Gniew

Gniew jest nazwą energii, fundamentalnej do przeżycia, a jednocześnie przysparzającej najwięcej trudności, zwłaszcza w środowiskach tradycyjnie chrześcijańskich, które pokoleniami przekazują sobie niewłaściwy wzorzec, jakoby gniew niszczył miłość. Przyczyn, dlaczego tak się dzieje, nie trudno dociec, jednak odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się obraz Jezusa, jako uosobienia anielskiego spokoju, już trudno udzielić.

Na wstępie ustalmy jakiego rodzaju energią mamy się zająć. Jak zwykle radzę przyjrzeć się słowu, a znalazłszy rdzeń, odkryć jego rodzinne związki, aby mieć pojęcie o pierwotnym znaczeniu. W gniewie słychać zatem ten sam rdzeń, który tworzy słowa: gnieść, gniazdo, gnić. Czy razem nie dają do myślenia? Gdy ktoś za bardzo mnie gniecie, czyli przyciska do siebie, wręcz miażdży, zaczynam odczuwać uzasadniony gniew, ponieważ może mnie udusić, zabić. Gdy mu się to uda, zacznę gnić. Całości dopełnia obraz gniazda, czyli domu. Najczęściej pierwszego gniecenia i miażdżenia aż do utraty tchu doświadczamy w domu, czy to jako wyraz przesadnej miłości rodziców, czy też wychowywania, nie znoszącego sprzeciwu.

A zatem gniew rzeczywiście jest energią pierwotną, przynależącą do doświadczenia każdego gniazdownika, czyli kogoś, kto w pierwszej fazie życia był całkowicie uzależniony od opieki rodziców. Co prawda dzięki nim żyjemy, ale jednocześnie w ich gnieździe zaczynamy się dusić. Dlatego próbujemy się bronić, żeby nas nie zmiażdżyli i nie przygnietli, bo przecież nie chcemy gnić. 

Mam nadzieję, że teraz widać, dlaczego w rodzinnych domach bardzo często doświadczamy silnej reakcji rodziców, absolutnie nie godzących się ze sprzeciwem dzieci, chociaż jednocześnie to właśnie fakt uzależnienia od rodzinnego domu i opieki rodziców, jest przyczyną energii gniewu i ją napędza. 

Gniew rodzi się w gnieździe jako skutek gniecenia. Dlatego paradoksalnie jest niezbędny do przeżycia w środowisku, które wydaje się najbardziej sprzyjające życiu i chroniące przed śmiercią. Energia gniewu w istocie jest najbardziej pierwotną energią życia, broniącego się przed śmiercią. Mówiąc inaczej i łagodniej jest energią przeżycia, gdy zagraża niebezpieczeństwo, i dlatego jej źródło znajduje się w ciele mniej więcej w tym samym miejscu, co źródło energii seksualnej. Każdy osobnik chce bowiem przeżyć i dać życie nowemu pokoleniu. W ten sposób życie dba o kontynuację. 

Do myślenia daje fakt, że gniew i seksualność są najbardziej represjonowane w rodzinach i środowiskach religijnych, o charakterze tradycyjnie patriarchalnym. Nie czas na wyczerpujący opis przyczyny, tak czy inaczej widać wyraźnie, że energia gniewu, chociaż bardzo dobra i niezbędna, z jakichś powodów poddana jest opresji. Skutki są opłakane, ponieważ stłumiony gniew, czyli jakby zamrożona w ciele energia życia, prędzej czy później musi znaleźć ujście i nagromadzona w nadmiarze albo niszczy wewnętrzne organy, w których ją upychamy, czyli pod pępkiem, skąd pochodzi, albo rujnuje relacje i związki.

Dlaczego gniew ma tak złą reputację? Z oczywistego powodu. Represjonowana energia życia, chce się uwolnić, podobnie jak energia seksualna. Gdy jej potencjał jest na tyle duży, że dłużej nie można utrzymywać go pod kontrolą, wybucha i dobra energia gniewu staje się niszczycielską energią wściekłości. W rzeczywistości nie gniew jest niebezpieczny, ale wściekłość. Tylko, że większość z nas z jakichś powodów społecznych, duchowych, może wciąż także religijnych, próbuje energię gniewu pacyfikować w sobie, i w efekcie co jakiś czas doświadcza negatywnych skutków wściekłości, czyli tłumionego gniewu. Sądzą wtedy, że gniew jest złą energią i koło zaczyna toczyć się kolejnym tłumieniem a potem kolejnym wybuchem, aż ostatecznie na powierzchni pojawia się śmierć.

W codziennym języku używamy jeszcze jednego słowa, które w moim przekonaniu tłumaczy różnicę pomiędzy gniewem a wściekłością. Jest nim agresja. Pojęcie ma rodowód łaciński i podpowiada, że bycie agresywnym jest pozytywną zdolnością, ponieważ sugeruje zdolność zbliżania się do granicy i pilnowania swojej własności, czyli prawa do życia, a szczegółowiej prawa do godności, szacunku i wolności. Musimy stać na granicy, żeby w osobistą przestrzeń nie wpuszczać złych ludzi, którzy chcą nas zniewolić, aby korzystać z naszej energii emocjonalnej czy finansowej.

Energia gniewu, czyli inaczej agresji, służy więc do regulowania relacji, a mówiąc bardziej obrazowo do regulowania odległości pomiędzy nami. Dzięki niej sam decyduję, kto może być blisko mnie a kto musi trzymać się z dala. Ostatecznie decyduję też kogo wpuszczam w swoją przestrzeń.

Człowiek zagniewany stoi na granicy – mam nadzieję, że ten obraz przemawia do wyobraźni i ułatwia akceptację energii gniewu. Agresji nie wolno jednak mylić z byciem agresorem. Agresor jest złym człowiekiem, ponieważ podnosi rękę na cudzą własność, więc wpierw musi przekroczyć granicę. Agresor zawsze krzywdzi; człowiek agresywny, czyli broniący swego, nigdy. Agresor żyje energią innych, człowiek agresywny swoją, ponieważ nauczył się asertywnego budowania relacji. Gdy trzeba sprzeciwia się, ale gdy chce, potrafi dać, a nawet ofiarować się. Ważne jest to, że sam o tym decyduje, a nie zostaje mu to zabrane siłą przez złych agresorów.

W ten sposób doszliśmy do najważniejszej myśli, a mianowicie, że gniew wcale nie niszczy miłości, a wręcz przeciwnie, że miłość bez gniewu najzwyczajniej w świecie jest niemożliwa. Aby wytłumaczyć dlaczego, posłużę się kolejnym obrazem.  Miłość kojarzy się z obejmowaniem, wtulaniem się, czynieniem z dwojga jednego. Jest zatem oczywiste, że miłości są potrzebne ręce. Tymczasem źle interpretowana energia gniewu uniemożliwia wielu spośród nas stanie na granicy własnej wolności i godności. Ponieważ co jakiś czas wybuchają, próbując ją ujarzmić i zapanować nad nią, stoją daleko od granicy, na tyle bezpiecznie, żeby nie obawiać się konfrontacji. Pół biedy, gdy tylko jedna z osób, obdarzających się miłością, stoi z dala, a druga potrafi zająć miejsce na granicy. Jest jeszcze cień szansy, że chociaż się dotkną. Ale co się dzieje, gdy obie strony stoją z dala od granicy, ponieważ boją się konfrontacji? Owszem, są od siebie na tyle daleko, żeby rękami nie sięgnąć przeciwnika w walce, gdy energia gniewu staje się energią wściekłości, ale czy te ręce w innych sytuacjach i relacjach cudownie się wydłużają? No nie. Zatem najzwyczajniej w świecie nie potrafią się obejmować, wtulać w siebie i z dwojga czynić jedno.

Miłość jest niemożliwa, jeśli energia gniewu, czyli agresji, a więc zdolność do asertywnego kształtowania relacji, jest głęboko zamrożona. Mówiąc wprost ludzie, bojący się gniewu, nie potrafią kochać. Poznać ich po półuśmiechu; po wymuszonym, zawsze takim samym, przyklejonym do twarzy tak zwanym bananie. Co prawda mają wysokie standardy moralne, ale niestety nieprawdziwe.

Unikając krzywdzenia innych, sami siebie krzywdzą najbardziej, ponieważ nie doświadczają miłości, która polega na wzajemnej wymianie. Tylko ludzie spleceni ze sobą i obejmujący się, jednak w każdej chwili gotowi na konfrontację, potrafią uzgodnić między sobą warunki, na jakich jedna strona wpuszcza drugą w swoją przestrzeń i z jakich dobrodziejstw wolności wzajemnie rezygnują, aby móc się połączyć.

