Troska

Troska jest jedną z tych emocji, których praktyczna aktywność często doprowadza do konfliktów, nieporozumień i emocjonalnych węzłów. Co prawda, jak każda emocja, sygnalizuje coś osobie, w której się pojawiła, jednak szczególnie kłopotliwe bywają jej skutki społeczne. Gdyby chociaż troski było troszeczkę, dałoby się przyjmować ją z wdzięcznością. Niestety najczęściej jest jej w nadmiarze, więc zamiast ludzi do siebie zbliżać ma nad wyraz rozwiniętą zdolność oddalania ich od siebie i budowania ochronnych murów.  

Najczęściej troska kojarzy się nam z matczyną dbałością o dobro rodziny, zabieganiem o to, aby w domu niczego nie brakowało, dbałością o wykończenie potraw albo wygląd domowników, itp. W istocie matczyna troska bywa przysłowiową. Niemniej może też być dojmującym uczuciem niepokoju, wywołanym rzeczywistą sytuacją bądź nieuzasadnionymi przewidywaniami, ciężarem nie do uniesienia, gdy od dłuższego czasu nie ma się wiadomości o losie bliskich. Pracownik może troszczyć się o swoją przyszłość, gdy dowiaduje się, że planowana jest restrukturyzacja miejsca pracy, a polityk z odpowiednią emfazą komunikuje potencjalnym wyborcom, że bardzo przejmuje się ich problemami i troszczy o losy kraju.

Można odnieść wrażenie, że praktyczna miłość bez troski byłaby niemożliwa; że to ona zauważa konkretne problemy i motywuje do działania. I na dobra sprawę mogłoby tak być, gdyby nie jeden, podstawowy mankament troski. Ten mianowicie, że świetnie nadaje się do emocjonalnego manipulowania i przywiązywania innych do siebie. Jakże łatwo troskę wykorzystać do wzbudzenia w kimś poczucia winy, wstydu czy zobowiązania. Z tego powodu troska częściej kojarzy się z psychicznym cierpieniem, niewolnictwem, marnowaniem własnych zdolności i życia.

Wyobraźmy sobie następująca sytuację: Odwiedza nas osoba, z którą wiążą nas wspomnienia, zażyłość, serdeczność i miłość. W pierwszym odruchu chciałoby się ugościć ją w sposób najlepszy z możliwych i odwzajemnić jej obecność, która nas wzrusza i raduje. Wiele Pań bez namysłu rzuca się wówczas do kuchni, jakby od ich błyskawicznego działania miał zależeć finał kampanii wrześniowej. Parzą kawę, nakładają ciasto na talerzyk, w mikrofali odmrażają mięso na szybki posiłek. Tyle do zrobienia…

Tymczasem Mąż rozsiadł się w pokoju i słucha Gościa, który ewidentnie ma coś do powiedzenia. Być może dzieli się dobrymi wiadomościami, przywiezionymi z podróży, być może żali się na zmęczenie, ale kto wie, czy po prostu nie komunikuje, że w ogóle nie ma ochoty na kawę, a mięsa nie jada od roku. Niestety Pani domu nie jest zainteresowana wysłuchaniem Gościa i dowiedzeniem się, na co ma ochotę, bo przecież Ona zawsze wie lepiej!

Akt drugi dramatu wygląda mniej więcej tak: Pani domu triumfalnie wkracza do gościnnego  pokoju, niosąc zaparzoną kawę i ciasto. Stawia je przed Gościem, wyrażając jednocześnie niezadowolenie z zachowania Męża, który zamiast pomóc jej w kuchni, słucha Gościa. Zaś na subtelne i delikatne komunikaty podejmowanej Osoby, że kawę wypije, ale na ciasto nie ma ochoty, a mięsa nie jada w ogóle, jest w stanie wyrzucić z siebie jedynie rozpaczliwe: Tak bardzo się staram i troszczę, a Ty gardzisz tym, co dla Ciebie przygotowałam. W domyśle oczywiście chce zakomunikować, że Gość gardzi troskliwą i dobrą Panią domu.

Jeśli wobec tego chcemy zrozumieć naturę troski, która sama w sobie bynajmniej nie jest zła i jako emocja wielokrotnie motywuje nas do działania na rzecz innych, trzeba dostrzec różnicę pomiędzy działaniem a słuchaniem, bądź naszymi wyobrażeniami o problemie a rzeczywistą sytuacją. Prawdziwa troska, mająca związek z potrzebami, którym z miłością można wyjść naprzeciw, na początku zawsze słucha, przygląda się, dowiaduje się i dopiero wówczas celowo i praktycznie odpowiada na zapotrzebowanie.

Troska nigdy nie wie lepiej! Właśnie dlatego, że nie wie, co się dzieje i co dobrego można uczynić, wpierw musi wybrać wartościowszą postawę, polegającą na powściągnięciu działania aż do zyskania pewności, że teraz wszystko już wiadomo. Co więc powiedzieć o trosce, która nie dowiaduje się, ale działa, wywierając nacisk na życie i wydarzenia? Że jest najpewniejszym objawem lęków, wynikających z niepewności siebie i kompleksów. Kto nie zna własnej wartości, niczego nie wie też o tym, co prawdziwego i potrzebnego, dobrego i pięknego, mógłby darować drugiemu człowiekowi i światu.

Tego rodzaju troska w sferze praktycznego działania jest odpowiednikiem krzyku osoby wystraszonej i zrozpaczonej, która panicznie boi się przyszłości. Takiemu człowiekowi najlepiej wychodzi manipulowanie ludźmi, aby emocjonalnie wiązać ich ze sobą, oraz sytuacjami, aby móc je kontrolować. Nie dostrzega, że pod pozorem dobra, krzywdzi, zaś prawdziwą intencją jego działania jest zabezpieczenie siebie, wbrew temu, co manifestuje i deklaruje.

Warto pamiętać, że nie udawana troska jest żywym strumieniem czułej miłości, która nie zawłaszcza i nie kontroluje, ale spragnionego wody poi wodą, nie herbatą; pragnącemu odpoczynku stwarza ciszę, a nie zabiera na dyskotekę; marzącego o fizycznej bliskości obdarowuje oksytocyną, a nie potokiem słów, itp.

Obok czułej, delikatnej i życzliwej miłości, drugim elementem prawdziwej troski jest zaufanie, że potrzebujący wie lepiej, co jest dla niego dobre, ale też, że w życiu i świecie zawsze dzieje się to, co jest właściwe i odpowiednie, czyli po prostu najlepsze. Wówczas troska pryska, niczym mydlana bańka, jakby pękała pod własnym ciężarem.

Troska, która rujnuje życie, bo jest nie do zniesienia, nie potrafi albo nie chce ufać. Jej źródłem jest umysł, który wszędzie wietrzy spisek, dostrzega sprzysiężenie sił zła i nie ustaje w tropieniu nieszczęścia. To umysł wmawia nam, że nie wolno ufać i lekko żyć, ponieważ w każdej chwili musimy być przygotowani na odparcie ataku i walkę z jakąś biedą. Musimy się troszczyć i tym samym zgodzić na męczące i stresujące życie. Taką fałszywą troskę widać na twarzach polityków, bankierów, lekarzy, policjantów, księży oraz im podobnych, czyli wszystkich, którzy wmawiają nam, że troszczą się o nas. To jedynie marketingowa, przemyślana strategia, której dajemy się zwieść.

Nie wiedzieć czemu, troska kojarzy się z poważną, spiętą i smutną twarzą. Choć zabrzmi to podejrzanie i niektórych zaboli, ale ten sam rodzaj zatroskania od czasu do czasu można zobaczyć też na twarzach ludzi, którzy przeżyli żałobę i odpracowali stratę, jednak wydaje im się, że nie powinni zmieniać wyrazu twarzy. Smutnym i zatroskanym obliczem wciąż zwracają na siebie uwagę. 

Zaufanie do Źródła, że o nas dba, obdarowując codziennym dobrem, oraz pewność, że spotyka nas to, co w danej chwili jest dla nas najlepsze, rozpuszcza fałszywą troskę, czyniąc życie lekkim i radosnym. Kto chce pozbyć się ciężaru troski niech po prostu uczy się zaufania, zachowując ważny i dobry aspekt troski. Polega on na tym, że autentycznie zależy nam na szczęściu i dobrostanie innych ludzi, a nie na naszym własnym. W pierwszym wypadku wpierw słuchamy ich i realizujemy wyrażone przez nich potrzeby. W drugim wypadku mało obchodzą nas ich potrzeby, ponieważ najważniejsze jest dla nas dobre samopoczucie i bezpieczeństwo.

Fałszywą i manipulującą troską, konserwujemy nasze lęki i kompleksy, rujnując przy okazji społeczny brzeg energii życia. Kto chce spokojnie płynąć, niech ufnie słucha, obserwuje, przyjmuje i respektuje potrzeby innych ludzi.

Czy naprawdę trudno być dobrą Panią domu?

Szczęście

Niewiele jest tak jednoznacznie czystych emocji, jak szczęście. Na dobrą sprawę szczęście rzeczywiście może nie być niczym więcej, więc też nie ma się czemu dziwić, że racjonaliści uznają je za mrzonkę, podobnie jak szczęśliwi ludzie  budzą w nich po części uzasadnioną obawę, że stracili kontakt z codziennym życiem. Czy do pomyślenia jest szczęśliwy człowiek? A może szczęśliwym bywa się jedynie co jakiś czas?

Teoretycznie niemal każdy człowiek pragnie być szczęśliwy, jednak praktycznie im mocniej się staramy, tym bardziej jesteśmy nieszczęśliwi. To jeden z paradoksów ludzkiej egzystencji, będący skutkiem niezrozumienia natury rzeczy i sprzeciwiania się prawom wszechświata. Mam nadzieję, że uda się nam go dostrzec i nazwać, jeśli nie dla wielu korzyści, to przynajmniej dla jednej, prawdopodobnie najważniejszej.

