Słowo staje się ciałem – rozmyślanie na 24 maja

Oto idą dni – mówi Pan – że zawrę z domem izraelskim i z domem judzkim nowe przymierze. Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami w dniu, gdy ich ująłem za rękę, aby ich wyprowadzić z ziemi egipskiej, które to przymierze oni zerwali, chociaż Ja byłem ich Panem – mówi Pan, lecz takie przymierze zawrę z domem izraelskim po tych dniach, mówi Pan: Złożę mój zakon w ich wnętrzu i wypiszę go na ich sercu. Ja będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. I już nie będą siebie nawzajem pouczać, mówiąc: Poznajcie Pana! Gdyż wszyscy oni znać mnie będą, od najmłodszego do najstarszego z nich – mówi Pan – Odpuszczę bowiem ich winę, a ich grzechu nigdy nie wspomnę”.     Jr 31,31-34  

Studentom teologii mówię: Co z tego, że poznacie technologię interpretacji biblijnych tekstów, jeśli zapisane w nich słowa nie będą dla was Słowem Boga, stwarzającym was na nowo? Gdy rozbierzecie każdy fragment na drobne elementy, będziecie znać całą historię, intencję powstania, cokolwiek, co przynależy do dziejów tej wyjątkowej literatury, czy pomożecie tym człowiekowi, który nie radzi sobie z lękami, jęczy z bólu, wita ze śmiercią, rozpacza po stracie pracy? Jeśli tylko tym chcecie się zajmować, pomimo tego, że powinniście robić to najlepiej, jak to jest możliwe, jesteście niewolnikami litery, bojącymi wzbić się na orlich skrzydłach wysoko ponad szczegóły tekstu, aby zachwycić się pięknem tkaniny życia, utkanej przez Ducha.

Musicie nauczyć się pracować, jak Wiedźma, która swoje ubrania pierze w rzece życia, aby na nowo zobaczyć splot. Musicie umieć odróżniać wątek i osnowę, bo ludzkiemu życiu trzeba przywracać wartość i godność. Najpierw w tekście musicie wyprać tkaninę własnego życia. Gdy poczujecie kontakt z mądrością i nauczycie się patrzeć na człowieka od środka, gdzie on sam boi się zaglądać; gdy będziecie pewni, że każdym słowem prostujecie go, podnosicie, leczycie, pomagacie się uśmiechnąć, dopiero wtedy macie prawo uważać, że zinterpretowaliście tekst, jak chce tego Mistrz z Galilei.

Musicie nauczyć się pracować, jak szaman. Podróżując na lekkich tchnieniach Ducha musicie unieść się ponad tekst w niebieski, górny świat, aby poznać przyczynę bólu i łez na ziemi, chorób i cierpienia. Szybujcie wysoko. Nie bójcie się syntezować, pamiętając o szczegółach. Nie bójcie się Ducha, który porwie was ponad siódme niebo. Tego wszystkiego dowiecie się z tekstu, jeśli kurczowo nie będziecie trzymać się litery. Dopiero wtedy możecie powrócić do ludzi, aby ich uzdrowić, uszczęśliwić, uczynić ich życie weselną ucztą. Interpretując biblijne teksty, musie czuć odpowiedzialność za pojedynczego człowieka i za ludzką wspólnotę. Jeśli boicie się tej podróży, nie mówcie nic o swoim powołaniu, nie nazywajcie się prorokami, nie próbujcie udawać, że się znacie. 

Po prostu Słowo musi stawać się ciałem i tylko to się liczy. Nigdy nic bardziej się nie liczyło. Tak było w czasach Mojżesza, Jeremiasza i w grocie narodzenia Jezusa. To każdego dnia musi dziać się w gabinecie człowieka, który czuje się powołany do interpretacji biblijnych tekstów.

1. Jezus jest Słowem, które odświętnia smutny świat

Wtedy Słowo opuszcza kamienne tablice i przestaje być skamieliną historii Izraela, pod ciężarem której kamienieją ludzkie serca, zmuszane do niesienia ciężarów ponad siły. Pojawiają się pierwsze oznaki wiosny. Ludzie, gdziekolwiek żyją na błękitnej planecie, prostują się, podnoszą głowy i zaczynają uśmiechać. Wtedy Słowo znika z białych kart Biblii i przestaje straszyć bielą grobów, do których słuchaczy swoimi interpretacjami wrzucają hipokryci i obłudnicy, udający Bożych i duchowych ludzi. 

Słowo tak długo jest nieznośnym ciężarem, sprowadzającym w ludzkie życie smutek i cierpienie, jak długo trzeba po nie sięgać do księgi, w konsekwencji przypominać sobie jego treść i przystosowywać życie do jego znaczenia. Wtedy pozostaje kamienną tablicą, codziennym ciężarem, który pomimo szczerej miłości do Boga i autentycznego pragnienia, żeby pozostać Bogu wiernym, mimo wszystko po jakimś czasie chce się zrzucić, ponieważ pozbawia oddechu, pogody ducha, lekkości bycia.

