach mentalnych i emocjonalnych; 

– podniesienie bezsilnego człowieka z łóżka, w którym chciałby przetrwać życie z przysłowiową kołdrą na głowie; chodzi o to, że życiowa energia ludzi, którym nie udało się wyjść z wody, utknęła pod przeponą i nie napełnia serca ciepłymi emocjami, więc często wpadają w depresję;

– odwrócenie od przeszłości i osadzenie w TERAZ; chodzi o to, że tzw. ludzie wody pożądliwie pragną tych samych przyjemności, znanych im z przeszłości, więc często mają problemy z uzależnieniami; bywają otyli, zwłaszcza od przepony w dół; miewają problemy z krążeniem, trawieniem i natlenieniem.

Niestety chrzest wodą stał się węzłem życiowej energii. Skutek jest mniej więcej ten sam, jak po zawiązaniu życiowej energii węzłem małżeńskim. Kolejne pokolenia kwitnących i lekko stąpających po ziemi ludzi, tryskających energią i pełnych pomysłów na życie, z roku na rok stają się ociężałe, obolałe, chore, smutne i bezwolne. 

Chrzest został przykazany Kościołowi, aby rozwiązywał nim wszystkie węzły, w jakich tkwią Boże Dzieci, tymczasem Kościół z lęku o swoją przyszłość oraz instytucjonalną integralność, wykorzystuje go do tworzenia energetycznego węzła, czym od siebie uzależnia. W efekcie zamiast przeżywać niepowtarzalną przygodę życia sam na sam z żywym Bogiem, większość Bożych Dzieci umiera z lęku przed konsekwencjami samodzielnego życia.

Gdzie podziała się najlepsza część Bożej obietnicy chrztu, która brzmi: Nie bój się, bo jestem z Tobą i będą cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz?  

Traktuj się dobrze

To, w jaki sposób zinterpretujemy jakieś wydarzenie, spotkanie, emocję albo proces, zależy od tego, jakich użyjemy słów, te zaś nie pozostają bez wpływu na nasze samopoczucie i oczekiwania, które łączymy z przyszłością. Interpretując siebie, życie i świat negatywnie, wpadamy w błędne koło negacji wszystkiego i wszystkich wokół nas. Wówczas niemal wszędzie czają się źli ludzie, knujący zło; wszystko jest bez sensu; najlepsze doświadczenia są za nami, a nam pozostaje przyglądać się postępującej degrengoladzie. Niestety wielu funkcjonuje właśnie w taki sposób, tworząc kolejne kręgi negatywnych interpretacji, z wpływu których – im są starsi – jest im coraz trudniej się wyrwać. Gorzknieją, a świat jawi im się jako całkowicie zepsuty, w którym, ostatnią – jeszcze jaśniejącą – wyspą są oczywiście oni i wszyscy podobnie interpretujący świat oraz życie.

Tymczasem wystarczyłoby zacząć używać odpowiednich słów, żeby oceny przestały mieć mentorski charakter, którym paraliżujemy słuchaczy, a wewnętrzny świat ducha uczynić mniej skłonnym do skrajnego pesymizmu. Chrześcijanie mogą uczyć się tego od Mistrza i Nauczyciela z Galilei, ale muszą bardziej świadomie czytać ewangelie. Wiele dobrego mogliby też uczynić księża i katecheci, którzy powinni porzucić cierpiętniczy styl mówienia, odpowiadający mniej więcej Pasji M. Gibsona, a zacząć niuansować swoją interpretację oraz przekaz, używając słów adekwatnych do tego, co jest opisane w ewangeliach.

Jezus z Galilei w człowieku nie szukał negatywów, a zawsze chociaż najmniejszego jasnego punktu zaczepienia, aby wykorzystać go do rozbudzenia wiary. Jeśli nawet wypowiadał prowokujące słowa albo zadawał trudne pytania, zawsze miały na celu obudzenie samoświadomości i wzruszenie wolą człowieka. To prawda, że wypowiedzi Jezusa o Bogu prawie zawsze bulwersowały, nie dawały słuchaczom spokoju. Dlaczego? Bo ich celem było budzenie nowych wyobrażeń Boga, a tym samym tworzenie w słuchaczach nowych obrazów samych siebie. Posługiwał się więc skuteczną i bardzo współczesną metodą ukierunkowywania człowieka ku zdrowiu, radości, szczęściu i zbawieniu. Jezus nie zwracał się do nikogo taki sposób, aby go pozostawić w chorobie i duchowych ciemnościach, ale umożliwić mu wyjście na wolność i światłość.

Również ludzkie dzieje Jezus interpretował w radykalnie nowy sposób. Najlepszym przykładem jest opowiadanie o lekturze księgi proroka Izajasza w nazaretańskiej synagodze (Łk 4,16-20). Nauczyciel z Galilei odczytał i zinterpretował fragment proroka, bardzo łatwy do identyfikacji, który kończy się w następujący sposób: „Abym ogłosił rok łaski Pana i dzień pomsty naszego Boga, abym pocieszył wszystkich zasmuconych” (Iz 61,2). Charakterystyczne jest zakończenie Jezusa, będące jednocześnie Jego interpretacją dziejów: „Abym zwiastował miłościwy rok Pana. I zamknąwszy księgę, oddał ją słudze i usiadł” (Łk 4,19n). Ilu chrześcijan byłoby skłonnych przyznać rację swojemu Nauczycielowi, rezygnującemu z frazy: „i dzień pomsty naszego Boga”? Bardzo niewielu. Przecież najpopularniejsza ocena, dziejących się współcześnie procesów, a także ludzkich zachowań, jest mniej więcej taka: To wszystko musi upaść albo zostać doszczętnie rozwalone, żeby wreszcie mógł zatriumfować mój (nasz) punkt widzenia.

A kto w skrajnie negatywny sposób interpretuje wydarzenia oraz ludzi, używa przecież słów, które jego samego interpretują w podobny sposób. Więc nie ma się co dziwić, że tacy ludzie wpadają w zastawioną przez siebie sieć, błędnego koła negacji, w której – wbrew temu, co mówią – sami sobie stwarzają nieprzyjemną przyszłość, pełną negatywnych emocji.

Czas z tym skończyć, jeśli oczywiście pragniemy dobrych i jasnych dni.

Po pierwsze powinieneś rozpocząć od zmiany słownictwa, żeby móc inaczej myśleć i swoim interpretacjom nadawać pogodniejszy charakter, bardziej wyważony i obiektywny, w których znajdzie się też pochwała osób nieprzychylnych albo ideologicznie obcych. Gdy więc chciałbyś powiedzieć: Mam problem, który mnie przerasta, może lepiej powiedz: Muszę skupić się na rozwiązaniu zadania, które otwiera przede mną nowe perspektywy? Albo, gdy jesteś zmęczony, zamiast: Umieram ze zmęczenia, lepiej: Zużyłem energię, którą zregeneruję modlitwą, spacerem albo lekturą? Gdy w urzędzie jesteś zdenerwowany, zamiast podnosić na Urzędnika głos i próbować zmotywować go do pracy słowami: Ależ tu macie bałagan bądź: Czy Pan(i) w ogóle wie, o czym mówię?, może lepiej byłoby tak: Szkoda, że nie możemy tego szybko załatwić, ale ufam w Pana(i) dobre intencje

Po drugie jak najczęściej rozmawiaj sam ze sobą, o świcie radośnie i czule się witając, a o zmierzchu, życząc sobie dobrego snu. Jeśli zastanawiasz się, w jaki sposób, przypomnij sobie, że między innymi służy do tego modlitwa, która nie jest opowiadaniem Bogu o tym, o czym On wie. Poza tym chwal się nie tylko wtedy, gdy coś się udaje, ale także przy porażkach. Za co? Za wytrwałość i ochotę podjęcia kolejnej próby. Ciesz się sobą, swoim zdrowiem i dobrym samopoczuciem. Patrz na siebie z miłością i wtedy zawsze dziękuj Stwórcy za siebie i swoje życie.

