Zmiana myślenia jest możliwa w obecności Boga

28 grudnia Kościoły przypominają o niewinnych dzieciach, które Herod kazał pozabijać, mając nadzieję, że uśmierci małego Jezusa, dopiero co urodzonego konkurenta do królewskiej godności. Czy taka rzeź faktycznie miała miejsce, pozostaje sprawą otwartą i wcale nie jest aż tak bardzo pewne, nawet po uwzględnieniu temperamentu i okrucieństwa Heroda.

Jednak od historii zawsze ważniejsze jest duchowe znaczenie, tym bardziej że ewangelie nie są historiami ani biografiami, ale świadectwami wiary. Moim zdaniem ewangeliczna wzmianka o śmierci niewinnych dzieci oparta jest na uniwersalnym schemacie, wykorzystywanym przez wszystkie organizacje i struktury społeczne, którym zależy na utrzymywaniu ludzi w posłuszeństwie i zależności. Otóż jesteśmy świadkami dynamiki strachu. Herod wydaje okrutny rozkaz, ponieważ boi się utraty społecznego znaczenia, a w przyszłości być może nawet życia. Wówczas znaczenie traci fakt ewentualnej winy, a uruchamia się instynkt przetrwania, który nie liczy się z prawem do życia i godnością innych. Pod wpływem stresora następuje reakcja obronna, która izoluje człowieka z życiowego środowiska i stwarza sztuczne oddzielenie w imię przeżycia za wszelką cenę.

Największym wrogiem niewinności jest strach!

Ten związek odkrywamy nie tylko w międzyludzkich relacjach. Najprawdopodobniej nie był-by w ogóle możliwy, gdy nie decydował o wewnętrznej dynamice naszej psychiki. Wykorzystując ten mechanizm, od tysiącleci wzmacniany w procesie tzw. wychowywania, struktury religijne, polityczne i rodzinne czynią nas winnymi, abyśmy ulegali propagandzie strachu. Gdy zaczynamy bać się o przeżycie i utratę znaczenia w społeczności, wówczas – nie ważne czy w istocie jesteśmy winni, czy niewinni – giniemy. Warunkowany przekonaniami, z którymi nie wolno dyskutować, np. z kościelnymi dogmatami, prawidłami rodzinnej pamięci, bądź definicją narodu, stres uniemożliwia rozkwitanie i rozwój, a przynajmniej procesy naprawcze po przeżytych traumach, sprowadzając na nas choroby i cierpienie.

Niewinni nie boją się!

Natomiast odczuwający winę łatwo ulegają propagandzie i niewolniczym okowom strachu.

Dlatego w Dzień Niewinnych Dzieci proszę Cię, stań się bardziej świadomy swej winy. Nie bij się pięścią w piersi, bezrefleksyjnie powtarzając jak automat: „Moja wina, moja wina, moja wina”. Ten gest ma wyrażać pokorę i uznanie własnych błędów. Jednak w rzeczywistości programuje człowieka, aby stale się umniejszał, myśląc o siebie jako istocie, która z definicji jest niegodna, grzeszna, zależna od zewnętrznego przebaczenia. Zamiast wznosić ducha ku światłu, wtłacza go w mechanizm emocjonalnego samoponiżania i na końcu śmierci.

Jeśli już masz połączyć dłoń z sercem, to z czułością i świadomością połóż otwartą dłoń na sercu i zapytaj siebie: „Czy rzeczywiście jestem winna/y?”. Niepoddane refleksji przekonanie: „Jestem winna/y” zastąp świadomą refleksją na własny temat. W każdej chwili świadomie i uważnie badaj samą/samego siebie i nie poddawaj się zrytualizowanemu przekonaniu o winie.

Nie zadręczaj się i nie udręczaj się. Skrucha bez świadomości jest nic nie warta. Czyni Cię jedynie podatną/nym na manipulacje systemów społecznych, które uwarunkowały Cię na przeświadczenie o własnej małości, słabości, niewystarczalności i nieadekwatności. Bez zrozumienia siebie pozostajesz niewolnikiem.

Poznawaj swoją duszę i pozwalaj jej szukać Bożego Królestwa. Tym samym będziesz coraz pełniej doświadczał/a wewnętrznego światła Chrystusowej świadomości. Rzeczywista skrucha nie jest samoponiżaniem, ale świadomym rozpoznaniem rzeczywistej winy. Ale na to wpierw potrzebne jest wewnętrzne światło Królestwa, które nie jest z tego świata.

Właśnie dlatego Mistrz z Galilei radzi: „Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boga, zmieniajcie myślenie i wierzcie dobrej wiadomości” (Mk 1,15). Zauważ, że zmiana myślenia jest możliwa w obecności Boga, a nie ze strachu przed obecnością Boga. Alleluja.

Betlejemska opowieść o miłości

W Europie nie ma już Świąt Bożego Narodzenia! Nie chodzi o mało ważne daty. Chodzi o coś fundamentalnego. Otóż dla Putina nie ma świąt, bo w święta każe atakować i bombardować mieszkania, w których ludzie życzą sobie pokoju. Tymczasem święta to czas jakby „wydobyty”, „wykrojony”, oddzielony od profanum. W tym okresie nie tylko mamy czuć się bezpiecznie, ale powinna też resetować się nasza świadomość. Jeśli wcześniej wydarzyło się coś nieprawego, to powinno zostać naprawione. Jeśli ktoś został skrzywdzony, powinien zostać poproszony o wybaczenie. A jeśli codzienne życie jest na tyle ciężkie i bolesne, że trauma zatrzymuje ludzi w lękowym bezruchu i beznadziei, święta powinny być czasem szalonego odreagowania, zabawy, radości, zapomnienia. Jednym słowem wydostania się z kieratu obowiązków, aby przypomnieć sobie o pierwotnej godności, szczęśliwości i wolności. Jeśli Święta Bożego Narodzenia niczym nie różnią się od reszty dni, nie mają żadnego społecznego znaczenia.Zresztą nie tylko społecznego, bo też osobistego.

W wielu domach nie ma już Świąt Bożego Narodzenia!Nie chodzi o mało istotny kalendarz, ale o coś znacznie ważniejszego. Jeśli wczoraj pokłóciłaś/eś się, dziś odczuwasz wewnętrzny niepokój i obawiasz się przyszłości Twoja świadomość nie podlega świątecznemu odnowieniu, duchowemu pogłębieniu i poszerzeniu postrzegania poza wymiar zmysłowy w sferę duchową. Jeśli w święta odczuwasz to samo, co w każdy inny dzień, w istocie nie odczuwasz niczego, a tym bardziej święta nie są Ci do niczego potrzebne. Ostrzegam Cię, że „powszechnie powtarzana przez Polaków mantra” o rodzinności Świąt Bożego Narodzenia najczęściej nie wychodzi poza postrzeganie zmysłowe i nie służy niczemu duchowemu. Jest tylko ułudą bytowego i ziemskiego poczucia bezpieczeństwa.

