Nasze przeznaczenie nie jest rzeczą, ale doświadczeniem

Mam szalony pomysł, aby oduczać się definiowania, poznawania i opowiadania z użyciem form rzeczownikowych.

Rzeczowniki niepotrzebnie stabilizują i utrwalają postać świata, której doświadczamy, obojętnie którym zmysłem. Na podstawie zmysłowych bodźców umysł natychmiast konstruuje abstrakcyjną koncepcję, obraz, wyobrażenie rzeczywistości, która nie może być prawdziwa skoro wszystko jest w bezustannym ruchu i zmienia się szybciej, aniżeli do oka dociera światło z nieaktualnym bodźcem. Co oznacza, że widzimy to, czego już nie ma. Tworzymy obraz czegoś, co wygląda inaczej. Wreszcie definiujemy nieistniejącą rzeczywistość.

Od dawna wiedziałem, że słowo Dekalogu: „Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek…” (2 Mż 20,4) w istocie nie dotyczy tylko kultu religijnego, ponieważ, aby stworzyć podobiznę wpierw trzeba mieć jakieś wyobrażenie Boga. Nie trzeba stać przed obrazem albo posągiem, aby mieć wyobrażenie. Tymczasem każde ludzkie wyobrażenie czyni z JESTEM relikt przeszłości, Boga zamkniętego w doświadczeniu i poziomie świadomości, która minęła. Wtedy pojawia się religijny kult jako czczenie pamięci, czyli upamiętnianie, które odcina od podstaw egzystencji, od pulsującego Źródła Życia. 

JESTEM nie da się definiować. JESTEM można tylko TERAZ przeżywać. Wtedy poznanie Boga jest jednoczesne i równoznaczne z poznaniem samego siebie. Doświadczając JESTEM, pozostaję TERAZ żywy. Nie upamiętniam Boga żadnym ze swoich wyobrażeń i nie oddaję czci jakiejkolwiek podobiźnie, która uwieczniła moje wyobrażenia, więc jednocześnie nie upamiętniam swojego doświadczenia, swojego życia, swojej przeszłości. Ostatecznie nie upamiętniam samego siebie i dzięki temu pozostaję żywy, trzeźwy, wrażliwy, czuły na każdą kolejną manifestację JESTEM w moim TERAZ, czyli czerpię z wiecznego Źródła Życia. Pozostaję podłączony do Świadomości.

Zakaz tworzenia Bożych podobizn w istocie nie ochrania Boga, ale mnie przed nieświadomym życiem. Dzięki niemu nie absolutyzuję żadnego z wyobrażeń samego siebie z przeszłości. Dlatego pozostaję świadomy siebie i żywy.

Nie można stworzyć definicji Marka Uglorza, jak długo on sam będzie pozostawał świadomy i żywy. Każda z nich odnosi się tylko do jakiegoś wyobrażenia o nim z minionej przeszłości, podczas gdy TERAZ Marek Uglorz doświadcza uwalniającego JESTEM. Więc, jak długo Marek Uglorz będzie pozostawał żywy i świadomy w każdym JESTEM swojego TERAZ, tak długo będzie niedefiniowalny, niepoznawalny, nieosiągalny, nie do zrozumienia w formie rzeczownikowej, a jedynie do doświadczenia w formie czasownikowej.

Definicję Marka Uglorza będzie można stworzyć w chwili śmierci, ale wtedy nie będzie niczemu służyć. W rzeczywistości definicje niczemu nie służą, bo nie służą życiu. Są niepotrzebne, ponieważ opisują rzeczy, których nie ma. Chwytają w pułapkę iluzji wszystkich, którzy w nie wierzą, i w konsekwencji uśmiercają.

Nie sposób zdefiniować tego, co jest, i nie ma potrzeby definiowania tego, czego nie ma.

Boga nie sposób zdefiniować. Marka Uglorza nie sposób zdefiniować. Człowieka nie sposób zdefiniować. Nie ma rzeczy do definiowania. Marek Uglorz nie ma potrzeby używania form rzeczownikowych, skoro nie poznaje tego, co jest, ale to, co jego umysł stworzył jako obraz przeszłości!

Formy rzeczownikowe utrwalają iluzję, utrzymują w nieświadomości, uniemożliwiają prawdziwe poznanie przez doświadczenie. Uwięzieni przez iluzję świata rzeczowników, uwierzyliśmy, że najwyższym dobrem jest rzecz, a przeznaczeniem miejsce. Zanim otrzymamy już mamy gotową definicję i konkretny obraz oczekiwanego, więc wciąż jesteśmy sfrustrowani, rozczarowani, zawiedzeni, przygnębieni.

Rozmijamy się z przeznaczeniem, bo definiujemy zamiast doświadczać. Nie otrzymujemy, bo oczkujemy na zmaterializowaną postać definicji, urzeczownikowione życie. Tymczasem naszym przeznaczeniem nie jest rzecz, ale doświadczanie JESTEM. Dzięki niemu TERAZ otrzymujemy nasze przeznaczenie. Już nic nas nie uśmierca i nie trzyma w więzieniu przeszłości. Wydarza się cud, który nazywamy zbawieniem albo, jeśli ktoś woli, odpracowaniem karmy.

Pomysł, żeby oduczać się stosowania form rzeczownikowych, które zamykają mnie w pułapce fałszywych (diabolicznych, satanistycznych) wyobrażeń, uprzystępnię kilkoma myślami nad czymś, co definiujemy jako wiarę, chociaż w rzeczywistości jest wierzeniem. Zanim przystąpię do wyjaśnień, podam inny przykład, bardziej plastyczny.

Załóżmy, że stoimy na morskim brzegu. Stopami czujemy energię poruszającej się wody. Pomyślelibyśmy, że omywają nas fale, zatem powiedzielibyśmy, że czujemy fale. Czy na pewno czujemy fale? Czym jest fala? Morską wodą w ciągłym ruchu. Nie ma wzorcowej fali. Nie ma tej fali, którą moglibyśmy zdefiniować. Każda jest inna. Druga nakłada się na pierwszą. Kolejna wypłaszcza drugą. Widzimy ciągły ruch, energię morza. Zanim zdążymy opisać tę falę, już jej nie ma. Więc co opisujemy? Jak to potem ocenimy, skoro tej fali już nie ma, a w jej miejscu pojawiło się kilka nowych?

Powtarzam zatem pytanie: Czy na pewno czujemy fale? Czy je widzimy? Rezygnując w codziennym słowniku, czyli także w sposobie myślenia, z form rzeczownikowych, nie powiemy, że czujemy albo widzimy falę. Nie widzimy rzeczy i nie czujemy materii. Widzimy i czujemy dziejące się, a więc pomyślimy i powiemy, że widzimy i czujemy falowanie morza. Tym sposobem nie definiujemy, ale doświadczamy. Wydarza się cud zbawienia! Nie trwamy w przeszłości, ale JESTEŚMY obecni TERAZ. Naszym przeznaczeniem przestają być rzeczy, bo jest nim doświadczenie.

Spróbujmy więc przeorganizować nasze myślenie o wierze, wyciągając wnioski z czasownikowej formy wierzenie, której znaczenie jest ewidentnie ambiwalentne. Z jednej strony wierzenie kojarzymy z przebywaniem w miejscu, w którym czujemy się bezpiecznie. Na przykład w sensie religijnym wierzenie jest powierzeniem się Bogu, czyli oddaniem w opiekę. Bóg, który jest mocny i wierny, nogom zapewnia oparcie, a sercu spokój. To stabilizuje, wycisza i zabezpiecza. W tekstach religijnych Bóg wielokrotnie wychwalany jest jako twierdza i warowny gród.

Najpewniejszą częścią twierdzy, czyli bezpiecznego miejsca, oczywiście jest wieża. Jej szczyt łączy estetyczną funkcję wierchu z egzystencjalną pewnością, że nie może stać się nic złego. A jednak wieża niepokoi. Dlaczego? Bo jeśli uwzględnić, że w dawnych miastach i warowniach, brama, umożliwiająca opuszczenie bezpiecznej przestrzeni, była integralną częścią wieży, czy wówczas wierzenie jednocześnie nie staje się rodzajem wyjścia poza mury przez bramę w wieży, czyli poza bezpieczną przestrzeń?

Wierzenie jako bezpieczne pozostawanie na zewnątrz. Myślę, że warto tę definicję zapamiętać, bo nie znajdzie się jej ani w słownikach, ani w poradnikach duchowości, a trafia w sedno wiary. Na dobrą sprawę opisuje źródłowy nurt życiowej energii, którą warto właściwie wykorzystywać, żeby do celu dotrzeć żywym, zdrowym, spełnionym i szczęśliwym. 

Wierzeniem człowiek czyni jedynie to, co w danej chwili ma do uczynienia, a co wynika z życiowej konieczności. Wierzenie nie polega na akcie wiary, ale na wierności sobie, swojemu powołaniu, a jeszcze inaczej na wierności własnej duszy, która na błękitnej planecie ma do przebycia wyznaczoną drogę i przeżycie konkretnych doświadczeń.

Przemieszczanie się tą drogą i przeżywanie TERAZ jest wierzeniem, to znaczy wychodzeniem przez bramę w wieży, opuszczaniem strefy komfortu, wychodzeniem na zewnątrz bezpiecznej rodziny, narodu, kultury, mentalnych wzorców i religijnych rytuałów. Wiara sam w sobie nie jest stała. Wiara nie trwa jako akt. Wiara zawsze jest wierzeniem, a wierzenie podróżowaniem, chociaż pozostawia się za sobą wszystko, co do tej pory stabilizowało życie i do pewnego stopnia rzeczywiście zapewniało poczucie bezpieczeństwa.

Wierzenie czyni z człowieka samotnego wilka, dzikiego człowieka, podróżnika z przekrwionymi oczami, czujnego tropiciela, którego uwadze nie mogą ujść najdrobniejsze ślady życia, ponieważ wiodą go do celu podróży. Wierzeniem decyduje się na nieprzewidywalność drogi i szczerość poszukiwania celu, ale przede wszystkim na totalną samotność.Aby zdecydować się na samotność, trzeźwość umysłu i czujność w stawianiu każdego kolejnego kroku musi ufać życiu i drodze, ale przede wszystkim samemu sobie. To jest klucz.

Wierzenie oznacza wierność sobie. Kto nie wierzy w siebie, nigdy nie zdecyduje się na wyjście na zewnątrz, ku przyszłości, ale za wszelką cenę będzie szukał schronienia wewnątrz starego świata, czyli w przeszłości. Nigdy nie nauczy się świadomego działania, ale będzie reagował według starych wzorców. Nigdy nie zyska nowej twarzy, która tak naprawdę będzie jego własną twarzą. Dziką, wysmaganą wiatrem, co prawda z oczami nabiegłymi krwią, ale jednocześnie pełnymi życia; twarzą nieprzewidywalną i niedefiniowalną.

wierzeniu nasze przeznaczenie staje się naszym doświadczeniem.

Czas na olśnienie – rozważanie na Epifanię

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i mrok narody, lecz nad tobą zabłyśnie Pan, a jego chwała ukaże się nad tobą. I pójdą narody do twojej światłości, a królowie do blasku, który jaśnieje nad tobą. Podnieś oczy i spojrzyj wokoło: Wszyscy gromadnie przychodzą do ciebie, twoi synowie przychodzą z daleka, a twoje córki niesione są na rękach. Wtedy, widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie. Gromady wielbłądów zaroją się, młode wielbłądy Midianitów i Efy, wszyscy przyjdą z Saby; przywiozą złoto i kadzidło, śpiewając pieśni pochwalne na cześć Pana.

(Iz 60,1-6)

Nie siedź w fotelu, jak stary kapeć. Co z tego, że jest zima, więc za oknem chłodno i wilgotno? Rusz się, powstań, wyprostuj się, podnieś głowę. Zadbaj o życiową energię.

Nie narzekaj, nie krytykuj, nie oceniaj, nie doszukuj się wszędzie intryg i podłości. Oczu nie masz? Poszukaj światła w ciemnościach.

Nie proś o pomoc, jak sługa i żebrak. Królem jesteś. Podziękuj za wszystko i bądź wdzięczny.

Nie powtarzaj w kółko, że jesteś słaby, mały, nie dość wyuczony, że w życiu nic Ci nie wychodzi. Może rzeczywiście nieraz poszło coś nie tak, jak powinno, ale co z tego? Magiem jesteś. Możesz rozmawiać z aniołami, posłuchaj snów, naucz się duchowej mowy. Nauczysz się.

Nie idź przez życie, jak przez mgłę. Nie powielaj starych przekonań. Za każdym razem wybieraj inną drogę. Nie przyzwyczajaj się do tego, co potrafisz. Mędrcem jesteś. Daj się prowadzić gwieździe, która pokaże Ci nową drogę.

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą”– czas na olśnienie.

1. Szukaj Źródła

Jeśli dzień rozpoczynasz przeglądaniem wiadomości i wyszukiwaniem tych, które potwierdzają wczorajszą wiedzę i podejrzenia, po co wstałeś? Do czego jest Ci potrzebny nowy dzień?

