Zapraszam do Malborka

Słowo emocje pochodzi z łacińskiego e-movere – poruszać. Emocje są życiową energią, odczuwaną cieleśnie. Obserwując ciało możesz więc świadomie przeżywać emocje, a w konsekwencji zarządzać energią chi.

Emocje są komunikatem o stanie Twej energii i zdrowia. Gdy nauczysz się je odczuwać, nazywać, potem rozpoznawać ich działanie, a na końcu odpowiednio kształtować, staniesz się wolną i świadomą Twórczynią własnego życia.

Nie sądź, że racjonalnymi decyzjami zmienisz swoje życie. Rozum jest narzędziem, który musisz nauczyć się wykorzystywać w zarządzaniu energią zmian. Zdecydowana większość dobrych postanowień nigdy nie przechodzi w stan trwałej i skutecznej realizacji, ponieważ nie potrafisz ich łączyć z emocjami.

W konsekwencji, jeśli odcinasz się od emocji, nie doświadczasz życiodajnych zmian, ewentualnie kierowany/a lękiem przed zmianami jesteś poddany/a nieustannemu działaniu hormonów stresu. Skutkiem takiego –  zdesperowanego – życia w depresji są choroby. Skamieniałe serce to podwyższone tętno, ciśnienie, udar. Skamieniałe przekonania  to stwardniały kościec albo twardniejące mięśnie.

Jeśli absolutyzujesz swoją wizję życia, bojąc się zmian, usztywniasz rodzinne relacje, a w najgorszych wypadkach samą siebie, żeby usztywnić rodzinny system i w ten sposób wszystkimi manipulować. Cena, którą za to płacisz, jest tragiczna.

Zapraszamy Cię na warsztaty, abyś nauczył/a się nowych przekonań. Dzięki temu zaczniesz świadomie zarządzać energią zmian. Moja metoda nie jest męcząca ani czasochłonna. Nie musisz dużo ćwiczyć ani stawać się mistrzem duchowości. Jest prosta, jak coroczna przemiana przyrody z lata w zimę i na powrót ku latu. Jeśli masz zamiar nauczyć się jej, musisz mi zaufać, że początkiem nowego życia nie są cuda wianki, ponadprzeciętne wysiłki i nadprzyrodzone zdolności.

Początkiem jest nowy sposób myślenia. Musisz po prostu zmienić swoje przekonania dotyczące życia; tego, co jest dla Ciebie dobre albo złe; wreszcie samego siebie i swojego miejsca w świecie. To oczywiście oznacza, że przejmujesz kontrolę nad swoim umysłem.

Dlatego zapamiętaj, co Ci proponuję. Oświecenie polega na tym, że dzięki nowym myślom do swej podświadomości wysyłasz świadomie zupełnie nowe impulsy, dyrektywy, zarządzenia. Większość ludzi (terapeutów niestety też) sądzi, że podświadomość należy wyczyścić różnymi metodami duchowymi albo psychicznymi, aby nie zatruwała świadomości. Nie słuchaj ich, bo nigdy nie wyjdziesz z ich gabinetów.   

Nie daj się na to złapać. Po prostu zmień przekonania! Nowymi myślami świadomie przejmij kontrolę nad podświadomością. Doświadczysz uzdrowienia i  wybawienia.

Uważasz, że to jest trudne? W pewnym sensie tak, ale tylko na początku. W istocie to jest najłatwiejsza i najszybsza metoda. Pierwszym krokiem jest zmiana przekonań. Drugim krokiem, dzięki nowym myślom, jest świadome przeżywanie emocji, dzięki czemu uczysz się zarządzać energią zmian. Trzeci krok pojawi się sam, będzie nim nowa jakość życia.

Nasze przeznaczenie nie jest rzeczą, ale doświadczeniem

Mam szalony pomysł, aby oduczać się definiowania, poznawania i opowiadania z użyciem form rzeczownikowych.

Rzeczowniki niepotrzebnie stabilizują i utrwalają postać świata, której doświadczamy, obojętnie którym zmysłem. Na podstawie zmysłowych bodźców umysł natychmiast konstruuje abstrakcyjną koncepcję, obraz, wyobrażenie rzeczywistości, która nie może być prawdziwa skoro wszystko jest w bezustannym ruchu i zmienia się szybciej, aniżeli do oka dociera światło z nieaktualnym bodźcem. Co oznacza, że widzimy to, czego już nie ma. Tworzymy obraz czegoś, co wygląda inaczej. Wreszcie definiujemy nieistniejącą rzeczywistość.

Od dawna wiedziałem, że słowo Dekalogu: „Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek…” (2 Mż 20,4) w istocie nie dotyczy tylko kultu religijnego, ponieważ, aby stworzyć podobiznę wpierw trzeba mieć jakieś wyobrażenie Boga. Nie trzeba stać przed obrazem albo posągiem, aby mieć wyobrażenie. Tymczasem każde ludzkie wyobrażenie czyni z JESTEM relikt przeszłości, Boga zamkniętego w doświadczeniu i poziomie świadomości, która minęła. Wtedy pojawia się religijny kult jako czczenie pamięci, czyli upamiętnianie, które odcina od podstaw egzystencji, od pulsującego Źródła Życia. 