Wigilijna noc jest portalem dla pokoju, którego świat (ani polityka, ani ubezpieczenia, ani oszczędności, ani służba zdrowia, ani rodzina) dać nie może. Ów pokój przychodzi niedostrzegalnie dla zmysłów, wyczulonych na wiadomości z świata polityki i ekonomii, bądź bodźce materialne. Przychodzi wraz z człowiekiem, świadomym swej boskości. Pojawia się w najciemniejszą noc ludzkich lęków i jest oślepiającym rozbłyskiem światła, które w istocie jest MIŁOŚCIĄ. Każdą wojnę wywołuje strach przed brakiem ziemskiej i życiowej energii, więc jest walką o dostęp do energii, nie ważne w jakiej postaci. Prawdziwy pokój nie jest ustaniem walki o energię. Jest całkowitym przeorientowaniem świadomości i odczuwania samego siebie. Jest owocem MIŁOŚCI, którą jesteś bez względu na okoliczności.

Dobra wiadomość Świąt Bożego Narodzenia brzmi: – nie potrzebujesz partnera/rki, aby Cię kochał/a, co stało się Twoją obsesją (chociaż cudownie jest spojrzeć w oczy takiej osoby); – nie potrzebujesz wokół siebie rodziny, o czym stale mówią księża (chociaż dobrze być jej częścią), – nie potrzebujesz grona przyjaciół i znajomych, co sugerują psycholodzy (chociaż dla psychicznej równowagi dobrze jest móc na nich liczyć); – nie potrzebujesz jakiejkolwiek energii, której źródeł szukasz w gospodarce i polityce, czemu niepotrzebnie wciąż poświęcasz uwagę.

NIE POTRZEBUJESZ, PONIEWAŻ W CHRYSTUSIE JESTEŚ MIŁOŚCIĄ, A MIŁOŚĆ JEST JEDYNYM PRAWDZIWYM ŹRÓDŁEM ENERGII.

Świadomość sama w sobie nie jest energią, ale gdzie jest świadomość tam pojawia się uwaga, a gdzie jest uwaga tam pojawia się też pasja bycia i działanie. Niejako na ich obrzeżu pojawia się fala energii. Jeśli więc doświadczyłaś/łeś, że sama/sam w sobie jesteś niewyczerpanym źródłem MIŁOŚCI i codziennie uczysz się tę miłość świadomie zauważać, naprawdę nie potrzebujesz niczego więcej, bo jesteś niewyczerpaną/nym źródłem energii dla siebie i dla innych.

Przestań się bać, że zostaniesz sama/sam; że nie podołasz; że zginiesz; że musisz dbać o dostęp do źródeł energii, bo pomniejszasz swoje człowieczeństwo. Istotą Twego człowieczeństwa jest boskość, która jest MIŁOŚCIĄ.

Nie prowadź starych wojen o energię.

Z lęku nie rozpoczynaj nowych.

Nie walcz o miłość.

Nie zatruwaj relacji, uzależniając innych od siebie.

Nie ulegaj przekonaniu, że szczęśliwym można być tylko w relacji.

Nie poddawaj się umysłowi, który jest jedynym twórcą Twej depresji i życiowej apatii, gdy kończy się jakakolwiek ziemska historia, bo ona jedynie ustępuje miejsca kolejnej, a ta znowu kolejnej, i tak bez końca.Niekończący się dramat walki o miłość, w której występuje wiele postaci, zastąp nową opowieścią, w której jedynym bohaterem jesteś Ty. Dziś rozpocznij betlejemską/wigilijną opowieść o tym, że narodził się Syn Człowieczy, który nie potrzebuje rodziny, przyjaciół, znajomych, dobrej pracy i koniunktury politycznej, aby jaśnieć szczęściem.

Bądź MIŁOŚCIĄ, która sobie wystarcza i wokół siebie wszystko odmienia. W MIŁOŚCI rozkwitasz i roztaczasz wokół delikatny zapach kwiatu z boskiego ogrodu życia. W każdej chwili świadomie odmawiaj sobie udziału w wojnie o energię, bo jesteś MIŁOŚCIĄ.

Modlitwa jest słuchaniem

Modlitwa polega nie tyle na mówieniu, ile na świadomym trwaniu i wsłuchiwaniu się.

W modlitwie nasłuchujemy kroków Nadchodzącego.

Może domyślamy się obecności?

Może nie jesteśmy pewni głosu?

Może opieramy się pokusie ucieczki?

To prawda, że modlitwa wyostrza widzenie, ale przede wszystkim kształtuje słuchanie.

Ukochana z Pieśni nad Pieśniami we wszystkim słyszy głos umiłowanego.

Słuchaj! To mój miły. Oto idzie on, wspina się po górach, skacze po pagórkach” (Pnp 2,8).

Głos nieuchwytny, który jednak zostaje zarejestrowany przez serce, również podczas snu:

Ja spałam, lecz moje serce czuwało. Słucha, to mój miły puka…” (Pnp 5,2).

Po niebezpiecznej nocy owcom może wydawać się, że zgubiły pasterza. Tymczasem odnajdują go rano, nie wtedy, gdy go widzą, ale gdy słuchają głosu.

„… i po imieniu woła owce swoje, i wyprowadza je (…) idzie przed nimi, owce zaś idą za nim, gdyż znają jego głos” (J 10,3n).

To głos pozwala odróżnić pasterza od obcych.

Głos zwraca to, co zostało zabrane oczom!

Maria Magdalena w poranek Wielkanocny, gdy zawierza wzrokowi płacze, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, co jej zabrano. „Wzięli Pana mego, a nie wiem, gdzie go położyli” (J 20,13).

Raptem odnajduje Go, słysząc Jego głos:

Mario!

Rabbuni!

Oczy nie pozwoliły jej rozpoznać Pana. Wzięła Go bowiem za ogrodnika. Głos nie zwodzi. Barwa, ton, imię wypowiedziane w szczególny sposób umożliwiają rozpoznanie.

No cóż, jednak trzeba mieć odwagę, by pójść w miejsce, w którym nie widzi się nic i nikogo.

