Patriarcha z Kremla

Słuchając przywódców Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale też większości polityków z Europy, odnoszę wrażenie, że albo nie potrafią zinterpretować postaci i zachowań Wł. Putina, albo dość oczywistej interpretacji po prostu do siebie nie dopuszczają. Tymczasem warunkiem wypowiadania odpowiednich słów i zajmowania skutecznych postaw wobec Moskwy, która rości sobie prawo do bycia trzecim Rzymem, jest uwzględnienie religijno-kulturowych warunków, w których działa rosyjski prezydent. 

Obawiam się, że w amerykańskich oczach Wł. Putin uchodzi za azjatyckie wcielenie archetypu kowboja, z którym on sam nie ma nic wspólnego. To, że z nagim torsem jeździ na koniu, ujeżdża kłady, pozuje na silnego mężczyznę, niczego nie przesądza. Nawet obawa, że próbuje odbudować imperium carów i Stalina, nie usprawiedliwia infantylnego traktowanie Wł. Putina, którego nie zachęci się do zachowań, typowych dla amerykańskiej wyobraźni, czyli na przykład do pojedynku. Czy podskórne i zamaskowane wykorzystywanie rosyjskich najemników albo prowadzona od sześciu dni wojna z Ukrainą nie podpowiada, że Wł. Putin kowbojem nie jest ani nie chce nim być? Paradoksalnie to właśnie mężczyzna o typowej mentalności kowboja (np. G.W. Busch), albo zawadiackiej (R. Reagan) dużo sprawniej poradziłby sobie z prezydentem Rosji, ponieważ natychmiast zauważyłby, że ma do czynienia z kimś, kto funkcjonuje według zupełnie innego mitu założycielskiego. 

Skoro ewentualność, że mamy do czynienia z putinowską wersją wojskowego maczyzmu odpada, może warto uwzględnić wpływ archetypu włoskiej cammory, na co z kolei gotowi są przystać politycy z Europy?  Absolutnie nie. Putinowi daleko do mężczyzn z Palermo, z pożółkłymi od nikotyny wąsami, pogrążonych w myślach i oczami nieruchomo wpatrzonymi w niejasną przyszłość, którzy odzywają się tylko wtedy, gdy już nie ma innej możliwości. Co prawda Putinowi jakby udawało się być dyskretnym i ukrywać emocje, będące klasyczną piętą Achillesa mężczyzny z Palermo, jednak w rzeczywistości, mimo zachowywania niewzruszonego wyrazu twarzy, jego oczy ujawniają namiętności i bardzo łatwo wyprowadzić go z równowagi.

Kim więc jest Wł. Putin? Dla teologa odpowiedź jest dramatycznie oczywista. Dramatycznie, ponieważ niepoprawna politycznie, i dlatego nie pozwala się jej zaistnieć w publicznym dyskursie. Ale po kolei.

Znaczna część kulturowej tradycji Europy i Ameryki ukształtowała się pod wpływem ewangelickiego etosu nauki i pracy. Odkąd bowiem ludzie zostali zwolnieni z troski o własne zbawienie, bardziej zainteresowali się światem. Człowiek, aby rzeczywiście mógł okazał się pobożnym, nie musiał opuszczać świata i uciekać przed konsekwencjami życia w świecie, wkraczając w klasztorne mury. Odtąd świat stał się klasztorem. To znaczy, że Boga nie tylko można, ale wręcz należy czcić w codziennym życiu, odnajdywać Jego twarz w obliczu bliźniego. Praca rolnika i rzemieślnika nie jest mniej pobożna od modlitw mnicha. Dla duchowości oznaczało to zwrócenie się w stronę wielu nowych aspektów życia, a przede wszystkim, że odtąd duchowość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla elit, ale zajmuje należne jej miejsce w samym środku przestrzeni i czasu ludzkiej egzystencji.

