Zapraszam do Wrocławia

Słowo emocje pochodzi z łacińskiego e-movere – poruszać. Emocje są życiową energią, odczuwaną cieleśnie. Obserwując ciało możesz więc świadomie przeżywać emocje, a w konsekwencji zarządzać energią chi.

Emocje są komunikatem o stanie Twej energii i zdrowia. Gdy nauczysz się je odczuwać, nazywać, potem rozpoznawać ich działanie, a na końcu odpowiednio kształtować, staniesz się wolną i świadomą Twórczynią i Twórcą własnego życia.

Nie sądź, że racjonalnymi decyzjami zmienisz swoje życie. Rozum jest narzędziem, który musisz nauczyć się wykorzystywać w zarządzaniu energią zmian. Zdecydowana większość dobrych postanowień nigdy nie przechodzi w stan trwałej i skutecznej realizacji, ponieważ nie potrafisz ich łączyć z emocjami.

W konsekwencji, jeśli odcinasz się od emocji, nie doświadczasz życiodajnych zmian, ewentualnie kierowany/a lękiem przed zmianami jesteś poddany/a nieustannemu działaniu hormonów stresu. Skutkiem takiego –  zdesperowanego – życia w depresji są choroby. Skamieniałe serce to podwyższone tętno, ciśnienie, udar. Skamieniałe przekonania  to stwardniały kościec albo twardniejące mięśnie.

Jeśli absolutyzujesz swoją wizję życia, bojąc się zmian, usztywniasz rodzinne relacje, a w najgorszych wypadkach samą siebie, żeby usztywnić rodzinny system i w ten sposób wszystkimi manipulować. Cena, którą za to płacisz, jest tragiczna.

Zapraszam Cię na warsztaty, abyś nauczył/a się nowych przekonań. Dzięki temu zaczniesz świadomie zarządzać energią zmian. Moja metoda nie jest męcząca ani czasochłonna. Nie musisz dużo ćwiczyć ani stawać się mistrzem duchowości. Jest prosta, jak coroczna przemiana przyrody z lata w zimę i na powrót ku latu. Jeśli masz zamiar nauczyć się jej, musisz mi zaufać, że początkiem nowego życia nie są cuda wianki, ponadprzeciętne wysiłki i nadprzyrodzone zdolności.

Początkiem jest nowy sposób myślenia. Musisz po prostu zmienić swoje przekonania dotyczące życia; tego, co jest dla Ciebie dobre albo złe; wreszcie samego siebie i swojego miejsca w świecie. To oczywiście oznacza, że przejmujesz kontrolę nad swoim umysłem.

Dlatego zapamiętaj, co Ci proponuję. Oświecenie polega na tym, że dzięki nowym myślom do swej podświadomości wysyłasz świadomie zupełnie nowe impulsy, dyrektywy, zarządzenia. Większość ludzi (terapeutów niestety też) sądzi, że podświadomość należy wyczyścić różnymi metodami duchowymi albo psychicznymi, aby nie zatruwała świadomości. Nie słuchaj ich, bo nigdy nie wyjdziesz z ich gabinetów.   

Nie daj się na to złapać. Po prostu zmień przekonania! Nowymi myślami świadomie przejmij kontrolę nad podświadomością. Doświadczysz uzdrowienia i  wybawienia.

Uważasz, że to jest trudne? W pewnym sensie tak, ale tylko na początku. W istocie to jest najłatwiejsza i najszybsza metoda. Pierwszym krokiem jest zmiana przekonań. Drugim krokiem, dzięki nowym myślom, jest świadome przeżywanie emocji, dzięki czemu uczysz się zarządzać energią zmian. Trzeci krok pojawi się sam, będzie nim nowa jakość życia.

Inwestycja 230 zł.

Chętnych proszę o kontakt na numer tel. 660783510 albo na adres: mju@escobb.com.pl

Jestem akuszerką znaczeń

Gdy nie potrafię odkryć przyczyny cierpienia duszy, liczącej na pomoc, wówczas stosuję autorską metodę, która polega na tym, że pytam o sposób czytania. Odkryłem dwa typy, występujące w różnych wariantach mieszanych, zawsze z przewagą jednego, pomiędzy którymi nie ma innego. Może to wydawać się śmieszne, że po sposobie czytania diagnozuję boleści ludzkiej psychiki, jednak kto rozumie nie tylko semantyczny związek pomiędzy słowami tekstura – tkanina – tekst raczej na pewno się nie dziwi.

Jedni z nas zabierają się zatem do czytania z pomocniczym zestawem markerów, ołówków i notatników. Wciąż kreślą, notują, a jeśli nie pamiętają fragmentu, zapisanego 10 stron wcześniej, wracają do niego, bo wydaje im się, że bez połączenia tamtego z tym, przy którym się zatrzymali, lektura będzie daremna. Zachowują się jak „więzienni klawisze”, pilnujący, aby nic nie wymknęło im się spod kontroli. Czytając, posługują się energią władzy i emocjonalnie są poddani lękowi. Wyciągnijmy z tego wniosek.

Czytający w ten sposób szukają argumentów i dowodów, potwierdzających zdobytą wcześniej wiedzę. W ich mniemaniu, kto potwierdza ich przekonania, pisze mądrze i warto go czytać. Można przypuszczać, co myślą o autorach, którzy zaskakują ich czymś, czego nie znajdują w swoim skarbcu mądrości. Ich czytanie jest pilnowaniem wiedzy, którą uznali za mądrość. Tę jednak zdobyli zanim do ręki wzięli kolejny tekst, więc ostatecznie jest podtrzymywaniem życiowego bądź naukowego paradygmatu, który ukształtował się w przeszłości. Czytają tak, aby nowy tekst nie zburzył im poglądów i przekonań. Pilnują go, ponieważ boją się zachwytu, zadziwienia, oczarowania, pocałunku Mądrości, który Miłość mogłaby złożyć na ich sercu. „Klawisze” czytają głową. 

Przeciwieństwem „klawiszy” są „miłośnicy”, czyli ci spośród nas, którzy nie boją się „małej śmierci”. Biorą tekst do ręki i wychodzą z nim w jakąś drogę, której cel, jak w wypadku spaceru albo zakochania, nie jest im znany. Dochodzą do miejsca, w którym ulegają zachwyceniu, zadziwieniu i oczarowaniu, aby kontemplować piękno. Są urzeczeni, jakby Kochanka zaprosiła ich do alkowy, a potem połączyli się z nią w miłosnym spleceniu, zakończonym „małą śmiercią, w której ludzkie ego ginie na kilka chwil, aby w rozkoszy doświadczyć jedności ze wszystkim. Jednak po takim metafizycznym doświadczeniu, które staje się udziałem kochanków w fizycznym wymiarze egzystencji, nie ma powrotu do bycia sobą sprzed spotkania. Wszystko uległo zmianie. Dzięki temu, że wydarzyło się cudowne TERAZ, nie sposób znaleźć ścieżki do przeszłości. Życie jakby wymknęło się spod kontroli, więc poglądy, przekonania i paradygmaty ulegają nagłej zmianie. Czytający w taki sposób, posługują się energią wiary i emocjonalnie są poddani miłości. Nie potrzebują markerów i notatników. Kończą lekturę, czując pocałunek Mądrości, złożony na sercu przez Miłość.