Jeśli obok standardowego śniadania położyłeś na stole wielokolorowy zestaw suplementów diety, które – jak sądzisz – utrzymują Cię w kondycji i zdrowiu, po co jesz? Do czego jest Ci potrzebne pożywienie?

Jeśli masz w zwyczaju regularne wyjazdy do sanatoriów, SPA i do kurortów, ponieważ po powrocie przez miesiąc odczuwasz poprawę nastroju i samopoczucia, po co oddychasz, codziennie bierzesz kąpiel i co siedem dni świętujesz niedzielę? Do czego jest Ci potrzebna duchowość?

Jeśli dziennie czytasz kilkanaście stron czasopism, poradników i podręczników, w których poszukujesz informacji, które utwierdzają Cię w przekonaniu, że wędrujesz dobrą ścieżką, po co czytasz?  Do czego są Ci potrzebne oczy?

Dość pytań. Te wystarczą, abyś zdał sobie sprawę, że jakość Twego życia zależy od Ciebie. Możesz przesiadywać w ciemnościach i możesz doświadczyć epifanii, czyli niezwykłego olśnienia. Własną ślepotę możesz podnieść do poziomu cnoty i empatycznie solidarny pozostawać z innymi w mrokach, ale możesz też powstać i pójść za gwiazdą.

Gwiazdą która doprowadzi Cię do prawdy, przed którą w pokorze padniesz na twarz. Zrezygnujesz wtedy z ziemskiej twarzy, aby dać się odmienić jaśniejącej chwale Jezusa i przyjąć dar: „…widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie”. 

Zrezygnować z własnej twarzy. To Cię zaniepokoiło? Wiele wysiłku włożyłeś, aby mieć twarz. Codziennie ją pudrujesz i poprawiasz wizerunek, na profilu fb, w rubrykach popularności i w rankingach cytowań upewniasz się, że jej nie straciłeś. Dobrowolnie miałbyś z niej zrezygnować?

Naprawdę myślisz, że masz twarz, którą mógłbyś stracić? Czy można ją mieć, żyjąc wczorajszym dniem, wczorajszą wiedzą, wczorajszymi wiadomościami i osiągnięciami, wczorajszym poczuciem bezpieczeństwa?

Twojej twarzy nie ma, ponieważ nic jej nie oświetla! Siedzisz w bezpiecznej ciemności, okrywającej ziemię, i boisz się podejść do światła. Dopiero wtedy pokaże się twarz, jednak światło nie będzie świeciło z Ciebie, tylko ze źródła, które oświeca wszystkie, ludzkie twarze. Tego się boisz? Na to Cię nie stać? Miałbyś nie być źródłem światła, a jedynie odbijać nie swoje? Miałbyś zrezygnować z blasku własnej sławy i chwały, blichtru i uznania?

Nikomu, z przesiadujących w ciemnościach ziemi, nie widać twarzy. Dopiero krąg światła, do którego trzeba podejść, wpierw delikatnie ujawnia jej pierwsze obrysy i kontury, by wreszcie wydobyć jej całe piękno. Więc nie rozpoczynaj dnia przeglądaniem wiadomości, potwierdzających wczorajszą wiedzę i podejrzenia. Nie spożywaj w pośpiechu pokarmów złej jakości, próbując ratować się suplementami, zasilającymi konta ich producentów, ale nie Twoje zdrowie. Nie łódź się, że w sanatorium odżyjesz, jeśli źle się modlisz.

Nie kupuj kolejnego poradnika, skoro nie słuchasz Słowa, które staje się ciałem, także Twoim ciałem, Twoim życiem, Twoim zdrowiem, czyli biografią nowego człowieka. Nie płać za biografię kolejnej Gwiazdki mediów, która znalazła cudowną receptę na życie. Swoje życie tak, ale nie Twoje. Nie żyj w mrokach. Powstań i prawdziwej Gwieździe daj się prowadzić do źródeł Twojego życia!

2. Gdy odnajdziesz Źródło, otrzymasz wszystko

Nie myl zbawienia z przeznaczeniem, a życia z Bożej łaski z obojętnością i otumanieniem. Jeśli biernie siedzisz w ciemnościach nie oczekuj szczęścia, błogosławieństwa, zdrowia i radości. Otwierają tylko pukającym. Otrzymują tylko proszący. Znajdują tylko szukający.

Nie pozostawaj w ciemnościach. Gdy znajdziesz Źródło, otrzymasz wszystko.  Modląc się, nie proś z lękiem, że może spotkać Cię nieszczęście albo czegoś Ci zabraknie. Pomyśl, czy bojąc się, możesz prosić z wiarą? Dziękuj i zawsze pozostawaj wdzięczny, że Ojciec już stworzył to, o co z wiarą prosisz, chociaż ślepy świat tego jeszcze nie widzi. Nie pozostawaj w mrokach z tymi, którzy wierzą dopiero wtedy, gdy widzą. Skoro wierzysz nie musisz widzieć, aby  być pewnym.

Pozostaje pytanie, czy sam w to wierzysz, że modląc się tworzysz ziarna tego, czego się spodziewasz? 

Modlitwa jest stwarzaniem mocy! Modlitwą możesz wszystko! Mocą wytrwałej i wdzięcznej modlitwy, w której nie ma lęku, żalu, pretensji, stajesz się mocnym. Otrzymujesz wszystko, czego potrzebujesz: „Podnieś oczy i spojrzyj wokoło: Wszyscy gromadnie przychodzą do ciebie, twoi synowie przychodzą z daleka, a twoje córki niesione są na rękach. Wtedy, widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie”.

Nie siedź, nie leż, nie jęcz. Powstań i zacznij się modlić. Przez Jezusa dziękuj Ojcu, że otrzymujesz, zanim zaczynasz dostrzegać. Bądź pewnym, że ziarna Twej pomyślności, zasilane wytrwałą i ufną modlitwą, dojrzewają i w odpowiednim czasie powracają do Ciebie od Ojca: „Wierzcie mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie; a jeśliby tak nie było, to dla uczynków wierzcie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca. I o cokolwiek prosić będziecie w imieniu moim, to uczynię, aby Ojciec był uwielbiony w Synu. Jeśli o co prosić będziecie w imieniu moim, spełnię to” (J 14,11-14).

Dlatego o poranku nie nasłuchuj doniesień ze świata, które mają potwierdzić Twoją wiedzę, ponieważ wszystkiego nauczyłeś się ze starego świata, który minął. Tymczasem u progu dnia czeka na Ciebie nowy, którego dotąd nie miałeś okazji się nauczyć. Jak sądzisz?  Po prostu pozostawaj całkowicie bezbronnym. Ufaj i modlitwą posyłaj Ojcu przez Jezusa ziarna swej pomyślności.

Nie licz na suplementy! Jedz mniej i dołóż starań, żeby jeść dobre i zdrowe pokarmy. Nie rzucaj się na nie, jak głodny drapieżnik. Błogosław je przed spożyciem. Jedz powoli, jak król, w wyprostowanej pozycji. Przecież nie musisz chronić talerza przed innymi.

Nie licz na nic, co świat uważa za zbawienie i ratunek przed chorobą i śmiercią. Dbaj o duszę i nie trać z nią kontaktu. Wybaczaj, akceptuj, współodczuwaj, kochaj wszystkich, nie przywiązuj się do niczego, bądź spokojny. Przede wszystkim bądź wdzięczny, bo to najpewniejsza szczepionka na wszystkie trucizny świata. Nie musisz dbać o odporność. Wystarczy, że powstaniesz i udasz się do Źródła, a wówczas nie będziesz zabijał samego siebie.

Dbaj o myśli. Nie ulegaj mentalności tłumu. W ciszy selekcjonuj dobre, abyś miał z czego tworzyć moc. Wytrwałą modlitwą posyłaj je Ojcu, będąc pewnym, że z każdą z nich odeśle pod postacią szczęśliwej rodziny, bogactwa i wspólnoty chwały.

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą”. A jeśli chcesz mi powiedzieć, że nie masz się od kogo uczyć, posłuchaj mnie. Mędrcy ze Wschodu wiedzieli komu oddać cześć, więc i Ty klęknij przed Jezusem. Daj się olśnić.

Amen.

Dzień św. Łucji – oślepnąć, żeby widzieć

13 grudnia sprzed 39 lat kojarzy się z brutalnością aroganckiej władzy, która postanowiła zamknąć nas w domach, spacyfikować, za nas podejmować decyzje, przejąć kontrolę nad naszą wolą.

Stan Wojenny z 1981 roku to stan oślepienia. Ślepa władza postanowiła oślepić lud. Historię opowiedziała na nowo, przedstawiła własną interpretację wydarzeń, okoliczności, dziejów.

Czy ślepy może ślepego prowadzić, czy raczej obaj nie wpadną do dołu?

Wydarzył się cud! Oślepiony lud, zaczął widzieć. Zewnętrzne, zmysłowe oczy nie są potrzebne do widzenia. W sumie przeszkadzają, bo ten wąski zakres fal elektromagnetycznych, na które są wrażliwe, utożsamiają z rzeczywistością i prawdą.

Gdy człowiek przestaje widzieć oczami, wtedy zaczyna widzieć okiem. Wewnętrznie się rozświetla, zaczyna jaśnieć i zdrowieć, odzyskuje wolność. To samo stało się z oślepionym ludem. Odzyskał jasność widzenia i odzyskał wolność.   

Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest zdrowe, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśli by oko twoje było chore, całe ciało twoje będzie ciemne. Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie!” (Mt 6,22n).

13 grudnia sprzed 1700 lat kojarzy się z brutalnością rodzinnego systemu, który decyduje za nas, co jest dla nas dobre. Kojarzy nas w pary, wybiera zawody, role społeczne, recenzuje nasze zachowania i upodobania. Nie znosi sprzeciwu.

Prześladowanie Łucji z Syrakuz kończy się, jak utrzymuje legenda, oślepieniem się przez Dziewczynę, która nie chce być niewolnicą. Szwedzi wymyślili, że nikt inny lepiej nie nadaje się na patronkę dnia, w którym nastają najkrótsze dni w roku.

Co z tym oślepieniem? Nomen omen?

Człowiek musi zostać oślepiony, czyli pozbawiony oczu, żeby być oślepionym, czyli zacząć widzieć?

Dwoje oczu to niedobre rozwiązanie. Widać wtedy dwoistość, dualność. Dwoje oczu dzieli wszystko na dwa: materialne i duchowe, złe i dobre, brzydkie i złe, obcych i naszych. Gdy dwoistość połączymy ze zmysłowością tych oczu, nieszczęście gotowe: „A gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. Dała też mężowi ” ( 1 Mż 3,6).

Lepiej patrzeć jednym okiem. Wtedy widać jedność, integralność, spójność, prawdziwość, to znaczy duchowe w materialnym, a właściwie materię, jako przejaw ducha. Wtedy widać Boga w człowieku, święto w codzienności,  zbawienie w grzesznym świecie, radość w smutku. A że jedno oko jest zmysłem duchowym, nie cielesnym, więc szczęście murowane.

Wystarczy zamknąć dwoje oczu, aby otworzyć jedno oko, i tam, gdzie do tej pory widzieliśmy dwa, zobaczyć jedno. Wreszcie poczuć się u siebie, znowu w domu Ojca, w Ogrodzie Życia. Poczuć się w Bogu, a Boga w sobie i zacząć prawdziwie żyć.

Na wolność wychodzą ślepcy, których pozbawiono dwoje oczu, aby duchowym okiem zobaczyli otwarte drzwi i drogę, którą przygotował dla nich Najwyższy: „I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saula, Saulu, czemu mnie prześladujesz? I podniósł się  Saul z ziemi, lecz gdy otworzył oczy swoje, nic nie widział; … I przez trzy dni nie widział i nie jadł, i nie pił” (Dz 9,3-9) .

W dniu św. Łucji, pierwszym z najkrótszych dni w roku, nie martw się, że światła w świecie jest maleńko, a Ty widzisz dobrze tylko przez kilka godzin dziennie.

Czy to światło jest prawdziwe?

Czy Twoje oczy widzą rzeczywistość?

Ciesz się, że widzisz mniej, coraz mniej, aż wreszcie przestaniesz widzieć to wszystko, co do tej pory uznawałaś za prawdę, dobro, piękno i godne pożądania. Po oślepnięciu pierwszy raz, odkąd jesteś na ziemi, zobaczysz prawdziwy skarb. Zobaczysz Źródło Światła, z którego przyszedłeś. Zobaczysz siebie w prawdzie. Zobaczysz, że Najwyższy utkał Cię ze złotych niteczek światła.

Gdy 13 grudnia przestaniesz widzieć, odżyjesz, wyzdrowiejesz, uśmiechniesz się, wyjdziesz na wolność,: „Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie” (Iz 9,1).

Nie bocz się, wybaczaj – rozważanie na 15 listopada 2020 r.