Po trzecie, jeśli nie wierzysz, że ta duchowa praktyka ma sens i odnosi błogosławiony skutek, możesz powtórzyć doświadczenie p. Masaru Emoto, wielokrotnie opisane w literaturze. Nic nie szkodzi, że nie masz mikroskopu. Wystarczy, że najzwyklejszy ryż po ugotowaniu i ostudzeniu podzielisz na dwie porcje i wraz z taką samą ilością wody umieścisz w dwóch szklanych słojach (oczywiście czystych i wyparzonych, abyś nie miał wątpliwości, czy przypadkiem nie było w nich różnych bakterii). Następnie na jeden słój naklej albo napisz na nim słowa pozytywne (np. kocham cię, błogosławię, dziękuję, jesteś wspaniały, jesteś dobry itp.), a na drugim słowa negatywne (nienawidzę cię, jesteś zły, jakieś wyzwisko, jakieś złorzeczenie itp.). Możesz też na etykietkach umieścić obrazy, buźki (np. buźka uśmiechnięta i szczęśliwa oraz druga, wykrzywiona złością, smutna lub wściekła). Słoje umieść w spokojnym miejscu, ale w zasięgu wzroku. Przez następne dni, regularnie poświęcaj chwilę na „przywitanie się” ze słojami. Najpierw z „dobrym”, potem ze „złym”. Jeśli chcesz, możesz dołożyć trzeci słój, kontrolny, bez napisu, ignorowany, któremu w ogóle nie będziesz poświęcać uwagi. Obserwuj, co potrafią uczynić złe emocje, złe myśli i złe intencje. Będziesz zaskoczony tym, co zacznie się dziać mniej więcej po tygodniu w obu słojach z tym samym ryżem. Proponuję, abyś wpierw błogosławił „dobry” słój, a potem przeklinał drugi, ponieważ łatwiej przejść od pozytywnych emocji do złych, aniżeli odwrotnie.

Po przeprowadzeniu eksperymentu, uświadom sobie, co samemu sobie wyrządzasz patrząc w lustro, gdy każdego poranka przeklinasz siebie i swoje życie!

Po czwarte zapamiętaj, że  podświadomość, która dla Twego dobra przez cały czas pracuje na pełnych obrotach, nie słyszy zaprzeczenia, czyli „nie”. Po swojemu Cię kocha i chce, abyś przeżył i był szczęśliwy. Pracuje jednak według stałych wzorców i schematów, które utrwaliłeś swoimi wielokrotnymi myślami, emocjami, doświadczeniami, nawet nieświadomie „zaciągniętymi” przez Twoje komórki z pamięci komórek Twoich przodków. Jeśli świadomie nie wysyłasz jej nowych rozkazów, niczym kapitan z mostku kapitańskiego do maszynowni, ona będzie ślepo harować jak wół, jednak może narażać Cię na szkodę i krzywdę. Zatem świadomie koncentruj się tym, czego chcesz, a nie na tym, czego nie chcesz, albo na tym, jak chcesz się czuć, a nie na tym, jak się czujesz. Nie mów: Nie chcę byś smutny; nie chcę być chory, itp. Nawet podczas modlitwy nie proś o coś dobrego w stosunku do tego, co teraz przeżywasz, ponieważ tym samym po prostu sankcjonujesz i uznajesz za istniejące to, o zmianę czego prosisz. Po prostu zawsze mów: Jestem szczęśliwy, zdrowy, wesoły, itp. Nawet jeśli rzeczywiście doskwiera Ci coś, przecież możesz zacząć wypowiadać dobre słowa, które na pewno są prawdziwe: Bóg mnie kocha i błogosławi mi; jestem ochroniony; jestem Dzieckiem Boga. One zapoczątkują dobre emocje i nową jakość życia.

Po piąte na zawsze pożegnaj się ze słowami:

– nie mam czasu;

– nie potrafię;

– jestem do bani( kitu);

– życie jest ciężkie;

– nigdy / zawsze / wszyscy (te uogólnienia nie są prawdziwe); 

– nienawidzę;

– zastanów się nawet na tym, czy naprawdę musisz tak często, prawie za wszystko przepraszać?

Po co przyciągać cierpienie i nieszczęście, skoro wszystko można objąć dobrym słowem, czyli błogosławić? Ze względu na łaciński źródłosłów błogosławienie oznacza wypowiadanie dobrych słów. We własnym interesie powinieneś zatem zacząć błogosławić się dobrymi słowami i przestać przeklinać złymi.

Naucz się czegoś od whippeta na zdjęciu.

Po-twarz

Spotkała nas potwarz. Ktoś sięgnął po naszą twarz, a my milcząco się zgadzamy.

Czy to koniec kultury, jaką znamy? Już także ponowoczesność stała się nieadekwatna?

Nie żyjemy tylko w świecie fizycznym. Nawet zagorzali materialiści, zwolennicy behawioralnej definicji kultury i fanatyczni wyznawcy religii rozumu, przyznają, że poruszamy się w przestrzeni symbolicznej. Nie jest ważne, czy symbolizm wspólnoty tworzy jednostkę, jak ma to miejsce w kulcie religijnym, czy jednostka sama tworzy narzędzia symboliczne, aby wyrazić swoją jaźń. Znaczenie symboliczne, którym poszerzamy zajmowaną przez nas przestrzeń świata, dla jednych może być zapowiedzią doświadczenia metafizycznego, a dla innych będzie wprost bramą przejścia do świata duchowego.

Ludzkie ciało nie tylko samo w sobie jest symbolem duszy. Ma też wiele mniejszych, symbolicznych przejść do tajemnicy, która w człowieczym życiu chce się wyrazić na co dzień, a jest ukryta pod maską ciała.

Jednak nic nie przysłoni roli twarzy, która jest głównym portalem przejścia z materialnej codzienności do duchowej wieczności.

Człowieka można pozbawić twarzy na trzy sposoby. Pierwszy, najbardziej brutalny, polega na użyciu ostrza. Twarz spada wraz z głową. Jakże często i jakże wielu, z litości do posiadających własną twarz, właśnie w ten bezpośredni sposób pozbawia ich twarzy, aby mogli być zbawieni bez twarzy, bez duszy, bez jaźni, bez siebie, jako nierozpoznawalna i nie zindywidualizowana dusza.

Intencja dobra, wykonanie barbarzyńskie.

Zbawienie jest odrzuceniem maski, czyli indywidualnej świadomości. Jest odkryciem większej świadomości. Świadomości Źródła, z którego wszyscy jesteśmy. Odrzucenie własnej twarzy jest aktem przejścia z materialności w duchowość. Jako portal, twarz potrzebna jest do przejścia. Potem można ją odrzucić. Stajemy się czystą świadomością Źródła.

Ale twarzy można pozbawić w sposób bardziej wyrafinowany. Człowiek traci twarz, gdy zabiera mu się ubrania. Oczywiście może zrobić to sam. Staje się wtedy nagi, szczery i prawdziwy. Staje się udziałowcem świadomości Źródła. Nie ma potrzeby dłużej się zasłaniać. Najlepszą zasłoną dla reszty ciała jest wyeksponowanie twarzy, mającej właściwość koncentrowania uwagi, kondensowania obrazu, który chce się pokazać innym. Gdy w odwracaniu uwagi od prawdy o sobie twarz przestaje być potrzebna, można się rozebrać. Twarz znika.