Dzięki Reformacji ludzie nauczyli się służyć Bogu świeckim powołaniem i doświadczać błogosławionych skutków bycia pobożnym człowiekiem w każdej dziedzinie życia społecznego. Ewangelicka duchowość nie jest umiejscowiona pomiędzy niebem a ziemią, ale stała się formą przeżywania Bożej obecności w codzienności bycia człowiekiem. Jej konsekwencją jest świecka odpowiedzialność za własne życie i los bliźniego. W dużej części Europy i Ameryki Północnej nie oczekuje się Bożej interwencji z zewnątrz, czyli rozwiązania problemów przez cudowną zmianę sytuacji życia, ale doświadcza spotkania z Bogiem wewnątrz swej istoty, dzięki czemu człowiek staje się mocny i świadomy siebie, a przez co samodzielnie kształtuje swoją życiową sytuację. Ta religijna zmiana wyobrażeń Boga jest jednym z fundamentów zachodniej cywilizacji.

Tymczasem w prawosławnej Rosji mamy do czynienia z zupełnie innym obrazowaniem Boga, a więc innymi skutkami światopoglądowymi. Wł. Putin nie jest kowbojem ani mężczyzną z Palermo, ale typowym patriarchą, uwikłanym w religijne wzorce, nawet jeśli sam nie jest zbyt religijny, ponieważ są wzorcami kulturowymi i społecznymi. Jego zachowania, pozy, gesty i słowa, utrwalają wizerunek patriarchy z typowego systemu teokratycznego, którego zadaniem jest przekazywanie życia (stąd pozy jurnego mężczyzny, o którym powinny marzyć Rosjanki), dbanie o przetrwanie klanu w trudnych warunkach środowiskowych czy geopolitycznych, przestrzeganie prawa (stąd pozy praworządnego sędziego), oraz prawo do wymierzania śmierci dla dobra całej wspólnoty.

Wł. Putin nie wyrósł ponad religijną kulturę swego ludu, nie jest więc żadnym wybitnym mężem stanu, a jedynie sprawnym administratorem w społeczeństwie, które nie wyobraża sobie, że mogłoby być za siebie odpowiedzialne. Będąc więźniem religijnych wyobrażeń, których nie rozumiemy, nigdy nie będzie politykiem, odpowiadającym wzorcom tzw. zachodniej demokracji. I dlatego trzeba uważać, bo w patriarchalnej mentalności wojna jest oczywistą i stosunkowo prostą metodą przetrwania, co patriarcha jest winien swojemu klanowi.

W tym obrazowaniu religijnym Bóg nie zmienia człowieka od wewnątrz, aby radził sobie w codziennym byciu, ale zmienia świat dla człowieka! 

Bezpieczeństwo

Z jaką łatwością wpadamy w pułapki, zastawione przez umysł tłumu i powszechne przekonania, uświadamia tytułowe pojęcie bezpieczeństwo. Wszak większość z nas czuje się bezpiecznie, a więc spokojnie i komfortowo, gdy tworzy udaną relację, ma nagromadzone oszczędności,  mieszka w spokojnej dzielnicy, ufa politykom, wojsku i policji. Tymczasem wymienione wyżej warunki bezpieczeństwa częściej destabilizują życiowy komfort i spokój, więc też pozbawiają poczucia bezpieczeństwa, aniżeli je zapewniają.

Relacje, jak to bywa, są w ciągłej transformacji, więc jeśli są miłosne nie mogą zapewnić poczucia bezpieczeństwa, wszak miłość ze swej natury rozwiązuje więzy i kochaną osobę czyni wolną. Z istoty miłości wynika zatem, że w każdej chwili można pozostać samemu, będąc zdanym wyłącznie na siebie. Pieniądze, zwłaszcza na bankowym koncie, do których dostęp ma się przez kartę płatniczą, są tylko formą płacidła/mamidła. Wirtualnym wyobrażeniem siły nabywczej, a nie realną wartością, którą w chwili kryzysu można wymienić na żywność albo usługę. Mieszkaniami w spokojnej miejscowości cieszyły się przed nami miliony ludzi i wystarczyło, że przyszedł silniejszy, posługujący się argumentem czołgu, żeby zapisy w księdze wieczystej w jednej chwili straciły jakąkolwiek wartość, której nie da się przywrócić rozejmem albo pokojowym paktem, jeśli decydują o nim politycy. Oddanie im poczucia bezpieczeństwa doprawdy jest prostoduszną ignorancją. A skoro służba mundurowych rozpoczyna się zobowiązaniem wykonywania ludzkich rozkazów, a nie postępowania w Bożej miłości, więc skończmy z rojeniami, że dzięki nim można czuć się bezpiecznie. Do jakiegoś stopnia owszem, dopóki nie padnie inny rozkaz.

