Energetyczne blokady w chronicznym napięciu mięśniowym

We wczorajszym tekście, zatytułowanym Wiara albo władza, pojawił się następujący akapit: „Człowiek wiary porusza się z gracją, ponieważ jego życiowe siły łatwo i swobodnie płyną przez całe ciało. Jego sposób bycia jest pełen wdzięku, ponieważ nie jest przywiązany do EGO, które wyspecjalizowało się w używaniu władzy. Nie jest więc przywiązany do nikogo i  niczego, również do samego siebie i do tego, co osiągnął. Ponieważ niczego nie trzyma się kurczowo, więc wszystko swobodnie przepływa przez jego życie, co najlepiej pokazuje ciało. Jeśli bowiem powstają energetyczne blokady, natychmiast uwidaczniają się w napięciu mięśni i usztywnieniu kośćca”.

Dziś krótko uzupełnię go praktycznie, aby Ci, którzy rozumieją treść ewangelicznego świadectwa o Jezusie: „…obudziwszy się, zgromił wicher i rzekł do morza: Umilknij! Ucisz się! I ustał wicher i nastała wielka cisza” (Mk 4,39), zdawali sobie sprawę z duchowej pracy do wykonania.

Rozpocznę od przedstawienia negatywnych skutków przerwania przepływu energii z powodu chronicznych napięć mięśniowych, po czym opiszę pozytywne skutki zdrowotne, gdy energia przepływa przez nas bez przeszkód.

1. Przepływ energii przerwany przez napięcia mięśniowe – skutki władzy

Pamiętając, że dwie najważniejsze tamy (blokady) znajdują się w przeponie i gardle, rozpocznę od skutków zablokowania energii pomiędzy nimi, czyli w klatce piersiowej. Człowiek jest wówczas niewrażliwy na los innych istot, także zwierząt i roślin, zanurzony jest w nienawiści i rozpaczy. Jeśli energii nie potrafi rozprowadzać od serca w górę i w dół, wtedy zamiast naturalnych, emocjonalnych skutków wyzwolenia się z niewrażliwości, nienawiści i rozpaczy, zaczyna chorować w sposób autoagresywny albo na serce (miłość), albo na płuca (zaufanie), albo ma przerośnięta grasicę, która powinna zaniknąć. Jednak, jeśli świat i życie są dla człowieka czymś wrogim i nieprzyjaznym, wówczas żyje według programu: Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, a układ immunologiczny obraca się przeciwko niemu. Problemy zdrowotne bardzo często zaczynają się wówczas od pozornie niegroźnej miastenii, a mogą zakończyć ostrą niewydolnością oddechową i śmiercią.

Jeśli energia nie przepływa ponad serce z powodu napięcia mięśni ramion i szyi, wówczas powyżej w domenie głowy pojawia się wrogość, negatywność i powstrzymywanie uczuć na poziomie racjonalnym. Powyżej znajduje się jeszcze jeden pierścień, a mianowicie u podstawy czaszki, na wysokości oczu, który również może ulec chronicznemu napięciu. Wtedy ponad nim zaczynają się problemy z chorobami zwyrodnieniowymi, destrukcyjnymi, starczymi. Zwątpienie w siebie, poczucie winy, brak wiary w siebie, niezdolność przyjęcia siebie jako Bożego Dziecka, skutkuje czymś, co obrazowo można przedstawić, jako program: Jestem dzieckiem diabła.

Z kolei poniżej przepony znajduje się brzuch, w którym jako skutek przerwanego przepływu energii pojawi się cierpienie i łzy. Poniżej brzucha, w biodrach, możemy zablokować kolejny pierścień mięśni, wówczas męczymy się z perwersją i mamy zamiłowanie do pornografii. Ostatecznie, gdy energia nie płynie przez ostatnią blokadę w dnie miednicy, wówczas od energii odcinamy nasze nogi, a my zaczynamy odczuwać niepewność, niestabilność, brak zakorzenienia. Najbardziej naocznym skutkiem są problemy finansowe, a wszystko kończy się unieruchomieniem.

2. Przepływ energii nieprzerwany – skutki wiary

Jak powyżej, teraz również zaczynamy od serca, które jest ośrodkiem dysponowania życiową energią, więc też przemianą niskiej energii (życie według ciała i uleganie żądzom), w energię wysoką (życie według ducha i rozwijanie miłości).

Gdy energia swobodnie przepływa we wszystkich kierunkach, a zwłaszcza pokonuje przeponę i gardło, wówczas w piersiach, przestrzeni serca, płuc i grasicy, odczuwamy miłość, litość, współczucie i nadzieję. Gardłem wyrażamy otwartość i afirmację, lekko sięgając po wszystko, co darowuje nam Bóg. Wreszcie na poziomie umysłu pojawia się intuicja, wglądy, zdolność duchowego widzenia. Mamy mocne połączenie z Bogiem.

Natomiast poniżej przepony, w brzuchu, czujemy przyjemność i wesołość. Dlatego nie musimy zajadać ani zapijać, smutku i przygnębienia. W genitaliach odczuwamy radość i ekstazę, czyli energię do wykorzystania, która przepływa a nie gromadzi się. Dopiero w tym drugim wypadku powstaje nadmiar, zmuszający wielu do ciągłego, fizycznego rozładowywania napięcia seksualnego. Człowiek świadomy swej energii, czyli własnego ciała, wykorzystuje tę energię w dowolny sposób, czyli poprzez genitalia albo gardło, czyli za każdym razem będąc twórczym. Na dole jest to twórczość typu generatywnego, materialnego, zaś na górze typu wegetatywnego, kulturowego, duchowego.

Na samym dole energia ożywia nasze nogi, a my czujemy się w równowadze i bezpiecznie. Mamy też w sobie spokój przynależności do rodziny albo innej grupy. Mamy mocne połączenie z ziemią.

Wiara albo władza

We wcześniejszym wpisie, zatytułowanym Odpoczniecie czyli wejście do Królestwa Niebios, użyłem figury, która powtarzalną naocznością miała dać do myślenia, a może pozostać w pamięci Czytelników. Chodzi mianowicie o równanie wiedza = władza. Dziś chcę do niego powrócić, żeby przyjrzeć się władzy samej w sobie oraz pokazać przynajmniej niektóre negatywne skutki ulegania potrzebie władzy.

We wspomnianym wyżej tekście starałem się przekonać, że istnieje także pozytywny rodzaj władzy, którym jest wiedza. Jednak to nie jest wiedza książkowa, oparta na argumentach z przeszłości, której oddajemy władzę nad życiem, utożsamiając się np. z dowodami naukowymi, których sami nie potrafimy zweryfikować. Wówczas bowiem wiedza innych ludzi zawłaszcza nas i czyni z nas niewolników potrzeby władzy. Ulegają jej najczęściej nauczyciele i księża, zmuszając dzieci i młodzież do przyswajania wiedzy, która nie jest ich życiową mądrością. Sami poddali się władzy cudzej wiedzy nad sobą i zmuszają następnych do podobnego aktu poddaństwa, czerpiąc satysfakcję z władzy nad innymi. Proszę się nie nadto nie oburzać, ponieważ najczęściej są to procesy i zachowania nieuświadomione.

Jednak wiedza serca, czyli mądrość utkana z życiowych doświadczeń codzienności, gdy z największą uważnością i czułością nasłuchujemy Ducha i wyglądamy Bożych znaków, aby w naszej woli wypełniała się Boża wola, staje się duchową władzą nad życiem, którą po prostu nazywamy wiarą.

Wiara nie jest infantylną emocją, chociaż też jest emocją.

Wiara nie jest ślepym naśladowaniem, chociaż szuka natchnienia w przykładach życia innych ludzi.

Wiara nie jest racjonalnym rozstrzygnięciem, chociaż bez udziału rozumu stacza się w pragnienie, które nigdy nie zostaje zrealizowane.

Wiara nie jest wewnętrznym odczuciem, chociaż gdyby nie miała związku z odczuciem pokoju i szczęścia nie spełniałaby zbawiającej roli.

Wiara nie jest przyjęciem hipotezy Boga w poczuciu bezsilności i braku sprawczości we własnym życiu, chociaż bez mocnego związania się w godzinie ciemności z tym, co niej jest zmysłowe i materialne, nie byłaby sobą.

Mógłbym napisać jeszcze kilka tego rodzaju (apofatycznych = negatywnych) albo lepiej rzecz nazywając binarnych definicji wiary, tylko że nie miałoby to sensu. Chciałem jedynie unaocznić najważniejszą cechę wiary, z której zdecydowana większość nas, mających się za wierzących, nie zdaje sobie sprawy. Otóż z mojego doświadczenia wiary wynika, że tylko jedną rzecz mogę o niej powiedzieć i napisać bez cienia wątpliwości.