„Miłośnicy” bywają zdrowsi i szczęśliwsi od „klawiszów”, niemniej obie skrajne postawy są dla mnie sygnałem, po której stronie mam szukać przyczyn psychicznych i cielesnych problemów. Pierwsi miewają problem ze zrozumieniem, strukturą i logiką tekstu, więc też codziennego życia i relacji. Drudzy odwrotnie, skoro nie potrafią przestać kontrolować tekstu, więc w codziennym życiu boją się lekkości, zaufania i miłości. Wszystko chcą mieć pod kontrolą. Oni żyją tylko przeszłością i swoją wiedzą. „Miłośnicy” najczęściej pozostają marzycielami i nie skupiają się na gromadzeniu wiedzy, niezbędnej do życiowych zmian.

Opisałem terapeutyczną metodę, którą wymyśliłem jako biblista. Również z tego samego powodu, to znaczy z miłości do biblijnych tekstów, ją przedstawiłem, aby wyrazić swoje zdanie na temat ich interpretacji przez teologów. Ludzie niewypowiedzianie cierpią, a teolodzy im nie pomagają ani w sferze psychicznej, ani cielesnej, ponieważ zapomnieli o podstawowym celu swojej pracy. Biblijne teksty nie powstały przecież dla sławy i chwały kościelnych urzędników ani profesjonalnych egzegetów, ale dla ludzkiego zbawienia, to znaczy dla szczęścia, zdrowia i pomyślności, których mamy prawo oczekiwać w ziemskiej codzienności. Jeśli to się nie dzieje i dlatego w sferze zdrowia musimy liczyć na pomoc lekarzy i psychoterapeutów, to znaczy, że lektura oraz interpretacja Biblii w wykonaniu  teologów mija się z celem. Chyba, że jest nim kariera zawodowa, ale o tym „sza”.

Jestem przekonany, że najważniejszym kryterium prawdziwości i skuteczności interpretacji biblijnych tekstów jest jakość życia osób, które wykonują tę pracę. Oczywiście nie sugeruję kryteriów zewnętrznych, po których należałoby oceniać zdrowie, szczęście i pomyślność teologów, ale wewnętrzne przekonanie każdego z nich. Nie ma takiej możliwości, żeby dusza nie wiedziała, czy interpretacja Biblii przynosi jej błogosławione skutki, czy nie. Wolność od ziemskich struktur i wszystkich wiązań z przeszłością, jeśli wynikają z lęku i niepewności, uwiarygodnia dobrą interpretację.

Zmierzam do tego, że we współczesnej biblistyce dominują te same tendencje i metody, które opisałem wyżej. Jedna skupia się na strukturze, języku, historii tekstu, itp. przejawach władzy nad tekstem. Zresztą swą nazwę zawdzięcza krytyce. Jest działaniem typowo męskiej energii logicznego wyjaśniania struktury i rozumienia tekstu. Po drugiej stronie przejawia się metoda znaczeniowo płodna, ale nie ukierunkowana na rozwiązywanie konkretnych problemów. Ze swej natury jest działaniem energii żeńskiej, marzycielskiej i rozkochanej w tekście, jednak terapeutycznie mało skutecznej.

Skoro cierpiących, proszących mnie o pomoc, pytam, w jaki sposób czytają, niech nikogo nie dziwi, że wypracowałem i wciąż udoskonalam własny sposób na lekturę oraz interpretację tekstów w ogóle, a biblijnych w szczególe. Nie stosuję metod, o których wiem, że nie pomagają, a często wręcz szkodzą. Dla przykładu, jak mógłbym pomóc komuś, którego życiowe problemy wynikają z potrzeby kontrolowania i lęku przed przyszłością, interpretując mu biblijne teksty z pomocą metody, która powtarza ten sam wzorzec duchowy (energetyczny)? W moim przekonaniu to wystarczająco tłumaczy terapeutyczną nieskuteczność współczesnej teologii i zdecydowanej większości kościelnych mówców.

Od tego miejsca piszę wyłącznie o sobie.

Tytułowa akuszerka znaczeń sugeruje moją metodę. Pytany o to, kim jestem, właśnie tak się przedstawiam. Niech nikogo nie dziwi rodzaj żeński, bo jest celowy. Oba słowa, tworzące ów tytuł, są uzasadnione jedynie w tej formie gramatycznej.

Akuszerka  jest kobietą. To nowoczesny pomysł, aby akuszerami byli mężczyźni i dlatego o wielu porodach większość z rodzących chciałaby szybko zapomnieć. Żeby stać się akuszerką najpierw trzeba urodzić i tym samym stanąć na granicy śmierci i życia, bólu i błogości, płaczu i łez. Akuszerka symbolizuje boską energię, z której jest wszystko, co istnieje. To żeńska zasada, łono Stworzyciela, bezgraniczna Miłość, uniwersalne pole Świadomości, z którego wyłaniają się wciąż nowe przejawy życia, a także możliwości i potencjalne rozwiązania każdego problemu.

Jednak twórczy strumień życia musi być ukierunkowany, aby na powierzchni dziejów i w konkretnym ludzkim doświadczeniu mogło pojawić się najlepsze rozwiązanie, którego historycznym uosobieniem jest mężczyzna, Jezus z Galilei, a symbolem Chrystus. To działanie, nadające nieskończonej energii tworzenia konkretny kształt, czyli najlepsze z możliwych rozwiązanie danego doświadczenia, jest z kolei przejawem energii aktywnej, a więc męskiej. Dopiero połączenie pierwiastka żeńskiego z męskim zapewnia skuteczność. A jeśli tak działa Źródło życia, światła i miłości, więc podobnie musi działać człowiek w strumieniu życia, które płynie ze Źródła.

Nie byłby Jezus skutecznym terapeutą i zbawicielem, gdyby jako mężczyzna nie miał ziemskiej Mamy i duchowej Rodzicielki, czyli Ducha. Z jedności ziemskiej energii tworzenia (macierzy) i boskiego łona Rodzicielki w ludzkich dziejach pojawia się konkretny Logos, który ma znaczenie dla człowieka z konkretnymi problemami. Jednak w uniwersalnym polu Świadomości jest nieskończenie wiele znaczeń i dopiero wybór odpowiedniego gwarantuje poprawę losu, czyli zdrowie, szczęście i pomyślność.

Terapeutycznym działaniem akuszerki znaczeń jest więc takie opowiadanie oraz interpretacja biblijnych tekstów, żeby w uniwersalnym Logosie (polu Świadomości) każdy człowiek odnalazł najodpowiedniejsze dla siebie znaczenie, dzięki któremu doświadczy zdrowia i szczęścia. W tej pracy potrzebne jest współdziałanie energii żeńskiej i męskiej. Z nieprzebranego skarbca znaczeń pojawia się bowiem to najwłaściwsze, gdy aktywna, męska energia interpretacji oraz zrozumienia umożliwia działanie biblijnemu słowu w jego konkretnym, historycznym i literackim kształcie. Jednak terapeutyczne znaczenie musi odpowiadać problemowi, leczyć chorobę i ratować z cierpienia, więc nie może być ograniczone wiedzą z przeszłości, żadnym oczekiwaniem, poglądem i przekonaniem, założonym przez interpretację.