Energia agresji, czyli stawanie na granicy, jest nam potrzebna, jak tlen organizmowi. Tylko ona rozprowadza miłość w najdalsze zakątki duszy. To też tłumaczy, dlaczego cieniem namiętnej i delikatnej seksualności jest gwałtowność, czasem posunięta nawet do niespodziewanie przyjemnych doznań bólu, które poza tym są przykre i krzywdzące.

Duchowo rozwinięty człowiek potrafi korzystać z energii gniewu, nie bojąc się poddać jej działaniu. Praca z nią nie polega na uleganiu jej, co praktycznie oznacza całkowite utożsamienie się z nią. Coś takiego zawsze kończy się osamotnieniem, ponieważ boimy się ludzi, których nie jesteśmy pewni, czy będą mili, czy wybuchną. Również całkowita represja gniewu niczemu dobremu nie służy, ponieważ kończy się chorobami.

Codzienna praca z gniewem jest umiejętnym wyrażaniem własnego zdania i  asertywnym kształtowaniem relacji. Sprzeciwianie się i bezpośrednie mówienie prawdy o tym, że jest się złym, bez krzyku i bicia po twarzy, jest dobrym korzystaniem z energii gniewu. Warto ćwiczyć się w byciu zagniewanym, ponieważ w ten sposób można uniknąć stanu wściekłości.

Nie bójmy się gniewu, bo jest energią życia, która pomaga nam wyrażać siebie, realizować powołanie, pasje i marzenia. Dzięki tej energii często niepostrzeżenie stajemy się zdolni do przeżycia prawdziwej miłości. 

Transformacja emocji

Moja metoda na osiąganie oświecenia, czyli przechodzenie z nieświadomości do świadomości, nie jest męcząca ani czasochłonna. Nie musisz dużo ćwiczyć ani stawać się mistrzem duchowości. Jest prosta, jak coroczna przemiana przyrody z lata w zimę i na powrót ku latu. Jeśli masz zamiar nauczyć się jej, musisz mi zaufać, że początkiem nowego życia nie są cuda wianki, ponadprzeciętne wysiłki i nadprzyrodzone zdolności.

Początkiem jest nowy sposób myślenia. Musisz po prostu zmienić swoje przekonania dotyczące życia; tego, co jest dla Ciebie dobre albo złe; wreszcie samego siebie i swojego miejsca w świecie. To oczywiście oznacza, że przejmujesz kontrolę nad swoim umysłem, aby nie produkował wciąż starych, wzorcowych myśli, więc jeśli tylko chcesz możesz się do tego zabrać z pomocą medytacji albo innej praktyki. I jeśli na początku będzie Ci to pomagało, rób to, ale uważaj, abyś z dyscypliny nie uczynił boga a drogę do celu, czyli metodę, nie pomylił z celem. Gdy więc zaczniesz odczuwać, że umysł już Tobą nie rządzi, ale Ty nim, wtedy popuszczaj jarzmo dyscypliny, a metodę praktykuj jedynie jako podtrzymywanie kondycji.

Najważniejsze są bowiem nowe myśli, czyli takie, które Ci służą, podtrzymując Twoje życie w zdrowiu, i wypełniając Cię miłością, która niczego nie potrzebuje, ale wszystko może dawać.

W codziennej praktyce to oznacza, że dzięki nowemu myśleniu Ty i tylko Ty, i nikt inny, ani tym bardziej żaden podręczny zestaw wartości, nie decyduje o tym, w jaki sposób przeżywasz kolejne dni i noce. Mając nowy warsztat mentalny sam decydujesz o tym, co sądzisz o kolejnym doświadczeniu i w jaki sposób możesz je wykorzystać w duchowym rozwoju. Energia emocji przestaje płynąć poza Twoją kontrolą, najczęściej Ci szkodząc. Odtąd jest przewidywalna a Ty świadomie zarządzasz jej potencjałem. Świat przestaje być źródłem stresu, a  życie spokojnie płynie.

Dlatego zapamiętaj, co Ci proponuję. Oświecenie polega na tym, że dzięki nowym myślom do swej podświadomości wysyłasz świadomie zupełnie nowe impulsy, dyrektywy, zarządzenia. Większość ludzi (terapeutów niestety też) sądzi, że podświadomość należy wyczyścić różnymi metodami duchowymi albo psychicznymi, aby nie zatruwała świadomości. Nie słuchaj ich, bo nigdy nie wyjdziesz z ich gabinetów, a pieniędzy wciąż będziesz mieć za mało, żeby skorzystać z nowej technologii.  

Nie daj się na to złapać. Po prostu zmień przekonania! Nowymi myślami świadomie przejmij kontrolę nad podświadomością. Doświadczysz uzdrowienia i  wybawienia.

Uważasz, że to jest trudne? W pewnym sensie tak, ale tylko na początku. W istocie to jest najłatwiejsza i najszybsza metoda. Pierwszym krokiem jest zmiana przekonań. Drugim krokiem, dzięki nowym myślom, jest świadome przeżywanie emocji, dzięki czemu uczysz się zarządzać energią zmian.

Na moim blogu przeczytaj o tym, w jaki sposób pracować z emocjami. Jak nadawać im nową wartość i wykorzystywać ich energię. Przykłady znajdziesz w tekstach, poświęconych antypatii, bezsilności, chciwości, dumie, euforii. Kolejnych się spodziewaj.

Zdaję sobie sprawę z tego, że przynajmniej na początku może to stanowić wyzwanie i problem, żeby tak po prostu energię emocji, powszechnie uznanej za złą, zacząć wykorzystywać dla własnego rozwoju, więc proponuję metodę pośrednią. Ale proszę, stosuj ją tylko na początku. Nie uzależniaj się od niej, zresztą jak od wszystkiego. Ma Ci ułatwić naukę przebiegunowania energii emocji i wykorzystywania ich całego potencjału. Dzięki niej łatwiej nauczysz się trafiać w środek, więc mniej sił i czasu stracisz na odbijanie się od brzegów.

Wyobraź sobie, że wszystkie emocje można jakoś wpakować w klepsydrę. Te powszechnie uznane za negatywne do części dolnej, zaś powszechnie uznane za pozytywne do części górnej. Na samym dnie klepsydry znajdziesz zatem lęk, rozpacz, bezsilność. Trochę ponad nimi poczucie zagrożenia albo poczucie winy. Znowu trochę wyżej brak poczucia bezpieczeństwa, a jeszcze wyżej zazdrość. I tak można dojść do środka klepsydry, gdzie spotkasz się ze zwątpieniem, nad nim z rozczarowaniem, a wyżej frustracją, potem znudzeniem, może jeszcze pesymizmem i nagle nad nim zobaczysz, tam gdzie klepsydra zaczyna się rozszerzać, zadowolenie. I teraz widzisz jak ku górze pojawiają się coraz piękniejsze emocje. Aż na samej górze trafiasz na poczucie mocy, potem na radość, zaufanie i wreszcie na miłość.

Co z tego wynika? Jeśli na początku nie potrafisz tak po prostu transformować lęku w miłość, możesz z dołu do góry wejść stopniowo. W ten sposób jakby oszukasz swój umysł, który będzie stale podpowiadał, że są uzasadnione powody do lęku, dlatego nie możesz ufać, a więc w efekcie także kochać. A przecież, o ile pamiętasz, chodzi o to, abyś zaczął inaczej myśleć, a po jakimś czasie nowy wzorce stworzą w umyśle nowe synapsy i wszystko pójdzie już łatwo.

Zatem uczymy się oszukiwania własnego umysłu. To dopiero jest zabawa!!!

Załóżmy, że wpadłeś w depresję i czujesz wielki żal do życia, wręcz boisz się, że śmierć już ostrzy swoje narzędzie? Co możesz zrobić? Skoro nie potrafisz tak od razu zaufać życiu, jedyne co możesz zrobić, to pokonać jeden albo dwa stopnie w górę i zacząć się wściekać. Tak właśnie, wściekłość na życie jest dobrą metodą, aby wyjść z lęku, rozpaczy, poczucia winy albo bezsilności. Kto nie potrafi albo nie chce się wściekać na życie, temu wszystko stało się obojętne i do tańca zaprosił Kochankę Śmierć. Jednak do wściekniętego ona nie podejdzie. Boi się energii życia, która wreszcie zaczęła płynąć ku górze.

