Nadzieja

Czy nadzieja rzeczywiście jest matką głupich?

Tradycyjna interpretacja, rodem ze starożytnej Grecji, umieszczająca nadzieję wśród różnego rodzaju zła, zesłanego przez Zeusa na ziemię, nie musi być jedyną. Na dobrą sprawę można założyć, że to właśnie nadzieja, której nie udało się wydostać ze zbyt szybko zamkniętej puszki, mogła być rodzajem lekarstwa, czymś w rodzaju surowicy na jad zła, uwolnionego przez Pandorę.

A gdyby miało się okazać, że warianty mitu z innych kultur o ciekawskiej Kobiecie, umożliwiającej działanie złu, rzucają ciekawe światło na relację Hezjoda, czy nie byłoby warto poświęcić im chwili uwagi?

Zanim zajmiemy się Ewą z Ogrodu Życia, powszechnie zwanego rajem, przypomnijmy sobie starą narrację, służącą kobiecej inicjacji, zachowaną pod tytułem Sinobrody. Bohaterką jest młoda Małżonka bardzo dwuznacznego Mężczyzny, uwodzącego szarmanckim zachowaniem i bogactwem,  jednocześnie wydającego się być okrutnikiem, zabijającym kolejne żony, które odważyły się zajrzeć do tajemniczego pomieszczenia. Odkrywały w nim szkielety swoich poprzedniczek, czyli w istocie prawdę o sobie. Do odnalezienia tajemnicy Sinobrody sam zachęca swoje żony, rozbudzając w nich ciekawość informacją o kluczu, którego pod żadnym pozorem nie wolno im użyć, po czym wyjeżdża z zamku. 

Ostatecznie okazuje się, że Sinobrody nie jest okrutnikiem, któremu zależy na kolejnych trupach. Odwrotnie, młodą Małżonkę prowokuje do użycia właściwego klucza do właściwych drzwi, dzięki czemu ma szansę na skonfrontowanie się ze swoją kobiecą przeszłością i pełne zintegrowanie animy z animusem, czemu w opowiadaniu odpowiada śmierć Sinobrodego, zadana mu przez jej braci.

Klucz jest symbolem najważniejszego pytania, otwierającego drogę do spełnionego życia, co prawda przez doświadczenie traumatyczne, ale przecież jednocześnie terapeutyczne i wyzwalające. To jest pytanie o samego siebie. Bez wniknięcia w ciemność wypartych części osobowości i poznania ukrywanych tajemnic przeszłości odpowiedź jest niemożliwa, zatem trauma konfrontacji ze złem i ciemną stroną egzystencji jest zapowiedzią odnowy, poprawy losu i szczęśliwego, spełnionego życia.

Skoro w jednym pomieszczeniu, umieszczonym przez narratora w piwnicy zamku, czyli w sferze podświadomości, jednocześnie znajduje się tragiczna przeszłość Małżonki Sinobrodego oraz wstęp do najlepszej przyszłości, więc możemy założyć, że odkryliśmy elementy pozytywnej interpretacji pozornie negatywnej opowieści o puszce Pandory.

Rozstrzygające mimo wszystko może być biblijne opowiadanie o Ewie, której spodobał się owoc z drzewa poznania dobra i zła. Przy uważnej lekturze opowiadania można dostrzec, że drzewo poznania jest tożsame z drzewem życia, a to, jaką rolę pełni, zależy wyłącznie od wyboru Ewy. Czy skutki wyboru, dokonanego przez Ewę, są na pewno tylko jednoznacznie złe, jak utrzymuje tradycyjna interpretacja, odpowiedzialna za kształtowanie powszechnych wyobrażeń?

Oceniając sytuację po zerwaniu owocu, Bóg zapowiada, że męski potomek Ewy zgniecie głowę węża! Czyżbyśmy mieli do czynienia z dokładnie tym samym motywem, jak w wypadku opowiadania o Sinobrodym? Animus Ewy zwycięży kuszącą animę, a w konsekwencji pobyt poza Ogrodem Życia nie oznacza egzystencji przeklętej, ale błogosławioną. Dlaczego? Gdyby Ewa z Adamem pozostali w Ogrodzie i zjedli owoc życia, pozostaliby na zawsze wrogami Stwórcy, czyli samych siebie i swojego życia. Dzięki tzw. wygnaniu pozostają śmiertelni, więc powrócą do Źródła. Zjadając owoc z drzewa poznania dobra i zła, Ewa z Adamem budzą się do świadomego życia, podobnie jak Małżonka Sinobrodego.

Biblijny odpowiednik greckiego opowiadania o puszce Pandory przekonuje, że na dnie każdego doświadczenia, przykryte różnymi odmianami pozornego zła, ostatecznie zawsze znajduje się leczące dobro. Puszka musi zostać otwarta, żeby człowiek dotarł do prawdy, ukrytej w tajemniczym pomieszczeniu, skrywającym tajemnice przeszłości. Okazuje się, że nie ma takiego zła, które samo w sobie nie byłoby jednocześnie kluczem do najwyższego dobra; choroby, która nie byłaby kluczem do zdrowia; nieszczęścia, które nie byłoby kluczem do szczęśliwego życia. Dlatego o nadziei na pewno można powiedzieć, że nie jest matką głupców, za którą powszechnie uchodzi.

Nadzieja jest tchnieniem życia, czymś w rodzaju oddechu duszy, bez którego życie byłoby niemożliwe. Mimo wszystko jej zła reputacja musi zastanawiać. Rozwiązania dylematu nie znajdziemy w jej istocie. Szukać trzeba w ludzkich oczekiwaniach, ponieważ to one czynią z nadziei przyczynę rozczarowań i cierpień. Naiwna nadzieja, że marzenia spełnią się w najdrobniejszych szczegółach, zaspokajając pożądliwe EGO, rzeczywiście jest matką głupców. To jest ten rodzaj nadziei, która sądzi, że po otwarciu drzwi, jeśli użyje się odpowiedniego klucza, oczom ukaże się skarbiec pełen złota. Doprawdy żywienie takiego przekonania jest przejawem naiwnej głupoty.

Po otwarciu drzwi wpierw trzeba wykonać pracę z piwniczną prawdą zamku Sinobrodego, złem puszki Pandory, doświadczeniami pustyni po wypędzeniu z Ogrodu Życia. Dopiero przepracowanie tej lekcji, spojrzenie prawdzie w oczy i zgoda na samego siebie, zapowiadają pomyślne, spełnione i szczęśliwe życie. Zachłysnąć się prawdziwym życiem można po ustaniu oczekiwań, skrojonych na miarę dotychczasowego życia i doświadczeń. Dusza nabiera oddechu, gdy kalkulacje umysłu okazują się być zalewie szkieletem przeszłości. 

Prawdziwa nadzieja jest przeświadczona o dobrym zakończeniu każdego doświadczenia, chociaż nie oczekuje konkretnego efektu. Staje się sobą z chwilą wyrażenia zgody na rozwiązanie, nie będące jedynie marną kopią przeszłości, ale zaskakującą realizacją, której trudno było się spodziewać. Siłą sprawczą nadziei jest to, że otwiera na radykalną nowość, której wartością i cechą jest zachwycająca inność, przełamująca dotychczasowy schemat życia. Jej najważniejszym elementem jest ufna pewność, że zawsze dzieje się to, co najlepsze. Kolejnym jest zachwyt otrzymanym darem.

Jeśli nadzieja uwalnia człowieka od przeszłości i jej matryc życia, czyniąc go bezwarunkowo oczekującym na to, co nadchodzi jako najlepsze dobro, wtedy jest czystą energią życia, spokojnie płynącą do celu. Cokolwiek o niej nie myśleć i jakkolwiek jej nie definiować, jedno nie podlega dyskusji, a mianowicie, że nadzieja jest nieodzownym warunkiem wolności. Bez niej człowiek pozostaje niewolnikiem przeszłości albo tylko z lekka odnowionej ekstrapolacji przeszłych wzorców na przyszłość.

Niebezpiecznym brzegiem jej energii, ku któremu naprawdę nie warto się zbliżać, są nazbyt uszczegółowione i przez to naiwne oczekiwania. W równym stopniu uderza w niego rozmarzona Pani domu, która podczas egzotycznej podróży zachwyciła się kolorem morza i z nadzieją szuka tego samego błękitu we wzorniku farb, jak i religijny fundamentalista, który przenosi na Boga swoją frustrację, złość, zawiść i nienawiść, oczekując potępienia ludzi, których nie potrafi kochać. Tymczasem czego oko nie widziało i czego ucho nie słyszało, a jest nieporównywalnie piękniejsze i lepsze od obecnych warunków życia, to otrzymują ludzie uwolnieni przez nadzieję.

Przeciwnym brzegiem, równie niebezpiecznym, jest uznanie nadziei za zło i niepotrzebną przyczynę cierpienia. Kto w ten sposób traktuje nadzieję, sam pozbawia się życiodajnego oddechu i traci duszę. W beznadziei życia doświadcza depresji i chorób. Tymczasem siła nadziei nie ujawnia się w doświadczeniu ciężkiej choroby, ale w zdrowym, uśmiechniętym i spełnionym życiu.   

Wiara

Wiarę samą w sobie byłoby trudno zakwalifikować jako emocję. Co prawda zdecydowana większość z obserwowanych przez nas emocji, które chcemy mądrze wykorzystywać jako źródło sprzyjającej życiu energii, dalece wykracza poza granice tej kategorii, będąc bez wątpienia także uczuciami, życiowymi postawami czy przekonaniami, niemniej tylko ze względu na jedną ze swoich właściwości wiarę można uznać za emocję. Jest nią zaufanie. Zresztą bardzo często zdarza się nam definiować wiarę właśnie w ten sposób, czym ograniczamy jej znaczenie.

Skoro zdecydowałem się umieścić ją pomiędzy emocjami, spróbujmy przyjrzeć się czemuś, co współcześnie budzi wiele kontrowersji, nieporozumień, a bywa wręcz z niesmakiem odrzucane, ze względu na ów emocjonalny trzon, którym jest ufność.

Najważniejsze intuicje jak zwykle przechowuje i ujawnia język. Na początek posłuchajmy relacji, trochę z przymrużeniem oka, kogoś, kto jest zaskoczony reakcją na swoje zachowanie:  „Naprawdę, wierzyć się nie chce, że coś takiego mogło mi się przytrafić. Zrobiłem to w najlepszej wierze, a oni zainteresowali się mną. Dajesz wiarę, że im się spodobałem? Tylko mnie z tego powodu nie odsądzaj od czci i wiary”. Prawda, że używając słowa wiara możemy wiele opisać i wyrazić?

