Co z tymi czakrami?

Czegóż to w ostatnich miesiącach nie nasłuchałem się o sobie? A to, że zostałem zdegradowany na uczelni, usunięty z Kościoła, z zakazem publicznych wypowiedzi, itp.

Otóż nie. Nie czuję się specjalnie dotknięty, sponiewierany ani skrzywdzony. Rzeczywiście zdaniem niektórych nie powinienem studentów uczyć teologii biblijnej, więc zlecono mi religiologię i ekumenizm. W moim wypadku religiologia jest naturalnym etapem teologicznego rozwoju. W końcu sam zacząłem szukać inspiracji do interpretacji tekstów biblijnych poza chrześcijańską teologią. Dzięki temu zyskałem na uczelni nowe możliwości przedstawiania moich przemyśleń. 

Szczerze pisząc nie orientuję się, za co mógłbym być zły albo czuć się skrzywdzonym, co bywa mi często sugerowane. Odwrotnie, nie ma wydarzeń ani okoliczności, co do których miałbym wewnętrzne przekonanie, że nie powinienem być za nie wdzięcznym.

Ostatnie zamieszanie ma związek z moją antropologią, czyli sposobem rozumienia człowieka. Ponieważ często używam pojęcia czakry, więc bywam podejrzewany o religijne związki z Dalekim Wschodem i rezygnacją z chrześcijaństwa. Podobno biblijni autorzy nie znali czakr. Otóż znali, tyle tylko, że używali innych pojęć. Znał je również Jezus z Galilei i w dodatku świetnie z nimi pracował. Niektóre biblijne zamienniki popularnego słowa czakra to dzban, stągiew, chleb i ryba, pieczęć. Uprzedzając dalszy wywód dodam jeszcze, że system czakr jest w człowieku połączony z przewodem witalnej energii, biegnącej środkiem kręgosłupa, zwanej praną, energią chii, maną albo libido. W Biblii ów energetyczny kanał, rozprowadzający energię przez system meridian do każdej  komórki ciała, nazywa się np. srebrnym sznurem (Księga Kaznodziei Salomona 12,6). 

Dlaczego chrześcijanie uważają, że czakr nie ma? Co z nimi nie tak? W czym przeszkadzają pobożnym? Pytania w tym tekście pełnią rolę retoryczną, jednak w rzeczywistości ich źródłem nie jest niedouczenie, ale lęk, że tradycyjna interpretacja zbawienia legnie w gruzach. Wszyscy, którzy boją się czakr i dlatego zwalczają także moje poglądy, w istocie zachowują się podobnie do poprzedników sprzed wieków, którzy szydzili z heliocentryzmu, ewolucjonizmu albo równouprawnienia płci. Po jakimś czasie okazywało się, że ich argumenty nie są rzeczowe, ale emocjonalne. Bali się, że przestaną rozumieć świat i grunt pewności usunie im się spod nóg, a to jest najważniejsza przyczyna każdego fundamentalizmu.

Spróbuję wobec tego krótko i rzeczowo przedstawić swoją wizję człowieka i w tej ogólnej koncepcji szczegółowiej opisać czakry.

Wszystko, co istnieje, łącznie z człowiekiem, zostało stworzone z miłości, z którą mamy ten problem, że niepotrzebnie ograniczamy ją do emocji. Rzeczywiście nią jest, jednak pamiętając o tym, że emocje to energia w ruchu, zyskujemy szerszą perspektywę rozumienia miłości. W człowieku ta energia jest odczuwalna jako emocja, jednak poza nim jest po prostu stwórczą energią, którą biblijny autor łączy z Bogiem: „Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością” (1 J 4,7n).

Dzięki biblijnemu wyznaniu o Bogu, które nie jest alegorią, możemy być czegoś pewni o Bogu. Z tej pierwotnej energii, będącej w ciągłym ruchu, powstał też człowiek, jako jeden z przejawów jej drgań. Ponieważ pierwotna energia miłości drży, więc w efekcie jest światłem, co prowadzi do wniosku, że prawdziwą naturą człowieka jest energia świetlna. Inaczej pisząc, jesteśmy skrystalizowaną w postaci komórek energią światła. Jej manifestacją w ziemskim czasie i przestrzeni. Podstawową właściwością energii pierwotnej jest moc, która wszystko spaja i łączy, podtrzymując życie człowieka na ziemi i służąc jako wsparcie w rozwoju.

Ta energia miłości jest wszechobecną siłą, wspierającą od podstaw wszystkie światy oraz istoty. Jej emanacją jest nie tylko człowiek, ale każde stworzenie, zaś jej działanie i przejawianie się zależy od częstotliwości drgań, z powodu której niektóre stworzenia uznajemy za materialne, inne zaś za duchowe, albo za nieożywione i ożywione. W istocie wszystko powstało z Boga, który jest miłością, i jedynie częstotliwość drgań przesądza o sposobie manifestacji tej energii i rodzaju egzystencji. Kwant może bowiem stać się fotonem bądź cząstką elementarną. Im większą masę a mniejszą częstotliwość drgań ma pierwotna energia tym bardziej się stabilizuje i materializuje, aż w końcu przybiera formę materii, która wydaje się być trwała i stabilna. A tymczasem wciąż jest energią, w której więcej jest pustej przestrzeni aniżeli czegoś, co wydaje się materią, a zostało nazwane cząstką elementarną.

Człowiek jest więc wcieleniem światła. Wypełnia go pierwotna wolność i radość, posiada twórcze zdolności i możliwości, a okres, gdy ma moc, aby zrealizować wszystko, czego pragnie, nie pokrywa się z czasem życia na ziemi, która jest do tego stopnia zmaterializowana, że aż zastygła w trzech wymiarach przestrzeni.