Modliciel, który zgodził się na zamknięcie oczu, odrzuca poznanie przez widzenie. Wtem niespodzianie „doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca” (J 3,29).

Modliciel, który zmusił się do milczenia, odnajduje też własny głos, którym odważnie odpowiada na wezwanie tamtego głosu:

Przyjdź, Panie Jezu!” (Ap 22,20)

To jest głos, który umożliwia objawienie. Ustanawia kontakt. Uprzedza spotkanie. Jest gotowością przyjęcia daru:

 „Ja, Pan, jestem Bogiem twoim!

który cię wywiódł  z ziemi egipskiej!

Otwórz szeroko swoje usta, a napełnię je” (Ps 81,11)

Przyjmijmy dosłowność sensu:

Otwórz szeroko swoje usta, a napełnię je”.

Niełatwo jest otworzyć usta i pozwolić je sobie napełnić. Nasze usta są bowiem pełne słów bezużytecznych, daremnej gadaniny, pustych przemówień, błyskotliwych zdań, interesujących wiadomości.

A nie są to tylko nasze słowa. Są tam również słowa innych. Nasze usta mają bowiem zwyczaj powtarzać również i to, co mówią inni: pochwały i krytyki, pochlebne sądy i złośliwe obserwacje, zachęty i straszliwe potępienia.

Jakże trudno jest mieć usta otwarte, przygotowane na dar. Bóg tymczasem wymaga ust szeroko otwartych, opróżnionych, wolnych.

Jego Słowo pragnie wypełnić nasze usta, posiąść je całkowicie.

Jest to Słowo, które nie lubi słów. Gdy jednak napełnia nasze usta, zaczynamy wypowiadać słowa życia.

W modlitwie nie wolno się śpieszyć. Trzeba milczeć. Nasłuchiwać. To słuchanie nie jest wyłącznie sprawą słuchu. Całe jestestwo musi być w stanie nasłuchiwania.

Słowa, które słyszymy między ludźmi, z mediów, działają podniecająco, entuzjastycznie, zachęcają do mówienia, komentowania, dyskutowania. Słowo, które rozbrzmiewa w modlitwie, zmusza do milczenia. Wtedy także książki przestają być potrzebne., bo w modlitwie lepiej zostawić je daleko, żeby móc słuchać.

W obliczu doświadczania Boga i Jego chwały Izajasz wypowiada niezapomniane zdanie: „Biada mi! Zginąłem, bo jestem człowiekiem nieczystych warg” (Iz 6,5).

Prorok zostaje zmuszony do milczenia w związku z tym, co widział, słyszał, doświadczył, przeczuł. Uznaje, że nie może więcej mówić, a tymczasem jego misja miała przecież polegać na mówieniu.

Izajasz spotkał Boga, o którym nigdy nie mówi się tak dobrze, jak wówczas, gdy się milczy, adoruje, sobą uobecnia.

Świadek jest wielki swym milczeniem, którym adoruje tajemnicę Boga, wyraża Jego niedosięgłość, inność, świętość.

Istnieją słowa, które wyrażają pustkę.

Istnieje milczenie, które wyraża pełnię.

Prawdziwy modliciel nie jest gadatliwy. Ufa milczeniu, by ułatwić spotkanie. I gdy słyszy Słowo, nie znajduje więcej słów.

Milczenie jest nieuniknioną konsekwencję Spotkania.

Silentium pulcherrima caeremonia — milczenie jest wspaniałą ceremonią.

Modlitwa jest wielbieniem Boga

Modlitwa jest wielbieniem Boga.

Nie pochlebstwami albo nienaturalną pozą czy słowami, które nie pasują do aktualnego samopoczucia.

Modlitwa staje się wielbieniem Boga w momencie, w którym modliciel uświadamia sobie miłość, łączącą go z Bogiem, i staje się wielbicielem Tego, którego kocha.

Wielbiciel, który z czystym sercem i aktywną wiarą szuka bezwarunkowej miłości Oblubieńca, pozostaje w harmonii z Jego stwórczą miłością, w której wszystko jest możliwe. Wielbiciel na co dzień odczuwa łagodzący, delikatny i wspierający dotyk Boga.

Wielbiciel, nawet jeśli w aktualnej chwili wciąż pozostaje pod wpływem starych przekonań i nawyków, które uczy się zamienić na nowe, wie o tym, że dzięki ciągłemu nawoływaniu i oczekiwaniu Boga, Ten, który zawsze jest Obecny, będzie uczestniczył w jego codziennym życiu. A wówczas w modlitwie o wszystko może pytać i w swoim czasie otrzyma odpowiedzi, które nieraz będą zaskakiwać.

Wielbiciel, trwający w miłosnym związku ze swoim Oblubieńcem, prędzej czy później zostaje uleczony z kłamstwa oddzielenia od Ojca i uleczony z iluzji życia i śmierci, dobra i zła, zdrowia i choroby, szczęścia i pecha, itp. Odkryje fundamentalną i w rzeczywistości nigdy nie naruszoną jedność wszystkiego w Chrystusie, czyli w czystej, krystalicznej, niczym nie przesłoniętej świadomości, z której wszystko pochodzi i do której wszystko zmierza.

Wielbicielko/lu codziennie odczuwaj Bożą miłość. Niczego się nie bój, bo w Bogu znalazłaś/eś swoje schronienie i warowną twierdzę, w której możesz poczuć spokój i radość.

Wielbicielko/lu o świcie otul się  myślami o Bogu  i podobnie zasypiaj otulony pościelą świętego imienia Bożego, bo to Imię jest tarczą nad wszystkie tarcze, która chroni Cię przed wszystkim, co stwarzasz swoimi lękami.  

Wiara i władza

Wiara nie jest infantylną emocją, chociaż też jest emocją.

Wiara nie jest ślepym naśladowaniem, chociaż szuka natchnienia w przykładach życia innych ludzi.

Wiara nie jest racjonalnym rozstrzygnięciem, chociaż bez udziału rozumu stacza się w pragnienie, które nigdy nie zostaje zrealizowane.

Wiara nie jest wewnętrznym odczuciem, chociaż gdyby nie miała związku z odczuciem pokoju i szczęścia nie spełniałaby zbawiającej roli.

Wiara nie jest przyjęciem hipotezy Boga w poczuciu bezsilności i braku sprawczości we własnym życiu, chociaż bez mocnego związania się w godzinie ciemności z tym, co nie jest zmysłowe i materialne, nie byłaby sobą.