Akuszerka znaczeń to połączenie zasady żeńskiej z męską. Jej uosobieniem dawniej byli szamani i wędrowni gawędziarze, umiejący swoimi opowiadaniami leczyć ludzkie dusze. Kiedyś najczęściej mężczyźni, chociaż niekoniecznie, mający niezakłócone niczym połączenie z Duchem. Podobnie działał Jezus i przygotowani przez Niego apostołowie, czyli posłańcy dobrej wiadomości. Współczesny świat zapewne obędzie się bez wędrownych apostołów, ale już bez akuszerek znaczeń na pewno nie.

Uczmy się tak czytać Biblię i ją interpretować, aby z literackiego materiału wyłaniały się duchowe znaczenia, leczące i pocieszające. Z macierzystego pola uniwersalnej Świadomości dzięki pracy akuszerki znaczeń w ludzkiej świadomości mają pojawiać się znaczenia, których potrzebuje ludzka psychika, czyli najlepsze rozwiązania życiowych problemów. W ten sposób z potencjalnie nieskończonej puli rozwiązań możemy wybrać najlepsze, którym swoje życie tworzymy na nowo, wbrew temu, co determinują wzorce, poglądy i przekonania z przeszłości.

Byłoby dobrze, gdybyśmy wszyscy w ten sam sposób czytali każdy tekst, jaki wpada nam pod rękę. Niech nowe znaczenia unoszą nas na wodzie świadomości, niczym łódź Noego. Zwłaszcza współcześnie, gdy świadomość ogółu ulega radykalnej polaryzacji, naszym jedynym ratunkiem są nowe znaczenia, pojawiające się w świadomości z odwiecznego Logosu, w którym wszystko zostało stworzone. My musimy tylko wybrać najlepsze dla nas znaczenie, czyli manifestację życia.

Skuteczna modlitwa

Święta Bożego Narodzenia kojarzą się z domem, rodziną, pięknem, ciepłem i bezpieczeństwem. Ludziom religijnym jeszcze z nabożeństwem, liturgią, śpiewem i modlitwą.

Pod względem emocjonalnym to prawdopodobnie najbardziej pozytywne święta. Wielkanoc poprzedzona jest śmiercią, a Zesłanie Ducha Świętego lękiem i niezrozumieniem, tymczasem przed Bożym Narodzeniem wszyscy czekają na dziecko. Przedświąteczne, a potem świąteczne serce otulone jest dobrymi emocjami. Dokładnie tak samo powinno być z modlitwą, dlatego przed wigilią zdecydowałem się napisać jeszcze kilka słów o świątecznej modlitwie, czyli takiej, która odpowiadałaby duchowości Świąt Bożego Narodzenia.

Wigilijny wieczór upamiętnia narodziny Nowego Człowieka, którego życie jest wolne i prawdziwe, więc składamy sobie życzenia nowego początku, aby i nasze życie stało się wolne i prawdziwe. Nie chcemy żyć tylko pamięcią przeszłości i nadzieją przyszłości. Teraz chcemy uczestniczyć w nowym i prawdziwym życiu, więc świątecznym życzeniom towarzyszą podobne modlitwy.

Tymczasem mijają kolejne święta i kolejne lata, a w życiu większości z nas nie dzieje się nic specjalnie nowego ani prawdziwego. Wydaje się, że święta są zbiorowym mirażem albo próbą czarowania rzeczywistości, która i tak aktualizuje się własnym rytmem według niezależnej od nas matrycy. Gdyby to była prawda, byłby to obezwładniający i demoralizujący determinizm. Nie po to wierzymy, abyśmy żyli tylko pamięcią o narodzinach Jezusa albo tym bardziej jedynie nadzieją na poprawę losu w jakimś nieokreślonym czasie.

Święta Bożego Narodzenia naprawdę mogą być nowym początkiem pod warunkiem, że nauczymy się twórczej modlitwy, jaką praktykował Mistrz z Galilei. Jego modlitwa nie opierała się na słowach, przed którymi wręcz przestrzegał: „A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją.Ale ty,gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; albowiem oni mniemają, że dla swej wielomówności będą wysłuchani.Nie bądźcie do nich podobni, gdyż wie Bóg, Ojciec wasz, czego potrzebujecie, przedtem zanim go poprosicie” (Mt 6,5-8). Komora jest wnętrzem, w którym nie musimy myśleć, co jest nam potrzebne. Jest ukrytym miejscem, w którym czujemy się  obdarowani.

Skuteczna modlitwa nie jest apelem, ani prośbą, ale emocjonalnym skutkiem wiary, która jest gwarancją tego, czego się spodziewamy i dowodem istnienia rzeczy, których nie widzimy (zob. Hbr 11,1). Twórczą modlitwą nie komunikujemy, ale odczuwamy wdzięczność za to, co otrzymaliśmy, chociaż zmysłami tego nie dostrzegamy. Dlatego o modlitwie można mówić, że jest szkołą wiary, jednak nie w tradycyjnie kościelnym pojmowaniu, jako łańcuch przyczynowo-skutkowy: prośba – Boże działanie – widoczny skutek.

Modlitwa nie jest wpływaniem na Boga, ale odczuwaniem skutków Jego działania. W tym sensie byłoby dobrze, żebyśmy zaczęli praktykować modlitwę nie jako komunikowanie, ale odczuwanie. Co oznacza, że teraźniejszy stan naszych emocji decyduje o jakości naszej przyszłości. Często modlimy się o dobro i poprawę losu, odczuwając lęk, wstyd, winę, apatię, bezsilność i podobne im emocje. W ukrytej komorze jesteśmy wtedy połączeni z Ojcem, czyli z polem Świadomości i Źródłem wszystkiego, negatywnymi emocjami. W konsekwencji czym działamy na to pole, tym ono nam odpłaca.

Wielu znajomych i czytelników mojej ostatniej książki dziwi się, że poświęciłem ją emocjom. Pytają, dlaczego nie napisałem książki teologicznej albo poświęconej duchowości. Wbrew pozorom jest teologiczna i dotyczy duchowości, tyle tylko, że w innym rozumieniu. Słowa, na które warto w niej zwrócić uwagę, znajdują się na s. 21: „Niestety najpewniej nie zostałeś nauczony, żeby modlić się emocjami. Modlitwę kojarzysz ze Słowami? No cóż, jak większość z nas. Tymczasem modlitwie nie są ważne słowa, ale odczucia. Modląc się, otulaj się emocjami. Nie czuj się, jakbyś został wysłuchany, (…). Po prostu poczuj tę zmianę w sobie i w życiu. Emocjonalnie bądź już szczęśliwy, zdrowy i obdarowany. Bądź absolutnie pewien, jednak nie tego, że zostaniesz wysłuchany, ale tego, że to już się wydarzyło, Ty zaś odczuwasz błogą i radosną wdzięczność”. Jednym ze skutków tych słów jest ostatnia część ksiązki, poświęcona właśnie wdzięczności, w której napisałem: „Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawcą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia. Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się i czeka na manifestację” (zob. s. 240).