Może bezpieczeństwo jest iluzją, której ulegamy z psychicznych powodów? Raczej na pewno nie. Jednak żeby go doświadczyć wpierw trzeba go zrozumieć. Już samo słowo wiele wyjaśnia.  Bez – pieczeństwo sugeruje, że to, co emocjonalnie odczuwamy jako komfort i spokój, nie zależy od tego, co wydaj nam się jego warunkiem. Mielibyśmy zatem do czynienia ze znaczeniem słowa odwrotnym do uczucia bezpieczeństwa, co może sugerować, że prawdziwe odczucie bezpieczeństwa zawdzięczamy temu, czego z nim nie kojarzymy. 

Bezpiecznie żyje człowiek bez – pieczy, czyli bez wszystkiego, co z definicji ma je zapewniać. Zdaniem większości życie w pieczarze jest bezpieczne, a tymczasem jest od odwrót. Bezpiecznie jest bez-pieczary albo bez – pieczęci. Do bezpiecznego życia nie są potrzebne pieczary (domy, schronienia, schrony) ani pieczęcie (banku, ZUS, rządu, wojska). Prawdziwe bezpieczeństwo obywa się bez tego, co w życiu kojarzy się ze sprawowaniem pieczy, ochroną, troską, itp. W doświadczeniu świadomego i duchowo rozwiniętego człowieka bezpiecznie robi się dopiero wówczas, gdy większość zaczyna odczuwać brak bezpieczeństwa, czyli nie – bez – pieczeństwo. Przecież, gdy jest naprawdę niebezpiecznie wtedy ani pieczara, ani pieczęcie nic nie znaczą. To sugeruje, że większość z nas tworzy iluzję bezpieczeństwa, zabezpieczając się pieczarami i pieczęciami, gdy jest spokojnie i komfortowo, jednak gdy nadchodzi prawdziwe niebezpieczeństwo, zostają z niczym. Są bezradni, wystraszeni, zestresowani, bo odczuwają głęboki niepokój z braku bezpieczeństwa.

Tak dzieje się teraz, podczas trwania epidemii COVID-19. Najmniej bezpiecznie czują się ci, którzy teoretycznie są najbezpieczniejsi, bo zostali zaszczepieni. Tymczasem są najbardziej agresywni, wykazują tendencje segregacyjne i tworzą wokół siebie dodatkowe zabezpieczenia. Dlaczego potrzebują dodatkowych pieczar, skoro mają pieczęć? Czyżby myśleli o sobie, że znaleźli się w niebezpieczeństwie? I dlaczego najbardziej bezpieczni w ostatnich miesiącach wydają się być z kolei ci, którzy teoretycznie powinni odczuwać niebezpieczeństwo, czyli niezaszczepieni?

Ten przykład unaocznia, że bezpieczeństwo nie ma większego związku z pieczarami i pieczęciami, które organizujemy w zewnętrznym świecie. Prawdziwe bez – pieczeństwo ujawnia się w nie – bez – pieczeństwie. Wtedy człowiek chroni się w wewnętrznej pieczarze i otrzymuje duchową pieczęć, w mocy której zachowuje spokój i komfort nawet podczas największych kataklizmów i przechodząc przez ciężkie doświadczenia. Pieczarą jest serce, miejsce najświętsze, w którym tryska Źródło życia, światła i miłości. Posługując się tradycyjnym językiem teologicznym można powiedzieć, że w sercu mieszka Bóg, który opieczętowuje człowieka swoim Duchem, czyli mocą. Dlatego jedyną pieczęcią, której warto ufać, jesteśmy  sami dla siebie, jako Boże dzieci.