To mianowicie, że wiara nie jest władzą.

Jeśli cokolwiek zaczyna nosić cechy władzy albo jest potrzebne do sprawowania władzy (w pewnych sytuacjach jest nią po prostu kontrola) na pewno nie jest wiarą. Co prawda wiara i władza spełniają podobną rolę, ponieważ  każdy człowiek chce się czuć bezpiecznie i mieć poczucie kontroli oraz sprawczości. Jednak wiara zapewnia zupełnie inny rodzaj bezpieczeństwa i sprawczości, aniżeli władza. Jeśli zatem świadomie dostrzegam, że cokolwiek zaczyna w moim życiu spełniać rolę władzy, chociażby przynależało też do sfery wiary, muszę z tego zrezygnować i wyrzec się tego.

Władza zapewnia bezpieczeństwo i sprawczość przez siłę, która zdobywa i kontroluje, wiara tymczasem przez moc miłosnego przyciągania.

Władza jest ruchem na zewnętrz, wiara zawsze do wewnątrz.

Władza jest życiem według ciała, wiara jest życiem według ducha.

Władza jest pilnowaniem tego, co jest dostępne zmysłom i rozumowi, zaś wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, chociaż zmysłowo tego nie poznajemy, ponieważ jest w polu energii serca (Hbr 11,1).

Władza wreszcie czyni człowieka ociężałym, wystraszonym, chorym, zaś wiara przeciwnie, czyni go lekkim, miłującym, zdrowym. 

Ludzie wiary wyróżniają się łatwą do zauważenia cechą. Jest nią gracja. Człowiek wiary porusza się z gracją, ponieważ jego życiowe siły łatwo i swobodnie płyną przez całe ciało. Jego sposób bycia jest pełen wdzięku, ponieważ nie jest przywiązany do EGO, które wyspecjalizowało się w używaniu władzy. Nie jest więc przywiązany do nikogo i  niczego, również do samego siebie i do tego, co osiągnął. Ponieważ niczego nie trzyma się kurczowo, więc wszystko swobodnie przepływa przez jego życie, co najlepiej pokazuje ciało. Jeśli bowiem powstają energetyczne blokady, natychmiast uwidaczniają się w napięciu mięśni i usztywnieniu kośćca.

Człowiek wiary napełniony jest boskością, zatem stanowi jedność z własnym ciałem, a przez ciało z wszystkim, co jest żywe, ostatecznie z całym stworzeniem. Jego duch płonie jasnym płomieniem wewnętrznego światła, co szczegółowiej opisałem w tekście o konfirmacji. Człowiek prawdziwej wiary pozbył się potrzeby sprawowania kontroli, która zawsze jest hierarchiczna. Zaczynamy od kontrolowania siebie, aby móc kontrolować drugiego człowieka. Potem nieszczęście władzy rozlewa się już po całym świecie.

Czy domyślacie się, moi Przyjaciele, dlaczego umieściłem ten tekst na blogu?  Żeby podzielić się własnym doświadczeniem i przestrzec przez niebezpieczeństwami, czyhającymi na każdego, gdy wiarę pomyli z władzą.

Jeśli wydaje się Wam, że skoro dziś jesteście lekko niesieni na skrzydłach wiary, to możecie mieć pewność jutra, już straciliście czujność i lecicie w przepaść, ponieważ sądzicie, że ów stan będzie trwał wiecznie. Tymczasem wiara jest czujną reakcją na każdy bodziec (każdorazowo inny), przychodzący ze środowiska, w którym żyjemy, a nie pewnością kontynuacji. Tym zajmuje się kontrolująca wszystko władza.

Jeśli wydaje się Wam, że dzięki naśladowaniu np. Jezusa będziecie wieść udane i zbawione życie, już straciliście czujność i lecicie w przepaść, ponieważ każdy z nas jest inny. Nie chodzi o to, żeby być kopią Jezusa, ale żeby w Duchu Jezusa jak On być Dzieckiem Bożym. Wiara jest czułym odkrywaniem siebie w Duchu Jezusa. Wtedy Bóg objawia swoją chwałę w naszej prawdziwości i autentyczności. Wiara jest więc specjalistką od TERAZ. Kopiowaniem  zajmuje się władza, specjalistka od WCZORAJ.

Jeśli wydaje się Wam, że skoro podejmujecie racjonalne decyzje, oparte na obiektywnym Słowie Bożym, to żyjecie według Bożej woli, już straciliście czujność i lecicie w przepaść. Sądzicie, że podporządkowanie się autorytetowi litery jest trwaniem przy źródle życia. Tymczasem wiara jest miłosnym zespoleniem z Duchem. To akt oddania, napełniający serce darami miłości. Władza jest specjalistką od decydowania o znaczeniu słów i zdań, dlatego jej rozstrzygnięcia tworzą więzienia i traumy. Wiara jest kluczem, otwierającym każde drzwi, i mieczem, przecinającym każdy węzeł. Współczesna teologia oddała się w służbę władzy i dlatego bardzo rzadko służy wierze.

Wydaje się, że władza służy życiu. Niestety to jest pozorne, ponieważ władza, która nie jest wiedzą, podszyta jest strachem (tylko wiedza = władza jest wolna od strachu), a co jest podszyte strachem służy śmierci. Władza nie byłaby nikomu potrzebna, gdyby nie ów strach. Z lęku przed utratą życia, próbujemy je kontrolować i dokładnie w tym samym momencie wbijamy nóż we własne życie.

Życiu może służyć i pięknie je rozwijać tylko wiara, która jest zgodą, decyzją, zdolnością, stylem postępowania, rodzajem myślenia, zaufaniem, akceptacją i radosnym, lekkim uczestniczeniem w dzianinie, którą tka Najwyższy. Dlatego wyrażamy ją słowami: „Niech się dzieje wola Twoja”. Dziać się powinna dzianina życia, tkana Miłością i Światłością.

Wiara służy życiu i jest energią miłości. 

Władza służy śmierci i jest energią strachu.

Pomiędzy tymi biegunami Bóg codziennie pyta nas, co wybieramy?

Wiarą, która jest wypuszczeniem wrzeciona z rąk, wybieramy życie, tkane przez Boga.

Władzą, która jest kurczowym trzymaniem wrzeciona, wybieramy śmierć, ponieważ nikt z nas nie potrafi tkać dzianiny życia.

Serwisowanie duszy i duchowe zarządzanie życiem naprawdę nie jest heroiczną zdolnością, ani tym bardziej wyszukaną filozofią.

Rano, otworzywszy oczy, nabierając wdechem powietrze wystarczy świadomie wchłonąć w siebie dar życia, a potem, bez lęku, wydechem oddać to, co się otrzymało.

Co zatem wystarczy?

Z wdzięcznością przyjąć życie, a potem je wypuścić i przestać kontrolować. Wtedy ono stale przez nas płynie, porywa ze sobą, zachwyca i obdarowuje dobrami, których oko nie widziało i ucho nie słyszało.

Wystarczy wiara. Władzą sami się krzywdzimy.

Śmierć w domu Marii i Marty

Tych kilka myśli dedykuję śp. ks. Piotrowi Wowremu i śp. bp. Janowi Szarkowi

A zachorował niejaki Łazarz z Betanii, miasteczka Marii i Marty, jej siostry.A była to ta Maria, która namaściła Pana maścią i otarła nogi włosami swymi, i jej to brat chorował.Posłały więc siostry do niego, mówiąc: Panie, oto choruje ten, którego miłujesz.A usłyszawszy to Jezus, rzekł: Ta choroba nie jest na śmierć, lecz na chwałę Bożą, aby Syn Boży był przez nią uwielbiony. A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. A gdy usłyszał, że choruje, został jeszcze dwa dni na miejscu, gdzie przebywał; Potem rzekł do uczniów swoich: Pójdźmy znowu do ziemi judzkiej.Rzekli do niego uczniowie: Mistrzu! Dopiero co chcieli cię Żydzi ukamienować i znowu chcesz tam iść?Odpowiedział Jezus: Czy dzień nie ma dwunastu godzin? Jeśli kto chodzi we dnie, nie potknie się, bo widzi światło tego świata.Jeśli zaś kto chodzi w nocy, potknie się bo nie ma w sobie światła.To powiedział, a potem rzekł do nich: Łazarz, nasz przyjaciel, zasnął; ale idę zbudzić go ze snu.Tedy rzekli uczniowie do niego: Panie! Jeśli zasnął, zdrów będzie.Ale Jezus mówił o jego śmierci; oni zaś myśleli, że mówił o zwykłym śnie.Wtedy to rzekł im Jezus wyraźnie: Łazarz umarł,I raduję się, że tam nie byłem, ze względu na was, bo uwierzycie; lecz pójdźmy do niego. (…)I rzekł: Gdzie go położyliście? Rzekli do niego: Panie, pójdź i zobacz.I zapłakał Jezus.Rzekli więc Żydzi: Patrz, jak go miłował.A niektórzy z nich mówili: Nie mógł ten, który ślepemu otworzył oczy, uczynić, aby i ten nie umarł?Jezus znowu rozrzewniwszy się w sobie, poszedł do grobu; była tam pieczara, u której wejścia leżał kamień.Rzekł Jezus: Usuńcie ten kamień. Rzekła mu Marta, siostra umarłego: Panie! Już cuchnie, bo już jest czwarty dzień w grobie.Rzekł jej Jezus: Czyż ci nie powiedziałem, że, jeśli uwierzysz, oglądać będziesz chwałę Bożą? Usunęli więc kamień, gdzie leżał umarły. A Jezus, wzniósłszy oczy w górę, rzekł: Ojcze, dziękuję ci, żeś mnie wysłuchał.A Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz, ale powiedziałem to ze względu na lud stojący wkoło, aby uwierzyli, żeś Ty mnie posłał. A gdy to rzekł, zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź!I wyszedł umarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść.                    J 11,1-15.34-44

W Betanii umarł Łazarz.