Po twarz można sięgnąć jeszcze inaczej, może najprościej? Po prostu ją zasłonić. Gdy wciąż za wcześnie, bo przemoc nie zdążyła nagromadzić w sobie na tyle mocy, aby twarzy pozbawiać wraz z głowami, prowizorycznie można kazać je zasłonić. Gdy przekonanie, że ma się prawo do ludzkiej duszy, dojrzewa do mesjańskiej pewności, sięga się po twarz, aby dusza nie pokazywała siebie, swej indywidualności, niepowtarzalnego piękna, nie prowokując do miłości.

Czy to przypadek, czy nie, że tam, gdzie najczęściej pozbawia się twarzy, odcinając ją z całą głową, ani więźniowie, ani kobiety nie mogą mieć twarzy?

Co o tym myślicie?

Najsłabsi, zniewoleni, którzy są własnością obsesyjnie zakompleksionej męskości, nie mogą pokazać duszy, sprowokować odruchu litości, wzbudzić miłości i szacunku.  

Po twarz sięgają maniacy prawa własności.

Po-twarz to zawsze sprawka kogoś, kto nie ma twarzy. Sięga po cudzą, bo nie ma własnej. Sięga po czyjąś duszę, bo nie spotkał się ze swoją. Wprowadza bezduszną kulturę po-twarzy.

Czy to przypadek, czy nie, że w Polsce od kilku lat po-twarz jest narzędziem polityki, a w sądzie przegrywa z retoryką wyroków ludzi bez twarzy?

Co o tym myślicie?

Wpierw w przestrzeni publicznej usankcjonowano po-twarz. Teraz sięgnięto nam po twarz, nakazując używania maseczek. Kolejnym krokiem przemocy, gromadzącej w sobie na tyle dużo mocy, aby zażądać naszej duszy, będzie co?

Co o tym myślicie?

Dystans społeczny

Odkąd nastał czas tzw. epidemii koronawirusa, jesteśmy poddani powszechnej indoktrynacji. Wygląda na to, że jej źródłem są agendy rządowe, jednak bez większego problemu można usłyszeć niespójność przekazu, docierającego do nas z Warszawy za pośrednictwem mediów. O ile cele są w nim w miarę dobrze określone, o tyle argumenty uzasadniające są po prostu „z czapy” i podlegają ciągłej zmianie, w zależności od okoliczności zewnętrznych, czyli światowych, albo wewnętrznych, uzależnionych od wypowiedzi medyków, naukowców i polityków opozycyjnych.

Moim zadaniem nie jest śledzenie źródeł indoktrynacji. Do mojego powołania między innymi należy analiza przekazu i pokazywanie diaboliczności argumentów, które systematycznie w nas wsączane, odwracają nas od Źródła życia, miłości i światła. Dlaczego diaboliczności? Proszę nie posądzać mnie o wyobraźnię, napełnioną obrazami przerażających postaci. Diabeł jest uosobieniem czegoś, co czyni nas nieszczęśliwymi i podatnymi na manipulację. To słowo sugeruje, że jesteśmy odwracani i oddzielani od Źródła, czyli od Boga. Przeciwieństwem diabła jest symbol, czyli coś, co łączy nas z brakującym elementem, pokazując nam, że poza tym, co już teraz jest dostępne naszym zmysłom, jest jeszcze coś zakrytego, co warto poznać i doświadczyć skutków pełni. W takim sensie symbolem jest Jezus z Galilei jako Chrystus, ponieważ  w Nim człowiek i Bóg tworzą spójną, sensowną i szczęśliwą całość.

Diabolicznym elementem przekazu, wsączanym w nas od ponad miesiąca, jest dystans społeczny, czyli kategoria od dawna znana socjologom, psychologom, kulturoznawcom, nawet medykom, która z dnia na dzień zrobiła oszałamiającą karierę w świeci polityki. Maseczki i dystans społeczny mają nas chronić przed zakażeniem i śmiercią.

Dopóki naukowcy posługują się jakąś kategorią, dopóty jest bezpieczna, ponieważ jest ich narzędziem badawczym. Gdy „ni z tego ni z owego” zaczyna podobać  się politykom, trzeba zacząć „strzyc uszami”, ponieważ odkryli instrument do osiągania swoich celów, bynajmniej nie badawczych, a socjotechnicznych.

Przekaz skonstruowany na zaleceniu, a wręcz prawnym nakazie, zachowywania dystansu społecznego, pozornie sugeruje troskę o społeczeństwo i odpowiedzialność polityków, zwłaszcza reprezentujących partię, administrującą państwem. Może warto zastanowić się nad tym, czym ów dystans społeczny jest w ocenie naukowców?

Dystans społeczny jest zatem rodzajem odległości pomiędzy osobami, wyznaczonym granicami od 120 cm do 350 cm, dzięki któremu każdy może czuć się bezpiecznie w ściśle określonych sytuacjach i relacjach. W jakich? Teraz zacznie robić się ciekawie. Otóż zachowując odległość poniżej 120 cm wchodzimy w relacje intymne. Zachowując odległość ponad 350 cm tworzymy tzw. dystans publiczny.

Dystans społeczny jest więc wyjściem z dystansu intymnego, którego nie wolno utożsamiać z relacjami i zachowaniami erotycznymi. Intymność nie pojawia się wraz z napięciem seksualnym i nie jest cechą miłości, którą nazywamy erotyczną. Intymność jest rodzajem relacji, których podłożem jest pełne zaufanie! To właśnie dlatego miłość fizyczna może mieć bardzo różne „smaki” i jednym razem budować trwałą więź, innym zaś razem być rodzajem wyczynowego sportu.

Dystans społeczny pozbawia nas zatem intymności! Tutaj tkwi diaboliczne jądro indoktrynacji, której jesteśmy poddawani. Dystans społeczny, wzmocniony obowiązkowymi maseczkami, które utrudniają komunikację, rozpoznawanie twarzy, a nawet normalne funkcjonowanie, bo spokojne oddychanie, pozbawia nas wzajemnego zaufania. Im dłużej oba rygory będą utrzymywane, tym pewniej będziemy wobec siebie coraz mniej ufni, a zatem nie będziemy przekazywać sobie intymnych informacji!

Intymnych, czyli jakich? O wzajemnym zauroczeniu? Ależ skąd. Nie mając do siebie zaufania nie przekazujemy sobie informacji, odsłaniających ukrytą prawdę, o której publicznie się nie mówi. Przypominam, że po drugiej stronie dystansu społecznego znajduje się dystans publiczny.

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że nie o zjadliwość patogenu chodzi w oficjalnym przekazie władzy, podpartym rygorem sanitarnych rozporządzeń, ale o pozbawienie nas okazji do inicjowania intymnych relacji.  Im dłużej będzie trwać ta indoktrynacja, tym mocniej utrwali się przekonanie, że intymne relacje są niebezpieczne. Rozpadnie się tkanka społeczna, zachowująca wzorce samoobronnych zachowań i przekazująca sobie ważne wiadomości. Nawet komunistyczna władza nie wpadła na zastosowanie tak genialnego w swej prostocie pomysłu, skądinąd znanego od dawna, bo praktykowanego przez religijne sekty.

Gdybym nie znał metodologii sekt, nie zrozumiałbym, co tu się wyprawia.

Kto chce, niech nad tym pomyśli.

Równia pochyła

Jest takie urządzenie, przypominające strome zbocze, na które nie wchodzi się w ogóle albo należy liczyć się z tym, że po wejściu trzeba będzie zejść (stoczyć się) do samego końca. Jest nim tytułowa równia pochyła. Kto przyznaje sobie prawo do postawienia na niej pierwszego kroku, niechybnie znajdzie się na samym dole.

Właśnie jesteśmy przed postawieniem pierwszego kroku, po którym zaczniemy się staczać!

Koniec decyzjom, uruchamiającym nieodwracalne procesy kulturowe, zwiastującym zbliżające się nieszczęście, cierpienie i łzy. Z ich traumy nie wyzwolimy się potem przez dziesięciolecia.