Potem powiedział jeszcze do uczniów: Był pewien bogaty człowiek, który miał zarządcę, a tego oskarżono przed nim, że trwoni jego majętność.I przywoławszy go, rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego szafarstwa, albowiem już nie będziesz mógł nadal zarządzać. I rzekł zarządca do siebie samego: Cóż pocznę, skoro pan mój odbiera mi szafarstwo? Nie mam sił, aby kopać, a żebrać się wstydzę.Wiem, co uczynię, aby mnie przyjęli do domów swoich, gdy zostanę usunięty z szafarstwa.I wezwał dłużników swego pana, każdego z osobna, i rzekł do pierwszego: Ile winieneś panu memu?A ten odrzekł: Sto baryłek oliwy. Rzekł mu więc: Weź zapis swój, siądź i szybko napisz pięćdziesiąt.Potem rzekł do drugiego: A ty ile winieneś? A ten odrzekł: Sto korców pszenicy. Rzekł mu: Weź zapis swój i napisz osiemdziesiąt. I pochwalił pan nieuczciwego zarządcę, że przebiegle postąpił, bo synowie tego świata są przebieglejsi w rodzaju swoim od synów światłości”.  Łk 16,1-8

Gdy ktoś pozbawi Cię czci i dobrego imienia, rozpowiadając o Tobie nieprawdę, jak o zarządcy z przypowieści Jezusa, nie dochodź swego i nie próbuj udowodnić, że jesteś niewinny. To jest strata czasu i życiowej energii. Lepiej swoim zachowaniem pokaż, że to jest nieprawdą.

Co zrobił zarządca? Skreślił część długu, którą dłużnicy mieli u dotychczasowego pracodawcy. Nikogo tym nie okradł i nie skrzywdził. Roztropnie pomniejszył dług o należność, która należała się jemu, jako administratorowi dóbr. Utrzymywał się między innymi z prowizji, czyli z części odzyskanego długu, podobnie jak współcześnie komornicy albo prawnicy, odzyskujący odszkodowania i spadki.

Gdy na skutek pomówień stracił pracę, nie uparł się, aby za wszelką cenę odebrać ostatnią pensję, która umożliwiłaby mu przeżycie jakiegoś okresu bez zatrudnienia i stałego dochodu, ale roztropnie i przebiegle wkradł się w łaskę kolejnych, potencjalnych pracodawców, wszak motyw jego decyzji został unaoczniony słowami: „Wiem, co uczynię, aby mnie przyjęli do domów swoich, gdy zostanę usunięty z szafarstwa”.

Zarządca pozbył się lęku przed brakiem środków do życia, więc zyskał zdolność rozsądnego i przewidującego zachowania. Nie zareagował w typowy sposób, rozliczając się z pracodawcą do ostatniego grosza albo broniąc do upadłego dobrego imienia. Zadziałał w nowy sposób, najlepszy z możliwych, dzięki czemu mógł liczyć na kolejne zatrudnienie, a nie tylko na szansę przeżycia przez kilka najbliższych tygodni. W przypowieści został za to pochwalony przez dotychczasowego pracodawcę, a przez Jezusa postawiony jako przykład rozsądnego i przebiegłego człowieka.

Uczniu Jezusa, czytelniku Ewangelii, ucz się zatem od bohatera opowieści Jezusa i roztropnie rezygnuj nawet z tego, co sprawiedliwie Ci się należy, a nie tylko z ostatniego wynagrodzenia. Przede wszystkim ucz się rezygnować z egzekwowania długu, który nazywamy winą. Pamiętaj, że prawo sprawiedliwości polega na tym, że co uczynisz Ty, to w zwielokrotniony sposób spotka również Ciebie. Ucz się świadomie działać i zarządzać swoim życiem, a nie reagować w wyuczony sposób, według schematów, rządzących tłumem.  

Odpuszczając dłużnikom winę, możemy liczyć na skreślenie przez Źródło niewyobrażalnie większego długu: „Zyskujcie sobie przyjaciół mamoną niesprawiedliwości, aby, gdy się skończy, przyjęli was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9). Tymczasem egoistyczna pycha okłamuje nas, sugerując, że skoro inni zawinili wobec nas, więc powinni pierwsi wyciągnąć do nas swoje dłonie i prosić o wybaczenie. Tym sposobem, dbając o źle pojmowaną godność i autorytet, tracimy kolejne znajomości, rodzinne i sąsiedzkie relacje, aż w końcu oszukani przez własne EGO zostajemy całkowicie osamotnieni z poczuciem zranienia i życiowej niesprawiedliwości. Jakby tego było mało, zostają przed nami zatrzaśnięte drzwi do wiecznych przybytków, ponieważ prawo sprawiedliwości oddaje nam każdą myśl, uczucie i czyn.

Nie czekajmy na słowo „przepraszam”i nie sądźmy, że niczym psu buda należy się nam ukorzenie się przed nami i przyznanie do winy przez naszych dłużników. Tym sposobem zamykamy przed sobą drzwi wiecznych przybytków. Jeśli chcemy, aby były dla nas zawsze otwarte, skreślajmy cudze długi wobec nas, czyli po prostu wybaczajmy.

Czyste, autentyczne wybaczanie, bez ekonomicznego liczenia strat i zysków, jest rozsądnym i przebiegłym działaniem uczniów Światłości. O czymś takim, jak zraniona godność, uczniowie Światłości w ogóle nie powinni myśleć ani ze sobą rozmawiać.

Wybaczanie jest kluczem do każdych drzwi i sposobem na udział w każdej relacji, wspólnocie i dobru. Wybaczenie bez warunków i bez końca jest najbardziej rozsądnym i przebiegłym zachowaniem, jakie w ogóle można sobie wyobrazić.

Pamiętajmy, że jaką miarą odmierzamy innym, taką miarą odmierzą nam.

Amen.

Dobro i zło (uwagi po orzeczeniu TK i wystąpieniu p. J. Kaczyńskiego)

Okoliczności społeczne i polityczne sprawiły, że napisałem kilka słów o wyłącznym prawie kobiet do decyzji w sprawie zapłodnienia i urodzenia dziecka, i ani jednego słowa o ewentualnych warunkach aborcji, a i tak w komentarzach pod wpisem na moim profilu fb pojawiła się dyskusja poświęcona samej aborcji, a nie kobietom.

Ponieważ jeden z Panów sformułował oczekiwanie pod adresem tzw. przewodników duchowych, aby jasno określili co jest dobre, a co złe, zobowiązałem się odnieść do tego oczekiwania, ale ostrzegam, że to nie będzie kilka słów.

Zabierając się wczoraj wieczorem do pisania nie zdawałem sobie sprawy, że wydarzenia w Polsce i wymiana poglądów na niektórych profilach fb potoczy się w takim kierunku, iż przy okazji wezmę też udział w dyskusji po wystąpieniu wicepremiera Kaczyńskiego.

Zatem do rzeczy. Rozpocznę od pytania, czy powszechne przekonanie, że człowiek powinien w życiu kierować się wiedzą, co jest dobre, a co złe, rzeczywiście jest poprawne pod względem teologicznym i duchowym? Zaznaczam, że nie zajmuję się argumentami dogmatycznymi ani filozoficznymi, ponieważ w moim przekonaniu i w życiowej praktyce chrześcijaństwo jest doświadczeniem duchowym.

Od dawna mnie intryguje, że wielu spośród nas oczekuje poznania dobra i zła, pomimo tego, że: „I dał Pan Bóg człowiekowi taki rozkaz: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść, ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy tylko zjesz z niego, na pewno umrzesz ” (1 Mż 2,16n). Konsekwencją zjedzenia z drzewa poznania dobra i zła jest śmierć, co praktycznie zostało opisane w kolejnym fragmencie biblijnej narracji, znanym jako historia upadku w grzech, a pomimo tego wielu chrześcijan chce kierować się w życiu wiedzą o tym, co jest dobre a co złe. Nie wiem, jak innych, ale mnie to dziwi.

Spójrzmy na to szerzej, ale wciąż z perspektywy biblijnej. W 9-tym wierszu 2-go rozdziału pierwszej księgi ST czytamy: „I sprawił Pan Bóg, że wyrosło z ziemi wszelkie drzewo przyjemne do oglądania i dobre do jedzenia oraz drzewo życia pośrodku ogrodu i drzewo poznania dobra i zła” (1 Mż 2,9). Wygląda na to, że to są dwa drzewa, tylko czy pośrodku mogą rosnąć dwa drzewa? W środku zawsze będzie rosło tylko jedno, nigdy dwa, i zapewne właśnie tak to wyglądało, skoro dalej czytamy: „A wąż … rzekł do kobiety: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie ze wszystkich drzew ogrodu wolno wam jeść? A kobieta odpowiedziała wężowi: Możemy jeść owoce z drzew ogrodu, tylko o owocu drzewa, które jest w środku ogrodu, rzekł Bóg: Nie wolno wam z niego jeść, abyście nie umarli. (…) A gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. …” (1 Mż 3,1-6).

Które drzewo rosło zatem pośrodku ogrodu? Czy było to drzewo życia, czy drzewo poznania dobra i zła? A jeśli to po prostu było to samo drzewo? Z opisu w 1 Mż 2,9 wynika, że tak właśnie było, problemem jest jedynie nasza wyobraźnia, która sugeruje nam dwa drzewa.

O co zatem chodzi? O konsekwencje ludzkiego wyboru! Póki człowiek trwa pod drzewem życia, które jest drzewem wiary, modlitwy, medytacji, nasłuchiwania Boga, drzewo poznania dobra i zła jest z nim tożsame. To jest drzewo jedności z Bogiem, a więc wszelkiej jedności, także z samym sobą, drugim człowiekiem i stworzeniem. Kto trwa pod drzewem życia nie ma potrzeby poznania dobra i zła. Dopiero zainteresowanie się dualizmem sprowadza na człowieka wszelkie nieszczęścia, a drzewo życia staje się drzewem poznania dobra i zła. Po zjedzeniu owoców, które wydają się dobre do jedzenia, miłe dla oczu i godne pożądania wkracza przekleństwo podziału na dobro i zło, a tracąc jedność z Bogiem, człowiek traci jedność z życiem, sobą, bliźnim i wszystkim, co jest jego światem.

Proszę zwrócić uwagę na wyszukaną biblijną argumentację. Wzmianka o owocach dobrych do jedzenia, miłych dla oczu i godnych pożądania ewidentnie oznacza, że wraz z uruchomieniem fizycznych zmysłów pojawiają się kategorie dobra, piękna i przyjemności, czyli etyki, estetyki i erotyki, które nieustannie poddajemy ocenie, poszukując odpowiedzi na pytanie o dobro i zło.

Jakże chciałbym Was przekonać, że poznanie dobra i zła jest niemożliwe, ponieważ jest jednoznaczne z odsunięciem się od drzewa życia, czyli jedności z Bogiem! Bez trwania pod drzewem życia, bez udziału w życiu Boga, bez nasłuchiwania Ducha, bez duchowej jedności ze Źródłem Światła przekonanie, że można poznać dobro i zło jest tylko tragicznym skutkiem zwiedzenia przez ojca kłamstwa, który odwodzi nas od życia. Poznanie dobra i zła jest jednoznaczne z doświadczeniem śmierci. Dlaczego wielu z nas jest przekonanych, że warto poświęcić życie i jedność, aby zyskać śmierć i podział? Czy zbawienie nie polega na przywróceniu jedności z Bogiem? Życie wieczne jest wyjściem z dualizmu i wejściem w Boży świat. Bóg jest jeden i jest jednością. Życie w Nim jest jedno (bez podziału na życie i śmierć) i jest jednością wszystkiego z wszystkim. 

No więc, co jest prawdziwe? Jedność czy dualizm? Światłość wieczna czy efekt podziału, a więc światłość i ciemność ludzkich wyborów? Duchowość czy efekt podziału, a więc tzw. pobożność i tzw. zgorszenie? Miłość czy efekt podziału, a więc moralność i niemoralność? Człowiek Boży czy efekt podziału, a więc zwiedziony (dobry) mężczyzna i zwodząca (zła) kobieta?

Nie dajmy się zwodzić kłamstwu, bo skutkiem jest podział na dobrych i złych ludzi, dobre i złe wybory, piękno i brzydotę, potem segregacja rasowa, religijna pycha, wojna na argumenty o rację, kłótnie polityków, nocne uchwały sejmu, agresywne manifestacje, pęknięte rodziny, sąsiedzka nienawiść, cierpienie, łzy i śmierć.  

Moi Kochani, czy tego nie widzicie? Naprawdę nie widzicie? To przecież EGO przekonuje nas, że możemy dowiedzieć się co jest dobre, a co złe, bo ono jest narzędziem ojca kłamstwa. Wystarczy powrócić do drzewa życia, które jest drzewem wiary, modlitwy, medytacji, nasłuchiwania Boga, aby wejść w rozświetlony świat życia i miłości. Nie ma takiej możliwości, żeby wolne miejsce po modlitwie i medytacji mogło zostać zajęte przez cokolwiek innego poza racjonalnym dowodem. Gdy nie nasłuchujemy Ducha potrzebujemy racjonalnej argumentacji w postaci etyki. Gdy brakuje nam duchowości rozglądamy się za religijną estetyką, a deficyt miłości zaspokajamy agresywną seksualnością.