W książce nie połączyłem emocji z modlitwą, więc nie zaproponowałem nowej definicji modlitwy, do której pragnę Was przekonać przy okazji Świąt Bożego Narodzenia.  W ewangelii Jana znajdują się słowa Jezusa: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Wy płakać i narzekać będziecie, a świat się będzie weselił; wy smutni będziecie, ale smutek wasz w radość się zamieni.Kobieta, gdy rodzi, smuci się, bo nadeszła jej godzina; lecz gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta o udręce gwoli radości, że się człowiek na świat urodził. I wy teraz się smucicie, lecz znowu ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej.A w owym dniu o nic mnie pytać nie będziecie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek, byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam.Dotąd o nic nie prosiliście w imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna”(J 16,20-24). Warto zauważyć, że wypowiedź o modlitwie Jezus osadził w kontekście fizycznych odczuć i emocji. Jednak najważniejsza część przesłania Jezusa wciąż wydaje się być niejasna i zakryta. Dopiero porównanie tekstu, którym posłużyli się tłumacze, ze starożytnymi manuskryptami, odkrywanymi przez archeologów, uświadamia nam, z jak wielką dowolnością traktowano słowa Mistrza z Galilei. Próby uproszczenia przekazu i skrócenia tekstu (pomińmy w tej chwili pobudki) sprawiły, że straciliśmy głębię Jego nauk i nie potrafimy się modlić. Prawdopodobna, aramejska wypowiedź Jezusa mogłaby zatem w tłumaczeniu brzmieć również następująco: „Wszystko, o co poprosicie wprost, z głębi mojego imienia, będzie wam dane. Do tej pory tego nie czyniliście. Proście bez ukrytych pobudek i niech otacza was odpowiedź wasza. Okryjcie się tym, czego pragniecie, aby radość wasza była pełna”.

Te słowa uświadamiają nam (a może przypominają?), że modlitwa jest stanem bytu, w którym powinniśmy się znajdować, a nie tylko słowami i czynnościami, którym poświęcamy określoną porę dnia. Zachęcając nas do otoczenia się i okrycia odpowiedzią Mistrz z Galilei uczy, że najpierw w sercu musimy poczuć spełnienie modlitwy, żeby potem mogła zamanifestować się w życiu. W rzeczywistości nawet kanoniczne teksty ewangelii, (słowa Jezusa są w nich przetłumaczone na j. grecki) uznane przez Kościół, poświadczają, że Jezus nie prosił Ojca o działanie, ale dziękował za manifestację skutków już wtedy, gdy zmysłom wciąż pozostawały niedostępne.

Modlitwa Jezusa nie jest wpływaniem na Ojca, ale działaniem w jedności z Nim, czyli w polu Świadomości, z którym wszyscy jesteśmy połączeni. Dużo skuteczniejsze jest połączenie bezpośrednie, którym jest energia, odczuwana przez nas i odpowiednio kierowana pod postacią cielesnych emocji, aniżeli za pomocą słów, płynących z umysłu, często sprzecznych z odczuwanymi emocjami. W ten sposób Mistrz z Galilei korzysta z mocy wiary i jednocześnie uczy nas tego samego. Wiara nie manifestuje się słowami, które dopiero miałyby wpłynąć na Ojca, ale  pewnością otrzymania wszystkiego, co nazywamy usprawiedliwieniem, zbawieniem, szczęściem, błogosławieństwem, zdrowiem, spokojem i pomyślnością.

Parafrazując słowa Jezusa z ewangelii Mateusza można powiedzieć, że ludzie świata oczekują, zaś uczniowie Mistrza z Galilei doświadczają. Pierwsi zmagają się z lękiem i wszystkimi skutkami zablokowanej życiowej energii, ponieważ zatrzymują ją negatywnymi emocjami, drudzy są wdzięczni za uzdrowienie i pomyślność. Pierwsi wciąż narzekają na trudy życia, drudzy dostrzegają i ogłaszają uzdrowienie i pomyślność. Pierwsi używają energii władzy i kontroli, aby nie działy się rzeczy, których się boją, a w efekcie blokują życiowe zmiany, drudzy używają energii wiary i pozostając w ciągłym ruchu oraz przepływie, doświadczają zmiany z mniejszej chwały ku większej chwale. Pierwsi modlą się słowami, które często są sprzeczne z odczuciami i emocjami, drudzy otaczają się pozytywnymi emocjami, z których płyną słowa wdzięczności i radości.

Dlatego pierwsi mdlą ze strachu, chociaż modlą się wieloma słowami! Drudzy natomiast ożywają w radości i pokoju, ponieważ modlą się emocjami wiary, nadziei i miłości.

Uczmy się nie tylko od starych szkół duchowych i wielkich nauczycieli, pomiędzy którymi Jezus jest prawdziwym Mistrzem skutecznej modlitwy. Korzystajmy także z obserwacji i naukowych wniosków mechaniki kwantowej, która potwierdza, że mamy dostęp do niezwykłego źródła mocy, znajdującego się w wewnętrznej komorze. Jest nim Boży Duch, czyli pole energetyczne, różniące się od pozostałych form energii, którym jesteśmy połączeni z najwyższą Świadomością i Źródłem wszystkiego.

Kończąc, nie życzę Wam – Przyjaciele i Czytelnicy – szczęścia, zdrowia i pomyślności, ponieważ nie muszę życzyć tego, co zostało darowane. Życzę za to każdemu, sobie też, duchowej wrażliwości i czujności, abyśmy dostrzegali to, co jest dostępne, i umieli z tego korzystać w codziennym życiu. Nie prośmy, dlatego że boimy się braku i nieszczęścia, ale odczuwajmy wdzięczność, ponieważ jesteśmy zbawieni.

Syn Człowieczy

Za kilka dni świat będzie obchodził kolejną rocznicę narodzin Jezusa z Galilei. Pewnie nie stało się to nocą z 24 na 25 grudnia, co jednak o niczym nie przesądza, ponieważ najważniejsza nie jest ziemska data ani nawet miejsce, co do którego mamy większą pewność, chociaż też nie we wszystkich szczegółach, a prawdziwe pochodzenie tej wyjątkowej duszy, o której autor ewangelii Jana napisał: „Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna jednorodzonego dał, aby każdy wierzący w niego nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16). 

Jezus jest zrodzony z Bożej jedni, w której nie ma podziału na dobre i złe, prawdziwe i nieprawdziwe, rozświetlone i zaciemnione, i w tym sensie jest wyjątkowy, niepowtarzalny, pierworodny, pomimo tego, że wielu ludzi urodziło się przed Nim na ziemi. Dlatego o sobie samym mówi następująco: „Znacie mnie i wiecie skąd jestem. Nie przyszedłem sam od siebie, ale prawdziwy jest Ten, który mnie posłał, którego wy nie znacie. Ja Go znam, bo od Niego jestem, On mnie posłał” (J 7,28n).  

Chcąc odsłonić coś ważnego na temat swojej misji na ziemi Jezus miał zwyczaj nazywać się Synem Człowieczym, a zwłaszcza wtedy, gdy wiedział, że jest źle interpretowany i dlatego uczniowie Go nie rozumieją. Do dziś teolodzy spierają się o pochodzenie i znaczenie tego tytułu. Gdy jednak zbierze się wszystkie wątki i prawdopodobne znaczenia, wówczas okazuje się, że w ich wspólnym zakresie, czyli w centrum, można dostrzec duszę. Tytuł Syn Człowieczy byłby zatem teologiczną i duchową nazwą duszy, która jest świadoma swojego pochodzenia z Bożej jedni, czyli uniwersalnego pola świadomości.

