Troska

Troska jest jedną z tych emocji, których praktyczna aktywność często doprowadza do konfliktów, nieporozumień i emocjonalnych węzłów. Co prawda, jak każda emocja, sygnalizuje coś osobie, w której się pojawiła, jednak szczególnie kłopotliwe bywają jej skutki społeczne. Gdyby chociaż troski było troszeczkę, dałoby się przyjmować ją z wdzięcznością. Niestety najczęściej jest jej w nadmiarze, więc zamiast ludzi do siebie zbliżać ma nad wyraz rozwiniętą zdolność oddalania ich od siebie i budowania ochronnych murów.  

Najczęściej troska kojarzy się nam z matczyną dbałością o dobro rodziny, zabieganiem o to, aby w domu niczego nie brakowało, dbałością o wykończenie potraw albo wygląd domowników, itp. W istocie matczyna troska bywa przysłowiową. Niemniej może też być dojmującym uczuciem niepokoju, wywołanym rzeczywistą sytuacją bądź nieuzasadnionymi przewidywaniami, ciężarem nie do uniesienia, gdy od dłuższego czasu nie ma się wiadomości o losie bliskich. Pracownik może troszczyć się o swoją przyszłość, gdy dowiaduje się, że planowana jest restrukturyzacja miejsca pracy, a polityk z odpowiednią emfazą komunikuje potencjalnym wyborcom, że bardzo przejmuje się ich problemami i troszczy o losy kraju.

Można odnieść wrażenie, że praktyczna miłość bez troski byłaby niemożliwa; że to ona zauważa konkretne problemy i motywuje do działania. I na dobra sprawę mogłoby tak być, gdyby nie jeden, podstawowy mankament troski. Ten mianowicie, że świetnie nadaje się do emocjonalnego manipulowania i przywiązywania innych do siebie. Jakże łatwo troskę wykorzystać do wzbudzenia w kimś poczucia winy, wstydu czy zobowiązania. Z tego powodu troska częściej kojarzy się z psychicznym cierpieniem, niewolnictwem, marnowaniem własnych zdolności i życia.

Wyobraźmy sobie następująca sytuację: Odwiedza nas osoba, z którą wiążą nas wspomnienia, zażyłość, serdeczność i miłość. W pierwszym odruchu chciałoby się ugościć ją w sposób najlepszy z możliwych i odwzajemnić jej obecność, która nas wzrusza i raduje. Wiele Pań bez namysłu rzuca się wówczas do kuchni, jakby od ich błyskawicznego działania miał zależeć finał kampanii wrześniowej. Parzą kawę, nakładają ciasto na talerzyk, w mikrofali odmrażają mięso na szybki posiłek. Tyle do zrobienia…

Tymczasem Mąż rozsiadł się w pokoju i słucha Gościa, który ewidentnie ma coś do powiedzenia. Być może dzieli się dobrymi wiadomościami, przywiezionymi z podróży, być może żali się na zmęczenie, ale kto wie, czy po prostu nie komunikuje, że w ogóle nie ma ochoty na kawę, a mięsa nie jada od roku. Niestety Pani domu nie jest zainteresowana wysłuchaniem Gościa i dowiedzeniem się, na co ma ochotę, bo przecież Ona zawsze wie lepiej!

Akt drugi dramatu wygląda mniej więcej tak: Pani domu triumfalnie wkracza do gościnnego  pokoju, niosąc zaparzoną kawę i ciasto. Stawia je przed Gościem, wyrażając jednocześnie niezadowolenie z zachowania Męża, który zamiast pomóc jej w kuchni, słucha Gościa. Zaś na subtelne i delikatne komunikaty podejmowanej Osoby, że kawę wypije, ale na ciasto nie ma ochoty, a mięsa nie jada w ogóle, jest w stanie wyrzucić z siebie jedynie rozpaczliwe: Tak bardzo się staram i troszczę, a Ty gardzisz tym, co dla Ciebie przygotowałam. W domyśle oczywiście chce zakomunikować, że Gość gardzi troskliwą i dobrą Panią domu.

Jeśli wobec tego chcemy zrozumieć naturę troski, która sama w sobie bynajmniej nie jest zła i jako emocja wielokrotnie motywuje nas do działania na rzecz innych, trzeba dostrzec różnicę pomiędzy działaniem a słuchaniem, bądź naszymi wyobrażeniami o problemie a rzeczywistą sytuacją. Prawdziwa troska, mająca związek z potrzebami, którym z miłością można wyjść naprzeciw, na początku zawsze słucha, przygląda się, dowiaduje się i dopiero wówczas celowo i praktycznie odpowiada na zapotrzebowanie.

Troska nigdy nie wie lepiej! Właśnie dlatego, że nie wie, co się dzieje i co dobrego można uczynić, wpierw musi wybrać wartościowszą postawę, polegającą na powściągnięciu działania aż do zyskania pewności, że teraz wszystko już wiadomo. Co więc powiedzieć o trosce, która nie dowiaduje się, ale działa, wywierając nacisk na życie i wydarzenia? Że jest najpewniejszym objawem lęków, wynikających z niepewności siebie i kompleksów. Kto nie zna własnej wartości, niczego nie wie też o tym, co prawdziwego i potrzebnego, dobrego i pięknego, mógłby darować drugiemu człowiekowi i światu.

Tego rodzaju troska w sferze praktycznego działania jest odpowiednikiem krzyku osoby wystraszonej i zrozpaczonej, która panicznie boi się przyszłości. Takiemu człowiekowi najlepiej wychodzi manipulowanie ludźmi, aby emocjonalnie wiązać ich ze sobą, oraz sytuacjami, aby móc je kontrolować. Nie dostrzega, że pod pozorem dobra, krzywdzi, zaś prawdziwą intencją jego działania jest zabezpieczenie siebie, wbrew temu, co manifestuje i deklaruje.

Warto pamiętać, że nie udawana troska jest żywym strumieniem czułej miłości, która nie zawłaszcza i nie kontroluje, ale spragnionego wody poi wodą, nie herbatą; pragnącemu odpoczynku stwarza ciszę, a nie zabiera na dyskotekę; marzącego o fizycznej bliskości obdarowuje oksytocyną, a nie potokiem słów, itp.

Obok czułej, delikatnej i życzliwej miłości, drugim elementem prawdziwej troski jest zaufanie, że potrzebujący wie lepiej, co jest dla niego dobre, ale też, że w życiu i świecie zawsze dzieje się to, co jest właściwe i odpowiednie, czyli po prostu najlepsze. Wówczas troska pryska, niczym mydlana bańka, jakby pękała pod własnym ciężarem.

Troska, która rujnuje życie, bo jest nie do zniesienia, nie potrafi albo nie chce ufać. Jej źródłem jest umysł, który wszędzie wietrzy spisek, dostrzega sprzysiężenie sił zła i nie ustaje w tropieniu nieszczęścia. To umysł wmawia nam, że nie wolno ufać i lekko żyć, ponieważ w każdej chwili musimy być przygotowani na odparcie ataku i walkę z jakąś biedą. Musimy się troszczyć i tym samym zgodzić na męczące i stresujące życie. Taką fałszywą troskę widać na twarzach polityków, bankierów, lekarzy, policjantów, księży oraz im podobnych, czyli wszystkich, którzy wmawiają nam, że troszczą się o nas. To jedynie marketingowa, przemyślana strategia, której dajemy się zwieść.

Nie wiedzieć czemu, troska kojarzy się z poważną, spiętą i smutną twarzą. Choć zabrzmi to podejrzanie i niektórych zaboli, ale ten sam rodzaj zatroskania od czasu do czasu można zobaczyć też na twarzach ludzi, którzy przeżyli żałobę i odpracowali stratę, jednak wydaje im się, że nie powinni zmieniać wyrazu twarzy. Smutnym i zatroskanym obliczem wciąż zwracają na siebie uwagę. 

Zaufanie do Źródła, że o nas dba, obdarowując codziennym dobrem, oraz pewność, że spotyka nas to, co w danej chwili jest dla nas najlepsze, rozpuszcza fałszywą troskę, czyniąc życie lekkim i radosnym. Kto chce pozbyć się ciężaru troski niech po prostu uczy się zaufania, zachowując ważny i dobry aspekt troski. Polega on na tym, że autentycznie zależy nam na szczęściu i dobrostanie innych ludzi, a nie na naszym własnym. W pierwszym wypadku wpierw słuchamy ich i realizujemy wyrażone przez nich potrzeby. W drugim wypadku mało obchodzą nas ich potrzeby, ponieważ najważniejsze jest dla nas dobre samopoczucie i bezpieczeństwo.

Fałszywą i manipulującą troską, konserwujemy nasze lęki i kompleksy, rujnując przy okazji społeczny brzeg energii życia. Kto chce spokojnie płynąć, niech ufnie słucha, obserwuje, przyjmuje i respektuje potrzeby innych ludzi.

Czy naprawdę trudno być dobrą Panią domu?

Szczęście

Niewiele jest tak jednoznacznie czystych emocji, jak szczęście. Na dobrą sprawę szczęście rzeczywiście może nie być niczym więcej, więc też nie ma się czemu dziwić, że racjonaliści uznają je za mrzonkę, podobnie jak szczęśliwi ludzie  budzą w nich po części uzasadnioną obawę, że stracili kontakt z codziennym życiem. Czy do pomyślenia jest szczęśliwy człowiek? A może szczęśliwym bywa się jedynie co jakiś czas?

Teoretycznie niemal każdy człowiek pragnie być szczęśliwy, jednak praktycznie im mocniej się staramy, tym bardziej jesteśmy nieszczęśliwi. To jeden z paradoksów ludzkiej egzystencji, będący skutkiem niezrozumienia natury rzeczy i sprzeciwiania się prawom wszechświata. Mam nadzieję, że uda się nam go dostrzec i nazwać, jeśli nie dla wielu korzyści, to przynajmniej dla jednej, prawdopodobnie najważniejszej.