Jeśli poznanie dobra i zła jest krokiem ku śmierci i nieszczęściu, czy pozostaje nam tylko modlitwa, medytacja i słuchanie Boga? Nie. Każdy pragmatyczny krok ku jedności, którym przezwyciężamy kolejny aspekt dualizmu, jest działaniem w polu miłości, która jest większa od najpiękniejszej modlitwy, najwznioślejszej medytacji i najbardziej uczonej interpretacji biblijnych tekstów!

Miłość nie pyta o dobro i zło, ponieważ nie jest arbitralna. Miłość nie ujawnia się sądem, ale szukaniem i pomocą. Dlatego Jezus z Galilei powiada o sobie, że nie przyszedł sądzić, ale szukać i zbawiać.

Miłość tworzy przestrzeń bezpieczeństwa, w której może schronić się każdy cierpiący, prześladowany, oskarżony.

Miłość z dwojga tworzy jedność. Jest zrozumieniem, że nie ma jasnej i ciemnej strony księżyca, który jedynie odbija światło słońca. Gdyby nie było słońca, cały księżyc byłby pogrążony w ciemnościach, więc gdyby nie było Boga, cały człowiek też byłby pogrążony w ciemnościach. Jeśli zatem w człowieku jest jakieś światło, to jest ono odbiciem Wiecznego Źródła Światłości. Jeśli zaś jest w nas ciemność, to wyłącznie dlatego, że nie odbijamy Źródła. Tylko jakim sposobem człowiek pogrążony w ciemnościach, mógłby zobaczyć ciemność w drugim? Czyż nie tonie raczej we własnych ciemnościach?

Dziełem miłości zawsze jest jedność, a nie podział. Dopiero w jej świetle można dostrzec, że nie ma ciemności poza człowiekiem, który stworzył podział na dobro i zło, dobrych i złych ludzi, dobre i złe wybory. Ciemność i zło pojawiają się w nas, gdy chcemy poznać dobro i zło. Znikają, gdy wracamy do drzewa życia, to znaczy jedności z Bogiem i w Bogu z wszystkim i wszystkimi. Wtedy wszystko znowu zaczyna jaśnieć blaskiem Stwórcy, a człowiek przestaje być podatny na pokusę wiedzy, co jest dobre i co złe. Rozumie i wie, że źdźbła w oku bliźniego nigdy nie było. Co najwyżej było cieniem belki z własnego oka. Gdy belka zostaje usunięta, znika też źdźbło.

Miłość jest sprawiedliwa, więc nie potrzebuje prawa, regulaminu czy wytycznych, udzielanych przez oświeconych przewodnikówapodyktycznych naczelników. Czerpie bezpośrednio z bożego źródła Życia, więc chroni życie bez zbędnych odważników. A to oznacza, że miłość jest odważna. Piękny język polski podpowiada nam, że albo używa się odważników dobra i zła, albo jest się odważnym w podejmowaniu wolnych i odpowiedzialnych decyzji. Pomiędzy nie ma niczego. Sprawiedliwość uznaje prawo człowieka do złamania norm prawnych i moralnych, gdy wobec niego zostało złamane inne prawo i w konsekwencji miałby cierpieć dwakroć (dla przykładu przemyśl historię Tamar: 1 Mż 38, 1-26).

Miłość jest autonomiczna, dlatego jednocześnie spełnia rolę współczulną i przywspółczulną. Miłość nie pyta o motywacje, nie kieruje się logiką i nie jest biegła w arytmetyce moralności. Jej zadaniem jest ochrona przed śmiercią ze stresu, więc mobilizuje zasoby jednostki i społeczeństwa do ochrony, gdy pojawia się zagrożenie, a nocą pomaga rozluźnić się i odpocząć. Miłość nie walczy, gdy nastaje ciemność, ale wchodzi w stan zaufania, że wszystko dobrze się skończy, czyli zgodnie z wolą bożego Źródła Życia, które dba o wszystkie aspekty i przejawy życia, których nie jesteśmy w stanie dostrzec i zrozumieć.

Miłość wreszcie jest pełnym naczyniem. Dopóki naczynie, którym cieleśnie jesteśmy na błękitnej planecie, nie jest pełne, widać jedynie formę, czyli prawo, strukturę, EGO. Wtedy poznanie dobra i zła, aby móc arbitralnie rozstrzygać, wydaje się jedynym sposobem na miłość. Ale tak jest tylko do czasu. Pozwalajmy Duchowi napełnić nas sobą. Po jakimś czasie jesteśmy pełni życia, prawdy i miłości, które zaczynają się przez nas przelewać. Wówczas forma przestaje mieć znaczenie, a my, ożywieni Duchem życia, prawdy i miłości, uzdrawiająco dotykamy każdej rany i leczymy każde cierpienie.

Podobne jest Królestwo Niebios do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. A kiedy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel i nasiał życicy między pszenicę, i odszedł.A gdy zboże podrosło i wydało owoc, wtedy się pokazała też życica. Przyszli więc słudzy gospodarza i powiedzieli mu: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swojej roli? Skąd więc życica?A on im rzekł: To nieprzyjaciel uczynił. A słudzy mówią do niego: Czy chcesz więc, abyśmy poszli i wybrali ją? A on odpowiada: Nie! Abyście czasem wybierając życicę, nie wraz z nią nie powyrywali pszenicy. Pozwólcie obydwom róść razem aż do żniwa. A w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw życicę, powiążcie w snopki na spalenie (oczyszczenie przez ogień, czyli odsłonienie tego, co teraz jest zakryte), a pszenicę zwieźcie do mojej stodoły” (Mt 13,24-30).

Nakładanie rąk

Motto:

Nie otrzymujemy mądrości,

musimy sami ją odkryć w podróży,

której nikt za nas nie odbędzie”.         Marcel Proust

Przed dwudziestu laty na plebanię w Brennej raz w tygodniu przyjeżdżał Pan od nakładania rąk. Przed budynkiem ustawiały się kolejki z całego Górnego Śląska. Czy muszę dodawać, kto Go wynalazł, a potem spełniał rolę odgromnika po uderzeniach bogobojnychchrześcijańskich piorunów?

Wtedy zacząłem interesować się uzdrawianiem i zrozumiałem, że człowiek jest polem energii. O fizyce kwantowej nie wiedziałem jeszcze wiele, ale o darze uzdrawiania przez nakładanie rąk i owszem z Nowego Testamentu: „I rzekł im: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony. A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych kłaść ręce będą, a ci wyzdrowieją” (Mk 16,15-18) albo: „A gdy Paweł zgarnął kupę chrustu i nakładał ją na ogień, wypełzła od gorąca żmija i uczepiła się jego ręki. (…) Lecz on strząsnął gada w ogień i nie doznał nic złego; (…) I zdarzyło się, że ojciec Publiusza leżał w gorączce i chorował na czerwonkę; Paweł poszedł do niego i modlił się, a włożywszy na niego ręce uzdrowił go. (…)” (Dz 28,3-9).

Poza tym literatury na ów temat wówczas wciąż było mało, a w Kościele nie było z kim rozmawiać. Zanim zdążyłem się nauczyć, Pan od nakładania rąk po jakimś czasie odszedł swoją drogą, więc nie pozostało mi nic innego, jak znaleźć własną drogę praktycznej, chrześcijańskiej duchowości, aby samodzielnie szukać inspiracji w sobie oraz w tym, co udaje się przeczytać. 

Wiem, że niektórych to szokuje, ale naprawdę całkiem niepotrzebnie. Kto w taką podróż udaje się z ufna modlitwą, tego Duch Jezusa prowadzi drogą Bożą, na której nic złego nie może się wydarzyć. Więc wpierw zacząłem badać i medytować nad tekstami ze Starego i Nowego Testamentu, o których od czasu studiów byłem pewien, że zawierają ślady starych szamańskich praktyk. Potem do mojej świadomości dotarło, że przecież Jezus był w Egipcie przynajmniej jeden raz z rodzicami i naprawdę nie wiadomo ile miał lat, gdy wrócił, ponieważ data Jego narodzin nie jest pewna. Poza tym, czy cokolwiek wyklucza, że mógł tam ponownie pójść? Skoro Mojżesz stosował praktyki terapeutyczne, których nauczył się w Egipcie, dlaczego nie Nowy Mojżesz?

O dalszej drodze, którą szedłem, pisał nie będę, ponieważ nie temu poświęcam ów tekst, mimo wszystko nie mam powodu, aby jej nie zasygnalizować. W każdym bądź razie dziś jestem pewien, że klasyczna, ortodoksyjna duchowość skutecznie zaorała duchowe praktyki pierwszych pokoleń, których źródłem jest Mistrz z Galilei. Pierwsze pokolenia znały je i praktykowały. Wydaje mi się, że ostatki padły wraz z Katarmi. Czasem miewam przeczucie, że Waldensi coś uratowali, ale do tej pory nie upewniłem się. Bardzo ciekawe i dające do myślenia są jeszcze wypowiedzi niemieckich mistyczek i mistyków. Tego też nie wiem, czy pisali z natchnienia, czy mieli dostęp do resztek tej wiedzy. Osobiście jestem zobowiązany śp. prof. W. Benedyktowiczowi, że w trakcie studiów w ramach pracy nad tekstami teologicznymi zostałem zmuszony do zainteresowania się Mistrzem Eckhartem. Jednak porównując teksty Anioła Ślązaka z pismami wspomnianych wyżej mistyków mam wrażenie, że były to wglądy i natchnienie, a nie wiedza.

Na koniec wstępu wspomnę jeszcze jedną rzecz. Otóż młodsze Koleżanki i Koledzy nie zdają sobie sprawy, jak wiele mogą się nauczyć i zrozumieć z podręczników do fizyki kwantowej oraz biologii, zwłaszcza molekularnej oraz epigenetyki, a wystarczyłyby tytuły popularno-naukowe. To fundament, aby spojrzeć na człowieka z perspektywy naukowej. Życzę im pysznego zadowolenia i wielkich oczu zadziwienia, gdy biblijne i późniejsze pojęcia z zakresu antropologii teologicznej i duchowości staną się im niespodziewanie współczesne i zrozumiałe.

W każdym bądź razie dla jakiegoś wcale nieoczywistego powodu, mimo wszystko z wielką szkodą dla wszystkich, chrześcijańska teologia i duchowa praktyka sukcesywnie zrzekała się prawa do korzystania z charyzmatu uzdrawiania, aż w epoce postkartezjańskiej ostatecznie podpisała dokument kapitulacji. Co prawda w USA i w niektórych Kościołach charyzmatycznych w Europie próbuje się ów charyzmat z wdzięcznością rozwijać, jednak przykłady są tak nieliczne, że giną w oceanie medycyny konwencjonalnej. 

Czy rozsądnie? Czy na pewno zgodnie z wolą Jezusa Chrystusa? Moim zdaniem, oczywiście że nie.

Problem i to wcale niemały polega na tym, że niektórym chrześcijanom wydaje się, że wystarczy gorliwa modlitwa, aby moc Boga manifestowała się w cudownych uzdrowieniach. Owszem bywa i tak, jednak do myślenia musi dawać fakt, o czym już  pisałem, że dar uzdrawiania jest związany z wyższym stopniem duchowej zażyłości z Mistrzem, a więc przebywania w Jego szkole.

Wszystkim, oderwanym od rzeczywistości, zadaję teraz bardzo ważne pytanie: Skoro uznajemy za pewnik, że naukowa medycyna potrafi człowieka uzdrowić, dlaczego jednocześnie sądzimy, że uzdrawianie praktykowane przez tych, który uwierzyli w imię Jezusa, może obejść się bez nauki i solidnej wiedzy o człowieku?

Nie dziwię się, że medycy drwią i umierają w spazmach śmiechu! 

A od siebie dodam, że również mam z tym problem, ponieważ walcowanie Boga modlitwami i zmuszanie Go do działania z tytułu wyimaginowanej pewności, że wystarczy wezwać imię Jezusa Chrystusa, aby uzdrowić, świadczy tylko o jednym. Niestety o wielkiej duchowej pysze.

Bóg działa suwerennie i dlatego zdarza się, że uzdrawia kogoś nawet bez naszych modlitw. Innym razem zgodnie z naszymi modlitwami. Jednak, czy nie po to objawił swoją chwałę w Jezusie z Galilei, abyśmy zobaczyli pełnię boskości w pełni człowieczeństwa? A po drugie, czy nie po to Jezus poświęcił kilka lat życia wybranym przez siebie uczniom, aby ich czegoś nauczyć i móc oczekiwać, że tego samego nauczą następnych?

To prawda, że wiedza o uzdrawianiu w dużej mierze została stracona, jednak po pierwsze nie do końca, a po drugie Duch Jezusa jest duchem mądrości i wszelkich dobrych darów i umiejętności. 

