Wdzięczność

Wspólnie zwiedziliśmy 45 ogrodów krainy życia. Zapachy, kolory, widoki niektórych natychmiast zapierały dech w piersiach, tymczasem okazywało się, że pomiędzy nimi są też osty, kolce i ciernie, które warto zauważać i respektować, aby nie przerwać strumienia energii, płynącej przez nas ku niebu, w którym chcielibyśmy żyć. Nie zapominajmy, że uważność na każdy rodzaj emocji stwarza w nas niebo albo piekło. Z kolei w innych spodziewaliśmy się dzikiej plątaniny trujących, kaleczących i śmierdzących chwastów, a mimo tego odkrywaliśmy, że każdy z nich pełni rolę lekarstwa na duchowe choroby. W końcu, gdy udawało nam się przedrzeć przez gąszcz dzikich roślin, w samym środku ogrodu odkrywaliśmy śpiącą królewnę, czekającą na pocałunek. Jest nią dusza, zraniona igłą zawiedzionych oczekiwań, poglądów i marzeń.

Domyślam się, że zabrakło Wam jednego ogrodu, być może najważniejszego? Tego rajskiego w pełnym znaczeniu tego obrazu. Może pytaliście, gdzie między emocjami straciła się wdzięczność? Cierpliwie czekała na sam koniec, zresztą podobnie jak bywa w powszednim życiu, że gdy wszystko już się przeżyje i doświadczy zaczyna się rozumieć i doceniać znaczenie wdzięczności.

Wszystkie emocje, popularnie uznawane za negatywne, jak przekonaliśmy się w podróży po ogrodach życia, wynikają z przekonań. W rzeczywistości są energią, którą z pożytkiem możemy wykorzystywać dla poprawy jakości życia, jeśli tylko podnosimy poziom naszej świadomości. W istocie wszystko zależy od nowego sposobu myślenia, którym świadomie zarządzamy emocjami. Dzięki nowym myślom nie poddajemy się stereotypowym przekonaniom umysłu tłumu i możemy angażować się w najlepsze dla nas przedsięwzięcia.

Myśl, odczuwaj, działaj.

Niestety niektórzy z nas, akceptując ów porządek i próbując go praktycznie realizować, po jakimś czasie doświadczają nieskuteczności i poddają się. Przyczyna jest bardzo prozaiczna i ma związek z duchowością. Otóż jak długo podświadomy umysł nie będzie posługiwał się tymi samymi przekonaniami, co umysł świadomy, przeobrażająca i twórcza moc nowych myśli niestety nie zadziała.

Zatem, jak przekonać podświadomość, która dysponuje pamięcią, ale nie potrafi logicznie myśleć, czyli odwrotnie do racjonalnej świadomości, korzystającej z kart pamięci, magazynowanych w podświadomości, że stare wzorce z przeszłości są nieaktualne, bezwartościowe, szkodliwe i niebezpieczne? Oczywiście można z powodzeniem stosować różne techniki, zwłaszcza medytacyjne, jednak istnieje jeden duchowy skrót. Aby móc się nim posłużyć i skutecznie przekonać podświadomość do zmiany starych przekonań na nowe, trzeba posłużyć się wiarą, w wcześniej zaproponowanym rozumieniu

Wiara

Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, i dowodem istnienia rzeczy, których nie potrafimy dostrzec zmysłowym wzrokiem. Jak ciężko samego sobie oraz innych przekonać do takiego pojmowania wiary najlepiej ilustruje historia tłumaczenia słów Jezusa z Galilei, który zdawał sobie sprawę, że podświadomy umysł można przekonać jedynie wiarą.

W 23-cim wierszu 11-tego rozdziału Ewangelii Marka znajduje się wypowiedź, które najczęściej bywa tłumaczona mniej więcej tak: „Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie a spełni się wam”. Tymczasem grecki oryginał co prawda w niezręcznym tłumaczeniu brzmi następująco: „Amen mówię wam. Ktokolwiek powie do góry: Podnieś się i rzuć się w morze, a w sercu nie zawaha się, ale będzie wierzył, że staje się to, co mówi, stanie się mu. Dlatego mówię wam, wszystko, o co się modlicie i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a stanie się wam”.

Widać kolosalną różnicę? Dlaczego tłumacze używają złych czasów? Dlaczego poprawiają Mistrza z Galilei, który wie, że wszystko już jest, tylko my nie widzimy i źle się modlimy? Skoro nie widzimy zmysłowym wzrokiem, więc prosimy zamiast dziękować i odczuwać wdzięczność, że już otrzymaliśmy. Nie rozumiemy, że gdy o coś prosimy, to automatycznie uznajemy, że to jeszcze nie istnieje. Nie widzimy tego, ani nie czujmy. Nie ma tego, więc paradoksalnie zatwierdzamy sytuację, o zmianę której się modlimy. Jeśli na przykład prosimy o zdrowie, ponieważ jesteśmy chorzy, zatwierdzamy chorobę, chociaż liczymy na zdrowie.

Być może próbowaliśmy już wszystkiego, a każde kolejne pragnienie wynikało z poczucia braku, co sprowadzało w życie jeszcze więcej braku. Zastanówmy się więc, jak coś, co w swej genezie jest negatywne i puste, może stworzyć obfitość? Jak z ziaren smutku, niedoli, rozczarowania mogą wyrosnąć kwiaty radości, powodzenia, akceptacji? No właśnie. Przejmijmy zatem odpowiedzialność za własne owoce i zacznijmy wysiewać inne ziarno. Niech będzie nim wdzięczność, ponieważ jest najwartościowszym ziarnem nowego życia. Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawczą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia. Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się i czeka na manifestację.