Dlatego na ziemi jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy, czyli takim rodzajem istnienia, jakie sobie wymyślamy. Jeśli myślimy, że jesteśmy bez wartości i zdolności, nie potrafimy też uwierzyć w snop światła, które przez nas może oświecać ziemię. W efekcie stajemy się takimi, za jakich się uważamy i przestajemy pasować do światła, bo nasze drgania spowalniają i rośnie masa. Stajemy się ociężali, chorzy, nieporadni, nieszczęśliwi, wystraszeni i umieramy w ciemnościach.

Jednak w istocie jesteśmy fotonami (cząsteczkami światłą), które na czas ziemskiego życia stały się elektronami (elektron to podstawowa jednostka prądu elektrycznego), co oznacza, że dosłownie świecimy, chociaż jasność tego światła i jego jakość zależą od naszych przekonań, determinujących nasze emocje, czyli energię w ruchu, którą byliśmy, jesteśmy i pozostaniemy.

Istotną cechą elektronu jest to, że w odróżnieniu od cząsteczki światła ma masę i potrafi pozostawać w stanie spoczynku, dzięki czemu przechowuje informacje oraz pamięć procesową. Kiedy elektrony drgają gwałtownie, powstają fale elektromagnetyczne (światło) o tej samej częstotliwości, a te z kolei wymuszają drgania naładowanych elektrycznie cząsteczek. Dzięki temu wzajemnemu oddziaływaniu fala elektromagnetyczna, czyli prąd elektryczny, powoduje działanie radia, telewizora oraz wszystkich urządzeń elektronicznych, także świecenie lamp. 

To w najprostszy sposób wyjaśnia, dlaczego wszyscy świecimy i jesteśmy jakby otoczeni tzw. aurą, czyli ciałem plazmowym o wysokiej częstotliwości drgań, chociaż tylko niektórzy to światło widzą.  W rzeczywistości nie jesteśmy otoczeni światłem, ale jego manifestacją. Wyłącznie od naszych przekonań zależy stopień połączenia z energią pierwotną, czyli z miłością, zaś od rodzaju emocji zależy jakość światła, którym emanujemy w świecie.

Tym sposobem dotarliśmy do systemu narządów, którymi są tzw. czakry, a w rzeczywistości centra energetyczne, od pracy których zależy częstotliwość, którą jako energia drżymy w fizycznym świecie, świecąc sobie oraz innym albo odwrotnie. Są one tak samo niezbędne jak np. układ pokarmowy. Różnica pomiędzy nimi polega jedynie na tym, że czakry służą do odżywiania energią wysokich częstotliwości, zaś układ pokarmowy do odżywiania tej części nas, która ma niskie wibracje i jest bardziej zmaterializowana. Ponieważ czerpiemy przez nie energię życiową, są ważnym elementem sieci rozprowadzającej informację energetyczną, a więc mają związek z czymś, co w naszej kulturze zwiemy emocjami.

W sanskrycie słowo czakra oznacza koło bądź obracać się. Dla ludzkiego oka, dostrzegającego energię w widzialnym paśmie światła, czakry są niewidoczne, co nie oznacza, że nie można ich mierzyć odpowiednimi przyrządami albo wyczuwać wrażliwymi dłońmi, które wraz ze stopami, czubkiem głowy i kością krzyżową są czułymi miejscami przepływu energii (dlatego nie siadamy na zimnych kamieniach i głowę z kończynami ochraniamy przed wychłodzeniem).

Istnieje 7 głównych czakr, związanych z ciałem fizycznym, oraz 5 istniejących poza nim. W elipsoidalnym jaju ciała świetlnego znajdują się szersze otwory czakr o średnicy około 15 cm, zwrócone na zewnątrz. Wewnątrz ciała zwężają się i łączą się z kanałem życiowej energii, tzw. przewodem prany, a przez niego z systemem meridian, dzięki czemu energia z poszczególnych czakr rozprowadzana jest do wszystkich komórek. Czakry mają kształt lejka, zwężającego się w stronę kręgosłupa, którego najszersza część na kilka centymetrów wystaje poza ciało fizyczne. Czakry od drugiej do szóstej znajdują się z przodu i z tyłu ciała. Zbierają energię, obracając się spiralnie. Czakra pierwsza skierowana jest ku ziemi, natomiast czakra siódma, zwana czakrą korony, zwrócona jest ku górze. Czakry różnią się częstotliwością drgań, dzięki czemu nie zderzają się ze sobą ani nie nakładają na siebie, czyli wzajemnie nie przeszkadzają sobie w obrotach.

Prędkość, z jaką wirują czakry, jest ważna dla jakości życia, zwłaszcza zdrowia. Gdy zaczynają się obracać, emitują światło (dlatego są widzialne jako różne kolory, odpowiadające barwom tęczy) i dźwięk. Obracając się tworzą spirale energetyczne i pobierają energię wyższych częstotliwości (powiedzielibyśmy, że z wyższego wymiaru). Wchłaniając tę energię, zmieniają jej postać tak, aby mogła być wykorzystana przez ciało fizyczne. Stanowią centrum transformacji energii, która następnie poprzez system meridian krąży w fizycznym ciele jak krew.

Gdyby ów układ dostarczania energii był zbędny z pewnością zanikłby już dawno temu. Widocznie jego działanie jest niezbędne do wielu funkcji życiowych, i to nie tylko na tym świecie. Czakry są energetycznymi kanałami, łączącymi ciało fizyczne z nakładającym się na nie ciałem świetlnym (plazmowym), podtrzymującymi życie i pobudzającymi je do aktywności. Najważniejsze jednak jest to, że czakry wraz z kanałem życiowej energii, biegnącym wzdłuż kręgosłupa, są narządem łączącym człowieka z energią pierwotną, czyli z Miłością. To przejścia pomiędzy wymiarami i wrota ze świata materialnego do świata wyższych częstotliwości.