Uzdrawianie przez nakładanie rąk to znak, towarzyszący wierzącym! Jest darem, o który mamy obowiązek dbać i rozwijać go. Wszystko zależy od Bożego powołania, czyli obdarowania, i od ludzkich umiejętności. Skoro dla zbawienia każdego człowieka Słowo stało się ciałem, więc pełnia boskości manifestuje się w pełni człowieczeństwa!

Uczmy się człowieczeństwa i rozwijajmy jego pełnię: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie, bo Ja idę do Ojca” (J 14,12). 

Błędy, popełniane przez praktykujących nakładanie rąk, sprawiają, że charyzmat nie rozwija się, a medycy patrząc na nas drwiąco mrużą oczy.

Najważniejszy błąd polega na tym, że wielu uzdrawiających charyzmatyków ma dualistyczną koncepcję człowieka jako złego ciała i dobrej duszy. Nie widzą Jedności, która manifestuje się we wszystkim, więc też w człowieku. To oznacza, że mają zbliżoną do medycyny konwencjonalnej koncepcję uzdrawiania. Nie praktykują holistycznego uzdrowienia człowieka, a jedynie oczekują, że chore miejsca, które medycyna leczy środkami farmakologicznymi i skalpelem, Bóg uzdrowi swoją mocą. Zainteresowani są wyleczeniem choroby, a nie uzdrowieniem człowieka.

Kolejny błąd to zwykła ludzka pycha. Praktykujący uzdrawianie przez modlitwę i nakładanie rąk wyobrażają sobie, że zostali obdarowani cudowną mocą, która mogą swobodnie zarządzać. Figa z makiem z pasternakiem! Człowiek Boży, obojętnie czy powołany do prorokowania, nauczania czy uzdrawiania, nie posiada żadnej nadmocy, którą mógłby dowolnie dysponować. Jest po prostu kanałem, medium, narzędziem, epifanią Bożej mocy. Ulubiony przeze mnie obraz to pęd, który jedynie pod tym warunkiem, że jest idealnie pusty, może stać się instrumentem dla cudownych dźwięków, uzdrawiającej  muzyki  Boga. Pustka oznacza pozbycie się EGO i całkowite oddanie się Bogu. Im mniej pychy, tym skuteczniejszy mówca, nauczyciel, czy uzdrowiciel. Pycha tłumaczy też nieudolność i niewydolność współczesnego systemu oświaty i służby zdrowia. Nauczyciele i medycy zapominają, że służą Życiu i Miłości, więc pychą wiedzy oraz mocy swoich wyimaginowanych autorytetów skutecznie uniemożliwiają Bogu działanie.

Trzecim błędem jest brak cierpliwości. Bywa, że Bóg uzdrawia w mgnieniu oka, innym razem proces trwa dłużej. Doświadczał tego nawet Mistrz z Galilei! Proszę uważnie przeczytać opowiadanie  o uzdrowieniu ślepego w Betsaidzie (Mk 8,22-26). Prawdziwe uzdrowienie zawsze następuje od wewnątrz na zewnątrz, od przyczyny, którą jest duchowy problem, do cielesnej manifestacji. Dzieje się coś w ukryciu, więc na początku najczęściej niczego nie da się zauważyć. Poza tym cierpliwość uczy współodczuwania i przyjmowania cierpiącego człowieka takim, jakim jest. Uzdrawiać można jedynie z poziomu serca, czyli z energetycznego pola miłości. Nakładający dłonie nie może budować relacji z cierpiącym, mając poczucie wyższości i litości.

Czwarty błąd to oczywisty brak wiedzy o człowieku, począwszy od przyjętych przez ogół naukowców wyników badań i aktualnych hipotez współczesnej biologii i fizyki, a skończywszy na starożytnej mądrości, zwłaszcza chińskiej i hinduskiej. Na Polinezji i wśród plemion dalekiej Syberii także można znaleźć wiele ziaren mądrości, która rozjaśnia ewangeliczne świadectwa o duchowej praktyce Mistrza z Galilei. Jeśli zaś idzie o modną obecnie tradycję Indian, propagowaną zwłaszcza w Internecie, jestem dalece ostrożny, ponieważ świadectwa o niej noszą ślady popkulturowej miazgi i można w nich odnaleźć wyraźne przeszczepy ze Wschodu. Praktykując uzdrawianie przede wszystkim trzeba uczyć się tego, w jaki sposób i dlaczego ciało w taki a nie inny sposób uzewnętrznia duchowe przyczyny. Uzdrawianie dosięga wewnętrznego problemu, ponieważ dopiero wówczas możliwe jest trwałe usunięcie cielesnych skutków, które mylnie są utożsamiane z chorobą.

Piąty błąd to brak zaufania, że uzdrawiający Bóg może skutecznie wykorzystywać wierzących i lęk przed kompromitacją albo nieudanymi próbami. „… Bo zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie” (Mt 17,20).

Szósty błąd to brak wdzięczności za wszystkie, nawet najmniejsze dary życia. Praktykowanie wdzięczności oczyszcza serce i wzmacnia duchową energię. Wdzięczność za wszystko uruchamia szeroki strumień darów, za które będą wdzięczni także uzdrowieni. Pamiętajmy, że obdarowywać możemy jedynie tym, w czym sami uczestniczymy! Człowiek niezadowolony, wieczny malkontent, widzący więcej ciemnych stron życia aniżeli darów Światła i Miłości, nie ma w sobie duchowej lekkości, którą wykorzystuje Bóg. Zwłaszcza nakładając dłonie trzeba być świadomym własnego ciała, aby wyczuwać ich najmniejsze drgnienia, ponieważ w ten sposób pokazują, w którą stronę chcą się przesuwać albo na dłużej pozostać w jednym miejscu.

Siódmy błąd to brak miłości, ale naprawdę tej fundamentalnej. Energią, znaną jako kwarki i fotony, która stworzyła świat, jest Miłość. Miłością też uzdrawiamy. W największym uproszczeniu choroby są skutkiem braku Miłości w człowieku. Wielkich i małych dziur po Miłości nie zalepimy chemicznymi substancjami ani nie naprawimy zręcznym skalpelem. Duchową tkankę człowieka może odbudować jedynie Miłość.  

Na koniec wspomnę o roli modlitwy, która niczym klamra wszystko łączy i spaja, w tym również uzdrawianego i uzdrawiającego z jedynym źródłem uzdrowienia, którym jest Bóg. Nie chodzi tylko o modlitwę przed i w trakcie nakładania rąk. Co prawda jest wisienką, bez której nie byłoby zwieńczenia pysznego tortu, jednak szczerze mówiąc, bez niej tort niewiele traci na wartości. Bez codziennej modlitwy, praktykowanej jako modlitwa słów i modlitwa ciszy, którą zwiemy też medytacją, na niewiele przydają się szczere chęci oraz dobra intencja. Modlitwa szlifuje duchowość. Uwrażliwia na tajemnicę, której podczas uzdrawiania trzeba się bezwzględnie oddać. Nakładający dłonie widzi i rozumie jedynie wystający ponad wodę wierzchołek góry. Prawdziwy lód, czyli wewnętrzna, duchowa przyczyna choroby, pozostaje ukryta i należy wobec niej zachowywać wieki respekt, aby nie zranić przecież już cierpiącego człowieka. Modlitwą otwieramy się na działanie Ducha i jeśli Najwyższy zechce nam odsłonić coś zza zasłoniętej tajemnicy, otrzymamy ów dar. Jeśli jednak dla jakiejś przyczyny nie powinniśmy tego poznać, uzdrowienie nastąpi w sposób odpowiedni dla chorego, a nie ze względu na pyszne oczekiwania uzdrawiającego, który życzyłby sobie mieć poczucie pełnej kontroli i władzy.

Muszę kończyć, bo wpis robi się długi, jednak do tematu będę wracał chociażby z powodu zalecenia, aby unikać dotyku, powtarzanego przez Kościoły bez głębszej refleksji.

W Jezusie przekroczyć Jordan – rozmyślanie na 11 października

To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. Nie jest ono na niebie, aby trzeba było mówić: Któż nam wstąpi do nieba i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Nie jest też ono za morzem, aby trzeba było mówić: Któż nam się przeprawi za morze i do nas je sprowadzi, i nam je oznajmi, abyśmy je spełniali? Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i dobro oraz śmierć i zło! Gdyż ja nakazuję ci dzisiaj, abyś miłował Pana, Boga twego, chodził jego drogami i przestrzegał jego przykazań, ustaw i praw, abyś żył i rozmnażał się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść. Jeżeli zaś odwróci się twoje serce i nie będziesz słuchał, jeżeli dasz się odwieść i będziesz oddawał pokłon innym bogom oraz im służył, to oznajmiam wam dzisiaj, że zginiecie i niedługie będą wasze dni na ziemi, do której przeprawiasz się przez Jordan, aby dojść do niej i objąć ją w posiadanie. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię. Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo, miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, która Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.                                                                                5 Mż 30,11-20

Izrael stoi nad Jordanem u wrót ziemi, którą JESTEM przeznaczył na mieszkanie dla ludu bez ziemi. Jakże blisko i daleko jednocześnie. Za Izraelem 40 lat na pustyni, przed nim ostatni akt przekroczenia wody. No i jeszcze jedno. Do brzegu doszedł, prowadzony przez Mojżesza, który zostanie po pustynnej stronie wody. Izrael przekroczy Jordan z Jozue, czyli Jezusem (mię Jozue jest zhellenizowaną formą imienia Jezus). 

1. Wybór SŁOWA

Po doświadczeniu pustyni, oczyszczeniu ogniem, Lud przygotowany do zasiedlenia krainy mleka i miodu musi przyjąć słowo: „Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił”, które przeprowadzi go przez wodę. Dlatego Mojżesz, prawodawca, pozostanie po tej stronie rzeki, po której nauczycielem było prawo i kult. Pod przewodnictwem Mojżesza Lud przeszedł przez wielką wodę i został oczyszczony w ogniu pustyni. Przejście przez małą wodę i wejście do Kanaanu, do ziemi obiecanej, czyli odpocznienia, będzie możliwe z tym, który wypowiada słowo, z Jezusem. Proszę to zapamiętać, ponieważ wrócę do tego obrazu na zakończenie.

Uważny Czytelnik Starego Testamentu dostrzeże, że ta historia jest kalką opowiadania o Noe, który musi zapanować nad żywiołem wody, jeśli wraz z rodziną chce przeżyć. Jesteśmy przyzwyczajeni do wyobrażania sobie sprawiedliwego Noego, jako budowniczego arki, statku, aby nie utonąć. To jednak jest tylko obraz, figura, ułatwiająca zapamiętanie oraz interpretację. Dziś Młodzi powiedzieliby interfejs. W rzeczywistości Noe musi sobie stworzyć SŁOWO, którym przepłynie wielką wodę i znajdzie suchy ląd. Z topieli, czyli z przeszłości, z przywiązania do tego, co było i co samemu można osiągnąć i do czego lgnie ludzkie serce, można przejść ku błogosławionej przyszłości, pełnej życia, jedynie dzięki SŁOWU.

W głębinach wodnych, w przerażającej otchłani nieświadomości znajduje się szeol, kraina śmierci. Żeby przepłynąć albo przejść na drugi brzeg potrzebne jest SŁOWO, które nie jest daleko, bo w sercu i ustach. O skutkach odrzucenia tego SŁOWA boleśnie przekonał się Jonasz, który o dziwo (czy naprawdę tylko przez przypadek?) został wyrzucony ze statku.

Noe przyjął SŁOWO, które go uratowało. Jonasz chciał przed nim uciec, więc zginął w morskiej otchłani i wszedł do krainy śmierci.

Żeby nie zginąć trzeba przyjąć SŁOWO, w którym przepłynie się przez wodę na drugi brzeg. Potrzebne jest SŁOWO, które staje się korabem. Potrzebne jest słowo życia i błogosławieństwa, które Bóg ofiarowuje człowiekowi: „Położyłem dziś przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierz przeto życie, abyś żył, ty i twoje potomstwo”.

Po Mojżeszu potrzebny jest Jezus!

Kto nie wsiada do arki, tonie.

Do Jezusa przychodzi ktoś, kto nie chce wpaść do wody i utonąć w przeszłości. Pragnie wejść do Kanaanu: „Co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny?” (Mk 10,17). Od młodości żyłem według Dekalogu – dodaje. W odpowiedzi słyszy: „Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie” (Mk 10,21). Nie o majątek sam w sobie rozchodzi się Nauczycielowi z Galilei, ale o przywiązanie do bogactwa, czyli o nadzieję na przyszłość, pokładaną z tym, co mamy z przeszłości.  

Z tym, co próbujemy ze sobą zabrać z przeszłości ku przyszłości, nie przejdziemy przez ucho igielne, którym jest nasze TERAZ: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Mk 10,25). To najczęściej oczywiście jest bogactwo materialne, ale może być cokolwiek, bez czego nie wyobrażamy sobie wejścia do Ziemi Obiecanej. 

Tymczasem wystarczy jedno SŁOWO, które ma wartość życia wiecznego. Cokolwiek uznajemy za nasze bogactwo i tak nie może równać się z jego wartością. Tym SŁOWEM jest imię następcy Mojżesza: JEZUS.

