Wiara a zdrowy rozsądek

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Narobiło się wśród uczniów Mistrza z Galilei, że hej.

Co prawda to nie jest ostry i jednoznaczny podział, ale przecież widać wyraźnie, że jedni z nas optują za tzw. religijnym zdrowym rozsądkiem i w swoim mniemaniu znajdują na to mocne argumenty, a tymczasem druga grupa na ostrzu noża stawia znaczenie wiary, na podorędziu mając z kolei własny arsenał amunicji.

Czy ów intelektualny i duchowy rozgardiasz da się jakoś posprzątać, bo można żywić obawy, że polaryzacja będzie się nasilała. Czy rozsądek i wiara to kategorie sobie absolutnie przeciwne?  Czy wierząc, rozsądek pozostaje sobą? Czy sądząc rozumem, wiara pozostaje sobą?

A może wiara jest sobą dopiero wówczas, gdy jest rozsądna, zaś rozsądek, gdy bezwarunkowo wierzy?  

A może ów podział na wiarę i rozsądek, czyli serce i rozum, wcale nie jest rozsądny i może oznaczać całkowity brak wiary?

Próbowałem to wytłumaczyć 11 marca, tekstem pt: Wirus pozbawia nas korony.

Dziś raz jeszcze, ale inaczej, krócej i prościej. Przynajmniej taką mam nadzieję.  

Wyjdźmy zatem od kontekstu. Panuje epidemia koronawirusa. Większość z nas ewidentnie się boi i energetycznie leci w „dół na łeb na szyję” . Pozostali próbują zarządzać wiarą i wykorzystywać jej energię, żeby nie osłabiać zdolności obronnych. Wszystkich co prawda łączy kategoria odpowiedzialności, jednak absurdalnie rozumiana.

Większość z nas w zaistniałej sytuacji epidemiologicznej kojarzy odpowiedzialność z ochroną innych przed niebezpieczeństwem. Czy słusznie?

Odpowiedź + działanie = odpowiedzialność. Czyli nasze działanie powinno być odpowiedzią. Co zatem jest pytaniem? Oczywiście sytuacja. Czy każde zachowanie, chroniące innych przed niebezpieczeństwem przez wycofanie się, zamknięcie oraz izolację na pewno jest właściwą odpowiedzią na zadane nam pytanie?

Kto zadaje to pytanie?  Mam nadzieję, że dla uczniów Mistrza z Galilei jest oczywiste, że pytającym jest Bóg. O co pyta? O rozsądek pyta, czy wiarę?

I teraz zaczyna się jazda. Pyta: „Gdzie jesteś Adamie?”; „Gdzie jest brat twój Abel?”; „Hagar, niewolnico Saraj, dokąd przychodzisz i dokąd idziesz?”, itp. O co zatem pyta Bóg? O nas samych i naszych bliźnich . Pyta o nasz stosunek do życia i o to, co robimy ze swoim życiem.

Nie pyta więc o wiarę i rozsądek. Pyta o grzech, bo chce doprowadzić do zbawienia.

Kim więc jesteś uczniu Mistrza z Galilei i czy wiesz, czego potrzebuje drugi człowiek, dla którego jesteś bliźnim? Jaki masz stosunek do swego życia i co masz zamiar z nim uczynić dla innych?  

Rozstrzygająca o wszystkim jest zatem odpowiedź, której udzielam jako działanie w konkretnej potrzebie człowieka, ponieważ ja – Marek Uglorz – jestem dla niego bliźnim. Nie on dla mnie, ale ja dla niego. Nie powinienem pytać, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja jestem bliźnim!

Wdzięcznie dziękuję zatem Bogu za to, że jestem. Uśmiecham się do Źródła wszystkiego, co jest, i dlatego też do siebie. Proszę, aby ożywczy strumień miłości płynął przeze mnie do innych. Gdybym przestał się kochać i szanować, zatamuję ów strumień w sobie. Jeśli umrę fizycznie bądź duchowo, innym nie pomogę. To oznacza, że mam się zabezpieczyć, jak potrafię najlepiej, zażyć środki, które fachowcy rekomendują jako właściwe. Potem muszę polecić i podać je innym. Oczywiście powinienem unikać miejsc oraz ludzi zawsze wtedy, gdy moja obecność wynikałaby jedynie z ciekawości albo oportunizmu, a narażałaby mnie oraz innych na chorobę, cierpienie i śmierć. Przecież jako bliźni nie chcę innych krzywdzić.

Gdyby jednak okazało się, że Bóg mnie potrzebuje, czy muszę bać się śmierci? Przecież jestem ochrzczony, a więc śmierć dawno mam za sobą. Wszystko, co mnie spotyka jest już tylko wznoszącą się falą życia i zyskiem w sensie duchowym. Od Boga zależy, a nie od mojej woli, kiedy, gdzie i w jaki sposób przeprowadzi mnie przez bramę śmierci do Ogrodu Życia. Ważne, abym w tej godzinie miał świadomość, że uczyniłem wszystko, co do mnie należało, to znaczy, że byłem bliźnim dla wszystkich, którzy tego potrzebowali, i niczego nie zaniedbałem. Gdy uczeń Mistrza z Galilei jest pewien, że uczynił wszystko, co do niego należało, nie musi ani nie powinien czuć się winnym za swoją, ani niczyją śmierć. Ocena należy wyłącznie do Boga.

Gdy więc widzę, że ktoś jest w potrzebie, mam dla niego być bliźnim i pomóc mu w jego „życiowym rowie”. Inni przejdą obok niego z daleka. Nie dotkną się go, ponieważ tak nakazuje prawo, rytuał, poczucie obowiązku, żeby zachowywać czystość. Pójdą do świątyni wielbić Boga. Ja mam się zatrzymać i podać mu dłoń. Wsadzić na osiołka i zaopiekować się nim, niczego się nie bojąc. Muszę zatem być w drodze i kochać go. Nie wolno mi unikać miejsca, w którym bliźni mnie potrzebuje. Nie wolno mi się bać, że mnie zarazi., bo  kiedy, gdzie i jak umrę, zależy od Boga, a nie od mojej woli.

Moim zdaniem w takim zachowaniu nie ma żadnego napięcia pomiędzy rozsądkiem a wiarą. Jestem wtedy tylko uczniem Mistrza z Galilei i Zbawiciela z  Golgoty.

Proszę nie oczekiwać po mnie heroizmu skrajnych postaw.  Nie chcę być kapłanem i lewitą. Nie chcę też bezsensownie umierać. Chcę tylko, żeby Bóg mógł przeze mnie działać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fifteen − seven =