Jeśli bowiem szczęście jest czystą emocją, i niczym więcej, to przecież szczęścia można doświadczać zawsze tylko TERAZ, a nigdy KIEDYŚ, zwłaszcza w fatamorganie przyszłości, pod warunkiem, że jest się jej świadomym i totalnie w niej obecnym. Chodzi więc o to, że szczęścia nie da się utrwalić w czasie inaczej, jak poprzez czułość dla teraźniejszości, uważność bycia, trzeźwość bycia sobą w tym, co się wydarza. Albo jest się szczęśliwym w każdym kolejnym TERAZ, albo w ogóle, bo emocji nie da się rozciągać w czasie, ku przyszłości. Szczęścia nie można zaplanować. Szczęśliwym można tylko być.

Pytając o szczęście, w centrum uwagi stawiamy ważny problem, a mianowicie przeznaczenia. Czy przeznaczeniem człowieka jest bycie szczęśliwym? Czy człowiek został stworzony do szczęścia? Czy szczęście może być rozumiane w sposób religijny, jako stan zbawienia? W refleksji nie posuniemy się ani o krok, jeśli po drodze nie rozprawimy się z dwoma kwestiami. Pierwsza dotyczy Źródła i pyta, czy mogło stworzyć człowieka dla własnego szczęścia? Druga dotyczy człowieka i pyta, czy realizując jakiś cel, człowiek ma prawo powodować się miłością do samego siebie?

Odnosząc się do pierwszej kwestii powiedzmy wprost, że jeśliby Źródło samo w sobie nie było pełnią szczęścia, wtedy pojawienie się człowieka nosiłoby znamię potrzeby. Źródło wysłałoby nas w świat nie dla naszego szczęścia, ale dla własnej satysfakcji; nie z bezinteresownej miłości, ale z miłości do siebie. Uzupełniałoby tym samym jakiś brak swego, boskiego bytu. 

Jeśli jednak Źródło podzieliło się życiem z pełni szczęścia, czyli – jak można rzec – bez powodu, przeto umożliwiło nam doświadczanie szczęścia z miłości do nas. To z kolei oznaczałoby, że jesteśmy dziećmi szczęścia, stworzonymi z nadmiaru, kochanymi i chcianymi poza jakimkolwiek podejrzeniem o konieczność, potrzebę i użyteczność.

Wygląda na to, że wybór jednej z dwóch możliwości w sposób zdecydowany wpływa na jakość życiowego doświadczenia. Pierwsza oznacza traumy, napięcie i cierpienie. Druga przeciwnie, bo skoro żyjemy, ponieważ miłość Źródła jest pełna i niczego jej nie brakuje, więc nie musimy spełniać jakichkolwiek zachcianek i oczekiwań, nawet metafizycznych. Jesteśmy na ziemi dla własnego szczęścia.

Tym samym zyskujemy rozwiązanie kwestii drugiej i wgląd w tajemnicę miłości. Okazuje się, że jesteśmy twórczy, a więc też użyteczni, potrzebni i konieczni, jeśli samych siebie obdarzamy miłością bezwarunkową i pełną. Realizując życiowe cele mamy absolutne prawo kierowania się miłością do siebie, inaczej będziemy poruszać się jedynie w świecie konieczności i użyteczności, ale przede wszystkim używać przemocy wobec wszystkiego, co służy nam do zaspokajania narcystycznej potrzeby bycia kochanym. Jakże często – stanowczo za często – tym, co nas zaspokaja, staje się drugi człowiek!  

Rozpoznając stwórczą miłość Źródła bądźmy pewni, że zostaliśmy  stworzeni ze szczęścia, więc też jakość naszej codzienności zależy od bycia szczęśliwym. Ileż godności, jasności i radości pojawia się w codziennej aktywności, gdy przestajemy traktować życie jako konieczne usiłowanie, a zaczynamy bawić się własnym życiem. Nabieramy wówczas dystansu do efektów własnej twórczości i z ironiczną lekkością przechodzimy ponad defektami codzienności.

Niestety dawniej teologia marsowego oblicza Boga, który oczekuje ludzkiego poświęcenia, a współcześnie antropologia ekonomicznej konieczności i przydatności pozbawia nas prawa do szczęścia. Tymczasem musimy upomnieć się o prawo do szczęścia! Bez szczęścia nie poznamy smaku radości. Czy można sobie wyobrazić kreatywnego człowieka, smutnego i nieszczęśliwego? Czy można utrzymywać, że możliwa jest miłość do drugiego człowieka bez miłości do siebie; miłości, która nie szuka zaspokojenia własnych braków czyimś kosztem, ale uczestniczy w ekstatycznym doświadczeniu szczęścia?

Pełnia człowieczeństwa wynika ze szczęścia, jest szczęściem i tworzy szczęście.  Logika stwórczej miłości Źródła jest logiką szczęścia. O tym świadczą także biblijni autorzy, aczkolwiek ich opowiadania często są interpretowane opacznie. Otóż człowiek nie został stworzony jako ostatni, jak często się utrzymuje, więc nie jest celem stworzenia. Po zaistnieniu człowieka na szczęście został jeszcze stworzony sabat, dzień siódmy; dzień odpoczynku; dzień szczęścia; dzień, w którym odradza się kreatywna siła człowieka w spotkaniu z Bogiem. Ale z jakim Bogiem? Na pewno uśmiechniętym. Na pewno radosnym. Na pewno szczęśliwym i uczestniczącym w szczęściu człowieka.  

My tymczasem zamieniliśmy wartość szczęśliwego życia na życie użyteczne ekonomicznie. Mówiąc inaczej, jeśli już uwzględniamy potrzebę szczęścia, to koniecznie musi być ekonomicznie przydatne i konsumpcyjnie użyteczne. Współcześnie szczęście nie jest wartością samą w sobie, a tym bardziej wartością duchową, nadającą sens życiu na ziemi. W rzeczywistości, poddanej dyktatowi przydatności i użyteczności, szczęście ma wartość względną, funkcjonalną. Nawet uprawianie sportu, ćwiczenia duchowe i drobne przyjemności są przedstawiane tylko w takiej perspektywie, jako nieodzowny element wykorzystania wolnego czasu, dzięki czemu wypoczęty i zrelaksowany człowiek jest tym bardziej produktywny i użyteczny.

Racjonalizmie XIX i XX wieku precz. Wszyscy mamy prawo do szczęścia, które jest wartością samą w sobie. Zrehabilitujmy wreszcie szczęście, które jest wpisane w ziemskie doświadczenie. Nie oczekujemy szczęścia. Żyjemy, aby TERAZ być szczęśliwymi. Nie tylko nam wolno, wręcz musimy darowywać sobie to, co czyni nas szczęśliwymi. Prawdziwe szczęście jest uwolnione z ekonomicznego, niewolniczego prawa użyteczności i przydatności.

Szczęście nie jest cudownym wynalazkiem dla ludzi bogatych, zdrowych i sławnych. Jest fundamentalną emocją i doświadczeniem, w którym może mieć udział każdy człowiek, o ile odnalazł sposób na proste życie. W pochwale prostoty, bez względu na okoliczności i warunki życia, tkwi klucz do szczęścia. Można być totalnie szczęśliwym szusując z górskiego stoku, wypoczywając w światowym kurorcie, będąc prezydentem kraju i siedząc na drewnianej ławce pod ścianą własnego domu, jeśli zrezygnowało się z pretensji i oczekiwań, a zajęło życiem, które jest TERAZ. 

Największym błędem jest warunkowanie szczęścia zmianami, bez których wydaje się nieosiągalne. Odmawiamy sobie prawa do szczęścia, wyliczając potrzeby, które wpierw musiałyby zostać spełnione. Skazujemy więc samych siebie na nieszczęście, usprawiedliwiając się z tego, że dobrowolnie rezygnujemy ze szczęścia, ponieważ ktoś nas nie kocha albo nie przeprosił, nie zdobyliśmy upragnionego majątku, nie staliśmy się kimś znaczącym społecznie, itp. W ten sposób uzależniamy szczęście, które ma charakter wewnętrzny, od zewnętrznych okoliczności życia, które podlegają ciągłym zmianom. Dzięki nim można poczuć się przyjemnie, ale nie szczęśliwie. Także zdrowie podlega temu prawu. Uzależniając szczęście od czegoś, co wpierw powinno się wydarzyć, skazujemy się na wieczne nieszczęście.

Ten zły sposób zarządzania życiową energią można zmienić. Trzeba zacząć myśleć w nowy sposób: Jestem szczęśliwy, bo jestem obdarowany. TERAZ mam wszystko, czego potrzebuję, aby móc uczynić to, co płynie z mej pełni. Dopiero wówczas, niczym drożdże włożone do mąki, szczęście zaczynia codzienność dobrem i pięknem. To jest postawa wdzięczności za TERAZ, w której nie ma żalu pod adresem przeszłości, ani lęku przed przyszłością. Wdzięczność jest glebą, w której szczęście może się mocno zakorzenić.

Czy rozwiązaliśmy paradoks i rozumiemy już, dlaczego tak się dzieje, że im bardziej pragniemy odczuwać szczęście, tym boleśniej cierpimy nieszczęście? Nie zauważając szczęścia, żyjemy w przekonaniu, że brakuje go nam. Dążąc do czegoś, czego w naszym przekonaniu nie mamy, jedynie pomnażamy ów brak, ponieważ stale poświęcamy mu uwagę. Nie ma czegoś takiego, jak nieszczęście. Za to bez wątpienia brakuje nam czujnej uważności i wdzięczności za to, co jest. Szczęście jest z nami od zawsze, ponieważ razem z nami przyszło na ziemię. Wystarczy je zauważyć i docenić.