Co wybierasz: życie czy śmierć, błogosławieństw czy przekleństwo?

2. JESTEM jest zbawieniem

SŁOWO, będące arką, w której przepływamy przez wielką wodę nieświadomości, czyli z wiarą chodzimy po powierzchni wody, jest wyznanie: JESTEM jest zbawieniem.

SŁOWEM, prowadzącym nas przez wody Jordanu do Ziemi Obiecanej, jest zatem świadomość, że poza związaniem się z Bogiem, który jest Życiem, nie ma dla nas ratunku: „To przykazanie bowiem, które ja ci dziś nadaję, nie jest dla ciebie ani za trudne, ani za dalekie. (….) Miłując Pana, Boga twego, słuchając jego głosu i lgnąc do niego, gdyż w tym jest twoje życie i przedłużenie twoich dni, abyś mieszkał na ziemi, która Pan przysiągł dać twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi”.

Żeby po przekroczeniu Wielkiej Wody przeżyć doświadczenie pustyni, czyli uwolnienia od egipskiego dobrobytu i poczucia bezpieczeństwa, potrzebny był Mojżesz, a więc prawo i kult, zobowiązanie i dyscyplina. Jednak kolejny etap, którym jest przejście przez Małą Wodę, zawdzięczamy Jezusowi, czyli słowu JESTEM jest zbawieniem.

JEZUS jest SŁOWEM (arką), w którym z pustynnego brzegu można przejść na drugą stronę Jordanu, do krainy mleka i miodu, krainy wiecznego życia, krainy odpocznienia i zbawienia. Jednak po stronie pustyni trzeba zostawić wszystko, bo zabrać można tylko siebie. Trzeba zostawić prawo, czyli dyscyplinę. Ona jest potrzebna w oczyszczeniu się z pożądliwości i na nic nie przydaje się w krainie zbawienia, gdzie miejsce dyscypliny zajmuje odpoczniecie. Pierwsze jest działaniem Mojżesza, drugie darem w Jezusie: „Prawo bowiem zostało nadane przez Mojżesza, łaska zaś i prawda, stała się przez Jezusa Chrystusa” (J 1,17). Pierwsze jest pracą człowieka, drugie darem Najwyższego JESTEM.

Czy pojmujecie, zwłaszcza wszyscy, którym wydaje się, że pokonywanie dwóch tam, czyli dwóch działów wodnych, czyli Wielkiej Wody i Małej Wody, o którym niestrudzenie piszę i nauczam, nie jest żadną czczą filozofią, którą zwodzę niewinnych? Nie jest też propagowaniem i promowaniem innych duchowych Mistrzów, w miejsce Jezusa! To jedynie i aż przełożenie wielowiekowej, biblijnej tradycji, wyrażonej symbolicznie, na współczesny język, aby uprzystępnić zrozumienie biblijnych tekstów, których duchowe  znaczenie przez wieki było zakrywane.

Moim jedynym pragnieniem jest uświadomienie w możliwie najprostszy sposób, z użyciem przekonujących obrazów, znaczenia duchowej pracy, którą musi wykonać każdy człowiek, obdarowany Bożym zbawieniem.  

Wszak decyzję każdy musi podjąć sam: Wybieram życie i dobro czy śmierć i zło? Wybieram błogosławieństwo czy przekleństwo? „Lecz bardzo blisko ciebie jest słowo, w twoich ustach i w twoim sercu, abyś je czynił. Decyzję podejmuję ustami, na podstawie skarbu, który mam w sercu: „Albowiem sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje ku zbawieniu ” (Rz 10,10). Wyznawanie ustami, że Jezus jest SŁOWEM, które wprowadza do odpocznienia, jest duchowym odpowiednikiem przejścia przez Jordan pod wodzą Jezusa, następcy Mojżesza.

Wielką Wodą jest przepona. Po wyjściu z wody stajemy się wolni, aby w pustynnym doświadczeniu ognia, czyli w przestrzeni serca, pozbyć się EGO i dojść do Małej Wody, którą jest gardło. Przejście przez nią to manifestacja zbawiającej mocy JESTEM, dzięki któremu wchodzimy do odpocznienia.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. Amen.

Wiara albo władza

We wcześniejszym wpisie, zatytułowanym Odpoczniecie czyli wejście do Królestwa Niebios, użyłem figury, która powtarzalną naocznością miała dać do myślenia, a może pozostać w pamięci Czytelników. Chodzi mianowicie o równanie wiedza = władza. Dziś chcę do niego powrócić, żeby przyjrzeć się władzy samej w sobie oraz pokazać przynajmniej niektóre negatywne skutki ulegania potrzebie władzy.

We wspomnianym wyżej tekście starałem się przekonać, że istnieje także pozytywny rodzaj władzy, którym jest wiedza. Jednak to nie jest wiedza książkowa, oparta na argumentach z przeszłości, której oddajemy władzę nad życiem, utożsamiając się np. z dowodami naukowymi, których sami nie potrafimy zweryfikować. Wówczas bowiem wiedza innych ludzi zawłaszcza nas i czyni z nas niewolników potrzeby władzy. Ulegają jej najczęściej nauczyciele i księża, zmuszając dzieci i młodzież do przyswajania wiedzy, która nie jest ich życiową mądrością. Sami poddali się władzy cudzej wiedzy nad sobą i zmuszają następnych do podobnego aktu poddaństwa, czerpiąc satysfakcję z władzy nad innymi. Proszę się nie nadto nie oburzać, ponieważ najczęściej są to procesy i zachowania nieuświadomione.

Jednak wiedza serca, czyli mądrość utkana z życiowych doświadczeń codzienności, gdy z największą uważnością i czułością nasłuchujemy Ducha i wyglądamy Bożych znaków, aby w naszej woli wypełniała się Boża wola, staje się duchową władzą nad życiem, którą po prostu nazywamy wiarą.

Wiara nie jest infantylną emocją, chociaż też jest emocją.

Wiara nie jest ślepym naśladowaniem, chociaż szuka natchnienia w przykładach życia innych ludzi.

Wiara nie jest racjonalnym rozstrzygnięciem, chociaż bez udziału rozumu stacza się w pragnienie, które nigdy nie zostaje zrealizowane.

Wiara nie jest wewnętrznym odczuciem, chociaż gdyby nie miała związku z odczuciem pokoju i szczęścia nie spełniałaby zbawiającej roli.

Wiara nie jest przyjęciem hipotezy Boga w poczuciu bezsilności i braku sprawczości we własnym życiu, chociaż bez mocnego związania się w godzinie ciemności z tym, co niej jest zmysłowe i materialne, nie byłaby sobą.

Mógłbym napisać jeszcze kilka tego rodzaju (apofatycznych = negatywnych) albo lepiej rzecz nazywając binarnych definicji wiary, tylko że nie miałoby to sensu. Chciałem jedynie unaocznić najważniejszą cechę wiary, z której zdecydowana większość nas, mających się za wierzących, nie zdaje sobie sprawy. Otóż z mojego doświadczenia wiary wynika, że tylko jedną rzecz mogę o niej powiedzieć i napisać bez cienia wątpliwości.

To mianowicie, że wiara nie jest władzą.

Jeśli cokolwiek zaczyna nosić cechy władzy albo jest potrzebne do sprawowania władzy (w pewnych sytuacjach jest nią po prostu kontrola) na pewno nie jest wiarą. Co prawda wiara i władza spełniają podobną rolę, ponieważ  każdy człowiek chce się czuć bezpiecznie i mieć poczucie kontroli oraz sprawczości. Jednak wiara zapewnia zupełnie inny rodzaj bezpieczeństwa i sprawczości, aniżeli władza. Jeśli zatem świadomie dostrzegam, że cokolwiek zaczyna w moim życiu spełniać rolę władzy, chociażby przynależało też do sfery wiary, muszę z tego zrezygnować i wyrzec się tego.

Władza zapewnia bezpieczeństwo i sprawczość przez siłę, która zdobywa i kontroluje, wiara tymczasem przez moc miłosnego przyciągania.

Władza jest ruchem na zewnętrz, wiara zawsze do wewnątrz.

Władza jest życiem według ciała, wiara jest życiem według ducha.

Władza jest pilnowaniem tego, co jest dostępne zmysłom i rozumowi, zaś wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, chociaż zmysłowo tego nie poznajemy, ponieważ jest w polu energii serca (Hbr 11,1).

Władza wreszcie czyni człowieka ociężałym, wystraszonym, chorym, zaś wiara przeciwnie, czyni go lekkim, miłującym, zdrowym. 

Ludzie wiary wyróżniają się łatwą do zauważenia cechą. Jest nią gracja. Człowiek wiary porusza się z gracją, ponieważ jego życiowe siły łatwo i swobodnie płyną przez całe ciało. Jego sposób bycia jest pełen wdzięku, ponieważ nie jest przywiązany do EGO, które wyspecjalizowało się w używaniu władzy. Nie jest więc przywiązany do nikogo i  niczego, również do samego siebie i do tego, co osiągnął. Ponieważ niczego nie trzyma się kurczowo, więc wszystko swobodnie przepływa przez jego życie, co najlepiej pokazuje ciało. Jeśli bowiem powstają energetyczne blokady, natychmiast uwidaczniają się w napięciu mięśni i usztywnieniu kośćca.

Człowiek wiary napełniony jest boskością, zatem stanowi jedność z własnym ciałem, a przez ciało z wszystkim, co jest żywe, ostatecznie z całym stworzeniem. Jego duch płonie jasnym płomieniem wewnętrznego światła, co szczegółowiej opisałem w tekście o konfirmacji. Człowiek prawdziwej wiary pozbył się potrzeby sprawowania kontroli, która zawsze jest hierarchiczna. Zaczynamy od kontrolowania siebie, aby móc kontrolować drugiego człowieka. Potem nieszczęście władzy rozlewa się już po całym świecie.

Czy domyślacie się, moi Przyjaciele, dlaczego umieściłem ten tekst na blogu?  Żeby podzielić się własnym doświadczeniem i przestrzec przez niebezpieczeństwami, czyhającymi na każdego, gdy wiarę pomyli z władzą.

Jeśli wydaje się Wam, że skoro dziś jesteście lekko niesieni na skrzydłach wiary, to możecie mieć pewność jutra, już straciliście czujność i lecicie w przepaść, ponieważ sądzicie, że ów stan będzie trwał wiecznie. Tymczasem wiara jest czujną reakcją na każdy bodziec (każdorazowo inny), przychodzący ze środowiska, w którym żyjemy, a nie pewnością kontynuacji. Tym zajmuje się kontrolująca wszystko władza.

Jeśli wydaje się Wam, że dzięki naśladowaniu np. Jezusa będziecie wieść udane i zbawione życie, już straciliście czujność i lecicie w przepaść, ponieważ każdy z nas jest inny. Nie chodzi o to, żeby być kopią Jezusa, ale żeby w Duchu Jezusa jak On być Dzieckiem Bożym. Wiara jest czułym odkrywaniem siebie w Duchu Jezusa. Wtedy Bóg objawia swoją chwałę w naszej prawdziwości i autentyczności. Wiara jest więc specjalistką od TERAZ. Kopiowaniem  zajmuje się władza, specjalistka od WCZORAJ.

Jeśli wydaje się Wam, że skoro podejmujecie racjonalne decyzje, oparte na obiektywnym Słowie Bożym, to żyjecie według Bożej woli, już straciliście czujność i lecicie w przepaść. Sądzicie, że podporządkowanie się autorytetowi litery jest trwaniem przy źródle życia. Tymczasem wiara jest miłosnym zespoleniem z Duchem. To akt oddania, napełniający serce darami miłości. Władza jest specjalistką od decydowania o znaczeniu słów i zdań, dlatego jej rozstrzygnięcia tworzą więzienia i traumy. Wiara jest kluczem, otwierającym każde drzwi, i mieczem, przecinającym każdy węzeł. Współczesna teologia oddała się w służbę władzy i dlatego bardzo rzadko służy wierze.

Wydaje się, że władza służy życiu. Niestety to jest pozorne, ponieważ władza, która nie jest wiedzą, podszyta jest strachem (tylko wiedza = władza jest wolna od strachu), a co jest podszyte strachem służy śmierci. Władza nie byłaby nikomu potrzebna, gdyby nie ów strach. Z lęku przed utratą życia, próbujemy je kontrolować i dokładnie w tym samym momencie wbijamy nóż we własne życie.

Życiu może służyć i pięknie je rozwijać tylko wiara, która jest zgodą, decyzją, zdolnością, stylem postępowania, rodzajem myślenia, zaufaniem, akceptacją i radosnym, lekkim uczestniczeniem w dzianinie, którą tka Najwyższy. Dlatego wyrażamy ją słowami: „Niech się dzieje wola Twoja”. Dziać się powinna dzianina życia, tkana Miłością i Światłością.

Wiara służy życiu i jest energią miłości. 

Władza służy śmierci i jest energią strachu.

Pomiędzy tymi biegunami Bóg codziennie pyta nas, co wybieramy?