Czynnikami obniżającymi prędkość obrotów czakr, powodującymi ich zamykanie się, jest negatywna energia w postaci złych emocji, a także niskie pobudki życia, skoncentrowane na zdobyciu fizycznego pożywienia i zabezpieczeniu szans na przeżycie w chwilach zagrożenia, a także uprzedzenia, zabobony, ślepa wiara, bark wiary w siebie albo nienawiść do samego siebie. Co powinno uświadomić, że najważniejszym czynnikiem stabilizującym właściwe działanie czakr, nie są ani ćwiczenia fizyczne, ani oddziaływanie kolorami bądź dźwiękami (tzw. kąpiele w kolorach i dźwiękach), ale podnoszenie świadomości.

Każdej z czakr odpowiada kolejny poziom świadomego życia, aż do pełnego otwarcia się człowieka na Światło, pochodzące z pierwotnej energii, czyli z Miłości. I jeśli czemukolwiek ma służyć doświadczenie religijne, które ja wolę nazywać doświadczeniem duchowym, to wyłącznie temu. Oczywiście może to być system rytualny, oparty na nieświadomym zarządzaniu energią i jej przepływem przez ciało, jednak moim największym pragnieniem jest świadome kształtowanie tego procesu, abyśmy widzialnie manifestowali się tym, kim jesteśmy w istocie, czyli światłem.

A wyrażając to nieco inaczej chodzi o to, żeby świadoma duchowość, która jak najszybciej powinna zastąpić ślepą rytualność, podnosiła częstotliwość drgań energii, z której powstał każdy człowiek, bo w ten sposób uwalniamy się od wpływu gęstej energii, materialnych potrzeb i lęków, które oznaczają niską częstotliwości drgań, a przez to zwiastują nieszczęścia i choroby.

Więc co z tymi czakrami? Czy wiedząc, że są, rozumiejąc ich znaczenie dla życia, i ucząc się wykorzystywania energii, którą dzięki nim czerpię ze Źródła, w czymkolwiek występuję przeciwko chrześcijańskiej duchowości? Przecież jej najważniejszym celem jest dbanie o świątynię Ducha, którą jest każdy z nas.

W moim przekonaniu świadoma duchowość rozwiewa wszelkie wątpliwości.

Malbork mnie przyciąga -zapraszam i Was

Biegnąca z wilkami
W mądrej i pięknej książce Biegnąca z wilkami, literatka i psycholożka,
Clarissa Pinkola Estes, zebrała stare narracje, dedykowane Kobietom, z czasów, w których nie było jeszcze biblijnej tradycji, męskiej dominacji, a Bóg nie był tylko Ojcem, a Źródłem Życia, czyli Matką. Te inicjacyjne opowieści leczą lepiej od spółki psychologa z internistą. Terapeutyczną moc mają zaklętą w archetypicznych symbolach, które odżywają za każdym razem, gdy pozwalamy im stać się słowami, zrodzonymi przez matkę serce i ojca rozum. Cudownie łączą ciemne i jasne strony duszy, życia, codzienności, tworząc z nich tkaninę, w którą przyodziewa się Wiedźma. Kobiecą duszę przyodziewają w prawdę, która wyzwala…

⦁ jeśli Matka budzi w Tobie poczucie winy i manipuluje Tobą, a Ojciec nie afirmuje Twej kobiecości;
⦁ jeśli nie wyobrażasz sobie, że mogłabyś sama dać sobie radę w życiu;
⦁ jeśli uważasz, że bez trwałego związku będziesz nieszczęśliwa;
⦁ jeśli znasz źródło swoich cierpień, ale nie masz dość siły, aby się uwolnić;
⦁ jeśli jesteś zdemoralizowana bogactwem, za które jesteś gotowa płacić cierpieniem;
⦁ jeśli nie bronisz swoich dzieci i Córki nie ostrzegasz przed męskimi pułapkami;
⦁ jeśli wstydzisz się ciała, a seksualność kojarzysz z ciemnością i brudem;
⦁ jeśli nie korzystasz z intuicji i wiedzy, ponieważ boisz się ostracyzmu;
⦁ jeśli od dzieciństwa marzysz, ale niczego nie realizujesz, to wiedz, że

lektura Biegnącej z wilkami jest właśnie dla Ciebie, ponieważ:

⦁ poznasz różnicę pomiędzy uzależnieniem od mężczyzny, a uzależnieniem od swojej niezależności;
⦁ dowiesz się, jak osiągać energetyczną pełnię, aby tworzyć związek z mężczyzną, na którego możesz liczyć;
⦁ nauczysz się, że kobieca dzikość jest mocą miłości, a nie siłą zdobywania;
⦁ staniesz się Wiedźmą, czyli uzdrowicielką, nauczycielką i duchową przewodniczką;
⦁ poznasz tzw. religijne i etyczne zagrożenia wewnętrznej wolności;
⦁ odkryjesz tajemnicę szczęścia.

Mężczyzn, pragnących zrozumieć kobiece pragnienia i lęki, oraz Kobiety, które chcą uzdrowić duszę, Zapraszam na wspólną lekturę Biegnącej z wilkami. Interpretacje, inspirowane przez autorkę książki, będę tworzył sam, zanurzony wraz z Wami w czasie i przestrzeni naszego wspólnego spotkania.

                                                                                                    

Zgłoszenia na warsztaty : Janka Głowacka tel. 601724952

Książka o emocjach

Bardzo się cieszę, że w wydawnictwie Virgo ukazała się moja nowa książka: MYŚL ODCZUWAJ DZIAŁAJ. Zapraszam w niej do mentalnej pracy z emocjami.