Jeśli bowiem szczęście jest czystą emocją, i niczym więcej, to przecież szczęścia można doświadczać zawsze tylko TERAZ, a nigdy KIEDYŚ, zwłaszcza w fatamorganie przyszłości, pod warunkiem, że jest się jej świadomym i totalnie w niej obecnym. Chodzi więc o to, że szczęścia nie da się utrwalić w czasie inaczej, jak poprzez czułość dla teraźniejszości, uważność bycia, trzeźwość bycia sobą w tym, co się wydarza. Albo jest się szczęśliwym w każdym kolejnym TERAZ, albo w ogóle, bo emocji nie da się rozciągać w czasie, ku przyszłości. Szczęścia nie można zaplanować. Szczęśliwym można tylko być.

Pytając o szczęście, w centrum uwagi stawiamy ważny problem, a mianowicie przeznaczenia. Czy przeznaczeniem człowieka jest bycie szczęśliwym? Czy człowiek został stworzony do szczęścia? Czy szczęście może być rozumiane w sposób religijny, jako stan zbawienia? W refleksji nie posuniemy się ani o krok, jeśli po drodze nie rozprawimy się z dwoma kwestiami. Pierwsza dotyczy Źródła i pyta, czy mogło stworzyć człowieka dla własnego szczęścia? Druga dotyczy człowieka i pyta, czy realizując jakiś cel, człowiek ma prawo powodować się miłością do samego siebie?

Odnosząc się do pierwszej kwestii powiedzmy wprost, że jeśliby Źródło samo w sobie nie było pełnią szczęścia, wtedy pojawienie się człowieka nosiłoby znamię potrzeby. Źródło wysłałoby nas w świat nie dla naszego szczęścia, ale dla własnej satysfakcji; nie z bezinteresownej miłości, ale z miłości do siebie. Uzupełniałoby tym samym jakiś brak swego, boskiego bytu. 

Jeśli jednak Źródło podzieliło się życiem z pełni szczęścia, czyli – jak można rzec – bez powodu, przeto umożliwiło nam doświadczanie szczęścia z miłości do nas. To z kolei oznaczałoby, że jesteśmy dziećmi szczęścia, stworzonymi z nadmiaru, kochanymi i chcianymi poza jakimkolwiek podejrzeniem o konieczność, potrzebę i użyteczność.

Wygląda na to, że wybór jednej z dwóch możliwości w sposób zdecydowany wpływa na jakość życiowego doświadczenia. Pierwsza oznacza traumy, napięcie i cierpienie. Druga przeciwnie, bo skoro żyjemy, ponieważ miłość Źródła jest pełna i niczego jej nie brakuje, więc nie musimy spełniać jakichkolwiek zachcianek i oczekiwań, nawet metafizycznych. Jesteśmy na ziemi dla własnego szczęścia.

Tym samym zyskujemy rozwiązanie kwestii drugiej i wgląd w tajemnicę miłości. Okazuje się, że jesteśmy twórczy, a więc też użyteczni, potrzebni i konieczni, jeśli samych siebie obdarzamy miłością bezwarunkową i pełną. Realizując życiowe cele mamy absolutne prawo kierowania się miłością do siebie, inaczej będziemy poruszać się jedynie w świecie konieczności i użyteczności, ale przede wszystkim używać przemocy wobec wszystkiego, co służy nam do zaspokajania narcystycznej potrzeby bycia kochanym. Jakże często – stanowczo za często – tym, co nas zaspokaja, staje się drugi człowiek!  

Rozpoznając stwórczą miłość Źródła bądźmy pewni, że zostaliśmy  stworzeni ze szczęścia, więc też jakość naszej codzienności zależy od bycia szczęśliwym. Ileż godności, jasności i radości pojawia się w codziennej aktywności, gdy przestajemy traktować życie jako konieczne usiłowanie, a zaczynamy bawić się własnym życiem. Nabieramy wówczas dystansu do efektów własnej twórczości i z ironiczną lekkością przechodzimy ponad defektami codzienności.

Niestety dawniej teologia marsowego oblicza Boga, który oczekuje ludzkiego poświęcenia, a współcześnie antropologia ekonomicznej konieczności i przydatności pozbawia nas prawa do szczęścia. Tymczasem musimy upomnieć się o prawo do szczęścia! Bez szczęścia nie poznamy smaku radości. Czy można sobie wyobrazić kreatywnego człowieka, smutnego i nieszczęśliwego? Czy można utrzymywać, że możliwa jest miłość do drugiego człowieka bez miłości do siebie; miłości, która nie szuka zaspokojenia własnych braków czyimś kosztem, ale uczestniczy w ekstatycznym doświadczeniu szczęścia?

Pełnia człowieczeństwa wynika ze szczęścia, jest szczęściem i tworzy szczęście.  Logika stwórczej miłości Źródła jest logiką szczęścia. O tym świadczą także biblijni autorzy, aczkolwiek ich opowiadania często są interpretowane opacznie. Otóż człowiek nie został stworzony jako ostatni, jak często się utrzymuje, więc nie jest celem stworzenia. Po zaistnieniu człowieka na szczęście został jeszcze stworzony sabat, dzień siódmy; dzień odpoczynku; dzień szczęścia; dzień, w którym odradza się kreatywna siła człowieka w spotkaniu z Bogiem. Ale z jakim Bogiem? Na pewno uśmiechniętym. Na pewno radosnym. Na pewno szczęśliwym i uczestniczącym w szczęściu człowieka.  

My tymczasem zamieniliśmy wartość szczęśliwego życia na życie użyteczne ekonomicznie. Mówiąc inaczej, jeśli już uwzględniamy potrzebę szczęścia, to koniecznie musi być ekonomicznie przydatne i konsumpcyjnie użyteczne. Współcześnie szczęście nie jest wartością samą w sobie, a tym bardziej wartością duchową, nadającą sens życiu na ziemi. W rzeczywistości, poddanej dyktatowi przydatności i użyteczności, szczęście ma wartość względną, funkcjonalną. Nawet uprawianie sportu, ćwiczenia duchowe i drobne przyjemności są przedstawiane tylko w takiej perspektywie, jako nieodzowny element wykorzystania wolnego czasu, dzięki czemu wypoczęty i zrelaksowany człowiek jest tym bardziej produktywny i użyteczny.

Racjonalizmie XIX i XX wieku precz. Wszyscy mamy prawo do szczęścia, które jest wartością samą w sobie. Zrehabilitujmy wreszcie szczęście, które jest wpisane w ziemskie doświadczenie. Nie oczekujemy szczęścia. Żyjemy, aby TERAZ być szczęśliwymi. Nie tylko nam wolno, wręcz musimy darowywać sobie to, co czyni nas szczęśliwymi. Prawdziwe szczęście jest uwolnione z ekonomicznego, niewolniczego prawa użyteczności i przydatności.

Szczęście nie jest cudownym wynalazkiem dla ludzi bogatych, zdrowych i sławnych. Jest fundamentalną emocją i doświadczeniem, w którym może mieć udział każdy człowiek, o ile odnalazł sposób na proste życie. W pochwale prostoty, bez względu na okoliczności i warunki życia, tkwi klucz do szczęścia. Można być totalnie szczęśliwym szusując z górskiego stoku, wypoczywając w światowym kurorcie, będąc prezydentem kraju i siedząc na drewnianej ławce pod ścianą własnego domu, jeśli zrezygnowało się z pretensji i oczekiwań, a zajęło życiem, które jest TERAZ. 

Największym błędem jest warunkowanie szczęścia zmianami, bez których wydaje się nieosiągalne. Odmawiamy sobie prawa do szczęścia, wyliczając potrzeby, które wpierw musiałyby zostać spełnione. Skazujemy więc samych siebie na nieszczęście, usprawiedliwiając się z tego, że dobrowolnie rezygnujemy ze szczęścia, ponieważ ktoś nas nie kocha albo nie przeprosił, nie zdobyliśmy upragnionego majątku, nie staliśmy się kimś znaczącym społecznie, itp. W ten sposób uzależniamy szczęście, które ma charakter wewnętrzny, od zewnętrznych okoliczności życia, które podlegają ciągłym zmianom. Dzięki nim można poczuć się przyjemnie, ale nie szczęśliwie. Także zdrowie podlega temu prawu. Uzależniając szczęście od czegoś, co wpierw powinno się wydarzyć, skazujemy się na wieczne nieszczęście.

Ten zły sposób zarządzania życiową energią można zmienić. Trzeba zacząć myśleć w nowy sposób: Jestem szczęśliwy, bo jestem obdarowany. TERAZ mam wszystko, czego potrzebuję, aby móc uczynić to, co płynie z mej pełni. Dopiero wówczas, niczym drożdże włożone do mąki, szczęście zaczynia codzienność dobrem i pięknem. To jest postawa wdzięczności za TERAZ, w której nie ma żalu pod adresem przeszłości, ani lęku przed przyszłością. Wdzięczność jest glebą, w której szczęście może się mocno zakorzenić.

Czy rozwiązaliśmy paradoks i rozumiemy już, dlaczego tak się dzieje, że im bardziej pragniemy odczuwać szczęście, tym boleśniej cierpimy nieszczęście? Nie zauważając szczęścia, żyjemy w przekonaniu, że brakuje go nam. Dążąc do czegoś, czego w naszym przekonaniu nie mamy, jedynie pomnażamy ów brak, ponieważ stale poświęcamy mu uwagę. Nie ma czegoś takiego, jak nieszczęście. Za to bez wątpienia brakuje nam czujnej uważności i wdzięczności za to, co jest. Szczęście jest z nami od zawsze, ponieważ razem z nami przyszło na ziemię. Wystarczy je zauważyć i docenić.