Więcej. Powinniśmy uczyć się korzystać z mocy, której Źródło jest w nas i dzięki nam powinno działać w świecie. Jak to zrobić? Będąc wdzięcznymi, odczuwajmy cieleśnie właśnie to, co czujemy zawsze wtedy, gdy doświadczamy tego, za co jesteśmy wdzięczni. Poczujmy tę emocję, która wszystko stwarza na nowo. Nie prośmy o deszcz, ale czujmy, jak cudownie pachnie ziemia, gdy pada, i dziękujmy za to, pozostając wdzięcznymi, chociaż właśnie praży słońce. Nie prośmy o słońce. Poczujmy cudowne pieszczoty promieni, które dotykają nas i uzdrawiają, ilekroć wystawiamy się na ich działanie, mimo że niebo akurat zasnute jest chmurami. Nie prośmy o uzdrowienie, ale poczujmy radosne, pełne szczęścia i pokoju emocje, związane z cudownym stanem zdrowia, wolności, szczęścia i życiowej niezależności. Na początku zawsze jest ciężko, zwłaszcza gdy jest się chorym i odczuwa się silny strach. Zaczynajmy więc od małych spraw, od najmniejszych cudów, a zaczną wydarzać się coraz większe.

Prosząc, zmagamy się ze starymi programami podświadomości, które ciężko wyłączyć. Wdzięcznością pokazujemy jej, że są bezużyteczne. W ten sposób odwracamy pozorny porządek rzeczy i czynimy nowy początek. Dlatego wdzięczność jest emocją, dzięki której świadomość przejmuje kontrolę nad podświadomością. Normalnie chcemy być wdzięczni dopiero, gdy coś zostanie osiągnięte. Jesteśmy przekonani, że to swoiste postludium po dobrze wykonanej pracy. Logika podpowiada, że wydarzenia, które uczynią nas szczęśliwymi, dopiero mają nastąpić, więc na razie nie mamy powodu do wdzięczności. Skoro nie ma wydarzeń, więc nie ma wdzięczności. Jednak jest dokładnie na odwrót. Wdzięczność nie jest skutkiem szczęścia, ale szczęście jest skutkiem bycia wdzięcznym.

Ponieważ wdzięcznym można być tylko w chwili obecnej, na pewno nie w przyszłości, więc wdzięczność jest stanem czujnej świadomości, która nie przegapia darów życia. Jest zdolnością spostrzegania szans, które pojawiają się zwłaszcza w godzinie kryzysu. Prosząc i działając według starych programów podświadomego umysłu po prostu ich nie zauważamy, ponieważ reagujemy buntem oraz funkcjonujemy w stresie. Nie potrafimy tak zarządzać energią emocji, aby nie ulegać powszechnym przekonaniom, co jest dla nas dobre, a co złe. W efekcie doświadczamy negatywnych skutków nieświadomie przeżywanych emocji.

Wdzięcznością zakorzeniamy się w chwili obecnej. Doceniamy jej wartość, cieszymy się nią i dzięki wspólnej pracy podświadomości i świadomości wykorzystujemy cały potencjał życiowej energii do duchowego rozwoju i podniesienia świadomości. Owocem wdzięczności jest szczęśliwe i zdrowe życie. To tłumaczy, dlaczego naszą podróż zakończyliśmy w ogrodzie wdzięczności, w odzyskanym Raju, który jest Ogrodem Życia.

Deklaracja przed spisem powszechnym

Poproszono mnie, abym przed spisem powszechnym odpowiedział na dwa pytania: Czy zadeklaruję śląską tożsamość? A jeśli tak, to jaką (łączoną z inną narodowością czy samodzielną) i dlaczego? Czy zadeklaruję używanie języka śląskiego?

Poniżej moja odpowiedź:

Języka śląskiego nie używam na co dzień. Najczęściej wówczas, gdy chcę, aby wiedziano, że jestem Ślązakiem.

W najbliższym spisie powszechnym zadeklaruję narodowość śląską, bez potrzeby dookreślenia inną.

Dlaczego? Ponieważ moje niższe Ja, czyli podświadomość, którą tworzy instynktowność, cielesność, czułość, emocjonalność i pamięć, jest ukształtowana w śląskim biotopie i kulturze. I chociaż wiem, że moje wyższe Ja, czyli nadświadomość, ciągnie mnie ku światłu i miłości, łącząc mnie z każdym człowiekiem bez względu na jakąkolwiek różnicę między nami, nie mogę osiągnąć swego celu bez poważnego traktowania najmłodszej części mojej jaźni. Gdybym tak robił, walczyłbym z częścią siebie, czyli z sobą.

W duchowym rozwoju człowieka, czyli w podnoszeniu świadomości, a na tym powinno zależeć całej ludzkości, punktem krytycznym jest dostrzeżenie własnego uwarunkowania, czyli tego, co nazywamy utożsamieniem. Nie wiedząc niczego o swojej tożsamości, nie wiedziałbym z czego mam się wyzwalać, aby stawać się coraz bardziej sobą, czystą duszą, pełną dobra, światła  i miłości. Mając tożsamość jestem pogodzony z sobą i świadomy siebie. Mogę się kochać i szanować. A kto nie potrafi kochać i szanować samego siebie, nie pokocha i nie uszanuje nikogo. To tłumaczy, dlaczego tzw. narodowcy zieją nienawiścią i sieją kulturowe oraz religijne spustoszenie. Identyfikują się mianowicie z narodową narracją i programem edukacyjnym, ale nie wykonali pracy wejścia w siebie. Nie wiedzą kim są. Są jedynie kimś, kim kazano im być, więc nie spodziewam się, żeby nagle przestali bić, nienawidzić, i prześladować. Zresztą w 90-ciu procentach polityków dostrzegam dokładnie ten sam syndrom, zbitego psa. Wszyscy są produktem narodowego i religijnego programowania, ale nie duchowego rozwoju.

Dopiero utożsamienie, czyli czysta świadomość ziemskiego uwarunkowania, pozwala mi na rozwój, wzrastanie ku światłu i miłości. Zdając sobie sprawę z tego, co zawdzięczam śląskiemu etnosowi i etosowi, kulturze i duchowości, historii i geografii, wyrastam ku czemuś większemu, bardziej uniwersalnemu, holistycznemu, co jest ludzką wspólnotą i jej przyszłością. Ludzie, którzy walczą z sobą, nie osiągają niczego poza degrengoladą, spustoszeniem, cierpieniem i śmiercią.