Świetnie jeśli praktykujemy codzienną modlitwę, medytację i ćwiczenia cielesne. Robimy to, aby między innymi zapanować nad umysłem, wesprzeć ciało i poprawić jakość życia. Jednak pamiętajmy, że prawdziwa sztuka budowania łodzi, w której spokojnie i bezpiecznie utrzymujemy się na powierzchni świadomości, polega na szukaniu, przyjmowaniu i utrzymywaniu nowych myśli, które ratują z nieświadomie przeżywanych emocji, uzdrawiają i ujawniają duchowe tajemnice. Dzięki nim zmieniamy przekonania o sobie i życiu.

Dlatego na początku zawsze potrzebne są nam nowe myśli, którymi świadomie kształtujemy emocje i zyskujemy emocjonalną wolność. Dzięki niej nie poddajemy się stereotypowym przekonaniom i zachowaniom, więc możemy angażować się w najlepsze dla siebie przedsięwzięcia.

Gdy nowymi myślami zaczynamy świadomie kształtować energię emocji, doświadczamy cudu nowego życia.

W książce znajdziecie 46 emocji, które opisałem w taki sposób, aby przekonać Was, że nie ma złych emocji, a jedynie złe przekonania na ich temat.

Cena: 39 zł.

Chętnych proszę o przesłanie danych adresowych na adres: mju@escobb.com.pl.

Nie muszę – Jestem

W rozmaitych tekstach o charakterze poradnikowym jesteśmy słusznie zachęcani do zmiany motywacji. Gdy o poranku nie chce się nam wychodzić z ciepłego łóżka, w poniedziałek zamykać za sobą pachnącego kawą mieszkania, aby pojechać do pracy, a w jesienny wieczór wyprowadzić psa, wówczas podobno nie warto się zmuszać, ponieważ to przysparza jedynie więcej emocjonalnego cierpienia. Wyjścia z pościeli i mieszkania albo na spacer z psem i tak nie unikniemy, więc motywacja, wynikająca z przymusu, co najwyżej bardziej unieszczęśliwia, czyniąc z nas niewolników, zmuszonych mierzyć się z konsekwencjami wcześniejszych wyborów.

Wobec tego, czy prosta zamiana motywacji z „muszę” na „chcę” rzeczywiście tak bardzo ułatwia życie? W niektórych przypadkach pewnie tak, a najpewniej wówczas, gdy po prostu mamy tzw. lepszy dzień, więcej życiowej energii i satysfakcję z poprzednich działań. Jednak w powszechnym doświadczeniu wcale nie jest to ani takie proste, ani skuteczne.

Moim zdaniem metoda nie jest zła i autorzy owych poradników naprawdę dobrze nam radzą. Problem bierze się stąd, że nie wyjaśniają złożonych mechanizmów, rządzących naszą życiową energią, a w związku z tym przedstawiają metodę „na skróty”, która przez to bywa nieskuteczna. Dopiero zrozumienie, w jaki sposób działa ów mechanizm motywacji do życia i działania, oraz świadome zastosowanie całego modelu, gwarantuje pozytywne skutki.

No cóż, względy ekonomiczne często miewają wpływ na treść artykułów i książek. Także w sferze poradnictwa skutecznie działa propaganda sukcesu, promująca miraż łatwego i lekkiego życia. Jeśli nie można „dobrze się bawić” myjąc zęby o poranku, wyprowadzając psa w wietrzną i deszczową pogodę albo szorując muszlę klozetową, pewnie w ogóle nie warto cokolwiek zaczynać? „Dobra zabawa” ma przyciągać uwagę czytelnika i pełnić rolę wywabiacza plam po krwi i pocie.

Tymczasem dynamika decyzji i zarządzanie energią zmian nie jest ani „dobrą zabawą”, ani nie służy do wywabiania cierpienia.  Jest po prostu narzędziem, które trzeba używać świadomie i wytrwale, aby po jakimś czasie doświadczyć stanu lekkości i radości. Czegoś na podobieństwo trwałego odpoczywania pomimo podejmowania wciąż nowych przedsięwzięć.

Proponuję krótką wycieczkę po kolejnych stanach świadomości, ponieważ każdy z nich posługuje się właściwym dla siebie sposobem motywacji. Zobaczymy wówczas, że uproszczona metoda zamiany motywacji z „muszę” na „chcę” jest przydatna jedynie w przypadku osób, które osiągnęły stan świadomości, odpowiedni dla poziomu serca, czyli działania w polu bezwarunkowej miłości. Kto nie potrafi w nim żyć i podejmować decyzji, przeżywa rozczarowanie. Mimo wszystko zapewniam, że również wtedy można sobie pomóc. Zachęcam zatem do dalszej lektury.

1. Muszę

Na pierwszym poziomie świadomości, który jest fundamentalny i niezbędny do dalszego rozwoju, jesteśmy niejako skazani na motywujące do działania „muszę”. Na tym poziomie ujawnia się siła rodu, plemienia, narodu, wspólnoty, której zawdzięczmy życie i przetrwanie, gdy jeszcze nie jesteśmy dojrzali, silni, sprawczy i samodzielni. Rodowi zawdzięczamy naszą ziemską historię, jej genetyczne, kulturowe i dziejowe dziedzictwo, bez którego nie bylibyśmy sobą. W zamian za dar życia i poczucie bezpieczeństwa jesteśmy jej winni posłuszeństwo. Ród (oraz wszystkie struktury, które uosabiają go w codziennym życiu) oczkuje zatem motywacji typu „muszę”. Wychowywanie niestety wciąż kojarzy się nam z posłuszeństwem rodzicom i autorytetom. Ów program jako pierwszy bodziec w doświadczeniu życia zapisuje się w nas najsilniej, zaś wszystkie struktury społeczne, posługujące się energią władzy, skwapliwie z niego korzystają, aby utrzymywać nas w roli podwładnego, petenta, winnego czy też ofiary. Na tym poziomie świadomości można przeżyć całą ziemską historię i nigdy nie skorzystać z możliwości, jakie daje energia wyjścia, czyli doświadczenie wolności. Wówczas propozycja, że nie „muszę”, ale „chcę” może wywołać prawdziwy entuzjazm, niemniej po chwilowym zachłyśnięciu się nowym sposobem motywacji najczęściej powraca dominująca świadomość bycia ofiarą. Po euforii pojawia się apatia i bezsilność, na którą jedyną metodą wydaje się być postawa niewolnika, który sam siebie zmusza do codziennej aktywności.