Cisza

Żyjemy w zaśmieconym świecie. Coraz powszechniej zdajemy sobie sprawę nie tylko ze śmieci, pochodzących z gospodarstw domowych i przemysłu, ale też ze świata, zanieczyszczonego sztucznym światłem i hałasem. Do ostatniego przywykliśmy, może nawet go polubiliśmy? Wymownym znakiem współczesności jest stale zwiększająca się grupa ludzi, którzy bez dźwiękowych bodźców nie potrafią zasnąć. Niektórzy boją się wręcz nocnej ciszy, połączonej z ciemnością i bezruchem. I chociaż cisza niewielu osobom kojarzy się z emocją, ów ostatni przykład przekonuje, że tak jest.

Prawdopodobnie z Egiptu, który kojarzymy z czasem wielkich piramid, pochodzi powiedzenie: „Kto się męczy, nigdy nie osiągnie doskonałości. Do tego potrzeba spo­koju i ciszy”. Poświęćmy mu chwilę uwagi, ponieważ może wiele zmienić w jakości życia. Nie ulega wątpliwości, że narażeni na ciągły szum i dźwięki szybko się męczymy, a często nawet chorujemy, co potwierdzają problemy nauczycieli. Co prawda natężenie szkolnego hałasu może wydawać się niczym w porównaniu z decybelami hutniczych maszyn, mimo wszystko każdy rodzaj dźwięków i poziom decybeli, jeśli nie mamy gdzie się schronić, pożera naszą psychikę.

Dlaczego cisza jest nam potrzebna? Przecież uczestnicząc w miłych spotkaniach w dobrym towarzystwie, bądź mając dostęp do lubianej muzyki, mimo wszystko co jakiś czas wewnętrznie tęsknimy do ciszy. Może cisza jest rodzajem pokarmu? Nawet nie lekarstwa, ale czegoś bardziej fundamentalnego? Stosunek do ciszy prawdopodobnie ma związek ze stanem naszej psychiki i duchowym rozwojem. Ludzie, którzy nie panują nad lękiem, przeżywają depresję albo świat uważają za wrogie środowisko, zasypiając albo odpoczywając mają włączone radia i oglądają telewizję, więc ewidentnie unikają głębokiej i spokojnej ciszy.

Czy dałoby się obronić tezę, że EGO wybiera hałas, a JESTEM kocha ciszę?  Jestem przekonany, że bez najmniejszego problemu. Każdy człowiek ma duchowe centrum, świątynię Obecności, w której spoczywa czyste, autentyczne i prawdziwe istnienie. Jest nim JESTEM, które jest większe od człowieka i głębsze od duszy, ponieważ jest cząstką boskiej Świadomości.

Czyste Światło, Najwyższa Świadomość, Źródło Istnienia, Najwyższy Bóg jest spokojem i ciszą. Wieczność w swej istocie jest milczeniem, które jest duchowym pokarmem człowieka. Stworzeni na obraz i podobieństwo Ciszy nie nasycamy się hałasem, informacjami i dźwiękami. Milcząc wobec tajemnicy i zachowując ciszę umysłu możemy najeść się do syta znaczeniami, które docierają do nas z wiecznego milczenia.

Duchowym pokarmem karmi się duch, cielesnym pokarmem próbuje nasycić się ciało. EGO, sztuczny pomysł umysłu i zmysłów, żyje w ciele i dzięki ciału, więc karmi się pokarmem z tego świata. Bez dźwięków, informacji, wiadomości, wymiany poglądów, nieustannych dyskusji, w których walczy o swoją rację bytu, zniknęłoby wraz z ostatnim dźwiękiem. EGO boi się ciszy, prawdziwego pokarmu człowieka. EGO, czyli fałszywy człowiek, wydmuszka JA, powstała z chuci ciała i umysłu, karmi się tym, co nie uszczęśliwia, nie czyni mądrym i nie uzdrawia. W rzeczywistości EGO potrzebuje hałasu tylko po to, aby kłamać na swój temat. Stwarzać wrażenie, że jest niezbędne, ponieważ panuje nad niekończącym się źródłem informacji, słów i dźwięków. 

Tymczasem wystarczy wyłączyć źródło hałasu i zadbać o ciszę, która otula i przenika z wiecznego źródła, aby EGO rozpadło się niczym domek z kart. Wówczas JESTEM zaczyna mężnieć, wyrastać z ignorancji, uświadamiać, jaśnieć, prowadzić ku Światłu. JESTEM, karmione ciszą, przemienia człowieka w światło, wolność, odpowiedzialność, radość, wieczny pokój. Tylko w ciszy mamy szansę spotkać się z wewnętrzną prawdą, której wpierw zaprzecza świat, wychowując nas, a potem sami ją wypieramy, bojąc się totalnej zmiany życia, gdy zaczynamy uświadamiać sobie jej konsekwencje.

Często nie możemy, bo nie chcemy spotkać się z ciszą, niemniej tylko od nas zależy, czy w końcu ją odnajdujemy. Doświadczenie ciszy w głośnym świecie nie jest czymś oczywistym, więc sami powinniśmy o nią dbać. Trwając w niej, możemy odnieść wrażenie, że Ktoś na nas patrzy, a w tym spojrzeniu wreszcie możemy być sobą, szczerymi i autentycznymi. To są chwile najwyższego szczęścia, synchronizujące nas ze Źródłem, w których bezsensownie się nie oceniamy, z nikim nie porównujemy i z wdzięcznością przyjmujemy to, co w nas jest od zawsze.

Takie momenty szczęścia zawdzięczamy ciszy. Problem mamy z tym, że na początku duchowej pracy nie potrafimy zatrzymywać ich na dłużej. Czujemy je tylko chwilę, a potem myślami znowu jesteśmy w innych miejscach i czasach. Chociaż na zewnętrz  jest cicho w umyśle hałasują myśli. Wtedy potrzebujemy dyscypliny, żeby nie uciec, lecz wytrwać, ponieważ tylko wtedy, gdy w zewnętrznej ciszy znosimy wewnętrzny hałas, ponownie pojawia się radość i spokój.

Poza tym cisza ma też inne działanie, a mianowicie oczyszcza i klaruje. Przecież nasze emocje nieustannie mie­szają się z emocjami innych ludzi, a my, ulegając hałasowi ocen i porównań, czujemy się wzburzeni i zanieczyszczeni. Gdy pojawiają się w nas irytujące myśli o bliźnich albo odczuwamy gorycz rozczaro­wania, przestajemy klarownie myśleć. Pamiętajmy wówczas, że głębokie i odświeżające milczenie rozjaśnia w nas to, co jest mętne. Przypominamy wino, które przez pewien czas leżakuje w całkowitym spokoju, aby to wszystko, co jest w nim mętne, osiadło na dnie. Podobnie musimy klarować się w ciszy, abyśmy na nowo rozświetlali się optymizmem, nadzieją, radością i spokojem.

W naszej kulturze z powodów religijnych czystość zwykło się ograniczać do erotyki, co jest ewidentną redukcją i przyczyną wielu nieszczęść. Przecież nie zanieczyszcza nas to, co wchodzi do nas ze świata, więc też eros i jego dobra, ale to wszystko, co z nas wychodzi, jeśli nie zdołamy tego wewnętrznie odfiltrować i oczyścić. Otrzymaliśmy moc z góry, której z łatwością możemy codziennie używać, jeśli tylko przez cały czas pozostajemy jej świadomi. Jesteśmy jak piękne kwiaty, rosnące w brudnej ziemi i karmiące się nieciekawym nawozem, a pomimo tego, a właściwie dzięki temu dysponujące alchemiczną mocą oczyszczania brudu, aby oczarowywać świat pięknem życia.

Pomimo tego, że żyjemy w świecie, zanieczyszczonym różnymi śmieciami, każdy z nas jest małą, ale jakże potrzebną oczyszczalnią brudów i ścieków. Tym między innymi cechuje się dojrzały duchowo człowiek, że nie martwi się nieczystościami świata, przed którymi nie zawsze potrafi się obronić, ale dba o to, aby sobą oczyszczać wystarczająco skutecznie świat wokół siebie.

Ciszy nie musimy stwarzać. Ona już jest, ponieważ była przed założeniem świata i dalej będzie, gdy przeminie świat dotychczasowej postaci. Musimy ją tylko usłyszeć, a stanie się początkiem uzdrowienia i szczęścia. Cisza umożliwia połączenie z tajemni­cą Źródła i tajemnicą życia. Wprowadza w wewnętrzną przestrzeń, w której jesteśmy zdrowi i cali, nieskazitelni i czyści, autentyczni i pierwotni. W przestrzeń, w której rozświetla nas wspaniałość, czystość i życiodajność Światła.

Ciszę warto przeżywać jako ukierunkowywanie życiowej energii i harmonizowanie emocji. W sensie właściwym jest sternikiem, najlepiej nawigującym po rzece życia, któremu zawdzięczamy duchową równowagę. Nikt tak dobrze, jak ona, nie orientuje się w położeniu gwiazd, które prowadzą nas w najlepsze miejsce w najodpowiedniejszym czasie.

Czas na olśnienie – rozważanie na Epifanię

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i mrok narody, lecz nad tobą zabłyśnie Pan, a jego chwała ukaże się nad tobą. I pójdą narody do twojej światłości, a królowie do blasku, który jaśnieje nad tobą. Podnieś oczy i spojrzyj wokoło: Wszyscy gromadnie przychodzą do ciebie, twoi synowie przychodzą z daleka, a twoje córki niesione są na rękach. Wtedy, widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie. Gromady wielbłądów zaroją się, młode wielbłądy Midianitów i Efy, wszyscy przyjdą z Saby; przywiozą złoto i kadzidło, śpiewając pieśni pochwalne na cześć Pana.

(Iz 60,1-6)

Nie siedź w fotelu, jak stary kapeć. Co z tego, że jest zima, więc za oknem chłodno i wilgotno? Rusz się, powstań, wyprostuj się, podnieś głowę. Zadbaj o życiową energię.

Nie narzekaj, nie krytykuj, nie oceniaj, nie doszukuj się wszędzie intryg i podłości. Oczu nie masz? Poszukaj światła w ciemnościach.