Rozumiesz na czy polega zabawa? Jest łatwa. Energia zemsty uwolni Cię od energii wściekłości. Złość z kolei uwolni Cię energii zemsty. Oskarżanie uwalnia od złości. Emocjonalne uwikłanie uwalnia od oskarżania. Irytacja uwalnia od emocjonalnego uwikłania. Pesymizm uwalnia od irytacji. Pozytywne oczekiwania uwalniają od pesymizmu. Od oczekiwań uwalnia nadzieja, a od niej uwalnia zaufanie, żeby wreszcie na końcu pojawiła się miłość.

Proszę, świadomie zarządzaj energią swoich emocji. Niech podświadomość dłużej Tobą nie rządzi. Jeśli to, co opisałem, pomoże Ci, rób to jakiś czas. Transformuj emocje i bądź wolny.

Euforia

Znamy liczne pojęcia, zbudowane ze słowa „eu” (z greckiego dobrze, pomyślnie), których się boimy. Dla przykładu eutanazja albo eugenika budzągrozę. Niektóre wydają się obojętne, takie jak eufemistyczny. Bywają inne, które śmieszą, chociaż nie wiadomo dlaczego? Na przykład eunuch. Wreszcie inne kojarzymy wyłącznie pozytywnie, chociaż nie bardzo wiemy co oznaczają. Do takich należy eucharystia. Niektóre sugerują, że jesteśmy naiwni, bo cóż innego może oznaczać eudajmonia, czyli szczęście, rozumiane jako posiadanie najwyższych dóbr. Za eukaliptusem kryje się nie tylko drzewo, ale też lekarstwo, ale co począć z euforią?

„Eu” połączone z „phero” (z greckiego w zależności od odmiany i kontekstu przynieść, unieść, zjednać sobie, trzymać się) kojarzymy z energią, której doświadczamy rzadko i życzylibyśmy sobie, aby płynęła przez nas każdego dnia.  Euforia może oznaczać, że dobrze się trzymamy; że czujemy się świetnie, ponieważ życie przyniosło nam wiele dobra; a może unieśliśmy jakiś ciężar, zwyciężyliśmy i dlatego czujemy się uskrzydleni.

Pozornie euforia mogłaby zatem stanowić wyłącznie dobry rodzaj życiowej energii, w której nie ma niebezpieczeństwa. Mimo wszystko powinniśmy być czujni i uważni, aby nie uderzyć w jakiś brzeg życia, w wyniku czego zrujnujemy duchowy rozwój i odbijemy w przeciwny brzeg. Po czym dopiero doświadczymy negatywnej strony euforii. Może zatem należałoby, zanim stanie się nieszczęście, przyjrzeć się jej uważnie i nauczyć się korzystać z jej energii, aby móc spokojnie płynąć ku celowi życia?

Gdy nie ma bodźca, nie pojawia się cierpienie. Bodziec jest właśnie po to, aby bóść, czyli ranić. Dzięki niemu wiemy, że niepotrzebnie coś drażniliśmy. Gdy działa bodziec, życie zaczyna boleć. Poszukajmy zatem spokojnie tego, co w euforii pełni rolę bodźca. 

Czy ktoś, kogo dopadła euforia, nie drażni wesołością, często graniczącą z brakiem smaku i wyczuciem chwili? Wesołość bez umiaru w sytuacjach, wymagających powagi, dostojeństwa, godności, a może po prostu kultury osobistej, nie jest śmieszna. Staje się wesołkowatością, a człowiek pajacem. Widać więc już pierwsze zagrożenie. Jednak szukajmy dalej.

Euforia na pewno jest energią wyjątkowo dobrego nastroju. Dzięki niej można poczuć się lżej, radośniej. Ma w sobie coś z zadowolenia sobą i życiem. Pojawia się jako skutek radzenia sobie w życiu, a skoro sobie radzę, więc mogę być radosny. Wątpliwości powinny pojawić się wówczas, gdy nie potrafię powstrzymać przesadnego śmiechu. Śmiejąc się bez przerwy, z wszystkiego i pomimo wszystko, zachowuję się, jakbym zażył opiaty. Naturalne co prawda wywołuje euforia, ale czy na pewno o to chodzi, abym się czuł jak na haju?

W euforię popaść można z wielu różnych powodów. Można ją odczuwać zwłaszcza wtedy, gdy dzieją się szczególnie upragnione sytuacje, na przykład nagły przypływ dużej gotówki, potrzebnej do budowy domu; od lat wyczekiwany  awans zawodowy albo społeczny; urodzenie dziecka albo oświadczyny. Euforia rozwija się zatem w określonych sytuacjach, gdy osiągamy jakiś wymarzony cel.

Jednak do myślenia musi dać fakt, że medycynie znana jest tzw. euforia biegacza albo euforia wysokościowa. To znaczy, że może rozwinąć się na skutek długotrwałego wysiłku fizycznego albo podczas przebywania w rozrzedzonym powietrzu, w którym maleje ilość tlenu i zmienia się ciśnienie. W pierwszym z wymienionych przypadków, w sytuacji, kiedy wysiłek trwa wystarczająco długo, organizm przechodzi z tlenowych przemian metabolicznych na procesy beztlenowe. Skutkiem takiej sytuacji jest wydzielanie specyficznych substancji, które wywołują euforię. Podobnie dzieje się, gdy zmniejszają się dostawy tlenu do organizmu.

Powoli wyłania się prawdziwy obraz energii euforii, z natury dobrej i potrzebnej, ale niosącej z sobą także zagrożenia dla życia. Gdy zbyt długo i niezmordowanie chcemy być pierwsi albo zająć najwyższe miejsce w hierarchii, wkładając w to wszystkie swoje siły, w efekcie poczujemy euforię, ale jej pojawienie się musi być sygnałem, że należy zapytać o sens tego wysiłku.  Czy rzeczywiście był potrzebny do osiągnięcia celu, ku któremu powinna nas prowadzić droga osobistego rozwoju duchowego?

Czy szukanie bodźców w tak zwanych sportach ekstremalnych albo podróżowaniu z zagrożeniem życia, wreszcie lekceważeniu sygnałów zdrowotnych, wysyłanych przez organizm, gdy realizujemy zawodowe cele bez względu na cenę, jest prawdziwym wędrowaniem przez życie i podążaniem ścieżką duchowego rozwoju, czy może odwrotnie, jest zastrzykiem endorfin, które mają  zagłuszać krzyk samotnej i smutnej duszy?

Euforia oczywiście może pojawić się nagle, jako skutek niespodziewanego daru życia. Jeśli jednak jest efektem tresury organizmu i zdobywania celów, które niczemu i nikomu nie służą, poza ucieczką przed prawdą o sobie samym, prędzej czy później dojdzie do całkowitego załamania życia i pojawią się choroby. Doprawdy nie jest to nic takiego, co byłoby nieznane medycynie. Zdarzają się bowiem sytuacje, gdy euforia pojawia się u ludzi wyjątkowo schorowanych bądź zmagających się z wieloma problemami jako skutek stresu i metabolizmu beztlenowego.

Gdy czujesz się beztroski i wolny, mając w sobie zadowolenie, które nie przypomina nagłego uderzenia endorfin, bądź pewien, że euforia rzeczywiście służy Twemu życiu. Jej energia jest wówczas nurtem życia, któremu pozwalasz się unosić bez szczególnego narażania się na bodźce, wieszczące zbliżające się cierpienie.  Dbaj o dobry nastrój, radząc sobie w życiu, trzymając się prosto i godnie niosąc ciężary codzienności. Czuj się, jakbyś był zwycięzcą w biegu życia a w dorobku miał zdobycie korony świata, uważając przy tym, abyś wesołości nie zawdzięczał ekstremalnemu wysiłkowi, bo on zawsze pojawia się na powierzchni życiowego doświadczenia jako skutek działania strachu pod powierzchnią, czyli w Twoim sercu.

Duma z siebie

Bywają chwile, że czujemy w sobie wzbierającą falę energii, wypełniającą piersi. Stajemy się wtedy lżejsi, prostujemy się, podnosimy głowy, chce nam się żyć. To odczucie sygnalizuje, że rozpiera nas duma. Jej energia unosi ponad ziemię i być może dlatego wielu z nas słyszy wówczas słowa: Tylko nie odleć.

Pozornie są nam przychylne, niestety ich intencja często zatruta jest zazdrością. Gdy chce nam się latać, ich autorzy dosłownie sprowadzają nas na ziemię, nie cierpiąc lekkości i radości, wypełniającej nasze serca. Jeśli w ten sposób zwracają się do nas przypadkowi ludzie czy współpracownicy, mamy jeszcze szansę to jakoś zracjonalizować i przejść nad tym do porządku dziennego. Ale co się dzieje, gdy wypowiadają je przyjaciele, a co gorsza rodzice?