Podmiotowo wiara jest aktem, decyzją i wolą działania, aby zdobyć coś na wierchu, czyli na szczycie. Jest więc energią, świadomie wydatkowaną każdego dnia, dzięki której nie tyle zbliżamy się do nieba, co raczej osiągamy cel. Nagrodą jest piękny widok i zdecydowanie rozleglejszy horyzont, aniżeli widziany z doliny. Wiara ma więc coś wspólnego z decyzją i działaniem, ale też z doświadczeniem estetycznym i religijnym.

A sam wierzący, czy jest człowiekiem ślepym, jak utrzymują twardzi zwolennicy zmysłów i racjonalnych dowodów, czy mimo wszystko wiedzącym, bo widzącym? Może jednak widzącym, chociaż inaczej, bo przy użyciu czegoś w rodzaju wewnętrznego oka? Wiedzący czyli widzący jest wiedziony jakimś przeczuciem, intuicją, rodzajem wewnętrznej mądrości, w której być może byłoby trzeba rozpoznać wiarę?

Wiara ma też ewidentnie związek z wiernością. Kto wie, czy najwierniejsza nie jest właśnie wiara? Czy tylko ta, uwewnętrzniona, której się przyglądamy, czy może również wiara uzewnętrzniona? Przecież stara wiara, sprzed wielu lat, jeszcze ze szkolnych czasów, zawsze może na siebie liczyć. No właśnie, wiara rzadko kojarzy się z wiernością, a szkoda, bo prawdopodobnie jej najwartościowsze znaczenie i skutki najlepiej widać na przykładzie tego związku. Co prawda emocją wierność nie jest na pewno, mimo wszystko ciężko wyobrazić sobie zaufanie, czyli emocję w sensie właściwym, bez wierności, która jest konstytutywną cechą związku, relacji, umowy, przymierza.

Na koniec wyciągnijmy wnioski z czasownikowej formy wierzenie, której znaczenie jest ewidentnie ambiwalentne. Z jednej strony wierzenie kojarzymy z przebywaniem w miejscu, zapewniającym bezpieczeństwo. Na przykład w sensie religijnym wiara jest powierzeniem się Bogu, czyli oddaniem w opiekę. Bóg, który jest mocny i wierny, nogom zapewnia oparcie, a sercu spokój. To stabilizuje, wycisza i zabezpiecza. W tekstach religijnych Bóg wielokrotnie został nazwany twierdzą i warownym grodem. 

Najpewniejszą częścią twierdzy, czyli bezpiecznego miejsca, oczywiście jest wieża. Jej szczyt łączy estetyczną funkcję wierchu z egzystencjalną pewnością, że nie może stać się nic złego. A jednak wieża niepokoi. Dlaczego? Bo jeśli uwzględnić, że w dawnych miastach bądź warowniach brama, umożliwiająca opuszczenie bezpiecznej przestrzeni, była integralną częścią wieży, czy wówczas wierzenie jednocześnie nie staje się rodzajem wyjścia poza mury przez bramę w wieży, czyli poza bezpieczną przestrzeń?

Wierzenie jako bezpieczne wyjście na zewnątrz. Myślę, że warto tę definicję zapamiętać, bo nie znajdzie się jej ani w słownikach, ani w poradnikach duchowości, a trafia w sedno wiary. Na dobrą sprawę opisuje źródłowy nurt życiowej energii, którą warto właściwie wykorzystywać, żeby do celu dotrzeć żywym, zdrowym, spełnionym i szczęśliwym. 

Można to nazwać inaczej, a mianowicie, że wiara usprawiedliwia. O co chodzi? Jaki związek wiara może mieć ze sprawiedliwością? Ze sprawiedliwością bierną, pojmowaną jako zachowywanie prawa, związku rzeczywiście nie ma żadnego. Jednak już ze sprawiedliwością czynną taki związek ma i to przesądzający o życiowym powodzeniu. Chodzi mianowicie o zasygnalizowane wyżej wychodzenie na zewnątrz.

Sprawiedliwy człowiek czyni jedynie to, co w danej chwili ma do uczynienia, a co wynika z życiowej konieczności. Sprawiedliwość nie polega na zachowywaniu prawa, ale na wierności samemu sobie, swojemu powołaniu, a jeszcze inaczej na wierności swojej duszy, która na błękitnej planecie ma do przebycia wyznaczoną drogę i przeżycie konkretnych doświadczeń.

Przemieszczanie się tą drogą i przeżywanie na niej kolejnych doświadczeń zawsze jest wierzeniem, to znaczy wychodzeniem przez bramę w wieży, opuszczaniem strefy komfortu, wychodzeniem na zewnątrz bezpiecznej rodziny, narodu, kultury, mentalnych wzorców i religijnych rytuałów.

Wiara jest codzienną decyzją, że poczucia bezpieczeństwa nie uzależnia się od przynależności do wspólnoty, która opiekuje się za cenę wolności, ponieważ oczekuje postępowania zgodnego z jej tradycją. Wiara jest pewnością, że można bezpiecznie wyjść na zewnątrz, chociaż pozostawia się za sobą wszystko, co do tej pory stabilizowało życie i do pewnego stopnia rzeczywiście jest bezpieczne. Wierzący decyduje się zatem na nieprzewidywalność drogi i szczerość poszukiwania jej celu, ale przede wszystkim na totalną samotność. Człowiek wiary to samotny wilk, dziki człowiek, podróżnik z przekrwionymi oczami, czujny tropiciel, którego uwadze nie mogą ujść najdrobniejsze ślady życia, ponieważ wiodą go do celu podróży.

Aby zdecydować się na samotność, trzeźwość umysłu i czujność w stawianiu każdego kolejnego kroku trzeba zaufać życiu i drodze, ale przede wszystkim samemu sobie. To jest klucz. Wiara, która jest życiową postawą, potrzebuje zaufania, jak tlenu. Bez ufności wiara staje się niebezpieczna, bo ślepnie. Dzięki zaufaniu jest wiernością, to znaczy zachowywaniem przymierza, które zawarło się z życiem, drogą i kolejnymi doświadczeniami.  

Wiara oznacza wierność samemu sobie. Kto nie wierzy w siebie, nigdy nie zdecyduje się na bezpieczne wyjście na zewnątrz, ku przyszłości, ale za wszelką cenę będzie szukał schronienia wewnątrz starego świata, czyli w przeszłości. Nigdy nie nauczy się świadomego działania, które jest czynieniem sprawiedliwości. Będzie jedynie reagował według starych wzorców, jak go nauczono i czego się po nim oczekuje. Nigdy nie zyska nowej twarzy, która tak naprawdę będzie jego własną twarzą. Trochę dziką i wysmaganą wiatrem, co prawda z oczami nabiegłymi krwią, ale jednocześnie pełnymi miłości.

Emocja ufności czyni z wiary codzienną postawę, dzięki której życie jest prawdziwe, pachnące, płonące, po prostu autentyczne. Wiara nie byłaby sobą, gdyby  nie była świadomą rezygnacją z wszystkiego, co daje poczucie bezpieczeństwa. Dlatego świadoma wiara zastępuje pytania stawiane wróżkom, kartom, Kronice Akaszy, itp. Jest po prostu postawieniem wszystkiego na jednej karcie, czyli na absolutnej pewności, że wydarzy się to wszystko, czego się spodziewam. W pokonywaniu drogi nic nie może mnie determinować ani osłabiać woli życia.

Wiara aktywuje zatem wszystkie predyspozycje, potencjały, zdolności i możliwości człowieka. Każde ustępstwo z totalnej bezkompromisowości jej nurtu na rzecz cumowania przy bezpiecznym brzegu jest zapowiedzią nieszczęścia. Brzegami, do których naprawdę nie warto się zbliżać, jest zerwanie przymierza z własnym życiem, a w zamian zawarcie z jakąkolwiek wspólnotą, oraz bezpieczna strefa komfortu, którą w zamian za wolność oferuje przeszłość. Tej ceny nie warto płacić.

Prawdziwego, czułego i spokojnego bezpieczeństwa można doświadczyć jedynie wtedy, gdy jest się całkowicie zanurzonym w dziejącym się życiu, bo ono przecież chciało nas na ziemi, kocha bezgranicznie i troskliwe się nami opiekuje.

Miłość – część druga

Namawia się nas zatem do tak zwanego zdrowego egoizmu. Czy istnieje coś takiego, jak zdrowy egoizm? Nie istnieje, ponieważ określenie zdrowy egoizm jest oksymoronem. Egoizm, czyli uleganie EGO, jest przyczyną wszystkich chorób i kończy się źle. Zdrowa jest miłość, a egoizm jest ideologią. Co prawda ujawnia się w nim siła energii przetrwania, czyli miłości erotycznej (cielesnej i zwierzęcej), niemniej jak każda idea jest produktem rozumu.

Miłość w czystej postaci jest energią łona (miłość przedmiotowa), transformowaną wpierw w energię serca (miłość podmiotowa), a na końcu w energię pełni i jedności ze wszystkim (miłość duchowa), która nie pojawia się znikąd. Materialnie jest tą samą energią, co eros, ale formalnie osiąga poziom boskości. Czyli mówiąc wprost bez erosa nie ma agape. Duchowy rozwój człowieka nie polega na wypieraniu erosa, czyli najczęściej na walce z własną seksualnością, ale na afirmującym przeżyciu tej energii, doświadczeniu jej i nasyceniu się nią. Dopiero wówczas można ją przekroczyć i odmienić, jednak nie jakby skacząc z brzegu na brzeg, żeby nie mieć z nią kontaktu. Przyznając sobie prawo do uczestniczenia w jej nurcie i ciesząc się tym doświadczeniem, dopływa się do serca, w którym energia wody staje się energią ognia.

Mistrz z Galilei, inaczej niż wielu nauczycieli, powołujących się na Niego, zdawał sobie z tego sprawę, więc nie zachęcał do kochania wszystkich i wszystkiego, tylko nie siebie. Wprost powiedział, że bliźniego tak powinno się kochać, jak samego siebie. Nie tzw. zdrowy egoizm, ale świadome wykorzystywanie najważniejszej energii życia, którą jest miłość, umożliwia duchowy rozwój i codzienną satysfakcję. Właściwie zarządzanie emocjonalną energią miłości jest dbaniem o ruch pomiędzy jej różnymi formami i przejawami. Kto jedną absolutyzuje, demonizując bądź ubóstwiając, zastyga w rozwoju i umiera. 

Wyobraź sobie, że rodząc się na ziemi, masz do wykorzystania pełen potencjał energii życia, czyli 100 % miłości. Ze względu na radę Mistrza z Galilei, którą interpretatorzy Jego życia powszechnie ignorują, miłość samego siebie jest miarą miłości do innych. Jeśli więc samego siebie obdarzasz 20 % miłości, innym nie potrafisz darować reszty, a jedynie taką samą część. W efekcie wykorzystane jest 40 % potencjału miłości, reszta zaś przepada i marnieje, a wraz nią Ty,  nie mając energii do życia. Żeby jej nie zmarnować, naucz się obdarzać miłością w 50 %, czyli pozwól sobie na miłość erotyczną. Rozwój możliwy jest wówczas, gdy eros nie jest wypierany, ponieważ miłość agapiczna ma się z czego tworzyć.