Cisza

Żyjemy w zaśmieconym świecie. Coraz powszechniej zdajemy sobie sprawę nie tylko ze śmieci, pochodzących z gospodarstw domowych i przemysłu, ale też ze świata, zanieczyszczonego sztucznym światłem i hałasem. Do ostatniego przywykliśmy, może nawet go polubiliśmy? Wymownym znakiem współczesności jest stale zwiększająca się grupa ludzi, którzy bez dźwiękowych bodźców nie potrafią zasnąć. Niektórzy boją się wręcz nocnej ciszy, połączonej z ciemnością i bezruchem. I chociaż cisza niewielu osobom kojarzy się z emocją, ów ostatni przykład przekonuje, że tak jest.

Prawdopodobnie z Egiptu, który kojarzymy z czasem wielkich piramid, pochodzi powiedzenie: „Kto się męczy, nigdy nie osiągnie doskonałości. Do tego potrzeba spo­koju i ciszy”. Poświęćmy mu chwilę uwagi, ponieważ może wiele zmienić w jakości życia. Nie ulega wątpliwości, że narażeni na ciągły szum i dźwięki szybko się męczymy, a często nawet chorujemy, co potwierdzają problemy nauczycieli. Co prawda natężenie szkolnego hałasu może wydawać się niczym w porównaniu z decybelami hutniczych maszyn, mimo wszystko każdy rodzaj dźwięków i poziom decybeli, jeśli nie mamy gdzie się schronić, pożera naszą psychikę.

Dlaczego cisza jest nam potrzebna? Przecież uczestnicząc w miłych spotkaniach w dobrym towarzystwie, bądź mając dostęp do lubianej muzyki, mimo wszystko co jakiś czas wewnętrznie tęsknimy do ciszy. Może cisza jest rodzajem pokarmu? Nawet nie lekarstwa, ale czegoś bardziej fundamentalnego? Stosunek do ciszy prawdopodobnie ma związek ze stanem naszej psychiki i duchowym rozwojem. Ludzie, którzy nie panują nad lękiem, przeżywają depresję albo świat uważają za wrogie środowisko, zasypiając albo odpoczywając mają włączone radia i oglądają telewizję, więc ewidentnie unikają głębokiej i spokojnej ciszy.

Czy dałoby się obronić tezę, że EGO wybiera hałas, a JESTEM kocha ciszę?  Jestem przekonany, że bez najmniejszego problemu. Każdy człowiek ma duchowe centrum, świątynię Obecności, w której spoczywa czyste, autentyczne i prawdziwe istnienie. Jest nim JESTEM, które jest większe od człowieka i głębsze od duszy, ponieważ jest cząstką boskiej Świadomości.

Czyste Światło, Najwyższa Świadomość, Źródło Istnienia, Najwyższy Bóg jest spokojem i ciszą. Wieczność w swej istocie jest milczeniem, które jest duchowym pokarmem człowieka. Stworzeni na obraz i podobieństwo Ciszy nie nasycamy się hałasem, informacjami i dźwiękami. Milcząc wobec tajemnicy i zachowując ciszę umysłu możemy najeść się do syta znaczeniami, które docierają do nas z wiecznego milczenia.

Duchowym pokarmem karmi się duch, cielesnym pokarmem próbuje nasycić się ciało. EGO, sztuczny pomysł umysłu i zmysłów, żyje w ciele i dzięki ciału, więc karmi się pokarmem z tego świata. Bez dźwięków, informacji, wiadomości, wymiany poglądów, nieustannych dyskusji, w których walczy o swoją rację bytu, zniknęłoby wraz z ostatnim dźwiękiem. EGO boi się ciszy, prawdziwego pokarmu człowieka. EGO, czyli fałszywy człowiek, wydmuszka JA, powstała z chuci ciała i umysłu, karmi się tym, co nie uszczęśliwia, nie czyni mądrym i nie uzdrawia. W rzeczywistości EGO potrzebuje hałasu tylko po to, aby kłamać na swój temat. Stwarzać wrażenie, że jest niezbędne, ponieważ panuje nad niekończącym się źródłem informacji, słów i dźwięków. 

Tymczasem wystarczy wyłączyć źródło hałasu i zadbać o ciszę, która otula i przenika z wiecznego źródła, aby EGO rozpadło się niczym domek z kart. Wówczas JESTEM zaczyna mężnieć, wyrastać z ignorancji, uświadamiać, jaśnieć, prowadzić ku Światłu. JESTEM, karmione ciszą, przemienia człowieka w światło, wolność, odpowiedzialność, radość, wieczny pokój. Tylko w ciszy mamy szansę spotkać się z wewnętrzną prawdą, której wpierw zaprzecza świat, wychowując nas, a potem sami ją wypieramy, bojąc się totalnej zmiany życia, gdy zaczynamy uświadamiać sobie jej konsekwencje.

Często nie możemy, bo nie chcemy spotkać się z ciszą, niemniej tylko od nas zależy, czy w końcu ją odnajdujemy. Doświadczenie ciszy w głośnym świecie nie jest czymś oczywistym, więc sami powinniśmy o nią dbać. Trwając w niej, możemy odnieść wrażenie, że Ktoś na nas patrzy, a w tym spojrzeniu wreszcie możemy być sobą, szczerymi i autentycznymi. To są chwile najwyższego szczęścia, synchronizujące nas ze Źródłem, w których bezsensownie się nie oceniamy, z nikim nie porównujemy i z wdzięcznością przyjmujemy to, co w nas jest od zawsze.

Takie momenty szczęścia zawdzięczamy ciszy. Problem mamy z tym, że na początku duchowej pracy nie potrafimy zatrzymywać ich na dłużej. Czujemy je tylko chwilę, a potem myślami znowu jesteśmy w innych miejscach i czasach. Chociaż na zewnętrz  jest cicho w umyśle hałasują myśli. Wtedy potrzebujemy dyscypliny, żeby nie uciec, lecz wytrwać, ponieważ tylko wtedy, gdy w zewnętrznej ciszy znosimy wewnętrzny hałas, ponownie pojawia się radość i spokój.

Poza tym cisza ma też inne działanie, a mianowicie oczyszcza i klaruje. Przecież nasze emocje nieustannie mie­szają się z emocjami innych ludzi, a my, ulegając hałasowi ocen i porównań, czujemy się wzburzeni i zanieczyszczeni. Gdy pojawiają się w nas irytujące myśli o bliźnich albo odczuwamy gorycz rozczaro­wania, przestajemy klarownie myśleć. Pamiętajmy wówczas, że głębokie i odświeżające milczenie rozjaśnia w nas to, co jest mętne. Przypominamy wino, które przez pewien czas leżakuje w całkowitym spokoju, aby to wszystko, co jest w nim mętne, osiadło na dnie. Podobnie musimy klarować się w ciszy, abyśmy na nowo rozświetlali się optymizmem, nadzieją, radością i spokojem.

W naszej kulturze z powodów religijnych czystość zwykło się ograniczać do erotyki, co jest ewidentną redukcją i przyczyną wielu nieszczęść. Przecież nie zanieczyszcza nas to, co wchodzi do nas ze świata, więc też eros i jego dobra, ale to wszystko, co z nas wychodzi, jeśli nie zdołamy tego wewnętrznie odfiltrować i oczyścić. Otrzymaliśmy moc z góry, której z łatwością możemy codziennie używać, jeśli tylko przez cały czas pozostajemy jej świadomi. Jesteśmy jak piękne kwiaty, rosnące w brudnej ziemi i karmiące się nieciekawym nawozem, a pomimo tego, a właściwie dzięki temu dysponujące alchemiczną mocą oczyszczania brudu, aby oczarowywać świat pięknem życia.

Pomimo tego, że żyjemy w świecie, zanieczyszczonym różnymi śmieciami, każdy z nas jest małą, ale jakże potrzebną oczyszczalnią brudów i ścieków. Tym między innymi cechuje się dojrzały duchowo człowiek, że nie martwi się nieczystościami świata, przed którymi nie zawsze potrafi się obronić, ale dba o to, aby sobą oczyszczać wystarczająco skutecznie świat wokół siebie.

Ciszy nie musimy stwarzać. Ona już jest, ponieważ była przed założeniem świata i dalej będzie, gdy przeminie świat dotychczasowej postaci. Musimy ją tylko usłyszeć, a stanie się początkiem uzdrowienia i szczęścia. Cisza umożliwia połączenie z tajemni­cą Źródła i tajemnicą życia. Wprowadza w wewnętrzną przestrzeń, w której jesteśmy zdrowi i cali, nieskazitelni i czyści, autentyczni i pierwotni. W przestrzeń, w której rozświetla nas wspaniałość, czystość i życiodajność Światła.

Ciszę warto przeżywać jako ukierunkowywanie życiowej energii i harmonizowanie emocji. W sensie właściwym jest sternikiem, najlepiej nawigującym po rzece życia, któremu zawdzięczamy duchową równowagę. Nikt tak dobrze, jak ona, nie orientuje się w położeniu gwiazd, które prowadzą nas w najlepsze miejsce w najodpowiedniejszym czasie.

Tęsknota

Wydaje się, że tęsknota na mapie emocji zajmuje poślednie miejsce, zdecydowanie poniżej poziomu, od którego świadomie zarządzamy zmianami i bez wysiłku wykorzystujemy życiową energię. Kojarzy się przecież z bolesnymi wspomnieniami i niezaspokojonym pragnieniem. Tęskniący ludzie rzeczywiście często są poobijani, wysuszeni i cierpią pustkę. Mimo wszystko największym ciężarem, pozbawiającym radości i nadziei, jest niepewność, czy tęsknota zostanie zaspokojona.