Ponieważ precyzyjnie wiem, w czym i w jaki sposób jestem Ślązakiem, więc kocham wszystkich za to, kim są. Gdybym nie wiedział, kim jestem, jakże mógłbym szanować i kochać innych?

Ponieważ większość obywateli RP nie poznało swojej narodowości od wewnątrz, czyli z samych siebie, ze swego czucia, czułości, emocjonalności i pamięci, ale z narracji, w którą kazano im wierzyć, więc nie rozumieją wszystkich, którzy znają się od środka, od rdzenia swojej duszy, i z tego środka szanują, kochają i służą innym.

Życzę wszystkim, aby wychodzili z siebie ku innym, potrafiąc dokładnie zdefiniować to miejsce, ten ród, ten lud, tę kulturę i religię, z której wychodzą.

Po prostu lekko żyć – podstawy duchowości

29 maja do 6 czerwca – Sorkwity na Mazurach  

– być może uważasz, że Biblia jest anachroniczna i nie warto szukać w niej inspiracji?

– być może sądzisz, że stare teksty religijne stoją w sprzeczności z nauką?

– być może praktykowałeś/aś wiele metod tak cielesnych, jak duchowych dla poprawy stanu zdrowia, a jednak wciąż zmagasz się z chorobami?

– być może szukasz własnej ścieżki duchowej?

– być może rozczarowałeś/aś się, którąś z duchowych szkół, ponieważ wciąż czujesz na sobie życiowe ciężary?

– być może w ogóle nie wierzysz w ducha?

Przyjedź do Sorkwit. Poza tym, że odpoczniesz w cichej i uroczej mazurskiej wsi, a także poznasz ludzi wrażliwych na nowe stany świadomości, dowiesz się, że:

– duchowość nie polega na odfrunięciu z życia scedowaniu problemów na innych, aby  poświęcić się tylko tzw. duchowym zajęciom;  

– duchowość  jest uporządkowaniem życia i wprowadzeniem harmonii we wszystkie aspekty i doświadczenia, począwszy od ruchu, oddechu, snu, pożywienia, poprzez odpoczynek i pracę, relacje i wybory związane z życiem, po rozwijanie takich duchowych predyspozycji, jak modlitwa, medytacja czy intuicja,  

a  poza tym odkryjesz, że:

– biblijne teksty zachowały świeżość Ducha i odnawiają przekonania o życiu i świecie;

– Jezus z Galilei jest cichym i pokornym Mistrzem, którego siła tkwi w czystej miłości;

– zrozumiesz swego ducha, jaźń i świadomość;

– nauczysz się aktywować życiową energię i dowiesz się, jak z niej korzystać;

– z Sorkwit na pewno wyjedziesz lżejszym/szą i czystszym/szą;

duchowość jest sztuką lekkiego życia. 

Zamieszkamy w DOMU POJEDNANIA w Sorkwitach, przy ul. Plażowej 3. Spotkamy się w cichej, mazurskiej wsi, położnej pomiędzy dwoma jeziorami. Zakwaterowanie w pokojach 2-osobowych oraz kilku-osobowych apartamentach.

Koszt z trzema posiłkami dziennie (także wieczornym w dniu przyjazdu i dwoma w dniu odjazdu): 1600 PLN

ZGŁOSZENIA:  e-mail: mju@escobb.com.pl     tel. 660 783 510

Żałoba

Żałoba jest szczególną emocją. Wiąże się z najboleśniejszą stratą, w dodatku często niespodziewaną. O ile do rozwodu albo straty pracy można się przygotować, przynajmniej mentalnie, o tyle żałoba oznacza kryzys, którym ciężko zarządzać. Mowa oczywiście o żałobie w sensie ścisłym, po śmierci osoby, bez której nie wyobrażaliśmy sobie dalszego życia. Miarą żałoby nie są koligacje i stopnie pokrewieństwa, ale prawdziwa miłość bądź uzależnienie w każdym aspekcie życia. W żałobie doświadczamy straty poczucia bezpieczeństwa, więzi, spełnienia, satysfakcji, kolorowych snów i tęczowych uśmiechów ku przyszłości. W jednej chwili zostajemy skonfrontowani ze zburzonym obrazem przyszłych dni.

Żałoba jest jedną z najbardziej fizycznych emocji. Przynajmniej na początku przeżywa się ją całym ciałem. Szloch, płacz, spazmy, dreszcze, odruch uderzania zaciśniętymi pięściami w różne przedmioty to ewidentne oznaki, że psychika chce się pozbyć stresu i dlatego uwalnia złą energię z ciała. Takie zachowania są typowe dla wszystkich istot żywych. Drżą nie tylko przerażone i zdezorientowane zwierzęta. Podobne reakcje zaobserwowano u roślin. Tymczasem we współczesnej kulturze opanowania, kontroli, i tzw. stalowych nerwów, pierwszą i drugą fazę żałoby przeżywamy wbrew swoim potrzebom, więc ze szkodą dla siebie.

W pierwszej fazie, tuż po zorientowaniu się o śmierci bliskiej i ukochanej osoby, jesteśmy przerażeni i czujemy się oszukani. To faza emocjonalnego chłodu. Tłumimy energię, aby poradzić sobie z szokującą sytuacją. Zamiast przyjąć ją do wiadomości, wypieramy. Trwa krótko, a po niej nastaje najbardziej energetyczna i cielesna faza żałoby, w której organizm jakby chciał wytrzepać stres. Zaczynamy drżeć i jest nam zimno. Wówczas doświadczamy niedźwiedziej przysługi ze strony pozostałych członków rodziny albo przyjaciół, sugerujących, abyśmy farmakologicznie poradzili sobie ze stresem. Poza tym mocno nas obejmują i proszą, abyśmy przestali krzyczeć, płakać i drżeć.