Mówiąc inaczej, miłość erotyczna jest nauczycielką. Czego bowiem nie nauczysz się darowywać samemu sobie, tego nie potrafisz dawać innym, ponieważ tego nie znasz; nie wiesz, jak smakuje, wygląda, w czym się przejawia i do czego zmierza.

Świadome doświadczanie miłości polega na uważnym przyglądaniu się jej aktualnej formie, aby nie zastygła. Miłość musi być w ciągłym ruchu, zaś mądre unikanie jej brzegowych potencjałów polega na obserwowaniu siebie, aby nie dopuścić do zabsolutyzowania, którejkolwiek z jej form. Zastygnięcie w erosie, storge, filii, a nawet agape póki trwa życie, oznacza rychłą śmierć duchową, w konsekwencji też cielesną, zresztą nie tylko jednostki, bo też wspólnoty. Dopiero śmierć w wymiarze ostatecznym może być manifestacją czystej energii agape.

Póki umieramy, ale jeszcze nie umarliśmy, miłość jest ruchem z dołu ku górze i z wnętrza na zewnątrz. To, co teraz jest cielesne, przemienia się w duchowe, czyli to, co jest lękiem o życie, przemienia się w dar z życia. Zaś to, do czego dajemy sobie prawo z miłości do siebie, ostatecznie staje się darem miłości z siebie dla innych.

Dlatego, jeśli nie potrafimy kochać siebie, nie łudźmy się, że kochamy innych. W relacjach z innymi zawsze odwzorowujemy to, co czynimy sobie. Krzywdy i cierpienia, których doświadczają kolejne pokolenia, nie biorą się znikąd. Są  konsekwencją wychowywania ludzi według statycznego wzorca miłości. Najlepiej widać to na przykładzie międzyludzkich relacji, tradycyjnie zwanych małżeństwami. 

Skoro pragniemy i dążymy do relacji, w których spoiwem jest miłość, dlaczego małżeństwo dodatkowo opatrzyliśmy etykietą związku? Czyżby miłość sama w sobie nie była wiązaniem, i to najlepszym z możliwych? Skoro ludzie łączą się ze sobą z miłości, po co mają tworzyć dodatkowy związek o charakterze religijnym i społecznym? Podejrzenie, że się nie kochają, należy wykluczyć. Drugie, że niektórzy łączą się z powodów finansowych, może uwzględniając skutki prawne albo dla zwykłego poczucia bezpieczeństwa, zapewne w części jest prawdziwe, ale czy naprawdę dotyczy wszystkich?

Fundamentalną przyczyną małżeńskich problemów, zanim pojawiają się wtórne, jest brak zrozumienia, czym miłość jest w istocie. Co w mniemaniu i doświadczeniu większości uchodzi za miłość, jest jej pierwszą i pierwotną formą, czyli erosem, to znaczy miłością, która dąży do zaspokojenia podstawowych potrzeb i ma związek z lękiem o przetrwanie oraz pragnieniem przekazania życia kolejnemu pokoleniu. To jest miłość egoistyczna i pożądliwa, bardzo przedmiotowa. Liczy się w niej tylko wygoda i poczucie bezpieczeństwa. Kochający w ten sposób są przekonani, że mają prawo do własności drugiego człowieka. Nie wyobrażają sobie małżeńskiej bądź partnerskiej miłości bez związku. Ponieważ nie znają storge, filii ani agape, więc zabsolutyzowali erosa. Strzelają z łuku, aby upolować czyjeś życie i uczynić je swoją własnością.

Ożywcza energia miłości jest większa i bogatsza. Pozostając w nieustannym ruchu, ożywia, i zgodnie ze swoją naturą zbawia i oświeca, czyli uwalnia. Małżeńskie i partnerskie cierpienia oraz krzywdy, począwszy od krzyku i emocjonalnych nadużyć, a skończywszy na biciu i finansowym wykorzystywaniu, są więc skutkiem miłości warunkowej, oczekującej, pilnującej i zniewalającej, której formułę mniej więcej można przedstawić następująco: Ponieważ Cię kocham, bądź ze mną i bądź dla mnie.

Tymczasem miłość ostatecznie chce wyrazić się inaczej: Ponieważ Cię kocham, jestem z Tobą i jestem dla Ciebie. W tej formule lęk ustępuje miejsca zaufaniu, a niewolnik staje się wolnym. Nie ma potrzeby, więc nie ma pożądania. Ten rodzaj miłości jest oddaniem siebie drugiemu człowiekowi, zatem nie oczekuje prawa własności. Taka miłość zastępuje związek, ponieważ jest bezwarunkowym darowaniem siebie. Problem prawdopodobnie byłoby trzeba postawić na ostrzu noża i uzmysłowić sobie, że w najgłębszej istocie miłość już jest związkiem, dlatego kochający się ludzie nie muszą wiązać się formalnie. Związek formalny potrzebny jest wtedy, gdy miłość zastyga w pożądliwej potrzebie, tracąc zdolność radosnego obdarowywania.  

Widać gołym okiem, że przyczyną ludzkich cierpień nie jest deficyt miłości. Skoro wszystko, co istnieje, jest z miłości, a nadto miłość jest podstawowym ruchem życia, prawdziwą przyczyną łez i bólu jest nieumiejętne zarządzanie jej energią, a na dobrą sprawę powstrzymywanie jej ożywczego i uwalniającego działania przez zabsolutyzowanie erosa, czyli miłości pożądliwej i warunkowej.

Źródłem miłości nie może być świat ani drugi człowiek. Ludzie, przerażeni wewnętrzną pustką, mniemają, że potrzebują miłości innych, aby ich wypełniła, zaspokoiła i na koniec stworzyła pełnię. Tragiczna iluzja, z powodu której tworzą związki pełne cierpienia. Źródła trzeba poszukać w sobie. Obdarzając się miłością, ciesząc się sobą i życiem, traktując się czule i delikatnie, wybaczając sobie i akceptując siebie, wypełniamy wewnętrzną pustkę. Gdy jesteśmy pełni, miłość zaczyna przelewać się, niczym wino przez brzegi pełnego pucharu. Formalny związek przestaje być potrzebny, bo miłość usunęła lęk i dwoje połączyła w jedno.

Energia miłości to rozwój życia od form materialnych, najbardziej pierwotnych, niemal przetrwalnikowych, dbających o przeżycie, do form duchowych, świadomie przeżywających śmierć, aby życie mogło się rozwijać i kiedyś osiągnąć swój cel. Miłość jest emocją, transformującą lęk przed śmiercią w zaufanie życiu. To ruch od pożądania po tęsknotę; od potrzeby zaspokojenia po radość obdarowywania; od uzależnienia od innych po bycie wolnym; od bycia pustym po bycie pełnym; od bycia jednostką po bycie wszystkim; od bycia osobowością po bycie świadomością.

Przestajemy obijać się o brzegowe potencjały miłości, odkąd potrafimy świadomie wyznawać: Ja i Źródło Miłości jesteśmy jednym.  

Miłość – część pierwsza

Miłość na pewno jest czymś więcej, niż samą tylko emocją. Jest też uczuciem, postawą, rodzajem relacji. W szczególnych przypadkach nadaje życiu sens aż po ostateczne rozwiązania, gdy ze względu na nią decydujemy się na śmierć, jak Jezus z Galilei.

Miłość jest energią transformującą, decydującą o jakości życia. Zapewne trudno to sobie uzmysłowić i wyobrazić, ale miłość tworzy człowieka, jako kogoś większego od tego, kim jest w obecnej chwili. Dzięki niej człowiek każdego dnia rodzi samego siebie. Miłość ciągnie go w górę, ponad zmysłowy świat i poziom życia, polegający na zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Pierwsze narodziny mają miejsce w matczynym łonie, drugich doświadczamy we własnym sercu. Wpierw człowiek wychodzi z wody, dzieląc doświadczenie życia z całą przyrodą. Ostatecznie, piękniejszy i szlachetniejszy niż dotąd, musi wyjść z ognia, przemieniony w istotę boską. Pierwsze narodziny zawdzięczamy fizycznej, zwierzęcej miłości rodziców, drugie duchowej, człowieczej miłości serca.

Miłość jest mniej uczuciem i emocją, a więcej energią rozwoju. Jest ciągłym ruchem, tańcem życia. Na jej najniższym poziomie jesteśmy tylko przedmiotem ludzkich dziejów. Po wyjściu z wody i osiągnięciu poziomu ognia dla samych siebie stajemy się podmiotem. Po wyjściu z serca tracimy podmiotowość, której pilnują humaniści, zwłaszcza filozofowie, po części słusznie uznając ją za cel ludzkiej kultury.

Niemniej kultura, a wraz z nią religia, mają swój kres. Gdy się kończą, zaczyna się czysta duchowość. Znika EGO, będące twórcą jednego i drugiego. Pojawia się duchowa czystość i świadomość jedności ze wszystkim. Człowiek i Źródło stają się jednym. To oznacza, że humanistyczny projekt podmiotowości człowieka nie jest kresem procesu, którego wewnętrzną energią jest miłość. Gdy znika podmiotowość, człowiek staje się pełnią i osiąga cel, na Zachodzie nazywany zbawieniem, a na Wschodzie oświeceniem.

Nasze pojmowanie miłości ukształtowało się pod wpływem kultury greckiej i semickiej. Oba źródła nie są sobie absolutnie przeciwne, niemniej w popularnej interpretacji grecki model bywa zniekształcany, więc miewa negatywny wpływ na nasze zachowania i relacje. Powszechnie uważa się, że miłość cielesna (zwierzęca), wyrażana pojęciem eros, jest przeciwieństwem miłości duchowej, znanej jako agape. Grecy nie rozumieli tego w ten sposób. Zwłaszcza, że posługiwali się jeszcze pojęciem storge, sugerującym czułość i przywiązanie, w czym element cielesny również odgrywa rolę (np podczas przytulania się dziecka do mamy), ale bez odcienia erotycznego, oraz wyrażeniem filia, które oznacza przyjaźń, zażyłość, przyjacielskość, a nawet serdeczność.

Tych pojęć nie można od siebie oddzielać i przeciwstawiać. Wyrażają po prostu różne aspekty tej samej energii życia, które nie tylko trwa, ale przede wszystkim rozwija się. Prawdopodobnie uczestniczymy w niej najbardziej świadomie ze wszystkich istot, zamieszkujących ziemię. Chcemy żyć i przekazywać życie, ale chcemy też osiągać wyższy, duchowy poziom życia.