Mnie nie obchodzi, czy p. Ł. Szumowski z p. M. Morawieckim wypowiadają się i podejmują decyzje ze złą intencją, czy nie. Nie mam serca, żeby ich podejrzewać o złe intencje, poza tym, że jako typowi partyjniacy nie potrafią wyzwolić się z partyjnego zobowiązania do posłuszeństwa. Jestem adwokatem ludzi.

Mnie interesuje, czy Panowie zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich wypowiedzi, decyzji i zapowiedzi działań, o ile zostaną zrealizowane? Jeśli zaś o tym nie myślą, będę zawiedziony, że zależymy od ludzi nieświadomych dalekosiężnych skutków swoich działań.

Poza tym mogłem przez miesiąc cierpliwie słuchać i znosić wypowiedzi ogółu o epidemii, rozumiejąc, że na skutek propagandy zostaliśmy zdezorientowani  i dlatego część z nas, ulegając niewoli strachu, wypowiada się o sytuacji jedynie z perspektywy własnego bezpieczeństwa. To jest zrozumiałe i do pewnego stopnia uzasadnione.

Jednak już dość, bo jeśli nie zatrzymamy degrengolady ducha, dojdzie do cierpienia ciała i całego społeczeństwa.

O czym myślę i co sugeruję?

Minister Zdrowia, p. Ł. Szumowski, przed kilkoma dniami oświadczył, że maskami będziemy zasłaniać twarze do czasu wyprodukowania skutecznej szczepionki przeciwko COVID–19. Nie wypowiedział konsekwencji, której łatwo można się domyśleć. Szczepionki zastąpią maseczki. Niektórzy z nas informację przyjęli z cichą aprobatą, inni z entuzjazmem, jeszcze inni kpią z maseczek. Jakby nie było żarty i drwiny są jakąś metodą na poradzenie sobie ze stresem.  

Stop! Zacznijmy myśleć, skoro usta mamy pełne mądrych sentencji, typu: Historia jest nauczycielką mądrości. Dziś miejsce zaufania zajął strach i podejrzenie. To jest pierwsze zjawisko, którego skutki będą tragiczne. Już teraz, w trakcie kwarantanny, każdy każdego podejrzewa, że jest nosicielem wirusa, a proces pogłębi się, gdy w maseczkach masowo wyjdziemy na ulice. Pełno będzie na nich oczu, pełnych strachu przed śmiercią. Tymczasem ów lęk jest wyłącznie efektem propagandy, w wyniku której mniej odporni psychicznie między nami, utożsamili spotkanie się z wirusem i zainfekowanie z wyrokiem śmierci, co jest ewidentną nieprawdą.

Większość z nas gotowa jest machnąć na to ręką. Bardzo źle, ponieważ o ile dziś, odgrodzeni od siebie murami domów i mieszkań, w zdecydowanej większości jeszcze nie wiemy, kto jest po której stronie muru, to znaczy, kto jest naszym potencjalnym wrogiem, bo nosicielem wirusa śmierci, a kto nie, o tyle za kilka miesięcy sytuacja się diametralnie zmieni. Na razie potencjalnie w takim samym stopniu na wolności jestem ja, a mój sąsiad mieszka za murem, w obozie dla niebezpiecznych nosicieli, w jakim najprawdopodobniej jest odwrotnie. Kto wie?

Ale przecież p. Ł. Szumowski ogłosił, że maseczki będą obowiązywały do momentu masowych szczepień. Czy zdaje sobie sprawę z konsekwencji wypowiadanych słów i planowych działań? Przecież wtedy będzie widać, kto jest niebezpieczny, bo nosi maseczkę, która stanie się piętnem ludzi, nie godzących się na zaszczepienie.

O ile byłoby można znieść to, że będą musieli decydować o rezygnacji ze statusu społecznego i ekonomicznego, ponieważ mogą tracić pracę i możliwość uczestniczenia w życiu społecznym, co w moim przekonaniu nigdy nie powinno mieć miejsca, o tyle na to, że staną się napiętnowaną kastą potencjalnie niebezpiecznych ludzi, zgodzić się nie będzie można! Przecież wówczas zgotowalibyśmy sobie i naszym bliźnim świat sprzed 80–ciu lat! 

Będzie jakaś różnica pomiędzy noszącymi opaski z gwiazdą Dawida a poruszającymi się po ulicach w maseczkach? Nie będzie żadnej, a na koniec pozostanie nam do pokonania ostatni odcinek na równi pochyłej, czyli zamknięcie w obozach wszystkich z maseczkami. Ci sami ludzie, którzy poddani kwarantannie dzisiaj z ulgą cierpią zamknięcie w domach, ufając, że to dzieje się dla dobra ogółu, za jakiś czas z tym samym uczuciem ulgi będą przyjmować do wiadomości, że chodzący w maseczkach mieszkają już za bezpiecznym murem.

Chcecie wiedzieć, co jeszcze myślę? Że dokładnie Ci sami ludzie wciąż będą mieli dużo do powiedzenia na temat złych Niemców, którzy wpierw dali się zmanipulować faszystom, a potem napadli na Europę. Kto wchodzi na równię pochyłą, nie ma żadnej szansy, żeby wrócić. Potem w coraz szybszym tempie jest już  tylko coraz straszniej, aż do ostatecznego upadku.

Dość! Proszę, nie pozwalajmy na taką narrację pp. Szumowskiemu i Morawieckiemu, zresztą komukolwiek. Gdziekolwiek jesteśmy, uświadamiajmy konsekwencje. Przeciecz psycholodzy zrobili badania i empirycznie doszli do wniosków, które wyżej opisałem. Im dłużej będziemy trzymali wodę w ustach, tym pewniejszy jest ów pierwszy krok na równi pochyłej. 

Może jeszcze nie jest za późno? Zwłaszcza moi Koledzy: księża, biskupi, teolodzy, duszpasterze, nie milczcie. Nie cieszmy się, że teraz jesteśmy bezpieczni, bo jutro, pojutrze, nasze bezpieczeństwo będzie równoznaczne z cierpieniem innych. To są procesy stare jak świat.

Czy nie jesteśmy od tego, aby im zapobiegać? Czy nie po to jesteśmy dla ludzi w imieniu dobrego Taty? Czy nie jest to częścią naszego powołania?

Zresztą wszystkich, którzy czują w sobie źródło wiecznej Miłości, proszę, nie milczmy. Mówmy, uświadamiajmy, pokazujmy, przestrzegajmy, bo zło potrafi pięknie przebierać się w dobro.

Drżący liść

Drżysz na wietrze? Drżysz, gdy wieje energia zmian?

Wieje, bo ktoś krzyczy. Wieje, bo dali Ci wypowiedzenie. Wieje, bo mąż/żona trzasnęła drzwiami i wyleciała na zewnętrz. Czy wróci? Wieje, bo dzieci są krnąbrne.

Wieje, bo spokojny dotąd świat nawiedził wiatr historii. 

Wieje, a Ty drżysz z lęku, że Cię zerwie? Dotąd przytwierdzona/ny do drzewa czujesz się na swoim miejscu. Jesteś pewna/ien swego miejsca….

Drżysz, bo wiatr napiera… . Gdy Cię zerwie, dokąd zawieje?

Drżysz, bo się boisz energii zmian. Dlaczego się boisz?

Całe życie chcesz przeżyć w jednym miejscu, w jednej formie bycia?

Poddaj się. Niech Cię zerwie i zawieje dokąd chce….

Wtedy pierwszy raz w życiu poczujesz ulgę, że od Ciebie nic nie zależy, poza jednym, żeby dać się nieść.

Znasz uczucie ulgi, całkowitego luzu, odprężenia, gdy mięśnie są całkiem wiotkie, a duszę przeszywa totalna radość istnienia? Coś podobnego do totalnego „nic” podczas finału fizycznego miłowania?  Potrafisz się odprężyć, puścić całkowicie, dać ponieść? Odlecieć ku piątej galaktyce? Zapomnieć?