W boskiej godności i mocy jesteśmy nienaruszalni, ponieważ zdolni do wejścia w każdą relację, sytuację, konflikt i zagrożenie bez lęku, ze spokojem i w komforcie wiary, że każde doświadczenie jest potrzebne naszemu rozwojowi. Tylko rozwinięci i odpowiednio przygotowani możemy pomagać innym i ochraniać ich.

Prawdziwe bezpieczeństwo jest pieczarą, będącą intymnym związkiem ze Źródłem. Jakby podziemną jaskinią, z której na powierzchnię codzienności i ludzkich dziejów wypływa źródło życia, światła i miłości. Pieczęcią jest dzikość duszy, która się nie boi, ale ufa, i dlatego okazuje się być waleczną Królową albo walecznym Królem.

Królowa i Król nie potrzebują pieczar ani pieczęci, bo są nimi sami dla siebie, a przez to dla innych.

Skuteczna modlitwa

Święta Bożego Narodzenia kojarzą się z domem, rodziną, pięknem, ciepłem i bezpieczeństwem. Ludziom religijnym jeszcze z nabożeństwem, liturgią, śpiewem i modlitwą.

Pod względem emocjonalnym to prawdopodobnie najbardziej pozytywne święta. Wielkanoc poprzedzona jest śmiercią, a Zesłanie Ducha Świętego lękiem i niezrozumieniem, tymczasem przed Bożym Narodzeniem wszyscy czekają na dziecko. Przedświąteczne, a potem świąteczne serce otulone jest dobrymi emocjami. Dokładnie tak samo powinno być z modlitwą, dlatego przed wigilią zdecydowałem się napisać jeszcze kilka słów o świątecznej modlitwie, czyli takiej, która odpowiadałaby duchowości Świąt Bożego Narodzenia.

Wigilijny wieczór upamiętnia narodziny Nowego Człowieka, którego życie jest wolne i prawdziwe, więc składamy sobie życzenia nowego początku, aby i nasze życie stało się wolne i prawdziwe. Nie chcemy żyć tylko pamięcią przeszłości i nadzieją przyszłości. Teraz chcemy uczestniczyć w nowym i prawdziwym życiu, więc świątecznym życzeniom towarzyszą podobne modlitwy.

Tymczasem mijają kolejne święta i kolejne lata, a w życiu większości z nas nie dzieje się nic specjalnie nowego ani prawdziwego. Wydaje się, że święta są zbiorowym mirażem albo próbą czarowania rzeczywistości, która i tak aktualizuje się własnym rytmem według niezależnej od nas matrycy. Gdyby to była prawda, byłby to obezwładniający i demoralizujący determinizm. Nie po to wierzymy, abyśmy żyli tylko pamięcią o narodzinach Jezusa albo tym bardziej jedynie nadzieją na poprawę losu w jakimś nieokreślonym czasie.

Święta Bożego Narodzenia naprawdę mogą być nowym początkiem pod warunkiem, że nauczymy się twórczej modlitwy, jaką praktykował Mistrz z Galilei. Jego modlitwa nie opierała się na słowach, przed którymi wręcz przestrzegał: „A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją.Ale ty,gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; albowiem oni mniemają, że dla swej wielomówności będą wysłuchani.Nie bądźcie do nich podobni, gdyż wie Bóg, Ojciec wasz, czego potrzebujecie, przedtem zanim go poprosicie” (Mt 6,5-8). Komora jest wnętrzem, w którym nie musimy myśleć, co jest nam potrzebne. Jest ukrytym miejscem, w którym czujemy się  obdarowani.

Skuteczna modlitwa nie jest apelem, ani prośbą, ale emocjonalnym skutkiem wiary, która jest gwarancją tego, czego się spodziewamy i dowodem istnienia rzeczy, których nie widzimy (zob. Hbr 11,1). Twórczą modlitwą nie komunikujemy, ale odczuwamy wdzięczność za to, co otrzymaliśmy, chociaż zmysłami tego nie dostrzegamy. Dlatego o modlitwie można mówić, że jest szkołą wiary, jednak nie w tradycyjnie kościelnym pojmowaniu, jako łańcuch przyczynowo-skutkowy: prośba – Boże działanie – widoczny skutek.