Mógłbym napisać jeszcze kilka tego rodzaju (apofatycznych = negatywnych) albo lepiej rzecz nazywając binarnych definicji wiary, tylko że nie miałoby to sensu. Chciałem jedynie unaocznić najważniejszą cechę wiary, z której zdecydowana większość nas, mających się za wierzących, nie zdaje sobie sprawy. Otóż z mojego doświadczenia wiary wynika, że tylko jedną rzecz mogę o niej powiedzieć i napisać bez cienia wątpliwości.

To mianowicie, że wiara nie jest władzą.

Jeśli cokolwiek zaczyna nosić cechy władzy albo jest potrzebne do sprawowania władzy (w pewnych sytuacjach jest nią po prostu kontrola) na pewno nie jest wiarą. Co prawda wiara i władza spełniają podobną rolę, ponieważ  każdy człowiek chce się czuć bezpiecznie i mieć poczucie kontroli oraz sprawczości. Jednak wiara zapewnia zupełnie inny rodzaj bezpieczeństwa i sprawczości, aniżeli władza. Jeśli zatem świadomie dostrzegam, że cokolwiek zaczyna w moim życiu spełniać rolę władzy, chociażby przynależało też do sfery wiary, muszę z tego zrezygnować i wyrzec się tego.

Władza zapewnia bezpieczeństwo i sprawczość przez siłę, która zdobywa i kontroluje, wiara tymczasem przez moc miłosnego przyciągania.

Władza jest ruchem na zewnętrz, wiara zawsze do wewnątrz.

Władza jest życiem według ciała, wiara jest życiem według ducha.

Władza jest pilnowaniem tego, co jest dostępne zmysłom i rozumowi, zaś wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, chociaż zmysłowo tego nie poznajemy, ponieważ jest w polu energii serca (por. Hbr 11,1).

Władza wreszcie czyni człowieka ociężałym, wystraszonym, chorym, zaś wiara przeciwnie, czyni go lekkim, miłującym, zdrowym. 

Ludzie wiary wyróżniają się łatwą do zauważenia cechą. Jest nią gracja. Człowiek wiary porusza się z gracją, ponieważ jego życiowe siły łatwo i swobodnie płyną przez całe ciało. Jego sposób bycia jest pełen wdzięku, ponieważ nie jest przywiązany do ego, które wyspecjalizowało się w używaniu władzy. Nie jest więc przywiązany do nikogo i  niczego, również do samego siebie i do tego, co osiągnął. Ponieważ niczego nie trzyma się kurczowo, więc wszystko swobodnie przepływa przez jego życie, co najlepiej pokazuje ciało. Jeśli bowiem powstają energetyczne blokady, natychmiast uwidaczniają się w napięciu mięśni i usztywnieniu kośćca.

Człowiek wiary napełniony jest boskością, zatem stanowi jedność z własnym ciałem, a przez ciało z wszystkim, co jest żywe, ostatecznie z całym stworzeniem. Jego duch płonie jasnym płomieniem wewnętrznego światła. Człowiek prawdziwej wiary pozbył się potrzeby sprawowania kontroli, która zawsze jest hierarchiczna. Zaczynamy od kontrolowania siebie, aby móc kontrolować drugiego człowieka. Potem nieszczęście władzy rozlewa się już po całym świecie.

Jeśli Tobie się wydaje, że skoro dziś jesteś lekko niesiony na skrzydłach wiary, więc możesz mieć pewność jutra, już straciłeś czujność i lecisz w przepaść, ponieważ sądzisz, że ów stan będzie trwał wiecznie. Tymczasem wiara jest czujną reakcją na każdy bodziec (każdorazowo inny), przychodzący ze środowiska, w którym żyjesz, a nie pewnością kontynuacji. Właśnie tym zajmuje się kontrolująca wszystko władza.

Jeśli Tobie wydaje się, że dzięki naśladowaniu np. Jezusa będziesz wieść udane i zbawione życie, już straciłeś czujność i lecisz w przepaść, ponieważ każdy z nas jest inny. Nie chodzi o to, żeby być kopią Jezusa, ale żeby w Duchu Jezusa być jak On Dzieckiem Bożym. Wiara jest czułym odkrywaniem samego siebie w Duchu Jezusa. Wtedy Bóg objawia swoją chwałę w naszej prawdziwości i autentyczności. Wiara jest więc specjalistką od TERAZ. Kopiowaniem zajmuje się władza, specjalistka od wczoraj.

Jeśli Tobie wydaje się, że skoro podejmujesz racjonalne decyzje, oparte na obiektywnym Słowie Bożym, więc żyjesz według Bożej woli, już straciłeś czujność i lecisz w przepaść. Sądzisz, że podporządkowanie się autorytetowi litery jest trwaniem przy źródle życia, tymczasem wiara jest miłosnym zespoleniem z Duchem. To akt oddania (posłuszeństwa), napełniający serce darami miłości. Władza jest specjalistką od decydowania o znaczeniu słów i zdań, dlatego jej rozstrzygnięcia tworzą więzienia i traumy. Wiara jest kluczem, otwierającym każde drzwi, i mieczem, przecinającym każdy węzeł. Współczesna teologia oddała się w służbę władzy i dlatego bardzo rzadko służy wierze.

Życiu może służyć i pięknie je rozwijać tylko wiara, która jest zgodą, decyzją, zdolnością, stylem postępowania, rodzajem myślenia, zaufaniem, akceptacją i radosnym, lekkim uczestniczeniem w dzianinie, którą tka Najwyższy. Dlatego wyrażamy ją słowami: „Niech się dzieje wola Twoja”. Dziać się powinna dzianina życia, tkana Miłością i Światłością.

Wiara służy życiu i jest energią miłości. 

Władza służy śmierci i jest energią strachu.

Pomiędzy tymi biegunami Bóg codziennie pyta Cię: Co wybierasz?

Wiarą, która jest wypuszczeniem wrzeciona z rąk, wybierasz życie, tkane przez Boga.

Władzą, która jest kurczowym trzymaniem wrzeciona, wybierasz śmierć, ponieważ żaden człowiek nie potrafi tkać dzianiny życia.

O świcie każdego dnia wybieraj wiarę. Z wdzięcznością przyjmuj życie, a potem je wypuszczaj i nie kontroluj. Wtedy ono nie tylko będzie przez Ciebie płynąć, ale porwie Cię ze sobą, zachwyci i obdarzy dobrami, których Twe oko jeszcze nie widziało i ucho nie słyszało.