Rodzinie rzeczywiście należy się szacunek i wdzięczność za życie, utrzymanie i wychowanie, ale nadchodzi moment, gdy trzeba wyrosnąć ponad codzienne uzależnienie od bezpieczeństwa, które zapewnia przynależność do wspólnoty za cenę samodzielnego życia. To chwila, w której nie porzucając rodziny i nie wypierając pamięci o dobru, otrzymanym z jej miłości, zamieniamy stałość i stabilność bycia na płynność doświadczeń i siłę przyjemności. Nadchodzi czas świadomości pragnienia.

2. Pragnę

Żywioł ziemi, będący symbolem rodu, zastępuje żywioł wody. Delikatnie pieszcząc nasze zmysły i działając na energetyczne centrum seksualności oraz świadomości siebie, symboliczna woda dostarcza bodźców zmysłowych. Po potrzebie bezpieczeństwa pojawia się w nas potrzeba przyjemności, nie tylko erotycznej, ale także artystycznej i twórczej. Odtąd pragniemy przyjemności, luksusu, piękna i cudownego odczucia, że możemy pozostawić po sobie potomstwo albo coś doniosłego w sferze kultury i sztuki. Odtąd nie motywujemy się więziennym „muszę”, ale kreatywnym „pragnę”. Wydarza się cud motywacji. Już nikt nie decyduje za nas, a my zapamiętujemy się w cudownych oparach sprawczości. Dym cygara, smak dobrego alkoholu, wyszukane potrawy, delikatność wysokogatunkowych tkanin, przeżycia z galerii sztuki, wreszcie własna twórczość upajają i skutkują kolejnym mirażem, że osiągnęliśmy niebotyczny poziom wyrafinowania i smakowania codzienności.

Mimo wszystko zapytajmy, po co nam na dłuższą metę sprawczość typu „pragnę” skoro po jakimś czasie uzmysławiamy sobie, że chociaż wiemy, co sprawia nam przyjemność, jednak nie znajdujemy ani środków, ani sposobów, aby to realizować i osiągać? Doprawdy na długie lata, a w wypadku wielu nawet na całe życie, można pozostać niezaspokojonym bywalcem życiowego wellnesu i nie wychodząc z wody uzależnić się od innych, którzy za cenę środków potrzebnych na przyjemności będą oczekiwać zobowiązania.

Dlatego, chociaż motywacja „pragnę” na krótką metę może rzeczywiście wydawać się cudownym rozwiązaniem problemu porannego „muszę”, nie dajmy się zwieść. W motywującym „pragnę” wciąż pozostajemy niewolnikami, którzy nie wiedzą niczego o prawdziwej wolności bycia. Uwięzienie na poziomie świadomości, którego dominantem jest siła przyjemności, co prawda nie wydaje się niebezpieczne, ponieważ początkowo zapewnia wiele cudownych doświadczeń, w rzeczywistości kończy się niewolą, z której wyjść dużo trudniej, aniżeli z wcześniejszego pola świadomości. Zatem, gdy raz zrezygnowaliśmy z  motywacji typu „muszę”, na zawsze pozostaje nam wytrwałe wędrowanie przez kolejne poziomy świadomości. Inaczej czeka nas psychiczna śmierć.

3. Mogę

Gdy docieramy do poziomu energii ognia, czyli do centrum wewnętrznej mocy, zwanego splotem słonecznym, motywacja „pragnę” przetapia się w motywację „mogę”. Delikatny żywioł wody, kojarzony z miłymi poruszeniami skrzydeł motyla na wysokości pępka, robi miejsce żywiołowi ognia, hartującego ludzkiego ducha. To również czas pustyni, czyli świadomości, która zdaje sobie sprawę z mocy i sprawczości ludzkiej woli, a jednocześnie dostrzega różnorodne niebezpieczeństwa, czyhające na każdego, kto ulega egoizmowi. Splot słoneczny, napełniony energią mocy, jest źródłem sprawczości. Cudowne przeświadczenie i pewność, że w życiu można osiągnąć wszystko, powinno być udziałem każdego z nas, aby nie stać się  więźniem pragnień, których nie można zaspokoić. Mimo wszystko pamiętajmy, że jednocześnie jest to krytyczny moment w rozwoju świadomości. Ego osiąga wówczas bardzo niebezpieczne rozmiary i staje się zdolne do zniszczenia wszystkich przejawów dobra i piękna, aby zaspokoić nienaturalnie wielkie potrzeby. Gdy „muszę” ustępuje motywacji typu „pragnę” świat wydaje się leżeć u naszych stóp, jednak robi się naprawdę niebezpiecznie, gdy „pragnę” zostaje wyparte przez nieposkromione „mogę”. Na tym poziomie paradoksem rozwoju świadomości jest to, że chociaż igramy z największą mocą destrukcji, także autodestrukcji, dalszy rozwój duchowy z pominięciem tej fazy jest po prostu niemożliwy.