Modlitwa nie jest wpływaniem na Boga, ale odczuwaniem skutków Jego działania. W tym sensie byłoby dobrze, żebyśmy zaczęli praktykować modlitwę nie jako komunikowanie, ale odczuwanie. Co oznacza, że teraźniejszy stan naszych emocji decyduje o jakości naszej przyszłości. Często modlimy się o dobro i poprawę losu, odczuwając lęk, wstyd, winę, apatię, bezsilność i podobne im emocje. W ukrytej komorze jesteśmy wtedy połączeni z Ojcem, czyli z polem Świadomości i Źródłem wszystkiego, negatywnymi emocjami. W konsekwencji czym działamy na to pole, tym ono nam odpłaca.

Wielu znajomych i czytelników mojej ostatniej książki dziwi się, że poświęciłem ją emocjom. Pytają, dlaczego nie napisałem książki teologicznej albo poświęconej duchowości. Wbrew pozorom jest teologiczna i dotyczy duchowości, tyle tylko, że w innym rozumieniu. Słowa, na które warto w niej zwrócić uwagę, znajdują się na s. 21: „Niestety najpewniej nie zostałeś nauczony, żeby modlić się emocjami. Modlitwę kojarzysz ze Słowami? No cóż, jak większość z nas. Tymczasem modlitwie nie są ważne słowa, ale odczucia. Modląc się, otulaj się emocjami. Nie czuj się, jakbyś został wysłuchany, (…). Po prostu poczuj tę zmianę w sobie i w życiu. Emocjonalnie bądź już szczęśliwy, zdrowy i obdarowany. Bądź absolutnie pewien, jednak nie tego, że zostaniesz wysłuchany, ale tego, że to już się wydarzyło, Ty zaś odczuwasz błogą i radosną wdzięczność”. Jednym ze skutków tych słów jest ostatnia część ksiązki, poświęcona właśnie wdzięczności, w której napisałem: „Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawcą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia. Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się i czeka na manifestację” (zob. s. 240).

W książce nie połączyłem emocji z modlitwą, więc nie zaproponowałem nowej definicji modlitwy, do której pragnę Was przekonać przy okazji Świąt Bożego Narodzenia.  W ewangelii Jana znajdują się słowa Jezusa: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Wy płakać i narzekać będziecie, a świat się będzie weselił; wy smutni będziecie, ale smutek wasz w radość się zamieni.Kobieta, gdy rodzi, smuci się, bo nadeszła jej godzina; lecz gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta o udręce gwoli radości, że się człowiek na świat urodził. I wy teraz się smucicie, lecz znowu ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej.A w owym dniu o nic mnie pytać nie będziecie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek, byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam.Dotąd o nic nie prosiliście w imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna”(J 16,20-24). Warto zauważyć, że wypowiedź o modlitwie Jezus osadził w kontekście fizycznych odczuć i emocji. Jednak najważniejsza część przesłania Jezusa wciąż wydaje się być niejasna i zakryta. Dopiero porównanie tekstu, którym posłużyli się tłumacze, ze starożytnymi manuskryptami, odkrywanymi przez archeologów, uświadamia nam, z jak wielką dowolnością traktowano słowa Mistrza z Galilei. Próby uproszczenia przekazu i skrócenia tekstu (pomińmy w tej chwili pobudki) sprawiły, że straciliśmy głębię Jego nauk i nie potrafimy się modlić. Prawdopodobna, aramejska wypowiedź Jezusa mogłaby zatem w tłumaczeniu brzmieć również następująco: „Wszystko, o co poprosicie wprost, z głębi mojego imienia, będzie wam dane. Do tej pory tego nie czyniliście. Proście bez ukrytych pobudek i niech otacza was odpowiedź wasza. Okryjcie się tym, czego pragniecie, aby radość wasza była pełna”.