Propozycja dla rodzin, których znakiem jest krzyż, wpisany w tęczę

Rodzice dzieci homoseksualnych często przeżywają dodatkowe doświadczenia, nieraz nawet silnie traumatyczne, przez które nie muszą przechodzić rodzice dzieci heteroseksualnych.

Po wstępnym niedowierzaniu i szoku muszą oswoić się z tym, że w naturalny sposób nie staną się dziadkami. Zwłaszcza kobietom, które przez lata poświęcają się, aby zrealizować swój „mit założycielski” normalnej, szczęśliwej i odnoszącej sukces rodziny, w której pełnią rolę opiekunki, „superniani” i zwornika relacji, wydaje się, że ich świat runął, a życiowy ideał rozsypał się w drobny mak.

Poza tym w wielu tradycyjnych środowiskach, zwłaszcza fundamentalnych pod względem religijnym, rodzice dzieci spod „znaku tęczy” doświadczają różnych form nacisku, szykan, a nawet gróźb. Nie dość, że przeżywają osobiste rozczarowanie i przewartościowują swoje priorytety, tworząc na nowo rodzinne relacje, to jeszcze są poddawani społecznemu ostracyzmowi, a dotychczasowi przyjaciele i współwyznawcy nagle stają się surowymi sędziami.

W takich okolicznościach kochanie i ochranianie własnego dziecka przed naporem roszczeniowego środowiska jest wielką próbą charakterów, pokory i czystej, nie warunkowanej niczym miłości. Niestety rodzice wraz  z dziećmi czują się wówczas opuszczeni i niezrozumiani, tym bardziej że do grupy sędziów i oskarżycieli nie raz i nie dwa przyłączają się duszpasterze. Wiem, że nie wszyscy. Niemniej wielu z nich pomimo sympatii, współczucia i zrozumienia, które żywią wobec tych rodzin, wycofuje się pod naciskiem fundamentalnych i tradycyjnych grup parafialnych i kościelnych.

Mając powyższe na uwadze proponuję stworzenie grupy wzajemnego wsparcia i duszpasterską platformę dla takich rodzin. Nie zamierzam wyręczać dobrych duszpasterzy, ale proponuję wypełnienie luki, jeśli takowa gdzieś się pojawiła bądź sytuacja jest tak odczuwana.  

Przez najbliższe miesiące będę czekał na zgłoszenia oraz informacje. Dopiero po upewnieniu się, że inicjatywa ma sens i jest potrzebna zaproponuję konkretne formy spotkań i współpracy.

Kontakt: mju@escobb.com.pl

              660 783 510

Śmierć w domu Przyjaciół

Większość z nas zna tę scenę. W Betanii umiera Łazarz.

Jezus lubi tamto miejsce. Czy tylko dlatego, że ma tam Przyjaciół, których miłuje? A może z powodu ich gościnności? Ostatecznie, kto wie, może ma tam coś do załatwienia? Pewnie każdy z tych powodów jest dobry, aby odwiedzać Martę, Marię i Łazarza.

Raptem dowiaduje się, że Przyjaciel choruje, a siostry pozostają w napięciu…

Czekają, wyglądają, niecierpliwią się. Przyjdzie uzdrowić Przyjaciela? Zdąży przed śmiercią? Czy na pewno chce coś zrobić? 

Jezus reaguje dziwnie. Zupełnie nie według naszych standardów i oczekiwań: „A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. A gdy usłyszał, że choruje, został jeszcze dwa dni na miejscu, gdzie przebywał”.  Kocha całą Trójkę, więc pozostaje z dala i nie spieszy z pomocą. Z miłości pozwolił umrzeć!  

Naprawdę, tak wygląda miłość? Komuś, coś się nie poprzestawiało?

To jest oczywiste, że nikt z nas nie czekałby ani minuty, żeby zdążyć, działać i ocalić przed śmiercią. Czy to oznacza, że my nie naśladujemy Jezusa?

Szokujące świadectwo o Jezusie. No, ale skoro tak sprawy się mają, może Jezus ma jakiś powód? W końcu tajemniczą wypowiedzią coś sugeruje: „Ta choroba nie jest na śmierć, lecz na chwałę Bożą, aby Syn Boży był przez nią uwielbiony”.

Wpierw wydaje się, że rozdęte EGO Jezusa chce wykorzystać nieszczęście Przyjaciół dla własnego marketingu i gdyby nie druga część opowiadania o wzbudzeniu Łazarza ze śmierci, rzeczywiście byłoby można tak pomyśleć. Jednak przy grobie zdarzyło się coś, co zadziwia. Co każe z pokorą pomyśleć o miłości i z zachwytem o śmierci.

Usunęli więc kamień, gdzie leżał umarły. A Jezus, wzniósłszy oczy w górę, rzekł: Ojcze, dziękuję ci, żeś mnie wysłuchał.A Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz, ale powiedziałem to ze względu na lud stojący wkoło, aby uwierzyli, żeś Ty mnie posłał. A gdy to rzekł, zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź!I wyszedł umarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść”.

Bywa, że zrozumienie zawdzięczamy temu, co dzieje się na końcu: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść”.

Przychodzimy na świat, jednak nasze dusze krępowane są opaskami iluzji rodziców o kochanym dziecku, sióstr o bracie, małżonków o sobie, parafian o księdzu, itp. Dusimy się pod opaską, ukrywającą prawdziwą twarz.

Ktoś nakłada nam ją na twarz, abyśmy nie byli sobą i nie szli własną drogą. Ktoś nie pozwala nam iść…

Marta i Maria nie mają mężów. Dziwne, wręcz szokujące w kulturze, apoteozującej małżeństwo i macierzyństwo. Łazarz też nie ma żony? O co chodzi? Cóż to za dziwne rodzeństwo? A może Marta z Marią po prostu nie pozwalają Łazarzowi iść własną drogą życia? Nie mając mężów, zatrzymały Go?

Jezus kocha całą Trójkę, więc nie spieszy się. Z miłości nie chce cementować tej relacji. Czeka, aż Przyjaciel zacznie cuchnąć, to znaczy raz na zawsze dla Sióstr stanie się martwy. Dopiero wtedy będzie mógł zacząć żyć dla siebie: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu odejść”. Wszystko z miłości.

Przychodzimy, aby iść własną drogą życia i mieć twarz, to znaczy być sobą. Tymczasem począwszy od pierwszego dnia życia wszyscy, którzy nas kochają, obwiązują  nas opaskami śmierci, bo nie chcą nas stracić. Boją się, że odejdziemy, usamodzielnimy się, znikniemy z pola widzenia. Rodzicom i nauczycielom wydaje się, że lepiej znają naszą twarz, niż my sami. Pozbawieni jej, okryci całunem, nie potrafimy nabierać powietrza pełnymi piersiami, dusimy się i zaczynamy bać o życie.