Wtedy otrzymujemy jasny komunikat, że duma jest zła i niebezpieczna; zagraża naszemu życiu i może sprowadzić nas na złą drogę. Gdy przed dumą ostrzegają osoby, kojarzone przez nas z miłością i troską, zaczynamy się jej wstydzić i wypieramy ją. Energia, której celem jest podniesienie i wyprostowanie człowieka przez dodanie mu skrzydeł, zostaje skompresowana, zapakowana w pudełko z napisem ładunek niebezpieczny i schowana w podświadomości.

Tymczasem duma jest bardzo dobrą, życiową energią, której zawdzięczamy twórczość, satysfakcję i poczucie życiowego sensu. Prawdziwym problemem człowieka nie jest duma, ale energia pozornie bliskiej jej emocji, choć w rzeczywistości są sobie przeciwne, a mianowicie pychy. Ponieważ wielu z nas nie potrafi rozpoznać różnicy między nimi, więc dumę kwalifikuje jako złą emocję i każe z nią walczyć. Często są to rodzice, z troską myślący o przyszłości swoich dzieci. Bojąc się, że pycha złamie im życie i zniszczy kariery, różnymi metodami wychowawczymi oduczają je odczuwania jej energii i korzystania z niej. Szkoda, bo dosłownie wylewają dziecko z kąpielą, nie dostrzegając zasadniczej różnicy pomiędzy dumą a pychą. W efekcie wielu z nas posiada cudowne zdolności, tworzy piękne dzieła, napełnia świat dobrem, ale nie czujemy dumy z siebie i dlatego jesteśmy wypaleni i zawiedzeni życiem.

Co więc z energią dumy? Aby lepiej zrozumieć jej pozytywne działanie i znaczenie, porównamy ją z energią pychy. Co prawda są dwiema różnymi emocjami, jednak ich działanie jest do tego stopni podobne, że bywa mylone. Kto posiadł wiedzę o różnicy między nimi, jest mędrcem, oddzielającym piasek od maku.

Słowo duma uważnemu znawcy j. polskiego swój potencjał objawi natychmiast, jeśli ten oderwie się od stereotypowych wyobrażeń o niej. Bo czymże jest duma, jeśli nie dymem? To jest przecież to samo słowo, tyle tylko, że  różnie wokalizowane. Samogłoski służą wymowie, więc można je zamieniać, podczas gdy znaczenie słowa przechowują spółgłoski. Kto więc odczuwa dumę, jest jak dym, unoszący się prosto do góry, a w duchowym sensie do nieba.

Jak dym unosi się ponad ziemię, tak duma czyni nas lekkimi i przenosi w inny wymiar. Energia dumy czyni nas lżejszymi. Osiągamy wówczas niebo, czyli nadajemy sens naszemu życiu. Jakbyśmy z ziemi szli prosto do nieba.  Duma oznacza, że jesteśmy na życiowym szlaku, a idąc nim trafiamy w cel, odnalezienie którego zabiera nam wiele lat i sił, nie wspominając tych, którym nigdy nie udaje się ta sztuka.

Gdybyśmy rzeczywiście mieli odczuwać zażenowanie bądź wstyd z powodu dumy, wówczas powinniśmy też być nieszczęśliwi, niespełnieni, nie trafiający w cel swojej egzystencji, czyli żyjący bez sensu. Na szczęście tak nie jest i powinniśmy z radością podtrzymywać dumę, czyli dym, unoszący się ku górze w wyniku procesu spalania. I to właśnie ten proces rozstrzyga o różnicy pomiędzy dumą a pychą.

Dym jest efektem spalania, jakby dzieckiem ognia, dlatego duma jest wypadkową życia w ogniu, czyli życia z pasją. Kto mianowicie odnalazł samego siebie, a zwłaszcza swoją niepowtarzalną istotę, indywidualne Ja Jestem, czyli kod duszy, ślad pozostawiany przez jaźń w oceanie świadomości, ten swojemu życiu nadaje sens byciem nie dla siebie, ale dla wszystkiego i wszystkich. Nie liczy kalorii, zużytych do ogrzewania świata; nie magazynuje fotonów dla siebie, ale oświeca wszystko wokół; nie próbuje oszczędzać zdrowia, aby pożyć kilka lat dużej, ale z pasją wykorzystuje cały potencjał, ciesząc się nim i będąc źródłem radości dla innych.

O takim człowieku można powiedzieć, że się spala, ponieważ wie, co spalać. Nie boi się też skutków. Duma rozpiera jego piersi, ponieważ płonie i zamienia się w energią świetlną i cieplną, której potrzebuje świat. Energia dumy jest więc sygnałem, przekonującym nas o naszej wartości, podczas gdy energia pychy informuje, że dotąd nie odkryliśmy w sobie niczego wartościowego, co nadawałoby się do spalania. Nie odnaleźliśmy żadnego paliwa nie dlatego, że go nie mamy, ale ponieważ dotąd nie szukaliśmy.

Zamiast wchodzić w siebie i szukać niepowtarzalnego Ja Jestem, w którym odnaleźlibyśmy talenty, których nie posiada nikt poza nami, i cudowne umiejętności, wyróżniające nas w tłumie podobnych nam istot, egoistycznie próbowaliśmy być jak inni, mieć to samo i wyglądać na podobieństwo. A to zawsze jest tylko prymitywną próbą kradzieży cudzej indywidualności i przywłaszczenia sobie nie naszego piękna, ze stratą dla samych siebie.

Jak duma jest dymem, czyli wznoszącym się ku niebu ciepłem miłości, będącej energią życia, tak pycha jest zimnym, wyrafinowanym i perfidnym wywyższaniem się ponad innych. W pysze nie ma energii miłości, więc praktycznie musi przejawiać się pomniejszeniem innych, pozbawianiem ich godności oraz piękna, bo inaczej po prostu nie mogłaby się zamanifestować. Pycha wije się nad ziemią, jak wąż, który kusi do życia kosztem innych. Nie powinno dziwić, że pyszni ludzie, co prawda perfidnie skuteczni, w istocie są zimni, wręcz śliscy, jakby wyszli z ciemnej otchłani.

Pyszni ludzie drażnią swoją perfidią, hipokryzją i wyniosłością, którą maskują wewnętrzny chłód i głód miłości. Ponieważ nie potrafią kochać samych siebie, żyją też kosztem innych. Miłość przez nich nie płynie, bo nic się nie spala. W efekcie nie ma ani ciepła, przy którym można się ogrzać, ani światła, które oświecałoby drogę.

Wobec tego, gdy czujesz dumę, ciesz się i skacz z radości, bo Twoje życie ma sens. Trafiasz w cel, do którego przeznaczyło Cię życie i miłość. Nie masz się czego wstydzić i możesz żyć z podniesioną głową, jedząc swój chleb i przyozdabiając się własnym pięknem.

Pychy się wystrzegaj. Jeśli poczujesz jej energię, wiedz, że straciłeś kontakt z samym sobą i zszedłeś z właściwej drogi życia. Inni odwrócą się od Ciebie, ponieważ będą się bać Twej śliskości, a Ty sam prędzej czy później zaczniesz sobą gardzić.

Wybór należy do Ciebie. Wybierasz ogień czy wodę, ciepło czy zimno, światło czy ciemność, sens czy bezsens?

Emocje – skorupy

Bywa, że podczas świadomej pracy z emocjami, pomimo szczerego pragnienia i czystych intencji, czujemy, że utknęliśmy w martwym punkcie. Trafiliśmy w jakąś emocję i czujemy jej energię, ale nie potrafimy dokładnie zlokalizować czasu i rodzaju doświadczenia, z powodu którego pojawiła się w naszym życiu pierwszy raz. Nic, co przychodzi nam do pamięci, nie pasuje do rodzaju energetycznego przekazu tej emocji. Wówczas warto zapytać, czy emocja, blokująca nam dostęp do pamięci, na pewno jest tą, z powodu której straciliśmy zdrowie, dobrą relację z kimś albo nie układa nam się w karierze zawodowej? Może pod nią jest coś jeszcze?

Nie wszystkie emocje wypływają z konkretnego życiowego doświadczenia, które chcemy odnaleźć. Bywa, że celowo, o czym nie pamiętamy albo w ogóle tego sobie nigdy nie uświadomiliśmy, jedną emocję ukryliśmy pod skorupą innej. Dlatego, gdy czujemy, że w rozwoju świadomości utknęliśmy w martwym punkcie, powinniśmy zastanowić się nad tym, czy nie trafiliśmy na emocję, która niczym twarda skorupa broni nam dostępu do emocji, której w rzeczywistości szukamy?