Te słowa uświadamiają nam (a może przypominają?), że modlitwa jest stanem bytu, w którym powinniśmy się znajdować, a nie tylko słowami i czynnościami, którym poświęcamy określoną porę dnia. Zachęcając nas do otoczenia się i okrycia odpowiedzią Mistrz z Galilei uczy, że najpierw w sercu musimy poczuć spełnienie modlitwy, żeby potem mogła zamanifestować się w życiu. W rzeczywistości nawet kanoniczne teksty ewangelii, (słowa Jezusa są w nich przetłumaczone na j. grecki) uznane przez Kościół, poświadczają, że Jezus nie prosił Ojca o działanie, ale dziękował za manifestację skutków już wtedy, gdy zmysłom wciąż pozostawały niedostępne.

Modlitwa Jezusa nie jest wpływaniem na Ojca, ale działaniem w jedności z Nim, czyli w polu Świadomości, z którym wszyscy jesteśmy połączeni. Dużo skuteczniejsze jest połączenie bezpośrednie, którym jest energia, odczuwana przez nas i odpowiednio kierowana pod postacią cielesnych emocji, aniżeli za pomocą słów, płynących z umysłu, często sprzecznych z odczuwanymi emocjami. W ten sposób Mistrz z Galilei korzysta z mocy wiary i jednocześnie uczy nas tego samego. Wiara nie manifestuje się słowami, które dopiero miałyby wpłynąć na Ojca, ale  pewnością otrzymania wszystkiego, co nazywamy usprawiedliwieniem, zbawieniem, szczęściem, błogosławieństwem, zdrowiem, spokojem i pomyślnością.

Parafrazując słowa Jezusa z ewangelii Mateusza można powiedzieć, że ludzie świata oczekują, zaś uczniowie Mistrza z Galilei doświadczają. Pierwsi zmagają się z lękiem i wszystkimi skutkami zablokowanej życiowej energii, ponieważ zatrzymują ją negatywnymi emocjami, drudzy są wdzięczni za uzdrowienie i pomyślność. Pierwsi wciąż narzekają na trudy życia, drudzy dostrzegają i ogłaszają uzdrowienie i pomyślność. Pierwsi używają energii władzy i kontroli, aby nie działy się rzeczy, których się boją, a w efekcie blokują życiowe zmiany, drudzy używają energii wiary i pozostając w ciągłym ruchu oraz przepływie, doświadczają zmiany z mniejszej chwały ku większej chwale. Pierwsi modlą się słowami, które często są sprzeczne z odczuciami i emocjami, drudzy otaczają się pozytywnymi emocjami, z których płyną słowa wdzięczności i radości.

Dlatego pierwsi mdlą ze strachu, chociaż modlą się wieloma słowami! Drudzy natomiast ożywają w radości i pokoju, ponieważ modlą się emocjami wiary, nadziei i miłości.

Uczmy się nie tylko od starych szkół duchowych i wielkich nauczycieli, pomiędzy którymi Jezus jest prawdziwym Mistrzem skutecznej modlitwy. Korzystajmy także z obserwacji i naukowych wniosków mechaniki kwantowej, która potwierdza, że mamy dostęp do niezwykłego źródła mocy, znajdującego się w wewnętrznej komorze. Jest nim Boży Duch, czyli pole energetyczne, różniące się od pozostałych form energii, którym jesteśmy połączeni z najwyższą Świadomością i Źródłem wszystkiego.

Kończąc, nie życzę Wam – Przyjaciele i Czytelnicy – szczęścia, zdrowia i pomyślności, ponieważ nie muszę życzyć tego, co zostało darowane. Życzę za to każdemu, sobie też, duchowej wrażliwości i czujności, abyśmy dostrzegali to, co jest dostępne, i umieli z tego korzystać w codziennym życiu. Nie prośmy, dlatego że boimy się braku i nieszczęścia, ale odczuwajmy wdzięczność, ponieważ jesteśmy zbawieni.

Czekanie w Adwencie jest stratą czasu

W Adwencie oczekiwanie jest stratą czasu.

Adwent jest od czujności, czułości, czucia, że co miało się wydarzyć, jest już od dawna.

Dlatego Adwent jest nie od proszenia, ale od wdzięcznego dziękowania za nowe, zdrowe, prawdziwe, zbawione.

Nie od wypatrywania, ale od odważnej wiary, w której oczy nie grają żadnej roli:

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29).