JESTEM nie da się definiować. JESTEM można tylko TERAZ przeżywać. Wtedy poznanie Boga jest jednoczesne i równoznaczne z poznaniem samego siebie. Doświadczając JESTEM, pozostaję TERAZ żywy. Nie upamiętniam Boga żadnym ze swoich wyobrażeń i nie oddaję czci jakiejkolwiek podobiźnie, która uwieczniła moje wyobrażenia, więc jednocześnie nie upamiętniam swojego doświadczenia, swojego życia, swojej przeszłości. Ostatecznie nie upamiętniam samego siebie i dzięki temu pozostaję żywy, trzeźwy, wrażliwy, czuły na każdą kolejną manifestację JESTEM w moim TERAZ, czyli czerpię z wiecznego Źródła Życia. Pozostaję podłączony do Świadomości.

Zakaz tworzenia Bożych podobizn w istocie nie ochrania Boga, ale mnie przed nieświadomym życiem. Dzięki niemu nie absolutyzuję żadnego z wyobrażeń samego siebie z przeszłości. Dlatego pozostaję świadomy siebie i żywy.

Nie można stworzyć definicji Marka Uglorza, jak długo on sam będzie pozostawał świadomy i żywy. Każda z nich odnosi się tylko do jakiegoś wyobrażenia o nim z minionej przeszłości, podczas gdy TERAZ Marek Uglorz doświadcza uwalniającego JESTEM. Więc, jak długo Marek Uglorz będzie pozostawał żywy i świadomy w każdym JESTEM swojego TERAZ, tak długo będzie niedefiniowalny, niepoznawalny, nieosiągalny, nie do zrozumienia w formie rzeczownikowej, a jedynie do doświadczenia w formie czasownikowej.

Definicję Marka Uglorza będzie można stworzyć w chwili śmierci, ale wtedy nie będzie niczemu służyć. W rzeczywistości definicje niczemu nie służą, bo nie służą życiu. Są niepotrzebne, ponieważ opisują rzeczy, których nie ma. Chwytają w pułapkę iluzji wszystkich, którzy w nie wierzą, i w konsekwencji uśmiercają.

Nie sposób zdefiniować tego, co jest, i nie ma potrzeby definiowania tego, czego nie ma.

Boga nie sposób zdefiniować. Marka Uglorza nie sposób zdefiniować. Człowieka nie sposób zdefiniować. Nie ma rzeczy do definiowania. Marek Uglorz nie ma potrzeby używania form rzeczownikowych, skoro nie poznaje tego, co jest, ale to, co jego umysł stworzył jako obraz przeszłości!

Formy rzeczownikowe utrwalają iluzję, utrzymują w nieświadomości, uniemożliwiają prawdziwe poznanie przez doświadczenie. Uwięzieni przez iluzję świata rzeczowników, uwierzyliśmy, że najwyższym dobrem jest rzecz, a przeznaczeniem miejsce. Zanim otrzymamy już mamy gotową definicję i konkretny obraz oczekiwanego, więc wciąż jesteśmy sfrustrowani, rozczarowani, zawiedzeni, przygnębieni.

Rozmijamy się z przeznaczeniem, bo definiujemy zamiast doświadczać. Nie otrzymujemy, bo oczkujemy na zmaterializowaną postać definicji, urzeczownikowione życie. Tymczasem naszym przeznaczeniem nie jest rzecz, ale doświadczanie JESTEM. Dzięki niemu TERAZ otrzymujemy nasze przeznaczenie. Już nic nas nie uśmierca i nie trzyma w więzieniu przeszłości. Wydarza się cud, który nazywamy zbawieniem albo, jeśli ktoś woli, odpracowaniem karmy.

Pomysł, żeby oduczać się stosowania form rzeczownikowych, które zamykają mnie w pułapce fałszywych (diabolicznych, satanistycznych) wyobrażeń, uprzystępnię kilkoma myślami nad czymś, co definiujemy jako wiarę, chociaż w rzeczywistości jest wierzeniem. Zanim przystąpię do wyjaśnień, podam inny przykład, bardziej plastyczny.

Załóżmy, że stoimy na morskim brzegu. Stopami czujemy energię poruszającej się wody. Pomyślelibyśmy, że omywają nas fale, zatem powiedzielibyśmy, że czujemy fale. Czy na pewno czujemy fale? Czym jest fala? Morską wodą w ciągłym ruchu. Nie ma wzorcowej fali. Nie ma tej fali, którą moglibyśmy zdefiniować. Każda jest inna. Druga nakłada się na pierwszą. Kolejna wypłaszcza drugą. Widzimy ciągły ruch, energię morza. Zanim zdążymy opisać tę falę, już jej nie ma. Więc co opisujemy? Jak to potem ocenimy, skoro tej fali już nie ma, a w jej miejscu pojawiło się kilka nowych?

Powtarzam zatem pytanie: Czy na pewno czujemy fale? Czy je widzimy? Rezygnując w codziennym słowniku, czyli także w sposobie myślenia, z form rzeczownikowych, nie powiemy, że czujemy albo widzimy falę. Nie widzimy rzeczy i nie czujemy materii. Widzimy i czujemy dziejące się, a więc pomyślimy i powiemy, że widzimy i czujemy falowanie morza. Tym sposobem nie definiujemy, ale doświadczamy. Wydarza się cud zbawienia! Nie trwamy w przeszłości, ale JESTEŚMY obecni TERAZ. Naszym przeznaczeniem przestają być rzeczy, bo jest nim doświadczenie.

Spróbujmy więc przeorganizować nasze myślenie o wierze, wyciągając wnioski z czasownikowej formy wierzenie, której znaczenie jest ewidentnie ambiwalentne. Z jednej strony wierzenie kojarzymy z przebywaniem w miejscu, w którym czujemy się bezpiecznie. Na przykład w sensie religijnym wierzenie jest powierzeniem się Bogu, czyli oddaniem w opiekę. Bóg, który jest mocny i wierny, nogom zapewnia oparcie, a sercu spokój. To stabilizuje, wycisza i zabezpiecza. W tekstach religijnych Bóg wielokrotnie wychwalany jest jako twierdza i warowny gród.