Opisując chciwość zasygnalizowałem, że pragnienie, chciwość, pożądanie i tęsknota na dobrą sprawę są nazwami różnych stanów tej samej energii życia, bez której o poranku nie bylibyśmy w stanie podnieść się z łóżka albo w depresji szukać utraconej drogi. Każda z nich posiada nie tylko właściwe sobie znaczenie, ale także odpowiednio ukierunkowuje energię. W umiejętnym serwisowaniu duszy między innymi idzie o to, aby nie lekceważyć faktu, że chociaż dysponujemy jedną energią, negatywny bądź pozytywny rozwój wydarzeń zależy od używanych przez nas słów, za którymi stoją mentalne wzorce i emocjonalne przeżycia.

Większość z nas wypowiada się nieroztropnie. Nie jesteśmy uważni w doborze słów, mniemając że nie mają związku z emocjami oraz ich skutkami, jeśli już nie innymi, to przynajmniej zdrowotnymi. Tymczasem słowa są energią, kształtującą życiowe doświadczenia. Za słowami kryją się nie tylko znaczenia, ale też skutki żywionych przez nas przekonań. Mądry człowiek rezygnuje ze złych słów, to jest takich, które wywołują negatywne emocje, a przez to zatrzymują energię i kierują życie w stronę zdradliwych i niebezpiecznych rozwiązań. Nieprzerwanie zachowuje najwyższą czujność i uważnie dobiera słowa, wiedząc że każde z nich jest swoistą decyzją o jakości życia.

Pragnienie życia w istocie można wykorzystywać na wiele sposobów, aczkolwiek decydujące są dwa, przeciwstawne modele. Negatywny nazywamy chciwością albo pożądaniem. Celowo proponuję, aby pozytywny odtąd nazywać tęsknotą. Co prawda słów: tęsknota, pragnienie, marzenie używamy zamiennie, niemniej spróbujmy uporządkować swoje odczucia. Energią zmian naprawdę da się zarządzać w taki sposób, aby nie musieć cierpieć. Zdaję sobie też sprawę z tego, że tęsknota kojarzy się nam z wielkim pragnieniem, aby wydarzyło się  coś, co kiedyś mieliśmy okazję poznać albo przynajmniej umiemy sobie wyobrazić przyjemność z tym związaną. Niemniej podejmę się karkołomnej próby przekonania, że w najlepszym interesie każdego z nas leży zdecydowane oddzielenie pożądania od tęsknoty.

Wpierw kilka słów o pożądaniu, które jest nie znoszącym sprzeciwu żądaniem, aby zostały spokojne wszystkie zachcianki EGO. Ponieważ nie znamy niczego poza tym, co przeżyliśmy, posmakowaliśmy, zobaczyliśmy, dotknęliśmy, czemu zawdzięczmy poznanie zmysłowej rozkoszy, więc pożądanie jest związane z przeszłością i w swej istocie jest rozpaczliwą próbą powrotu do znanych doświadczeń, czyli do tego, co minęło. Pożądliwość jest negatywna z dwóch powodów. Po pierwsze jest żądzą, aktywowaną przez fałszywe EGO, które jest chciwe. Dlatego w pożądaniu kształtujemy życie i wyznaczamy cele, nie zadając sobie trudu rozpoznania, co naprawdę jest nam potrzebne. Sięgamy po to, czego chcemy, ale co nas nie rozwija i nie nasyca.

Drugą negatywnością pożądliwości jest przylgnięcie do bezpowrotnie przemijającej przeszłości. Stąd pragnienie życia, realizowane jako pożądanie, blokuje rozwój i duchowy wzrost, który zależy od ożywiających bodźców, zmian i czujnej gotowości do uczenia się nowego. Jeśli pożądliwość jest szukaniem sposobów na doświadczanie tego samego, więc nieuchronnie musi skończyć się ślepotą i znieczuleniem. Alkoholizm, narkomania, uzależnienie od seksu nie biorą się z tęsknoty. Ich źródłem zawsze jest pożądliwość, której konsekwencją jest śmierć.

Czy na tej podstawie należy sądzić, że pragnienie życia jest niebezpieczne, wobec czego należałoby się ćwiczyć w pozbywaniu pragnień, do czego namawiają niektóre duchowe szkoły Wschodu i Zachodu? W żadnym wypadku. Transformacja energii pożądliwości w energię tęsknotę jest najlepszym rozwiązaniem mądrej duchowości.

Każdego dnia uczestniczymy w cudownym i uniwersalnym strumieniu życia, które powinniśmy pomnażać na miarę osobistego powołania. Nie rezygnujmy z życia, ani nie tamujmy przepływu energii, ponieważ przez nas ma płynąć ku innym. Najlepszą metodą na udrożnienie strumienia jest odnalezienie w sobie i pielęgnowanie pragnienia za czymś, co dopiero ma się wydarzyć!

Zachęcam, aby tęsknotę zobaczyć jako napięcie całego jestestwa, często aż do granic rozsądku, oczekującego spełnienia obietnicy sensownego i najlepszego z możliwych zakończenia ziemskiej przygody. Pragnienie życia można wzmacniać tęsknotą, energią oczekiwania przyszłości i jednocześnie aktywnego podążania ku czemuś, co jest nieznane. Tym sposobem uczyć się otwartości, stawać się wrażliwszym, czujnym i uważnym na nowe doświadczenia.

Tęsknota za czymś, co ma się wydarzyć, jest mądrym, bo duchowym uczestniczeniem w życiowej energii, płynącej wprzód. W przeciwieństwie do pożądliwości, która kończy się cierpieniem, ponieważ jest cielesną próbą reakcyjnego wykorzystania energii, nie płynącej przecież wstecz. Pożądając, walczymy, spinamy się i usiłujemy kontrolować. W efekcie padamy martwi z braku energii. Tęskniąc, spokojnie i ufnie płyniemy wraz z całym wszechświatem ku zaspokojeniu. W efekcie, dzięki stałemu przypływowi energii, odżywamy, zdrowiejemy i stajemy się szczęśliwi.

Mówiąc inaczej, pożądliwość jest energią męską, dominującą i zdobywczą, nastawioną na otrzymywanie. Tymczasem duchowa praca polega na pogłębiającym się zrozumieniu, urzeczywistnianiu oraz uniwersalnej postawie pozwalania życiu, aby po prostu się działo. Prawdziwa duchowość jest tęsknieniem, czyli energią żeńską.

Tęsknienie jest postawą świadka, który z największym zainteresowaniem obserwuje wypełniającą się tajemnicę.  

Rezygnacja

Wieloma okolicznościami, przedsięwzięciami, zamierzeniami, relacjami czujemy się zawiedzeni, ponieważ nie ułożyły się według naszych wyobrażeń i oczekiwań. Łączyliśmy z nimi określone plany, które się nie spełniły, w związku z czym czujemy się zrezygnowani. Emocja rezygnacji jest dokuczliwa i deprymująca. Wydaje się, że jest jednym z najważniejszych komponentów konglomeratu depresji, zjawiska tak powszechnego, jak choroba.

Czy depresja jest nieunikniona? Oczywiście można przyjąć niektóre argumenty, wskazujące na pozytywną rolę depresji w życiu, niemniej równolegle warto pytać, czy tych samych celów nie do się osiągać inaczej? Być może dałoby się żyć bez cotygodniowych spadków samopoczucia i comiesięcznych telefonów do przyjaciół i przyjaciółek z informacją o przysłowiom dole? Być może wystarczyłoby przyjrzeć się rezygnacji z nowej perspektywy i dostrzec w niej potencjał do samodzielnego żeglowania rzeką życia bez niepotrzebnych kolizji, które rozbijają i pozbawiają energii?

Większości z nas rezygnacja kojarzy się z rzeczywistym spadkiem poziomu energii, trochę na podobieństwo apatii, oraz brakiem nadziei. Jest jakby utknięciem na szerokiej, syberyjskiej rzece, skutej lodem, bez szans na wyrwanie się ze szponów emocjonalnego chłodu. Coś, co wydawało się ożywiające, płynące, uszczęśliwiające, a przede wszystkim zasilało energią, nagle, w oka mgnieniu, stało się tak zimne, że zamroziło się i unieruchomiło. Zrezygnowani nie szukamy okazji do rozwoju i bodźców do zmiany, ale szansy na przetrwanie we własnym mieszkaniu, pod kołdrą, z nieruchomym wzrokiem. Przygnębieni i zniechęceni do osoby bądź sytuacji, której nie możemy zmienić, zrzekamy się z prawa do radosnego i aktywnego życia.

W obezwładniającym poczuciu rezygnacji nie trzeba zrzekać się prawa do życia i działania, ale z czegoś innego, co ukrywa, a może odwrotnie objawia słowo rezygnacja, jednak otumanieni powszechnymi wzorcami mentalnymi nie chcemy tego dostrzec. Zatem do rzeczy. Słowo rezygnacja powstało z połączenia przedrostka re, oznaczającego ponowną czynność, ale najczęściej wykonaną w przeciwnym kierunku, np. re-animacja, re-formacja; re-produkcja, re-kolekcje, oraz spolszczonego łacińskiego słowa zygnacja = signacja od signare.

W j. łacińskim signare oznacza czynność opieczętowywania i powstało od rzeczownika signum, które wtórnie oznacza pieczęć, a pierwotnie znak. Czymże według etymologii jest więc rezygnacja? Na pewno niczym złym ani tragicznym. Tym bardziej nie powinniśmy jej kojarzyć z brakiem energii i wychłodzeniem. A jeśli do tej pory tak reagowaliśmy, mamy teraz okazję dostrzec w rezygnacji pozytywną emocję, która uświadamia nam, że czas zakończyć jeden rozdział życia, może jakiś projekt, aby móc rozpocząć nowy.