Jezus lubi tamto miejsce. Czy tylko dlatego, że ma tam Przyjaciół, których miłuje? A może z powodu ich gościnności? Ostatecznie, kto wie, może ma tam coś do załatwienia? Pewnie każdy z tych powodów jest dobry, aby odwiedzać Martę, Marię i Łazarza.

Raptem dowiaduje się, że Przyjaciel choruje, a siostry pozostają w napięciu…

Czekają, wyglądają, niecierpliwią się. Przyjdzie uzdrowić Przyjaciela? Zdąży przed śmiercią? Czy na pewno chce coś zrobić? 

Jezus reaguje dziwnie. Zupełnie nie według naszych standardów i oczekiwań: „A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. A gdy usłyszał, że choruje, został jeszcze dwa dni na miejscu, gdzie przebywał”.  Kocha całą Trójkę, więc pozostaje z dala i nie spieszy z pomocą? Naprawdę tak wygląda miłość? Komuś, coś się nie poprzestawiało?

To jest oczywiste, że nikt z nas nie czekałby ani minuty, żeby zdążyć, działać i ocalić przed śmiercią.

Z miłości pozwolić umrzeć! Czy to oznacza, że my nie naśladujemy Jezusa?

Szokujące świadectwo o Jezusie. No, ale skoro tak sprawy się mają, może Jezus ma jakiś powód? W końcu tajemniczą wypowiedzią coś sugeruje: „Ta choroba nie jest na śmierć, lecz na chwałę Bożą, aby Syn Boży był przez nią uwielbiony”.

Wpierw wydaje się, że rozdęte EGO Jezusa chce wykorzystać nieszczęście Przyjaciół dla własnego marketingu i gdyby nie druga część opowiadania o wzbudzeniu Łazarza ze śmierci, rzeczywiście byłoby trzeba tak pomyśleć. Jednak przy grobie zdarzyło się coś, co zadziwia. Co każe z pokorą pomyśleć o miłości i z zachwytem o śmierci.

W Ustroniu umiera Przyjaciel Jezusa.

Jezus lubi tę plebanię. Czy tylko dlatego, że ma w niej Przyjaciół, których miłuje? A może z powodu ich gościnności? Ostatecznie, kto wie, może ma w niej coś do załatwienia? Pewnie każdy z tych powodów jest dobry, aby odwiedzać Karinę i Piotra

Raptem od niepełnosprawnych z grona Marii Marty dowiaduje się, że Przyjaciel choruje. Wszyscy pozostają w napięciu…

Czekają, wyglądają, niecierpliwią się. Przyjdzie uzdrowić Przyjaciela? Zdąży przed śmiercią? Czy na pewno chce coś zrobić? 

Nie przyszedł. Spóźnił się do Ustronia. Z miłości pozwolił umrzeć. Czy można to zrozumieć?

Na szczęście pozostaje scena sprzed grobu Łazarza! 

Usunęli więc kamień, gdzie leżał umarły. A Jezus, wzniósłszy oczy w górę, rzekł: Ojcze, dziękuję ci, żeś mnie wysłuchał.A Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz, ale powiedziałem to ze względu na lud stojący wkoło, aby uwierzyli, żeś Ty mnie posłał. A gdy to rzekł, zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź!I wyszedł umarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść”.

Bywa, że zrozumienie zawdzięczamy temu, co dzieje się na końcu: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść”.

Przychodzimy na świat, jednak nasze dusze są krępowane opaskami iluzji rodziców o kochanym dziecku, sióstr o bracie, małżonków o sobie, parafian o księdzu, itp. Dusimy się pod opaską, ukrywającą prawdziwą twarz. Ktoś nakłada nam ją na twarz, abyśmy nie byli sobą i nie szli własną drogą.

Ktoś nie pozwala nam iść…

Marta i Maria nie mają mężów? Dziwne, wręcz szokujące w kulturze, apoteozującej małżeństwo i macierzyństwo. Łazarz nie ma żony? O co chodzi? Cóż za dziwne rodzeństwo? A może Marta z Marią po prostu nie pozwalają Łazarzowi iść własną drogą życia? Nie mając mężów, zatrzymały Go?

Jezus kocha całą Trójkę, więc nie spieszy się. Z miłości nie chce cementować tej relacji. Czeka, aż Przyjaciel zacznie cuchnąć, to znaczy raz na zawsze dla Sióstr stanie się martwy. Dopiero wtedy będzie mógł zacząć żyć dla siebie: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść”. Wszystko z miłości.

Przychodzimy, aby iść własną drogą życia i mieć twarz, to znaczy być sobą. Tymczasem począwszy od pierwszego dnia życia wszyscy, którzy nas kochają, obwiązują  nas opaskami śmierci, bo nie chcą nas stracić. Boją się, że odejdziemy, usamodzielnimy się, znikniemy z pola widzenia. Rodzicom i nauczycielom wydaje się, że lepiej znają naszą twarz, niż my sami. Pozbawieni jej, okryci całunem, nie potrafimy nabierać powietrza pełnymi piersiami, dusimy się i zaczynamy bać o życie.

W końcu nadchodzi śmierć. Jezus z miłości spóźnia się, aby dusza mogła znowu nabrać powietrza i odejść swoją drogą.

Śmierć nigdy nie jest za wcześnie. Jezus nigdy nie przychodzi za późno. Ponieważ nas kocha, pomaga nam być w ciągłym ruchu.

Marta z Marią nauczyły się, że kto kocha, odwiązuje opaski, służące do wiązania trupa, i zdejmuje całun z twarzy, aby każdy mógł mieć własną twarz. Nic większego i piękniejszego na Bożą chwałę nie mógł w Betanii uczynić  Jezus.

Z miłości do naszych bliskich często sami dostosowujemy się, żeby nie skrzywdzić, nie urazić, zadowolić, doczekać się uśmiechu, aprobującego nasze wybory i zachowania. Rezygnujemy z własnej twarzy i ukrywamy pod całunem śmierci. Jesteśmy martwi, więc przychodzi Przyjaciel i pyta o nas: „Gdzie go położyliście? Rzekli do niego: Panie, pójdź i zobacz.I zapłakał Jezus. Jezus płacze, że dobrowolnie się zawiązujemy i pozbawiamy twarzy.

Życie na ziemi jest dla nas trudną lekcją. Jej najważniejszym celem jest odnalezienie własnej twarzy. A twarz jest zwierciadłem duszy, jej obrazem. Przychodzimy, aby odnaleźć własną duszę i pójść drogą, której krótkim fragmentem jest życie na ziemi.

Nie dziwmy się ani nie złośćmy na Jezusa, że celowo spójnia się do domu Przyjaciół, ponieważ Jego dziełem jest prowadzenie każdego drogą Bożą, drogą życia, drogą naszych dusz. Jezus mówi nam: Uwolnijcie Zmarłego i pozwólcie Mu odejść, żeby mógł być sobą.

Śmierć Łazarza jest na Bożą chwałę i śmierć Piotra jest na Boża chwałę.

Pożegnanie boli i jest smutne. Jednak łzy są rzeką życia, po przejściu której oczyszczona dusza podnosi się do dalszej drogi i wchodzi do odpocznienia.

Zmarłych uwalniajmy z naszych wspomnień. Nie miejmy im za złe, że odchodzą. Wybaczajmy im, radujmy się ich wolnością i żegnajmy z nimi. Oni idą swoją drogą, my idziemy swoją. Każdy idzie własną. Czasem tylko przez chwilę, tylko przez jeden dzień, tylko przez 3o lat idziemy obok siebie. Ostatecznie zawsze idziemy samotni.