Jeśli w fizycznym miłowaniu nie potrafisz się zapomnieć, nie potrafisz też być przytomna/y w codziennych obowiązkach.

Jeśli nie potrafisz zasypiać, nie potrafisz też się budzić.

Jeśli nie potrafisz zrobić wdechu, nie potrafisz też zrobić wydechu.

Jeśli nie potrafisz oddychać, nie potrafisz też uspokoić myśli.

Jeśli nie potrafisz uspokoić myśli, nie potrafisz też przestać się bać.

I tak bez końca drżysz na wierze… .

Drżysz, bo wszystko chcesz mieć pod kontrolą, a kto wszystko kontroluje, w końcu traci wszystko! Znasz przypowieść Jezusa o talentach? Jeśli nie, to przyczaj (Mt 25,14-29). W niej opowiedział to samo: „A ten, który wziął jeden, odszedł, wykopał dół w ziemi i ukrył pieniądze pana swego. (…) Bojąc się tedy, odszedłem i ukryłem talent twój w ziemi; to masz, co twoje. (…) weźcie przeto od niego ten talent i dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dane i obfitować będzie, a temu, kto nie ma, zostanie zabrane i to, co ma” (Mt 25,17-29). 

Listeczku drżysz, bo się boisz, że wiatr Cię zerwie, i dlatego wołasz do Boga, żeby ochronił, a tymczasem tym, który Cię zrywa,  jest właśnie On.

Prosisz Go, aby uchronił Cię przed tym, co dla Ciebie robi! 

Zrywa Cię, abyś przestał/a wszystko kontrolować i zaufał/a Jego miłości. Zaprasza Cię do prawdziwego miłowania; do zapomnienia; do lekkości bycia; do dreszczu cudownej rozkoszy, bo gdy lecisz z wiatrem wszystko zaczyna być możliwe.

Tymczasem Ty siedzisz przy stole, a może przy biurku, przed stertą papierów, patrzysz w okno i obmyślasz, jak kontrolować….

Poważny Smutasie, który nie wiesz, czym jest radość, zapomnij o orgazmicznym doświadczeniu lekkości bycia!

Drżysz, bo się boisz wiatru historii, który kojarzysz z ciemnością. Drżysz, bo epidemia i kwarantanna, na skutek skutecznej propagandy strachu, zrodziła w Tobie lęk przed ciemnością przyszłych dni i obmyślasz sposób, jak przetrwać. Wirusa chcesz mieć pod kontrolą. Skutki epidemii chcesz mieć pod kontrolą. Siebie chcesz mieć pod kontrolą. Pracę i finanse chcesz mieć pod kontrolą. Dosłownie wszystko.

Zapomniałeś o jednym, Listeczku, drżący na wietrze tak zwanej pandemii. Zapomniałeś, że światło, którym rozproszysz mroki przyszłości, jest w Tobie! Nie jest nim praca i finanse, ani maseczka z żelem do dezynfekcji. Nie jest nim Twoja zdolność kontrolowania sytuacji, bo przecież chyba już zauważyłeś/aś, że im mocniej kontrolujesz, tym ciemność wydaje się ciemniejsza?

Drżysz, bo niczego więcej poza kontrolowaniem nie potrafisz. Tylko tego nauczyłaś/eś się w swoim życiu. Tylko tego nauczyli Cię rodzice, nauczyciele oraz wszyscy z Twej przeszłości. Taki masz program życia, zapisany nie tylko w głowie, ale w każdej komórce Twego ciała, zesztywniałego ze stresu i obolałego lękami.

Tymczasem teraz dzieje się cudowna katastrofa! Wypełnia się apokalipsa Miłości, Życia i Światła. Wieje wiatr, który  ma Cię zerwać, abyś nauczył się żyć  miłością w świetle, które jest w Tobie.

Usłysz i zobacz wreszcie! Doświadcz, że ciemności nie ma. Ona nie istnieje. Nie musisz się zabezpieczać, ani walczyć, z czymś, czego nie ma. Walcząc z czymś, czego nie ma, walczysz z tym, co jest tylko w Twojej wyobraźni, czyli z samym sobą. Energią strachu sam tworzysz i karmisz potwora, który Cię pochłonie.

A wystarczy tylko jedno i proszę Cię, drżący Listeczku, abyś to zrobił. Wystarczy zapalić światło, żeby znikła ciemność. Nie walcz z czymś, czego nie ma, a rozbłyśnij światłem, którym jesteś.

Wiesz, dlaczego boisz się przyszłych ciemności? Ponieważ teraz Cię nie ma. Nie ma Cię, bo nie żyjesz sobą, swoją prawdziwą istotą. Żyjesz światem i w świecie zachcianek EGO, których nie chcesz stracić, więc się napinasz, kontrolujesz i boisz. Jesteś zaprzeczeniem siebie, pozbawionym światła. Na Zachodzie nazywamy to grzechem.

Brakuje Ci wewnętrznej jasności tego, kim jesteś naprawdę. Nie jesteś sobą, więc nie żyjesz tym, co jest prawdziwe. Boisz się i chorujesz. Jesteś zesztywniały z lęku i napięty ciągłym kontrolowaniem wszystkiego. Tracisz życie. Umierasz, chorując w tak zwanym między czasie.

Drżący Listeczku, teraz zapal światło, a ciemność przyszłości w jednej chwili zniknie.

Drżący Listeczku, teraz rozświetl się prawdziwym JESTEM i zacznij świecić. W jednej chwili zobaczysz wszystko w świetle, które uwolni Cię od lęku.

Drżący Listeczku, nie patrz w okno i nie myśl nad tym, jak wszystko mieć po kontrolą. Popatrz w siebie i przypomnij sobie, kim jesteś. Przypomnij sobie, że jesteś Bożym obrazem.

W sobie masz światło, a więc wszystko. Daj się zerwać, a przestaniesz drżeć.  Drżysz z lęku pod naporem wiatru historii. Drżysz, bo nie jesteś sobą. Drżysz, bo nie pamiętasz prawdy o sobie.

Gdy dasz się zerwać, drżenie ustanie. Powróci pamięć, a życie stanie się szybowaniem na ciepłych podmuchach Bożej miłości.

Koronawirus czy jest się czego bać? – komentarz specjalistów

Prof. Didier Raoult

– Dyrektor jednostki badawczej ds. zakaźnych chorób tropikalnych
– Profesor Wydziału Chorób Zakaźnych na uniwersytecie Aix-Marsylia
– Uznany za jednego z dziesięciu wiodących francuskich naukowców przez czasopismo Nature
– Ma na swoim koncie ponad 2000 publikacji naukowych
– Odkrył ponad 90 nowych bakterii
– Jako pierwszy odkrył wirusy o dużych rozmiarach

„…ze wszystkich infekcji dróg oddechowych jest to prawdopodobnie najłatwiejsza w leczeniu. Więc naprawdę nie ma powodu, aby się ekscytować.

Naprawdę nie ma powodu, aby się ekscytować i spieszyć, aby wyprodukować szczepionkę.” – Koronawirus: Jak sobie z nim poradzić? – Prof. Didier Raoult [Chlorochina]

Prof. dr Frank Ulrich Montgomery

– Prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Medycznego
– Prezydent Światowej Federacji Lekarzy
– Twierdzi, że środki blokujące zastosowane we Włoszech, są „nieuzasadnione” i „przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego” i należy je cofnąć.