To duże błędy. Psychika dobrze wie, co ma robić, aby ratować się w traumatycznej chwili. Nie wypłakana, nie wykrzyczana i nie wytrzepana energia stresu pozostaje w ciele, ustala się, wychładza, a po jakimś czasie unieruchamia całego człowieka, który traci zdolność szczęśliwego życia, budowania nowych relacji i przeżywania fizycznych przyjemności. To zapewne nie są ani psychicznie bezpieczne, ani łatwe do współuczestniczenia, ani nawet estetyczne zachowania, gdy w żałobie przypominamy dzikie zwierzęta, jednak skoro dzięki nim one pozostają zdrowe i witalne, więc nie wątpmy, że nasza podświadomość doskonale wie, co jest dla nas dobre. Zresztą we wszystkich sytuacjach silnego i nagłego stresu, nie tylko związanych z żałobą, świadomie wytrzepujmy jego energię z ciała, aby nas nie unieruchomiła i nie pozbawiła witalności. Klasycznym przykładem takiego stresu jest poważny wypadek samochodowy albo niespodziewana potrzeba poddania się specjalistycznym badaniom medycznym.

Źle przeżyte drugie stadium żałoby, co współcześnie zdarza się bardzo często, daje się łatwo zauważyć. W takim domu i rodzinie pojawia się mianowicie coś na kształt mauzoleum albo domowego ołtarzyka, upamiętniającego zmarłego. Na ścianie i półce znajduje się wiele jego zdjęć w towarzystwie kwiatów, a często nawet świec. Miejsce staje się nietykalnym tabu wpierw przestrzeni, potem psychiki. Widać po nim, że zmarły nie został pożegnany i wciąż zajmuje swoje miejsce, co oznacza, że nie pojawiła się przestrzeń na nowe osoby, relacje i życiowe doświadczenia. Zamrożona energia stresu kondensuje pamięć, którą psychika powinna raczej sublimować. W efekcie jednostka albo wspólnota nie dostrzega możliwości, szans i darów, które Źródło oferuje w kolejnych latach i etapach życia.

Tymczasem, gdy mija drugi poziom żałoby, który najprościej można scharakteryzować jako opłakanie minionego, w tradycyjnej pobożności ograniczony do 6 tygodni od śmierci, co – jak przekonaliśmy się wcześniej – jest uzasadnione i celowe, rozpoczynamy najdłuższą fazę żałoby. Jest nią powolne i mozolne przewartościowywanie życia, możliwe jedynie pod warunkiem, że odpowiednio przeżyło się fazę opłakiwania. Polega na powolnym uwalnianiu się od zbędnego bagażu traumatycznych wspomnień. Dzięki czemu zaczynamy rozumieć, że chociaż z całościowego obrazu życia wypadł element, do tej pory uznawany przez nas za kluczowy, mimo wszystko pozostało ich jeszcze na tyle dużo, aby stworzyć z nich inny, równie wartościowy. Wyobrazić można to sobie mniej więcej w ten sposób, że z klocków lego mieliśmy zbudowany cudowny zamek. Jednak straciliśmy jeden z nich. Po chwili złości dostrzegliśmy, że bez niego potrafimy zbudować kolejny, chociaż inny, mimo wszystko niepowtarzalny i piękny.

Odpowiednio przeżyte trzy fazy żałoby kończą się po około roku. Tradycyjna pobożność wyznacza im kres po roku i 6 tygodniach od śmierci. Dzięki żałobie chronimy się przed życiową zapaścią, którą byłoby można nazwać chorobą żałobną. Jej najoczywistsze symptomy zostały opisane wyżej. Niemniej w ich poczet trzeba jeszcze zaliczyć narcystyczny sposób opłakiwania własnego nieszczęścia, którym zwraca się uwagę na siebie i swoje nieszczęście, oraz ciągłe powracanie do tych samych oskarżeń. Czasem kierowanych pod adresem zmarłego, a najczęściej samego siebie.

Tak przeżywana żałoba zubaża psychikę i uniemożliwia przewartościowanie życia. Najlepsze elementy psychiki i życia zostają rytualnie, więc nieświadomie,  pogrzebane wraz ze zmarłym. Z kolei dobrze przeżyta żałoba otwiera nowe możliwości, które zarówno drzemią w nas, jak też czekają na nas w kolejnych etapach życia. Wniosek zatem jest następujący: wypierając emocje we wstępnej fazie żałoby na resztę życia wybieramy rolę żałobnika, natomiast dzięki świadomemu przeżyciu żałoby po jakimś czasie odkrywamy do tej pory zasłonięte bogactwa własnej duszy. Pomimo tego, że żałoba jest emocją negatywną i traumatyczną, w człowieku, który stara się świadomie żyć i doświadczać samego siebie, działa niczym przewodnik w ciemnościach. Można jej zaufać, ponieważ po jakimś czasie stawia na drodze pełnej światła i nadziei.

Kobieca mądrość

Erich Neumann, w dziele pt: Wiel­ka Matka,napisał: „Mądra kobieta różni się od mą­drego mężczyzny tym, że jej mądrość zawsze jest związana z ziemską podstawą rzeczywistości”. Poza tym obrazem Mądrej Kobiety jest karmiąca matka. Z jej piersi płynie źródło mądrości, „mądrość uczucia i głębi karmiącego ducha”. Neumann opisuje Mądrą Kobietę jako ducho­wą siłę, kochającą i ratującą. Z kolei Jacob Grimm znany jest ze słów: Mężczyźni zasługują na ubóstwienie przez swe czyny, kobiety przez swoją mądrość”, które znalazły się  w jego Niemieckiej mitologii.

Kobiety często posiadają mądrość, której brakuje mężczy­znom, ponieważ znają związki i prawa rządzące przyrodą. Już przez sam fakt większej bliskości z ziemią i materią, przez biologiczny rytm księżycowy mają wgląd w tajemnice przy­rody, których mężczyźni muszą się uczyć. To w mężczyznach budzi lęk, więc zabarykadowują się na pozycjach racjonalności i odrzucają instynkt oraz mądrość, której źródłem jest życie i przyro­da. Z takich nieporozumień, uprzedzeń i lęków wzięły się prześla­dowania czarownic.