Nasza śmierć też jest na Bożą chwałę. Umieramy, aby nie dusić się iluzjami na własny temat i móc odważnie nabierać powietrza w płuca. Umieramy, abyśmy szli własną drogą  i spokojnie, ufnie byli sobą. 

Odpowiedzialność

Właściwie nie wiem, dlaczego kolejny raz postanowiłem napisać kilka słów o odpowiedzialności? Racjonalnego uzasadnienia nie ma. Chyba tylko intuicyjne przekonanie, oby nie naiwne, że w dobie SARS-COV-2 może tym razem uda mi się dotrzeć chociaż do kilku bezkrytycznych wyznawców odpowiedzialności, którzy zniekształcili znaczenie tego pojęcia, żeby móc je wykorzystywać w niewłaściwy sposób.

Spróbuję wykorzystać argument, którego do tej pory nie używałem.

Odpowiedzialność, co słowo wyraźnie pokazuje, to działalność, która jest odpowiedzią na jakieś pytanie. Czyje pytanie? To pytanie życia, domagającego się zainteresowania, uwagi i troskliwej opieki. Do tego miejsca rozumienia można uznać, że apel o odpowiedzialne zachowania w dniach zagrożenia SARS-COV-2 jest na miejscu.

Problem pojawia się na etapie zastosowania argumentu odpowiedzialności, ponieważ najczęściej jest nim wezwanie do bezdyskusyjnego i bezkrytycznego przestrzegania zasad ostrożności, mającego trzy źródła. Pierwszym jest rozporządzenie ministra, którego konstytucyjność i legalność podważają sędziowie. Ok. Machnijmy na to ręką, przyjmując, że sędziowie nie mają racji. Drugim jest nauka. Tu znowu mamy malutki problemik z pęknięciem jednoznaczności, ponieważ wirusolodzy wypowiadają się w zdecydowanie innym tonie, co epidemiolodzy. Ci drudzy też nie są jednomyślni i jedna grupa zbliża się w poglądach do wirusologów, zaś druga jest bliska lekarzom tzw. pierwszego kontaktu oraz tym, którzy są odpowiedzialni za funkcjonowanie całego systemu służby zdrowia. No dobra, machnijmy ręką drugi raz. Niech będzie, że rację mają ci ostatni.

Ale jest jeszcze trzecie źródło, z zastosowaniem którego mam problem i nie rozumiem, dlaczego np. księża nie mają? A jest nim odwołanie do miłości. Wkraczamy zatem na teren etyki teologicznej i filozoficznej. Jednak czy tylko?

Współczesna psychiatria ma do powiedzenia wiele ciekawostek, także na temat odpowiedzialności, wyrywając ją z dotychczasowych kleszczy moralnego zobowiązania, a sytuując w polu odczuwania życia i świadomości własnego ciała, czym kapitalnie trafia w teologiczny namysł, nie mający jednak dużo wspólnego z etyką, ale z antropologią.

A to jest zasadnicza różnica!!! I fakt, że księża i teolodzy, tak argumentują, jakby byli prawnikami albo pracownikami Sanepidu, przyprawia mnie o skręt kiszek J.

Spróbuję zatem kolejny raz przekonać moich kolegów, żeby jednak służyli wierze, a nie deprawującym i paraliżującym lękom, czyli służyli ewangelii, a nie prawu, a mówiąc przystępniej, żeby rozgłaszali dobrą wiadomość o zbawieniu, a nie koncentrowali się na ostrzeganiu przed niebezpieczeństwem, ponieważ to jest zadanie służb medycznych i prawnych. Tymczasem ich zadaniem, czyli moim też, jest uwalnianie ludzi, żeby nie byli podatni na manipulację, która politykom i wielkim korporacjom służy do osiągania ich celów.

Po pierwsze odpowiedzialność to zdolność reagowania z uczuciem, wszak jest działaniem, które jest świadomą odpowiedzią na zawołanie życia. Dlatego nie jest tożsama z obowiązkiem albo zobowiązaniem. Odpowiedzialność zawsze jest spontaniczna. Niby oczywiste, prawda? Jednak nie do końca, ponieważ spontanicznie reagują ludzie wolni, odprężeni, zadowoleni, których nie zdominował strach. Spontaniczność jest rodzajem ekspresji, której dominującym rodzajem energii jest radość i szczęście.

Odpowiedzialność cechuje zatem ludzi ożywionych, zainteresowanych życiem i otwartych na nowe doświadczenia. W stresie, wywołanym strachem przed zakażeniem, spontaniczność jest niemożliwa, ponieważ jest funkcją czującego ciała i tym znacząco różni się od obowiązku, który jest racjonalnym zobowiązaniem, czymś w rodzaju intelektualnej konstrukcji, zawsze niezależnej od uczuć i często motywującej człowieka do działania wbrew uczuciom! Jakże łatwo przekonać się o tym, po prostu uważnie obserwując ludzi. Im kto częściej odwołuje się do etycznego zobowiązanie i stara zachowywać racjonalne podstawy moralności, tym somatycznie jest twardszy, bardziej skostniały, a w późniejszym wieku cierpiący na artretyzm, często przed albo po operacji przepukliny, mówiący sztywnymi ustami, z twardymi i wchłoniętymi wargami. Wciąż trzyma się w garści, kontroluje swoje ciało, aby nie ulec impulsowi życia, które chce być witalne, giętkie, radosne i szuka przyjemności.

Dlatego pierwszym krokiem w stronę prawdziwej odpowiedzialności jest krok w stronę prawdziwego życia, a nie wyimaginowanego wyobrażenia o doskonałym życiu. Życie trzeba poczuć, wchłonąć w siebie, dać się nim oczarować, zacząć nim cieszyć. Trzeba poczuć je całym sobą, także cieleśnie. Dopiero odzyskanie kontaktu z własnym ciałem rozpoczyna proces odzyskiwania życia i darowania sobie prawa do zrobienia czegoś dla samego siebie,  wyciagnięcia dłoni po dary życia wbrew powszechnemu przekonaniu, że za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo i śmierć. Niezdolność wyciągania dłoni po dary życia cechuje ludzi, którzy odmawiają sobie tego samego, czego w pierwszych miesiącach i latach życia nie otrzymali od Matek. Ich cielesne doznania są naznaczone oddzieleniem od najważniejszej miłości, którą jest miłość Mamy. Jej sztywność jest sztywnością dziecka. Jej niezdolność do spontanicznego przytulenia, jest niezdolnością przytulania przez dziecko. Brak jej karmiącej piersi warunkuje w późniejszym wieku uzależnienie od takich substytutów, jak papierosy albo zesztywnienie ust.

Somatyczne zesztywnienie, brak kontaktu z własnym ciałem, odcięcie się od własnych uczuć i emocji można sobie uświadomić, a dzięki temu zrobić krok w stronę samego siebie. To krok w stronę przejęcia odpowiedzialności za własną przyszłość, aby nie musieć rozglądać się za kimś bądź czymś, co przywróciłoby żywotność i gibkość życia. Najważniejsze jednak jest to, że jednocześnie jest to krok w stronę odpowiedzialności, która nie ogranicza się do własnej osoby, lecz obejmuje każdą formę życia. Nie ma prawdziwej miłości bez powrotu do samego siebie. Energia życia wpierw musi zostać aktywowana w ciele i skierowana w stronę serca, aby mogła połączyć się z energią całości.

Kto nie uświadamia sobie tego; kto nie potrafi wejść w kontakt z własnym ciałem i jego potrzebami, bojąc się, że straci nad nim kontrolę; kto wreszcie samego siebie okłamuje, idealizując dziecięce doświadczenia wbrew cielesnym blokadom, z powodu których nie potrafi spontanicznie unosić się nad ziemią, ten swoje zachowania musi zracjonalizować i nadać im rangę moralnego zobowiązania. Jednocześnie innym odmawia prawa do przeżycia tego, czego sam nie potrafi doświadczyć. W nim i dookoła niego wszystko staje się sztywnym szkieletem w miejsce giętkiego ciała. Życie zostaje wyparte przez śmierć, a miłość przez strach. Dłonie trzymane są blisko ciała, które jest szczelnie zasłonięte, niemal uzbrojone do walki z przeciwnikiem,  którym jest życie we wszelkich swoich przejawach.

W miejsce prawdziwego życia, ze strachu przed utratą życia wkracza śmierć za życia.  

Odpocznienie czyli wejście do Królestwa Niebios

Serce jest paleniskiem Boga. Gdy Bóg sam ogniem jest, me serce paleniskiem, na którym spala On próżności drzewo wszystkie.                          Anioł Ślązak

Słowami Anioła Ślązaka przechodzę do refleksji, poświęconej ostatniemu etapowi duchowego rozwoju człowieka, ponieważ świetnie rekapitulują wcześniejsze rozważania nad znaczeniem doświadczenia ognia. Ogień transformuje nas z istot egoistycznych w prawdziwe, nie potrafiących kochać w miłujące, nieświadomych w świadome. Symbolicznym narządem tej transformacji jest serce, podobnie jak symbolicznym narządem potrzeby posiadania terytorium, przynależności rodowej, zaspokajania potrzeb pokarmowych i seksualnych, realizowanych na poziomie cielesnym, są nerki.