Najpewniejszą częścią twierdzy, czyli bezpiecznego miejsca, oczywiście jest wieża. Jej szczyt łączy estetyczną funkcję wierchu z egzystencjalną pewnością, że nie może stać się nic złego. A jednak wieża niepokoi. Dlaczego? Bo jeśli uwzględnić, że w dawnych miastach i warowniach, brama, umożliwiająca opuszczenie bezpiecznej przestrzeni, była integralną częścią wieży, czy wówczas wierzenie jednocześnie nie staje się rodzajem wyjścia poza mury przez bramę w wieży, czyli poza bezpieczną przestrzeń?

Wierzenie jako bezpieczne pozostawanie na zewnątrz. Myślę, że warto tę definicję zapamiętać, bo nie znajdzie się jej ani w słownikach, ani w poradnikach duchowości, a trafia w sedno wiary. Na dobrą sprawę opisuje źródłowy nurt życiowej energii, którą warto właściwie wykorzystywać, żeby do celu dotrzeć żywym, zdrowym, spełnionym i szczęśliwym. 

Wierzeniem człowiek czyni jedynie to, co w danej chwili ma do uczynienia, a co wynika z życiowej konieczności. Wierzenie nie polega na akcie wiary, ale na wierności sobie, swojemu powołaniu, a jeszcze inaczej na wierności własnej duszy, która na błękitnej planecie ma do przebycia wyznaczoną drogę i przeżycie konkretnych doświadczeń.

Przemieszczanie się tą drogą i przeżywanie TERAZ jest wierzeniem, to znaczy wychodzeniem przez bramę w wieży, opuszczaniem strefy komfortu, wychodzeniem na zewnątrz bezpiecznej rodziny, narodu, kultury, mentalnych wzorców i religijnych rytuałów. Wiara sam w sobie nie jest stała. Wiara nie trwa jako akt. Wiara zawsze jest wierzeniem, a wierzenie podróżowaniem, chociaż pozostawia się za sobą wszystko, co do tej pory stabilizowało życie i do pewnego stopnia rzeczywiście zapewniało poczucie bezpieczeństwa.

Wierzenie czyni z człowieka samotnego wilka, dzikiego człowieka, podróżnika z przekrwionymi oczami, czujnego tropiciela, którego uwadze nie mogą ujść najdrobniejsze ślady życia, ponieważ wiodą go do celu podróży. Wierzeniem decyduje się na nieprzewidywalność drogi i szczerość poszukiwania celu, ale przede wszystkim na totalną samotność.Aby zdecydować się na samotność, trzeźwość umysłu i czujność w stawianiu każdego kolejnego kroku musi ufać życiu i drodze, ale przede wszystkim samemu sobie. To jest klucz.

Wierzenie oznacza wierność sobie. Kto nie wierzy w siebie, nigdy nie zdecyduje się na wyjście na zewnątrz, ku przyszłości, ale za wszelką cenę będzie szukał schronienia wewnątrz starego świata, czyli w przeszłości. Nigdy nie nauczy się świadomego działania, ale będzie reagował według starych wzorców. Nigdy nie zyska nowej twarzy, która tak naprawdę będzie jego własną twarzą. Dziką, wysmaganą wiatrem, co prawda z oczami nabiegłymi krwią, ale jednocześnie pełnymi życia; twarzą nieprzewidywalną i niedefiniowalną.

wierzeniu nasze przeznaczenie staje się naszym doświadczeniem.

Zapraszam do Wrocławia na Biegnącą z wilkami

Kolejny raz, teraz we Wrocławiu, zamierzam wspólnie z Wami i dla Was przeczytać oraz zinterpretować mądrą i piękną książkę Biegnąca z wilkami.

Literatka i psycholożka, Clarissa Pinkola Estes, zebrała w niej stare narracje, dedykowane Kobietom, z czasów, w których nie było jeszcze biblijnej tradycji, męskiej dominacji, a Bóg nie był tylko Ojcem, a Źródłem Życia, czyli Matką. Te inicjacyjne opowieści leczą lepiej od spółki psychologa z internistą. Terapeutyczną moc mają zaklętą w archetypicznych symbolach, które odżywają za każdym razem, gdy pozwalamy im stać się słowami, zrodzonymi przez matkę serce i ojca rozum. Cudownie łączą ciemne i jasne strony duszy, życia, codzienności, tworząc z nich tkaninę, w którą przyodziewa się Wiedźma. Kobiecą duszę przyodziewają w prawdę, która wyzwala… 

– jeśli Matka budzi w Tobie poczucie winy i manipuluje Tobą, a Ojciec nie afirmuje Twej kobiecości; 

– jeśli nie wyobrażasz sobie, że mogłabyś sama dać sobie radę w życiu;

– jeśli uważasz, że bez trwałego związku będziesz nieszczęśliwa;

– jeśli znasz źródło swoich cierpień, ale nie masz dość siły, aby się uwolnić;

– jeśli jesteś zdemoralizowana bogactwem, za które jesteś gotowa płacić cierpieniem;  

– jeśli nie bronisz swoich dzieci i Córki nie ostrzegasz przed męskimi pułapkami;

– jeśli wstydzisz się ciała, a seksualność kojarzysz z ciemnością i brudem;

– jeśli nie korzystasz z intuicji i wiedzy, ponieważ boisz się ostracyzmu;

– jeśli od dzieciństwa marzysz, ale niczego nie realizujesz, to wiedz, że

lektura Biegnącej z wilkami jest właśnie dla Ciebie, ponieważ:   

– poznasz różnicę pomiędzy uzależnieniem od mężczyzny, a uzależnieniem od swojej niezależności;

– dowiesz się, jak osiągać energetyczną pełnię, aby tworzyć związek z mężczyzną, na którego możesz liczyć;

– nauczysz się, że kobieca dzikość jest mocą miłości, a  nie siłą zdobywania;

– staniesz się Wiedźmą, czyli uzdrowicielką, nauczycielką i duchową przewodniczką;

– poznasz tzw. religijne i etyczne zagrożenia wewnętrznej wolności;

– odkryjesz tajemnicę szczęścia. 