Kobiety lepiej odbierają obrazy oraz widzą je w sennych oraz intuicyjnych przekazach. Mają jaśniejszy obraz rzeczy niż mężczyźni. Są dobrymi lekarkami i terapeutkami, powszechniej zajmują się medycyną naturalną, zielarstwem i naturoterapią. W tradycji ludowej Kobiety często były uzdrowicielkami, przekazującymi swoją wiedzę z pokolenia na pokolenie. Chodzono też do Kobiet, które jako wróżbitki po­siadały wiedzę tajemną. Najprawdopodobniej zdolności Kobiet do jasnowidzenia wynikają z bliższego kontaktu z  tym, co nieświadome.

Mądre Kobiety mają subtelne wyczucie mądrości przyrody, ponieważ żyją w zgodzie z naturą. W wielu teologiach, duchowościach i religiach spotykamy się prze­cież z macierzyńskim aspektem Boga, co ostatnimi czasy z powodzeniem wykorzystują również psychoterapeuci. Mądre, starsze kobiety są bliskie temu macierzyńskiemu Źródłu. Instynktownie wyczuwają Jego obecność, rozumieją Jego miłosierdzie. Słusznie upominają się o Jego czułość, na przykład ustami laureatki literackiego Nobla, Olgi Tokarczuk.

Takie Kobiety tworzą i rozwijają rytuały, w których mogą świętować ko­biecość. Mają też wiedzę o leczącej sile przyrody. Potrafią pokazać innym kobietom, co dobrze na nie działa, jak mogą się wyleczyć z życiowych ran. Kobiety mają inną wiedzę niż mężczyźni. Nie jest to wiedza, która zo­stała zdobyta na drodze walki, lecz pochodząca z głę­bokiego związku z wszystkim, co jest. Mądre Kobiety wiedzą o rodzeniu się i umieraniu, o stawaniu się i przemi­janiu. Z własnego doświadczenia znają tajemnice ludzkiego życia.

Współcześnie nie jesteśmy w stanie odtworzyć tradycji archaicznych ludów, mimo wszystko byłoby dobrze odkrywać mądrość, która tkwi w tych tradycjach. Zwłaszcza dla Kobiet jest ważne, aby szano­wały i rozwijały wiedzę i odkrywały zdrowe poczucie własnej wartości. Kobiety wiedzą coś, czego nie znają i nie rozumieją mężczyźni, dlatego ze swoją wiedzą nie powinny wy­stępować w opozycji do męskiej wiedzy i konkurować z nią. Męska wiedza często rozwija się w kierunku rozległości. Mężczyźni wiedzą dużo i potrafią o tym rozmawiać. Przechwalają się swoim poznaniem świata. Tymczasem wiedza Kobiet rozwija się w głąb, do wewnątrz. O tej mądrości często nie da się tak po prostu rozmawiać. Ją się wyczuwa. Nią się żyje. W jej ogniu płonie fałsz, niczym kartka papieru.

Kobiety powinny ufać swojej mądrości.  Zwłaszcza współcześnie, gdy na skutek pandemii boleśnie przekonujemy się o tym, że prawdziwy egzamin powołania oblewają duchowi przewodnicy i lekarze, oczywiście poza postaciami wyjątkowymi, znanymi z nazwiska. Nie łudźmy się, że system edukacji, zdrowia oraz tradycyjne instytucje religijne przetrwają kryzys, który rozpoczął się w ubiegłym roku, a trwał będzie przynajmniej dekadę, jeśli nie dwie. Nie pytajmy, czy, ale kiedy upadnie autorytet księdza, lekarza, a najpóźniej nauczyciela do tego stopnia, że powstanie cywilizacyjna pustka, którą wypełni… oczywiście Kobieca Mądrość!

W każdej rodzinie, wspólnocie, grupie interesów i przekonań będzie przynajmniej jedna Mądra Kobieta, Wiedźma co się zowie, której powołaniem będzie terapeutyczne działanie, zanim choroby rozwiną się do stadiów, zagrażających życiu, asystowanie przy narodzinach i umieraniu, wychowywanie, duchowe doradztwo. Zapewne pomiędzy nimi będzie też część Mężczyzn, ale tylko takich, którzy będą czerpać nie z męskiej wiedzy, ale z Kobiecej Mądrości.

Mądre Kobiety można spotkać już teraz wśród Dziewcząt i młodych Matek. Rodzą się coraz częściej z niezwykłą siłą opierania się rodzicom, którzy chcą wychowywać je w kulcie nowożytnej racjonalności. Przeciwstawiają się nauczycielom i duchowym przewodnikom. Czerpią ze Źródła, które odnalazły w sobie.  Bardzo często do wewnętrznej mądrości i jasności widzenia wcale nie muszą dochodzić przez własne doświadczenia, ponieważ zachowały duchową tożsamość sprzed narodzin.

Każda Kobieta ma w sobie potencjał, dzięki któremu może stać się mądrą. Jednak, gdy Kobiety zbyt jednostronnie ukierunkowują się na dążenie do sukcesu i perfekcji, wtedy przestają rozumieć swoje instynkty oraz ufać intuicji. W ten sposób tracą kontakt z Mądrą Kobietą w sobie, której zadaniem jest doprowadzenie każdej Pani do jej kobiecych korzeni i nauczenie, w jaki sposób może świętować swoje kobiece życie.   

Żal

Żal i żałoba są rodzeństwem, co unaocznia semantyka. Obie emocje mają też podobną genezę i cel, chociaż żałoba jest ewidentnie dedykowana konkretnemu doświadczeniu pożegnania bliskiej osoby, która weszła w śmierć. Dlatego żałobie poświęcimy osobny tekst, a w tym zajmijmy się samym żalem, który poza tym, że semantycznie spokrewniony jest z żałobą, emocjonalnie posiada także inne związki rodzinne. Oczywiste jest pokrewieństwo żalu i smutku. Zaczniemy zatem od przyjrzenia się różnicom pomiędzy nimi, aby móc zrozumieć istotę i pozytywny aspekt żalu.