Żałuję, że moi teologiczni adwersarze nie zauważają, iż swoją argumentację wywodzę z obrazowości nowotestamentowej. Życie według ciała jest bowiem uleganiem materialnym potrzebom życia i przeżycia, czyli pokarmu i seksu, zaś życie według ducha jest skutkiem transformacji cielesnego w duchowe dzięki przejściu w sferę serca, a więc ognia.

W świątyni Miłości, którą jest serce, zaczynamy działać z poziomu duchowego. O ile splotowi słonecznemu, poniżej serca, przyporządkowana jest wola działania, o tyle dominującym tematem centrum szyi, powyżej serca, jest słowo: „Niech się stanie wola Twoja”. Dzięki alchemii życia w laboratorium Miłości zaczynia nas i odmienia energia wiary, niczym drożdże zamieniają mąkę w ciasto na chleb. Z wszystkiego się cieszymy, za wszystko dziękujemy, wybaczamy i akceptujemy wszystko, co nas spotyka w postaci doświadczeń. Pozwalamy naszej woli wejść w harmonię z tym, co jest nam darowane. Przestajemy walczyć, upierać się, zmuszać do działania, a więc pożądać i cierpieć. Pojawia się odpoczywanie, beztroska, otrzymywanie bez stawiania żądań, odnajdywanie bez szukania, doświadczanie obecności JESTEM bez wielu słów. Pojawia się cisza upragniona, a ponieważ większość z nas kompletnie nie pojmuje i nie praktykuje duchowego procesu wzrastania i podnoszenia energii, więc ciszę upragnioną łączą z śmiercią. Tymczasem Jezus nie mówi: „Błogosławieni umarli, albowiem oni doświadczą ciszy”, ale: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt 5,5). 

Odpoczniecie jest poziomem duchowego doświadczenia po wyjściu z wody i przejściu przez ogień pustyni. Jakub, Mojżesz, Izrael, Jezus z Galilei to historie, których nie sposób nie potraktować jako biblijnych archetypów duchowej drogi człowieka.

Przejście do ciszy jest uwarunkowane pokonaniem drugiej tamy, czyli gardła. Powyżej niej, w głowie znajduje się symboliczny nous (słowo greckie), czyli umysł, którego nie należy utożsamiać z rozumem. Z tego, co potrafimy nazwać ludzkimi słowami, nous bardziej jest ludzkim potencjałem osiągnięcia pełni świadomości, aniżeli zdolnością racjonalnego myślenia.

Gdy życiowa energia spokojnie płynie przez gardło, potrafimy pewnie i z godnością wyrażać samych siebie oraz kreatywnie oddawać siebie w służbę życia i miłości, czyli Boga.

Zanim opiszę skutki i znaczenie przejścia przez „wąskie gardło”, czyli ewangeliczną „wąską ścieżkę”, którą w ziemskim życiu tylko niewielu powraca do Ogrodu Życia, zadam kilka pytań, aby mieć argument dla dalszej refleksji.

Dlaczego do myślenia nie daje nam zmyślna strategia Mistrza z Galilei, który dla każdego miał dobrą wiadomość o zbawieniu, ale już nie wszystkich uczynił swoimi uczniami?

Dlaczego nie wszystkim, a jedynie uczniom przekazał wiedzę na temat uzdrawiania i zlecił im tę służbę w świecie?

Dlaczego uczniowie nie mieli władzy nad demonami i dopiero apostołom, powołanym z ich grona, Jezus powierzył to zadanie?

Proszę bardzo. Widać, jak na dłoni, że dopiero tym, którzy przez dłuższy czas dniem i nocą mogli słuchać i obserwować Mistrza, dane było posiąść wiedzę = władzę nad demonami. To ludzie, którzy zwycięsko przeszli doświadczenie ognia i po pokonaniu energetycznego „wąskiego gardła” oczyścili oko, które jest źródłem wewnętrznej światłości: „Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest czyste, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśliby oko twoje było mętne, całe ciało twoje będzie ciemne” (Mt 6,22n)

Jaki ma to związek z demonami? Wydaje się, że dość oczywisty. Demon nie jest złym duchem, jak popularnie, aczkolwiek błędnie go nazywamy. Demon jest duchem zła! Jest odwróconym porządkiem świata i życia. Jest podzieleniem jedności i przyczyną dwoistości, źródłem oddzielenia człowieka od Boga i materialnego od duchowego. Jest odwróconą myślą i zanikiem zdolności widzenia, więc wprowadza w sferę, której służy, czyli w ciemność. A skoro, zdaniem Mistrza, ślepy ślepego nie może prowadzić, ponieważ obaj wpadną do dołu (Mt 15,14), więc już wiadomo, dlaczego jedynie ludzie z czystym, duchowym okiem, widzący wszystko w światłości Ducha, a nie w ciemności materii, mogą zobaczyć demona, poznać jego imię i rozkazać mu opuścić nieszczęśliwego człowieka albo zajmowaną przestrzeń. 

Jest w ewangelii wg Mateusza tekst, który wydaje się zagadkowy. Chodzi mianowicie o opowiadanie, w którym uczniowie pytają Jezusa, dlaczego nie poradzili sobie z demonem epileptyka. Poirytowany Mistrz wyjaśnia wówczas: „Ten rodzaj nie wychodzi inaczej, jak tylko przez post i modlitwę” (Mt 17,14-21).

No i wszystko wiadomo! Post i modlitwa są niezbędne, żeby być odpowiednio przygotowanym do konfrontacji z ciemnością. Służą oczyszczeniu oka światłości. Dopiero widzący w światłości Ducha, może zdobyć wiedzę = władzę o człowieku i źródle jego życiowego nieszczęścia. Post i modlitwa są czynnościami duchowymi, oczyszczającymi ciało, dzięki którym z poziomu życia według ciała wznosimy się do poziomu życia według ducha i otrzymujemy dar widzenia prawdy w światłości, której źródłem jest Bóg.

Nie wszyscy pokonujemy pożądanie i zwycięsko przechodzimy przez ogień, więc sami cierpimy, a pozostając ślepcami nie mamy dość wiedzy = władzy nad demonami. Nie wszyscy jesteśmy gotowi do wykonywania tej duchowej pracy, więc mądry Jezus wiedział, że jedynie wyselekcjonowana grupa, której poświęci dużo uwagi i miłości, będzie zdolna  do przyjęcia daru wypędzania demonów i przekazania go kolejnemu pokoleniu.

Wielu egzorcystów to szaleni showmeni, pyszni jak apostołowie, opisani we wspomnianym wyżej wydarzeniu. Ich arogancja bierze się z ignorancji. Myślą, że mocą swojego autorytetu mogą rozkazywać demonom, a one będą im posłuszne. Nawet przywoływanie imienia Chrystusa często nie wystarcza, ponieważ sami są duchami zła. Pogrążeni w cierpieniu pożądliwości, aby dysponować mocą, są bezsilni, bo pozostają ślepi. Jak uczniowie Jezusa zapominają, że nie dysponują własną mocą, ale muszą oddać się Bogu, aby Jego moc działała przez nich! Gdy człowiek dba o swój duchowy rozwój, oczyszczając się przez post i modlitwę, wznosi swoją energię do poziomu widzenia w prawdzie. Wtedy Ten, który jest Światłością, posyła światłość, którą rozprasza demoniczne ciemności życia. 

Tylko widzenie duchowym okiem równa się władzy! Proszę zapamiętać to równanie i próbować równać do tego poziomu duchowego życia. Każda inna władza jest przemocą i źródłem ziemskich ciemności.

Post i modlitwa otwierają wewnętrzny narząd zmysłu, który znajduje się pomiędzy oczami fizycznymi. W języku duchowości to jest trzecie oko, któremu fizycznie w środku mózgu odpowiada szyszynka, gruczoł bardzo wrażliwy na światło. Szyszynka odpowiada za nasze wizje, sny oraz cykl snu i czuwania. Organ był nazywany siedzibą duszy na długo zanim współczesna nauka odkryła jego znaczenie i pełnione funkcje. U niektórych istot niższych oraz embrionów szyszynka faktycznie stanowi trzecie oko.

Minęły trzy miliardy lat od pojawienia się na ziemi pierwszej formy życia do ewolucyjnego utworzenia oczu, które mogły widzieć. To całkiem spory czas, spędzony przez żywe organizmy w ciemności, zanim nareszcie zapalono światło. Kiedy zwierzęta zaczęły widzieć, nabyły też zdolności poruszania się w kierunku pokarmu i odsuwania od niebezpieczeństwa.