Jak skorupa nasienia ukrywa jądro, z którego rodzi się życie, tak jedna emocja ukrywa drugą. Dzięki skorupie jądro przeżywa nietknięte w niesprzyjających warunkach, jednak bywa, że skorupa jest tak twarda, że nasienie nigdy nie wydaje owocu i po jakimś czasie umiera. Tymczasem skorupa musi pęknąć i do środka wpuścić wodę, aby jądro ożywiło się i stało początkiem nowego życia. Skorupa, która nie chce pęknąć i wpuścić nas w głąb, to naturalny mechanizm ciała emocjonalnego, które boi się kolejnych zranień a w na końcu śmierci.

Dlatego pamiętajmy, że często, a nawet częściej niż myślimy, nie tylko w nas, ale u wszystkich ludzi, agresja bywa skorupą, pod którą ukrywa się lęk; nienawiść z kolei ukrywa zranienia; desperacja zakrywa rozpacz; otępienie jest skorupą dla szoku albo życiowej dezorientacji. Naprawdę warto świadomie pracować z emocjami, aby ożywiać duszę, zastanawiając się, czy przygnębieniem nie ukrywamy złości a poczuciem winy nie ukrywamy pragnienia bycia szczęśliwymi? Przykładów takiego przykrycia jest mnóstwo. 

Uświadomienie sobie tego mechanizmu obronnego uzdalnia nas do wytrwałego szukania jądra pod skorupą, czyli tej emocji, która decyduje o aktualnej sytuacji życiowej. Jeśli bowiem świadomie bądź nieświadomie postrzegamy jakieś uczucie jako złe, w naturalny sposób próbujemy go unikać. Taką funkcję, zabezpieczającą, pełni emocja – skorupa, czyli uczucie towarzyszące odczuwaniu emocji właściwej. Jeśli jej nie przebijemy, nigdy nie ożyjemy. Niekiedy niestety możemy w nieskończoność mocować się z emocją – skorupą i niczego nie osiągać. W efekcie, chociaż pragniemy rozwoju świadomości i życiowego doświadczenia, jesteśmy coraz mniej żywi.

Emocja – skorupa jest więc produktem ubocznym traumy, którą przeżyliśmy w chwilach, gdy odmawiano nam prawa do emocji właściwej, czyli emocji – jądra. Dla przykładu, gdy w dzieciństwie okazywałeś niepokój, rodzice zapewne w dobrej wierze, zamiast towarzyszyć Ci w emocji i wraz Tobą ją przeżyć, motywowali Cię do spokoju, mówiąc, że za bardzo się boisz; że jesteś wystraszony; że nie masz się czego bać. W efekcie po pierwsze prawdopodobnie za bardzo w życiu ryzykujesz, ponieważ oduczyłeś się słuchać instynktownych podpowiedzi ciała, które emocją strachu komunikuje o zagrożeniu, a po drugie otrzymałeś informację, że z Tobą coś jest nie tak, skoro się boisz, a emocji powinieneś się wstydzić.

Gdy więc już jako dorosły odczuwasz wstyd, zastanów się, czy pod skorupą wstydu nie ukryłeś strachu?

Gdy masz silny odruch wdrażania strategii emocjonalnej, polegającej na sięganiu po alkohol, czytaniu, ćwiczeniach, jedzeniu, zażywani narkotyków, szukaniu za wszelką cenę zajęć, które mają rozproszyć Twą uwagę, obsesyjnym spisywaniu pozytywnych myśli i koncentrowaniu się na walce z negatywnymi myślami, zastanów się, czy po prostu nie próbujesz się uwolnić od emocji, które uważasz za złe?

Tymczasem nie ma złych emocji! Są tylko złe metody radzenia sobie z życiowymi doświadczeniami i ukrywanie emocji – jądra pod emocją – skorupą. Jednak pamiętaj, że pod skorupą czeka na Ciebie prawdziwe życie!

Życie jest pięknym wydarzeniem

 

Wydaje Ci się, że przeszłość bezpowrotnie minęła a skoro przyszłość jest wielkim znakiem zapytania, czujesz się niepewnie? Ne masz zaufania do życia, które szybko mija i nie daje poczucia stabilizacji i sprawczości? Boisz się, że konsekwencje przeszłych wydarzeń, spotkań, reakcji i relacji, wyborów i działań bezpowrotnie zrujnowały Twoje życie i dlatego myśląc o tym, co może się jeszcze zdarzyć, raczej odczuwasz lęk, zwątpienie i brak nadziei, zamiast zaufanie, miłość i nadzieję?

Mam dla Ciebie dobra wiadomość! Należysz do kolejnego pokolenia, które w zracjonalizowanym, materialistycznym świecie, wychowane na fizyce mechanistycznej, uważa, że czas jest wektorem zwróconym od tego, co było, ku temu, co będzie, i dlatego niczego nie da się naprawić, zmienić i nad niczym zapanować. Ale jednocześnie należysz do pierwszego pokolenia, które ma szansę poszerzyć swoją świadomość i wyjść na wolność z pułapki czasowego determinizmu.

Czas naprawdę nie jest tym, czym uważasz, że jest.

W linearnej wizji czasu każda akcja wywołuje reakcję, co oznaczałoby, że zdarzenia z Twej przeszłości wprawiły w ruch bezlitosną maszynę przepływu kolejnych konsekwencji. W ten sposób traktujesz na przykład wybór szkoły, zawodu, kłótni, „rodzinnej wojny”, diety czy sposobu życia. Potworem linearnej wizji czasu jest determinizm, czyli jakby uzasadniona przyszła konsekwencja przeszłości. Ponieważ w Twoim rozumieniu przeszłość ma charakter nieodwracalny, wydaje Ci się, ze masz wpływ jedynie na efekty.

Jednak to jest nieprawda!

Już w bardzo starych księgach, które często uzyskały rangę tekstów religijnych, uważnemu czytelnikowi do myślenia musi dawać zgoła inna koncepcja czasu. Tak jest też na przykład w Starym Testamencie, w którym czas nie jest rozwijająca się linią, ale sekwencją zdarzeń, które następują jedne po drugich w zależności od ludzkich wyborów. Ich kolejność nie jest konsekwencją wynikania, ale decydowania i przeżywania.

Co to oznacza w praktyce?

To mianowicie, że w każdej chwili życia mamy dostęp do dowolnych wydarzeń z tak zwanej przeszłości. Dlaczego tak zwanej? Bo chociaż trudno w to uwierzyć czas nie jest linearnym przepływem energii ani zdeterminowaną manifestacją kolejnych form życia, ale wydarzeniem, którego autorem jesteś Ty. Tworzysz swoje wydarzenie decyzjami, których źródłem są Twoje myśli i emocje. W tej samej chwili masz dostęp do wszystkich zasobów życia i jedynym ograniczeniem przy kształtowaniu swego wydarzenia są Twoje ograniczenia, powstałe jako efekt lęków albo przekonań.

Kiedy doświadczysz, że czas jest iluzją, a na rzeczywistość składają się tylko te komponenty, które dostrzegasz, granica między wyobraźnią a wydarzeniem ulegnie zatarciu. Racjonalny umysł będzie Ci co prawda wciąż podpowiadał, że obrazy Twej wyobraźni są iluzją, ale pamiętaj, że  świat i Twoje życie jest tym, czym myślisz, że jest, a mówiąc inaczej w życiu masz tylko to, co myślisz, że masz!

Zamiast utrwalać stare wyobrażenia fizyczne, otwórz się na nowe możliwości, których wcześniej nie dostrzegałeś, na przykład taką, aby w przeszłości, którą do tej pory uznawałaś za definitywnie zamkniętą, wywołać zmianę na płaszczyźnie psychicznej i emocjonalnej. Dzięki czemu wpłyniesz na jakość swego życia. Nie myśl, że przeszłość minęła i teraz jesteś zdany wyłącznie na jej skutki. Możesz do niej wrócić i mówiąc najprościej jak to możliwe, przeżyć ją jeszcze raz.

Masz nieskończone możliwości uzdrawiania samego siebie, relacji, życia, aktywności zawodowej i społecznej. Psychicznie i emocjonalnie musisz przenieść się w wydarzenie, które kiedyś przeżyłeś źle. Nie jesteś bezradny. Przeżyj je raz jeszcze, a przyglądając się swoim zachowaniom, decyzjom i słowom, których wtedy byłeś autorem, możesz świadomie je zmienić i dzięki temu uczestniczyć w wydarzeniu o zgoła innym znaczeniu dla Twego życia.