Smutek jest emocją zimną, pojawiającą się w płucach. Jeśli nie jest przeżyty i wykorzystany do zmian, które mają sprowadzić w życie radość, bardzo szybko staje się przyczyną ich chorób. Zrozumieć i wytłumaczyć można to niezwykle prosto. Ludzie smutni nie prostują się, z ramion i barków tworząc parasol ochronny nad sercem, które jest słabe z braku radości. Chowają klatkę piersiową zamiast wysuwać ją do przodu. Tym samym nie oddychają tzw. pełnymi piersiami. Mają ciasną pierś. To między innymi tłumaczy, dlaczego ludzie osamotnieni albo starzy, mieszkający w domach opieki, chorzy, w trakcie rodzinnego albo zawodowego kryzysu, ciężej przechodzą choroby płuc, w tym wywołane wirusami. Smutek wywołuje żal i strach, skutkiem czego emocjonalny chłód szybko wyniszcza nerki. Dlatego poważne choroby nerek i spowodowane nimi zgony należy łączyć także z płucami i w nich szukać praprzyczyny.

Tak czy inaczej smutek i radość mieszkają w tej samej klatce piersiowej. Smutek wychładza i ciągnie energię życiową z płuc ku nerkom, radość ogrzewa i ciągnie ją z serca ku głowie, aby przez pokój, czyli odpuszczenie i odpoczniecie, wzmóc zdolności poznawcze i twórcze.

A co żalem? W przeciwieństwie do smutku żal nie pojawia się w płucach, ale w sercu, jest więc cieplejszy. Codzienny język utrwalił to odczucie w postaci powiedzenia: Serce pęka mi z żalu. Żal nie wychładza organizmu i duszy, ale na krótko podgrzewa. Smutek unieruchamia. Przeciwnie żal, który generuje energię negacji, sprzeciwu, walki, działania, przeciwstawienia się. Smutek oznacza, że człowiek się usuwa, wycofuje z konfrontacji. Dlatego smutek jest emocją zgody. Żal tymczasem jest emocją niezgody. Jest krótkotrwałym spięciem, tarciem z faktami. A tarcie generuje energię, którą człowiek świadomy emocji wykorzystuje do życiowych zmian.

Warto zwrócić uwagę, że żal użyczył swego rdzenia nazwie bardzo przydatnemu urządzeniu, najczęściej montowanemu w oknach, czyli żaluzji. Na pewno nie przypadkiem. Żaluzja zasłania, tworzy przegrodę pomiędzy wewnętrznym a zewnętrznym. Odgradza od słońca i wścibskich oczu. Chroni przed złodziejami. Gwarantuje intymność. Na pewno częściej chroni wewnętrzne przed zewnętrznym aniżeli odwrotnie. 

Wydaje się, że emocja żalu służy mniej więcej temu samemu, co żaluzja. Ponieważ zewnętrzny świat ze swoimi nieprzejednanymi wyrokami, zaskakującymi wydarzeniami i nieprzyjemnymi konsekwencjami wdziera się w nasze wnętrza, rozdziera serca, nie liczy z intymnością psychicznych procesów, więc żalem tworzymy zasłonę przed intruzem, zaporę przed niechcianą energią, rodzaj twierdzy, w której czujemy się bezpiecznie. Na początku żal przeciwdziała wtargnięciu zewnętrznego świata, więc działa niczym tarcza albo mur.

To jest ten moment krótkiego starcia, w wyniku którego pojawia się ciepło. Trzemy się wówczas z faktami, odmawiając im prawa do ingerowania w poukładany, wewnętrzny świat psychiki. Jest bardzo potrzebny, ale nie może trwać w nieskończoność. Przeciągnięty oznacza ostateczną klęskę. Zewnętrzne siły, napierającego życia i świata, są zawsze silniejsze. Dojrzały i mądry człowiek, rozwinięty duchowo, sprawnie zarządzający życiową energią, wykorzysta moment tarcia na negocjacje i zawarcie przymierza z przeciwnikiem. Nie będzie walczył aż do klęski i śmierci, ale zaproponuje warunki rozejmu, czyli nowego porządku i życiowego ładu.

W taki sposób żal staje się energią nowego początku, w tworzenie którego zaangażowane są połączone siły wewnętrznej psychiki z zewnętrznymi warunkami życia. Człowiek staje się silniejszy, sprawniejszy, jeszcze mądrzejszy. Potrafi wykorzystywać warunki, w których żyje, do osiągania swoich celów. W żalu wylizuje rany, aby ruszyć w dalszą drogę.

Mam nadzieję, że jeśli ktoś nie wiedział do tej pory, czemu ma służyć żal za grzech, od teraz już pojmuje, iż prawdziwa duchowość jest bez niego niemożliwa. Zgoła innym problemem jest to, jak traktuje żal zrytualizowana pobożność. Jednak mądremu nie powinno to przesłaniać oczywistego, duchowego dobra, którym jest właściwie przeżyty żal.

Bóg ONI

Co w religii denerwuje nas najbardziej? Oczywiście nie idea, wyobrażenie czy doświadczenie Boga (niech każdy sam wybierze najbardziej odpowiadające mu pojęcie), ale to, że podobno istnieją jacyś bogowie, mówiący nam, jak mamy żyć, ustami innych ludzi, którzy podobno są specjalistami.

No więc, cóż to byłby za wielce potężny i wszechmogący bóg, który nie potrafiłby zwrócić się do mnie bezpośrednio? Otóż to. Nie ma takiego boga nad ziemią, na ziemi ani pod ziemią. Jest pomysłem ludzi, którzy chcą rządzić, ingerować, wykorzystywać, kontrolować energię innych. Wymyślili boga, któremu nadali imię ONI. Wypowiadają się w imieniu czegoś, co jest kłamstwem, iluzją, odwróceniem stron, stworzyli więc demoniczny obraz boga.

Bóg prawdziwy, Źródło życia, światła i miłości, ma na imię JESTEM, znane ludziom od zarania, niestety bardzo niepopularne.

JESTEM nie interesuje się cudzym życiem, ponieważ JESTEM interesuje się moim życiem.

ONI interesuje się życiem wszystkich, ponieważ ONI nie interesuje się moim  życiem.