„Nie jestem fanem blokady [całego kraju]. Każdy, kto narzuca coś takiego, musi również powiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach ją odwołać. Ponieważ musimy założyć, że wirus będzie z nami przez długi czas, zastanawiam się, kiedy powrócimy do normy? Nie możesz utrzymywać szkół i przedszkoli zamkniętych do końca roku. Ponieważ trzeba liczyć, że minie tyle czasu, zanim będziemy mieli szczepionkę. We Włoszech wprowadzono blokadę i mają odwrotny skutek. Szybko osiągnęli swoje limity pojemności [w służbie zdrowia], ale nie spowolnili rozprzestrzeniania się wirusa w ramach blokady. Blokada jest miarą politycznej rozpaczy, ponieważ środki przymusu oznaczają, że możesz posunąć się dalej niż podpowiada rozsądek? – Interview mit Weltärztepräsident Montgomery : „Pandemie ist Chaos“

Prof. dr Pietro Vernazza

Główny lekarz chorób zakaźnych w szpitalu kantonalnym St. Gallen stwierdził, że około 85% (82–90%) wszystkich infekcji miało miejsce bez zauważenia infekcji.

„Nowe ustalenia pokazują, że wiele środków może nawet przynieść efekt przeciwny do zamierzonego… Mamy wiarygodne dane z Włoch i pracę epidemiologów, która została opublikowana w renomowanym czasopiśmie naukowym Science, w której badano rozprzestrzenianie się wirusa w Chinach. Dane wykazują, że około 85 procent wszystkich infekcji przebiegło bezobjawowo. 90 procent zmarłych pacjentów miało ponad 70 lat, a 50 procent było w wieku 80 lat…. We Włoszech jedna na dziesięć zdiagnozowanych osób umiera, zgodnie z ustaleniami publikacji Science, statystycznie jedna na 1000 zarażonych osób. Każdy pojedynczy przypadek jest tragiczny, ale często – podobnie jak w przypadku grypy – dotyka ludzi, którzy są u końca swoich dni…. Jeśli zamkniemy szkoły, zapobiegniemy szybkiemu uodpornieniu się dzieci… Powinniśmy lepiej zacząć używać faktów naukowych podczas podejmowania decyzji politycznych.” – Ostschweizer Infektiologe Pietro Vernazza: «Die Zahlen zu den jungen Corona-Virus-Erkrankten sind irreführend» 

Prof. dr Sucharit Bhakdi

Specjalista w dziedzinie mikrobiologii. Był profesorem na Uniwersytecie Johannesa Gutenberga w Moguncji oraz szefem Instytutu Mikrobiologii i Higieny Medycznej, a także jednym z najczęściej cytowanych naukowców w historii Niemiec.

„Obawiamy się, że 1 milion infekcji nowym wirusem doprowadzi do 30 zgonów dziennie w ciągu następnych 100 dni. Ale nie zdajemy sobie sprawy, że 20, 30, 40 lub 100 pacjentów pozytywnych na normalne koronawirusy już umiera każdego dnia.

[Rządowe środki przeciwdziałające COVID19] są groteskowe, absurdalne i bardzo niebezpieczne […] Oczekiwana długość życia milionów ludzi ulega skróceniu. Przerażający wpływ na światową gospodarkę zagraża istnieniu niezliczonej ilości ludzi. Konsekwencje dla opieki medycznej są ogromne. Już teraz usługi dla potrzebujących pacjentów są ograniczone, operacje anulowane, gabinety puste, zmniejsza się ilość personelu szpitalnego. Wszystko to wywrze głęboki wpływ na całe nasze społeczeństwo.

Wszystkie te środki prowadzą do samozagłady i zbiorowego samobójstwa opartego wyłącznie na strachu.”

Corona virus COVID-19- hype and hysteria? Demystification of the nightmare!

Dr Wolfgang Wodarg

Niemiecki lekarz specjalizujący się w pulmonologii, polityk i były przewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. W 2009 roku wezwał do przeprowadzenia dochodzenia w sprawie domniemanego konfliktu interesów związanego z reakcją UE na pandemię świńskiej grypy.

„Politycy są kokietowani przez naukowców… naukowców, którzy chcą być ważni, aby zdobyć pieniądze dla swoich instytucji. Naukowców, którzy po prostu „pływają” w głównym nurcie i chcą zgarnąć coś dla siebie […] A to, czego obecnie brakuje, to racjonalny sposób patrzenia na to co się dzieje.
Powinniśmy zadawać pytania typu „Jak dowiedziałeś się, że ten wirus jest niebezpieczny?”, „Jak to wyglądało wcześniej?”, „Czy nie mieliśmy podobnej sytuacji w zeszłym roku?”, „Czy to w ogóle coś nowego? Tego brakuje.”

 „Nigdy nie widziałem takiej reakcji”

Dr Joel Kettner

Profesor nauk o Zdrowiu i Chirurgii Środowiskowej na Uniwersytecie Manitoba, były dyrektor ds. Zdrowia Publicznego w prowincji Manitoba i dyrektor medyczny Międzynarodowego Centrum Chorób Zakaźnych.

„Nigdy nie widziałem podobnej sytuacji, niczego takiego co by było choć trochę podobne do tego co ma miejsce obecnie. Nie mówię o pandemii, ponieważ widziałem ich 30, jedną każdego roku. Nazywa się grypą. I innymi wirusami powodującymi choroby układu oddechowego, o których nie zawsze wiemy czym są. Ale nigdy nie widziałem takiej reakcji i staram się zrozumieć, dlaczego…

Martwię się o przekaz jaki jest kierowany do społeczeństwa, strach przed kontaktem z innymi ludźmi, przed przebywaniem w tej samej przestrzeni co inni ludzie, przed uściskiem dłoni, przed spotkaniami z innymi ludźmi. Martwię się o wiele, wiele konsekwencji z tym związanych…

W Hubei, w prowincji Hubei, gdzie do tej pory było najwięcej przypadków i zgonów, aktualna liczba zgłoszonych przypadków wynosi 1 na 1000 osób, a faktyczny wskaźnik zgonów wynosi 1 na 20 000. Może to pomogłoby spojrzeć na to co się dzieje z innej perspektywy.” – CBC Radio – Cross Country Checkup, March 15 2020 – Dr Joel Kettner

Dr John Ioannidis

Profesor Medycyny, Badań i Polityki Zdrowotnej oraz Nauk Biomedycznych na Stanford University School of Medicine oraz profesor statystyki na Stanford University School of Humanities and Sciences. Jest dyrektorem Centrum Badań Zapobiegawczych Stanforda i współ dyrektorem Meta-Research Innovation Center w Stanford (METRICS). Jest także redaktorem naczelnym European Journal of Clinical Investigation. Był przewodniczącym Wydziału Higieny i Epidemiologii Uniwersytetu Medycznego w Ioannina w Grecji, a także adiunktem w Tufts University School of Medicine w Boston w stanie Massachusetts.
Jako lekarz, naukowiec i autor przyczynił się do medycyny opartej na dowodach, epidemiologii, analizy danych i badań klinicznych. Ponadto był pionierem w dziedzinie meta-badań. Wykazał, że wiele opublikowanych prac naukowych nie spełnia kryteriów rzetelnych standardów naukowych dowodów.