Miejscem spotkania będzie Kamienica pod Aniołami w samym centrum Wrocławia, przy ul. Kazimierza Wielkiego 31-33.

PIĄTEK 30.07.21 od 17.00 do 20.30

SOBOTA 31.07.21 od 10.00 do 14.00 i od 16.00 do 20.00

NIEDZIELA 01.08.21 od 11.00 do 15.00

W miejscu warsztatów można zarezerwować nocleg.

Zgłoszenia na tel. 660 783 510 oraz adres mju@escobb.com.pl

Jeśli chcesz mnie poznać, na górnym pasku kliknij COSI O MNIE

Chrystus zmartwychwstał – życzenia

Chrystus zmartwychwstał!

Czy doceniasz wszystkie znaczenia tego wyznania?

Najczęściej łączysz je ze zwycięstwem nad śmiercią. Słusznie.

Jednak zwycięstwo nad śmiercią, jest zwycięstwem nad życiem, które rozsiewa trujące ziarna śmierci.

Powstanie z martwych oznacza, że jesteś wolnym człowiekiem, nikomu i niczemu nie podległym. Stałeś się prawdziwym Chrystusem, aby czynić wszystko, czego dowiadujesz się z Bożego Słowa.

Wyznanie, Chrystus zmartwychwstał, oznacza, że w piątek umarłeś jako niewolnik, aby dziś urodzić się jako wolny Pan.

W naszym świecie wciąż rządzi prawo rzymskie, kanonizowane przez Kościół, który w swą nazwę przyjął historyczne miejsce obowiązywania tego prawa. W myśl tego prawa jesteś niewolnikiem, który powinien grać społeczną rolę. Uczestniczysz w grze, w której podlegasz sztucznemu wyobrażeniu własnej osoby stworzonej przez państwo i Kościół. Według prawa miłości nie byłoby zła, natomiast według prawa rzymskiego wszystko jest złem, przestępstwem, wykroczeniem, abyś klęczał przed prezydentem, urzędnikiem, policjantem i sędzią. Z wszystkiego masz się tłumaczyć, a pragnąc wolności odczuwać winę.

Wystarczyłoby, abyśmy postępując w prawie miłości przestrzegali dwóch zasad:

– nie krzywdź nikogo i niczego;

– nie pozwalaj krzywdzić siebie oraz innych.

Wszystko inne to celowy galimatias, w którym mamy się gubić, żeby nasze sumienia były zabrudzone i słabe.

Chrystus zmartwychwstał!

To wielkanocne wyznanie oznacza, że więzienie zostało otwarte i każda dusza, jeśli chce, może wyjść na wolność. Powstań z kolan. Nie musisz mieć imienia ani nazwiska. Nikt nie ma prawa zmuszać Cię, abyś udowodnił, że Ty to Ty. Prawdziwy Ty to dusza czysta i wolna, oddana Bogu a nie światu. Nikt ani żaden urząd nie ma prawa zmuszać Cię do określonego sposobu życia. Jeśli chcesz zachowywać niektóre ze zwyczajów albo poddawać się oczekiwaniom, niech wynikają z prawa miłości.

Uznając i stosując tytuły sędziów, lekarzy, urzędników państwowych i kościelnych, szarże wojskowe i policyjne, nie zmuszany przez nikogo sam siebie sprowadzasz do roli petenta, proszącego biedaka, niewolnika, liczącego na łaskę.

Pamiętaj, nie podlegasz żadnemu sądowi ani urzędowi. Jesteś na równi z sędzią, biskupem i prezydentem. Nie musisz przed nikim klękać, nie musisz gloryfikować tytułów, nazw, itp. Jesteś człowiekiem Bożym i nie podlegasz niczyim rozkazom. Pamiętaj, że tylko Twoja zgoda w fikcyjnej grze umożliwia komuś zajęcie wyższego stanowiska w społecznej, zawodowej i jakiejkolwiek innej drabinie.

W Bogu powstałeś dziś rano do wolnego życia jako Chrystus, któremu podlegli są aniołowie, zwierzchności i moce. Pamiętaj, że jesteś człowiekiem, a nie osobą, czyli aktorem z maską na twarzy.

Porzuć wszystkie ograniczenia mentalne. Wyjdź z niewoli ograniczeń, w które niestety wierzysz. Uwierz w siebie, swoją godność jako Bożego Chrystusa.

W Tobie i przez Ciebie Bóg wszystko czyni nowym!