Nie proś o pomoc, jak sługa i żebrak. Królem jesteś. Podziękuj za wszystko i bądź wdzięczny.

Nie powtarzaj w kółko, że jesteś słaby, mały, nie dość wyuczony, że w życiu nic Ci nie wychodzi. Może rzeczywiście nieraz poszło coś nie tak, jak powinno, ale co z tego? Magiem jesteś. Możesz rozmawiać z aniołami, posłuchaj snów, naucz się duchowej mowy. Nauczysz się.

Nie idź przez życie, jak przez mgłę. Nie powielaj starych przekonań. Za każdym razem wybieraj inną drogę. Nie przyzwyczajaj się do tego, co potrafisz. Mędrcem jesteś. Daj się prowadzić gwieździe, która pokaże Ci nową drogę.

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą”– czas na olśnienie.

1. Szukaj Źródła

Jeśli dzień rozpoczynasz przeglądaniem wiadomości i wyszukiwaniem tych, które potwierdzają wczorajszą wiedzę i podejrzenia, po co wstałeś? Do czego jest Ci potrzebny nowy dzień?

Jeśli obok standardowego śniadania położyłeś na stole wielokolorowy zestaw suplementów diety, które – jak sądzisz – utrzymują Cię w kondycji i zdrowiu, po co jesz? Do czego jest Ci potrzebne pożywienie?

Jeśli masz w zwyczaju regularne wyjazdy do sanatoriów, SPA i do kurortów, ponieważ po powrocie przez miesiąc odczuwasz poprawę nastroju i samopoczucia, po co oddychasz, codziennie bierzesz kąpiel i co siedem dni świętujesz niedzielę? Do czego jest Ci potrzebna duchowość?

Jeśli dziennie czytasz kilkanaście stron czasopism, poradników i podręczników, w których poszukujesz informacji, które utwierdzają Cię w przekonaniu, że wędrujesz dobrą ścieżką, po co czytasz?  Do czego są Ci potrzebne oczy?

Dość pytań. Te wystarczą, abyś zdał sobie sprawę, że jakość Twego życia zależy od Ciebie. Możesz przesiadywać w ciemnościach i możesz doświadczyć epifanii, czyli niezwykłego olśnienia. Własną ślepotę możesz podnieść do poziomu cnoty i empatycznie solidarny pozostawać z innymi w mrokach, ale możesz też powstać i pójść za gwiazdą.

Gwiazdą która doprowadzi Cię do prawdy, przed którą w pokorze padniesz na twarz. Zrezygnujesz wtedy z ziemskiej twarzy, aby dać się odmienić jaśniejącej chwale Jezusa i przyjąć dar: „…widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie”. 

Zrezygnować z własnej twarzy. To Cię zaniepokoiło? Wiele wysiłku włożyłeś, aby mieć twarz. Codziennie ją pudrujesz i poprawiasz wizerunek, na profilu fb, w rubrykach popularności i w rankingach cytowań upewniasz się, że jej nie straciłeś. Dobrowolnie miałbyś z niej zrezygnować?

Naprawdę myślisz, że masz twarz, którą mógłbyś stracić? Czy można ją mieć, żyjąc wczorajszym dniem, wczorajszą wiedzą, wczorajszymi wiadomościami i osiągnięciami, wczorajszym poczuciem bezpieczeństwa?

Twojej twarzy nie ma, ponieważ nic jej nie oświetla! Siedzisz w bezpiecznej ciemności, okrywającej ziemię, i boisz się podejść do światła. Dopiero wtedy pokaże się twarz, jednak światło nie będzie świeciło z Ciebie, tylko ze źródła, które oświeca wszystkie, ludzkie twarze. Tego się boisz? Na to Cię nie stać? Miałbyś nie być źródłem światła, a jedynie odbijać nie swoje? Miałbyś zrezygnować z blasku własnej sławy i chwały, blichtru i uznania?

Nikomu, z przesiadujących w ciemnościach ziemi, nie widać twarzy. Dopiero krąg światła, do którego trzeba podejść, wpierw delikatnie ujawnia jej pierwsze obrysy i kontury, by wreszcie wydobyć jej całe piękno. Więc nie rozpoczynaj dnia przeglądaniem wiadomości, potwierdzających wczorajszą wiedzę i podejrzenia. Nie spożywaj w pośpiechu pokarmów złej jakości, próbując ratować się suplementami, zasilającymi konta ich producentów, ale nie Twoje zdrowie. Nie łódź się, że w sanatorium odżyjesz, jeśli źle się modlisz.

Nie kupuj kolejnego poradnika, skoro nie słuchasz Słowa, które staje się ciałem, także Twoim ciałem, Twoim życiem, Twoim zdrowiem, czyli biografią nowego człowieka. Nie płać za biografię kolejnej Gwiazdki mediów, która znalazła cudowną receptę na życie. Swoje życie tak, ale nie Twoje. Nie żyj w mrokach. Powstań i prawdziwej Gwieździe daj się prowadzić do źródeł Twojego życia!

2. Gdy odnajdziesz Źródło, otrzymasz wszystko

Nie myl zbawienia z przeznaczeniem, a życia z Bożej łaski z obojętnością i otumanieniem. Jeśli biernie siedzisz w ciemnościach nie oczekuj szczęścia, błogosławieństwa, zdrowia i radości. Otwierają tylko pukającym. Otrzymują tylko proszący. Znajdują tylko szukający.

Nie pozostawaj w ciemnościach. Gdy znajdziesz Źródło, otrzymasz wszystko.  Modląc się, nie proś z lękiem, że może spotkać Cię nieszczęście albo czegoś Ci zabraknie. Pomyśl, czy bojąc się, możesz prosić z wiarą? Dziękuj i zawsze pozostawaj wdzięczny, że Ojciec już stworzył to, o co z wiarą prosisz, chociaż ślepy świat tego jeszcze nie widzi. Nie pozostawaj w mrokach z tymi, którzy wierzą dopiero wtedy, gdy widzą. Skoro wierzysz nie musisz widzieć, aby  być pewnym.

Pozostaje pytanie, czy sam w to wierzysz, że modląc się tworzysz ziarna tego, czego się spodziewasz? 

Modlitwa jest stwarzaniem mocy! Modlitwą możesz wszystko! Mocą wytrwałej i wdzięcznej modlitwy, w której nie ma lęku, żalu, pretensji, stajesz się mocnym. Otrzymujesz wszystko, czego potrzebujesz: „Podnieś oczy i spojrzyj wokoło: Wszyscy gromadnie przychodzą do ciebie, twoi synowie przychodzą z daleka, a twoje córki niesione są na rękach. Wtedy, widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie”.

Nie siedź, nie leż, nie jęcz. Powstań i zacznij się modlić. Przez Jezusa dziękuj Ojcu, że otrzymujesz, zanim zaczynasz dostrzegać. Bądź pewnym, że ziarna Twej pomyślności, zasilane wytrwałą i ufną modlitwą, dojrzewają i w odpowiednim czasie powracają do Ciebie od Ojca: „Wierzcie mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie; a jeśliby tak nie było, to dla uczynków wierzcie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca. I o cokolwiek prosić będziecie w imieniu moim, to uczynię, aby Ojciec był uwielbiony w Synu. Jeśli o co prosić będziecie w imieniu moim, spełnię to” (J 14,11-14).

Dlatego o poranku nie nasłuchuj doniesień ze świata, które mają potwierdzić Twoją wiedzę, ponieważ wszystkiego nauczyłeś się ze starego świata, który minął. Tymczasem u progu dnia czeka na Ciebie nowy, którego dotąd nie miałeś okazji się nauczyć. Jak sądzisz?  Po prostu pozostawaj całkowicie bezbronnym. Ufaj i modlitwą posyłaj Ojcu przez Jezusa ziarna swej pomyślności.

Nie licz na suplementy! Jedz mniej i dołóż starań, żeby jeść dobre i zdrowe pokarmy. Nie rzucaj się na nie, jak głodny drapieżnik. Błogosław je przed spożyciem. Jedz powoli, jak król, w wyprostowanej pozycji. Przecież nie musisz chronić talerza przed innymi.

Nie licz na nic, co świat uważa za zbawienie i ratunek przed chorobą i śmiercią. Dbaj o duszę i nie trać z nią kontaktu. Wybaczaj, akceptuj, współodczuwaj, kochaj wszystkich, nie przywiązuj się do niczego, bądź spokojny. Przede wszystkim bądź wdzięczny, bo to najpewniejsza szczepionka na wszystkie trucizny świata. Nie musisz dbać o odporność. Wystarczy, że powstaniesz i udasz się do Źródła, a wówczas nie będziesz zabijał samego siebie.

Dbaj o myśli. Nie ulegaj mentalności tłumu. W ciszy selekcjonuj dobre, abyś miał z czego tworzyć moc. Wytrwałą modlitwą posyłaj je Ojcu, będąc pewnym, że z każdą z nich odeśle pod postacią szczęśliwej rodziny, bogactwa i wspólnoty chwały.

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą”. A jeśli chcesz mi powiedzieć, że nie masz się od kogo uczyć, posłuchaj mnie. Mędrcy ze Wschodu wiedzieli komu oddać cześć, więc i Ty klęknij przed Jezusem. Daj się olśnić.

Amen.

Tęsknota

Wydaje się, że tęsknota na mapie emocji zajmuje poślednie miejsce, zdecydowanie poniżej poziomu, od którego świadomie zarządzamy zmianami i bez wysiłku wykorzystujemy życiową energię. Kojarzy się przecież z bolesnymi wspomnieniami i niezaspokojonym pragnieniem. Tęskniący ludzie rzeczywiście często są poobijani, wysuszeni i cierpią pustkę. Mimo wszystko największym ciężarem, pozbawiającym radości i nadziei, jest niepewność, czy tęsknota zostanie zaspokojona.