Słowo rezygnacja podpowiada bowiem, że kto świadomie serwisuje duszę powinien co jakiś czas przypominać sobie o stworzonym przed laty dokumencie, którym jest adresowany do samego siebie plan jakiegoś przedsięwzięcia, może projekt na życie w jakimś miejscu, na jakimś stanowisku albo z jakąś osobą. Z życiowego sekretarzyka albo sejfu, ukrytego przed ciekawskimi oczami, warto wyciągnąć ów dokument, zdmuchnąć z niego kurz i spokojnie przeczytać, czy aby zapisany w nim projekt nie wyczerpał się, przestał być aktualny i najzwyczajniej w świecie naturalnie zakończył.

Wpierw oczywiście trzeba złamać pieczęć, którą go zapieczętowaliśmy dla pewności, że pozostawał nietknięty. I co by nie pisać albo wymyślać, to właśnie ta czynność złamania pieczęci jest pierwszą częścią pozytywnego projektu rezygnacji. Wszak najpewniej okaże się, że zapisany przez nas plan na życie dawno wyczerpał swój potencjał, a my od jakiegoś czasu niepotrzebnie cierpimy, ponieważ nie dostrzegaliśmy albo sami przed sobą nie chcieliśmy przyznać, że coś się skończyło i już nie zasila nas ani energią, ani satysfakcją.

Pod wpływem emocji, przeżywanej jako rezygnacja, koniecznie otwórzmy życiowy sejf, aby sięgnąć po dokument i złamać na nim pieczęć. W efekcie lektury najprawdopodobniej postanowimy ów projekt wyrzucić do kosza i wówczas będziemy mogli przystąpić do drugiego etapu pozytywnie przyjętej, przeżytej i wykorzystanej emocji rezygnacji. Będzie nim następny życiowy projekt, plan na dalszy etap drogi, a przy okazji rozwój i satysfakcję. Re-signare oznacza w  istocie drugie, a może nawet kolejne zapieczętowanie, co zawsze jest możliwe tylko po uprzednim złamaniu aktualnej pieczęci.

W ten sposób przeżyta i wykorzystana rezygnacja nie będzie doświadczeniem przypominającym wpadanie do dołu, bo raczej na pewno wychodzenie z niego. O ile wpadanie do dołu kojarzymy ze śmiercią, o tyle wychodzenie z niego ze zmartwychwstaniem. Energia rezygnacji jest nam potrzebna do ożywania i zmartwychwstawania. Jedynie powszechne i bezmyślne wzorce ulokowały ją pomiędzy negatywnymi emocjami, w efekcie czego pod jej wpływem cierpimy z braku energii i zamiast rozpoczynać kolejne przedsięwzięcia, rezygnujemy z aktywnego i efektywnego życia.

Czas, spędzony na powiadamianiu połowy świata, że na skutek życiowych okoliczności, przeciwieństw losu i nieadekwatności ludzkich zachowań w stosunku do naszych założeń wpadliśmy do dołu, naprawdę możemy wykorzystywać dużo lepiej, zdrowiej i mądrzej. Jak nieuchronnie po każdym lecie nastaje zima, aby po niej mogło znowu nadejść lato, tak życiowa mądrość niech cechuje się świadomym łamaniem pieczęci na dokumentach, w których przed laty opisaliśmy nasze wyobrażenia o przyszłości. Niektóre z nich nadają się jedynie do kosza. Im szybciej to do nas dotrze, tym pewniej, nie czekając na ostatnią chwilę, stworzymy kolejne projekty, napiszemy plany i rozpoczniemy sensowne przedsięwzięcia, dzięki którym będziemy spokojnie i z satysfakcją osiągać życiowe cele.

Nie warto rezygnować z cudownego życia tylko dlatego, że przespało się szansę, nie chciało się wykorzystać okazji albo z wygodnictwa oczekiwało cudów po projekcie, który od początku był ograniczony do określonego czasu, miejsca, osób, itp. W takich chwilach, żeby móc doświadczyć zmartwychwstania, warto wykorzystywać pozytywne aspekty rozwiniętej i pogłębionej duchowości. Zamiast zrzekać się prawa do zdrowego, szczęśliwego i usatysfakcjonowanego życia, dużo lepiej pytać: Czy jestem wierny samemu sobie? Czy dochowuję wiecznego przymierza z własnym życiem? Czy nie zdradzam miłości, odradzającej wszystko energii życia?

Samotność

Współczesna psychologia, a zwłaszcza kierunki zależne od freudyzmu utrwalają przekonanie, że satysfakcjonujące i szczęśliwe życie wiodą ludzie, pozostający w trwałych związkach o charakterze intymnym. Przyjęło się uważać, że bez towarzystwa i serdecznych uczuć, bez udanego związku o charakterze emocjonalnym i erotycznym, człowiek nie może być szczęśliwy. Tymczasem biogramy wielu twórczych i odważnych ludzi przeczą temu poglądowi. Wygląda wręcz na to, że zwłaszcza artyści, humaniści i przywódcy religijni, obdarzeni niespotykanym i twórczym talentem, mają problem z założeniem rodziny i utrzymywaniem bliskich relacji. Czy dlatego, że nieprzeciętnymi talentami i niepospolitym życiem budzą namiętności bądź zazdrość? A może dlatego, że jako ludzie ideowi nie znoszą sprzeciwu oraz innych poglądów czy też po prostu są nieprzystosowani do życia?

Zwolennicy teorii o związku szczęścia z pozostawaniem w satysfakcjonującym i długoletnim związku często dzielą przekonanie, że wyjątkowo utalentowani artyści i myśliciele są ludźmi niestabilnymi psychicznie. Co prawda miewają przelotne romanse i wchodzą w związki, czasem nawet długoletnie, aczkolwiek emocjonalnie wyczerpujące i dramatyczne. Mimo wszystko w swej najgłębszej istocie nie są zdolni do budowania trwałych relacji.

Tak oczywiście mogłyby brzmieć negatywna interpretacja samotności, tymczasem łatwo sobie wyobrazić, że to psychoanaliza, a przynajmniej niektóre jej kierunki, uzależniając szczęście od stabilnych relacji, utrwaliła błędny pogląd. Sprowadziła tym samym niepotrzebnie cierpienie i chaos w życie ludzi, którzy doświadczyli, że samotność jest wprost zbawienna dla zachowania zdrowia i dobrego samopoczucia. 

Wbrew rozpowszechnionej opinii samotność jest emocją pozytywną i nie trzeba się jej bać. Dopiero dramatyczne próby utrzymania relacji za wszelką cenę, a szczególnie lęk przed samotnością, sprowadza w ludzie życie choroby i cierpienie. Aby to zrozumieć wpierw trzeba pojąć różnicę pomiędzy pozornie podobnymi doświadczeniami, których energie w rzeczywistości są przeciwstawne. Jednemu na imię samotność, drugiemu osamotnienie.

Samotność jest odczuciem wewnętrznym, uświadamiającym podstawową prawdę o ludzkiej egzystencji. Osamotnienie jest doświadczeniem zewnętrznym, polegającym na izolacji społecznej. Samotność jest stanem naturalnym, który dla własnego zdrowia i szczęścia trzeba zaakceptować jako oczywistość życia na ziemi. Z kolei osamotnienie jest cierpieniem człowieka, który boi się samotności i dlatego ucieka przed samym sobą, przed prawdą o sobie.

Samotność nie jest przekleństwem, ale szczęśliwym doświadczeniem, w którym człowiek godzi się na samego siebie, wiedząc, że i tak nikt go nigdy nie zrozumie. Samotni się rodzimy i samotni umieramy. Ani w pierwszym przejściu, ani w drugim nikt nie może nam towarzyszyć, więc oczekiwanie, że pomiędzy nimi wydarzy się jakiś cud wyzwolenia z samotności, jest naiwną mrzonką, która kosztuje wiele bólu.

Człowiek samotny ma się dobrze sam ze sobą. Poznaje swój wewnętrzny świat, w który nie może wejść nikt inny poza nim samym. Poznaje siebie, zgadza się na siebie i nie oczekuje, że ktoś będzie mu bezwarunkowo towarzyszył. Samotność jest więc szansą na duchowe wzrastanie. A co najważniejsze, człowiek. który  wewnętrznie zgodził się na egzystencjalną samotność łatwo i szybko wychodzi z osamotnienia.

Samotność jest szansą na duchowy rozwój i osiągnięcie kolejnego poziomu mądrości, ponieważ jej najważniejsze pytanie brzmi: Kim jestem? Bojąc się tego pytania, a właściwie odpowiedzi na nie, uciekamy przed sobą w kolejne związki, brniemy w złe znajomości i za wszelką cenę bronimy relacji, które od dawna nas wyniszczają. Sądzimy, że bycie z kimkolwiek jest warunkiem podstawowego poziomu szczęścia i satysfakcji bez względu na to, czy ta osoba naprawdę kocha i pomaga nam w rozwoju, czy zatruwa i energetycznie wyniszcza.  

Tymczasem osamotnienie jest zewnętrzne, dotyczy relacji i udziału w życiu społecznym. Ludzie, bojący się życiowej samotności, w rozpaczliwym odruchu ratunku chcą za wszelką cenę uczestniczyć w życiu innych, pleść siatkę wzajemnych powiązań, żeby tylko uniknąć osamotnienia. Mimo wszystko warto wziąć pod uwagę fakt, że im większą presję wywieramy na innych, aby dopuścili nas do swojego życia i do swoich grup społecznych, albo na samych sobie, aby wytrwać w toksycznym związku, tym bardziej inni od nas uciekają, chroniąc swoją intymność i prywatność. W konsekwencji tracimy spokój ducha i szacunek do samych siebie. W ten sposób powstaje błędne koło, które pogłębia nie tylko osamotnienie, ale też wewnętrzne odczucie samotności.