Świetnie to widać po tzw. pobożnych, którzy Biblii nie wypuszczają z rąk i na podorędziu zawsze mają jakiś jej fragment, odpowiedni niemal na każdą okazję. Odnalezienie w nich lekkości, radości, uśmiechu, graniczy z cudem. Często im są pobożniejsi, to jest niosący większy ciężar Słowa na swoich barkach, tym bardziej chorują i cierpią. Nie znajdziesz ich wśród tańczących, biesiadujących, w zadowoleniu i z przyjemnością spożywających swój chleb. Do tego stopnia są zmęczeni pobożnością, to znaczy noszeniem ciężaru Słowa, że każdego napotkanego gotowi są obdzielić jego częścią. Tak rozprzestrzenia się pomiędzy ludźmi prawdziwy wirus nieszczęścia, religia Słowa, wyrytego na kamieniach i zapisanego na papirusowych kartach, która prędzej czy później sprowadza zmęczenie, chorobę i śmierć.

Dopiero, gdy Słowo staje się ciałem, o czym pisze Jeremiasz: „Złożę mój zakon w ich wnętrzu i wypiszę go na ich sercu. Ja będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. I już nie będą siebie nawzajem pouczać, mówiąc: Poznajcie Pana!” ciężar nie do uniesienia zamienia się w odświętna szatę, a kamienne stągwie, przechowujące religijne obowiązki, zostają napełnione winem radości i wesela, jak w Kanie Galilejskiej.

Jeremiesz pisał o Jezusie, czyli o Słowie, które stało się ciałem. Słowie, które nie potrzebuje kamiennej tabliczki ani papirusowej karty, aby działać, stwarzać na nowo, zmieniać, odświętniać smutny świat. Jednak jego prorocka perspektywa jest szersza i dosięga każdego z nas. W duchu Jezusa jest bowiem nie tylko możliwe, ale wręcz pozostaje znakiem nowego przymierza, które Bóg zawarł z każdym człowiekiem, zapisanie Słowa w sercu.

W duchu Jezusa jest możliwe działanie Słowa, które nie potrzebuje księgi, żeby odświętnić ludzkie życie. W duchu Jezusa jest możliwe duchowe doświadczenie lekkości i radości bycia, przypominające weselną ucztę. W duchu Jezusa jest możliwe chrześcijaństwo bez księgi.

2. Ucieleśnione Słowo jest Miłością  

Gdy biblijny tekst stanie się teksturą Twego wnętrza, dzięki któremu poznasz  wszystkie skarby swojego JESTEM, dopiero wtedy poczujesz się religijnym człowiekiem. Religia, ale nie udawana, która pozostaje ciężarem nie do uniesienia, tylko ta prawdziwa, będąca doświadczeniem gry, śpiewu i tańca, zaczyna się z chwilą, w której Słowo staje się Twoim ciałem, Twoją osobą, Twoim życiem.

Jeśli Słowo pozostaje wątkiem codzienności, wówczas działanie jest tylko osnową. Tkanina życia jest mocna, kolorowa, zachwycająca. Jak długo Słowo jest zewnętrzne i musisz po nie sięgać, żeby dostosowywać do niego życie, tak długo Twoje działanie jest wątkiem, a Słowo tylko osnową. Tkanina życia rozchodzi się, drze na kawałki, powstają dziury.

Cud zawsze wydarza się w ten sam sposób: Rodzi się Miłość! Odtąd nie są potrzebne prawa, reguły, zasady i normy, zapisane na kartach Biblii. Pewnie, że możesz z niej korzystać, a nawet powinieneś, jednak przestaje być zewnętrznym probierzem. W Twoim sercu jej słowa stają się jednym Słowem, tym najważniejszym, które pomaga, leczy i uszczęśliwia, zbawia po prostu. Stają się wiecznym Słowem Miłości.

Wtedy przestajesz mówić, bo po co, skoro kochasz? Odtąd żyjesz z miłości, miłością i dla miłości. Twoje życie i codzienne działania stają się Twoim słowem, Twoim świadectwem. Wcielone Słowo Miłości uczyniło Cię swoimi ustami i przemawia bez słów.

Nie zapominaj, że prawdziwa Miłość nie potrzebuje słów!

Pamiętaj, że Boża Miłość najpełniej objawiła swoją chwałę na krzyżu Jezusa, w momencie Jego śmierci, gdy zamilkł.

Gdy usta milkną, serce staje się poetą i z tkaniny cichego życia zaczyna tworzyć najpiękniejszy tekst o zbawionym, udanym, uśmiechniętym życiu.

Stajesz się czerwoną różą, podarowaną światu.

Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 − 1 =