Wdzięczność

Wspólnie zwiedziliśmy 45 ogrodów krainy życia. Zapachy, kolory, widoki niektórych natychmiast zapierały dech w piersiach, tymczasem okazywało się, że pomiędzy nimi są też osty, kolce i ciernie, które warto zauważać i respektować, aby nie przerwać strumienia energii, płynącej przez nas ku niebu, w którym chcielibyśmy żyć. Nie zapominajmy, że uważność na każdy rodzaj emocji stwarza w nas niebo albo piekło. Z kolei w innych spodziewaliśmy się dzikiej plątaniny trujących, kaleczących i śmierdzących chwastów, a mimo tego odkrywaliśmy, że każdy z nich pełni rolę lekarstwa na duchowe choroby. W końcu, gdy udawało nam się przedrzeć przez gąszcz dzikich roślin, w samym środku ogrodu odkrywaliśmy śpiącą królewnę, czekającą na pocałunek. Jest nią dusza, zraniona igłą zawiedzionych oczekiwań, poglądów i marzeń.

Domyślam się, że zabrakło Wam jednego ogrodu, być może najważniejszego? Tego rajskiego w pełnym znaczeniu tego obrazu. Może pytaliście, gdzie między emocjami straciła się wdzięczność? Cierpliwie czekała na sam koniec, zresztą podobnie jak bywa w powszednim życiu, że gdy wszystko już się przeżyje i doświadczy zaczyna się rozumieć i doceniać znaczenie wdzięczności.

Wszystkie emocje, popularnie uznawane za negatywne, jak przekonaliśmy się w podróży po ogrodach życia, wynikają z przekonań. W rzeczywistości są energią, którą z pożytkiem możemy wykorzystywać dla poprawy jakości życia, jeśli tylko podnosimy poziom naszej świadomości. W istocie wszystko zależy od nowego sposobu myślenia, którym świadomie zarządzamy emocjami. Dzięki nowym myślom nie poddajemy się stereotypowym przekonaniom umysłu tłumu i możemy angażować się w najlepsze dla nas przedsięwzięcia.

Myśl, odczuwaj, działaj.

Niestety niektórzy z nas, akceptując ów porządek i próbując go praktycznie realizować, po jakimś czasie doświadczają nieskuteczności i poddają się. Przyczyna jest bardzo prozaiczna i ma związek z duchowością. Otóż jak długo podświadomy umysł nie będzie posługiwał się tymi samymi przekonaniami, co umysł świadomy, przeobrażająca i twórcza moc nowych myśli niestety nie zadziała.

Zatem, jak przekonać podświadomość, która dysponuje pamięcią, ale nie potrafi logicznie myśleć, czyli odwrotnie do racjonalnej świadomości, korzystającej z kart pamięci, magazynowanych w podświadomości, że stare wzorce z przeszłości są nieaktualne, bezwartościowe, szkodliwe i niebezpieczne? Oczywiście można z powodzeniem stosować różne techniki, zwłaszcza medytacyjne, jednak istnieje jeden duchowy skrót. Aby móc się nim posłużyć i skutecznie przekonać podświadomość do zmiany starych przekonań na nowe, trzeba posłużyć się wiarą, w wcześniej zaproponowanym rozumieniu

Wiara

Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, i dowodem istnienia rzeczy, których nie potrafimy dostrzec zmysłowym wzrokiem. Jak ciężko samego sobie oraz innych przekonać do takiego pojmowania wiary najlepiej ilustruje historia tłumaczenia słów Jezusa z Galilei, który zdawał sobie sprawę, że podświadomy umysł można przekonać jedynie wiarą.

W 23-cim wierszu 11-tego rozdziału Ewangelii Marka znajduje się wypowiedź, które najczęściej bywa tłumaczona mniej więcej tak: „Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie a spełni się wam”. Tymczasem grecki oryginał co prawda w niezręcznym tłumaczeniu brzmi następująco: „Amen mówię wam. Ktokolwiek powie do góry: Podnieś się i rzuć się w morze, a w sercu nie zawaha się, ale będzie wierzył, że staje się to, co mówi, stanie się mu. Dlatego mówię wam, wszystko, o co się modlicie i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a stanie się wam”.

Widać kolosalną różnicę? Dlaczego tłumacze używają złych czasów? Dlaczego poprawiają Mistrza z Galilei, który wie, że wszystko już jest, tylko my nie widzimy i źle się modlimy? Skoro nie widzimy zmysłowym wzrokiem, więc prosimy zamiast dziękować i odczuwać wdzięczność, że już otrzymaliśmy. Nie rozumiemy, że gdy o coś prosimy, to automatycznie uznajemy, że to jeszcze nie istnieje. Nie widzimy tego, ani nie czujmy. Nie ma tego, więc paradoksalnie zatwierdzamy sytuację, o zmianę której się modlimy. Jeśli na przykład prosimy o zdrowie, ponieważ jesteśmy chorzy, zatwierdzamy chorobę, chociaż liczymy na zdrowie.

Być może próbowaliśmy już wszystkiego, a każde kolejne pragnienie wynikało z poczucia braku, co sprowadzało w życie jeszcze więcej braku. Zastanówmy się więc, jak coś, co w swej genezie jest negatywne i puste, może stworzyć obfitość? Jak z ziaren smutku, niedoli, rozczarowania mogą wyrosnąć kwiaty radości, powodzenia, akceptacji? No właśnie. Przejmijmy zatem odpowiedzialność za własne owoce i zacznijmy wysiewać inne ziarno. Niech będzie nim wdzięczność, ponieważ jest najwartościowszym ziarnem nowego życia. Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawczą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia. Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się i czeka na manifestację.