Opisując chciwość zasygnalizowałem, że pragnienie, chciwość, pożądanie i tęsknota na dobrą sprawę są nazwami różnych stanów tej samej energii życia, bez której o poranku nie bylibyśmy w stanie podnieść się z łóżka albo w depresji szukać utraconej drogi. Każda z nich posiada nie tylko właściwe sobie znaczenie, ale także odpowiednio ukierunkowuje energię. W umiejętnym serwisowaniu duszy między innymi idzie o to, aby nie lekceważyć faktu, że chociaż dysponujemy jedną energią, negatywny bądź pozytywny rozwój wydarzeń zależy od używanych przez nas słów, za którymi stoją mentalne wzorce i emocjonalne przeżycia.

Większość z nas wypowiada się nieroztropnie. Nie jesteśmy uważni w doborze słów, mniemając że nie mają związku z emocjami oraz ich skutkami, jeśli już nie innymi, to przynajmniej zdrowotnymi. Tymczasem słowa są energią, kształtującą życiowe doświadczenia. Za słowami kryją się nie tylko znaczenia, ale też skutki żywionych przez nas przekonań. Mądry człowiek rezygnuje ze złych słów, to jest takich, które wywołują negatywne emocje, a przez to zatrzymują energię i kierują życie w stronę zdradliwych i niebezpiecznych rozwiązań. Nieprzerwanie zachowuje najwyższą czujność i uważnie dobiera słowa, wiedząc że każde z nich jest swoistą decyzją o jakości życia.

Pragnienie życia w istocie można wykorzystywać na wiele sposobów, aczkolwiek decydujące są dwa, przeciwstawne modele. Negatywny nazywamy chciwością albo pożądaniem. Celowo proponuję, aby pozytywny odtąd nazywać tęsknotą. Co prawda słów: tęsknota, pragnienie, marzenie używamy zamiennie, niemniej spróbujmy uporządkować swoje odczucia. Energią zmian naprawdę da się zarządzać w taki sposób, aby nie musieć cierpieć. Zdaję sobie też sprawę z tego, że tęsknota kojarzy się nam z wielkim pragnieniem, aby wydarzyło się  coś, co kiedyś mieliśmy okazję poznać albo przynajmniej umiemy sobie wyobrazić przyjemność z tym związaną. Niemniej podejmę się karkołomnej próby przekonania, że w najlepszym interesie każdego z nas leży zdecydowane oddzielenie pożądania od tęsknoty.

Wpierw kilka słów o pożądaniu, które jest nie znoszącym sprzeciwu żądaniem, aby zostały spokojne wszystkie zachcianki EGO. Ponieważ nie znamy niczego poza tym, co przeżyliśmy, posmakowaliśmy, zobaczyliśmy, dotknęliśmy, czemu zawdzięczmy poznanie zmysłowej rozkoszy, więc pożądanie jest związane z przeszłością i w swej istocie jest rozpaczliwą próbą powrotu do znanych doświadczeń, czyli do tego, co minęło. Pożądliwość jest negatywna z dwóch powodów. Po pierwsze jest żądzą, aktywowaną przez fałszywe EGO, które jest chciwe. Dlatego w pożądaniu kształtujemy życie i wyznaczamy cele, nie zadając sobie trudu rozpoznania, co naprawdę jest nam potrzebne. Sięgamy po to, czego chcemy, ale co nas nie rozwija i nie nasyca.

Drugą negatywnością pożądliwości jest przylgnięcie do bezpowrotnie przemijającej przeszłości. Stąd pragnienie życia, realizowane jako pożądanie, blokuje rozwój i duchowy wzrost, który zależy od ożywiających bodźców, zmian i czujnej gotowości do uczenia się nowego. Jeśli pożądliwość jest szukaniem sposobów na doświadczanie tego samego, więc nieuchronnie musi skończyć się ślepotą i znieczuleniem. Alkoholizm, narkomania, uzależnienie od seksu nie biorą się z tęsknoty. Ich źródłem zawsze jest pożądliwość, której konsekwencją jest śmierć.

Czy na tej podstawie należy sądzić, że pragnienie życia jest niebezpieczne, wobec czego należałoby się ćwiczyć w pozbywaniu pragnień, do czego namawiają niektóre duchowe szkoły Wschodu i Zachodu? W żadnym wypadku. Transformacja energii pożądliwości w energię tęsknotę jest najlepszym rozwiązaniem mądrej duchowości.

Każdego dnia uczestniczymy w cudownym i uniwersalnym strumieniu życia, które powinniśmy pomnażać na miarę osobistego powołania. Nie rezygnujmy z życia, ani nie tamujmy przepływu energii, ponieważ przez nas ma płynąć ku innym. Najlepszą metodą na udrożnienie strumienia jest odnalezienie w sobie i pielęgnowanie pragnienia za czymś, co dopiero ma się wydarzyć!

Zachęcam, aby tęsknotę zobaczyć jako napięcie całego jestestwa, często aż do granic rozsądku, oczekującego spełnienia obietnicy sensownego i najlepszego z możliwych zakończenia ziemskiej przygody. Pragnienie życia można wzmacniać tęsknotą, energią oczekiwania przyszłości i jednocześnie aktywnego podążania ku czemuś, co jest nieznane. Tym sposobem uczyć się otwartości, stawać się wrażliwszym, czujnym i uważnym na nowe doświadczenia.

Tęsknota za czymś, co ma się wydarzyć, jest mądrym, bo duchowym uczestniczeniem w życiowej energii, płynącej wprzód. W przeciwieństwie do pożądliwości, która kończy się cierpieniem, ponieważ jest cielesną próbą reakcyjnego wykorzystania energii, nie płynącej przecież wstecz. Pożądając, walczymy, spinamy się i usiłujemy kontrolować. W efekcie padamy martwi z braku energii. Tęskniąc, spokojnie i ufnie płyniemy wraz z całym wszechświatem ku zaspokojeniu. W efekcie, dzięki stałemu przypływowi energii, odżywamy, zdrowiejemy i stajemy się szczęśliwi.

Mówiąc inaczej, pożądliwość jest energią męską, dominującą i zdobywczą, nastawioną na otrzymywanie. Tymczasem duchowa praca polega na pogłębiającym się zrozumieniu, urzeczywistnianiu oraz uniwersalnej postawie pozwalania życiu, aby po prostu się działo. Prawdziwa duchowość jest tęsknieniem, czyli energią żeńską.

Tęsknienie jest postawą świadka, który z największym zainteresowaniem obserwuje wypełniającą się tajemnicę.  

Rezygnacja

Wieloma okolicznościami, przedsięwzięciami, zamierzeniami, relacjami czujemy się zawiedzeni, ponieważ nie ułożyły się według naszych wyobrażeń i oczekiwań. Łączyliśmy z nimi określone plany, które się nie spełniły, w związku z czym czujemy się zrezygnowani. Emocja rezygnacji jest dokuczliwa i deprymująca. Wydaje się, że jest jednym z najważniejszych komponentów konglomeratu depresji, zjawiska tak powszechnego, jak choroba.

Czy depresja jest nieunikniona? Oczywiście można przyjąć niektóre argumenty, wskazujące na pozytywną rolę depresji w życiu, niemniej równolegle warto pytać, czy tych samych celów nie do się osiągać inaczej? Być może dałoby się żyć bez cotygodniowych spadków samopoczucia i comiesięcznych telefonów do przyjaciół i przyjaciółek z informacją o przysłowiom dole? Być może wystarczyłoby przyjrzeć się rezygnacji z nowej perspektywy i dostrzec w niej potencjał do samodzielnego żeglowania rzeką życia bez niepotrzebnych kolizji, które rozbijają i pozbawiają energii?

Większości z nas rezygnacja kojarzy się z rzeczywistym spadkiem poziomu energii, trochę na podobieństwo apatii, oraz brakiem nadziei. Jest jakby utknięciem na szerokiej, syberyjskiej rzece, skutej lodem, bez szans na wyrwanie się ze szponów emocjonalnego chłodu. Coś, co wydawało się ożywiające, płynące, uszczęśliwiające, a przede wszystkim zasilało energią, nagle, w oka mgnieniu, stało się tak zimne, że zamroziło się i unieruchomiło. Zrezygnowani nie szukamy okazji do rozwoju i bodźców do zmiany, ale szansy na przetrwanie we własnym mieszkaniu, pod kołdrą, z nieruchomym wzrokiem. Przygnębieni i zniechęceni do osoby bądź sytuacji, której nie możemy zmienić, zrzekamy się z prawa do radosnego i aktywnego życia.

W obezwładniającym poczuciu rezygnacji nie trzeba zrzekać się prawa do życia i działania, ale z czegoś innego, co ukrywa, a może odwrotnie objawia słowo rezygnacja, jednak otumanieni powszechnymi wzorcami mentalnymi nie chcemy tego dostrzec. Zatem do rzeczy. Słowo rezygnacja powstało z połączenia przedrostka re, oznaczającego ponowną czynność, ale najczęściej wykonaną w przeciwnym kierunku, np. re-animacja, re-formacja; re-produkcja, re-kolekcje, oraz spolszczonego łacińskiego słowa zygnacja = signacja od signare.

W j. łacińskim signare oznacza czynność opieczętowywania i powstało od rzeczownika signum, które wtórnie oznacza pieczęć, a pierwotnie znak. Czymże według etymologii jest więc rezygnacja? Na pewno niczym złym ani tragicznym. Tym bardziej nie powinniśmy jej kojarzyć z brakiem energii i wychłodzeniem. A jeśli do tej pory tak reagowaliśmy, mamy teraz okazję dostrzec w rezygnacji pozytywną emocję, która uświadamia nam, że czas zakończyć jeden rozdział życia, może jakiś projekt, aby móc rozpocząć nowy.