Jedynie przy pełnej zgodzie na samotność możemy wyjść z izolacji osamotnienia, ponieważ wówczas na nikim nie wywieramy presji, aby swoją obecnością wypełnił wewnętrzną dziurę, powstałą w konsekwencji ucieczki przed prawdą o sobie. Wówczas zaczynamy też pojmować, że samotność wcale nie jest przeklęta, ponieważ otwiera nową perspektywę życia. Co prawda oznacza kryzys, ale taki, który ustanawia nowy porządek.

Człowiek, kochający samego siebie, który bez względu na okoliczności życia ma się ze sobą dobrze, może spokojnie i szczęśliwie żyć sam. Nie cierpi z tego powodu. Rośnie w wewnętrzną siłę, staje się pewny siebie i swoich potrzeb. Jest coraz bardziej świadomy swoich potrzeb i drogi życia. Tylko taki człowiek staje się piękny duchowo i atrakcyjny dla innych. Nikt przed nim nie ucieka, a wręcz odwrotnie wielu z radością zaprasza go we własną przestrzeń i czas życia.

Z powyższego wynika, że pogłębionemu pojmowaniu samotności sprzyja pamięć o naturze miłości.

Miłość do siebie nie musi być egoistyczna. Jeśli jest samoakceptacją i samorealizacją, w jej konsekwencji pojawia się radość z życia i wewnętrzny spokój, że wszystko dokładnie tak się dzieje, jak powinno. Więc jedynie człowiek kochający siebie może równocześnie doświadczyć miłości i pełnej akceptacji ze strony innych ludzi. Kto sądzi, że większą miłość okaże innym, siebie nie kochając, w rzeczywistości rujnuje swoje życie i potencjalny związek. Kochać można tylko w taki sam sposób, w jaki kocha się samego siebie.

To jest trudne zwłaszcza dla ludzi, którzy w dzieciństwie nie doświadczyli pełnej i bezwarunkowej miłości rodziców, ale musieli na nią zasługiwać, a być może niejednokrotnie brali na siebie także winę za nieporozumienia pomiędzy rodzicami. W dorosłym życiu postępują wciąż według tego samego wzorca. Próbują zapracować na miłość, zaskarbić ją, zasłużyć sobie na nią, jednocześnie czując się winnymi rozpadu np. związku z partnerem.

Nie ma czegoś takiego, jak zasługiwanie na miłość, ponieważ miłość zawsze jest bezwarunkowa i pomimo wszystko. Miłości nie ma się za coś, ponieważ jest czystym darem. Wtedy we wszystkich wymiarach działa jako przepływ życiowej energii, która zaczyna dotykać i uszczęśliwiać wszystkich ludzi. To tłumaczy, dlaczego akceptacja siebie i radość z życia warunkują wyjście ze społecznej izolacji i osamotnienia.

Kto pragnie spokojnie i świadomie wykorzystać cały potencjał życiowej energii, nie demolując ani wewnętrznego brzegu satysfakcji i spokoju, ani zewnętrznego brzegu relacji i przynależności, musi pojąć, że lęk przed samotnością, bezlitośnie sprowadza ją w życie pod postacią osamotnienia, zaś pochwała samotności jest cechą ludzi najbardziej pożądanych w każdym towarzystwie.

Pustka

Boimy się pustki. Niepokoi nas zawsze, bez różnicy czy jest doświadczeniem zewnętrznym, czy wewnętrznym. Dla przykładu, jeśli dopada nas w postaci osamotnienia, uzależniamy się od towarzystwa, gdy zaś pod postacią lęku o utrzymanie, wtedy wpadamy w pracoholizm. Z kolei uwewnętrznione doświadczenie pustki może skończyć się perfekcjonizmem, jeśli życiu nie potrafimy nadać innego sensu, poza pracą, paniką, gdy słyszymy fatalną diagnozę lekarską, albo zgorzknieniem, gdy jesteśmy przekonani, że mamy pecha.

Pustka nas rozbija w kosmiczny pył, rozkłada na elementy podstawowe, dezintegruje, pozbawia poczucia całości, spełnienia, zadowolenia, satysfakcji. Dlatego jej nie lubimy i życzymy sobie, aby to dojmujące doświadczenie emocjonalne nigdy nas nie dopadło. Tymczasem największym dobrem, którym nas obdarowuje, jest jej konstytutywna cecha, czyli właśnie czynienie nas pustymi.

W gwiazdozbiorze emocji pustka pełni rolę podobną tej, bez której nie wyobrażamy sobie życia bez wody. Najlepszym rozpuszczalnikiem, dostępnym od ręki niemal w każdej sytuacji,  jest woda. Dzięki niej, co zabrudzone znowu staje się czyste, albo co występuje w stężeniu zagrażającym zdrowiu rozcieńczone. Woda naprawia też nasze komórki, ponieważ swoją harmonijną i prostą strukturą wiązania chemicznego pełni rolę porządkującej matrycy dla każdego ciała i organu, którego wzorzec został zaburzony. Energia wody jest stwórcza i naprawcza.

Pustka niczym woda oczyszcza naszą psychikę, rozcieńcza wszystko, co za dużym natężeniem grozi nam śmiercią, wreszcie naprawia duchową strukturę wiązań ze sobą oraz innymi. Bez pustki nie dałoby się zdrowo i szczęśliwie żyć, my tymczasem podejrzewamy ją o destrukcję życia. Rzeczywiście byłoby błędem zaprzeczanie, że pustka może całkowicie zniszczyć człowieka i dosłownie zmieść go z powierzchni ziemi, pozostawiając po nim puste miejsce przy stole, o ile jest postrzegana jako wróg i nieszczęście. Mimo tego warto ją docenić, oswoić, zmienić przekonania na jej temat, nauczyć się z niej korzystać, a dzięki temu przebiegunować jej energię i korzystać z jej oczyszczających właściwości.

W duchowej praktyce pustka znana jest pod postacią postu, czyli oczyszczenia ciała przez powstrzymywanie się od jedzenia. Innym rodzajem pustki jest pustynia, czyli z kolei miejsce oczyszczenia ducha przez powstrzymywanie się  od kontaktów z ludźmi. Pustka, pustyniapost to rodzina słów, którą warto sobie uzmysłowić, żeby przestać bać się pustki. 

O człowieku duchowym, podnoszącym poziom świadomości, można powiedzieć, że nie boi się pustki. Wybiera ją świadomie w formie najodpowiedniejszej dla niego bądź w zależności od aktualnych potrzeb. Zatem to może być post, odosobnienie (niekoniecznie dosłownie na pustyni) albo coś w rodzaju duchowego pucowania. To kolejne słowo z rodziny, genialne w swej prostocie. Szkoda, że rzadko używane.

Niestety mamy tendencję do zagęszczania życia wszystkim, co zapewnia poczucie bezpieczeństwa i satysfakcję z efektów własnej zapobiegliwości, pracowitości, zaradności i rozsądku. W ten sposób nasz wewnętrzny człowiek zarasta egoistycznymi samosiejkami, inwazyjnymi chwastami, które wpierw zasłaniają jego piękno, a ostatecznie zagłuszają i uśmiercają. Człowiek, zagęszczony zachciankami EGO, ma duszę zabetonowaną w więzieniu posiadania. Wyhamowana energia życia przestaje płynąć i zatrzymuje się w brudnej sadzawce.

Wewnętrzne pucowanie jest pracą, uwalniającą od nadmiaru rzeczy, gąszczu znajomości, przywiązania do idei, uzależnienia od stanowisk, sławy i chwały. W gąszczu zachcianek EGO podążanie własną drogą życia wpierw staje się uciążliwe, potem niemożliwe, a na koniec znika sama droga i człowiek musi umrzeć. Świadome i systematyczne czynienie siebie pustym, aby energia płynęła, niczym w mieszkaniu wysprzątanym przed świętami, jest cechą ludzi duchowych, dbających o rozwój.

Ludzie świadomi nie boją się pustki. Dbają o nią, aby mogła w nich zamieszkać pełnia bogactwa ze Źródła Życia, Miłości i Światła. Jeśli Źródło nazwiemy Bogiem wówczas odkryjemy, że można być ubogacanym (u/BOGA/conym) jedynie wówczas, gdy przez cały czas pozostaje się pustym. Tylko pustynia może stać się oazą życia, ogrodem obfitości, miejscem czystej radości.

Źródło chce ubogacać, przepływając przez każdego z nas. Gdy jesteśmy zarośnięci zachciankami EGO, zaszlamieni obsesją poczucia bezpieczeństwa, zakorkowani zadowoleniem z siebie, wówczas musi wydarzyć się coś, czego boimy się wszyscy, jednak nie spotyka ludzi pustych. Niczym piorun z jasnego nieba, pojawia się kryzys, który zabiera wszystko, czym zarośliśmy. Skarżąc się i głośno krzycząc, że boli, oskarżamy wówczas Boga o nieobecność albo brak czułej miłości.

Tymczasem ów kryzys świadczy o czymś przeciwnym, a mianowicie, że Źródło, będące Miłością, upomniało się o nas i zaczęło nas przepychać, odszlamiać, pucować, aby udrożnić na przepływ energii życia. Zabiera nam wszystko albo tylko te elementy, którymi byliśmy najbardziej zarośnięci. Bywa, że jest to zdrowie, praca, majątek, dom, ale też rodzina, małżonek, dzieci. Od czasu do czasu tracimy pokój, wolność, ład społeczny, porządek publiczny, itd.