„Pacjenci badani pod kątem SARS-CoV-2 to w przeważającej mierze i nieproporcjonalnie ci z poważnymi objawami i złymi wynikami. Ponieważ większość systemów opieki zdrowotnej ma ograniczone możliwości testowania, tendencja selekcyjna [błąd doboru próby] może pogorszyć się jeszcze bardziej w najbliższej przyszłości….
Jedyną sytuacją, w której przetestowano całą zamkniętą populację, był statek wycieczkowy Diamond Princess i pasażerowie poddani na nim kwarantannie. Wskaźnik śmiertelności przypadków wyniósł 1,0%, ale była to w dużej mierze starsza populacja, w której śmiertelność z powodu Covid-19 jest znacznie wyższa…
Czy wskaźnik śmiertelności w powodu choroby Covid-19 może być tak niski? Niektórzy twierdzą, że nie, wskazując na wysoki odsetek osób starszych. Jednak nawet niektóre tzw. łagodne koronawirusy odpowiedzialne za  przeziębienia, które są znane od dziesięcioleci, mogą mieć śmiertelność aż do 8%, kiedy zarażają osoby starsze w domach opieki…
Gdybyśmy nie wiedzieli o nowym wirusie i nie sprawdzili ludzi za pomocą testów PCR [Reakcja łańcuchowa polimerazy], liczba całkowitych zgonów z powodu „choroby podobnej do grypy” nie wydawałaby się w tym roku nietypowa. Co najwyżej moglibyśmy od niechcenia zauważyć, że grypa w tym sezonie wydaje się nieco gorsza niż zwykle.” – A fiasco in the making? As the coronavirus pandemic takes hold, we are making decisions without reliable data

„Scharakteryzowaliśmy wybuch choroby układu oddechowego z powodu ludzkiego koronawirusa HCoV-OC43. Obserwowany wskaźnik zachorowań wynoszący 67% i wskaźnik śmiertelności w tym przypadku wynoszący 8% podkreśla potencjał patogenny HCoV w słabych populacjach. Ten fakt daje nam szerszą perspektywę odnośnie tego, że koronawirusy inne niż SARS-CoV mogą być odpowiedzialne za szersze spektrum chorób niż sam katar[21-23].

Te odkrycia podkreślają zjadliwość ludzkiego koronawirusa CoV-OC43 w starszych populacjach i potwierdzają, że przy interpretacji testów serologicznych SARS-CoV należy wziąć pod uwagę reaktywność krzyżową na przeciwciało przeciw białkom nukleokapsydowym z tych wirusów.” – Can J Infect Dis Med Microbiol. 2006 Nov-Dec; 17(6): 330–336; An Outbreak of Human Coronavirus OC43 Infection and Serological Cross-reactivity with SARS Coronavirus https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2095096/

Dr David Katz

Amerykański lekarz i dyrektor założyciel Yale University Prevention Research Center

„Jestem głęboko zaniepokojony, że społeczne, ekonomiczne i zdrowotne konsekwencje tego prawie całkowitego załamania normalnego życia – zamkniętych szkół i firm, zakazanych zgromadzeń  – będą długotrwałe i katastrofalne, być może poważniejsze niż bezpośrednie żniwo samego wirusa. Rynek akcji odbije w czasie, ale wiele firm padnie na dobre. Bezrobocie, zubożenie i rozpacz prawdopodobnie będą plagami zdrowia publicznego pierwszego stopnia.” – Is Our Fight Against Coronavirus Worse Than the Disease?

A może bać się wysokiej śmiertelności?

Dr Dan Yamin

– Tworzy modele chorób zakaźnych
– Były członek Wydziału, Centrum Modelowania i Analiz Chorób Zakaźnych na Yale University

„Rzeczywista liczba osób zarażonych wirusem w Korei Południowej jest co najmniej dwukrotnie większa od zgłaszanej, więc szansa na śmierć jest co najmniej dwa razy mniejsza i wynosi około 0,45 procent – to bardzo daleko od tej podawanej przez Światową Organizację Zdrowia [globalnej śmiertelności] wynoszącej 3.4 procent. I to już jest powód do ostrożnego optymizmu.” – ‚Trump Is Right About the Coronavirus. The WHO Is Wrong,’ Says Israeli Expert

Prof. dr Yoram Lass

Izraelski lekarz, polityk i były dyrektor generalny Ministerstwa Zdrowia. Pracował również jako prodziekan na Uniwersytecie Medycznym w Tel Awiwie, w latach 80. Prezentował naukowy program telewizyjny Tatzpit.

„Włochy są znane z ogromnej zachorowalności w powodu problemów z oddychaniem, ponad trzykrotnie bardziej niż jakikolwiek inny kraj europejski. W USA około 40.000 osób umiera w zwykłym sezonie grypowym, a jak dotąd 40-50 osób zmarło na koronawirusa, większość z nich w domu opieki w Kirkland w stanie Waszyngton…
W każdym kraju więcej osób umiera na zwykłą grypę w porównaniu z tymi którzy umierają z powodu koronawirusa….

…Istnieje bardzo dobry przykład, o którym wszyscy zapominamy: świńska grypa w 2009 roku. Był to wirus, który rozplenił się po świecie wychodząc z Meksyku i do dziś nie ma przeciwko niemu szczepionki. Ale co? W tamtym czasie nie było Facebooka, a może był, tylko jeszcze w powijakach. Natomiast koronawirus jest wirusem z public relations….

Kto myśli, że rządy zwalczają wirusy, jest w błędzie.” – Former Health Ministry chief Prof. Yoram Lass says governments can’t halt viruses and the lockdown will kill more people from depression than the virus.

Dr Yanis Roussel i. al.

Zespół naukowców ze szpitala Uniwersyteckiego w Marsylii i Institut de Recherche pour le Développement, Assistance Publique-Hôpitaux de Marseille, przeprowadzający recenzowane badanie na temat śmiertelności koronawirusa dla rządu Francji w ramach programu „Inwestycje na przyszłość”.

„Problem SARS-CoV-2 jest prawdopodobnie przeceniany, ponieważ 2,6 miliona ludzi umiera z powodu infekcji dróg oddechowych każdego roku w porównaniu z mniej niż 4000 zgonów z powodu SARS-CoV-2 w momencie pisania tej publikacji…

W badaniu tym porównano śmiertelność SARS-CoV-2 w krajach OECD (1,3%) ze wskaźnikiem śmiertelności z powodu powszechnych koronawirusów zidentyfikowanych u pacjentów hospitalizowanych w AP-HM (0,8%) od 1 stycznia 2013 roku do 2 marca 2020 roku. Wykonano test chi-kwadrat, a wartość P wynosiła 0,11 (nieznaczna)…

Należy zauważyć, że systematyczne badania innych koronawirusów (ale jeszcze nie dla SARS-CoV-2) wykazały, że odsetek bezobjawowych nosicieli jest równy lub nawet wyższy niż odsetek pacjentów z objawami. Te same dane dla SARS-CoV-2 mogą wkrótce być dostępne, co dodatkowo zmniejszy względne ryzyko związane z tą specyficzną patologią.” –  Int J Antimicrob Agents. 2020 Mar 19:105947.  SARS-CoV-2: fear versus data

Prof. dr Peter Goetzsche

Profesor projektowania i analizy badań klinicznych na uniwersytecie w Kopenhadze i założyciel Cochrane Medical Collaboration. Napisał kilka książek o korupcji w medycynie i sile wielkich firm farmaceutycznych. Opublikował ponad 75 artykułów w BMJ, Lancet, Annals of Internal Medicine i New England Journal of Medicine.

„8 marca opublikowałem na ten temat artykuł w czasopiśmie BMJ. Napisałem: „Co jeśli Chińczycy nie przetestowaliby swoich pacjentów pod kątem koronawirusa lub nie byłoby żadnego testu? Czy kontynuowalibyśmy nasze życie bez ograniczeń, nie martwiąc się śmiercią tu i ówdzie wśród ludzi w podeszłym wieku, które widzimy każdej zimy? Chyba tak.”

Naszym głównym problemem jest to, że nikt [politycy] nigdy nie będzie miał kłopotów z powodu wprowadzenia środków, które są zbyt drakońskie. Wpadną w kłopoty tylko wtedy, gdy zrobią za mało. Tak więc nasi politycy i osoby zajmujące się zdrowiem publicznym robią znacznie więcej niż powinny. Żadnych tego rodzaju drakońskich środków nie zastosowano podczas pandemii grypy w 2009 roku, i oczywiście nie można ich stosować każdej zimy, czyli przez cały rok, ponieważ zawsze gdzieś jest zima. Nie możemy trwale zamknąć całego świata.