Słowo rezygnacja podpowiada bowiem, że kto świadomie serwisuje duszę powinien co jakiś czas przypominać sobie o stworzonym przed laty dokumencie, którym jest adresowany do samego siebie plan jakiegoś przedsięwzięcia, może projekt na życie w jakimś miejscu, na jakimś stanowisku albo z jakąś osobą. Z życiowego sekretarzyka albo sejfu, ukrytego przed ciekawskimi oczami, warto wyciągnąć ów dokument, zdmuchnąć z niego kurz i spokojnie przeczytać, czy aby zapisany w nim projekt nie wyczerpał się, przestał być aktualny i najzwyczajniej w świecie naturalnie zakończył.

Wpierw oczywiście trzeba złamać pieczęć, którą go zapieczętowaliśmy dla pewności, że pozostawał nietknięty. I co by nie pisać albo wymyślać, to właśnie ta czynność złamania pieczęci jest pierwszą częścią pozytywnego projektu rezygnacji. Wszak najpewniej okaże się, że zapisany przez nas plan na życie dawno wyczerpał swój potencjał, a my od jakiegoś czasu niepotrzebnie cierpimy, ponieważ nie dostrzegaliśmy albo sami przed sobą nie chcieliśmy przyznać, że coś się skończyło i już nie zasila nas ani energią, ani satysfakcją.

Pod wpływem emocji, przeżywanej jako rezygnacja, koniecznie otwórzmy życiowy sejf, aby sięgnąć po dokument i złamać na nim pieczęć. W efekcie lektury najprawdopodobniej postanowimy ów projekt wyrzucić do kosza i wówczas będziemy mogli przystąpić do drugiego etapu pozytywnie przyjętej, przeżytej i wykorzystanej emocji rezygnacji. Będzie nim następny życiowy projekt, plan na dalszy etap drogi, a przy okazji rozwój i satysfakcję. Re-signare oznacza w  istocie drugie, a może nawet kolejne zapieczętowanie, co zawsze jest możliwe tylko po uprzednim złamaniu aktualnej pieczęci.

W ten sposób przeżyta i wykorzystana rezygnacja nie będzie doświadczeniem przypominającym wpadanie do dołu, bo raczej na pewno wychodzenie z niego. O ile wpadanie do dołu kojarzymy ze śmiercią, o tyle wychodzenie z niego ze zmartwychwstaniem. Energia rezygnacji jest nam potrzebna do ożywania i zmartwychwstawania. Jedynie powszechne i bezmyślne wzorce ulokowały ją pomiędzy negatywnymi emocjami, w efekcie czego pod jej wpływem cierpimy z braku energii i zamiast rozpoczynać kolejne przedsięwzięcia, rezygnujemy z aktywnego i efektywnego życia.

Czas, spędzony na powiadamianiu połowy świata, że na skutek życiowych okoliczności, przeciwieństw losu i nieadekwatności ludzkich zachowań w stosunku do naszych założeń wpadliśmy do dołu, naprawdę możemy wykorzystywać dużo lepiej, zdrowiej i mądrzej. Jak nieuchronnie po każdym lecie nastaje zima, aby po niej mogło znowu nadejść lato, tak życiowa mądrość niech cechuje się świadomym łamaniem pieczęci na dokumentach, w których przed laty opisaliśmy nasze wyobrażenia o przyszłości. Niektóre z nich nadają się jedynie do kosza. Im szybciej to do nas dotrze, tym pewniej, nie czekając na ostatnią chwilę, stworzymy kolejne projekty, napiszemy plany i rozpoczniemy sensowne przedsięwzięcia, dzięki którym będziemy spokojnie i z satysfakcją osiągać życiowe cele.

Nie warto rezygnować z cudownego życia tylko dlatego, że przespało się szansę, nie chciało się wykorzystać okazji albo z wygodnictwa oczekiwało cudów po projekcie, który od początku był ograniczony do określonego czasu, miejsca, osób, itp. W takich chwilach, żeby móc doświadczyć zmartwychwstania, warto wykorzystywać pozytywne aspekty rozwiniętej i pogłębionej duchowości. Zamiast zrzekać się prawa do zdrowego, szczęśliwego i usatysfakcjonowanego życia, dużo lepiej pytać: Czy jestem wierny samemu sobie? Czy dochowuję wiecznego przymierza z własnym życiem? Czy nie zdradzam miłości, odradzającej wszystko energii życia?

Samotność

Współczesna psychologia, a zwłaszcza kierunki zależne od freudyzmu utrwalają przekonanie, że satysfakcjonujące i szczęśliwe życie wiodą ludzie, pozostający w trwałych związkach o charakterze intymnym. Przyjęło się uważać, że bez towarzystwa i serdecznych uczuć, bez udanego związku o charakterze emocjonalnym i erotycznym, człowiek nie może być szczęśliwy. Tymczasem biogramy wielu twórczych i odważnych ludzi przeczą temu poglądowi. Wygląda wręcz na to, że zwłaszcza artyści, humaniści i przywódcy religijni, obdarzeni niespotykanym i twórczym talentem, mają problem z założeniem rodziny i utrzymywaniem bliskich relacji. Czy dlatego, że nieprzeciętnymi talentami i niepospolitym życiem budzą namiętności bądź zazdrość? A może dlatego, że jako ludzie ideowi nie znoszą sprzeciwu oraz innych poglądów czy też po prostu są nieprzystosowani do życia?

Zwolennicy teorii o związku szczęścia z pozostawaniem w satysfakcjonującym i długoletnim związku często dzielą przekonanie, że wyjątkowo utalentowani artyści i myśliciele są ludźmi niestabilnymi psychicznie. Co prawda miewają przelotne romanse i wchodzą w związki, czasem nawet długoletnie, aczkolwiek emocjonalnie wyczerpujące i dramatyczne. Mimo wszystko w swej najgłębszej istocie nie są zdolni do budowania trwałych relacji.

Tak oczywiście mogłyby brzmieć negatywna interpretacja samotności, tymczasem łatwo sobie wyobrazić, że to psychoanaliza, a przynajmniej niektóre jej kierunki, uzależniając szczęście od stabilnych relacji, utrwaliła błędny pogląd. Sprowadziła tym samym niepotrzebnie cierpienie i chaos w życie ludzi, którzy doświadczyli, że samotność jest wprost zbawienna dla zachowania zdrowia i dobrego samopoczucia. 

Wbrew rozpowszechnionej opinii samotność jest emocją pozytywną i nie trzeba się jej bać. Dopiero dramatyczne próby utrzymania relacji za wszelką cenę, a szczególnie lęk przed samotnością, sprowadza w ludzie życie choroby i cierpienie. Aby to zrozumieć wpierw trzeba pojąć różnicę pomiędzy pozornie podobnymi doświadczeniami, których energie w rzeczywistości są przeciwstawne. Jednemu na imię samotność, drugiemu osamotnienie.

Samotność jest odczuciem wewnętrznym, uświadamiającym podstawową prawdę o ludzkiej egzystencji. Osamotnienie jest doświadczeniem zewnętrznym, polegającym na izolacji społecznej. Samotność jest stanem naturalnym, który dla własnego zdrowia i szczęścia trzeba zaakceptować jako oczywistość życia na ziemi. Z kolei osamotnienie jest cierpieniem człowieka, który boi się samotności i dlatego ucieka przed samym sobą, przed prawdą o sobie.

Samotność nie jest przekleństwem, ale szczęśliwym doświadczeniem, w którym człowiek godzi się na samego siebie, wiedząc, że i tak nikt go nigdy nie zrozumie. Samotni się rodzimy i samotni umieramy. Ani w pierwszym przejściu, ani w drugim nikt nie może nam towarzyszyć, więc oczekiwanie, że pomiędzy nimi wydarzy się jakiś cud wyzwolenia z samotności, jest naiwną mrzonką, która kosztuje wiele bólu.

Człowiek samotny ma się dobrze sam ze sobą. Poznaje swój wewnętrzny świat, w który nie może wejść nikt inny poza nim samym. Poznaje siebie, zgadza się na siebie i nie oczekuje, że ktoś będzie mu bezwarunkowo towarzyszył. Samotność jest więc szansą na duchowe wzrastanie. A co najważniejsze, człowiek. który  wewnętrznie zgodził się na egzystencjalną samotność łatwo i szybko wychodzi z osamotnienia.

Samotność jest szansą na duchowy rozwój i osiągnięcie kolejnego poziomu mądrości, ponieważ jej najważniejsze pytanie brzmi: Kim jestem? Bojąc się tego pytania, a właściwie odpowiedzi na nie, uciekamy przed sobą w kolejne związki, brniemy w złe znajomości i za wszelką cenę bronimy relacji, które od dawna nas wyniszczają. Sądzimy, że bycie z kimkolwiek jest warunkiem podstawowego poziomu szczęścia i satysfakcji bez względu na to, czy ta osoba naprawdę kocha i pomaga nam w rozwoju, czy zatruwa i energetycznie wyniszcza.  

Tymczasem osamotnienie jest zewnętrzne, dotyczy relacji i udziału w życiu społecznym. Ludzie, bojący się życiowej samotności, w rozpaczliwym odruchu ratunku chcą za wszelką cenę uczestniczyć w życiu innych, pleść siatkę wzajemnych powiązań, żeby tylko uniknąć osamotnienia. Mimo wszystko warto wziąć pod uwagę fakt, że im większą presję wywieramy na innych, aby dopuścili nas do swojego życia i do swoich grup społecznych, albo na samych sobie, aby wytrwać w toksycznym związku, tym bardziej inni od nas uciekają, chroniąc swoją intymność i prywatność. W konsekwencji tracimy spokój ducha i szacunek do samych siebie. W ten sposób powstaje błędne koło, które pogłębia nie tylko osamotnienie, ale też wewnętrzne odczucie samotności.

Jedynie przy pełnej zgodzie na samotność możemy wyjść z izolacji osamotnienia, ponieważ wówczas na nikim nie wywieramy presji, aby swoją obecnością wypełnił wewnętrzną dziurę, powstałą w konsekwencji ucieczki przed prawdą o sobie. Wówczas zaczynamy też pojmować, że samotność wcale nie jest przeklęta, ponieważ otwiera nową perspektywę życia. Co prawda oznacza kryzys, ale taki, który ustanawia nowy porządek.

