Strach odbiera rozum czy nie?

Motto:

Cóż to za ciemność, w której mam zasiąść? 

Ona jest niczym innym, jak umożliwieniem otrzymywania,

niczym tylko umożliwieniem otrzymywania, 

w którym mam zostać dokończony ”.         Mistrz Eckhart

Wszyscy znamy ów moment przerażenia, gdy prosimy: Wszystko, tyko nie to. Po latach, spoglądając wstecz niektórzy potrafią wyznać: Nie mogło spotkać mnie nic lepszego. Tęcza zawsze pojawia się po burzy.

Sądzę, że tego rodzaju doświadczenie może mieć również wymiar społeczny. Epidemia jest tą chwilą, której od dziesięcioleci nie potrafiliśmy sobie wyobrazić ani na świecie, ani w Europie, w Polsce, czy w Kościele. 

Jednak nadeszła, bo problemy wypieraliśmy, zamiast rozwiązywać. Dlaczego nie rozwiązywaliśmy? Bo hamowaliśmy przed przyszłością. Woleliśmy próbować zaczarować przeszłość, aby trwała w teraźniejszości.

Niewiele się uczymy, bo w godzinie ciemnej nocy tym mocniej hamujemy i jeśli nie klniemy to zaklinamy rzeczywistość, jak potrafimy. Wycofani czekamy, co jeszcze się wydarzy i płaczemy po kolejnych Świętej Pamięci, którzy do niedawna byli z nami.

Odkąd pamiętam starzy, mądrzy ludzie mówili, że strach odbiera rozum.

Odbiera zatem czy nie?

Jak to możliwe, że ludzie przywiązani do swoich małżonków, kochający ich, często wręcz od nich uzależnieni, nie wyobrażający sobie dłuższego rozstania, a cóż dopiero w obecnej sytuacji, trafiają do szpitali, w których pozostają całkowicie osamotnieni? Już w normalnych warunkach pobyt w szpitalu sam w sobie jest bardzo stresujący niemal dla każdego, a cóż dopiero teraz, gdy pozostaje się sam na sam ze sobą i kołatającą się z tyłu głowy myślą, że zachorowało się na COVID 19? Nadto, gdy dożyło się wieku, który młodzieży wydaje się starczym, i co by nie powiedzieć ma się świadomość, że życie się kończy, czy można nie paść trupem od samego przerażenia? Czy strach może nie przycisnąć klatki piersiowej, niczym ciężki kamień?

Jak to możliwe, że małżonkowie ciężko chorych mężów i żon, wiedzący o ich całkowicie osamotnionym umieraniu, nie mogą się z nimi pożegnać, dotknąć ostatni raz, pocałować, szepnąć: Do wiedzenia Ukochana/y?

Jak to możliwe, że Matki kilkunastomiesięcznych dzieci, chorujących na ciężkie choroby, nie mogą towarzyszyć swoim Dzieciom, które cierpią ból i osamotnienie? Czy w takich warunkach w ogóle możliwe jest uzdrowienie?

Jak to możliwe, że nagle wzajemna miłość małżonków albo dzieci i rodziców została pozbawiona znaczenia i uznana za niebezpieczną?

Strach odbiera zatem rozum czy nie?

Co stało się z naszymi sercami, że kochający się ludzie nie mogą wspierać się w chorobie i towarzyszyć sobie w umieraniu?

Tym, którzy pozostają, ciężko będzie wyjść z tej traumy do końca życia. Czy zatrudnienie armii psychologów rozwiąże sprawę?

Śmiechu warte…

No dobra, ale pozostają jeszcze umarli. Co z nimi? Czyli kultywowane odkąd ludzkość sięga pamięcią w przeszłość pożegnalne czynności nagle okazały się jedynie bajędą, głupią i naiwną pozostałością nieświadomości prymitywnych? A jeśli owi prymitywni mieli lepszy duchowy wzrok i widzieli dusze zmarłych, błąkających się po bezdrożach widzialnego świata, którym nie było dane pożegnać się, wybaczyć ani prosić o wybaczenie? Po prostu nie zostali uwolnieni od ziemskiej historii?

Pozostaje ostatnie pytanie: Czy bliskość, przytulenie, pocałunek, wreszcie dotknięcie nie mają żadnego znaczenia? Celowo napisałem wczoraj tekst o nakładaniu rąk, żeby nie tylko dać do myślenia, ale też mieć do czego się odwołać. Jeśli bowiem wszyscy pozbawieni dotyku i obecności bliskich, a zwłaszcza najstarsi z nas, doświadczyli paraliżującego strachu, który odebrał im oddech, to czy na pewno umarli z powodu COVID 19? Może umarli z osamotnienia i braku obecności tych, którzy kochają; z braku wiary w siebie i życie, której ważnym komponentem jest obecność tych, których się kocha, ufa im i z nimi czuje się bezpiecznie?

Czy znajdzie się lekarz, stwierdzający śmierć, który w akcie zgonu będzie miał odwagę napisać: Osamotnienie i brak miłości, podtrzymującej przy życiu?

Co się dzieje?

Strach odbiera rozum czy nie?

Osoba, u której wykryto wirusa, najpierw poddawana jest kwarantannie, a w warunkach szpitalnych oddzieleniu od najbliższych. Izolowanie zakażonych wirusem, upokorzenie i wyobcowanie, towarzyszące seropozytywnym ofiarom wirusa, sprawiają, że obecnie samo przypięcie komuś etykietki nosiciela może spowodować u takiej osoby psychiczny problem i zdrowotną zapaść.  

Pewność, że się umrze, niestety szybko prowadzi do śmierci.  

Czy trzeba mieć inteligencję Boga, żeby umieć sobie wyobrazić, co z zakażonym dzieje się w szpitalu, gdy pozbawiony  jest wsparcia miłości? 

Nie od dziś wiemy, że duchowo-biologiczny konflikt, powodujący choroby płuc, pisząc najogólniej jest spowodowany strachem przed śmiercią. Zatem sama wiadomość, że jest się zarażonym, zdrowego nosiciela wirusa może w kilka dni zamienić w chorego na płuca i odebrać mu oddech.

Czy trzeba mieć serce Jezusa, żeby umieć to współodczuć?

Co się z nami dzieje?

Wszyscy oczywiście umierają na COVID 19.

A jeśli umierają z powodu oddzielenia od tych, z którymi się kochają?

Strach odbiera rozum czy nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − twelve =