Teraz być może znajdujemy się w podobnym punkcie ewolucyjnym, co dawniejsze gatunki. Właśnie osiągnęliśmy stadium, w którym mamy wystarczająco dużo wiedzy o świecie, aby mieć wgląd w przyszłość. Dotarliśmy też do punktu, w którym całe masy ludzi uczą się zwiększania świadomości, modlitwy ciszy, rozwijania intuicji, itp. Dzięki temu jesteśmy coraz bardziej świadomi wizji przyszłości oraz tego, jak możemy rozkwitać. W sensie cywilizacyjnym to przecież wciąż ten sam projekt, co w personalnym, a mianowicie wydostawanie się spod władzy księcia ciemności i uczestniczenie w światłości.

Czyżbyśmy jako chrześcijanie mieli w nim nie uczestniczyć? Dlaczego dla ratowania słupków kościelnych statystyk nie uczymy ludzi wychodzenia z wody i przechodzenia przez ogień, aby mogli otrzymywać dar jasnego widzenia w ciemnościach? Czy naprawdę ciężko zauważyć, że podobnie jak ludyczny i świecki Wernyhora, również ap. Paweł choć tylko na trzy dni, ale jednak stracił zdolność widzenia oczami zewnętrznymi, aby trzecim okiem zobaczyć prawdę? To się zdarzyło, gdy został oślepiony światłością z wysokości.

Ponieważ trzecie oko jest związane z jasnym postrzeganiem prawdy, negatywem jest iluzja. Gdy człowiek zamyka się w jakiejś iluzji, ona zaciemnia mu pole widzenia i zaburza jasność. Zaczyna wtedy doświadczać chorób, które mają związek ze świadomością. Ich duchowe przyczyny tkwią w nous, czyli w umyśle. To może być migrena, bezsenność, udar, problem z pamięcią, stwardnienie rozsiane, ale też Alzheimer i Parkinson, a nawet syndrom Aspergera. 

W większości, jako duchowni i katecheci, w nosie mamy, czym odżywiają się dzieci i młodzież, czy potrafią praktykować modlitwę ciszy, o seksie mówimy im w taki sposób, jakby mieli pracować w „tej” branży, ale każemy im wkuwać definicje bez znaczenia i sensu dla ich życia, uczymy historii, które nie mają żadnego związku z ich duchowością i ćwiczymy w tzw. karności. A gdy mają problemy psychiczne wysyłamy do specjalistów od coraz to nowszych jednostek chorobowych. Zgroza, a to tylko życiowe skutki prowadzenia ślepych przez ślepych. Brakuje nam widzących, cichych, spokojnych, ludzi odpocznienia, pokazujących innym, zwłaszcza młodym, w jaki sposób osiągać ten sam stan ducha.

Odpowiednia dieta, takie praktyki duchowe, jak modlitwa, ale też higiena pracy, fizycznego ruchu, snu, czy oddychania, są nieodzowne w docieraniu do granic naszych duchowych możliwości, aby móc spotkać się z najwyższą i jedyną Świadomością, którą nazywamy Bogiem. Gdy energia spokojnie przez nas płynie i dociera do tej granicy ziemskiej świadomości, którą jest trzecie oko, wówczas harmonijnie łączą się w nas trzy sfery, a mianowicie podświadomość, świadomość i nadświadomość, które inaczej można nazwać instynktem, intelektem oraz intuicją. W tradycyjnym języku religijnym życie według ciała staje się życiem według ducha, aby doświadczyć zesłania Ducha, który całkowicie zmienia oprogramowanie rozumu, to jest ofiarowuje nam nowy nous, metanous, w którym nie ma już śmierci, ani łez, ani cierpienia.

To więc mówię i świadczę w Panu, abyście dłużej nie postępowali jak postępują poganie w swoim pustym umyśle, mający zaćmione myśli, dalecy od Bożego życia z powodu nieświadomości, która jest w nich z powodu skamieniałego serca, którzy stawszy się nieczułymi, samych siebie rozpasali, aby w zachłanności móc się zanieczyszczać. Wy jednak tak nie nauczyliście się Chrystusa. Jeśli oczywiście go usłyszeliście i w nim pozwoliliście nauczyć się takiej prawdy, jaka jest w Jezusie, aby zdjąć z siebie starego człowieka, powracającego do dawnych zachowań, niszczącego siebie zwodniczymi pożądaniami, aby dawać się odnawiać duchowi waszego umysłu i ubrać się w nowego człowieka, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy” (Ef 4,17-24).

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, co Duch ma do powiedzenia. Nic dodać, nic ująć, więc gdzie jest współczesny Kościół ze swoją duchowością? Zabierzmy się wspólnie do tworzenia duchowego programu życia, jakiego nauczyliśmy się od Chrystusa, jeśli oczywiście chcemy żyć w tej samej prawdzie, w której żył Jezus z Galilei.

Na koniec dodaję, że ten wpis, wraz z tekstami o konfirmacji i chrzcie to tryptyk, odpowiadający trzem poziomom duchowego życia. W tekście o chrześcijańskiej inicjacji z lutego 2019 r. i w tryptyku przestawiam moją interpretację duchowego życia Jezusa, według której tworzę szkołę duchowości, jednak w najbliższej przyszłości przystąpię wspólnie z chętnymi do bardziej systematycznego działania.

Konfirmacja

Konfirmacja (bądź bierzmowanie), powinna jak chrzest kończyć kolejny etap duchowego rozwoju człowieka. Chrzest wodą, o czym pisałem we wcześniejszym wpisie z 23 maja 2020 r. (kategoria: Psychopompos), ostatecznie uwalnia z lęku, wstydu i winy, czyniąc nas zdolnymi do samodzielnego życia. Jednak skoro po chrzcie w Jordanie Duch wywiódł Jezusa na pustynię, aby w trawiącym ogniu pożądania rozpadło się EGO i skrystalizowała czysta świadomość JESTEM, tak każdy z nas w duchowym rozwoju powinien doświadczyć chrztu ogniem, czyli aktu kończącego samopoznanie.

Przy czym nie zgadzam się na praktykowane w niektórych Kościołach deprecjonowanie chrztu wodą, który ponoć jest czystym rytuałem, i niezrozumiałe dla mnie przeszacowanie tzw. chrztu Duchem Świętym, którego w żadnym wypadku nie powinno się utożsamiać z chrztem ognia. Bowiem jak chrzest wody tak i chrzest ognia są obrzędami duchowymi, w których przejawia się stwórcza moc Ducha Bożego, tyle tylko, że w różny sposób.

Zalewając wszystko, woda potopu wpierw przynosi totalną śmierć, jednak zostawiając po sobie nawiezione ziemie, umożliwia rychły i bujny rozkwit życia. Symbolika wody uświadamia, że chrzest wodą służy udanemu i urodzajnemu życiu, które nie karmi się ziemią sprzed potopu, czyli pokarmami Mamy, pieniędzmi rodzinnego domu i tym wszystkim, co kojarzymy z zadomowieniem w przeszłości, tradycji i rytuałach życia, ale własnym potencjałem, z którym przychodzimy na świat. 

Od tysięcy lat używano symboliki wody, morza i oceanu, aby doprowadzić człowieka do bezgranicznej i czystej świadomości, z której wszystko bierze początek. Zrozumienie tej symboliki znacznie ułatwia studiowanie archaicznych religii, znaczenia dawnych rytuałów czy filozofii, niemniej współczesnym poszukiwaczom prawdy trudno od razu dotrzeć do głębi tych przekazów. Ludzie XXI wieku wszystko odbierają i przetwarzają nowoczesnym umysłem, który jest znieczulony na podprogowe znaczenie symbolu. Tymczasem chrześcijaństwo również bierze swój początek z tej przeszłości i tylko przypomnienie oraz rozumienie dawnych nauk, zwłaszcza symbolicznego znaczenia rytuałów przejścia, może otworzyć głębię tego przesłania.

Jezus przyszedł odbudować duchową więź człowieka z Bogiem. Odbudowa zaczyna się od pokonania symbolicznego, burzliwego morza nieświadomości, a kontynuowana jest w doświadczeniu ognia, którym Duch rozpala wewnętrzne światło i otwiera duchowe oko poznania. Mowa o procesie samopoznania.