Doświadczamy wtedy pustki, o którą nie zatroszczyliśmy się sami. Jest emocją wyniszczającą, rozbijającą nas w drobny mak. Boimy się jej, nie radzimy sobie  z nią, uważamy za jedną z najgorszych obok żałoby i panicznego strachu. Tymczasem bardzo łatwo możemy jej uniknąć, a właściwie zapobiec, czyniąc się zawczasu pustym na bogactwo życia, które wszelkimi sposobami chce przez nas przypływać, aby nas obdarowywać i użyźniać.

Nie gorzkniejmy i nie poddawajmy się apatii, gdy przydarza się nam odczucie pustki. Podnośmy raczej stan świadomości, czujnie rozglądając się po zarośniętym życiu, aby jak najszybciej dostrzec, czego jesteśmy pozbawiani i co w związku z tym powinniśmy zmienić? Ów proces możemy wzmocnić, świadomie i dobrowolnie czyniąc się pustym w tej sferze, którą dotknął kryzys, co przyspieszy proces naprawczy i zdrowienie. W ten sposób dobrze jest duchowo pracować przede wszystkimi z chorobami, nie oczekując, że lekarz bądź uzdrowiciel pomoże nam bez naszego zaangażowania.

Pozostając zarośnięci zachciankami EGO, bądź zakorkowani wszystkim, co udało nam się zyskać, zarobić i osiągnąć, przypominamy skądinąd sympatyczne bobry, budujące tamy, aby spiętrzać wodę. Tym samym niestety blokujemy przepływ energii życia. Początkowo energii mamy co prawda więcej, niczym bobry wody, jednak po jakimś czasie jej przepływ ostatecznie ustaje. Zalane brzegi życia przestają być widoczne. Przestają wyznaczać drogę, a my zaczynamy gubić się, kręcić kółka, błądzić w gąszczu zarośli.

Emocja pustki, zatem jak pozostałe, ani nie jest negatywna. ani przeklęta. Przy odrobinie zrozumienia może być wykorzystywana do zarządzania energią zmian, okresowo intensywnie, a codziennie z czułością i uważnością. Na pewno zawsze jest świetną okazją, aby z wdzięcznością podziękować Źródłu, że troszczy się o nas i chce naszego szczęścia.

Obojętnie, czy sami praktykujemy pustkę, czy spotyka nas wbrew naszej woli, warto wówczas zaśpiewać pochwalne Alleluja na cześć ubogacającego Źródła Miłości. Bowiem kolejnym cudem pustki jest wdzięczność. Wewnętrznie stajemy się puści, czyli wydrążeni z EGO. Duch przykłada wtedy usta do naszego serca i wygrywa melodię szczęśliwego, zdrowego i spełnionego życia, wykorzystując nas, jak muzyk piszczałkę. Nie blokowany zachciankami EGO używa czystego, szczerego i prawdziwego JESTEM, którym jesteśmy, aby po całym świecie było słychać Alleluja.

Radość

Gdy miłość staje się w nas doskonała, doświadczamy pełnej radości. Odwrotna kolejność jest niemożliwa. Zarówno przy nadmiarze miłości własnej, czyli w miłości egoistycznej, często zwanej erotyczną, którą niepotrzebnie utożsamiamy z seksem, jak i wówczas, gdy innych próbujemy kochać bardziej, siebie traktując bez miłosierdzia, wyrozumiałości, czułości i delikatności, radość nie osiąga krystalicznego poziomu. Zarówno przy problemach z miłością, jak też próbując doświadczyć radości bez miłości, radość jest zmącona, krótkotrwała, uwarunkowana i nie odporna na smutek, gorycz, zawiedzenie.

Łatwo sobie to wyobrazić na przykładzie miłosnej relacji. Gdy ludzie obdarzają się miłością, wówczas doświadczają czystej radości. W efekcie zapraszają gości, aby dzielić się radością podczas weselnej uroczystości. W orszaku emocji radość zawsze kroczy po miłości, jest jakby owocem miłosnego spełnienia. Aby tę kolejność zrozumieć trzeba uzmysłowić sobie odwieczny ruch miłosnej energii. Miłość, płynąca z wewnętrznego Źródła, wpierw napełnia serce, potem odżywia całą istotę, by wreszcie przelać się przez człowieka i obdarowywać sobą wszystko i wszystkich.

Miłość leczy zatem z psychicznego bólu, którego sprawcą jest lęk przed odrzuceniem. Gdy człowiek przestaje się poniżać i wykluczać, wreszcie zaczyna się akceptować i szanować, na koniec doświadcza wewnętrznej radości. Miłość wpierw kieruje człowieka ku światu, ziemi i ludziom, potem napełnia go zadowoleniem, błogością i wewnętrznym spokojem, który jest czystą radością. Z niczym nie można jej pomylić, zwłaszcza z przyjemnością, uzależnioną od relacji i zewnętrznych dóbr.

Czysta radość nie jest niczym uwarunkowana. Rozkwita w nas, gdy jesteśmy spełnieni w miłości. W przeciwieństwie do życiowych przyjemności, które często zaspokajamy wbrew miłości albo jej kosztem. Jeśli zatem jakaś metafora mogłaby zobrazować istotę radości, zapewne warto skojarzyć ją ze śmiejącym się sercem. Miłość ma zdolność otwierania serca, które przestaje się bać i zaczyna się śmiać. Ów śmiech serca jest nienaruszalną, pełną Miłości, rozświetloną radością.

Ludzie śmiejącego się serca są samodzielni, poszerzają granice wolnej odpowiedzialności, poznają swoje zdolności, odczuwają satysfakcję ze skutków twórczego działania. Wiedzą, że radzą sobie w życiu sami. Nie muszą rozpaczliwie rozglądać się za kimś, kto chciałby im pomóc, co nie oznacza, że sami nie są gotowi dawać innym to, czego potrzebują, ponieważ tak działa miłość.

Zauważmy, że te dwa pojęcia: radość radzić sobie, są ze sobą spokrewnione, co nie jest przypadkowe. Radość jest emocjonalnym i duchowym owocem radzenia sobie w życiu! Z kolei radzi sobie człowiek, który jest wewnętrznie cały, czysty, zdrowy, prawdziwy, przez miłość wyzwolony z lęku. Nie sposób spotkać radosnego bezradnego, ponieważ bezradność w swej istocie jest bez/radością, czyli brakiem miłości do samego siebie. Bezradnych, bez/radosnych trzeba nieustannie wspierać, pomagać im, zasilać energią miłości, której w sobie nie mają. Dlatego rozpaczliwie poszukują jej w innych, a że zawiedzeni życiem  cali są zanurzeni w smutku  i rozpaczy, więc bezwiednie zniechęcają i odpychają swoimi roszczeniami i oczekiwaniami. Bezradni, bez/radośni nie znajdują miłości, bo nie szukają jej w sobie, co potwierdza wstępną uwagę, że w korowodzie emocji miłość zawsze chodzi przed radością. Odwrotna kolejność jest po prostu niemożliwa.

Kto cieszy się sobą, potrafi doceniać życie i z wdzięcznością przeżywać każdą chwilę, która się dzieje. Prawdziwą radość poznać po tym, że człowiek nie ma pretensji do przeszłości za bolesne wydarzenia i niespełnione marzenia. Wewnętrzny spokój, błogość i zadowolenie, które składają się na prawdziwą radość, cechują ludzi przygotowanych na nowe doświadczenia. Radośni, zapomnieli o przeszłości i cierpliwie oczekują przyszłości. Zachowują spokój także wtedy, gdy zaskakuje ich nieobliczalną nowością. Radości nie sposób wzruszyć, osłabić, zniszczyć, chyba że jest udawana i zależy od okoliczności życia. Wtedy jednak jest emocją przyjemności i niczym więcej.

Pełna i czysta radość na podobieństwo lustra odbija w człowieku obraz Boga. Radość jest boska emocją i naprawdę nie musi być roześmiana od ucha do ucha. Histeryczny śmiech jest wręcz sygnałem ostrzegawczym, że historia nie została zaakceptowana, a ból przepracowany. Dla radosnego człowieka każda chwila jest szczególna, prawdziwa, godna przeżycia, najważniejsza i decydująca. Potrafi tak żyć, jakby zawsze był na weselnej uczcie. Bez względu na okoliczności doświadcza zbawienia, szczęścia i pełnej satysfakcji.  

Przyjemność

Z przyjemnością mamy problem, ponieważ nie potrafimy wyznaczyć granicy pomiędzy nią a radością, więc nie tylko mylimy obie emocje, ale też w wielu sytuacjach niepotrzebnie pozbawiamy się energii radości. Gdy skutecznie oddzielimy je od siebie, wówczas radość zyska najwyższą, boską rangę, zaś przyjemność pokaże nam swoje prawdziwe oblicze, bardzo praktyczne i użyteczne w serwisowaniu duszy i dbaniu o codzienny dobrostan.

Zrozumienie różnicy pomiędzy przyjemnością a radością nie jest trudne i jak zwykle zależy od uważności na słowa. Wystarczy przyjrzeć się słowu przyjemność, by odkryć, że coś, co w pierwszym rzędzie ma związek z wchłanianiem, przyjmowaniem, jedzeniem, czyli emocja przyjemności, zależy od tego, co jest przy nas, a więc jest na zewnętrz nas. Oczywiście przyjemność można odczuwać nie tylko spożywając posiłek, jednak czynność jedzenia najlepiej ilustruje przepływ energii, której skutki niestety nie zawsze bywają dobre.