ONI udaje boga do momentu, w którym człowiek odkrywa JESTEM. Począwszy od tego doświadczenia, ONI przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Czy naprawdę trzeba mieć 200 punktów IQ, żeby pojąć różnicę? Raczej nie, więc skąd to się bierze, że potencjalni wyznawcy JESTEM wciąż próbują zadowolić i czczą ONI? Zamiast całe życie, swoje nerki, serce i rozum oddać w służbę JESTEM, biorą pod uwagę, co ONI powie? No bo przecież ONI przygląda się, ocenia, może nie być zadowolony, może potępić, odrzucić, wykluczyć, nie dać nam tego, na co mamy ochotę.

Jeśli prawdziwy Bóg to JESTEM, a ONI jest demonicznym odwróceniem, czy ONI naprawdę ma oczy? Czy może zobaczyć to samo, co widzi JESTEM? Czy może zbadać nerki, zobaczyć serce, uporządkować rozum?

Czy można służyć dwóm Bogom jednocześnie?

Czy można czcić JESTEM, póki ONI są ważni dla ludzkiego EGO?

ONI wciąż pokazuje nam wszystko, co jest dobre do jedzenia, miłe dla oczu i godne pożądania dla zdobycia mądrości. EGO aż piszczy z radości.

JESTEM cierpliwie pyta: Gdzie jesteś? Czy jesteś? Czy jesteś tym, kim jesteś? Czy nie oddałeś się w niewolę dla przyjemności EGO?

JESTEM jest prawdą, jest czystym, transparentnym źródłem życia, światła i miłości. JESTEM poznać po tym, że eksploduje radością i szczęściem.

ONI jest krótkotrwałą słodyczą, która obraca się w gorycz. ONI uzależnia do wciąż nowych porcji cukru, bez którego życie wydaje się mało smaczne. Ostatecznie sprawdza smutek i nieszczęście, brak zadowolenia i spełnienia.

Gdy człowiek służy ONI, wtedy JESTEM przestaje być ważne, bo przeszkadza w zdobywaniu wszystkiego, co EGO uznało za ważne, potrzebne, godne pożądania. To jest ten moment, gdy ONI zaczyna oceniać postępowanie innych.

Bo ONI jest specjalistą od sądu. W tym nikt nie pozbawi ONI palmy pierwszeństwa. ONI dobrze wie, co jest dobre, a co złe; co człowiekowi wolno, a czego nie wolno; czym można zasłużyć sobie na pochwałę i nagrodę, a czym na zganienie i karę. Żeby ukryć niesmak, zawiedzenie, gorycz, smutek i nieszczęście ONI staje się specjalistą od życia wszystkich, tylko nie mojego życia. 

Natomiast JESTEM jest ciche, skromne, proste i nieskomplikowane w kochaniu. Nie krzyczy, nie ocenia, nie potępia. Kochające JESTEM jest specjalistą od podawanie ręki i dobrych słów, czyli zbawiania. Ono jest zadowolone i szczęśliwe, więc jest specjalistą od mojego życia i nie ma potrzeby ingerowania w życie wszystkich.

Więc co w religii denerwuje nas najbardziej? Czy Bóg rzeczywiście? JESTEM nie może denerwować. JESTEM jest radością i szczęściem. JESTEM napełnia światłem, życiem i miłością.

Nie dajmy się zwieść!

Bądźmy czcicielami JESTEM, bo wówczas ONI okaże się kłamstwem i złym snem. Nikt nie będzie nikogo oceniał, sądził, potępiał i więził. Nikt nie będzie cierpiał z braku wiary w siebie i bezsilności. Lęki i kompleksy nikomu nie zamurują drzwi, prowadzących do życia, radości i szczęścia.

Nie pytajmy, co powie ONI?

Czcijmy ciche JESTEM.

Złość

W przeciwieństwie do gniewu, służącemu do regulowania dystansu między nami i dbania o relację, złość jako typowa emocja nie jest reakcją kontrolowaną. W złości krew napływa do rąk, aby łatwiej było atakować, brać, chwytać za broń albo wrogowi wymierzać cios. W złości wzmaga się też rytm uderzeń serca i wydzielanie adrenaliny, co powoduje nagły przepływ energii, potrzebnej do podjęcia dynamicznego działania. Z kolei ludzie, unikający konfliktów za wszelką cenę, miewają obniżone ciśnienie krwi oraz zimne dłonie. Cielesne objawy uświadamiają nam, że złość jest energią typowo męską, co zresztą potwierdzają synonimy słowa złość, czyli: pasja, rozjuszenie, rozjątrzenie, rozsierdzenie, szał, wściekłość, wrzenie, irytacja.

Sugeruję wszystkim, którzy mają problem z odróżnieniem gniewu od złości, aby dostrzegli, że gniew jest bardziej wysublimowany, złość natomiast atawistyczna. Gniew służy inteligencji emocjonalnej do pielęgnowania dobrego samopoczucia i miłosnych relacji. Złość jest eksplozją zwierzęcych zachowań. Gniew wyraża się oczywiście na zewnątrz, jednak pochodzi z wnętrza, z odczucia. Z kolei złość, jako energia czysto biologiczna, wpierw pojawia się na zewnątrz, mimo wszystko odpowiednio nie wyrażona i przepracowana sieje spustoszenie we wnętrzu.

Istotę złości jeszcze lepiej ujawnia motyw, którym kierują się tzw. złośnicy. Wykorzystują ją mianowicie do zachowań nieracjonalnych, egoistycznych, zachowawczych. Złością odmawiają zgody i współpracy. Często sprzeciwiają się, aby postawić na swoim i móc manipulować. W ten sposób uciekają przed odpowiedzialnością. Ten typ złośników jest częsty zwłaszcza wśród mężczyzn, którym w dzieciństwie nie było wolno wyrażać sprzeciwu wobec matek albo przeżyli, ponieważ zachowywali się cichutko, jak przysłowiowa mysz pod miotłą, na przykład podczas okupacji. Ponieważ nie nauczyli się korzystać z męskiej siły, więc pozostała im strategia manipulacji, do której najłatwiej wykorzystać złość. Przecież zawsze można się obruszyć, obrazić, odwróci na pięcie i odejść, licząc na pojednawczą postawę innych. Co prawda ten rodzaj złości nie jest groźny dla zdrowia i życia, ale niezwykle uciążliwy dla psychiki. Często stosują go również matki w relacjach z dziećmi, doprowadzając je do rozstroju i autoagresji, ponieważ dzieci kompletnie nie wiedzą, jakich reakcji mogą spodziewać się po swoich mamach.