Eros nie jest gorszą miłością od agape tylko dlatego, że jest zwierzęcym instynktem przetrwania gatunku. Bez miłości pożądliwej, najbardziej cielesnej i zmysłowej, nie byłoby kolejnych pokoleń, ale też bez storge czy agape przeżycie pojedynczych osobników, jak i większych grup plemiennych, byłoby niemożliwe. W miłości, będącej kołem zamachowym życia, każdy element jest potrzebny, żeby możliwy był ciągły ruch energii. Tak długo nie ma gorszego i lepszego rodzaju miłości, jak długo się uzupełniają i na siebie napierają. Dopiero, gdy ich wzajemna transformacja zanika, a któraś z form miłości zostaje zabsolutyzowana, zaczyna się nieszczęście i degrengolada życia.

Aczkolwiek napięcie i różnicę pomiędzy biegunami energii miłości można rozumieć w taki sposób, że eros jest zaspokojeniem pragnienia, zaś agape jest darowaniem wszystkiego. Eros wzmacnia życie z obawy przed śmiercią, a tymczasem agape wzmacnia życie, uwalniając się od lęku przed śmiercią.

Najmocniejszy ślad, jaki kultura semicka odcisnęła na naszej cywilizacji, jest Biblia z jej obrazowaniem Boga i ludzkimi archetypami. Dawniej idealny model semicki często porównywano ze złym modelem greckim, uznając historię życia i śmierci Jezusa z Galilei za niedoścignioną formę agape. Współcześnie coraz wyraźniej dostrzegamy, że pozostałe formy miłości, jak je rozumieli Grecy, były Mu również znane i na co dzień doświadczane, bo inaczej po prostu być nie mogło.

Nie ulega dyskusji, że autorzy Ewangelii cielesną śmierć Jezusa przedstawili jako wyraz miłości doskonałej. Żeby właściwie ocenić decyzję Mistrza z Galilei, który dobrowolnie dał się pojmać a potem ukrzyżować, trzeba koniecznie oddzielić Jego czyny i słowa od późniejszych interpretacji, które przybrały charakter religijno-kultowy albo wyraźnie etyczny. Niektóre z nich współcześnie mogą budzić obrzydzenie i wręcz gorszyć, jeśli ma się rozwiniętą wrażliwość. Sam Jezus wyraźnie sygnalizuje, że umiera, aby życie mogło się umocnić i tym bardziej rozwijać. Charakterystyczne są dla Niego słowa: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24). Słychać wyraźnie, że intencja Jezusa ma charakter agapiczny. Mając pełną kontrolę nad wydarzeniami, i samemu decydując o czasie i miejscu śmierci, Jezus nie powstrzymuje nurtu życia, które musi płynąć, a ulega zatrzymaniu i zniszczeniu nie z powodu śmierci, ale przez wolę ludzkiego EGO, które pragnie mieć życie tylko dla siebie.

To jest ten element argumentacji, który współcześnie budzi wyraźny sprzeciw. Niepotrzebnie, chociaż specjalnie dziwić też się nie ma czemu, skoro najczęściej słyszymy uproszczone i nieprawdziwe wezwanie do kochania wszystkich, tylko nie samych siebie. Jakby w miłości w ogóle nie było miejsca na miłość własną. Tego rodzaju retoryka, zwłaszcza kościelna, przy okazji zręcznie odmawia seksualności jakiejkolwiek wartości, poza prokreacyjną.

Lęk – część druga

Jak każda życiowa energia, którą rozpoznajemy jako emocję, również lęk jest ambiwalentny i posiada dwa bieguny. Człowiek mądry, świadomie zarządzający życiowymi zmianami, potrafi wykorzystać energię nurtu, nie obijając się o brzegi, o czym przypominam, omawiając kolejne emocje. Biegun negatywny, paraliżujący, posiada – a jakże – odpowiednik pozytywny.

Pozytywnym biegunem energii lęku jest mniej więcej to, czym inspiruje słowo lęk. Pamiętając o wokalizującej roli samogłosek, bez których nasza mowa przypominałaby pracę piły tartacznej, dostrzegamy, że lęk w istocie jest tym samym, co lek. Genetycznie to ten sam rdzeń, który różnicujemy podczas wymowy.

Lęk pełni więc rolę leku! Oczywiście jest nim, dopóki nie wypuścimy go z ręki. Oglądając go i pytając się, po co się zjawił, o czym chce nas poinformować, jakbyśmy czytali ulotkę z informacją o działaniu leku. Wtedy lęk nam służy i leczy ze skutków złych decyzji i wyborów, uczestnictwa w złych relacjach i budowania złych więzi, a przede wszystkim ratuje z marazmu szablonowego i wyuczonego życia, które nie jest naszym życiem, czyli mówiąc wprost, wybudza nas z życia bez sensu. Dlatego ostatnim i najpiękniejszym, wręcz błogosławionym, skutkiem lęku jest zdrowe, szczęśliwe i autentyczne życie, czyli po prostu lekkie.

Lęk jest lekiem na chorobę bezradności, beznadziejności i bezsensu. Zażywając lękowego leku możemy spodziewać się lekkiego życia, czyli wy-leczenia. Okazuje się, że w sferze emocji działa ta sama reguła, dzięki której tworzymy skuteczne lekarstwa. Trucizny, stosowanej w odpowiedniej dawce i proporcji do pozostałych składników, nie musimy się obawiać. Zresztą z wykorzystaniem tego samego prawa powstają perfumy i kuchenne smaki.

Aby lęk pełnił rolę leku, musimy w odpowiednich proporcjach zestawiać go z innymi emocjami, a zwłaszcza z miłością, ufnością i nadzieją. Potrzeba jest też wiara w siebie, pogoda ducha i optymizm.  Wtedy informacyjnej ulotki, z której dowiadujemy się, w jaki sposób zarządzać życiem, na pewno nie wypuścimy z ręki, a życie z dnia na dzień będzie stawało się lżejsze i duchowe.

Życie ma stawać się duchowe. Jesteśmy na ziemi, aby materialność przyjścia przekształcać w duchowość odejścia. Życie jest przejściem, w duchowości biblijnej zwanym paschą. Życie jest procesem transgranicznym, czyli pokonywaniem kolejnych barier, które jednych zamykają w starej formie życia, innym umożliwiają transformację. Różnica pomiędzy nimi tkwi w sposobie traktowania zagrożeń i reagowania na lęk. Zamknięci w starej formie, cielesnej i materialnej, wypierają lęk, a więc umysłowi przyznają prawo do rządzenia sobą i życiem.  Nie chcą korzystać z lęku jako lekarstwa na ranę transformacji. Otwarci i gotowi do przemian, którym zawdzięczają duchowy rozwój, korzystają z lęku, ponieważ umysł kontrolują sercem.

W sercu dzieją się zasadnicze procesy alchemii ludzkiej duchowości. Umysł, pozostawiony sam sobie, bezwiednie służy podświadomości, niemal w całości zanurzonej w wodzie, niczym góra lodowa. Mostkiem kapitańskim duchowego człowieka jest serce. Świadomie wydaje z niego rozkazy, dzięki czemu jego życie ma sens, a on spokojnie płynie do celu.

Podświadomość, zanurzona w wodzie, to olbrzymie, wprost nie do wyobrażenia gigabajty informacji o cielesnym życiu i przeszłości, do których mamy bezwiedny dostęp dzięki dziedziczeniu, pamięci komórkowej, instynktom oraz temu wszystkiemu, co bywa nazywane tradycją (pamięcią) rodową. To jest energia dolnych centrów energetycznych, która musi zostać uwolniona i przez serce przeniesiona w sferę nadświadomości, czyli tego, co od dawna zwiemy intuicją. Dzięki niej zyskujemy dostęp do kolejnych gigabajtów informacji o życiu duchowym. Gdy serce, które jest pomostem między instynktem a intuicją, jest spacyfikowane przez intelekt, wówczas lęk, wypuszczony z ręki, paraliżuje człowieka i kieruje w stronę nieszczęścia. 

Dolne centra energetyczne są odpowiedzialne za przetrwanie, seksualność i siłę woli. W sferze emocji, począwszy od najniższej, odpowiada im lęk, wina i wstyd, czyli zachowania typowe dla istoty zimnej, mało aktywnej, zawsze balansującej pomiędzy życiem i śmiercią, która nie liczy na nic więcej, poza przeżyciem jakoś życia.

Umysł, któremu przyznajemy prawo decydowania o życiu, służy podświadomości, czasem identyfikowanej jako umysł mas. Nawet jeśli nie są tożsame, umysł, który nie jest poddany sercu, zanurzony jest w umyśle mas, zaprogramowanym na choroby, wojny, zbrodnie, nędzę, wypadki, klęski, czyli wszystkie nieszczęścia, które do tej pory spotkały ludzkość. To z tej wiedzy czepie umysł, nieustannie straszący nas nowymi zagrożeniami. Miliardy ludzi przepełnia zazdrość, zawiść, nienawiść, poczucie urazy i wrogość. Dlaczego zatem mielibyśmy się dziwić, że mając dezaktywowane serce, odczuwamy te same emocje?

Prawdziwe myślenie, które nie rozprasza życiowej energii troską o przetrwanie, poczuciem winy i wstydu, jest wolne od jakiejkolwiek negatywnej aktywności. Myśli, generujące lęk, wychładzają duszę, pozbawiając jej pasji życia. Generalnie wszyscy jesteśmy zanurzeni w kolektywnym umyśle mas i dlatego roztropne serwisowanie własnej duszy polega na świadomym myśleniu, to znaczy przedstawianiu argumentów przeciwnych destrukcyjnym myślom masowego umysłu.

Stąd religijne wezwania do czujności i trzeźwości, które tradycyjnie odnosi się do nadużywania alkoholu bądź narkotyków, w rzeczywistości są apelem, żeby wszystkie myśli, przekonania i wyobrażenia, będące ich budulcem, wywodziły się z praw duchowych, zwłaszcza z wiary i miłości. Wtedy człowiek staje się odporny na argumenty kolektywnego umysłu mas, a w efekcie zyskuje duchową odporność na negatywne emocje większości oraz biologiczną (immunologiczną) odporność na wewnętrzne choroby i zewnętrzne patogeny, co wydaje się szczególnie istotne w czasie tzw. epidemii koronawisrusa.

Nie chwalmy się szczepionką, którą jesteśmy zaszczepieni, ponieważ w stosunku do kolejnej mutacji patogenu zawsze jest spóźniona o rok. Pochwalmy się raczej tym, jak oddzielamy dobre myśli od złych, i w co wierzymy, ponieważ to wyprzedza ewentualne zagrożenie zawsze o dzień.

Lęk – część pierwsza

Ziemia nigdy nie była specjalnie spokojna, a ludzkie życie bezpieczne. Dziesiątki minionych pokoleń zapewne żyło w większym zagrożeniu egzystencji i musząc sobie radzić z wieloma uzasadnionymi przyczynami lęku, a pomimo tego to właśnie współczesne pokolenie wydaje się być szczególnie zalęknione. 