Więcej. Powinniśmy uczyć się korzystać z mocy, której Źródło jest w nas i dzięki nam powinno działać w świecie. Jak to zrobić? Będąc wdzięcznymi, odczuwajmy cieleśnie właśnie to, co czujemy zawsze wtedy, gdy doświadczamy tego, za co jesteśmy wdzięczni. Poczujmy tę emocję, która wszystko stwarza na nowo. Nie prośmy o deszcz, ale czujmy, jak cudownie pachnie ziemia, gdy pada, i dziękujmy za to, pozostając wdzięcznymi, chociaż właśnie praży słońce. Nie prośmy o słońce. Poczujmy cudowne pieszczoty promieni, które dotykają nas i uzdrawiają, ilekroć wystawiamy się na ich działanie, mimo że niebo akurat zasnute jest chmurami. Nie prośmy o uzdrowienie, ale poczujmy radosne, pełne szczęścia i pokoju emocje, związane z cudownym stanem zdrowia, wolności, szczęścia i życiowej niezależności. Na początku zawsze jest ciężko, zwłaszcza gdy jest się chorym i odczuwa się silny strach. Zaczynajmy więc od małych spraw, od najmniejszych cudów, a zaczną wydarzać się coraz większe.

Prosząc, zmagamy się ze starymi programami podświadomości, które ciężko wyłączyć. Wdzięcznością pokazujemy jej, że są bezużyteczne. W ten sposób odwracamy pozorny porządek rzeczy i czynimy nowy początek. Dlatego wdzięczność jest emocją, dzięki której świadomość przejmuje kontrolę nad podświadomością. Normalnie chcemy być wdzięczni dopiero, gdy coś zostanie osiągnięte. Jesteśmy przekonani, że to swoiste postludium po dobrze wykonanej pracy. Logika podpowiada, że wydarzenia, które uczynią nas szczęśliwymi, dopiero mają nastąpić, więc na razie nie mamy powodu do wdzięczności. Skoro nie ma wydarzeń, więc nie ma wdzięczności. Jednak jest dokładnie na odwrót. Wdzięczność nie jest skutkiem szczęścia, ale szczęście jest skutkiem bycia wdzięcznym.

Ponieważ wdzięcznym można być tylko w chwili obecnej, na pewno nie w przyszłości, więc wdzięczność jest stanem czujnej świadomości, która nie przegapia darów życia. Jest zdolnością spostrzegania szans, które pojawiają się zwłaszcza w godzinie kryzysu. Prosząc i działając według starych programów podświadomego umysłu po prostu ich nie zauważamy, ponieważ reagujemy buntem oraz funkcjonujemy w stresie. Nie potrafimy tak zarządzać energią emocji, aby nie ulegać powszechnym przekonaniom, co jest dla nas dobre, a co złe. W efekcie doświadczamy negatywnych skutków nieświadomie przeżywanych emocji.

Wdzięcznością zakorzeniamy się w chwili obecnej. Doceniamy jej wartość, cieszymy się nią i dzięki wspólnej pracy podświadomości i świadomości wykorzystujemy cały potencjał życiowej energii do duchowego rozwoju i podniesienia świadomości. Owocem wdzięczności jest szczęśliwe i zdrowe życie. To tłumaczy, dlaczego naszą podróż zakończyliśmy w ogrodzie wdzięczności, w odzyskanym Raju, który jest Ogrodem Życia.

Deklaracja przed spisem powszechnym

Poproszono mnie, abym przed spisem powszechnym odpowiedział na dwa pytania: Czy zadeklaruję śląską tożsamość? A jeśli tak, to jaką (łączoną z inną narodowością czy samodzielną) i dlaczego? Czy zadeklaruję używanie języka śląskiego?

Poniżej moja odpowiedź:

Języka śląskiego nie używam na co dzień. Najczęściej wówczas, gdy chcę, aby wiedziano, że jestem Ślązakiem.

W najbliższym spisie powszechnym zadeklaruję narodowość śląską, bez potrzeby dookreślenia inną.

Dlaczego? Ponieważ moje niższe Ja, czyli podświadomość, którą tworzy instynktowność, cielesność, czułość, emocjonalność i pamięć, jest ukształtowana w śląskim biotopie i kulturze. I chociaż wiem, że moje wyższe Ja, czyli nadświadomość, ciągnie mnie ku światłu i miłości, łącząc mnie z każdym człowiekiem bez względu na jakąkolwiek różnicę między nami, nie mogę osiągnąć swego celu bez poważnego traktowania najmłodszej części mojej jaźni. Gdybym tak robił, walczyłbym z częścią siebie, czyli z sobą.

W duchowym rozwoju człowieka, czyli w podnoszeniu świadomości, a na tym powinno zależeć całej ludzkości, punktem krytycznym jest dostrzeżenie własnego uwarunkowania, czyli tego, co nazywamy utożsamieniem. Nie wiedząc niczego o swojej tożsamości, nie wiedziałbym z czego mam się wyzwalać, aby stawać się coraz bardziej sobą, czystą duszą, pełną dobra, światła  i miłości. Mając tożsamość jestem pogodzony z sobą i świadomy siebie. Mogę się kochać i szanować. A kto nie potrafi kochać i szanować samego siebie, nie pokocha i nie uszanuje nikogo. To tłumaczy, dlaczego tzw. narodowcy zieją nienawiścią i sieją kulturowe oraz religijne spustoszenie. Identyfikują się mianowicie z narodową narracją i programem edukacyjnym, ale nie wykonali pracy wejścia w siebie. Nie wiedzą kim są. Są jedynie kimś, kim kazano im być, więc nie spodziewam się, żeby nagle przestali bić, nienawidzić, i prześladować. Zresztą w 90-ciu procentach polityków dostrzegam dokładnie ten sam syndrom, zbitego psa. Wszyscy są produktem narodowego i religijnego programowania, ale nie duchowego rozwoju.

