Reformacja – (for)matowanie czy polerowanie miecza?

Nie mniemajcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową” (Mt 10,34n)

W dniu, zwanym przez nas Pamiątką Reformacji, przydałoby się, żeby wróciła nam pamięć.

Czym była reformacja? Na pewno nie była rewolucją w sensie ścisłym, ponieważ temu, który ją wywołał, nie przyświecały idee sprawiedliwości społecznej ani apetyt na polityczne apanaże.

Dotknięty Duchem, oświecony Światłem, porwany energią Miłości doświadczył mentalnej odmiany. Stał się epifanią Boga w świecie, ustami Jezusa, manifestacją Ducha. Siedząc w klasztornej celi nie kombinował nad tym, jak zmienić świat, ale jak zrozumieć Pisma. Gdy spełniły się Jego pragnienia i Pisma stały się w Nim żywym ogniem, nie rzucił się w wir pracy organicznej, aby tworzyć partię i przygotowywać bunt przeciwko Rzymowi.

Zaczął po prostu inaczej myśleć, zaś nowe przekonania odmieniły Jego biochemię. Doświadczył zbawiennego wyprowadzenia ze strefy stresu, związanego z lękiem przed siłą władzy, opuszczeniem kościelnych struktur i porzuceniem tradycyjnej teologii dogmatycznej. Euforia zamieszkała w Jego sercu a endorfiny zalały ciało.

Dzięki zmianie przekonań, z czego być może w ogóle nie zdawał sobie sprawy, Luter doświadczył nowej energii emocjonalnej. Ponieważ pojawiły się w nim nowe odczucia i emocje, stał się odważny, wolny, prawdziwy. A taki człowiek już nigdy nie pozostaje na marginesie, bez wpływu na otoczenie.  Niczym kamień wrzucony do wody, staje się źródłem kręgów nowej energii, rozchodzącej się od niego po kres wszechświata.

Tak rozpoczyna się każda prawdziwa zmiana. Nie dzięki sile zła i przez walkę z zewnętrznymi strukturami, ale przez wewnętrzną odmianę myśli i emocji. Rewolucja niczego nie zmienia ku dobremu. Tworzy jeszcze gorsze reedycje starych struktur zła i tyranii. Tylko człowiek dotknięty przez Boga, czyli wewnętrznie uformowany na nowo, rozpalony do żywego ogniem Ducha, używa swoich słów w taki sposób, że czyni z nich miecz, przenikający ludzkie dusze i odmieniający postać świata.

W sumie nic nowego pod słońcem. Dla chrześcijan prawzorem i pramatrycą ich duchowego doświadczenia pod tym względem jest Jezus z Galilei, który zdaje sobie sprawę, że przyszedł przynieść miecz.

Obchodzimy dziś kolejną Pamiątkę Reformacji, a więc upamiętniamy jedną z kilku reedycji tego, co stało się za sprawą Jezusa. Przed pięciuset laty w Niemczech pojawił się mnich, który zaczął używać słów niczym miecza, ponieważ pozbył się strachu, a Jego świadectwo nie polegało na cytowaniu Pism. Prawdziwa przemiana następuje wtedy, gdy Pisma przestają być argumentem na rzecz idei, a stają się mieczem, oddzielającym w człowieku stare od nowego i dzięki temu odmieniającym wszystko, w czym on uczestniczy.

Znakiem wewnętrznej przemiany nie jest siła teologicznych argumentów, ale wiarygodność świadectwa człowieczego życia. Odtąd Pisma nie pełnią rolę zewnętrznego słowa, ale stają się duchem życia. Odtąd człowiek nie przemawia słowami, ale Słowo przemawia jego życiem. W efekcie nic nie pozostaje nie tkniętym, nie poróżnionym, nie odmienionym, a reakcje na takie świadectwo możliwe są tylko dwie: całkowite przyjęcie i całkowite odrzucenie. Po dwóch stronach miecza nie ma miejsca na obojętność i letniość.  Reakcją na Słowo, które przemawia życiem zreformowanego, nowego człowieka, jest „tak” albo „nie”. Dzięki temu reformator, jak Mistrz z Galilei, poruszył tysiące ludzi i obudził energię zmian. 

Jak mówimy? Czym Pisma są dla nas? Jedynie skarbnicą argumentów dla własnych poglądów? Czy używamy słów tak, aby nikomu nie podpaść z politycznych, społecznych, zawodowych, a nawet finansowych powodów, poświęcając tych, których moglibyśmy obudzić ze snu? Czy Słowo ma szansę przemawiania przez nas? Tylko, że wtedy Słowo wymyka się nam spod kontroli i już nie używamy słów, aby osiągać cel, ale Słowo używa nas dla swojego celu.

Jak będziecie dziś mówić, moi kochani Koledzy? Żeby nikogo nie urazić? Żeby miecz nie poróżnił syna z ojcem, córki z matką, żeby rodziny się nie podzieliły a parafie nie rozpadły? Będziecie mówić z wnętrza swoich lęków o materialną przyszłość, pozycję społeczną, wierność tradycji teologicznej, nie używając miecza, którym niektórych moglibyście obudzić ze snu i doprowadzić ich do świadomego życia?  Będziecie mówić tak, żeby Ci, którzy rozgościli się w tradycji i bezpiecznie im w przeszłości, przypadkiem nie rozzłościli się na Was?

A może boicie się, że wypowiedziane przez Was słowa, dotrą też do Waszej świadomości, a wówczas Słowo rozpocznie w Was swoją pracę? Odtąd bowiem już nigdy nie będziecie tacy sami i szlag trafi polityczne, społeczne, zawodowe i inne cele, które starcie się osiągnąć?

Czy po prostu nie jest tak, że boicie się mówić tak, żeby się nie bać?

Będziecie mówić z wnętrza swoich umysłów, dbając o argumentację teologiczną, czyli wierność przeszłości, czy z wnętrza swoich serc, dbając o prawdę, dobro i piękno życia, rozpalając tęsknotę za przyszłością?

Będziecie dziś dbać o tradycję czy reformację?

Będziecie miecz matować, żeby nie był za ostry i mocno nie szkodził, czy polerować, aby swoim blaskiem mógł wskazywać drogę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × four =