W końcu nadchodzi śmierć. Jezus z miłości spóźnia się, aby dusza mogła znowu nabrać powietrza i odejść swoją drogą.

Śmierć nigdy nie jest za wcześnie. Jezus nigdy nie przychodzi za późno. Ponieważ nas kocha, pomaga nam być w ciągłym ruchu.

Marta z Marią nauczyły się, że kto kocha, odwiązuje opaski, służące do wiązania trupa, i zdejmuje całun z twarzy, aby każdy mógł mieć własną twarz. Nic większego i piękniejszego na Bożą chwałę nie mógł w Betanii uczynić  Jezus.

Z miłości do naszych bliskich często sami dostosowujemy się, żeby nie skrzywdzić, nie urazić, zadowolić, doczekać się uśmiechu, aprobującego nasze wybory i zachowania. Rezygnujemy z własnej twarzy i ukrywamy pod całunem śmierci. Jesteśmy martwi, więc przychodzi Przyjaciel i pyta o nas: „Gdzie go położyliście? Rzekli do niego: Panie, pójdź i zobacz.I zapłakał Jezus. Jezus płacze, że dobrowolnie się zawiązujemy i pozbawiamy twarzy.

Życie na ziemi jest dla nas trudną lekcją. Jej najważniejszym celem jest odnalezienie własnej twarzy. A twarz jest zwierciadłem duszy, jej obrazem. Przychodzimy, aby odnaleźć własną duszę i pójść drogą, której krótkim fragmentem jest życie na ziemi.

Nie dziwmy się Jezusowi, że celowo spójnia się do domu Przyjaciół, ponieważ Jego dziełem jest prowadzenie każdego drogą Bożą, drogą życia, drogą naszych dusz. Jezus mówi nam: Uwolnijcie Zmarłego i pozwólcie Mu odejść, żeby mógł być sobą.

Pożegnanie boli i jest smutne. Jednak łzy są rzeką życia, po wejściu do której oczyszczona dusza znowu podnosi się do dalszej drogi. Śmierć jest na Bożą chwałę.

Zmarłych uwalniajmy z naszych wspomnień. Nie miejmy im za złe, że odchodzą. Wybaczajmy im, radujmy się ich wolnością i żegnajmy z nimi. Oni idą swoją drogą, my idziemy swoją. Każdy idzie własną. Czasem tylko przez chwilę, tylko przez jeden dzień, tylko przez 3o lat idziemy obok siebie. Ostatecznie zawsze idziemy samotni.

Nasza śmierć też jest na Bożą chwałę. Umieramy, aby nie dusić się iluzjami na własny temat i móc odważnie nabierać powietrza w płuca. Umieramy, abyśmy szli własną drogą  i spokojnie, ufnie byli sobą. 

Ludzie chwały – rekolekcje pasyjne u Tęczowych Społeczników

Łódź – 22 i 23 marca

Zapraszam bardzo serdecznie na kolejne rekolekcje pasyjne u Tęczowych Społeczników. Temat rekolekcji to LUDZIE CHWAŁY – duchowe drogi budowania poczucia własnej wartości.

Oprócz mnie rozważania będą mieć:
ks. Jacek Zdrojewski (Kościół polskokatolicki)
ks. Andrzej Partyka (Kościół rzymskokatolicki)

Jest wielu ludzi, którzy starają się służyć Bogu jak mogą, natomiast przez innych chrześcijan bywają notorycznie krytykowani. Jeżeli bowiem któryś z chrześcijan zostaje przez Boga wywyższony i obdarowany chwałą inni chrześcijanie od razu podejmują śledztwo, podejrzewając naganne zachowania.
Jeżeli sportowiec podpisze kontrakt na 100 mln dolarów to nikogo to nie dziwi i nikt w tym nie doszukuje się drugiego dna. Jeżeli jednak komuś z Kościoła (parafii, zboru) się powodzi, natychmiast znajdują się „chrześcijanie”, którzy to krytykują.
Poza Kościołem nie mamy problemów z wywyższaniem innych, więc ludzie często opuszczają swoje wspólnoty, aby odczuć, że zależą jedynie od Bożej łaski, a ich życie należy do nich, więc nie podlega ludzkiej ocenie. Chcą doświadczyć życia w chwale, a nie w potępianiu, obawach, pozbawianiu czci i poczucia wartości.
Gdy o kimś mówimy, że jest rewelacyjny, to we współczesnym języku trafnie tłumaczymy biblijną chwałę, w przeciwieństwie do rozumieniu chwały jako przebywania w jakimś bliżej niesprecyzowanym obłoku. Widząc kogoś, kto robi coś w taki sposób, że to po prostu jest nie do powtórzenia, to właśnie to jest chwała.
Chwała to biblijne słowo na określenie bycia rewelacyjnym.
Jezus zniósł mękę krzyża dla radości, która została dla Niego przygotowana przez Ojca (zob. Hbr 12,1-2). Dlaczego więc przez tysiąclecia znakiem rozpoznawczym chrześcijaństwa jest tylko krzyż, a nie otwarty grób?
Wielu mówi, że gdyby nie krzyż dalej żylibyśmy w grzechu, i to jest prawda, ale trzeba dopowiedzieć, że gdyby nie zmartwychwstanie bylibyśmy co prawa bezgrzesznymi, ale MARTWYMI! Jaki byłby w tym sens, żeby być bezgrzesznym, ale martwym?
Większość chrześcijan niestety cechuje mentalność cierpiętnictwa. Identyfikują się tylko z bólem zamiast z dobrodziejstwem, płynącym z bólu (Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni – Mt 5,4). Tworzymy kulturę, w której ciężko stać się osobą pełną chwały, ponieważ przeciwstawiamy się ludziom, żyjącym w takiej chwale. Są podejrzani.
Tymczasem to Boża chwała przyciąga całe narody! Czy domyślamy się, co się stanie, gdy osiągniemy jedność w Duchu Świętym? Gdy będziemy jednym z Bogiem? Stanie się coś takiego, że przestaniemy opowiadać Ewangelię często wbrew woli słuchaczy, którzy boją się chrześcijańskiego cierpiętnictwa. Wtedy już nie słowa, ale nasze codzienne życie stanie się zachętą i zaproszeniem do słuchania i przyjęcia Dobrej Wiadomości o zbawieniu, ponieważ będziemy przyciągać ludzi swoim życiem, postępowaniem, uśmiechem i szczęściem
Jako chrześcijanie powinniśmy z całych sił zabiegać o Bożą chwałę, objawiającą się nad nami i nad naszym życiem, ponieważ im więcej Bożej chwały będziemy objawiać, tym będziemy bardziej atrakcyjni dla świata!