Warunkiem jest świadome wejście w emocjonalną pamięci, czego niestety najczęściej nie robisz, ponieważ boisz się swoich emocji. Gdy pojawiają się emocje, uznane przez Ciebie za złe, odwracasz się od nich i próbujesz je przemóc innymi emocjami, w Twej opinii dobrymi. Odgradzając się od emocji, nie dajesz sobie szansy zrozumienia informacji, którą wysyła Twoje ciało i dlatego wpadasz w sidła zdeterminowanych skutków.

Nie bój się emocji. Nie uciekaj przed nimi ani nie identyfikuj się z nimi. Nie jesteś żadną ze swoich emocji ani żadna z ich nich nie jest Twoim wrogiem. Daj sobie prawo do świadomego przezywania każdej emocji, nie oceniając, czy jest dobra, czy zła. Wejdź w emocję, nawet jeśli na początku nie potrafisz jej nazwać, a tylko ja czujesz. Oglądaj ją, przyglądaj się jej cielesnym skutkom, jakbyś rozmawiał z przyjacielem, mającym Ci do przekazania bardzo ważną informację. Zaprowadzi Cię do wydarzenia, gdy intensywnie pojawiła się pierwszy raz i pojawia za każdym razem, gdy bezwiednie powtarzasz schemat.

Wtedy zobaczysz siebie i zrozumiesz, dlaczego w życiu reagujesz zawsze tak samo, podejmujesz te same decyzje, budujesz relacje oparte na schematach. Zyskasz wgląd i zdolność podejmowania innych decyzji i budowania nowych relacji. Przestaniesz reagować, jak zaprogramowana maszyna, a zaczniesz żyć odpowiedzialnie, co znaczy, że odtąd każde Twoje działanie będzie odpowiedzią na rzeczywiste i aktualne zapotrzebowanie. Staniesz się oświecony!

Oświecenie nie jest mistycznym doświadczeniem duchowym. Zapomnij o tym! Oświecenie jest osiągnięciem stanu równowagi pomiędzy doświadczeniami brzegowymi, czyli ciemnością i światłością, pożądliwością i tęsknotą, miłością i obojętnością, akcją i reakcją.

Człowiek oświecony potrafi dostrzec oba brzegi, jakby bieguny życiowej energii: prawdy oraz iluzji, świadomości i podświadomości, cierpienia i szczęścia. Oświecony ani nie cierpi, ani nie jest szczęśliwy. Jest ponad. Doświadczył wyzwolenia od dwubiegunowości i dlatego zawsze żyje teraz. Dla niego nie ma przeszłości ani przyszłości. Dziś jest zdrowy, bo nie było przyczyny. Na zawsze pozostanie zdrowy, bo nie będzie skutku.

Dlatego pamiętaj: przeszłość nie minęła a przyszłość nie nadejdzie. Tak często marzyłeś o tym, aby móc wpłynąć na to, co wydarzyło się kiedyś i z powodu czego cierpisz. Naprawdę dysponujesz taką mocą! Kluczem są emocje.

Życie jest pięknym wydarzeniem!

Chciwość

Chciwość, ponieważ jest zachłanna i bezpardonowa, bywa podejrzewana o największe zbrodnie i nieszczęścia. Naiwnie byłoby utrzymywać, że tak nie jest,  niemniej, podobnie jak z energią pozostałych emocji, także z nią można pracować w taki sposób, aby świadomie wykorzystywać jej potencjał do osiągania życiowych celów.

Energia chciwości przypomina rzekę, której koryto wyznaczają dwa brzegi. Bez jednego z nich woda nie dopływa do ujścia, ale rozlewa się i tworzy zastoiska. Brzegi są więc potrzebne pomimo tego, że w ścisłym sensie nie są rzeką. Gdy energia chciwości spokojnym nurtem płynie pomiędzy dwoma brzegami, życie jest w ruchu a człowiek odczuwa satysfakcję i zaspokojenie życiowych potrzeb.

Niestety tradycyjne wzorce moralne odmawiają chciwości jakiejkolwiek wartości, dlatego wielu próbuje poradzić sobie z jej energią albo walcząc z nią, to znaczy próbując odmówić jej prawa do decydowania o życiowych wyborach, albo maskując w sferze cienia, sądząc, że starannie ukryta przed świadomością pozostanie tam na zawsze. Otóż nie. Jak w pierwszym wypadku, tak i w drugim, energia chciwości, poddana represji, zaczyna się wzmagać, by przerwać tamę. Jej siła rośnie do stopnia, w którym uwalnia się w sposób niekontrolowany.

To tłumaczy, dlaczego wielu z nas ponosi życiową porażkę za porażką, usiłując poradzić sobie z chciwością poprzez represję i wyparcie. Zamiast wykorzystywać jej energię do spokojnego i zrównoważonego rozwoju duchowego, jesteśmy konfrontowani z negatywnymi skutkami jej szaleńczej siły niszczycielskiej, gdy uderza w jeden z brzegów życia. Wpierw energię marnujemy, wmawiając sobie, że w sferze cienia mamy ją pod kontrolą, ewentualnie, gdy walczymy z nią, odmawiając sobie prawa do przyjemności. Potem uwolniona spod naszej kontroli ze zwielokrotnioną siłą uderza w przeciwny brzeg życia, rujnując nasz wizerunek, relacje, zdrowie i satysfakcję.

Przestraszeni nie na żarty destrukcyjną siłą chciwości znowu bierzemy ją w karby, rozpoczynając kolejny cykl nieszczęśliwego życia. I tak historia jakby zaczynała się od początku, a sama chciwość zyskuje coraz gorsza reputację. Tym samym życie staje się coraz mniej znośne, a niewykorzystana energia chciwości utrwala w nas fizjologiczny stres, będący przyczyną chorób, zerwanych relacji i nieudanych karier.

Wystarczyłoby tymczasem po prostu zmienić nasze przekonania na jej temat i spróbować wykorzystać jej ożywczy potencjał. W chciwości bowiem, nawiasem mówiąc podobnie jak w seksualności, która ma z nią wiele wspólnego nie tylko dlatego, że obie pochodzą z tych samego centrum energetycznego, umiejscowionego pod pępkiem i przeponą, możemy poczuć strumień  życia, które jest od nas starsze i większe.

Jest tylko jeden warunek, po spełnieniu którego codzienność staje się spokojniejsza, ponieważ przestajemy wtedy niszczyć brzegi doświadczenia, a jednocześnie życie zaczyna sprawiać frajdę i zadowolenie. Otóż trzeba zrozumieć naturę chciwości, aby nauczyć się pracować z jej energią.

Chciwość przypomina monetę, zawsze mającą awers i rewers. Bez względu na to, którą stronę aktualnie widzimy, jesteśmy pewni, że rewers bądź awers znajduje się po przeciwnej stronie. My tymczasem, będąc pod wpływem tradycyjnych  kanonów moralności, szkodzimy samym sobie, odmawiając chciwości pozytywnego znaczenia. Nie chcemy pamiętać albo sami przed sobą boimy się przyznać, że energia chciwości trzyma nas przy życiu, podobnie jak seksualność zapewnia przetrwanie gatunku. Bez niej nie mielibyśmy pragnień. Pragnienia sprawiają, że chce nam się żyć, uczyć i pracować. Ludzie wielkich pragnień zmieniają świat, zaś ich pozbawieni zaludniają cmentarze.

W energii chciwości i w każdym konkretnym pragnieniu odnajdziemy zatem dwie strony, to znaczy pozytyw i negatyw, przy czym jedno bez drugiego po prostu nie istnieje. Negatywną stroną chciwości jest pożądliwość, która odwraca nas ku przeszłości i zniewala znanymi smakami, zapachami, doświadczeniami, ale także poczuciem bezpieczeństwa. Z kolei pozytywną stroną chciwości jest tęsknota, dążąca do zaspokojenia tym, co jeszcze nie poznane, ale obiecane i wyśnione. Tęsknota jest więc wektorem energii chciwości, zwróconym ku przyszłości.