Jako Syn Człowieczy Jezus jest duszą, która przed dwoma tysiącami lat była najbardziej dojrzała i od początku ziemskiej historii świadoma siebie. Podejrzewam, że Jezus nie uczył się, ale przypominał sobie. Nie tracąc jedności ze Źródłem, które nazywa Ojcem, czerpał z bezpośredniego poznania i obserwował odsłaniające się prawdy o nim samym.

Narodziny Jezusa nie były przypadkowe ani pod względem miejsca, ani czasu. Pięćset lat wcześniej nastaje nowa epoka, którą On zamyka. Na świat przychodzą wyjątkowi myśliciele, począwszy od Konfucjusza, poprzez Buddę, którego znamy pod imieniem Gautama albo Siakjamuni, aż po Pitagorasa i Sokratesa. Ludzkość budzi się ze snu w materialnym świecie.  Jakby Mądrość, która w prologu ewangelii wg Jana jest utożsamiona z Logosem, czyli Słowem, postanowiła upomnieć się o swoje miejsce. Zaczyna się etap, w którym po tysiącach lat nieświadomych zachowań na powierzchni dziejów coraz powszechniej zaczyna decydować ludzka świadomość. Człowiek przestaje być kierowany przez zwierzęce odruchy.

W tym czasie rozkwita kultura i filozofia Hellady, a wymiana pomiędzy myślicielami Wschodu i Zachodu jest bardzo intensywna. Warto pamiętać, że Aleksander Wielki, podbijając Indie setki lat przed narodzinami Jezusa i zabierając na wyprawy filozofów, przyczynił się do twórczej wymiany poglądów pomiędzy tymi kulturami. To sprawiło, że powstała w Aleksandrii teologia promieniowała na cały antyczny świat. Ludzkość była więc odpowiednio przygotowana na nadejście największego Nauczyciela i Mistrza, który jednocześnie jest wcieleniem najwyższej Świadomości i manifestacją Miłości.

W dawnej literaturze teologicznej często sugerowano, że Jezus celowo udał się do Indii, aby poznać nauki Buddy i nauczyć się różnych technik kinetycznych i duchowych. Ów pogląd na tyle mocno przeniknął do powszechnej wyobraźni, że bardzo często bywam pytany, co sądzę na ten temat. Otóż Jezus nie musiał tak daleko podróżować, a już na pewno nie aż do Indii, aby poznać starą wiedzę. To oczywiście nie oznacza, że na pewno tam nie był, ale nas to wcale nie musi obchodzić, skoro niemal na miejscu, bo w Aleksandrii, miał skarbiec równorzędnej wiedzy, a kto wie, czy nawet nie lepiej zachowanej.

Z ewangelii wg Mateusza wiemy, że po urodzeniu, mając około dwóch lat, Jezus wraz z rodzicami udał się do Egiptu, aby schronić się przed prześladowaniami w rodzinnej Judei. Nie wiadomo, jak długo rodzina przebywała w ziemi faraonów. Dość powiedzieć, że ze względu na datowanie śmierci Heroda Wielkiego możemy być pewni, że powracający Jezus nie był oseskiem i nic nie stoi na przeszkodzie, aby uznać, że jeśli nawet wówczas nie pobierał nauk, mógł potem powrócić do ludzi i w miejsca, które już dobrze znał. A to jest przecież ta sama kultura religijna i wiedza, z której czerpał Mojżesz, wtajemniczony w wiedzę faraonów. Prócz tego własne poszukiwania oraz przemyślenia upewniają mnie, że polinezyjska Huna pochodzi z tego samego źródła, co mądrość, której znakiem są majestatyczne piramidy Egiptu.

Egipt faraonów miał wielki wpływ na rozwój całych cywilizacji. Ta pradawna wiedza wywarła też wpływ na powstanie i rozwój Hebrajczyków. Wszystkie główne postacie biblijne, poczynając od Sary i Abrahama, przez wcześniej przywołanego Mojżesza, po Jezusa miały bezpośredni kontakt z Egiptem. Jego kultur i religia nie mogły nie mieć dla nich znaczenia. Starożytny Egipt aż po swój kres miał silne związki nie tylko z kulturą grecką, ale także z judaizmem. Zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie znajduje się wiele wątków i odniesień do egipskiej teologii i kultury. Na dobrą sprawę to przecież Hebrajczykom zawdzięczamy, że główne idee i koncepcje oraz mądrość starożytnych Egipcjan nie tylko przetrwały, ale też zaistniały we współczesnym świecie.

Powracając do Jezusa możemy więc powiedzieć, że to stara i dojrzała dusza, która rodzi się, aby stanąć w środku świata, na pograniczu duchowego i materialnego, i nauczać prawdy o istnieniu, niosąc tym samym zbawienie ludziom pogrążonym w ciemnościach. Jezus przede wszystkim jest nauczycielem mądrości, mistrzem duchowego życia, prorokiem i terapeutą. Czy można to zebrać w jedno? Ależ tak, a służy temu tytuł, którym najczęściej Go charakteryzujemy, to znaczy Chrystus.

Jednak wpierw przyjrzyjmy się imieniu Jezus. To hebrajskie imię teoforyczne. Zawiera zatem własne imię Boga, które najpewniej znaczy Jestem. Najczęściej można przeczytać bądź usłyszeć takie znaczenie imienia Jehoszua (Jeszua), które jest celową teologizacją, a mianowicie Jahwe jest zbawieniem. Tymczasem imię Mistrza z Galilei nabiera wymownego i adekwatnego do Jego ziemskiej misji sensu, gdy usłyszy się w nim Jestem zbawia. O ile biblijne imię Boga oznacza Jestem ,o tyle imię Jezusa jest aplikacją bożego Jestem w doświadczenie człowieka, który potrzebuje uświęcenia, uzdrowienia i zbawienia.

W tym imieniu każdy, kto modlitwą świadomie przywołuje, a potem żyje w archetypie Jezusa, może usłyszeć Jestem zbawia i odkryć własne Jestem, którego epifanią był  Syn Człowieczy, ponieważ przyszedł, aby odszukać i uratować, co zginęło (zob. Łk 19,10).

Z kolei tytuł Chrystus to grecki odpowiednik hebrajskiego meszijah (mesjasz), które oznacza osobę namaszczoną i poświęconą. Hebrajscy królowie byli bowiem ceremonialnie namaszczani, czyli nacierani olejem. Chrystus to pomazaniec, a inaczej namaszczony król. Oliwa jest symbolem Ducha, to znaczy światła mądrości, poznania i rozumu, potrzebnym królowi, rządzącemu w Bożym imieniu. Ponadto będąc królem Chrystus jest wolny i samodzielny. Nikt nie zmusi do mówienia i robienia czegokolwiek, co nie wynika z jego mądrości, poznania samego siebie i rozumnego wyboru. Ostatecznie tylko król może złożyć całkowicie wolną ofiarę z samego siebie i tylko w takim sensie jest też najwyższym kapłanem. Pozostali kapłani składają bowiem ofiary zastępcze. Dlatego w tytule Chrystus bardzo mocno ujawnia się kategoria odpowiedzialności, czyli świadomego działania w każdej sytuacji, a nie nieświadomych reakcji, wynikających z podświadomych programów.