Nabożeństwo Drogi Krzyżowej – Drogą Ciszy

Historię powstania Nabożeństwa Drogi Krzyżowej datuje się na rok 1741. Jest to nabożeństwo o charakterze adoracyjnym oraz pokutnym, obce ewangelickiej pobożności, niemniej organizujemy je ze względu na ekumeniczny charakter rekolekcji. W tradycyjnym Nabożeństwie Drogi Krzyżowej występują stacje, których w Piśmie Świętym brak, na przykład Święta Weronika ocierająca twarz Jezusa Chrystusa. Zatem, by uniknąć “kłopotliwych” stacji, wybraliśmy te stacje Drogi Krzyżowej, które są biblijne i zostały wskazane przez biskupa Rzymu, Benedykta XVI.

  • Stacja I – Agonia Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (Iwona Rudnicka, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja II – Zdrada Judasza (Janusz Komorowski, Kościół rzymskokatolicki )
  • Stacja III – Jezus skazany na śmierć przez Sanhedryn (Mariusz Ławnik, Kościół ewangelicko-augsburski )
  • Stacja IV – Trzykrotne wyparcie się Jezusa przez Piotra (Iwona Rudnicka, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja V – Jezus osądzony przez Poncjusza Piłata (Marek Uglorz, Kościół ewangelicko-augsburski )
  • Stacja VI – Ukoronowanie koroną cierniową (Jacek Zdrojewski, Kościół polskokatolicki)
  • Stacja VII – Jezus bierze na ramiona krzyż (Marek Uglorz, Kościół ewangelicko-augsburski)
  • Stacja VIII – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi (Agnieszka Raczyńska, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja IX – Jezus spotyka kobiety (Andrzej Partyka, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja X – Ukrzyżowanie Jezusa (Jacek Zdrojewski, Kościół polskokatolicki)
  • Stacja XI – Jezus obiecuje Raj dobremu łotrowi (Janusz Komorowski, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja XII – Spotkanie Jezusa z Matką, stojącą pod krzyżem (Przemysław Dańda, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja XIII – Śmierć Jezusa na krzyżu (Marek Uglorz, Kościół ewangelicko-augsburski )
  • Stacja XIV – Złożenie Jezusa do grobu (Agnieszka Raczyńska, Kościół rzymskokatolicki)
  • Stacja XV – Zmartwychwstanie Mistrza z Nazaretu – Jezusa Chrystusa

Plan rekolekcji:

22 marca, sobota
o godzinie 14:00 obiad
o godzinie 16:00 rozważanie rekolekcyjne z dwóch ambon
o godzinie 18:00 Eucharystia wg liturgii luterańskiej (kazanie ks. Andrzej Partyka – KRK)
o godzinie 20:00 Biblijna Droga Krzyżowa (Ekumeniczna) – ul. Kutnowska 11, Łódź
Hostel Interwencyjny Tęczowych Społeczników

23 marca, niedziela
o godzinie 07:00 wyjazd do parafii Polskokatolickiej Świętej Rodziny, ul. Limanowskiego 60, Łódź
o godzinie 08:00 rozważanie rekolekcyjne z dwóch ambon
o godzinie 10:00 Eucharystia wg liturgii starokatolickiej
o godzinie 13:00 obiad u Tęczowych Społeczników- ul. Kutnowska 11, Łódź
Hostel Interwencyjny Tęczowych Społeczników

Nie płacz – Duszo – tańcz

Pozdrawiam Cię, Duszo.

Powiedz mi, Duszo, dlaczego namawiasz mnie do walki?

Czy też przyszłaś na ziemię, aby walczyć? O co walczysz?

Skoro przyszłaś z domu wiecznego Rodzica, ze źródła Światła i Miłości, co daje Ci walka? Czy walcząc, nauczysz się na ziemi czegoś większego, piękniejszego, lepszego?

Powiedz mi, Duszo, dlaczego uważasz, że wojna rozwiązuje wszystkie problemy?

Czy tam, skąd przyszłaś, wojna służy do rozwoju i osiągania doskonałości?

Powiedz mi, Duszo, jak znajdujesz powrotną drogę do domu?

Nie gubisz się w gąszczu polemiki, pod kanonadą racjonalnej amunicji i pod ostrzałem niekończących się ocen, oskarżeń, rozkazów i gróźb?

Duszo, dlaczego przygarbiona, mniejsza, brzydsza, smutniejsza, niż w rzeczywistości, przysiadłaś przy ciepłym sercu?

W innych miejscach jest Ci zimno?

To jak znajdziesz drogę do domu? Jak wrócisz?

Chcesz umrzeć na obczyźnie, z dala od swoich?

Duszo, czego się boisz?

Rozum, który nie chciał mnie do Ciebie wpuścić i wejście ciałem zasłaniał, oświadczył, że najważniejsza jest władza, prestiż, szacunek, poczucie bycia ważnym, więc On tego pilnuje. A Ty, taki Kopciuch przy piecu? Ciebie można się tylko wstydzić. Jesteś zbyt czuła, wrażliwa, delikatna, miłosierna, prawdziwa w swoim płaczu.

Nie wolno Cię pokazywać światu, żeby nie stracić miejsca w pierwszym szeregu twardych i nieustępliwych wojowników o lepszą przyszłość; nie zostać wyśmianym w gronie Dowódców – psychopatów.

Masz cicho siedzieć przy piecu i dbać, żeby w domu nie zrobiło się zimno.

Duszo, dlaczego płaczesz?

Jesteś piękna, gdy nieśmiało uśmiechasz się kącikami oczu i z czoła niezdarnie odgarniasz kosmyki włosów…

Jesteś piękną Panią.

Jesteś Kochanką.

Przyszłaś, aby kochać.

Gdzie schowałaś czerwone korale?

Rozum Ci zabrał, bo wystraszył się miłości?

Gdzie masz białą suknię?

Rozum podarł na bandaże, bo nie potrafi tańczyć i woli walczyć?

Gdzie masz czarną torbę akuszerki, pełną błogosławieństw z rodzicielskiego domu?