W przeciwieństwie do przodków, chociaż nie doświadczamy wielu realnych zagrożeń, coraz powszechniej przenosimy je w sferę naszej wyobraźni i boimy się nie tego, co realnie zagraża, ale tego, czym nas straszą własne myśli. Jednocześnie tracimy umiejętność odpowiedniego serwisowania psychiki i dlatego doświadczmy permanentnego stresu. W obliczu zmian na geopolitycznej i społecznej mapie świata, a także w efekcie zmian klimatycznych, wielka część populacji żyje w ciągłym napięciu i lęku, którego przyczyn nie jest w stanie w ogóle wskazać i nazwać. Mimo wszystko lęk nie odpuszcza i pozbawia radości życia.

O lęku często powiada się, że paraliżuje, to znaczy zniewala i czyni niezdolnym do samodzielnego życia. Człowiek sparaliżowany lękiem, stoi jak wryty. Nie potrafi z lekkością i radością używać własnych nóg i rąk. Boi się otworzyć, pokazać czułe wnętrze, ujawnić myśli, zacząć żyć własnym potencjałem, ponieważ boi się, że cokolwiek zrobi, obróci się przeciwko niemu. Skąd bierze się ó1) lękowy paraliż, skoro niemal żadna z życiowych sytuacji, które nam się przytrafiają, nie jest na tyle groźna, żeby w jednej chwili sparaliżować?

Podstawowym błędem jest wypieranie przyczyny lęku. Czujemy energię tej emocji, ale wmawiamy sobie, że przecież nas nie dotyczy. Taką postawą wyrządzamy sobie największą krzywdę, którą nazywam wypuszczeniem lęku z ręki. Ale po kolei. Najprawdopodobniej rzeczywiście nie spotka nas to, czego się obawiamy, więc pozornie wszystko jest w porządku. Niestety tylko pozornie, ponieważ źródłem odczuwanego przez nas lęku jest umysł z bujną wyobraźnią. Zatem wmawianie sobie, że przedmiot lęku nas nie dotyczy, jest zgodą, daną umysłowi, że może nas w dalszym ciągu oszukiwać swoimi lękami. Skoro przyczyna lęku tkwi w głowie, zatem wypieranie jest okłamywaniem samego siebie. Przedmiot lęku co prawda nas nie spotka, jednak umysł będzie nas coraz bardziej korumpował, a energia lęku narośnie do stopnia życiowego paraliżu.

Warto pamiętać, że lęk ma naturę kuli śniegu. Dopóki trzymamy ją w dłoni, jest bezpieczna. Po wypuszczeniu z ręki zaczyna toczyć się po zboczu i szybko rośnie w siłę, na koniec zabierając ze sobą wszystko, co stanie jej na drodze. Sieje  zniszczenie i śmierć. Kto wypuszcza kulę śniegu z dłoni, musi liczyć się z tym, że po czasie zginie w lawinie.

Z lękiem jest podobnie. Póki przyglądamy się lękowi, pytając, o czym nas informuje; może ostrzega a może do czegoś zachęca, póty wszystko jest w porządku. Moment wyparcia jest wypuszczeniem lęku z ręki. Umysł, któremu  przyznamy prawo do przejęcia kontroli nad życiem, nie zatrzyma się przed niczym, i na koniec sparaliżuje nas panicznym strachem.

Warto uzmysłowić sobie, że chociaż boimy się wielu szczegółowych zagrożeń, prawdopodobnie jeden lęk jest fundamentalny i pozostałe mają w nim swoje źródło. Od pierwszych do ostatnich dni życia towarzyszy nam lęk, związany z umieraniem i śmiercią. Niektórzy wprost uważają, że być może ze wszystkich istot, zamieszkujących ziemię, będąc potencjalnie świadomymi swego życia, ludzie jako jedyni doświadczają lęku przed śmiercią. Trudno jednoznacznie ocenić, czy większość boi się tajemnicy śmierci, czy technologii umierania, w każdym bądź razie jest bardzo prawdopodobne, że świadomie bojąc się śmierci w istocie przeżywamy nieuświadomiony lęk przed pomyłką, niespełnieniem, zmarnowaniem życia, stratą czasu i bezsensem egzystencji.

Jestem podobnego zdania, więc sugeruję, że w pracy z lękiem lepiej szukać jego egzystencjalnych źródeł, aniżeli zajmować się lękami, których twórcą jest umysł, a prawdopodobieństwo ich urzeczywistnienia jest niemal równe zeru. Wtedy pewniej dociera się do genezy lęku, więc też skuteczniej można sobie albo komuś pomóc.

Podejmijmy zatem próbę wyodrębnienia i nazwania lęków fundamentalnych, których źródłem jest lęk przed śmiercią.

1. Lęk o siebie

Lęk o siebie nie pojawia się nie wiadomo skąd. Jest najbardziej pierwotną formą lęku. Skoro DNA, wypreparowane i oddzielone od dawcy, podobnie do niego reaguje na negatywne i pozytywne emocje, kurcząc się i rozluźniając, więc zapewne lęk o siebie, co prawda w różnej intensywności, przeżywany jest przez większość żywych organizmów. Lęk o siebie jednocześnie jest lękiem o przeżycie gatunku, rodziny, wspólnoty, z którą się identyfikujemy. Jest po prostu lękiem przed zniknięciem własnego materiału genetycznego. Dlatego jest związany z dwoma, dolnymi centrami energetycznymi i tam też przeżywany. Jest odpowiedzialny za kompulsywne odżywianie się i gromadzenie majątku, ale też  obsesyjne zachowania seksualne.

2. Lęk przed ciemnością, która jest w nas

Przekonani przez rodziców i wychowawców, że część naszych cech jest zła, a wiele umiejętności do niczego się nam nie przyda, a także wyuczeni sztampowych zachowań i ocen, mamy problem, żeby się akceptować i kochać. Żywimy kompleksy, podejmujemy decyzje, kierując się poczuciem winy, wreszcie wstydzimy się samych siebie, z czasem przenosząc w sferę cienia większą część swojego JESTEM. Część piękna, z którego zostaliśmy stworzeni, staramy się trzymać pod kontrolą i odczuwamy lęk przed domniemaną ciemnością. Zamiast cieszyć się lekkim życiem, ciężko pracujemy, aby sfera cienia się nie uzewnętrzniła.

3. Lęk przed zmianami (nowym, przyszłością)

Boimy się przyszłości. Nawet zdawkowo witając się ze znajomymi na ulicy, życzymy im oraz sobie, żeby wszystko pozostawało po staremu. Tymczasem ratunek przed nieszczęściem i śmiercią zawdzięczamy ufnemu opuszczeniu sfery bezpieczeństwa i wyjściu ku nieznanej przyszłości. Kto nie potrafi zaufać i z lęku przed nowym ogląda się za starym, staje się pomnikiem samego siebie. Lęk przed przyszłością zawsze jest zachętą do większego zaufania życiu.

4. Lęk przed utratą kontroli

Jedną z najczęściej występujących odmian fundamentalnego lęku przed zmarnowaniem życia, jest obawa przed skutkami utraty kontroli. Póki dyscyplina codziennego dnia ułatwia realizację kolejnych zadań, póty życie sensownie się rozwija. Jednak trzeba pamiętać, że dyscyplina i kontrola muszą służyć osiąganiu konkretnych celów. Gdy stają się celem samym w sobie, człowiek przestaje się rozwijać i traci radość życia. Lęk przed utratą kontroli pozbawia doświadczania rozkoszy, przyjemności, lekkości i niczym nie skrępowanej pasji życia.

5. Lęk przed byciem nieodpowiednim (kompromitacja)

Człowiek z kompleksem bycia małym, brzydkim i nieodpowiednim nie ma wielkiej szansy na rozwinięcie swojego potencjału, indywidualnego piękna i niepowtarzalności, decydującej o życiowej satysfakcji. Więcej czasu traci na pozycjonowanie się, czyli działanie, by stać się takim, jakim jego zdaniem chcieliby go inni oceniać i mieć, zamiast na poznawanie siebie. A to jest nieodzowny warunek, aby żyć i działać na miarę życiowego powołania. Gdy człowiek wie, kim jest i w jaki sposób powinien żyć i działać, przestaje się bać, że nie rady i skompromituje się. Zyskuje życiową radość i satysfakcję.

6. Lęk przed osamotnieniem (relacje)

Samotność nie jest beznadziejnym i przeklętym doświadczeniem. W samotności człowiek uczy się siebie i odkrywa niepowtarzalną indywidualność. Samotność jest kryzysem, potrzebnym do przepracowania własnych roszczeń i wartości. Jak w ciszy rodzi się słowo, tak w samotności krystalizuje się prawda, którą jest szczery i autentyczny człowiek. Lęk przed samotnością; lęk, że jest się niekochanym i porzuconym, sugeruje, że człowiek nie jest w kontakcie z własnymi uczuciami. W konsekwencji inni zaczynają go postrzegać jako obojętnego i trzymającego się na uboczu. W ten sposób koło się zamyka, lęk i frustracja rosną. Samotności nie wolno mylić z osamotnieniem, który jest społecznym skutkiem samotności. Im bardziej człowiek boi się samotności, tym pewniej wymusza obecność innych, którzy czują się manipulowani i pozbawiani wolności. Efektem lęku przed samotnością jest doświadczenie osamotnienia.

7. Lęk przed zranieniem

Coraz więcej ludzi boi się miłości, ponieważ boją się zawiedzenia i zranienia. Są więc zamknięci, a chroniąc się przed zranieniami, rezygnują z radości i twórczości. Ich życie jest wyschnięte, a w konsekwencji wysycha wszystko wokół nich. Nie wolno bać się zranień, których źródłem jest życie pełne pasji. Pasja jednocześnie jest miłością i umieraniem. Żeby doświadczyć miłości trzeba zgodzić się na śmierć. Jednak tylko śmierć, będąca zgodą na miłość, życiu nadaje sens. Kto więc boi się zranień, w efekcie żyje bez sensu. Człowiek, pozwalający miłości przez siebie płynąć, potrafi przeżywać zranienia i ma kontakt z wewnętrzną siłą, dzięki której może z czułością zająć się wcześniejszymi ranami i doświadczyć uzdrowienia.

8. Lęk przed intymnością

Intymności nie należy mylić z seksualnym napięciem ani romantycznym spotkaniem w kręgu przyjaciół. Słowo sugeruje, że intymność jest wzajemnym przenikaniem, udostępnianiem wnętrza, zgodą na szczerość i transparentność relacji. Intymność jest uwarunkowana wzajemnym zaufaniem, dlatego doświadczany przez wielu lęk przed intymnością bezpośrednio nie wpływa na relacje seksualne, chociaż w konsekwencji również do tego może doprowadzić. Lęk przed intymnością oznacza schowanie się w sobie przed innymi. W efekcie ciało twardnieje i wokół serca tworzy silną twierdzę. Ten rodzaj lęku kończy się śmiercią, ponieważ energią, która najłatwiej i najskuteczniej rozpuszcza emocjonalne toksyny lęku, jest zaufanie w związki i relacje oparte na miłości.