Wiarą, która jest wypuszczeniem wrzeciona z rąk, wybieramy życie, tkane przez Boga.

Władzą, która jest kurczowym trzymaniem wrzeciona, wybieramy śmierć, ponieważ nikt z nas nie potrafi tkać dzianiny życia.

Serwisowanie duszy i duchowe zarządzanie życiem naprawdę nie jest heroiczną zdolnością, ani tym bardziej wyszukaną filozofią.

Rano, otworzywszy oczy, nabierając wdechem powietrze wystarczy świadomie wchłonąć w siebie dar życia, a potem, bez lęku, wydechem oddać to, co się otrzymało.

Co zatem wystarczy?

Z wdzięcznością przyjąć życie, a potem je wypuścić i przestać kontrolować. Wtedy ono stale przez nas płynie, porywa ze sobą, zachwyca i obdarowuje dobrami, których oko nie widziało i ucho nie słyszało.

Wystarczy wiara. Władzą sami się krzywdzimy.

Odpocznienie czyli wejście do Królestwa Niebios

Serce jest paleniskiem Boga. Gdy Bóg sam ogniem jest, me serce paleniskiem, na którym spala On próżności drzewo wszystkie.                          Anioł Ślązak

Słowami Anioła Ślązaka przechodzę do refleksji, poświęconej ostatniemu etapowi duchowego rozwoju człowieka, ponieważ świetnie rekapitulują wcześniejsze rozważania nad znaczeniem doświadczenia ognia. Ogień transformuje nas z istot egoistycznych w prawdziwe, nie potrafiących kochać w miłujące, nieświadomych w świadome. Symbolicznym narządem tej transformacji jest serce, podobnie jak symbolicznym narządem potrzeby posiadania terytorium, przynależności rodowej, zaspokajania potrzeb pokarmowych i seksualnych, realizowanych na poziomie cielesnym, są nerki.

Żałuję, że moi teologiczni adwersarze nie zauważają, iż swoją argumentację wywodzę z obrazowości nowotestamentowej. Życie według ciała jest bowiem uleganiem materialnym potrzebom życia i przeżycia, czyli pokarmu i seksu, zaś życie według ducha jest skutkiem transformacji cielesnego w duchowe dzięki przejściu w sferę serca, a więc ognia.

W świątyni Miłości, którą jest serce, zaczynamy działać z poziomu duchowego. O ile splotowi słonecznemu, poniżej serca, przyporządkowana jest wola działania, o tyle dominującym tematem centrum szyi, powyżej serca, jest słowo: „Niech się stanie wola Twoja”. Dzięki alchemii życia w laboratorium Miłości zaczynia nas i odmienia energia wiary, niczym drożdże zamieniają mąkę w ciasto na chleb. Z wszystkiego się cieszymy, za wszystko dziękujemy, wybaczamy i akceptujemy wszystko, co nas spotyka w postaci doświadczeń. Pozwalamy naszej woli wejść w harmonię z tym, co jest nam darowane. Przestajemy walczyć, upierać się, zmuszać do działania, a więc pożądać i cierpieć. Pojawia się odpoczywanie, beztroska, otrzymywanie bez stawiania żądań, odnajdywanie bez szukania, doświadczanie obecności JESTEM bez wielu słów. Pojawia się cisza upragniona, a ponieważ większość z nas kompletnie nie pojmuje i nie praktykuje duchowego procesu wzrastania i podnoszenia energii, więc ciszę upragnioną łączą z śmiercią. Tymczasem Jezus nie mówi: „Błogosławieni umarli, albowiem oni doświadczą ciszy”, ale: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt 5,5). 

Odpoczniecie jest poziomem duchowego doświadczenia po wyjściu z wody i przejściu przez ogień pustyni. Jakub, Mojżesz, Izrael, Jezus z Galilei to historie, których nie sposób nie potraktować jako biblijnych archetypów duchowej drogi człowieka.

Przejście do ciszy jest uwarunkowane pokonaniem drugiej tamy, czyli gardła. Powyżej niej, w głowie znajduje się symboliczny nous (słowo greckie), czyli umysł, którego nie należy utożsamiać z rozumem. Z tego, co potrafimy nazwać ludzkimi słowami, nous bardziej jest ludzkim potencjałem osiągnięcia pełni świadomości, aniżeli zdolnością racjonalnego myślenia.

Gdy życiowa energia spokojnie płynie przez gardło, potrafimy pewnie i z godnością wyrażać samych siebie oraz kreatywnie oddawać siebie w służbę życia i miłości, czyli Boga.

Zanim opiszę skutki i znaczenie przejścia przez „wąskie gardło”, czyli ewangeliczną „wąską ścieżkę”, którą w ziemskim życiu tylko niewielu powraca do Ogrodu Życia, zadam kilka pytań, aby mieć argument dla dalszej refleksji.

Dlaczego do myślenia nie daje nam zmyślna strategia Mistrza z Galilei, który dla każdego miał dobrą wiadomość o zbawieniu, ale już nie wszystkich uczynił swoimi uczniami?

Dlaczego nie wszystkim, a jedynie uczniom przekazał wiedzę na temat uzdrawiania i zlecił im tę służbę w świecie?

Dlaczego uczniowie nie mieli władzy nad demonami i dopiero apostołom, powołanym z ich grona, Jezus powierzył to zadanie?

Proszę bardzo. Widać, jak na dłoni, że dopiero tym, którzy przez dłuższy czas dniem i nocą mogli słuchać i obserwować Mistrza, dane było posiąść wiedzę = władzę nad demonami. To ludzie, którzy zwycięsko przeszli doświadczenie ognia i po pokonaniu energetycznego „wąskiego gardła” oczyścili oko, które jest źródłem wewnętrznej światłości: „Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest czyste, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśliby oko twoje było mętne, całe ciało twoje będzie ciemne” (Mt 6,22n)

Jaki ma to związek z demonami? Wydaje się, że dość oczywisty. Demon nie jest złym duchem, jak popularnie, aczkolwiek błędnie go nazywamy. Demon jest duchem zła! Jest odwróconym porządkiem świata i życia. Jest podzieleniem jedności i przyczyną dwoistości, źródłem oddzielenia człowieka od Boga i materialnego od duchowego. Jest odwróconą myślą i zanikiem zdolności widzenia, więc wprowadza w sferę, której służy, czyli w ciemność. A skoro, zdaniem Mistrza, ślepy ślepego nie może prowadzić, ponieważ obaj wpadną do dołu (Mt 15,14), więc już wiadomo, dlaczego jedynie ludzie z czystym, duchowym okiem, widzący wszystko w światłości Ducha, a nie w ciemności materii, mogą zobaczyć demona, poznać jego imię i rozkazać mu opuścić nieszczęśliwego człowieka albo zajmowaną przestrzeń. 

Jest w ewangelii wg Mateusza tekst, który wydaje się zagadkowy. Chodzi mianowicie o opowiadanie, w którym uczniowie pytają Jezusa, dlaczego nie poradzili sobie z demonem epileptyka. Poirytowany Mistrz wyjaśnia wówczas: „Ten rodzaj nie wychodzi inaczej, jak tylko przez post i modlitwę” (Mt 17,14-21).

No i wszystko wiadomo! Post i modlitwa są niezbędne, żeby być odpowiednio przygotowanym do konfrontacji z ciemnością. Służą oczyszczeniu oka światłości. Dopiero widzący w światłości Ducha, może zdobyć wiedzę = władzę o człowieku i źródle jego życiowego nieszczęścia. Post i modlitwa są czynnościami duchowymi, oczyszczającymi ciało, dzięki którym z poziomu życia według ciała wznosimy się do poziomu życia według ducha i otrzymujemy dar widzenia prawdy w światłości, której źródłem jest Bóg.

Nie wszyscy pokonujemy pożądanie i zwycięsko przechodzimy przez ogień, więc sami cierpimy, a pozostając ślepcami nie mamy dość wiedzy = władzy nad demonami. Nie wszyscy jesteśmy gotowi do wykonywania tej duchowej pracy, więc mądry Jezus wiedział, że jedynie wyselekcjonowana grupa, której poświęci dużo uwagi i miłości, będzie zdolna  do przyjęcia daru wypędzania demonów i przekazania go kolejnemu pokoleniu.

Wielu egzorcystów to szaleni showmeni, pyszni jak apostołowie, opisani we wspomnianym wyżej wydarzeniu. Ich arogancja bierze się z ignorancji. Myślą, że mocą swojego autorytetu mogą rozkazywać demonom, a one będą im posłuszne. Nawet przywoływanie imienia Chrystusa często nie wystarcza, ponieważ sami są duchami zła. Pogrążeni w cierpieniu pożądliwości, aby dysponować mocą, są bezsilni, bo pozostają ślepi. Jak uczniowie Jezusa zapominają, że nie dysponują własną mocą, ale muszą oddać się Bogu, aby Jego moc działała przez nich! Gdy człowiek dba o swój duchowy rozwój, oczyszczając się przez post i modlitwę, wznosi swoją energię do poziomu widzenia w prawdzie. Wtedy Ten, który jest Światłością, posyła światłość, którą rozprasza demoniczne ciemności życia. 

Tylko widzenie duchowym okiem równa się władzy! Proszę zapamiętać to równanie i próbować równać do tego poziomu duchowego życia. Każda inna władza jest przemocą i źródłem ziemskich ciemności.

Post i modlitwa otwierają wewnętrzny narząd zmysłu, który znajduje się pomiędzy oczami fizycznymi. W języku duchowości to jest trzecie oko, któremu fizycznie w środku mózgu odpowiada szyszynka, gruczoł bardzo wrażliwy na światło. Szyszynka odpowiada za nasze wizje, sny oraz cykl snu i czuwania. Organ był nazywany siedzibą duszy na długo zanim współczesna nauka odkryła jego znaczenie i pełnione funkcje. U niektórych istot niższych oraz embrionów szyszynka faktycznie stanowi trzecie oko.

Minęły trzy miliardy lat od pojawienia się na ziemi pierwszej formy życia do ewolucyjnego utworzenia oczu, które mogły widzieć. To całkiem spory czas, spędzony przez żywe organizmy w ciemności, zanim nareszcie zapalono światło. Kiedy zwierzęta zaczęły widzieć, nabyły też zdolności poruszania się w kierunku pokarmu i odsuwania od niebezpieczeństwa.

Teraz być może znajdujemy się w podobnym punkcie ewolucyjnym, co dawniejsze gatunki. Właśnie osiągnęliśmy stadium, w którym mamy wystarczająco dużo wiedzy o świecie, aby mieć wgląd w przyszłość. Dotarliśmy też do punktu, w którym całe masy ludzi uczą się zwiększania świadomości, modlitwy ciszy, rozwijania intuicji, itp. Dzięki temu jesteśmy coraz bardziej świadomi wizji przyszłości oraz tego, jak możemy rozkwitać. W sensie cywilizacyjnym to przecież wciąż ten sam projekt, co w personalnym, a mianowicie wydostawanie się spod władzy księcia ciemności i uczestniczenie w światłości.

Czyżbyśmy jako chrześcijanie mieli w nim nie uczestniczyć? Dlaczego dla ratowania słupków kościelnych statystyk nie uczymy ludzi wychodzenia z wody i przechodzenia przez ogień, aby mogli otrzymywać dar jasnego widzenia w ciemnościach? Czy naprawdę ciężko zauważyć, że podobnie jak ludyczny i świecki Wernyhora, również ap. Paweł choć tylko na trzy dni, ale jednak stracił zdolność widzenia oczami zewnętrznymi, aby trzecim okiem zobaczyć prawdę? To się zdarzyło, gdy został oślepiony światłością z wysokości.

Ponieważ trzecie oko jest związane z jasnym postrzeganiem prawdy, negatywem jest iluzja. Gdy człowiek zamyka się w jakiejś iluzji, ona zaciemnia mu pole widzenia i zaburza jasność. Zaczyna wtedy doświadczać chorób, które mają związek ze świadomością. Ich duchowe przyczyny tkwią w nous, czyli w umyśle. To może być migrena, bezsenność, udar, problem z pamięcią, stwardnienie rozsiane, ale też Alzheimer i Parkinson, a nawet syndrom Aspergera. 

W większości, jako duchowni i katecheci, w nosie mamy, czym odżywiają się dzieci i młodzież, czy potrafią praktykować modlitwę ciszy, o seksie mówimy im w taki sposób, jakby mieli pracować w „tej” branży, ale każemy im wkuwać definicje bez znaczenia i sensu dla ich życia, uczymy historii, które nie mają żadnego związku z ich duchowością i ćwiczymy w tzw. karności. A gdy mają problemy psychiczne wysyłamy do specjalistów od coraz to nowszych jednostek chorobowych. Zgroza, a to tylko życiowe skutki prowadzenia ślepych przez ślepych. Brakuje nam widzących, cichych, spokojnych, ludzi odpocznienia, pokazujących innym, zwłaszcza młodym, w jaki sposób osiągać ten sam stan ducha.