Dopiero utożsamienie, czyli czysta świadomość ziemskiego uwarunkowania, pozwala mi na rozwój, wzrastanie ku światłu i miłości. Zdając sobie sprawę z tego, co zawdzięczam śląskiemu etnosowi i etosowi, kulturze i duchowości, historii i geografii, wyrastam ku czemuś większemu, bardziej uniwersalnemu, holistycznemu, co jest ludzką wspólnotą i jej przyszłością. Ludzie, którzy walczą z sobą, nie osiągają niczego poza degrengoladą, spustoszeniem, cierpieniem i śmiercią.

Ponieważ precyzyjnie wiem, w czym i w jaki sposób jestem Ślązakiem, więc kocham wszystkich za to, kim są. Gdybym nie wiedział, kim jestem, jakże mógłbym szanować i kochać innych?

Ponieważ większość obywateli RP nie poznało swojej narodowości od wewnątrz, czyli z samych siebie, ze swego czucia, czułości, emocjonalności i pamięci, ale z narracji, w którą kazano im wierzyć, więc nie rozumieją wszystkich, którzy znają się od środka, od rdzenia swojej duszy, i z tego środka szanują, kochają i służą innym.

Życzę wszystkim, aby wychodzili z siebie ku innym, potrafiąc dokładnie zdefiniować to miejsce, ten ród, ten lud, tę kulturę i religię, z której wychodzą.

Po prostu lekko żyć – podstawy duchowości

29 maja do 6 czerwca – Sorkwity na Mazurach  

– być może uważasz, że Biblia jest anachroniczna i nie warto szukać w niej inspiracji?

– być może sądzisz, że stare teksty religijne stoją w sprzeczności z nauką?

– być może praktykowałeś/aś wiele metod tak cielesnych, jak duchowych dla poprawy stanu zdrowia, a jednak wciąż zmagasz się z chorobami?

– być może szukasz własnej ścieżki duchowej?

– być może rozczarowałeś/aś się, którąś z duchowych szkół, ponieważ wciąż czujesz na sobie życiowe ciężary?

– być może w ogóle nie wierzysz w ducha?

Przyjedź do Sorkwit. Poza tym, że odpoczniesz w cichej i uroczej mazurskiej wsi, a także poznasz ludzi wrażliwych na nowe stany świadomości, dowiesz się, że:

– duchowość nie polega na odfrunięciu z życia scedowaniu problemów na innych, aby  poświęcić się tylko tzw. duchowym zajęciom;  

– duchowość  jest uporządkowaniem życia i wprowadzeniem harmonii we wszystkie aspekty i doświadczenia, począwszy od ruchu, oddechu, snu, pożywienia, poprzez odpoczynek i pracę, relacje i wybory związane z życiem, po rozwijanie takich duchowych predyspozycji, jak modlitwa, medytacja czy intuicja,  

a  poza tym odkryjesz, że:

– biblijne teksty zachowały świeżość Ducha i odnawiają przekonania o życiu i świecie;

– Jezus z Galilei jest cichym i pokornym Mistrzem, którego siła tkwi w czystej miłości;

– zrozumiesz swego ducha, jaźń i świadomość;

– nauczysz się aktywować życiową energię i dowiesz się, jak z niej korzystać;

– z Sorkwit na pewno wyjedziesz lżejszym/szą i czystszym/szą;

duchowość jest sztuką lekkiego życia. 

Zamieszkamy w DOMU POJEDNANIA w Sorkwitach, przy ul. Plażowej 3. Spotkamy się w cichej, mazurskiej wsi, położnej pomiędzy dwoma jeziorami. Zakwaterowanie w pokojach 2-osobowych oraz kilku-osobowych apartamentach.

Koszt z trzema posiłkami dziennie (także wieczornym w dniu przyjazdu i dwoma w dniu odjazdu): 1600 PLN

ZGŁOSZENIA:  e-mail: mju@escobb.com.pl     tel. 660 783 510

Żałoba

Żałoba jest szczególną emocją. Wiąże się z najboleśniejszą stratą, w dodatku często niespodziewaną. O ile do rozwodu albo straty pracy można się przygotować, przynajmniej mentalnie, o tyle żałoba oznacza kryzys, którym ciężko zarządzać. Mowa oczywiście o żałobie w sensie ścisłym, po śmierci osoby, bez której nie wyobrażaliśmy sobie dalszego życia. Miarą żałoby nie są koligacje i stopnie pokrewieństwa, ale prawdziwa miłość bądź uzależnienie w każdym aspekcie życia. W żałobie doświadczamy straty poczucia bezpieczeństwa, więzi, spełnienia, satysfakcji, kolorowych snów i tęczowych uśmiechów ku przyszłości. W jednej chwili zostajemy skonfrontowani ze zburzonym obrazem przyszłych dni.

Żałoba jest jedną z najbardziej fizycznych emocji. Przynajmniej na początku przeżywa się ją całym ciałem. Szloch, płacz, spazmy, dreszcze, odruch uderzania zaciśniętymi pięściami w różne przedmioty to ewidentne oznaki, że psychika chce się pozbyć stresu i dlatego uwalnia złą energię z ciała. Takie zachowania są typowe dla wszystkich istot żywych. Drżą nie tylko przerażone i zdezorientowane zwierzęta. Podobne reakcje zaobserwowano u roślin. Tymczasem we współczesnej kulturze opanowania, kontroli, i tzw. stalowych nerwów, pierwszą i drugą fazę żałoby przeżywamy wbrew swoim potrzebom, więc ze szkodą dla siebie.