Emocjami zmieniamy świat

Wiadomo od dawna, że rozwiązania problemu, znalezienia odpowiedzi bądź odkrycia, znacząco zmieniającego parametry rozumienia, nie należy oczekiwać ze strony konsylium fachowców z tej samej dziedziny. Myślą, poszukują, działają według tego samego klucza. Uwięzieni w swoim paradygmacie, po jakimś czasie szczerych wysiłków orzekają, że na zewnątrz ich świata nie ma niczego.

Wystarczy ich przetasować i poprzydzielać do grup badawczych, składających się z fachowców z różnych dziedzin, aby szybko i skutecznie, łącząc swoje doświadczenia i mądrość, odkryli nową rzeczywistość. Problem polega na tym, że fachowcy najczęściej preferują środowiska hermetyczne, ponieważ czują się w nich bezpiecznie.

Dlatego czasem lepiej nie łączyć ich w zespoły zadaniowe i zamiast tego połączyć wyniki ich badań, a efekt jest dokładnie ten sam, zachwycający i zaskakujący. Od dawna powtarzam, że prawdziwa mądrość jest natury wertykalnej. To oznacza, że potrafi być analityczna, niczym wąż, pełzający po ziemi, jednak potem wzbija się wysoko ponad ziemię, aby spojrzeć na całość niczym szybujący orzeł.

Próbując poznać ludzkie emocje, w ostatnich latach dokonano trzech, niezależnych od siebie odkryć, co prawda znaczących, ale nie przełomowych. Dopiero po złożeniu ich w całość zobaczyliśmy nowy ląd, ponieważ naocznie, czyli ze względu na wymogi współczesnej nauki, mogliśmy się przekonać, że ludzkie emocje kształtują świat wokół nas. Nie tylko nasze postrzeganie (w tym sposób interpretacji), ale rzeczywistość samą w sobie. Dotychczas umieszczaliśmy to w kategoriach cudu i fantazji, a racjonaliści uznawali za przejaw tak zwanego nawiedzenia.  

W pierwszym eksperymencie, zamknięty pojemnik z ludzkim DNA umieszczono blisko jego dawcy, to znaczy w przyległym pomieszczeniu. Następnie poddano tego człowieka działaniu bodźca emocjonalnego, naukowcy zaś obserwowali zachowanie DNA. Okazało się, że jego uczucia wpłynęły na jego własny materiał genetyczny, znajdujący się w innym pomieszczeniu. Na skutek emocji negatywnych, DNA sprężyło się, natomiast pod wpływem emocji pozytywnych, zwoje materiału genetycznego wyraźnie się rozluźniły. Wywnioskowano stąd, że ludzkie emocje wywołują skutki, które ewidentnie przeczą konwencjonalnym prawom fizyki.

W drugim eksperymencie, podobnym pierwszemu, aczkolwiek niezależnym,  inna grupa badaczy pozyskała leukocyty (białe krwinki) i umieściła je w odosobnionych od siebie komorach, aby móc obserwować zachodzące w nich zmiany elektryczne. Również i w tym eksperymencie dawcy znajdowali się w osobnych pomieszczeniach. Za bodziec posłużyły krótkie filmy, wywołując różne stany emocjonalne. I znowu, podobnie jak w poprzednim badaniu, okazało się, że materiał genetyczny i jego dawca wykazują identyczne reakcje w tym samym czasie. Nie zauważono żadnego opóźnienia. W pobranych próbkach, każda zmiana elektryczna odpowiadała temu, co działo się w tym samym czasie u dawców. Co najciekawsze, odległość, w jakiej znajdował się materiał genetyczny, zdawała się nie mieć żadnego znaczenia. Badacze zaczęli więc eksperymentować z dystansem, dzielącym próbkę od dawcy. Nawet przy odległości 80 km otrzymywano ten sam rezultat. Materiał genetyczny i jego dawca reagowali jednocześnie, w ten sam sposób. Wywnioskowano zatem, że przekaz informacji między nimi jest niezależny zarówno od czasu, jak i od przestrzeni.

Trzeci eksperyment dowiódł czegoś równie ciekawego. Naukowcy badali wpływ DNA na świat materialny. Fotony światła, tworzące nas i otaczający świat, zostały poddane obserwacji w próżni. Ich naturalne położenie było zupełnie przypadkowe. Następnie do próżni, w której znajdowały się fotony, wprowadzono ludzki materiał genetyczny. Okazało się, że w tym momencie fotony przestały zachowywać się przypadkowo, a dokładnie odwzorowały geometrię wprowadzonego DNA. Badacze stwierdzili, że fotony zachowywały się zaskakująco i wbrew przewidywaniom. W efekcie stwierdzili, że odtąd będą musieli poważnie brać pod uwagę występowanie nowego rodzaju pola energetycznego. Wywnioskowano, że ludzki materiał genetyczny kształtuje zachowanie fotonów światła, będących budulcem świata i dosłownie wpływa na jego kształt.

Wynik, będący sumą przeprowadzanych badań, daje do myślenia. Dzięki niemu uświadamiamy sobie, że skoro nasze emocje wpływają na materiał genetyczny, a materiał genetyczny kształtuje świat wokół nas, to ludzkie uczucia są w stanie fizycznie zmieniać otaczający nas świat, a jednocześnie nas samych.

To jednak jeszcze nie wszystko, ponieważ, jak się okazuje, jesteśmy połączeni ze swoim DNA bez względu na czasoprzestrzeń. Życiowe realia tworzymy zatem naszymi uczuciami, bez względu na to, czy tego chcemy, czy nie. To się po prostu dzieje bez udziału naszej woli.

Dlaczego o tym napisałem? Ponieważ pomyślałem, że ta informacja będzie uzupełnieniem poprzedniego wpisu: Traktuj się dobrze.

Traktujmy się dobrze, bo jeśli tego nie robimy, wówczas automatycznie traktujemy się źle. Kto świadomie nie wpływa na poprawę swojego samopoczucia, zdrowia i realiów życia, niech się nie dziwi, że negatywnymi emocjami tworzy sobie ziemskie piekło.

Rozczarowanie

Kto wie, czy największą słabością ludzi Zachodu nie jest uleganie wpływom? To nie jest cecha, z którą przychodzimy na świat. W pierwszych miesiącach życia jest przecież odwrotnie. Niemowlę stara się wywrzeć wpływ na otoczenie, aby otrzymać to, co jest mu potrzebne do spokojnego i szczęśliwego wchodzenia w świat. Jednak bardzo szybko sytuacja ulega radykalnej zmianie, zapewne w dwóch głównych powodów.

Pierwszym jest opatrzne pojmowanie wychowywania, jako wywieranie nacisku i oczekiwanie posłuszeństwa. Dziecko poddane takiemu działaniu bardzo szybko staje się podatne na wpływ, aby przetrwać w środowisku, które ma wobec niego wiele oczekiwań. Drugim jest sugerująca reklama, że bez produktów, które powinniśmy natychmiast kupić, nie będziemy szczęśliwi.

W efekcie większość z nas szybko i naiwnie ulega wpływom innych ludzi albo pokusie, stwarzanej przez EGO, pobudzonemu reklamą. Tylko uwzględniając tę słabość, jesteśmy w stanie zrozumieć emocję rozczarowania i nauczyć się zarządzania jej energią.

Najczęściej wybieramy aktywność, przedmiot, produkt, miejsce społeczne albo czlowieka, ponieważ wywierają na nas wpływ. Nauczeni przez rodziców, nauczycieli, Kościół, wreszcie przekonani przez reklamę, że coś jest dobre, piękne i godne zainteresowania, nie dokonujemy wyboru ze względu na rzeczywiste potrzeby, ale dlatego, że ulegliśmy wpływowi. W rzeczywistości problem zaczyna się na głębszym poziomie, a mianowicie uwięzienia w stereotypach. Wybieramy ze względu na powszechnie panujące wzorce i automatycznie dajemy się przez nie uwięzić w umyśle mas.

Każdy wybór jest pułapką i więzieniem. Wybierając coś, opowiadamy się przeciwko czemuś. Tracimy zdolność obserwowania, rozglądania się, zachwycania różnorodnością życia. Ponieważ jesteśmy więźniami stereotypów, czyli powszechnych przekonań na temat piękna, dobra i tego, co jest godne zainteresowania, w efekcie przez nasze wybory stajemy się więźniami naszych oczekiwań. Zaprogramowani przez umysł mas i podatni na sugestie, wybieramy to, co wywarło na nas wpływ, po czym nie mija wiele czasu, a my czujemy się rozczarowani.

Na energetycznym wykresie emocji, rozczarowanie umieszczamy poniżej poziomu obojętności. Co prawda nie tak nisko, jak strach, winę czy wstyd, ale jednak pomiędzy emocjami negatywnymi. Czy słusznie? Gdybyśmy nie ulegali wpływom, rozczarowanie stałoby się źródłem pozytywnej energii, ułatwiając nam zarządzanie życiowymi zmianami.

Zatem, od której strony zabrać się do przepracowania emocji rozczarowania, aby móc wykorzystywać jej życiową energię? Oczywiście od tej, którą proponuję najczęściej, a mianowicie od uważnego przysłuchania się słowu, jednocześnie ukrywającego prawdę i odsłaniającego ją przed tymi, którzy chcą nauczyć się wykorzystywania życiowej energii bez obijania się pomiędzy brzegowymi stanami emocjonalnymi.

Roz-czarowanie jest słowem, tłumaczącym wszystko. Tylko dlatego co jakiś czas czujemy się rozczarowani, ponieważ wcześniej dajemy się za-czarować. Gdybyśmy byli wolni, czujni i świadomi nie ulegalibyśmy czarom, czyli po prostu wpływom. Rozczarowanie to jest ten moment, w którym otwierają się oczy i nagle zaczynamy widzieć w prawdzie.

Zdarza się nam rozczarować, ponieważ ktoś włożył kawał serca w to, żeby nas zaczarować. Może poświęcił dużo czasu na zamaskowanie wad samochodu, który od niego kupiliśmy, a może zdjęcia do folderu, reklamującego urocze miejsce na wczasy, niekoniecznie pochodzą właśnie z tego hotelu i miejscowości? Ulegliśmy urokowi, ponieważ pozwoliliśmy komuś, aby na nas wpłynął.

Mimo wszystko najczęściej rozczarowanie jest skutkiem naszych wyobrażeń, którymi sami siebie zaczarowujemy, w następstwie czego odczuwamy dyskomfort, zawiedzenie i zamykamy się w sobie. Okłamujemy się, żyjąc w oparach absurdu aż do ostatniej chwili, że nie będzie tak źle, jak szepczą przeczucia. Ulegamy złudzeniu, które sami tworzymy. Łudzimy się, czyli oczy zasłaniamy łuskami, które prędzej czy później muszą spaść.