Dla poszerzenia horyzontu warto mieć na uwadze, że w wielu językach słowo Chrystus do dziś wymawia się Kristus albo podobnie, co sugeruje związek z tytułem Kryszna. Gdyby zobaczyć do słownika to okazałoby się, że praindoeurpejski rdzeń krs ma związek z przyciąganiem i noszeniem, co koresponduje ze słowami Jezusa z ewangelii Jana: „Gdy będę wywyższony ponad ziemię, wszystkich pociągnę do mnie samego” (J 12,32). Poza tym w sanskrycie Kryszna  znaczy ciemny, czarny. Co to wszystko ma wspólnego z ciemną energią, z której zbudowany jest wszechświat, niech każdy dopowie sobie sam, adekwatnie do własnego poziomu świadomego rozumienia.

Tak czy inaczej tytuł Chrystus oznacza człowieka wolnego, obdarowanego Mądrością, w świetle której odnajduje wyzwalającą prawdę o sobie samym. Chrystus jest objawieniem bożego Światła w ziemskich ciemnościach. Właśnie w takim sensie Jezus, świadome Jestem, jest nauczycielem mądrości, mistrzem duchowego życia, prorokiem i terapeutą.

Mówiąc inaczej w Jestem Jezusa rozbłysło światło Chrystusa. Widać, że jedno bez drugiego nie istnieje. Prawdziwe Jestem może być tylko Chrystusem, a prawdziwy Chrystus zawsze jest manifestacją Jestem. Nasz stosunek do tej prawdy decyduje o jakości naszego życia na ziemi oraz o tym, za kogo sami się uważamy, a w konsekwencji, kim jesteśmy dla innych ludzi.

Historyczny Jezus z Galilei pewnie mógł wybrać sobie inne życie; inny scenariusz pobytu na ziemi. Jednak to krótkie życie Syna Człowieczego, najtrudniejsze z możliwych od dzieciństwa po śmierć, było najlepiej zharmonizowane z Jego nauką i drogą, którą wiernie podążał do końca, aby pokazać, czym jest ludzkie życie bez światła Mądrości, bez przebudzenia się w człowieku Bożego Dziecka, czyli boskiej istoty.

Wielu sądzi, że Bóg tylko przebrał się za człowieka, a w rzeczywistości wiedział wszystko o swoim życiu i jego celu. Ale to nie miałoby żadnego sensu. Syn Człowieczy bierze na siebie zadanie, które otrzymał od Ojca i je posłusznie realizuje. Jak każdy przeżywa wszystkie etapy ludzkiego życia i w ten sposób daje przykład postępowania zgodnego z wolą najwyższej Świadomości.

Niech się dzieje Twoja wola – to podstawowy motywator historycznego Jezusa. Dzięki temu, potwierdzając wyznanie autora Listu do Hebrajczyków, mamy: „…wielkiego arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, (…) doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 14n).

Dziś powinniśmy pytać: Czy dzieje chrześcijaństwa i jego obecny stan duchowy, w tym intelektualny i moralny, na pewno jest odzwierciedleniem nauk Jezusa z Galilei? Co spowodowało, że pierwsze pokolenia chrześcijan były odważne i oddane Jego naukom, a współczesne są pełne lęku i nie traktują Go poważnie, jako mistrza i nauczyciela? Może po drodze coś się zgubiło, może zostało zapominane?

Myślę, że największym problemem chrześcijaństwa jest ikona Jezusa na krzyżu. Oczywiście prawdziwa, ale nie jedyna. Skoro w pierwszych czterech wiekach chrześcijańska duchowość obywała się bez wizerunku ukrzyżowanego Jezusa, dlaczego współcześnie ów symbol wyparł z naszej świadomości Jezusa zmartwychwstałego, a wcześniej Jezusa mistrza, nauczyciela, proroka i terapeutę?

Ukrzyżowany Jezus jest wygodny, ponieważ milczy. Co prawda symbolizuje ekspiacyjny sens własnej śmierci, mimo wszystko nie stawia wymagań jako nauczyciel, lekarz i zwycięzca śmierci. Silne akcentowanie roli śmierci Jezusa i krwi przelanej na krzyżu dla zbawienia ludzkości nie tylko w perspektywie całości Jego życia, ale też wszystkich nowotestamentowych tekstów, w rzeczywistości jest przeakcentowaniem, które uczyniło z Jezusa prostodusznego i naiwnego nauczyciela oraz bezsilnego terapeutę.  

Najwyższy czas, abyśmy Jezusowi pozwolili zejść z krzyża, żeby na powrót zaczął mówić i działać. Zwłaszcza teraz, na kilka dni przed kolejnym jubileuszem zejścia Syna Człowieczego na ziemię, warto sobie przypomnieć kim była ta dusza, jak żyła, co robiła i czego nas nauczyła. Dlatego niniejszym zapowiadam cykl tekstów, poświęconych Jezusowi, w którym przedstawię mojego Mistrza, Nauczyciela i Terapeutę. Ponieważ zawdzięczam Mu wszystko, łącznie ze zdrowiem i świadomym kroczeniem drogą życia, więc odczuwam potrzebę wdzięczności.

Hermeneutyka – Hermes z Hadesem i Demeter z Persefoną

Atmosfera wokół koronawirusa znowu zaczyna przypominać tę sprzed roku. Jeszcze przed miesiącem nie sądziłem, że do tematu powrócę, skoro jednak wszędzie wypowiadają się ci za szczepieniem i ci przeciw szczepieniu w taki sposób, jakby to była gra w kółko i krzyżyk, odczuwam potrzebę wypowiedzenia się.

Chciałbym uzyskać odpowiedź od zwolenników przymusowych szczepień, którzy są ochrzczeni, a więc są uczniami Jezusa na wyższym stopniu duchowych praktyk, a nie słyszałem o nich ani słowa, iżby oficjalnie z tej szkoły zrezygnowali (co dla mnie nie jest równoznaczne z aktem apostazji), czy szczepili się z lęku, że Bóg im nie pomoże, czy z zaufania, że Bóg tego od nich oczekuje? Jeśli zaszczepili się z lęku nie powinni rościć sobie prawa do zarzucania innym, że mają źdźbła w oczach, skoro sami mają problem z widzeniem. A jeśli w przeczuciu, że taka jest Boża wola, nie bardzo pojmuję, dlaczego jako np. lekarze, nauczyciele, czyli w dodatku jako wykształceni, posługują się epitetami oraz ocenami, które świadczą o całkowitym braku miłości.  Skoro są wdzięczni Bogu za miłość, która w postaci szczepionek ich ochrania, dlaczego nie otaczają miłością tych, którzy nie dostrzegają tej miłości? 

Chciałbym też uzyskać odpowiedź od przeciwników przymusowych szczepień, którzy jak wyżej są uczniami Jezusa, czy nie szczepią się z lęku przed szczepionką, czy dlatego, że oddali się ochronnej miłości Boga? Jeśli z lęku przed szczepionką, dlaczego mają za złe zaszczepionym, że postępują z zaufaniem i pewnością podjętej decyzji? A jeśli są pewni Bożej miłości, dlaczego obrażają zaszczepionych, skoro miłość Najwyższego ochrania wszystkich ludzi?

Czy naprawdę jedni i drudzy nie widzicie, że jesteście na froncie i do siebie strzelacie? Ma to może jakiś związek z drogą Chrystusa i niesieniem Światła?