Człowiek, kochający samego siebie, który bez względu na okoliczności życia ma się ze sobą dobrze, może spokojnie i szczęśliwie żyć sam. Nie cierpi z tego powodu. Rośnie w wewnętrzną siłę, staje się pewny siebie i swoich potrzeb. Jest coraz bardziej świadomy swoich potrzeb i drogi życia. Tylko taki człowiek staje się piękny duchowo i atrakcyjny dla innych. Nikt przed nim nie ucieka, a wręcz odwrotnie wielu z radością zaprasza go we własną przestrzeń i czas życia.

Z powyższego wynika, że pogłębionemu pojmowaniu samotności sprzyja pamięć o naturze miłości.

Miłość do siebie nie musi być egoistyczna. Jeśli jest samoakceptacją i samorealizacją, w jej konsekwencji pojawia się radość z życia i wewnętrzny spokój, że wszystko dokładnie tak się dzieje, jak powinno. Więc jedynie człowiek kochający siebie może równocześnie doświadczyć miłości i pełnej akceptacji ze strony innych ludzi. Kto sądzi, że większą miłość okaże innym, siebie nie kochając, w rzeczywistości rujnuje swoje życie i potencjalny związek. Kochać można tylko w taki sam sposób, w jaki kocha się samego siebie.

To jest trudne zwłaszcza dla ludzi, którzy w dzieciństwie nie doświadczyli pełnej i bezwarunkowej miłości rodziców, ale musieli na nią zasługiwać, a być może niejednokrotnie brali na siebie także winę za nieporozumienia pomiędzy rodzicami. W dorosłym życiu postępują wciąż według tego samego wzorca. Próbują zapracować na miłość, zaskarbić ją, zasłużyć sobie na nią, jednocześnie czując się winnymi rozpadu np. związku z partnerem.

Nie ma czegoś takiego, jak zasługiwanie na miłość, ponieważ miłość zawsze jest bezwarunkowa i pomimo wszystko. Miłości nie ma się za coś, ponieważ jest czystym darem. Wtedy we wszystkich wymiarach działa jako przepływ życiowej energii, która zaczyna dotykać i uszczęśliwiać wszystkich ludzi. To tłumaczy, dlaczego akceptacja siebie i radość z życia warunkują wyjście ze społecznej izolacji i osamotnienia.

Kto pragnie spokojnie i świadomie wykorzystać cały potencjał życiowej energii, nie demolując ani wewnętrznego brzegu satysfakcji i spokoju, ani zewnętrznego brzegu relacji i przynależności, musi pojąć, że lęk przed samotnością, bezlitośnie sprowadza ją w życie pod postacią osamotnienia, zaś pochwała samotności jest cechą ludzi najbardziej pożądanych w każdym towarzystwie.

Świąteczne życzenia

Bóg rodzi się człowiekiem

życzę więc:

– samotność niech stanie się obecnością;

– chłód niech stanie się czułością;

– dalekość niech obróci się w bliskość;

– ciemność niech napełni się światłem;

– smutek niech obróci się w radość;

– żal niech będzie wdzięcznością;

– wspomnienie niech stanie się czujnością na nowe.

Bądź uważny/a, żebyś usłyszał/a, zobaczył/a, poczuł/a, doświadczył/a.

Nowe już jest.  

Nie słuchaj, gdy każą Ci rozglądać się za nowym!

Nie wierz, gdy Cię nim straszą albo mówią, że się w nim nie odnajdziesz!

Nowe już jest.

Nowe jest w Tobie!  

Nowy świat nie zależy od koniunkcji planet.

Nowy świat zależy od Wielkiej Koniunkcji dwóch najważniejszych słów:

Bóg i Człowiek.

Bóg jest Człowiekiem,

więc jesteś Obecnością, Czułością, Bliskością, Światłością, Radością, Wdzięcznością.

Jesteś Dzieckiem Najwyższego, dziedziczysz Królestwo, masz wszystko.

Równowaga energii

Wczoraj, w ostatnią niedzielę Adwentu, Duch przypomniał o istotnym elemencie zbawienia i pokoju na świecie, o którym prawie w ogóle się nie mówi, ponieważ podważa stereotypy na temat płci. Zwłaszcza w patriarchalnej Polsce, w której religijną wyobraźnię kształtują mężczyźni, chodzący w sukienkach, a pomimo tego często nie radzący sobie z energią seksualną, Kobiety wciąż traktowane są jako własność Mężów. Mężczyznom wydaje się, że bez ich boskiego nasienia świat runąłby w przepaść.

Pragnę w związku z tym zwrócić uwagę na ważny, aczkolwiek z powyższych powodów nie rozwijany, wątek biblijnej narracji o przyjściu trzech mężczyzn do namiotu Abrahama i Sary, którzy zapowiedzieli, że rok później Sara urodzi syna (1 Mż 18,1-14; 21,1-3). W tekście nie ma wzmianki, żeby Abraham fizycznie kochał się z Sarą, co nie byłoby znowu takie dziwne, bo jakby zrozumiałe, że nie trzeba koniecznie informować o seksie, gdyby nie to, że kilka rozdziałów wcześniej autor opowiadania o Abrahamie i Hagar stosowaną informację jednak zamieścił: „A on obcował z Hagar, i poczęła” (1 Mż 16,4a).

To naprawdę nie jest rozstrzygające, czy w sensie fizycznym gameta Abrahama spotkała się z gametą Sary. Niestety od dłuższego czasu interpretacja tekstów religijnych mierzy się przede wszystkim z warstwą literacką i historyczną, czyli z literą tekstów, pomijając Ducha, czyli warstwę symboliczną, która dla duchowości i wiary ma decydujące znaczenie. Nawet jeśli doszło do zapłodnienia Sary przez Abrahama, intencja autora, aby o tym nie informować, jest znamienna. Nie wolno jej lekceważyć, tym bardziej, że opisując narodziny Ismaela bez wahania szczegółowo opisuje fizyczne poczęcie.

Co o tym sądzić, sugeruje zamiar teologów, którzy ów tekst przeznaczyli na ostatnią niedzielę przed Wigilią Bożego Narodzenia. Poczęcie Izaaka przypomina bowiem poczęcie Jezusa, czyli bez udziału mężczyzny. W obu wypadkach miałoby się to w ogóle nie wydarzyć, skoro Abraham był już stary (może niezdolny do stosunku, co sugeruje hebrajski tekst), a Józef fizycznie nie kochał się z Marią. I naprawdę nie jest to istotne, wbrew temu, co można usłyszeć w ironicznych uwagach na temat cudownego poczęcia Jezusa.

Może Abraham z Józefem jednak partycypowali? Co z tego? I tak najważniejszy jest sens duchowy, teologiczny, a nie literalny, historyczny. Z obu opowiadań wynika, że historia ludzkości nie zależy od kopulacji i przekazywania informacji genetycznych, pochodzących z dwóch gamet. Gdy ma się wydarzyć coś szczególnego i zbawiennego (nadającego sens ludzkim dziejom), wówczas Źródło Życia wyrównuje żeńską i męską energię. Rodzi się człowiek androgeniczny, który, co klinicznie pokazuje postać Jezusa, jest stworzony bez udziału władczej, zawłaszczającej, zdobywczej, żądającej i podporządkowującej energii męskiej.

Co prawda rodzi się mężczyzna z biologicznymi cechami płciowymi, niemniej stworzony na obraz Boga jako Adam, czyli człowiek przed podziałem na mężamężatkę. Co w starszej narracji, poświęconej Izaakowi, jest przedstawione dość niezdarnie, aczkolwiek czytelnie, w postaci napięcia pomiędzy bliźniakami: Ezawem (energia męska) i Jakubem (energia żeńska). Izaak umarł po pojednaniu się braci, którzy wspólnie pochowali Ojca.

Dopiero dużo młodsza opowieść o Jezusie jest bardziej precyzyjna i nie pozostawia miejsca na wątpliwości, w jaki sposób interpretować postać Mistrza z Galilei. Jednak zestawiając z nią opowiadanie o poczęciu Izaaka można dostrzec, że obie należą do tego samego duchowego nurtu, upatrującego ocalenie ludzkości w człowieczeństwie pojednanych energii. Zresztą nie są odosobnione, bo nie tylko żydowska Kabała i chrześcijańska ezoteryka o niej pamiętają i rozwijają.

Grafiki, przedstawiające Marię z Dzieciątkiem, jako żywo przypominają wschodnie symbole zrównoważonej energii. Ponieważ to kobieta jest Ewą, czyli matką wszystkich żyjących, więc męska energia jest jakby wpisana w żeńską, ale to jest wniosek powierzchowny. W istocie wszystko zmierza do równowagi.

Uważne oczy łatwo zauważą, że Kobieta kołysze, trzyma w dłoniach, tuli syna, Chłopca. Tworzy zatem pełnię, czyli przepływ energii z Mężczyzną, który jest z niej. W ten sposób grafika uświadamia, że Kobieta nie potrzebuje energii obcego Mężczyzny, ilustrowanej jako penis. Jej penisem jest Chłopiec, którego urodziła, czyli męska energia, którą ma w sobie. Z kolei Chłopiec, czyli męska energia, wyłania się z żeńskiej. Męska energia nie jest autonomiczna i zdobywcza, jak utrzymuje mit założycielski cywilizacji białych mężczyzn. Jest integralnym elementem ludzkiej pełni. Kobiety mają ją w sobie, ale wychowywane są w taki sposób, żeby nie potrafiły jej uruchamiać. Skoro z niej nie korzystają, więc uzależniają się od energii Mężczyzn, którzy wykorzystują swoją pozycję i czynią z Kobiet kuchenne służące i prostytutki.