I tak ze stabilnego i nieruchomego poziomu, na którym dominuje siła rodu i przynależności, uwalnia nas siła przyjemności. Po przepłynięciu przez centrum sakralne dobijamy do duchowej krainy mocy i samopoznania. Woda zostaje wysuszona przez dojmujący ogień, który także nie jest wieczny. Ogień to pożoga, a więc raczej nagła, krótkotrwała i eksplodująca, a więc nieporównywalna z żadnym wcześniejszym doświadczeniem energia zmiany, po której nastaje czas na wyrównanie oddechu, uspokojenie serca i radość życia. Ogień gaśnie, a w oczyszczonym i uporządkowanym świecie zaczyna dominować powietrze. Mocne „mogę” zamienia się w delikatne „chcę”. Docieramy zatem do poziomu świadomości, do którego za wszelką cenę wysyłają nas autorzy poradników, nie informując przy tym o specyfice wcześniejszych motywacji.

4. Chcę

Chociaż „chcę” brzmi zdecydowanie lepiej od „muszę”, w naszej kulturze jest obciążone podejrzeniem o skrajny egoizm. Otóż niekoniecznie. Najsilniejsze ego działa na poziomie wewnętrznej mocy. Wówczas człowiek wręcz płonie, zaś od jego ognia może zginąć każdy, kto zbliży się zbyt blisko. W skrajnych przypadkach może nastąpić samozapłon. Jeśli mimo wszystko próbę mocy przejdzie się zwycięsko, nie czyniąc niczego wbrew dobru bliźniego i samego siebie, wtedy „chcę” nie oznacza już niebezpiecznej żądzy, ale sygnalizuje dojrzewającą moc miłości.

Zasadnicza różnica pomiędzy „muszę” i „chcę” w istocie polega na tym, że pierwsze jest motywacją niewolnika i ofiary losu, zaś drugie króla, to znaczy człowieka wolnego, który z samego siebie i własnego życia może uczynić jakąkolwiek, jednak zawsze dobrowolną ofiarę miłości dla dobra innych. „Chcę” oznacza więc wolne działanie, podjęte nie z powództwa ego, tylko z potrzeby prawdziwego człowieczeństwa, czyli jaśniejącego światła prawdziwej jaźni.

W ten cudowny sposób świadomość człowieka przenosi się z pustynnej dominanty ognia w żywioł powietrza, który tym różni się od pozostałych żywiołów, właściwych wcześniejszym poziomom świadomości, że niczym nie jest ograniczony. O ile ziemia, woda i ogień nie docierają wszędzie, o tyle powietrze wypełnia każdą, nawet najmniejszą szczelinę, jeśli tylko nie jest zajęta przez ziemię, wodę i ogień. Tym sposobem nie męczymy się oddychając powietrzem, bez problemu wypełniającym płuca, opróżnione z poprzedniego wdechu.

To unaocznia poglądowo, chociaż „łopatologicznie”, istotę prawdziwej miłości. Miłości po prostu wszędzie jest wystarczająco dużo. Będąc stwórczą praenergią, z której powstało wszystko, co powstało, wypełnia wszechświat i naprawdę nie trzeba żywić obawy, czy wystarczy jej dla wszystkich. Jak płuca przy każdym wdechu napełniają się powietrzem, tak i serce może być pełne miłości. Jeśli tak nie jest, najprawdopodobniej życiowa energia została zdominowana przez lęk, a tymczasem powinna zależeć od zaufania. To tłumaczy dlaczego człowiek, który ma problemy z oddychaniem, boi się prawdziwej miłości. Nie ufa, że bez wysiłku i cierpienia mógłby cieszyć się kolejną porcją powietrza i miłosnej energii.

Dlatego prosta zamiana motywatora „muszę” na „chcę” nie może się udać, jeśli nie zostały przepracowane wcześniejsze poziomy świadomości, a więc „pragnę” i „mogę”. Dzięki nim krystalizuje się wiara w samego siebie i zaufanie do życia, które w całości zależy od miłości. Gdy serce przepełnione jest miłością do siebie i własnego życia, wtedy kategoria świadomości „muszę” traci sens. Niemniej warto pamiętać, że „chcę” kochać i dzielić się miłością pozostaje pustą formułą i również niczego nie zmienia, o ile wcześniej nie zostało przeżyte i oswojone „pragnę” oraz „mogę”. Gdy już znamy własne pragnienia i dysponujemy wystarczającą mocą sprawczą, możemy zacząć kochać innych, jak samych siebie. 

Na świadomym poziomie miłości „chcę” oznacza, że przestaliśmy męczyć się obowiązkami, do których zmuszali nas „nasi panowie”, walczyć z pragnieniami, obawiając się poczucia winy, oraz wstydzić się wewnętrznej mocy. W ten sposób dorastamy do poziomu twórców własnej przyszłości i dobra pozostałych stworzeń. Mimo wszystko, aby mogła objawić się pełna moc miłości, „chcę” powinno zamienić się w „niech się dzieje”, będące najpewniejszym znakiem, że wola człowieka stała się w pełni zgodna z wolą Boga, czyli z uniwersalną Świadomością i twórczą Miłością. Odtąd nie jesteśmy sługami, wypełniającym czyjąś wolę, ale przyjaciółmi prawdziwej Jaźni, w której uczestniczymy dzięki Duchowi. 

5. Niech się dzieje

Zdaję sobie sprawę, że pierwszym odruchem może być sprzeciw wobec motywującej formuły „niech się dzieje”, bo czyż nie jest marnym powtórzeniem „muszę”? Co z tego, że inaczej brzmiącym? W istocie tak właśnie mogłoby być, gdybyśmy świadomie nie przepracowali kolejnych poziomów motywacji do życia i działania. I co tu dużo mówić, w życiu tych, którzy tej pracy nie podjęli i procesu nie doprowadzili do poziomu żywiołu przestrzeni (dawniej eteru),  niestety tak jest. W ich życiowym doświadczeniu „niech się dzieje” jest co najwyżej tylko lepiej umotywowanym „muszę”.