W pierwszej fazie, tuż po zorientowaniu się o śmierci bliskiej i ukochanej osoby, jesteśmy przerażeni i czujemy się oszukani. To faza emocjonalnego chłodu. Tłumimy energię, aby poradzić sobie z szokującą sytuacją. Zamiast przyjąć ją do wiadomości, wypieramy. Trwa krótko, a po niej nastaje najbardziej energetyczna i cielesna faza żałoby, w której organizm jakby chciał wytrzepać stres. Zaczynamy drżeć i jest nam zimno. Wówczas doświadczamy niedźwiedziej przysługi ze strony pozostałych członków rodziny albo przyjaciół, sugerujących, abyśmy farmakologicznie poradzili sobie ze stresem. Poza tym mocno nas obejmują i proszą, abyśmy przestali krzyczeć, płakać i drżeć.

To duże błędy. Psychika dobrze wie, co ma robić, aby ratować się w traumatycznej chwili. Nie wypłakana, nie wykrzyczana i nie wytrzepana energia stresu pozostaje w ciele, ustala się, wychładza, a po jakimś czasie unieruchamia całego człowieka, który traci zdolność szczęśliwego życia, budowania nowych relacji i przeżywania fizycznych przyjemności. To zapewne nie są ani psychicznie bezpieczne, ani łatwe do współuczestniczenia, ani nawet estetyczne zachowania, gdy w żałobie przypominamy dzikie zwierzęta, jednak skoro dzięki nim one pozostają zdrowe i witalne, więc nie wątpmy, że nasza podświadomość doskonale wie, co jest dla nas dobre. Zresztą we wszystkich sytuacjach silnego i nagłego stresu, nie tylko związanych z żałobą, świadomie wytrzepujmy jego energię z ciała, aby nas nie unieruchomiła i nie pozbawiła witalności. Klasycznym przykładem takiego stresu jest poważny wypadek samochodowy albo niespodziewana potrzeba poddania się specjalistycznym badaniom medycznym.

Źle przeżyte drugie stadium żałoby, co współcześnie zdarza się bardzo często, daje się łatwo zauważyć. W takim domu i rodzinie pojawia się mianowicie coś na kształt mauzoleum albo domowego ołtarzyka, upamiętniającego zmarłego. Na ścianie i półce znajduje się wiele jego zdjęć w towarzystwie kwiatów, a często nawet świec. Miejsce staje się nietykalnym tabu wpierw przestrzeni, potem psychiki. Widać po nim, że zmarły nie został pożegnany i wciąż zajmuje swoje miejsce, co oznacza, że nie pojawiła się przestrzeń na nowe osoby, relacje i życiowe doświadczenia. Zamrożona energia stresu kondensuje pamięć, którą psychika powinna raczej sublimować. W efekcie jednostka albo wspólnota nie dostrzega możliwości, szans i darów, które Źródło oferuje w kolejnych latach i etapach życia.

Tymczasem, gdy mija drugi poziom żałoby, który najprościej można scharakteryzować jako opłakanie minionego, w tradycyjnej pobożności ograniczony do 6 tygodni od śmierci, co – jak przekonaliśmy się wcześniej – jest uzasadnione i celowe, rozpoczynamy najdłuższą fazę żałoby. Jest nią powolne i mozolne przewartościowywanie życia, możliwe jedynie pod warunkiem, że odpowiednio przeżyło się fazę opłakiwania. Polega na powolnym uwalnianiu się od zbędnego bagażu traumatycznych wspomnień. Dzięki czemu zaczynamy rozumieć, że chociaż z całościowego obrazu życia wypadł element, do tej pory uznawany przez nas za kluczowy, mimo wszystko pozostało ich jeszcze na tyle dużo, aby stworzyć z nich inny, równie wartościowy. Wyobrazić można to sobie mniej więcej w ten sposób, że z klocków lego mieliśmy zbudowany cudowny zamek. Jednak straciliśmy jeden z nich. Po chwili złości dostrzegliśmy, że bez niego potrafimy zbudować kolejny, chociaż inny, mimo wszystko niepowtarzalny i piękny.

Odpowiednio przeżyte trzy fazy żałoby kończą się po około roku. Tradycyjna pobożność wyznacza im kres po roku i 6 tygodniach od śmierci. Dzięki żałobie chronimy się przed życiową zapaścią, którą byłoby można nazwać chorobą żałobną. Jej najoczywistsze symptomy zostały opisane wyżej. Niemniej w ich poczet trzeba jeszcze zaliczyć narcystyczny sposób opłakiwania własnego nieszczęścia, którym zwraca się uwagę na siebie i swoje nieszczęście, oraz ciągłe powracanie do tych samych oskarżeń. Czasem kierowanych pod adresem zmarłego, a najczęściej samego siebie.

Tak przeżywana żałoba zubaża psychikę i uniemożliwia przewartościowanie życia. Najlepsze elementy psychiki i życia zostają rytualnie, więc nieświadomie,  pogrzebane wraz ze zmarłym. Z kolei dobrze przeżyta żałoba otwiera nowe możliwości, które zarówno drzemią w nas, jak też czekają na nas w kolejnych etapach życia. Wniosek zatem jest następujący: wypierając emocje we wstępnej fazie żałoby na resztę życia wybieramy rolę żałobnika, natomiast dzięki świadomemu przeżyciu żałoby po jakimś czasie odkrywamy do tej pory zasłonięte bogactwa własnej duszy. Pomimo tego, że żałoba jest emocją negatywną i traumatyczną, w człowieku, który stara się świadomie żyć i doświadczać samego siebie, działa niczym przewodnik w ciemnościach. Można jej zaufać, ponieważ po jakimś czasie stawia na drodze pełnej światła i nadziei.