Żeby nie było wątpliwości. Nie jestem antyszczepionkowcem. Niech zgłosi się osoba, której odradzałem szczepienie albo ją wyśmiałem. Mimo wszystko jestem ostrożny. Po pierwsze dotychczasowe szczepienia wciąż są warunkowe, co potwierdza konieczność deklarowania dobrowolności przyjęcia szczepionki. Tymczasem udzielenie warunkowego pozwolenia do takich działań brane jest pod uwagę, jeżeli korzyści wynikające z natychmiastowej dostępności leku dla pacjentów wyraźnie przewyższają ryzyko związane z faktem, że nie wszystkie dane są jeszcze dostępne (zgodnie z art. 4 ust. 1 Rozporządzenia KE 507/2006 z 29 marca 2006r w sprawie warunkowego dopuszczenia do obrotu produktów leczniczych). Obecnie badania kliniczne nad wszystkimi szczepionkami przeciwko Covid-19 pozostają nadal w toku i nie zostały zakończone. Raporty końcowe z badania klinicznego, w celu potwierdzenia skuteczności i bezpieczeństwa stosowania warunkowo dopuszczonej do obrotu szczepionki mają zostać przedłożone najpóźniej do grudnia 2023r.

Jednak jest jeszcze coś, co jest bardzo ważne, a czego w ogóle nie dostrzegają okopani frontowcy z obu stron covidowego pola walki. Chciałbym temu poświęcić więcej uwagi, a przywołuje ten problem tytułowa hermeneutyka. Ten wątek przy okazji dedykuję Paniom, które denerwują się, że mężczyzna, czyli ja, sugeruje im, jak mogłyby rozumieć swoją kobiecość.

Grecki Hermes ma stare związki z obmurowanymi ogrodami, a w istocie ze wszystkim, co jest ogrodzone, zamknięte i świadome, czyli celowe i założone. Do dziś posługujemy się zwrotem, że coś jest hermetycznie zamknięte. Hermes sprawuje zatem kontrolę nad odgraniczonymi miejscami, zwłaszcza takimi, które służą do wewnętrznej pracy. Czy to będzie klasztor, czy sala do modlitwy, zagłębienie terenu, zamknięty sarkofag, pokój kochanków, gabinet humanisty, wreszcie uniwersytet, ale ten idealny, posiadający kampus, to wszystko jest hermetyczne, bo służy do rozwoju i rozkwitu.

W ogrodzie, wewnątrz murów, gdzie rozkwitają kwiaty, człowiek odnajduje bogactwo własnej psychiki. Gdy uprawa jest bardziej pociągająca niż podniecenie, wtedy jesteśmy gotowi do założenia ogrodu, czyli do wejścia w przestrzeń, w której oddajemy się tęsknocie zamiast pożądaniu, twórczości zamiast nostalgii, miłości zamiast lękowi.

Średniowieczni trubadurzy, zainspirowani duchowością muzułmanów, wciąż nas uczą, na czym polega ogrodnicza sztuka. Nie pragną seksualnego spełnienia z uwielbianymi przez siebie Wybrankami, żonami właścicieli zamków, ale z przestrzeni ogrodów wielbią je swoimi pieśniami.  Ich miłość nie dąży do cielesnej satysfakcji bo wyzwala w nich nieprzebrane fale twórczej energii. Tworzą z wnętrza psychicznych ogrodów. W tamtych warunkach nie było niczym niezwykłym, gdy młody mężczyzna uwalniał się na dwa bądź trzy lata od swych obowiązków, aby w tym czasie uczyć się roli amanta. Grał na instrumentach, układał wiersze, tworzył muzykę, by śpiewać umiłowanej wybrance, zamkniętej w zamku. Były to zajęcia iście ogrodowe, w których wyrażały się tęsknota, twórczość, miłość.

Perfekcjonista i pracoholik, logik i racjonalista nigdy nie znajdzie swojego wewnętrznego ogrodu, więc nie stanie się mężczyzną inicjowanym w pełnię miłości; nie stanie się magiem, rozumiejącym sny, ani naczyniem Ducha. Obsesja doskonałości i racjonalizmu sprawia niestety, że roślinność usycha i więdnie.

Podczas gdy Demeter jest władczynią wszystkiego, co rośnie na ziemi i jest źródłem pożywienia i piękna, jej córka Persefona zostaje porwana do podziemi i żyje tam z Hadesem (inaczej Plutonem, którego imię oznacza „bogactwo”). Podobnie człowiek, wchodząc do ogrodzonego ogrodu, spotyka się z całym bogactwem psychiki, szczególnie obfitym w smutku (Demeter płacząca za córką, Persefoną).

„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni”  (Mt  5,4).

Niestety bezimienny bóg obowiązku, pracoholizmu i perfekcjonizmu, tworzy mężczyznom wszystko, co znajduje się na powierzchni ziemi, od boisk sportowych, przez biura, giełdy, zakłady przemysłowe po przydomowe parkingi. To tam mężczyźni dbają o pieniądze i karierę, robią wrażenie. Zresztą podobnie wiele Pań, które w postfeministycznym świecie weszły w męską energię.

Na powierzchni ziemi liczy się sprawczość i skuteczność. Pożądanie zamiast tęsknoty; nostalgia zamiast prawdziwej twórczości; lęk zamiast miłości. Na powierzchni ziemi liczy się szybkie i tanie zdrowie, bo ważne są męskie cele, racjonale i logiczne. Dlatego liczą się jedynie argumenty za szczepieniem albo przeciw. Tu trwa nieustanna wojna na pozornie racjonalne argumenty, które po czasie okazują się być zastałymi, starymi emocjami.

Na szczęście prędzej czy później nadchodzi czas zejścia do wnętrza i zamieszkania w ogrodzie, gdzie odnajduje się całe bogactwo psychiki. Hermes pilnuje ogrodzonego ogrodu, aby Demeter mogła rozkwitać. Hades porywa Persefonę, aby bogactwo wyrosło spod ziemi. W religijnej wrażliwości chrześcijan to wszystko skupia w sobie Jezus Chrystus, Ogrodnik, Mag, Siewca, Śmierć i Zmartwychwstanie.

Dlatego każdy człowiek znajduje się w nieustannej drodze od tego, co zewnętrzne, do tego co wewnętrzne; od powierzchni do podziemi; od słowa, które uśmierca, do Ducha, który ożywia; od prawa, które zapewnia przeżycie, do ewangelii, która ożywia i użyźnia psychikę, aby mogła rozkwitać.; wreszcie od rytualnej religijności do witalnej duchowości i od logiki do legendy. W każdej z powyższych par, pierwsze reprezentuje to, co wysuszone, okiełznane, poddane, strukturalne i tradycyjne, a drugie to, co wilgotne, bagniste, dzikie i nieoswojone.

Na początku mężczyźni potrzebują reguły, ale potem muszą odnaleźć legendę, aby przestać bać się śmierci. Podobnie kobiety, które działają w męskiej energii i nie czują luzu, dzikości, żywotności. Ludzie, którzy żyją prawem i regułą, nie znają ożywiającej śmierci, bo nie uprawiają wewnętrznego ogrodu, w którym bogactwo wyrasta spod ziemi, jak Zmartwychwstały Chrystus.