Najboleśniejsze rozczarowania dotyczą relacji miłosnych. Zwłaszcza kobiety tworzą bajkowy obraz kochanka i zaczarowane nieprawdziwym mężczyzną, bo wyobrażeniami o nim, trzymają go w klatce własnych czarów. Najczęściej wierząc, że swoją miłością zmienią go w najdoskonalszy męski okaz, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi, tworzą napięcie w relacji, która zwykle kończy się w podobny sposób, zdradą i rozczarowaniem. Zdrada jest ucieczką z klatki i wyjściem na wolność. Mężczyzna trafia na kobietę, która takim go przyjmuje, jakim jest w rzeczywistości. On nie czuje presji, ona niczego nie oczekuje. Rodzi się więź, oparta na prawdziwie miłosnych relacjach, w których nie ma walki.

Rozczarowani ludźmi, zwłaszcza parterami, musimy uważać, aby miejsce ślepej fascynacji, w efekcie nie zajęła w nas ślepa nienawiść. Tak żyją i postępują ludzie ślepi, czyli nieuważni i nieświadomi. O ślepocie świadczą oceny, którymi na co dzień posługujemy się w budowaniu relacji. Oceniając, automatycznie szufladkujemy, kwalifikujemy i wywołujemy w sobie określony reakcje. Zaczarowani reagujemy inaczej, zawiedzeni też inaczej, zagniewani jeszcze inaczej. W każdym bądź razie zawsze automatycznie, zgodnie z powszechnymi wzorcami reakcji. Ślepiec, żyjący czarami, zawsze wyrządza wiele szkód, wpierw sobie, potem dookoła.

Trzeba się obudzić, przejrzeć na oczy i zacząć wszystko oraz wszystkich widzieć w prawdzie. Najlepszym rozwiązaniem emocjonalnego problemu rozczarowania jest więc odczarowanie samego siebie, czyli pozbycie się złudzeń i fałszywych wyobrażeń, zanim zostanie się brutalnie skonfrontowanym z rzeczywistością. W ten sposób dotarliśmy na przeciwległy brzeg emocji rozczarowania. Energię negatywną tworzy zawiedzenie, złość, frustracja, zamknięcie się w sobie, pogarda i brak zaufania. Energią pozytywną jest realizm, zdolność oglądania życia w prawdzie i poważne traktowanie samego siebie. Bo, gdy jestem rozczarowany na przykład wynikiem egzaminu, mogę łudzić się kolejny raz, ale mogę też zabrać się do nauki. 

Pozytywny brzeg rozczarowania związany jest zatem z pracą własną. O ile negatywny zależy od wpływu innych ludzi, o tyle pozytywny od świadomego i uważnego nie ulegania wpływom. Aby nie było trzeba odczuwać skutków rozczarowania, należy się odczarować zanim będzie za późno. Dlatego w pozytywnym sensie emocja roz-czarowania jest zaproszeniem do czujnego od-czarowania i uwolnienia się od czarów, którymi inni na nas wpływają, życie czyniąc nieznośnym. 

Mówiąc wprost, każde rozczarowanie, chociaż boli, w efekcie jest korzystne, bo otwiera oczy. Niemniej, po co czekać na bolesne przebudzenie i w efekcie doświadczyć traumy, jeśli samemu można otworzyć oczy, aby wszystko oglądać w prawdzie? Bez względu na to, na co patrzymy, na pewno nie jest ani brzydkie, nie złe, ani mało interesujące. Po prostu jest prawdziwe w swojej istocie. Jest takie, jakim istnieje albo zostało stworzone.

Czujny i świadomy człowiek nie ulega wpływom, ale zachwyca się wszystkim ze względu na to, jakie to jest w swoim pięknie i dobru. Za-czarowuje sam siebie, więc nigdy nie bywa roz-czarowany z powodu czarów innych ludzi.

Gorycz

Każda emocja jest rodzajem życiowej energii, przejawem libido, energii Qi, czy też mana, jak nazywają ją Kahuni, jednak niewiele z nich jest do tego stopnia substancjalnych, sensorycznych, żeby natychmiast kojarzyły się ze z zapachem czy smakiem.

Mówisz o goryczy, więc czujesz gorycz. Czujesz ją w ciele, a szczególnie na języku, ponieważ pojawiła się żółć. Ale ta żółć ma swoje źródło w wątrobie i pęcherzyku żółciowym. Jest jej już tak dużo, że zaczęła się ulewać. Jednak zanim zaczniesz narzekać na warunki życia, zastanów się wpierw, kto w nadmiarze produkuje żółć? Czy pojawiła się bez Twego udziału?

No właśnie, pozornie wygląda to tak, że nie mamy wpływu na pojawienie się wokół nas toksycznych ludzi, którzy infekują nas swoją złośliwością albo coś knują. Podobnie ma się rzecz z wydarzeniami i życiowymi zmianami. Tymczasem mentalne wzorce, których używamy do obserwowania świata i z pomocą których osadzamy się w teraźniejszości, już same w sobie mogą być do tego stopnia trujące, że zatruci, struci, zgorzkniali, nie pamiętający delikatnych pieszczot uśmiechu, którymi można masować własną twarz, generujemy złe sytuacje i przyciągamy do siebie ludzi, podobnie myślących i żyjących.

Osoba, cechująca się gorzkim smakiem myśli, otoczona jest przedstawicielami tego samego smaku. Odczuwając w codziennym życiu wciąż ten sam smak, utrwala przekonanie, że to jest jej los. W efekcie, pełna gorzkich myśli i emocji, wzbudza w sobie tak wysoki poziom gniewu, frustracji i zawiedzenia życiem, którego nie potrafi strawić, że wypełnia się żółcią, plując nią, niczym jadem. Wątroba, bez opamiętania produkująca żółć, to efekt a nie przyczyna problemów ludzi, którzy są zgorzkniali.

Gdy więc pojawiają się pierwsze problemy z wątrobą, zanim wybierzesz się do lekarza, wpierw daj sobie szansę wejścia w siebie i zapytaj się: Czy po prostu nie jesteś kimś, kto ustawicznie narzeka? A może uważasz się za kogoś gorszego od innych? Ostatecznie może z dzieciństwa przytaszczyłeś w dorosłość przekonanie, że masz wiele wad? Tymczasem życie polega na ciągłej zmianie i oferuje Ci wciąż nowe szanse zmian, jednak opierasz się im, ponieważ nie masz o sobie wysokiego mniemania.

Zaczynasz złościć się na siebie, a po jakimś czasie, w samoobronnym odruchu, zaczynasz złościć się na wszystkich, którym się udaje i są zadowoleni z własnych osiągnięć. Gorzkniejesz, bo myślisz, że Twoje życie ma taki smak, ale to jest nieprawda. Jeśli mimo wszystko w dalszym ciągu będziesz złościł się na rzeczywistość i nie podejmiesz żadnych zmian, albo chociaż nie postarasz się jej zaakceptować, żółci będzie w Tobie coraz więcej. W efekcie spiętrzenia się negatywnych emocji, związanych z lękiem, gniewem i nienawiścią, Twój pęcherzyk żółciowy prędzej czy później zacznie napełniać się kamieniami, które są wynikiem koncentracji ciężkich, gorzkich myśli i nagromadzonej złości.

Z kamieniami życie dopiero staje się ciężkie. Nie można wszystkiego robić ani wszystkiego jeść. Należy się pilnować, żeby nie mieć ataku. W efekcie trzeba odmawiać sobie kolejnych przyjemności, z których inni mogą korzystać. Narasta kolejna porcja goryczy. I tak bez końca, aż do chorobowego nieszczęścia, chyba że pozwolimy sobie na zmianę przekonań na temat goryczy i przyczyn, które ją wywołują.

Po pierwsze, jeśli czujesz się rozgoryczony, ciało podpowiada, że uczestniczysz w jakimś gorzkim przedsięwzięciu albo relacji. Świadomie powinieneś zastanowić się, czy chcesz być zatruwany? Jeśli bowiem dla przykładu czujesz gorycz na języku, próbując grzybów, których nie jesteś pewien, wolisz je wyrzucić, aniżeli zjeść. Dobrze wiesz, że grozi Ci śmierć. Gorycz potrawy ostrzega przed trucizną. Więc dlaczego tkwisz w sytuacjach, które Cię uśmiercają? Rozgoryczenie jest jasnym sygnałem, żeby jak najszybciej wypluć to ze swoich ust, czyli usunąć z życiowego doświadczenia.

Po drugie pamiętaj, że jak wszystkie perfumy stworzone są z pojedynczych zapachów, z których większość naprawdę brzydko pachnie, albo lekarstwa bywają małymi dawkami trucizn, tak możesz świadomie zarządzać tym, co jest źródłem Twego rozgoryczenia. Nie koniecznie powinieneś z wszystkiego rezygnować. Może warto zastanowić się nad zmianami proporcji? Bądź uważny, niczym farmaceuta, albo jeszcze lepiej, niczym alchemik. Masz naprawdę cudowną moc zamieniania tego, co śmierdzi, w zapach, i tego, co jest trucizną, w leczniczą substancję. To moc duchowa, której początkiem jest świadome myślenie i świadome zarządzanie energią zmian. Najczęściej wystarcza niewielka zmiana przekonań na własny temat, aby zmieniły się emocje i przestała nas zalewać żółć, a w efekcie w zewnętrznym doświadczeniu zaczynają pojawiać się absolutnie nowe skutki pracy czy relacji.

Trzecim i ostatnim sposobem zarządzania emocją goryczy jest metoda stosowana w chińskiej kuchni, w której gotuje się według pięciu przemian. Polega to na tym, że w potrawie powinny się znaleźć produkty ze wszystkich pięciu żywiołów, czyli ziemi, metalu, wody, drzewa i ognia. W praktyce składniki do garnka wkłada się w odpowiedniej kolejności, aby następowały po sobie według ustalonego porządku. Jeśli gotowanie zaczęło się od składnika żywiołu ognia, który odpowiada gorzkiemu smakowi, po nim w garnku należy umieścić coś z żywiołu ziemi, czyli mającego słodki smak, potem kolejne. W ten sposób równoważy się  żywioły, dzięki czemu wszystkie wewnętrzne narządy są odpowiednio nakarmione i zdrowe.

Jednak w tej chwili najbardziej powinna nas zainteresować informacja, że po smaku gorzkim należy użyć smaku słodkiego. Gorycz jest smakiem, bez którego potrawa nie byłaby ani smaczna, ani zdrowa. Gdyby jednak dominowała, wówczas pokarm byłby niesmaczny i niezdrowy, więc gorycz łagodzi się słodyczą. Czy naprawdę ciężko wyobrazić sobie podobne koło życiowych smaków na co dzień? Metodę z powodzeniem można stosować, zresztą nie tylko wtedy, gdy życie jest gorzkie, ale za każdym razem, gdy jest za słodkie. Po prostu warto świadomie łączyć ze sobą wszystkie smaki codzienności, pamiętając o kolejności, żeby życie było zdrowe i smakowało, jak najlepiej może. 