Rozum zamienił na raportówkę z rozkazami na front?

Słyszysz Duszo?

Właśnie wybiła godzina radości i wesela.

Duszo wstań i przygotuj się na weselną ucztę, tańce, zabawę i śmiech.

Zamiast czerwonych korali ubierzesz naszyjnik z pereł.

Każda z nich powstała z jednej łzy cierpienia. Dużo się napłakałaś, więc długi naszyjnik na Ciebie czeka.

O białej sukni zapomnij.

Czeka złota, jaśniejąca Twoim pochodzeniem, boską godnością.

Wszyscy się dowiedzą, skąd przyszłaś i kim jesteś.

Czarna torba akuszerki niech służy na listy, pisane z frontu do matek o śmierci ich dzieci.

Ty, Duszo, nie potrzebujesz ani torebki na skarby, bo sama nim jesteś, ani do przechowywania tragicznych wiadomości, bo sama jesteś wiadomością z innego świata. Duszo, przypomnij sobie, kim jesteś!

Jesteś wiadomością o świecie bez łez, bólu, cierpienia i śmierci, bez walki i wojny!

Jesteś wiadomością o świecie miłości, radości, pokoju i światła.

Wyjdź z więzienia.

Nie pozwól rozumowi trzymać Cię pod kluczem.

Ciało dłużej nie będzie zagradzać drogi na wolność.

Duszo wyjdź i zatańcz.

Zaproś do miłości, wiecznej ekstazy, w której ginie rozum i ego.

Gwiazda narodzenia – epifanijne życzenia

„Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem Judzkim za króla Heroda, oto magowie ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest ten nowo narodzony król żydowski? Widzieliśmy bowiem gwiazdę jego na Wschodzie i przyszliśmy oddać mu pokłon” ( Mt 2,1n).

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dotychczasowa interpretacja gwiazdy Jezusa nie traktuje odpowiednio poważnie faktu, że dostrzegli ją magowie, czyli mędrcy, zajmujący się także astrologią. Greckie słowa „we wschodzie” (edytor bloga nie przyjmuje greckich liter) nie oznaczają strony świata, ale ascendent podczas narodzin człowieka. W astrologii to punkt ekliptyki, który wschodzi w określonym momencie i miejscu na ziemi. Jego położenie uzależnione jest więc od dokładnego czasu i współrzędnych geograficznych danego zdarzenia (np. narodzenia człowieka). Także współcześni znawcy astrologii są przekonani, że ascendent jest jedną z najważniejszych wypadkowych w horoskopie mających wpływ na istotę człowieka, jego cechy, drogę życia, wygląd, zdolności, itp.

Jeśli zdaniem astrologów ascendent określa przeznaczenie człowieka, zatem w Ewangelii wg Mateusza mielibyśmy do czynienia nie tyle ze świadectwem o zrzeczeniu się przez magów mądrości i znaczenia ich wiedzy, co przede wszystkim z poglądem ewangelisty, bliskim współczesnej psychoanalizie, a mianowicie, że przeznaczenie, z którym rodzi się człowiek, nie musi go determinować. Gwiazda na Wschodzie (czyli życiorys, odczytany przez magów z horoskopu) zaprowadziła ich do Jezusa, który jako Chrystus stał się Gwiazdą Zarania (Gwiazdą Nowego Dnia; Gwiazdą Początku).

Imię, pochodzenie z królewskiego rodu, czas i miejsce urodzenia, oraz wiele innych „ustawień startowych” nie zdeterminowało Jezusa. Wzrastał w mądrości i prowadzony przez Ducha, któremu był posłuszny, nabrawszy pełni świadomości stał się Chrystusem. Konkludując mogę więc napisać, że imię „Jezus” związane jest z przeznaczeniem, zaś tytuł „Chrystus” oznacza pełnię ludzkiej osoby, która poprzez duchowy związek z Ojcem, objawiła pełnię swej boskości.

Czy przeznaczenie nie ma znaczenia? Wręcz odwrotnie, co świetnie ilustruje przykład Jezusa Chrystusa. Musi jednak zostać świadomie przyjęte jako dar i potencjał ziemskiego życia, bo tylko w takim wypadku człowiek staje się wolnym twórcą życia, ujawniając niepowtarzalną i jednorazową istotę i godność swego człowieczeństwa. W ciele (ziemskim człowieczeństwie) urodził się Jezus, który w Duchu stał się Chrystusem.

Co napisałem o Jezusie Chrystusie, napisałem także o sobie. Napisałem to o każdym z nas. Bez względu na to, w jakim czasie, miejscu, rodzinie i środowisku urodziliśmy się nic nie determinuje nas do nieszczęśliwego i tragicznego życia, na które nie mamy wpływu. Naprawdę nie ma większego znaczenia, czy jesteśmy dziećmi bez rodziców, czy nasi rodzice okazali nam dużo mądrości, czułości i miłości; czy wychowaliśmy się na blokowisku, czy może na wsi, ponieważ dzięki wierze (będącej darem) i przez wiarę (będąc też duchową pracą), każdy z tych „pakietów startowych” staje się naszym atutem i dobrem, z którego w Duchu Bożym możemy wzrastać aż do pełni i stać się Chrystusem dla innych. Od duchowej pracy zależy na ile nasze przeznaczenie staje się naszym więzieniem, czy powołaniem, w którym możemy świętować życie i objawiać chwałę Najwyższej Mądrości, Świadomości i Miłości.

Myślę, że przesłanie Święta Epifanii, które odczytuję z relacji ewangelisty Mateusza o pobycie magów w Betlejem i oddaniu Mu przez nich pokłonu, ma wiele wspólnego z założeniem psychoanalizy, że jeśli w naszych sercach nie uświadomimy sobie tego wszystkiego, co jest naszym nieświadomym przeznaczeniem, wówczas prędzej czy później powróci to do nas w postaci przeklętego losu, nad którym będziemy jęczeć jako niewolnicy. Jeśli jednak będziemy wytrwale rozjaśniać kolejne tajemnice naszego przeznaczenia, ukryte w osobistej i zbiorowej (np. rodowej) nieświadomości, wówczas nie doświadczymy wypalenia, rozczarowania, apatii i rezygnacji, ani nie będziemy przeklinać dnia narodzin, ale z pasją i miłością będziemy wzrastać w świadomości Chrystusa.

Każda i każdy z nas ma gwiazdę, dzięki której może rozpocząć drogę do Chrystusa.

Odważnej wiary, aby nią wytrwale podążać, dziś – w Święto Epifanii – z serca Wam życzę.