Poziom świadomości, którego żywiołem jest eter, odpowiada za czystą kreację, nie zmąconą egoizmem. Zamiana „chcę” w „niech się dzieje” sugeruje, że miłość dochodzi wówczas do pełni doskonałości, ponieważ nie ma w niej najmniejszego śladu żądzy. Co prawda nie musi tak być, mimo wszystko w „chcę” miłość wciąż może być lekko zabarwiona egoizmem. W „niech się dzieje” jest już pełną zgodą na pełnienie woli Najwyższego. Dlatego na poziomie eteru, czyli energetycznego centrum gardła, najważniejsze są słowa: „Niech się dzieje wola Twoja” albo „Jak w niebie, tak na ziemi”. Nie mają związku z rezygnacją i poddaniem się życiowym okolicznościom, ale z pokorą, a więc z poznaniem siebie, życiem w prawdzie i uzgodnieniem własnej woli z wolą stwórczej Miłości.

Pomiędzy „muszę” i „niech się dzieje” przechodzimy długą drogę samopoznania i wzrastania świadomości z poziomu niewoli do poziomu nieuwarunkowanej wolności, w której pierwszy raz w życiu stajemy się światłem. Już nie ma w nas niczego, co mogłoby zaciemniać Boży obraz. Dlatego możemy stać się „Jestem”, czyli czystą świadomością siebie, która niczego nie obserwuje, nie ocenia, nie odnosi do siebie, nie tworzy podziałów i nie uprzedmiotowia samej siebie porównując się z innymi.

6. Jestem

Na najwyższym poziomie świadomości, do którego może wznieść się ludzki duch, nie ma przymusu, nie ma pragnienia, nie ma potrzeby, nie ma miłości, nie ma nawet modlitwy, aby swoją wolę uzgodnić z wolą Boga, więc jakiekolwiek motywacje do życia i działania tracą sens. Na tym poziomie osiąga się ciszę istnienia, coś na kształt odpocznienia. Do bycia „Jestem” nie jest potrzeba żadna motywacja.

„Jestem” się jest.

Do poziomu kreacji, czyli przestrzeni, świadomość wznosi się dzięki żywiołom. Z ostatniego żywiołu, czyli z przestrzeni, wkracza się do bezczasowego uniwersum. Zostaje przezwyciężony nie tylko lęk, ale przede wszystkim śmierć. Osiąga się poziom życia i połączenia z uniwersalnym polem Świadomości.

W przekonaniu Wschodu drogą do tego stanu istnienia jest medytacja, czyli wnikanie w naturę umysłu i świadome kształtowanie życiowych wrażeń. Dzięki temu w momencie śmierci strumień świadomości utrzymuje ten sam kierunek, jak podczas życia na ziemi, i dlatego możliwe jest odrodzenie w królestwie Ducha. W doświadczeniu Zachodu połączenie z uniwersalnym polem Świadomości osiąga się dzięki bezwarunkowej miłości z poziomu „niech się dzieje”. „Jestem” osiągane przez medytację jest tym samym „Jestem”, które jest miłością. Jak przez medytację, tak przez miłość osiągamy poziom świadomości, na którym nie jesteśmy niczym związani. Prawdziwa i oczyszczająca miłość jest manifestacją wolnego „Jestem”. Pełni więc rolę boskiej matrycy, do której wzrasta się przez kolejne poziomy świadomości. Gdy dorasta się do pełni miłości, wówczas Duch zapieczętowuje człowieka szóstą pieczęcią i otwiera drogę do królestwa Ducha, którego biblijną metaforą jest weselna uczta.

Skromne „muszę” wcale nie jest przeklętym etapem niewolniczego życia. W istocie jest polem startowym świadomości, która w swoim czasie osiąga „Jestem”. Jeśli więc dziś – droga/i Czytelniczko/ku – wciąż coś musisz (a przynajmniej tak Ci się wydaje, co bynajmniej nie musi być zgodne z rzeczywistością), nie przeklinaj ani siebie, ani swego czasu i przestrzeni życia. Nie walcz z przymusem, bo na zawsze pozostaniesz niewolnikiem przymusu walki. Zaakceptuj to, że wciąż coś musisz. To jedyna droga do wyjścia z niewoli. Obudź w sobie energię życia, zapragnij, zmierz się z warunkami życia, daj sobie prawo do miłości, abyś mogła/mógł kochać innych, jak samą/ego siebie. Zgodą na Bożą wolę wyraź siebie i cierpliwie czekaj na manifestację światła.

Raptem, niespodziewanie, w najmniej spodziewanej chwili doświadczysz bezczasowego „Jestem”. Dzięki miłosnym wrażeniom i życiowym doświadczeniom, w których byłaś/łeś miłością, strumień świadomości w chwili śmierci przeniesie Cię wprost do królestwa Ducha.

Doświadczysz pokoju, który jest ponad wszelkim rozumem.

Zapraszam do Malborka

Tajemniczy fragment Dekalogu o karaniu dzieci aż do czwartego pokolenia za winy ojców (2 Mż 20,5) nie świadczy o gniewie i  mściwości Boga, ale tłumaczy psychologię chorób oraz sugeruje, że choroby mają duchowe przyczyny. W rodzinnej historii, sięgającej do czwartego pokolenia wstecz, oraz we własnych przekonaniach, które mają związek z kulturą, tradycją i religią, odnajdujemy przyczyny chorób.