Odpowiednia dieta, takie praktyki duchowe, jak modlitwa, ale też higiena pracy, fizycznego ruchu, snu, czy oddychania, są nieodzowne w docieraniu do granic naszych duchowych możliwości, aby móc spotkać się z najwyższą i jedyną Świadomością, którą nazywamy Bogiem. Gdy energia spokojnie przez nas płynie i dociera do tej granicy ziemskiej świadomości, którą jest trzecie oko, wówczas harmonijnie łączą się w nas trzy sfery, a mianowicie podświadomość, świadomość i nadświadomość, które inaczej można nazwać instynktem, intelektem oraz intuicją. W tradycyjnym języku religijnym życie według ciała staje się życiem według ducha, aby doświadczyć zesłania Ducha, który całkowicie zmienia oprogramowanie rozumu, to jest ofiarowuje nam nowy nous, metanous, w którym nie ma już śmierci, ani łez, ani cierpienia.

To więc mówię i świadczę w Panu, abyście dłużej nie postępowali jak postępują poganie w swoim pustym umyśle, mający zaćmione myśli, dalecy od Bożego życia z powodu nieświadomości, która jest w nich z powodu skamieniałego serca, którzy stawszy się nieczułymi, samych siebie rozpasali, aby w zachłanności móc się zanieczyszczać. Wy jednak tak nie nauczyliście się Chrystusa. Jeśli oczywiście go usłyszeliście i w nim pozwoliliście nauczyć się takiej prawdy, jaka jest w Jezusie, aby zdjąć z siebie starego człowieka, powracającego do dawnych zachowań, niszczącego siebie zwodniczymi pożądaniami, aby dawać się odnawiać duchowi waszego umysłu i ubrać się w nowego człowieka, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy” (Ef 4,17-24).

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, co Duch ma do powiedzenia. Nic dodać, nic ująć, więc gdzie jest współczesny Kościół ze swoją duchowością? Zabierzmy się wspólnie do tworzenia duchowego programu życia, jakiego nauczyliśmy się od Chrystusa, jeśli oczywiście chcemy żyć w tej samej prawdzie, w której żył Jezus z Galilei.

Na koniec dodaję, że ten wpis, wraz z tekstami o konfirmacji i chrzcie to tryptyk, odpowiadający trzem poziomom duchowego życia. W tekście o chrześcijańskiej inicjacji z lutego 2019 r. i w tryptyku przestawiam moją interpretację duchowego życia Jezusa, według której tworzę szkołę duchowości, jednak w najbliższej przyszłości przystąpię wspólnie z chętnymi do bardziej systematycznego działania.

Dla kogo jestem bliźnim? – rozmyślanie na 6 września

A oto pewien uczony w zakonie wystąpił i wystawiając go na próbę, rzekł: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? On zaś rzekł do niego: Co napisano w zakonie? Jak czytasz? A ten, odpowiadając, rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego. Rzekł mu więc: Dobrze odpowiedziałeś, czyń to, a będziesz żył. On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest bliźnim moim? A Jezus, nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan i zobaczywszy go, przeszedł mimo. Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo. Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim. A na­zajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, ja w drodze powrotnej oddam ci. Który z tych trzech, zdaniem twoim, był bliźnim temu, który wpadł w ręce zbójców? A on rzekł: Ten, który się ulitował nad nim. Rzekł mu Jezus: Idź, i ty czyń podobnie.                Łk 10,25-37

W życiu chodzi o to, aby się bujało, to znaczy, żeby energia płynęła niezależnie od tego, czy tworzymy z kimś parę, należymy do jakiejś wspólnoty, czy akurat jesteśmy sami.

Źródło musi znajdować się w nas i z wnętrza płynąć na zewnątrz, ku innym. Tymczasem jesteśmy wychowani w kulturze prawa i strachu przed osamotnieniem, więc zamiast cieszyć się nieskończonymi możliwościami twórczego i radosnego życia, z lęku ograniczamy się przed konsekwencjami popełnienia błędu, a także bez ustanku szukamy kogoś, dzięki komu odczulibyśmy przypływ życiowej energii, dobrego samopoczucia i radości.

Próbując to zilustrować od lat posługuję się tym samym obrazem.

Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy duży kamień i deskę. Zrobiliśmy z nich najprostsze urządzenie do zabawy, potocznie zwane huśtawką. Usiedliśmy na brzegu i ….? I nic. Ani ruchu, ani frajdy, tylko zesztywniałe biodra i boląca pupa, a na koniec frustracja, że nie znalazł się nikt, kto z impetem usiadłby po przeciwnej stronie, żeby wyrzucić nas ku niebu.

Na partnera do zabawy czekają ludzie, żyjący według ciała, ciężko i bez lekkości. Życiowej energii oczekują po innych.

Żyjący według ducha nie czekają na drugiego, ale okrakiem stają nad kamieniem w taki sposób, aby móc dowolnie naciskać raz prawą, raz lewą nogą i w ten sposób samemu wprawiać w ruch huśtawkę oraz siebie na niej. Duchowi nie potrzebują nikogo, aby żyć lekko, radośnie, z polotem, ponieważ sami decydują o ruchu i przepływie energii, której źródło mają w sobie.

Żyjący według ciała, schowani w prawie, regulaminie, statucie, pytają: Kto jest moim bliźnim? z nadzieją, że od niego otrzymają życie. Tymczasem żyjący według ducha, niewysychające źródło życia mają w sobie. Dzieląc się nim, pytają: Dla kogo ja jestem bliźnim?  

1. Odpowiedzialność

Aby życie się bujało, każdy musi odkryć w sobie Bożą pełnię. Dlatego nie myślmy o brakach, ale szukajmy Boga. Wówczas odkryjemy w sobie brzegowe potencjały, które w sumie dają pełnię. W opowieści o miłosiernym Samarytaninie Jezus z Galilei przestawia je w postaci kapłana i lewity z jednej strony, zaś po przeciwnej jako Samarytanina.

Kapłana z lewitą, którzy przeszli obok poranionego i krwawiącego, zwykle przedstawia się jako złych, nieczułych ludzi, którzy świątynną służbę Bogu uważali za ważniejszą od służby miłości wobec bliźniego. W rzeczywistości mogło tak być, że będąc w drodze do Jerozolimy nie dotknęli człowieka, o którym nie wiedzieli, kim jest i czy nie jest martwy. Odpowiednio przygotowani do służby w świątyni byli zobowiązani zachować czystość, którą nieopatrznie mogli stracić.

Kapłan z lewitą na pewno nie byli złymi i nieczułymi ludźmi. Źródłem ich nieszczęścia był lęk, z którym radzili sobie, jak większość z nas, rezygnacją z wolnego działania na rzecz prawa, regulaminu, procedury. Zwolnieni przez samych siebie z obowiązku podejmowania odważnych decyzji, czuli się komfortowo i pewnie. Nikt nie mógł im przecież niczego zarzucić.

Ten sposób postępowania, z lęku przed odpowiedzialnością, jest rezygnacją z odpowiedzialności. Ludzie, nie radzący sobie z lękiem, utrwalają dziecięcą postawę posłusznego wykonywania poleceń rodziców i wychowawców, licząc na  święty spokój i spodziewając się nagrody. Nigdy nie dorastają do dorosłości, którą w opowieści Jezusa reprezentuje Samarytanin.

Wiecznym dzieciom wydaje się, że odpowiedzialność jest ostrożnością i polega na zachowywaniu prawa. Wynieśli to z domów, szkół i Kościołów, w których wychowywanie wciąż kojarzone jest z posłuszeństwem, które najlepiej utrwala lęk.

Z lęku przed błędem, czyli w konsekwencji karą, wieczne dzieci gotowe są zachować wszystkie rygory prawa i nie dotknąć potrzebującego, uznając to za największy dowód odpowiedzialności. W istocie jest to odpowiedzialność za samego siebie, ale na pewno nie bliźniego. Wieczne dzieci pytają: Kto jest moim bliźnim? zamiast w dojrzały i dorosły sposób zapytać: Dla kogo ja jestem bliźnim?

Dorośli, duchowi ludzie nie wahają się złamać prawa, regulaminu, procedury, tradycji, nawet niemoralnie zachować, jeśli tylko w ten sposób mogą pomóc drugiemu człowiekowi, ponieważ nie boją się konsekwencji decyzji i działania. Rozpoznając bliźniego, są wobec niego odpowiedzialni nie w duchu lęku o siebie, ale w duchu miłości do niego!

Co zatem mogę uczynić bliźniemu? Czasem powinienem powściągnąć się wobec niego, to prawda, jednak znacznie częściej powinienem zwrócić się ku niemu, dotknąć się go, dać mu to, czego nie ma a pilnie potrzebuje, czym ja akurat dysponuję. Samarytanin nie przejmuje się prawem i regulaminem, rytualną bądź moralną czystością, jest dorosły i ratuje bliźniego.

Obsesja, z jaką w dniach tzw. pandemii niektórzy duchowni unikają kontaktu z ludźmi, każe postawić pytanie, co w chrześcijańskiej duchowości poszło nie tak, że za odpowiedzialność uznają postawę kapłana i lewity, a nie Samarytanina? Wiosną i latem mijały długie tygodnie, czasem nawet miesiące, a kancelarie parafialne pozostawały głucho zamknięte, rzekomo w imię odpowiedzialności.

Gdy decyzjami i działaniami rządzi lęk, życie przestaje płynąć i jego energia ustaje. Lęk przed śmiercią, paradoksalnie jej służy. Odpowiedzialność, czyli działanie będące odpowiedzią na potrzebę bliźniego, zachowuje i pomnaża życie. Najpotężniejszą energią życia jest miłość.

Mentalną i emocjonalną genezą decyzji, podejmowanych przez ludzi ciała, jest lęk. Genezą decyzji, podejmowanych przez ludzi ducha, jest miłość. Pierwsi liczą na pomoc bliźnich, drudzy są bliźnimi dla innych. Pierwsi są duchowymi niemowlakami, drudzy osiągnęli duchową dojrzałość.

2. Pełnia

Życie musi być w ruchu. Energia powinna płynąć bez ustanku, niezależnie od okoliczności, relacji, stanu ducha i bankowego konta. Szkoda, że większość z nas szuka partnera do życiowej huśtawki, zamiast samemu wprawiać życie w ruch. Tak to bowiem bywa, o ironio losu, że im bardziej uzależniamy się od partnera, z którym wspólnie próbujemy dbać o życiową energię, tym większej życiowej huśtawki doświadczamy. Życie przypomina wówczas rozkołysaną łódź. Dlatego warto uczyć się zarządzania energią życia i serwisowania własnej duszy, aby od nikogo nie być zależnym, ale z każdym móc wejść w relację i darować mu dar miłości, odpowiedni do jego potrzeb.

Warunkiem niezbędnym i konstytutywnym dobrego życia, płynącego spokojnym nurtem, jest zintegrowanie brzegowych potencjałów własnych możliwości. Tego między innymi można nauczyć się z opowieści Jezusa, w której miłosierdzie stało się niezbędnym dopełnieniem zachowań standardowych, regulowanych tradycją, moralnością albo prawem. Jednocześnie nie wolno zapominać,  że bez tych ostatnich życie również utknęłoby na mieliźnie i bez pomocy innych nie dałoby się szczęśliwie żyć.

Dopiero ludzie pełni, zintegrowani, którzy w zależności od potrzeby samodzielnie korzystają z energii zobowiązania (kapłan) i miłosierdzia (Samarytanin), potrafią docenić błogosławieństwo życia i ze swojej pełni darowywać je innym. Nie okłamujmy się, jakiekolwiek próby wywierania nacisku, przymuszania, oddziaływania edukacyjnego albo uświadamiającego, niczego nie zmienią i nie osiągną wobec ludzi, którym ewidentnie brakuje pełni.

Jeśli komuś brakuje pełni życia, jak może obdarowywać życiem? Jeśli ktoś rozpaczliwie szuka bliźniego dla siebie, jak może stać się bliźnim dla potrzebującego? Jeśli komuś wydaje się, że bez miłości innych ludzi do niego, nie jest w stanie szczęśliwie żyć, jak może innych swoją miłością uczynić szczęśliwymi?

Na życiowym placu zabaw nie szukajmy partnera do bujania, ale sami troszczymy się o zdolność samodzielnego wprawiania życia w ruch. Nie absolutyzujmy postaw skrajnych. Pielęgnujmy raczej ich energię, mądrze wykorzystując energetyczny potencjał obu. Nie bądźmy dla siebie ani zbyt wymagający, wciąż zobowiązując się do wysiłku i zachowywania najwyższych standardów, ani zbyt miłosierni, wciąż pobłażając sobie w sytuacjach, które wymagają zobowiązania do działania i pracy. Odwrotnie, przekonujmy się i uczmy, że oba brzegi są nam niezbędne do spokojnego pokonywania drogi i osiągania życiowego celu.

W pierwszej kolejności sami na tym skorzystamy, a w drugiej skorzystają inni, dla których staniemy się bliźnimi, mającymi do dyspozycji skarbiec rozlicznych darów miłości i życia.

Amen.