Tymczasem męska energia, której obrazem jest penis, jest siłą zewnętrzną, siłą mięśni i tzw. szerokich ramion, zapewniającą spokój i bezpieczeństwo Kobiecie/Matce i Dzieciom. Powinna realizować się jako służąca, a nie władcza i zdobywająca Kobiety dla zmysłowej przyjemności. Odwrotnie energia żeńska jest mocą wewnętrzną, mocą miłości i rodzenia, czyli tworzenia nowej ludzkości.  Dlatego nie dziwmy się, że wszystko, co najlepsze i zbawienne, czyli uzdrawiające, uszczęśliwiające, błogosławiące, nadające sens ludzkiej historii, dzieje się dzięki Kobietom, rodzącym Mężczyzn, którzy są wolni od męskiego EGO i potrzeby zdobywania.

Gdy żeńska energia zrównoważy się z męską w każdym człowieku, wówczas nastanie pełnia Królestwa Niebios.

Pustka

Boimy się pustki. Niepokoi nas zawsze, bez różnicy czy jest doświadczeniem zewnętrznym, czy wewnętrznym. Dla przykładu, jeśli dopada nas w postaci osamotnienia, uzależniamy się od towarzystwa, gdy zaś pod postacią lęku o utrzymanie, wtedy wpadamy w pracoholizm. Z kolei uwewnętrznione doświadczenie pustki może skończyć się perfekcjonizmem, jeśli życiu nie potrafimy nadać innego sensu, poza pracą, paniką, gdy słyszymy fatalną diagnozę lekarską, albo zgorzknieniem, gdy jesteśmy przekonani, że mamy pecha.

Pustka nas rozbija w kosmiczny pył, rozkłada na elementy podstawowe, dezintegruje, pozbawia poczucia całości, spełnienia, zadowolenia, satysfakcji. Dlatego jej nie lubimy i życzymy sobie, aby to dojmujące doświadczenie emocjonalne nigdy nas nie dopadło. Tymczasem największym dobrem, którym nas obdarowuje, jest jej konstytutywna cecha, czyli właśnie czynienie nas pustymi.

W gwiazdozbiorze emocji pustka pełni rolę podobną tej, bez której nie wyobrażamy sobie życia bez wody. Najlepszym rozpuszczalnikiem, dostępnym od ręki niemal w każdej sytuacji,  jest woda. Dzięki niej, co zabrudzone znowu staje się czyste, albo co występuje w stężeniu zagrażającym zdrowiu rozcieńczone. Woda naprawia też nasze komórki, ponieważ swoją harmonijną i prostą strukturą wiązania chemicznego pełni rolę porządkującej matrycy dla każdego ciała i organu, którego wzorzec został zaburzony. Energia wody jest stwórcza i naprawcza.

Pustka niczym woda oczyszcza naszą psychikę, rozcieńcza wszystko, co za dużym natężeniem grozi nam śmiercią, wreszcie naprawia duchową strukturę wiązań ze sobą oraz innymi. Bez pustki nie dałoby się zdrowo i szczęśliwie żyć, my tymczasem podejrzewamy ją o destrukcję życia. Rzeczywiście byłoby błędem zaprzeczanie, że pustka może całkowicie zniszczyć człowieka i dosłownie zmieść go z powierzchni ziemi, pozostawiając po nim puste miejsce przy stole, o ile jest postrzegana jako wróg i nieszczęście. Mimo tego warto ją docenić, oswoić, zmienić przekonania na jej temat, nauczyć się z niej korzystać, a dzięki temu przebiegunować jej energię i korzystać z jej oczyszczających właściwości.

W duchowej praktyce pustka znana jest pod postacią postu, czyli oczyszczenia ciała przez powstrzymywanie się od jedzenia. Innym rodzajem pustki jest pustynia, czyli z kolei miejsce oczyszczenia ducha przez powstrzymywanie się  od kontaktów z ludźmi. Pustka, pustyniapost to rodzina słów, którą warto sobie uzmysłowić, żeby przestać bać się pustki. 

O człowieku duchowym, podnoszącym poziom świadomości, można powiedzieć, że nie boi się pustki. Wybiera ją świadomie w formie najodpowiedniejszej dla niego bądź w zależności od aktualnych potrzeb. Zatem to może być post, odosobnienie (niekoniecznie dosłownie na pustyni) albo coś w rodzaju duchowego pucowania. To kolejne słowo z rodziny, genialne w swej prostocie. Szkoda, że rzadko używane.

Niestety mamy tendencję do zagęszczania życia wszystkim, co zapewnia poczucie bezpieczeństwa i satysfakcję z efektów własnej zapobiegliwości, pracowitości, zaradności i rozsądku. W ten sposób nasz wewnętrzny człowiek zarasta egoistycznymi samosiejkami, inwazyjnymi chwastami, które wpierw zasłaniają jego piękno, a ostatecznie zagłuszają i uśmiercają. Człowiek, zagęszczony zachciankami EGO, ma duszę zabetonowaną w więzieniu posiadania. Wyhamowana energia życia przestaje płynąć i zatrzymuje się w brudnej sadzawce.

Wewnętrzne pucowanie jest pracą, uwalniającą od nadmiaru rzeczy, gąszczu znajomości, przywiązania do idei, uzależnienia od stanowisk, sławy i chwały. W gąszczu zachcianek EGO podążanie własną drogą życia wpierw staje się uciążliwe, potem niemożliwe, a na koniec znika sama droga i człowiek musi umrzeć. Świadome i systematyczne czynienie siebie pustym, aby energia płynęła, niczym w mieszkaniu wysprzątanym przed świętami, jest cechą ludzi duchowych, dbających o rozwój.

Ludzie świadomi nie boją się pustki. Dbają o nią, aby mogła w nich zamieszkać pełnia bogactwa ze Źródła Życia, Miłości i Światła. Jeśli Źródło nazwiemy Bogiem wówczas odkryjemy, że można być ubogacanym (u/BOGA/conym) jedynie wówczas, gdy przez cały czas pozostaje się pustym. Tylko pustynia może stać się oazą życia, ogrodem obfitości, miejscem czystej radości.

Źródło chce ubogacać, przepływając przez każdego z nas. Gdy jesteśmy zarośnięci zachciankami EGO, zaszlamieni obsesją poczucia bezpieczeństwa, zakorkowani zadowoleniem z siebie, wówczas musi wydarzyć się coś, czego boimy się wszyscy, jednak nie spotyka ludzi pustych. Niczym piorun z jasnego nieba, pojawia się kryzys, który zabiera wszystko, czym zarośliśmy. Skarżąc się i głośno krzycząc, że boli, oskarżamy wówczas Boga o nieobecność albo brak czułej miłości.

Tymczasem ów kryzys świadczy o czymś przeciwnym, a mianowicie, że Źródło, będące Miłością, upomniało się o nas i zaczęło nas przepychać, odszlamiać, pucować, aby udrożnić na przepływ energii życia. Zabiera nam wszystko albo tylko te elementy, którymi byliśmy najbardziej zarośnięci. Bywa, że jest to zdrowie, praca, majątek, dom, ale też rodzina, małżonek, dzieci. Od czasu do czasu tracimy pokój, wolność, ład społeczny, porządek publiczny, itd.

Doświadczamy wtedy pustki, o którą nie zatroszczyliśmy się sami. Jest emocją wyniszczającą, rozbijającą nas w drobny mak. Boimy się jej, nie radzimy sobie  z nią, uważamy za jedną z najgorszych obok żałoby i panicznego strachu. Tymczasem bardzo łatwo możemy jej uniknąć, a właściwie zapobiec, czyniąc się zawczasu pustym na bogactwo życia, które wszelkimi sposobami chce przez nas przypływać, aby nas obdarowywać i użyźniać.

Nie gorzkniejmy i nie poddawajmy się apatii, gdy przydarza się nam odczucie pustki. Podnośmy raczej stan świadomości, czujnie rozglądając się po zarośniętym życiu, aby jak najszybciej dostrzec, czego jesteśmy pozbawiani i co w związku z tym powinniśmy zmienić? Ów proces możemy wzmocnić, świadomie i dobrowolnie czyniąc się pustym w tej sferze, którą dotknął kryzys, co przyspieszy proces naprawczy i zdrowienie. W ten sposób dobrze jest duchowo pracować przede wszystkimi z chorobami, nie oczekując, że lekarz bądź uzdrowiciel pomoże nam bez naszego zaangażowania.

Pozostając zarośnięci zachciankami EGO, bądź zakorkowani wszystkim, co udało nam się zyskać, zarobić i osiągnąć, przypominamy skądinąd sympatyczne bobry, budujące tamy, aby spiętrzać wodę. Tym samym niestety blokujemy przepływ energii życia. Początkowo energii mamy co prawda więcej, niczym bobry wody, jednak po jakimś czasie jej przepływ ostatecznie ustaje. Zalane brzegi życia przestają być widoczne. Przestają wyznaczać drogę, a my zaczynamy gubić się, kręcić kółka, błądzić w gąszczu zarośli.

Emocja pustki, zatem jak pozostałe, ani nie jest negatywna. ani przeklęta. Przy odrobinie zrozumienia może być wykorzystywana do zarządzania energią zmian, okresowo intensywnie, a codziennie z czułością i uważnością. Na pewno zawsze jest świetną okazją, aby z wdzięcznością podziękować Źródłu, że troszczy się o nas i chce naszego szczęścia.

Obojętnie, czy sami praktykujemy pustkę, czy spotyka nas wbrew naszej woli, warto wówczas zaśpiewać pochwalne Alleluja na cześć ubogacającego Źródła Miłości. Bowiem kolejnym cudem pustki jest wdzięczność. Wewnętrznie stajemy się puści, czyli wydrążeni z EGO. Duch przykłada wtedy usta do naszego serca i wygrywa melodię szczęśliwego, zdrowego i spełnionego życia, wykorzystując nas, jak muzyk piszczałkę. Nie blokowany zachciankami EGO używa czystego, szczerego i prawdziwego JESTEM, którym jesteśmy, aby po całym świecie było słychać Alleluja.