Ogień działa inaczej niż woda. Pustosząc życie, pozostawia po sobie składniki mineralne, które oczyszczone nie podlegają dalszemu rozkładowi. Po doświadczeniu ognia już nie ma się co psuć. Pozostaje więc czysty duch, służący Bogu. Dlatego można założyć, że chrzest ogniem powinien być obrzędem, potwierdzającym uwolnienie spod władzy EGO, które tworzy nieprawdziwy obraz człowieka, wikłając go w cierpienie pożądania, i sprowadzającym człowieka do wewnętrznej prawdy, czyli do istoty siebie, którą nazywamy świadomością JESTEM. Tym sposobem po wyjściu z wody, będąc gotowym do samodzielnego życia, człowiek staje się świadomy siebie, swojej  mocy i ma szansę rozpoznać własną i niepowtarzalną drogę życia. Chrzest ogniem, czyli konfirmacja w duchowym dorobku ewangelicyzmu, powinien ten proces kończyć i utrwalać.

Czy w rzeczywistości tak się dzieje? A pytając inaczej, czy Kościołom zależy na przeprowadzaniu ludzi przez proces samopoznania? Rytualnie na pewno tak, jednak rytuał i przygotowujące do niego czynności są tak sprytnie zorganizowane, aby nie rozwiązać kolejnego węzła energii, a przeciwnie maksymalnie go dociągnąć i mieć pewność, że energia nie przekroczy kolejnej tamy, którą jest gardło.

Chrzest wodą powinien być duchowym doświadczeniem przejścia przez tamę, którą jest przepona. Symbolicznie jest potwierdzeniem, że ochrzczony wyszedł z otchłani podświadomości i jest świadomy siebie. Chodzenie po wodzie jest pierwszym aktem samorealizacji. Odtąd ochrzczony od nikogo nie zależy i może samodzielnie żyć, pracować i jeść własny chleb. Ma więc otwartą drogę, aby z wymiarów rodzinnych, wspólnotowych, typu MY, od których do tej pory zależał, wkroczyć w domenę JA, która naprawdę jest niebezpieczna i dlatego bywa utożsamiana z najcięższymi doświadczeniami ludzkiego ducha oraz grzechem. Żeby chronić nas przed skutkami grzechu, tradycyjna duchowość, nieświadoma koniecznej pracy, którą w procesie samopoznania musi wykonać każdy, kto wyszedł z wody, skonstruowana jest w taki sposób, aby duchowy człowiek nie spotkał się ze swoim JA. Tylko, że ono ma dwoistą strukturę. Zewnętrznie jest pożądliwym EGO, które jest destrukcyjne i nie liczy się ani z niczym ani z nikim, jednak wewnętrznie jest kochającym JESTEM, w którym człowiek uczestniczy w prawdziwych, szczerych, wolnych i autentycznych relacjach.

Nie rozpoznając tej zasadniczej różnicy tradycyjna teologia i duchowość ostrzega i chroni człowieka przed negatywnymi skutkami spotkania się z własnym JA, czyli w praktyce robi wszystko, aby nie doszło do wejścia w ogień  pragnień (energii męskiej) po wyjściu z wody zależności (energii żeńskiej). A ponieważ życie polega na ciągłym ruchu, więc kto po chrzcie wodą nie konfrontuje się ze swoim wewnętrznym ogniem, szybko wpada ponownie w otchłań i tonie w podświadomości, tracąc szansę na świadome życie i duchowy rozwój. Pomyślne przejście przez ogień, czyli poznanie siebie, swojej mocy sprawczej i ograniczeń, jest przekroczeniem kolejnej tamy, energetycznej bariery. W sensie duchowym pokonanie jej oznacza przejście do wewnętrznego światła (Mt 6,22n), czyli powrót do rajskiego ogrodu życia. Oczywiście chodzi o gardło, w którym nie bez związku z symboliką upadku i wygnania z Ogrodu  Życia znajduje się tzw. „jabłko Adama”. Co prawda jest to wystająca część męskiej krtani, ale tym bardziej musi dawać do myślenia, że także kobiety muszą przejść przez tę energetycznie męską zaporę i rozwiązać swój męski supeł energii.

Otóż wydostając się spod przepony i stając pewnymi nogami na powierzchni świadomości nie tylko kobiety doświadczają skutków integracji elementu męskiego z żeńskim. Wówczas mężczyźni, integrując żeńską energię i ucząc się wykorzystywać jej twórczy potencjał, stają się bardziej męscy. Tymczasem kobiety stają się bardziej kobiece, gdy udaje im się rozwiązać energetyczny supeł gardła. Oczywiście wszystkim jest potrzebne doświadczenie przejścia przez ogień, jednak wówczas kobiety doświadczają mniej więcej tego samego, czego mężczyźni po wyjściu z wody.

Ostatecznie, bez względu na płeć, w duchowym rozwoju każdy z nas powinien osiągnąć stan pełnej jedności ze wszystkim, czego wewnętrznym warunkiem jest integracja energii męskiej z żeńską i petryfikacja prawdziwego JESTEM, jako skutku rozpadu zewnętrznego EGO, to jest wyjścia z kłamstw na własny temat oraz iluzji życiowych potrzeb.

O ile chrzest wodą oznacza wydostanie się z nieświadomości samego siebie i początek świadomej drogi życia, o tyle chrzest ogniem kończy etap poszukiwania odpowiedzi na pytanie o własną drogę życia i sposób wyrażania siebie, czyli nadawania sensu życiu na ziemi. W języku religijnym chodzi po prostu o to, żeby poznać swoje powołanie, a pełniąc je, chwalić Boga wszystkimi składowymi codziennego życia. Bez problemu można rozpoznać, czy człowiek przeszedł ów próg duchowego rozwoju po tym, że umiejętnie, bez lęku, z poczuciem godności i radośnie potrafi wypowiadać swoje JESTEM i opowiadać o życiowej misji, bo to świadczy o rozwiązaniu energetycznego węzła, który mamy w gardle.

Mężczyźni najczęściej mają tam energii za mało, ponieważ Matki nie pozwalają im z ust wypuścić karmiących miłością piersi, zaś kobiety za dużo, ponieważ za szybko zostają przeznaczane na kolejne karmiące Matki bez szansy na samorealizację. W efekcie mężczyźni często chorują na zapalenie gardła i migdałków, bez opamiętania plując na ziemię, czyli symboliczną Mamę, której nie potrafią się sprzeciwić, aby rozwinąć w sobie dziką energię zdobywców i zacząć żyć męskim życiem, zaś kobiety wypowiadają stanowczo za dużo nic nie znaczących słów, którymi kształtują emocje, potrzebne im do utrzymywania homeostazy, bojąc się samodzielności.

Dla ułatwienia proponuję, bez względu na płeć wyobrazić sobie ludzką postać w następujący sposób. Od stóp do bioder działa w nas i żyjemy pod wpływem energii żeńskiej, wpierw matczynej, potem kobiecej w ogóle. Od bioder do barków rozwija się w nas i działa na nas energia męska, wpierw ojcowska, potem każdy inny jej rodzaj. Więc w duchowym rozwoju najpierw musimy zintegrować w sobie i opuścić przestrzeń, narządy, relacje i sposób przejawiania się w świecie energii żeńskiej, przechodząc przez barierę przepony, a następnie to samo musi wypełnić się i zamknąć w momencie przejścia przez barierę gardła. Po jej przekroczeniu jesteśmy sobą, w polu oddziaływania świadomości JESTEM. Stajemy się epifanią Boga na ziemi.

Konfirmację, będącą chrztem ognia, należałoby rozumieć i przeżywać jako akt, wieńczący duchowy proces samopoznania oraz integrowania w sobie elementu żeńskiego z męskim. Jednak zanim do niego dojdzie młody człowiek musi zmierzyć się ze swoim JA i jeśli nawet na skutek własnych wyborów doświadcza bolesnych skutków EGO, nie należy temu przeciwdziałać, ponieważ tylko w ten sposób może nauczyć się rozpoznawać i wykorzystywać umiejętności i talenty, poznawać swoją moc i z wdzięcznością akceptować życiową misję jako wyraz czystego JESTEM. Niestety w tej chwili uniemożliwia to religijny lęk przed domniemanymi skutkami grzechu, rozumianego jako uleganie pożądliwości, oraz wypaczona argumentacja etyki teologicznej.

Supły zacznijmy rozwiązywać, począwszy od drugiego. Jakakolwiek argumentacja, zachęcająca do walki z EGO, jest chybiona i z gruntu skazana na porażkę, o czym przekonują kolejne, bolesne lekcje historii chrześcijaństwa, ale przede wszystkim zastygłe z lęku przed bólem i niezdolne do lekkiej ekspresji cieleśnie spięte dusze. Drugim biegunem tej samej traumy, której przyczyną jest daremna walka z EGO, są pogrążone w psychicznej depresji ciała, nie potrafiące przeżyć rozkoszy i doświadczyć przyjemności.