Jeśli okaże się, że epidemia wkrótce zaniknie, pojawi się kolejka ludzi, którzy będą chcieli aby im przypisać za to zasługę. I możemy być cholernie pewni, że drakońskie środki zostaną zastosowane ponownie następnym razem.

Jeszcze o edukacji – kaganek czy kaganiec?

Rozwiązanie tytułowego dylematu, kaganek czy kaganiec, wydaje się być oczywiste, wskazaniem na kaganek.

Otóż tylko takim się wydaje.

Proszę mianowicie zapytać przeciętnego Kowalskiego, kogo najbardziej kocha? W większości usłyszmy odpowiedź, że swoje dzieci, a potem proszę zobaczyć zawartość pieca centralnego ogrzewania. No cóż? Fakt, że większość wybiera kaganek wcale mnie nie przekonuje, że naprawdę chce mieć człowieka samodzielnego i znającego azymut, któremu nie trzeba zakładać kagańca.

Celowo posługuję się dwoma obrazami, które symbolicznie się równoważą, ale już nie w sferze emocjonalnej albo w ocenie przydatności w budowaniu modelu antropologicznego. Bo o ile kaganek jest powszechnie przyjętym obrazem oświaty i człowieka, któremu dano do dyspozycji narzędzia, umożliwiające samodzielną egzystencję, o tyle w wypadku kagańca jednoznaczność się zagęszcza. Ta para, kaganek i kaganiec, to aporia, to zdecydowanie się na tytułowe bezdroża, bezradność, aby unaocznić, że nadszedł najwyższy czas zdecydowanego wyboru.

Wszak negatywność kagańca nie jest aż tak oczywista, jak z pozoru wygląda.

Czemu bowiem zapobiega kaganiec?

Gryzieniu. Czemuś jeszcze?

Szczekaniu także.

Nie życzymy sobie społeczeństwa, w którym wszyscy wzajemnie będziemy zajadle się gryźć, zadawać ból, znieważać i zniekształcać swoje piękno, ów protologiczny obraz człowieczeństwa, to prawda! Ale prawa do szczekania chcemy czy nie chcemy sobie dać odebrać?

Wiem, że szczekanie jest kolejnym obrazem, który niekoniecznie musi wszystkim dobrze się kojarzyć, niemniej biorąc pod uwagę łaciński źródłosłów agresji (podchodzić do granicy), sądzę, że jest odpowiedni. Jako teolog i duszpasterz wiem to, że wychowywanie do potulności, wmawianie człowiekowi, że nie prawa bronić granic wolności i godności swojej osoby, harata ludzką psyche do stopnia niewyobrażalnego, bo pozbawia szacunku do samego siebie i w zastraszającym tempie generuje w człowieku kolejne kompleksy, które przecież trzeba jakoś zrekompensować, a wtedy zaczyna się spirala żałosnego śmiechu i piekących łez, prawdziwy korkociąg degrengolady człowieczeństwa.

Chodzi o to, żeby człowiek potrafił być agresywnym, stając na granicy, a nie miał potrzeby bycia agresorem. Ale – o paradoksie – tu z kagańcem zaczynam mieć problem. Bo, żeby człowiek nie był fajtłapą, która może przeobrazić się w kompensującą bestię, nie można mu założyć kagańca, a jednak…. żeby nie był bestią, czy kaganiec powinien mieć?  

Co począć? Właśnie z tym dylematem nasza cywilizacja sobie nie radzi, bo nie radzi sobie z nim ani pedagogika, ani teologia, ani nauki społeczne czy polityczne, łącznie z administracją państwową.

Kaganiec jest potrzebny, jednak żeby pojąć jego istotę, wpierw trzeba pozbyć się wyobrażeniowych schematów i wyjść poza krąg dotychczasowych wzorców. Wszak sygnalizowałem, że celowo stworzyłem aporię. Do czego więc zmierzam? Do przekonania Was, bo sam do tego jestem przekonany, że jednym właściwym kagańcem jest kaganek i przestańmy się czarować, że możliwy jest dalszy rozwój euroatlantyckiej cywilizacji, balansujący rolę kaganka mądrości z kagańcem restrykcji.

Słuchając debaty publicznej miewam chwile totalnego oszołomienia, raz po raz przekonując się, jak bardzo jesteśmy uwikłani w stereotypy, poddane medialnej machinie popularności. A zwłaszcza te religijnej proweniencji, w naszym społeczeństwie mocno katolicyzujące, które nie pozwalają pozbyć się kagańca, sprawiają, że w sferze publicznej nie uchronimy się przed koniecznością budowy nowych więzień, dalszego mnożenia kolejnych, coraz bardziej szczegółowych regulacji prawnych, a chrześcijaństwo dalej będzie zjadało własny ogon, dziwiąc się, że coraz bardziej boli.

Jeśli nasza cywilizacja rzeczywiście przeżywa kryzys, to ja skomentuję to wyłącznie w jeden, możliwy sposób: chwała Bogu i nareszcie. W słabości rozwijają się bowiem ziarna mocy, a w niezrozumieniu nowe wzorce cywilizacyjne. Problem polega na tym, że aby powstały, musi powstać jakiś ruch, zacząć działać jakaś energia, porządkująca cząstki na nowo. Jest nim konstytutywna cecha człowieczeństwa, której odmówiliśmy prawa do bycia zasadą cywilizacji, a mianowicie wiara w człowieka. Przy czym nie jest to ani ślepa wiara w protologiczne dobro, ani wiara prymitywna, czyli coś takiego, co mógłby opisać w ten sposób, iż człowiek buduje poczucie bezpieczeństwa na rytualizacji zachowań i zadomowieniu w jakimś etnos, obojętnie czy narodowym, czy religijnym.

Idzie o wiarę zupełnie innego rodzaju, a mianowicie wiarę w eschatologiczne spełnienie. To po prostu znaczy, że pomimo zranień, nieporozumień, całego tego okołoegoistycznego chacharstwa, biorącego człowieka w niewolę, jednak każdy z nas, i jednocześnie razem jako rodzina ziemian, damy radę dojść Q pięknemu celowi. A jeśli to jest możliwe, to warto już dziś zacząć nadawać swojej egzystencji sens, który uchroni nas przed opiniami typu: Już za późno; już po wszystkim;  już niczego nie da się zrobić; nasza cywilizacja umarła. Nasłuchałem się w życiu tego rodzaju ocen i wciąż muszę słuchać do tego stopnia, że do cna zbrzydła mi koncepcja człowieka, obdartego z wiary.

Wiara eschatologiczna, czyli ta, której filozofia nie ma serca badać, bo jest zainteresowana archetypami, mitami początku, a polityka i nauka, zmagająca się z ekonomicznymi i społecznymi problemami, zagrażającymi światowemu ładowi, odmawia prawa do zajmowania miejsca w tu i teraz, tylko ona może nas przeorientować do tego stopnia, żebyśmy wreszcie przestali marudzić, wątpić w sens naszej pracy i wzajemnie się oskarżać, a zaczęli otwierać nowe perspektywy. 

Dlaczego wciąż nie mamy odwagi wyposażyć człowieka w kaganek i pozwolić mu żyć, czyli po prostu pozwolić na to, aby z własnego, indywidualnego i niepowtarzalnego materiału, jakim jest jego osobowość, historia życia, kulturowe i religijne dziedzictwo, tożsamość, wreszcie rany, które zadaje mu codzienność, budował własną wierzę życia, ale dla pewności zakładamy mu jeszcze kaganiec? Odpowiedź jest bajecznie prosta: Nie ma w nas wiary w tego człowieka, że da radę dojść do celu, i jak chce jedna ze wschodnich legend, przenieść ów kaganek na drugi brzeg życia przez przestrzeń i czas swojej egzystencji, aby przekazać go następnemu pokoleniu.