Pożądliwość sama w sobie, bezwzględnie egzekwująca prawo do zaspokojenia, jest niebezpieczna i to ze względu na nią chciwość zyskała kiepską reputację. Niemniej pożądliwość jest też sygnałem płynącym do naszej świadomości, że pojawiło się pragnienie, którego nie wolno nam ignorować ani próbować przezwyciężyć. Możemy natomiast w każdej chwili skorzystać z niezawodnej metody, umożliwiającej wykorzystywanie energii pożądliwości, bez potrzeby zamrażania jej w ciele bądź wzmacniania, wyparciem. Polega na takim przyglądaniu się awersowi, aby odkryć rewers. To znaczy poprzez świadomą pracę z pragnieniem, w pożądliwości odkryć tęsknotę i zamiast dać się zniewalać przeszłością, śmiało ruszyć ku przyszłości. 

Bezsilność

Gdy masz serdecznie dość swojego życia, ponieważ wiesz, że na skutek złych decyzji i relacji wymyka się spod kontroli, albo może cierpisz, ponieważ odczuwasz pragnienie dokonania życiowych zmian, ale nie masz w sobie wystarczająco dużo woli zainicjowania ich oraz kontynuowania, czujesz się  coraz bardziej wyczerpany i bezsilny. Jest jeszcze do pomyślenia taka sytuacja, że próbujesz nauczyć się czegoś nowego, ale kolejny raz z rzędu ponosisz porażkę, wreszcie być może męczy Cię fizyczny ból na myśl o nierozwiązanym problemie w pracy, nie podjętej rozmowie z kimś wpływowym, kto mógłby Ci pomóc, ale po prostu boisz się życiowych konsekwencji tej interwencji, wtedy za każdym razem dopada Cię bezsilność.

Emocja bezsilności i towarzysząca jej świadomość braku sprawczości ewidentnie pogarszają jakość życia, jednak z drugiej strony, właściwie przeżyte oraz zinterpretowane, otwierają przed nami nowe możliwości. W doświadczeniu bezsilności najważniejsze jest śmiałe wejście w sferę cienia, która wydaje się być na tyle niebezpieczna, że wielu boi się konfrontacji z prawdą o wypartych przez siebie zdolnościach oraz własnej sile, co prawdopodobnie miało miejsce we wczesnym dzieciństwie. Nie podejmując próby wejścia w cień siły, którym jest bezsilność, samych siebie skazujemy na frustrację i coraz bardziej przejmujący brak wiary w siebie, co w perspektywie dalszego życia nie wróży niczego dobrego.

Chociaż brzmi to nie najlepiej i przez większość może być odebrane jako próba zamachu na tzw. tradycyjne wartości, wśród których na czoło wysuwa się cześć i szacunek dla rodziców, mimo wszystko dla własnego dobra warto pomyśleć, czy bezsilności nie uczymy się w pierwszych latach życia, ponieważ pozwala nam przeżyć. Rodzice wpierw oczekują porządku, dyscypliny i podporządkowania, potem dość stanowczo domagają się po dzieciach, aby spełniały przynajmniej część ich szkolnych, zawodowych, religijnych i społecznych oczekiwań. Jeśli tę presję mamy przeżyć i nie prowadzić z rodzicami otwartego konfliktu jako dzieci musimy opracować strategię, ułatwiającą podporządkowanie się. Jednym z jej elementów jest rezygnacja z własnych pragnień, pomysłów, zainteresowań oraz im podobnych, a to przecież w nich ujawniałaby się nasza siła i dzięki nim uczylibyśmy się, w jaki sposób ją wykorzystywać. W efekcie rodzice bywają zadowoleni, ale dzieci przyzwyczajają się do bezsilności i tracą wiarę w siebie, z którą przyszły na świat.

Gdy więc dopada Cię bezsilność, a Ty wmawiasz sobie, że jesteś do niczego, pamiętaj, że sam siebie okłamujesz. Urodziłeś się cudowną istotą, w najdrobniejszych detalach zaprojektowaną i wykonaną tak, aby osiągnąć każdy życiowy cel, który jest zgodny z Twą drogą życia, i w pierwszych latach życia do głowy Ci nie przyszło, że nie dasz rady, bo inaczej nie nauczyłbyś się chodzić, mówić, jeździć na rowerze, itp. Niestety wiarę  w siebie zamieniłeś na wiarę w pomoc rodziny, kolegów, przyjaciół, instytucji państwowych. Zamiast uczyć się swojej siły i ćwiczyć się w niej, wyćwiczyłeś bezsilność, aby wpasować się w ramy oczekiwań i schematy zachowań.  A to oznacza, że z bezsilności można wyjść, a nawet nauczyć się wykorzystywać tę emocję w odnajdywaniu własnej drogi życia.

Musisz jednak spełnić dwa warunki. Po pierwsze przestań walczyć z własną bezsilnością, uważając, że możesz sobie z nią poradzić będąc silnym w sposób niemal mechaniczny, zmuszając się do heroicznych wysiłków, ćwiczeń, zachowań i relacji, ponieważ grozi Ci opór duszy, która przez cielesną dolegliwość boleśnie przekona Cię o granicach Twej siły, na przykład kładąc do łóżka. Po drugie nie uciekaj przed bezsilnością, jak przed ciemną chmurą, wmawiając sobie, że kiedyś wydostaniesz się na słońce. Nie wydostaniesz. Ciemność bezsilności będzie Ci towarzyszyć przy każdym życiowym przedsięwzięciu. Po prostu w nią wejdź. Daj sobie prawo do niej i pozwól sobie na jej spokojne doświadczenie, pytając o czym Cię informuje, a może do czego zachęca?

Pozornie negatywną energię bezsilności, paraliżującą i przykuwającą do przeszłości, mądry człowiek potrafi wykorzystywać na swoją korzyść i dzięki niej szybko się rozwijać. Po pierwsze bezsilność informuje o granicach siły i zachęca do akceptacji własnych granic, a to naprawdę nie jest nic złego. Wręcz przeciwnie, akceptacja dotychczasowych granic życiowej aktywności jest niezbędnym warunkiem powodzenia przy kolejnych próbach zwielokrotnienia osobistej ekspresji w świecie i zajmowania coraz to nowych nisz, do tej pory przez nikogo nie zagospodarowanych, dzięki którym mamy szansę na życiową satysfakcję i powodzenie.

Gdy więc dopada Cię odczucie i emocja bezsilności nie „rycz, jak zarzynany wół”, że spotkało Cię nieszczęście i zamiast informować wszystkich znajomych o kolejnym życiowym dole i wzbierającej depresji, poinformuj sam siebie, że jak nauczyłeś się chodzić, pomimo wielu bolesnych upadków, tak możesz zrealizować kolejny życiowy cel, jeśli tylko, podobnie jak we wczesnym dzieciństwie, będziesz niestrudzenie podejmował kolejne próby.

Odczuwając bezsilność nie walcz z nią i nie uciekaj przed nią. Daj sobie do niej prawo i wejdź z nią w dialog. Dojdź do granic swojej siły i zamiast utyskiwać zacznij wytwarzać energię zmian. O co chodzi?

Wyobraź sobie, że Twoja życiowa sytuacja przypomina garnek, w którym wszystko wystygło. Zanurzony w zimnej wodzie nie jesteś w stanie się z niego wydostać. Nie okłamuj się, wody nikt nie doleje, więc albo z braku perspektyw stracisz resztkę sił i utoniesz, albo zabierzesz się za wytwarzanie energii. Gdy wodę podgrzejesz, jej objętość się powiększy, a Ty sięgniesz brzegu i zostaniesz uratowany.

Emocja bezsiły jest więc zaproszeniem do działania. Na początku nie oczekuj niczego spektakularnego, a wręcz przeciwnie. Przecież jesteś zanurzony w zimnej otchłani braku wiary siebie. Jednak nie wylewaj „krokodylich łez”. Zacznij po prostu mocować się sam ze sobą, to znaczy ze swoimi przekonaniami na temat swojej bezsilności. Pamiętaj, że Twoje przekonania na ten temat są wtórne i wyuczone. Na początku byłeś przecież niepowstrzymanym bohaterem, zdobywającym kolejne umiejętności, przed którym cały świat stało otworem.

Co z tego, że teraz Ci nie wychodzi? Czy chodzenie wyszło Ci za pierwszym razem? No właśnie. Próbuj, próbuj, próbuj… . Próbuj tak długo, aż dzięki Twej nieustępliwości zacznie podnosić się temperatura. Wyobraź sobie, że tymi próbami pocierasz się plecami o garnek, w którym jesteś. Po jakimś czasie temperatura podniesie się do takiego stopnia, że siła powiększającej się gwałtownie objętości wody wyrzuci Cię na zewnątrz.