Uzdrawiające mechanizmy uruchamiamy sami, wydostając się z otchłani podświadomości. 

Świadomość, niczym kapitan na pomostku kapitańskim, kieruje nas ku bezpiecznej przyszłości.

Także biblijne teksty  przekonują, że od zachowywania duchowej czujności oraz gotowości podejmowania właściwych decyzji ku przyszłości, zależy jakość naszego życia, w tym zdrowia.

Ponieważ jesteśmy psychosomatyczną jednością, kluczem do zdrowia, którym dysponuje każdy z nas, są właściwie postawione pytania. Wpierw o to: Kim jestem? Potem: W jaki sposób mogę realizować swoją życiową misję? Wreszcie: Po co przeżywam kolejne doświadczenia?

To, co potocznie nazywamy chorobą, jest jedynie cielesnym symptomem. Choroba sama w sobie jest dysharmonią w stanie świadomości człowieka, znakiem jego odejścia od Boga, który jest Miłością, Życiem i Światłem. Choroba jest zaburzeniem harmonii w całym człowieku, a nie tylko w sferze jego ciała. Jest wezwaniem do porzucenia dotychczasowej drogi i świadomego powrócenia do stanu harmonii. Każda dolegliwość jest skierowanym do nas apelem, wyzwaniem, któremu można sprostać poprzez zmianę sposobu myślenia oraz poszerzenie swojej świadomości.

Choroba nie jest nieszczęściem i wrogiem, ale przyjacielem i pomocnikiem, pokazującym drogę powrotu do prawdziwego JESTEM i życia w stanie pełnej świadomości.

Dlaczego nie rozwiązujesz problemów, ale  próbujesz je omijać bądź nie dostrzegać?

Dlaczego nie chcesz twórczo żyć, ale oddałaś/eś się pod władzę strażników tradycji? 

Dlaczego nie kochasz, ale wszystkich i wszystko osądzasz?

Dlaczego uważasz, że Bóg karze, skoro On jest Zbawicielem? 

Dlaczego ciężko wzdychasz, skoro możesz lekko śpiewać?

Gdy wybierasz negatyw za każdy razem programujesz chorobę.

Duchowy błąd jest zapowiedzią zbliżającego się nieszczęścia.

Zapraszam na Podhale na Biegnącą z wilkami

Tym razem na Podhalu, a ściślej w Gliczarowie Górnym, nieopodal Bukowiny Tatrzańskiej, zamierzam wspólnie z Wami i dla Was przeczytać oraz zinterpretować mądrą i piękną książkę Biegnąca z wilkami.

Termin: od 29 do 31 października

Literatka i psycholożka, Clarissa Pinkola Estes, zebrała w niej stare narracje, dedykowane Kobietom, z czasów, w których nie było jeszcze biblijnej tradycji, męskiej dominacji, a Bóg nie był tylko Ojcem, a Źródłem Życia, czyli Matką. Te inicjacyjne opowieści leczą lepiej od spółki psychologa z internistą. Terapeutyczną moc mają zaklętą w archetypicznych symbolach, które odżywają za każdym razem, gdy pozwalamy im stać się słowami, zrodzonymi przez matkę serce i ojca rozum. Cudownie łączą ciemne i jasne strony duszy, życia, codzienności, tworząc z nich tkaninę, w którą przyodziewa się Wiedźma.

– jeśli Matka budzi w Tobie poczucie winy i manipuluje Tobą, a Ojciec nie afirmuje Twej kobiecości; 

– jeśli nie wyobrażasz sobie, że mogłabyś sama dać sobie radę w życiu;

– jeśli uważasz, że bez trwałego związku będziesz nieszczęśliwa;

– jeśli znasz źródło swoich cierpień, ale nie masz dość siły, aby się uwolnić;

– jeśli jesteś zdemoralizowana bogactwem, za które jesteś gotowa płacić cierpieniem;  

– jeśli nie bronisz swoich dzieci i Córki nie ostrzegasz przed męskimi pułapkami;

– jeśli wstydzisz się ciała, a seksualność kojarzysz z ciemnością i brudem;

– jeśli nie korzystasz z intuicji i wiedzy, ponieważ boisz się ostracyzmu;

– jeśli od dzieciństwa marzysz, ale niczego nie realizujesz, to wiedz, że

lektura Biegnącej z wilkami jest właśnie dla Ciebie, ponieważ:   

– poznasz różnicę pomiędzy uzależnieniem od mężczyzny, a uzależnieniem od swojej niezależności;

– dowiesz się, jak osiągać energetyczną pełnię, aby tworzyć związek z mężczyzną, na którego możesz liczyć;

– nauczysz się, że kobieca dzikość jest mocą miłości, a  nie siłą zdobywania;

– staniesz się Wiedźmą, czyli uzdrowicielką, nauczycielką i duchową przewodniczką;

– poznasz tzw. religijne i etyczne zagrożenia wewnętrznej wolności;

– odkryjesz tajemnicę szczęścia. 

PIĄTEK 29.10.21 od 17.00 do 20.00 warsztaty „Biegnąca z wilkami”

SOBOTA 30.10.21 od 8.30 zajęcia Tao Yin/Qigong, od 10.00 do 14.00 i od 16.00 do 20.00 warsztaty „Biegnąca z wilkami”

NIEDZIELA 31.10.21 od 8.30 zajęcia Tao Yin/Qigong, od 10.00 do 14.00 warsztaty „Biegnąca z wilkami”

Miejsce warsztatów: ESENCJA ZDROWIA, Gliczarów Górny, ul. Jurzyste 109.

W miejscu warsztatów można zarezerwować nocleg.

Zgłoszenia: Marek Uglorz: tel. 660 783 510; adres mju@escobb.com.pl

                    Ewa Chowaniec: tel. 796 721 926