Różnica pomiędzy przyjemnością a radością w pierwszym rzędzie polega na tym, że źródłem przyjemności jest zewnętrzny świat, czyli coś, co jest przy nas i czym zainteresowało się pożądliwe EGO, które w tym wypadku nazwiemy JA, zaś źródło radości tkwi w nas. Po drugie przyjemność zależy od życiowych okoliczności, dostępu do tego, co jest jej źródłem, oraz zachcianek, które udaje się zrealizować. Radość właściwie nie zależy od niczego. Jest albo jej nie ma. Jeśli jest, to jedynie dlatego, że wewnętrznie człowiek czuje się połączony z źródłem Życia, Światłości i Miłości. Bez względu na okoliczności może w nim każdego dnia obmywać swoje rany, usamodzielniać się, stawać bardziej sobą, cieszyć życiem i odkrywać piękno duszy.

Upraszczając do niezbędnego minimum, przyjemność zależy od tego, co otrzymujemy, radość jest z tego, kim jesteśmy; przyjemność jest ze świata, radość z Boga; przyjemność nie wpływa na stan radości, radość obywa się bez przyjemności. Kto powyższe zrozumiał w mgnieniu oka poszerzył świadomość o zdolność postrzegania wewnętrznej prawdy i przeniósł się na poziom energii, rezonującej z wiecznym Światłem.

Niestety radość uzależniamy od przeżywanych przyjemności, więc pozbawieni ich jesteśmy smutni. Żeby poczuć radość często za wszelką cenę próbujemy zrealizować zachcianki EGO, czyli JA. Stąd przyjemność (PRZY/JA) jest przyswajaniem tego, co jest przy pożądliwym JA (JA czyni SWYM, co jest PRZY – PRZY/SWYM/JA – PRZYSWAJANIE). Emocjonalnie wszystko jest w porządku i na swoim miejscu dopóki życie dostarcza nam przyjemności. Nie mamy wtedy powodu, aby z nich rezygnować, czy też czuć się winnymi albo zobowiązanymi, co niestety z powodów religijnych często ma miejsce.  

Moraliści, argumentujący z chrześcijańskiego punktu widzenia, najczęściej powołują się na przykład Jezusa z Galilei, który jakoby świadomie odmawiał sobie przyjemności, a ostatecznie wybrał tragiczną śmierć. Ewangelie dostarczają wielu przykładów, obalających ów dość popularny pogląd. Dla ilustracji wystarczy zasygnalizować, że Jezus wraz z uczniami bywał na weselnych ucztach i przyjęciach; poszczącym radził pielęgnację włosów, aby nie było po nich widać smutku i umartwiania, ale radość i żywotność; sam pozwolił kobiecie wylać sobie na głowę olejek, wart roczny dochód robotnika; ubrań zapewne nie miał wielu, ale to, które miał na sobie w dniu ukrzyżowania, było tak cenne, że żołnierze, znający się na wartości łupów, postanowili rzucić o nie losy i nie niszczyć.

Jezus nie uzależnił się od przyjemności, bo gdy było trzeba ograniczał się i ostatecznie zgodził na śmierć. Niemniej nie odmawiał sobie przyjemności, gdy były naturalną konsekwencją życia i codziennych wyborów. Przyjemności stają się więc problemem, gdy niezaspokojone JA chce ich doświadczać wbrew aktualnym okolicznościom i możliwościom. Wtedy – używając metafory – chciwość szeroko rozwiera paszczę i gardło, aby sycić się pokarmem i napojem, należącym do innych. Dlatego przyjemność za cenę krzywdy, kradzieży, siłowego przywłaszczenia, wykorzystania, znieważenia, jest złą emocją. To oczywiście dotyczy również przyjemności seksualnej. Jej skutkiem paradoksalnie jest odrętwienie i znieczulenie, skoro przyjemność kojarzy się z pobudzonymi zmysłami. Doprawdy tak jest tylko za pierwszym razem, w naturalnym, czystym i autentycznym doświadczeniu przyjemności. Gdy staje się wymuszona i kompensacyjna, wówczas jej bodźce się intensyfikują, a zmysły otępiają.

Człowiek, zastępujący radość przyjemnościami, pozostaje nienasycony i smutny. Z biegiem czasu jest coraz bardziej rozgoryczony. Najprawdopodobniej wpierw zgubił duszę. Uległ EGO, które nie zna radości, więc w przyjemnościach upatruje lekarstwa na smutek. Tymczasem przed smutkiem ratuje wewnętrzna radość bycia sobą, w której czyste i prawdziwe JESTEM pokonuje kolejne, codzienne fragmenty życiowej drogi.

Nie czujmy się skrępowani przyjemnym życiem, ani winni przyjemności, jeśli życie skąpi je innym. Z drugiej strony nie dążmy do zaspokojenia za wszelką cenę, żeby poprawić sobie humor i samopoczucie. Jeśli jednak mamy do wyboru np. owoce cierpkie w smaku albo smaczne, z wdzięcznością wybierajmy drugie. Zwłaszcza, gdy są efektem szczerego zaangażowania w pracę. Największą przyjemnością jest bowiem unikanie zła i czynie dobra, ponieważ wtedy mają w niej udział wszyscy ludzie.

Pogoda ducha

Kto wie, czy pogoda ducha nie jest emocją duchowej dojrzałości? Wiele oczywiście zależy od definicji radości i pokoju. Zwłaszcza pokój, powszechnie kojarzony z sercem, jest stanem ponad umysłem, otwarciem na pełnię prawdy i doświadczeniem doskonałej jedności; wykroczeniem poza dualność oraz prawo przyczyny i skutku; zestrojeniem się z wibracjami boskiego Światła.

Pogoda ducha kojarzy się ze spokojem, dobrym nastrojem, może wesołością, choć na pewno nie z wesołkowatością. Gdy poważnie potraktujemy zwrot pogoda ducha, a jestem przekonany, że jak zawsze należy, zrozumiemy, dlaczego lubimy towarzystwo pogodnych ludzi. Ich duch nie jest zasłonięty ciemnymi chmurami zniechęcenia, zjadliwości, złośliwości czy podejrzliwości. Ludzie pogodnego ducha mają w sobie niebo, więc nie załamują się porażkami, a niepowodzenia nie wytrącają ich z równowagi. Ich pogodne nastawienie do życia i ludzi udziela się pozostałym.

Ludzie, którzy odkryli w sobie niebo, są bezchmurni, słoneczni, świecący. Chciałoby się rzec, że są oświeceni. Czy w związku z tym pogoda ducha jest tylko poetycznym zwrotem? Oświecenie nie zmienia warunków egzystencji, ani nie usuwa znad głowy ciemnych chmur. Jest odkryciem w sobie Źródła Światła i doświadczeniem boskości, więc rozwiewa ciemne chmury duszy. Odtąd pomiędzy ciemnością, nawet jeśli zewsząd pojawia się na horyzoncie życia, a stanem ducha nie ma żadnego związku. Jakkolwiek ciemno zrobiłoby się wokół, człowiek pogodnego ducha zachowuje niezmącony pokój i radość. Pozostaje słoneczny, pełen godności i wewnętrznego piękna. Po prostu świeci pozostałym.

W świadomym zarządzaniu energią życia naszym celem powinno być odkrycie nieba w sobie, bo wtedy nasz duch stanie się pogodny. Energia jakiejkolwiek emocji nie może niczym mącić codziennej życzliwości, uśmiechu i dobrego humoru. Pogodę ducha stosunkowo łatwo rozpoznać. Jej świadectwem, pewnym niemal w stu procentach, są spokojne i radosne oczy, wespół z naturalnie uśmiechniętymi ustami.

Oczy pełne namiętności bądź złości nie rokują dobrze. Podobnie uśmiechnięte usta, o ile wokół oczu nie tworzy się słoneczny krąg życzliwości i radości, ponieważ naturalny uśmiech zawsze angażuje dwie grupy mięśni okrężnych, wokół ust i oczu. Wymuszony uśmiech ostrzega przed ciemnymi chmurami, które z wielu powodów mogły duszy zasłonić prawdę. Jednocześnie uśmiech zbyt głęboki, a śmiech donośny, pretensjonalny, arogancki również nie wróży niczego dobrego, oczywiście poza sytuacjami, w których wybuch nagłej wesołości jest usprawiedliwiony i zrozumiały. Najprawdopodobniej jedynie problemy z nie pohamowanym i pożądliwym EGO, które za wszelką cenę chce zwrócić na siebie uwagę.

Pogoda ducha jest emocją jakby ponad emocjami, ponieważ nie ma w niej bezkompromisowego pożądania i zawodzącego cierpienia. Jest energetyczną cechą ludzi wybaczających, pojednanych, akceptujących, przyjmujących wszystko i oczekujących najlepszego, w których nie ma już wojny, namiętności, napięcia i potrzeby władzy. Nie marnują energii na obijanie się o przeciwległe brzegi rzeki życia.

Ludzki duch staje się pogodny, gdy wiarą widziwie, że nie ma Boga poza człowiekiem i szczęścia poza codziennym życiem. Lekki i radosny uśmiecha się do wszystkiego, ponieważ wie, że przeżywa jedynie to, co w danej chwili jest dla niego najlepsze i niezbędne do dalszej drogi. Wewnętrznie rozświetlony Źródłem wiecznego Światła, oświeca swoją codzienność i życie napotykanych ludzi. 

Gdy pojawia się w nas pogodne niebo, życie staje się krystalicznie czyste i zaczyna mienić się refleksami wszystkich kolorów tęczy, będącej znakiem wiecznego przymierza Boga z człowiekiem. Prawo podnoszącej łaski, czułości, delikatności i uśmiechniętej obecności, staje się silniejsze od ziemskiego prawa grawitacji, przyciągającego do nas przemoc, arogancję, nienawiść i cierpienie. Pogoda ducha nie jest emocją przepływu energii życia, ale wznoszenia się ponad nieszczęściem na anielskiej chmurce absolutnego pokoju.