Zrozumieniu, czemu służy emocja złości, najlepiej służy wcześniej przywołana kategoria odpowiedzialności. Samo słowo wyraźnie sugeruje, że odpowiedzialność jest działalnością, która jest odpowiedzią na jakieś pytanie. Czyje pytanie? Jest nim pytanie, postawione przez szeroko rozumiane życie albo w wąskim sensie przez drugiego człowieka, domagającego się zainteresowania, uwagi i troskliwej opieki.

Odpowiedzialność po pierwsze jest zdolnością reagowania z uczuciem, wszak jest działaniem, które jest świadomą odpowiedzią na postawione pytanie albo  zawołanie. Dlatego nie jest tożsama z obowiązkiem albo zobowiązaniem. Odpowiedzialność zawsze jest spontaniczna. Niby oczywiste, prawda? Jednak nie do końca, ponieważ spontanicznie reagują ludzie wolni, odprężeni, zadowoleni, których nie zdominował strach, czyli typowa emocja, poprzedzająca złość. Spontaniczność jest rodzajem ekspresji, której dominującym rodzajem energii jest radość i szczęście.

Odpowiedzialność cechuje ludzi ożywionych, zainteresowanych życiem i otwartych na nowe doświadczenia. W stresie, wywołanym przez strach, spontaniczność jest niemożliwa, ponieważ jest funkcją czującego ciała i tym znacząco różni się od obowiązku, który jest racjonalnym zobowiązaniem, czymś w rodzaju intelektualnej konstrukcji, zawsze niezależnej od uczuć i często motywującej człowieka do działania wbrew uczuciom! Jakże łatwo przekonać się o tym po prostu uważnie obserwując ludzi. Im kto częściej odwołuje się do etycznego zobowiązanie i stara zachowywać racjonalne podstawy moralności, tym somatycznie jest twardszy, bardziej skostniały, a w późniejszym wieku cierpiący na artretyzm, często przed albo po operacji przepukliny, mówiący sztywnymi ustami, z twardymi i wchłoniętymi wargami. Wciąż trzyma się w garści, kontroluje ciało, aby nie ulec impulsowi życia, które chce być witalne, giętkie, radosne i szuka przyjemności. Co na podstawie takich symptomów można powiedzieć o człowieku? Na pewno, że cierpi, ale ponad wszelką wątpliwość także to, że jest zły.

Krokiem w stronę odpowiedzialności jest zwrócenie się ku prawdziwemu życiu, a nie ku wyimaginowanemu wyobrażeniu o doskonałym życiu. Życie trzeba poczuć, wchłonąć w siebie, dać się nim oczarować, zacząć nim cieszyć. Trzeba poczuć je całym sobą, także cieleśnie. Dopiero kontakt z własnym ciałem rozpoczyna proces odzyskiwania życia i darowania sobie prawa do zrobienia czegoś dla samego siebie, wyciągnięcia dłoni po dary życia wbrew powszechnemu przekonaniu, że za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo i śmierć. Niezdolność wyciągania dłoni po dary życia cechuje ludzi, którzy odmawiają sobie tego samego, czego w pierwszych miesiącach i latach życia nie otrzymali od matek. Ich cielesne doznania są naznaczone oddzieleniem od najważniejszej miłości, którą jest miłość matki. Jej sztywność jest sztywnością dziecka. Jej niezdolność do spontanicznego przytulenia, jest niezdolnością przytulania przez dziecko.

Jednak somatyczne zesztywnienie, brak kontaktu z własnym ciałem, odcięcie się od własnych uczuć i emocji, w każdym momencie życia można sobie uświadomić, robiąc w ten sposób krok ku samemu sobie. To krok w stronę przejęcia odpowiedzialności za własną przyszłość, aby nie musieć rozglądać się za kimś bądź czymś, co przywróciłoby żywotność i gibkość życia. Najważniejsze jednak jest to, że jednocześnie jest to krok w stronę odpowiedzialności, która nie ogranicza się do własnej osoby, lecz obejmuje każdą formę życia. Nie ma prawdziwej więzi i wspólnoty bez powrotu do samego siebie.

Energia życia wpierw musi zostać aktywowana w ciele i skierowana w stronę serca, aby mogła połączyć się z energią całości. W ten sposób zewnętrzna złość, będąca energią, której jednostka używa, aby za wszelką cenę przeżyć, zamienia się w energię całości, to znaczy partnerskiej, rodzinnej, plemiennej, czy jakiejkolwiek innej wspólnoty. W ten sposób złość transformuje z prymitywnej energii, obracającej się przeciw, w potężną energię, wspierającą wszystko i wszystkich.

Powtórzmy raz jeszcze, aby tym jaśniej zobaczyć cud moralnej transformacji, która zależy nie od przestrzegania zobowiązujących kodeksów, ale od właściwego zarządzania emocjami. Złość, wyrażona nieświadomie, jest ucieczką przed odpowiedzialnością. Jest wówczas negatywną i egoistyczną siłą, niszczącą życie. Jednak uświadomiona wyzwala ze strachu i staje się energią odpowiedzialności, wspierającej każdy przejaw życia. Dobre zachowania, ratujące, pomagające, zbawiające, nie dzieją się w złości, ale ze złości. W złości działa nieuświadomiony atawizm, ze złości świadoma odpowiedzialność.

Zapraszam do Łodzi

Rekolekcje odbędą się w piątek – 19 marca, w sobotę – 20 marca i w niedzielę – 21 marca. W piątek i sobotę rozpoczynamy o godz. 18-tej, w niedzielę początek nabożeństwa o godz. 10-tej. Będzie można uczestniczyć na miejscu, ale także on-line na kanale YouTube/LuteraniewŁodzi.