Małe i niepozorne początki kończą się spektakularnymi sukcesami. Tylko pamiętaj, że warunkiem życiowej siły, a więc zdobywania nowych umiejętności i poszerzania życiowej przestrzeni, którą zajmujesz jako osoba twórcza i sprawcza,  jest zaakceptowanie własnych granic. Energię zmian wytworzysz dopiero wtedy, gdy skonfrontujesz się ze swoją bezsilnością.

Bezsilność nie jest więc tylko negatywną energią, która oznacza koniec marzeń i zdanie na pomoc innych. Rzeczywiście może doprowadzić nawet do chorób i śmierci. Mimo tego duchowo rozwinięty człowiek potrafi ją transformować na swoją korzyść i wykorzystać dla poprawy samooceny oraz jakości życia. Gdy dopada Cię bezsilność, nie płacz, nie dzwoń po znajomych, licząc na litość, nie oczekuj pomocy ze strony innych ludzi oraz instytucji, ale poszukaj granic dotychczasowej siły i dzięki wytrwałemu wysiłkowi, zmierzającemu do wytworzenia energii zmian, staniesz się świadkiem własnych sukcesów.

Antypatia

Bywa, że masz ochotę przejść na drugą stronę jezdni albo niepostrzeżenie wyjść z pomieszczenia, do którego dopiero co wszedłeś, tylko dlatego, że zauważyłeś wyjątkowo antypatyczną osobę, której po prostu nie znoisz? Pierwszy odruch jest mniej więcej tego rodzaju, żeby uciec, odwrócić się, udać, że się nie widzi. Jednak potem robi się głupio, pojawia się wstyd, a bywa, że nawet  poczucie winy.

No cóż, widocznie antypatia jest na tyle silną emocją, że nie łatwo nad nią zapanować. Ale zaraz, zastanów się, czy koniecznie musisz nad nią panować? Może w ogóle nawet nie należy próbować panować i to nie tylko nad antypatia, ale w ogóle nad wszystkimi emocjami?

Radzę Ci, nie próbuj opanowywać emocji, które są energią w ruchu, obojętnie, czy w Twej ocenie są dla Ciebie dobre czy złe, pozytywne czy negatywne, bo to najzwyczajniej w świecie się nie uda, a skutek będzie odwrotny od zamierzonego. To, co jest tłumione, represjonowane, po jakimś czasie „podnosi głowę”, rośnie w siłę i w efekcie okazuje się silniejsze, niż się wydawało.

Wyparcie też nie oznacza, że uporałeś się z problemem, ale co najwyżej przesunąłeś go w obszar podświadomości, niczym w przechowalnię, gdzie powoli będzie dojrzewał, aż przypomni o sobie i zaatakuje w najmniej odpowiedniej chwili ze zdwojoną siłą, wprawiając w osłupienie Ciebie i Twoje otoczenie.

Nie walcz z antypatią. Nie zmuszaj się także do przełamania wewnętrznego oporu i bez względu na cenę zbliżenia się do osoby, która wydaje Ci się mało sympatyczna, a może nawet budzi odrazę.

Zamiast walczyć i stwarzać napięcie, lepiej wejdź w tę emocję i spróbuj ją zrozumieć,  Zastanów się nad tym, co komunikuje Ci antypatia do konkretnej osoby. Mówiąc inaczej wykorzystaj energetyczny potencjał antypatii dla duchowego rozwoju. Nie marnuj szansy. Szkoda energii, dzięki której możesz przejść kawał porządnej drogi do świadomego, szczęśliwego i zdrowego życia.

Co dzieje się z Tobą, gdy spotykasz antypatyczną osobę, podpowiada nazwa tej emocji. Przedrostek „anty” oznacza coś lub kogoś przeciwnego, ewentualnie przeciwdziałanie.  Antypatia jest więc jakimś odczuciem i w konsekwencji działaniem przeciwko komuś.

Złość nie zawsze jest zła

Czy złość może być zła?

A gdyby okazało się, że zło jest dobre, ponieważ dobro jest niewydolne i samo nie podtrzyma świata?

Spotkałeś kiedyś tzw. dobrego człowieka, który dla siebie potrafi być dobry? Po spotkaniu z nim nie musisz iść do sklepu, żeby przypomnieć sobie krzywiznę banana, bo przecież zobaczyłeś ją na jego ustach. Widziałeś przylepiony uśmiech, usta wykrzywione z bólu cierpienia bycia uśmiechniętym za wszelką cenę, grymas niemocy. Jeśli jesteś uważny, dostrzegłeś też, że był lekko przygarbiony, przy powitaniu nie potrafił mocno uścisnąć dłoni, a oczy miał pokryte szkliwem, jakby żył w akwarium.

Nie ma czegoś takiego, jak dobro absolutne, w który nie ma cienia, czyli energii zła. Po prostu nie ma. Jest niemożliwe. Teologia od wieków pamiętała, że łaskawy Bóg bywa Bogiem gniewu, chociaż jest czystą miłością.

Teologia sobie a życie sobie… A już zwłaszcza moralizujące kazania księży, pouczające mowy nauczycieli i szalone oczekiwania rodziców, którzy chcieliby wychować dzieci bez skazy, bez złości. Marna sztuka. Żywcem je zarzynają, kładą na ołtarzu swojej głupoty i cieszą się, że  im się udaje.

Co im się udaje? Czy na pewno wychowanie dobrych dzieci, zawsze uprzejmych i uśmiechniętych? Nie! Z żywych dusz tworzą zombi. Martwe istoty, które nie potrafią, ponieważ boją się, okazać złość i wyrazić sprzeciw, bronić się i śmiało odmawiać, gdy powinni dla swojego dobra. Złość i gniew pochodzi przecież z tego samego źródła energii, z którego pojawia się dobro i prawdziwy uśmiech.

Dlatego potem, jako dorośli, jesteśmy odcięci od energii życia, skoro to wciąż to samo źródło, i nie mamy wystarczająco dużo sił, aby porządnie i serdecznie uścisnąć dłoń na powitanie, oczy mamy zamglone taflą nie wylanych łez za dziecięcymi marzeniami, a pochylona sylwetka pokazuje wszystkim, że chronimy splot słoneczny, przez który płynie resztka życiowej energii.

Złość jest dobra. Pamiętaj o tym, wychowując dzieci i w stosunku do samego siebie. Zawsze i dla wszystkich dobry człowiek nie istnieje. Nawet, jeśli próbuje takim być i tak nie jest dobry dla samego siebie, i umiera z braku życiowej energii. Na koniec obezwładnia go apatia, którą wielu myli z łagodnością i dobrocią. Powoli zapada się w siebie, w grób.

Wpierw bądź dobry dla samego siebie i naucz się wyrażać złość. Gniew jest bardzo dobrą emocją, ponieważ dzięki niej czujesz, że ktoś przekroczył granice Twojej godności i wolności. Prawdopodobnie próbuje Ci coś zabrać, upokorzyć  albo wykorzystać Cię. Sprzeciwiaj się, nazywaj swoje uczucie złości, wyrażaj ją nie krzykiem, ani biciem po twarzy, ale mówiąc prawdę o tym, co czujesz. Naucz się być zagniewanym, a wtedy nigdy nie staniesz się wściekniętym. Nie bój się swojej złości a poczujesz energię życia, która pomoże Ci wyrazić siebie, zrealizować własne powołanie, pasje, marzenia. Niepostrzeżenie staniesz się dobry w najwłaściwszym sensie, jak Bóg, który jest miłością.

Jeśli chcesz przygotować dziecko do lepszego życia, nie mów mu, że nie wolno być złym i nie oczekuj po nim, że zawsze będzie przytakiwało i na wszystko się zgadzało. Lepiej je ucz, jak autentycznie być w złości. Zamiast mówić: „Nie złość się”, powiedz mu: „Kiedy odczuwasz złość, nazwij to uczucie i poinformuj mnie o przyczynie. Nie miej poczucia winy, że się na mnie rozzłościłeś”.

Kiedy przychodzi odpowiednia chwila, dziecko ma prawo autentycznie pokazać swój gniew. Wtedy energia złości nigdy nie pojawi się w najmniej odpowiedniej chwili – zrozum to wreszcie!

W ten sam sposób naucz je kochać!

Wtedy darujesz dziecku więcej, niż myślisz. Nauczysz je być dobrym dla samego siebie  a ono będzie umiało czerpać ze źródła życiowej siły. Uścisk Twego dziecka będzie zawsze silny, oczy pełne słońca, sylwetka wyprostowana, jak struna instrumentu, na którym dłoń Stworzyciela gra najpiękniejszą melodię życia.

Tak, złość nie zawsze jest zła.

Dobro nie zawsze jest dobrem.