W przeciwieństwie do zdyscyplinowanego i wiecznie zatroskanego Saturna, Hermes zakłada ogród dla boskiej kobiecości, aby mogła rodzić wieczne bogactwo. Jest bogiem wewnętrznego układu nerwowego. Jego obecność oznacza boską inteligencję. Gdy działamy w jego domenie sygnały między mózgiem a koniuszkami palców, sercem a kanalikami łzowymi, między częścią ciała, która ciepli, a tą, która się śmieje, pędzą z nieprawdopodobną prędkością. Gdy pojawia się Hermes, grecki odpowiednik Ducha Chrystusa, znika logika i racjonalność. Wówczas słowa rodzą się z wewnętrznego ogrodu, w którym ogrodnikiem jest Duch, a żywotna psychika rodzi owoce geniuszu.

Według dawnej tradycji bez Hermesa nie ma mowy także o edukacji, co jest tym bardziej przygnębiające, że współcześnie wykładowców obdarzonych energią Hermesa usuwa się z uniwersyteckich wydziałów w pierwszej kolejności. Gdy prawdziwe uduchowienie przeplata się z prawdziwą sprośnością, a Hermes w ułamku sekundy przemyca prawdziwą informację między chwilą, w której mniej więcej wie się, co chce się powiedzieć, a chwilą w której mówi się coś innego, wówczas na front posyła się profesjonalistów, racjonalistów, perfekcjonistów i rzesze doktorantów, którzy zrobią wszystko dla swojej kariery. Hermes musi zginąć, jak Chrystus, którego krzyż stoi na Golgocie, czyli na czaszce, w której nie płonie ogień Ducha.

W świecie, w którym niewielu rozumie symbol Chrystusa, nie ma prawdziwej hermeneutyki. Owszem jest wykonywana praca Hermesa, ale Demeter nie opłakuje Persefony, więc Hades nie może wydać światu podziemnego, wewnętrznego bogactwa ludzkiej psychiki. W tym świecie Chrystus pełni jedynie rolę przybitego do krzyża niemego Słowa, które nie może interpretować życia i śmierci. W tym świecie liczy się prawo, tradycja, zobowiązanie, reguły i kariera profesjonalistów, czyli wszystko, co wysuszone i pełne lęków oraz kompleksów. Nie ma wilgoci, bo nie ma łez Demeter, płaczącej za Persefoną; nie ma Marii Magdaleny, płaczącej za Chrystusem, przebywającym w podziemnym królestwie.

W takim świecie nie ma hermeneutyki w wewnętrznym ogrodzie, która odżywia, użyźnia, odradza, a przede wszystkim uwalnia z lęku przed śmiercią. Nie ma hermeneutyki, której potrzebuje psychika, aby wykonywać swoją pracę, więc potrzebni są specjaliści od duszy,  czyli duszpasterze,  psycholodzy i psychoterapeuci,  którzy najczęściej nie wykonują swojej pracy, bo posługują się słowem zamiast Duchem. Interpretacja, która nie wyzwala do drogi od prawa do legendy i od logiki do ewangelii, nie jest prawdziwą hermeneutyką.

Nie dziwię się zatem, że poza nielicznymi wyjątkami chrześcijańska teologia nie ma w tej chwili do powiedzenia niczego ciekawego. Natomiast teolodzy i księża zamiast zwrócić się do Zmartwychwstałego ogrodnika ludzkich dusz, aby użyźnił ich Duchem, mają ludziom za złe, że nie chcą ich słuchać i opuszczają Kościoły.

Dlatego nie dziwię się także temu, że w dyskusji, dotyczącej szczepień, poza argumentami wulgarnymi i uwłaczającymi ludzkiej godności, bo sprowadzającymi człowieka do poziomu mięsa, które jedni chcą „ostrzykiwać”, aby mieć dostęp do szybkiego i taniego zdrowia, inni zaś temu się sprzeciwiają, nie ma Chrystusa, Ogrodnika ludzkiej duszy, który bogactwo życia wywiódł spod ziemi, z wnętrza, z królestwa śmierci.

Przyjaciele moi, Kochani, Córki i Synowie Boży, przestańmy marnować cywilizację. Przecież zakopujemy ją pod grubą warstwą złości, nienawiści, arogancji, lęków, kompleksów, byle tylko nasze było ważniejsze. Opamiętajmy się. Przecież to, kto jest zaszczepiony, a kto nie jest, ważne jest tylko dla tego, kto jest zaszczepiony, albo nie jest zaszczepiony, bo w ten, a nie w inny sposób chce uniknąć śmierci. Tymczasem nie chodzi o to, aby unikać śmierci, ale aby ją w Chrystusie zwyciężyć, to znaczy pozwolić, aby z jej królestwa wyrosły bogactwa wewnętrznego ogrodu ludzkiej psychiki. Kto nie przyjmuje zaproszenia do porodu przez Akuszerkę, czyli do tańca przez Piękną Panią Śmierć, które w chrześcijańskiej teologii i duchowości uosabia Chrystus, ten jest martwy i nic mu nie pomoże, ani zgoda na szczepienie, ani sprzeciw. Te wszystkie dyskusje, argumenty, aroganckie inwektywy pokazują, że z duchem Chrystusa nie mamy nic wspólnego.

Gdzie podziała się ewangelia?

Kto posługuje się legendą?

Kościół, który nie spotyka się ze Zmartwychwstałym w psychicznym ogrodzie, nie ma nic do powiedzenia ani o życiu, ani o śmierci. Psychika umiera, a ciało święci zwycięstwo. Tyle tylko, że na krótko, bo do najbliższej śmierci.

Czekanie w Adwencie jest stratą czasu

W Adwencie oczekiwanie jest stratą czasu.

Adwent jest od czujności, czułości, czucia, że co miało się wydarzyć, jest już od dawna.

Dlatego Adwent jest nie od proszenia, ale od wdzięcznego dziękowania za nowe, zdrowe, prawdziwe, zbawione.

Nie od wypatrywania, ale od odważnej wiary, w której oczy nie grają żadnej roli:

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29).

Adwent jest szkołą duchowości, której nie szkoda czasu, bo jest obecnością w najlepszym z możliwych czasów, w którym nie trzeba tolerować, zgadzać się, wybaczać i akceptować, bo nie ma czego.

Adwent jest nasiąkaniem światłością, w której nie ma wypartego ani zapartego, nie ma szczęścia ani nieszczęścia, nie ma użytecznego ani nieużytecznego.

Adwent jest zwycięstwem serca, które kocha, zanim ktoś pokocha.

Adwent to święte wieczory dla książek, w których nie szuka się własnej wiedzy, ani argumentów na potwierdzenie starych przekonań i poglądów, ponieważ jest manifestacją radykalnie nowego rozwiązania, nierozwiązywalnych problemów ludzkości.

W Adwencie miejsce starych profesjonalistów zajmuje nowy Człowiek Miłości.

Adwent jest manifestacją Słowa, zapisanego w sercu. Jest rodzajem zadziwienia, że trudne problemy mają proste rozwiązania.

Adwent to ciche dni, na swój sposób nudne, bo prawdziwe. W Adwencie nie trzeba ubierać masek, grać ról, uchodzić za kogoś, kim się nie jest. Adwent jest pusty zewnętrznymi znaczeniami, aby od wewnątrz mogła zamanifestować się czysta prawda, odnaleziona w ciszy. Adwent nie zależy od ludzkich interpretacji. Adwent tworzą anielskie dobre wiadomości, że szkoda czasu na czekanie, skoro Wieczna Miłość była, jest i będzie.

Adwentowy Anioł pyta mnie: Nauczyłeś się kochać Miłość?