Gdy więc odczuwasz gorycz, nie narzekaj, nie wściekaj się i nie sądź, że masz pecha, ponieważ jest dokładnie na odwrót. Bez goryczy nie byłbyś w stanie przygotować sycącego i smacznego pokarmu życia. Po prostu dbaj o to, żeby pod ręką zawsze mieć także słodycz, a oprócz niej jeszcze smak ostry, słony i kwaśny.

Tylko tyle i aż tyle, żeby zdrowo żyć. 

Gniew

Gniew jest nazwą energii, fundamentalnej do przeżycia, a jednocześnie przysparzającej najwięcej trudności, zwłaszcza w środowiskach tradycyjnie chrześcijańskich, które pokoleniami przekazują sobie niewłaściwy wzorzec, jakoby gniew niszczył miłość. Przyczyn, dlaczego tak się dzieje, nie trudno dociec, jednak odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się obraz Jezusa, jako uosobienia anielskiego spokoju, już trudno udzielić.

Na wstępie ustalmy jakiego rodzaju energią mamy się zająć. Jak zwykle radzę przyjrzeć się słowu, a znalazłszy rdzeń, odkryć jego rodzinne związki, aby mieć pojęcie o pierwotnym znaczeniu. W gniewie słychać zatem ten sam rdzeń, który tworzy słowa: gnieść, gniazdo, gnić. Czy razem nie dają do myślenia? Gdy ktoś za bardzo mnie gniecie, czyli przyciska do siebie, wręcz miażdży, zaczynam odczuwać uzasadniony gniew, ponieważ może mnie udusić, zabić. Gdy mu się to uda, zacznę gnić. Całości dopełnia obraz gniazda, czyli domu. Najczęściej pierwszego gniecenia i miażdżenia aż do utraty tchu doświadczamy w domu, czy to jako wyraz przesadnej miłości rodziców, czy też wychowywania, nie znoszącego sprzeciwu.

A zatem gniew rzeczywiście jest energią pierwotną, przynależącą do doświadczenia każdego gniazdownika, czyli kogoś, kto w pierwszej fazie życia był całkowicie uzależniony od opieki rodziców. Co prawda dzięki nim żyjemy, ale jednocześnie w ich gnieździe zaczynamy się dusić. Dlatego próbujemy się bronić, żeby nas nie zmiażdżyli i nie przygnietli, bo przecież nie chcemy gnić. 

Mam nadzieję, że teraz widać, dlaczego w rodzinnych domach bardzo często doświadczamy silnej reakcji rodziców, absolutnie nie godzących się ze sprzeciwem dzieci, chociaż jednocześnie to właśnie fakt uzależnienia od rodzinnego domu i opieki rodziców, jest przyczyną energii gniewu i ją napędza. 

Gniew rodzi się w gnieździe jako skutek gniecenia. Dlatego paradoksalnie jest niezbędny do przeżycia w środowisku, które wydaje się najbardziej sprzyjające życiu i chroniące przed śmiercią. Energia gniewu w istocie jest najbardziej pierwotną energią życia, broniącego się przed śmiercią. Mówiąc inaczej i łagodniej jest energią przeżycia, gdy zagraża niebezpieczeństwo, i dlatego jej źródło znajduje się w ciele mniej więcej w tym samym miejscu, co źródło energii seksualnej. Każdy osobnik chce bowiem przeżyć i dać życie nowemu pokoleniu. W ten sposób życie dba o kontynuację. 

Do myślenia daje fakt, że gniew i seksualność są najbardziej represjonowane w rodzinach i środowiskach religijnych, o charakterze tradycyjnie patriarchalnym. Nie czas na wyczerpujący opis przyczyny, tak czy inaczej widać wyraźnie, że energia gniewu, chociaż bardzo dobra i niezbędna, z jakichś powodów poddana jest opresji. Skutki są opłakane, ponieważ stłumiony gniew, czyli jakby zamrożona w ciele energia życia, prędzej czy później musi znaleźć ujście i nagromadzona w nadmiarze albo niszczy wewnętrzne organy, w których ją upychamy, czyli pod pępkiem, skąd pochodzi, albo rujnuje relacje i związki.

Dlaczego gniew ma tak złą reputację? Z oczywistego powodu. Represjonowana energia życia, chce się uwolnić, podobnie jak energia seksualna. Gdy jej potencjał jest na tyle duży, że dłużej nie można utrzymywać go pod kontrolą, wybucha i dobra energia gniewu staje się niszczycielską energią wściekłości. W rzeczywistości nie gniew jest niebezpieczny, ale wściekłość. Tylko, że większość z nas z jakichś powodów społecznych, duchowych, może wciąż także religijnych, próbuje energię gniewu pacyfikować w sobie, i w efekcie co jakiś czas doświadcza negatywnych skutków wściekłości, czyli tłumionego gniewu. Sądzą wtedy, że gniew jest złą energią i koło zaczyna toczyć się kolejnym tłumieniem a potem kolejnym wybuchem, aż ostatecznie na powierzchni pojawia się śmierć.

W codziennym języku używamy jeszcze jednego słowa, które w moim przekonaniu tłumaczy różnicę pomiędzy gniewem a wściekłością. Jest nim agresja. Pojęcie ma rodowód łaciński i podpowiada, że bycie agresywnym jest pozytywną zdolnością, ponieważ sugeruje zdolność zbliżania się do granicy i pilnowania swojej własności, czyli prawa do życia, a szczegółowiej prawa do godności, szacunku i wolności. Musimy stać na granicy, żeby w osobistą przestrzeń nie wpuszczać złych ludzi, którzy chcą nas zniewolić, aby korzystać z naszej energii emocjonalnej czy finansowej.

Energia gniewu, czyli inaczej agresji, służy więc do regulowania relacji, a mówiąc bardziej obrazowo do regulowania odległości pomiędzy nami. Dzięki niej sam decyduję, kto może być blisko mnie a kto musi trzymać się z dala. Ostatecznie decyduję też kogo wpuszczam w swoją przestrzeń.

Człowiek zagniewany stoi na granicy – mam nadzieję, że ten obraz przemawia do wyobraźni i ułatwia akceptację energii gniewu. Agresji nie wolno jednak mylić z byciem agresorem. Agresor jest złym człowiekiem, ponieważ podnosi rękę na cudzą własność, więc wpierw musi przekroczyć granicę. Agresor zawsze krzywdzi; człowiek agresywny, czyli broniący swego, nigdy. Agresor żyje energią innych, człowiek agresywny swoją, ponieważ nauczył się asertywnego budowania relacji. Gdy trzeba sprzeciwia się, ale gdy chce, potrafi dać, a nawet ofiarować się. Ważne jest to, że sam o tym decyduje, a nie zostaje mu to zabrane siłą przez złych agresorów.

W ten sposób doszliśmy do najważniejszej myśli, a mianowicie, że gniew wcale nie niszczy miłości, a wręcz przeciwnie, że miłość bez gniewu najzwyczajniej w świecie jest niemożliwa. Aby wytłumaczyć dlaczego, posłużę się kolejnym obrazem.  Miłość kojarzy się z obejmowaniem, wtulaniem się, czynieniem z dwojga jednego. Jest zatem oczywiste, że miłości są potrzebne ręce. Tymczasem źle interpretowana energia gniewu uniemożliwia wielu spośród nas stanie na granicy własnej wolności i godności. Ponieważ co jakiś czas wybuchają, próbując ją ujarzmić i zapanować nad nią, stoją daleko od granicy, na tyle bezpiecznie, żeby nie obawiać się konfrontacji. Pół biedy, gdy tylko jedna z osób, obdarzających się miłością, stoi z dala, a druga potrafi zająć miejsce na granicy. Jest jeszcze cień szansy, że chociaż się dotkną. Ale co się dzieje, gdy obie strony stoją z dala od granicy, ponieważ boją się konfrontacji? Owszem, są od siebie na tyle daleko, żeby rękami nie sięgnąć przeciwnika w walce, gdy energia gniewu staje się energią wściekłości, ale czy te ręce w innych sytuacjach i relacjach cudownie się wydłużają? No nie. Zatem najzwyczajniej w świecie nie potrafią się obejmować, wtulać w siebie i z dwojga czynić jedno.

Miłość jest niemożliwa, jeśli energia gniewu, czyli agresji, a więc zdolność do asertywnego kształtowania relacji, jest głęboko zamrożona. Mówiąc wprost ludzie, bojący się gniewu, nie potrafią kochać. Poznać ich po półuśmiechu; po wymuszonym, zawsze takim samym, przyklejonym do twarzy tak zwanym bananie. Co prawda mają wysokie standardy moralne, ale niestety nieprawdziwe.

Unikając krzywdzenia innych, sami siebie krzywdzą najbardziej, ponieważ nie doświadczają miłości, która polega na wzajemnej wymianie. Tylko ludzie spleceni ze sobą i obejmujący się, jednak w każdej chwili gotowi na konfrontację, potrafią uzgodnić między sobą warunki, na jakich jedna strona wpuszcza drugą w swoją przestrzeń i z jakich dobrodziejstw wolności wzajemnie rezygnują, aby móc się połączyć.

Energia agresji, czyli stawanie na granicy, jest nam potrzebna, jak tlen organizmowi. Tylko ona rozprowadza miłość w najdalsze zakątki duszy. To też tłumaczy, dlaczego cieniem namiętnej i delikatnej seksualności jest gwałtowność, czasem posunięta nawet do niespodziewanie przyjemnych doznań bólu, które poza tym są przykre i krzywdzące.

Duchowo rozwinięty człowiek potrafi korzystać z energii gniewu, nie bojąc się poddać jej działaniu. Praca z nią nie polega na uleganiu jej, co praktycznie oznacza całkowite utożsamienie się z nią. Coś takiego zawsze kończy się osamotnieniem, ponieważ boimy się ludzi, których nie jesteśmy pewni, czy będą mili, czy wybuchną. Również całkowita represja gniewu niczemu dobremu nie służy, ponieważ kończy się chorobami.

Codzienna praca z gniewem jest umiejętnym wyrażaniem własnego zdania i  asertywnym kształtowaniem relacji. Sprzeciwianie się i bezpośrednie mówienie prawdy o tym, że jest się złym, bez krzyku i bicia po twarzy, jest dobrym korzystaniem z energii gniewu. Warto ćwiczyć się w byciu zagniewanym, ponieważ w ten sposób można uniknąć stanu wściekłości.

Nie bójmy się gniewu, bo jest energią życia, która pomaga nam wyrażać siebie, realizować powołanie, pasje i marzenia. Dzięki tej energii często niepostrzeżenie stajemy się zdolni do przeżycia prawdziwej miłości.