Dziś wiem, dlaczego wielu duchowych przewodników, opowiadających o zbawieniu czyli wybawieniu z depresji i stresu, wpierw musi kilkakrotnie przełknąć ślinę, podczas mówienia wyraźnie mają sztywną górną szczękę i nie potrafią oderwać wzroku od kartki. Cieleśnie zastygli, ponieważ ich życiowa energia nie potrafi przebić się przez przeponę i zamiast płynąć w górę, kotłuje się w nich pod pępkiem. Zamiast ożywiać serce, świątynię Miłości, i wyrażać się dobrym słowem o wybawieniu z opresji, bezustannie działa na ośrodki podstawowych potrzeb cielesnych, którymi są zaspokajanie głodu i rozładowanie napięcia seksualnego. Stąd bierze się częsty temat religijnych przemówień, którym jest obsesyjne traktowanie majątku i seksu. Co jest poddane opresji, cały czas szuka możliwości uwolnienia i znajduje ją w sytuacjach najmniej odpowiednich, często poza kontrolą, w tym wypadku nieświadomych mówców, ujawniających własne obsesje. 

Walka z EGO jest nie do wygrania, ponieważ nie można walczyć z potrzebami życia. W ogóle należy zapomnieć o tego rodzaju argumentacji zwłaszcza wobec młodych ludzi, którzy chcą samodzielnie sprawdzić się w życiu i w roli kochanków. EGO zawsze wygra, ponieważ jest silniejsze od ludzkiej woli, działając na cielesne zmysły. Dopiero uaktywnienie zmysłów duchowych i wejście w siebie jest ruchem we właściwym kierunku. Nie wymuszajmy na nikim, a zwłaszcza na młodzieży, żeby walczyła z EGO, ale zachęcajmy wszystkich, w tym siebie samych, do rozwijania niepowtarzalnego JESTEM, czyli do szukania prawdy o sobie. Wtedy EGO, czyli kłamstwo, zniknie samo, rozpadnie się jak zwietrzała skała. Im bardziej z nim walczymy, tym silniejszy stawia opór, zwłaszcza w sferze materialnej i seksualnej. Nie przejmujmy się nim, jeśli tylko  rozwijamy JESTEM. To jedyna metoda na przejście przez ogień pożądania. Terapeutycznych opowiadań o Danielu w lwiej jamie (Dn 6) i jego trzech towarzyszach w ognistym piecu (Dn 3) nie da się zastąpić żadną, nawet najbardziej uczoną, etyczną argumentacją.

Kolejny supeł jest równie łatwy do rozwiązania. Otóż rzeczywiście tak bywa, że w doświadczeniu ognia nie zawsze udaje się nam uniknąć poparzenia. No cóż, z tym po prostu trzeba się liczyć i w imię ochrony przed konsekwencjami popełnionych błędów nie wolno wszystkich wychładzać, zabraniając im korzystania z własnej mocy i poznawania granic możliwości, budząc w nich strach, wstyd i winę, co niestety dzieje się w dotychczasowej praktyce duchowego wychowania. Nie uczymy młodych ludzi ani obserwowania własnych pragnień, ani tego, w jaki sposób mogą właściwie wykorzystywać życiową energię. W efekcie wychowujemy ludzi słabych, zdanych na pomoc. Brakuje im wiary, więc nie przychodzi im do głowy, że dla Bożej chwały, czyli w realizacji życiowej misji, mogliby na szwank wystawić swoją reputację, dobre imię, stanowisko i szacunek, nie mówiąc o materialnym dobrostanie czy nawet życiu. 

Podczas pustynnego doświadczenia ognia Jezus z Galilei był świadomy własnych pragnień, ale odmawiał sobie realizacji, wzmacniających EGO, wybierając te, które były zgodne z prawdziwym JESTEM, czyli miały służyć życiowej misji. Taka praca wyrównuje energię pragnienia i woli realizacji. Kto jej nie wykonuje, prędzej czy później upada pod ciężarem rosnących w siłę i niczym nie zaspokajanych pragnień, nie mając woli, aby cokolwiek w życiu zmienić. Wpada w pułapkę podświadomości, którą nazywa przeznaczeniem albo pechem. Jednak trzeba uważać, żeby również energia woli działania nie stawała się większa od energii pragnienia, ponieważ wówczas człowiek żyje i działa w ciągłym napięciu, z którego biorą się takie mętne źródła życia, jak perfekcjonizm albo pracoholizm. Wciąż działa, jest w ruchu, nie wypoczywa i nie odpręża się, jednak zupełnie nie wie, czego potrzebuje i co jest dla niego ważne. W efekcie czuje się wypalony i wycieńczony, ponieważ nie potrafi odnaleźć życiowej drogi i kompletnie nie wie, dokąd zmierza.  

Gdy pragnienie współdziała z wolą, wtedy niczym nie skrępowana energia życia płynie przez serce, świątynię Miłości, do gardła, a człowiek nie ma problemu ze świadomym wypowiadaniem słów, czyli twórczym życiem, wszak, jak pamiętamy, słowa mają twórczą moc. Staje się wszystko, co zostaje wypowiedziane. 

Co prawda ślady takiej duchowości zachowały się w akcie konfirmacji w postaci świadomego nazwania się Bożym Dzieckiem i wyznania wiary Bogu, jednak przygotowania do niej oraz jej teologiczna interpretacja uniemożliwiają pełną integrację męskiej siły działania z kobiecą mocą miłości. W efekcie kolejne pokolenia zostają, jak mawiamy, wykonfirmowane z Kościoła, ponieważ czują się zdominowane i ubezwłasnowolnione, akurat w tym okresie rozwoju, gdy potrzebują potwierdzenia wartości i mocy.

Konfirmacja, zwieńczająca doświadczenie ognia, czyli przejścia przez cierpienie pożądania, powinna zapalać wewnętrzne światło, w którym dostrzega się  prawdę o sobie, świecie i życiu. Jedynie w tym świetle można spotkać się ze swoim JESTEM. Źródłem światła zawsze jest ogień, tymczasem tradycyjna duchowość chciałaby rozpalać wodę i naiwnie dziwi się, że ludzie, którzy nie przeżyli chrztu ogniem, nie płoną światłem Bożego Ducha. W akcie konfirmacji młody człowiek powinien otrzymać rzeczywiste prawo do samodzielnego tworzenia życia w zgodzie ze swoim powołaniem, a nie iluzoryczne prawa do uczestniczeniu w tzw. życiu Kościoła. Oczywiście ów akt przyznania prawa musi mieć związek z wewnętrznym samopoznaniem, w którym rozpadło się EGO i skrystalizowało JESTEM, dlatego musi być podparte pewnością i świadectwem o inicjowanym, złożonym przez opiekuna, inicjującego w dojrzałe, duchowe życie.  

Nie wyobrażam sobie, żeby chrzest ogniem miał być, jak do tej pory konfirmacja, powszechnym rytuałem. Nikomu nie jest potrzebna nieudana powtórka chrztu wodą. Niech nieliczni, odważni, zintegrowani, prawdziwi, świadomi siebie przyjaciele Chrystusa tworzą duchową elitę Kościoła. Wówczas na pewno nie będziemy pytać o przyczyny kryzysu chrześcijaństwa, ani zastanawiać się nad praktycznymi rozwiązaniami problemów, wynikających z braku ludzi światłości.

Jednym z nich jest zanik daru uzdrawiania. Tylko ludzie wewnętrznego światła, którym Duch otworzył duchowe oko, potrafią oglądać człowieka w prawdzie, widząc prawdziwą przyczynę choroby. Pojmują bowiem duchową naturę życia, której nie rozumieją ludzie, posługujący się cielesnym zmysłem wzroku. Ludzie, mający zdrowe oko duchowe, widzą jedność. Pozostali, mając je zamknięte, posługują się dwoma oczami zmysłowymi, więc widzą dwoiści i dzielą człowieka oraz jego problemy na materialne i duchowe. Dlatego leczą cielesne skutki, nie rozumiejąc duchowych przyczyn. Pierwsze jest łatwe, drugie jest trudne, jednak nie dla ludzi wewnętrznego światła.

Czy mam dodawać, że wiek od 13-tu do 15-tu lat jest absolutnie nieodpowiedni na konfirmację, rozumianą jako akt, wieńczący duchowy proces samopoznania? Dziś dopiero 30-latkowie, a czasem nawet 40-latkowie są gotowi do konfirmacji, ponieważ pozbawieni duchowego wparcia muszą sami doświadczać skutków własnych wyborów i uczyć się odnajdywania życiowej misji. Gdyby jednak w tej duchowej pracy mądrze wspierać młodych ludzi, sądzę, że 20-latkowie byliby gotowi do rzeczywistej konfirmacji.

Kto chce poszerzyć perspektywę, niech w kategorii Duchowość poszuka wpisu z 7 lutego 2019 r. Chrześcijańska inicjacja – szkic duchowego rozwoju. Naprawdę gorąco polecam.