Adwent jest szkołą duchowości, której nie szkoda czasu, bo jest obecnością w najlepszym z możliwych czasów, w którym nie trzeba tolerować, zgadzać się, wybaczać i akceptować, bo nie ma czego.

Adwent jest nasiąkaniem światłością, w której nie ma wypartego ani zapartego, nie ma szczęścia ani nieszczęścia, nie ma użytecznego ani nieużytecznego.

Adwent jest zwycięstwem serca, które kocha, zanim ktoś pokocha.

Adwent to święte wieczory dla książek, w których nie szuka się własnej wiedzy, ani argumentów na potwierdzenie starych przekonań i poglądów, ponieważ jest manifestacją radykalnie nowego rozwiązania, nierozwiązywalnych problemów ludzkości.

W Adwencie miejsce starych profesjonalistów zajmuje nowy Człowiek Miłości.

Adwent jest manifestacją Słowa, zapisanego w sercu. Jest rodzajem zadziwienia, że trudne problemy mają proste rozwiązania.

Adwent to ciche dni, na swój sposób nudne, bo prawdziwe. W Adwencie nie trzeba ubierać masek, grać ról, uchodzić za kogoś, kim się nie jest. Adwent jest pusty zewnętrznymi znaczeniami, aby od wewnątrz mogła zamanifestować się czysta prawda, odnaleziona w ciszy. Adwent nie zależy od ludzkich interpretacji. Adwent tworzą anielskie dobre wiadomości, że szkoda czasu na czekanie, skoro Wieczna Miłość była, jest i będzie.

Adwentowy Anioł pyta mnie: Nauczyłeś się kochać Miłość?  

Co z tymi czakrami?

Czegóż to w ostatnich miesiącach nie nasłuchałem się o sobie? A to, że zostałem zdegradowany na uczelni, usunięty z Kościoła, z zakazem publicznych wypowiedzi, itp.

Otóż nie. Nie czuję się specjalnie dotknięty, sponiewierany ani skrzywdzony. Rzeczywiście zdaniem niektórych nie powinienem studentów uczyć teologii biblijnej, więc zlecono mi religiologię i ekumenizm. W moim wypadku religiologia jest naturalnym etapem teologicznego rozwoju. W końcu sam zacząłem szukać inspiracji do interpretacji tekstów biblijnych poza chrześcijańską teologią. Dzięki temu zyskałem na uczelni nowe możliwości przedstawiania moich przemyśleń. 

Szczerze pisząc nie orientuję się, za co mógłbym być zły albo czuć się skrzywdzonym, co bywa mi często sugerowane. Odwrotnie, nie ma wydarzeń ani okoliczności, co do których miałbym wewnętrzne przekonanie, że nie powinienem być za nie wdzięcznym.

Ostatnie zamieszanie ma związek z moją antropologią, czyli sposobem rozumienia człowieka. Ponieważ często używam pojęcia czakry, więc bywam podejrzewany o religijne związki z Dalekim Wschodem i rezygnacją z chrześcijaństwa. Podobno biblijni autorzy nie znali czakr. Otóż znali, tyle tylko, że używali innych pojęć. Znał je również Jezus z Galilei i w dodatku świetnie z nimi pracował. Niektóre biblijne zamienniki popularnego słowa czakra to dzban, stągiew, chleb i ryba, pieczęć. Uprzedzając dalszy wywód dodam jeszcze, że system czakr jest w człowieku połączony z przewodem witalnej energii, biegnącej środkiem kręgosłupa, zwanej praną, energią chii, maną albo libido. W Biblii ów energetyczny kanał, rozprowadzający energię przez system meridian do każdej  komórki ciała, nazywa się np. srebrnym sznurem (Księga Kaznodziei Salomona 12,6). 

Dlaczego chrześcijanie uważają, że czakr nie ma? Co z nimi nie tak? W czym przeszkadzają pobożnym? Pytania w tym tekście pełnią rolę retoryczną, jednak w rzeczywistości ich źródłem nie jest niedouczenie, ale lęk, że tradycyjna interpretacja zbawienia legnie w gruzach. Wszyscy, którzy boją się czakr i dlatego zwalczają także moje poglądy, w istocie zachowują się podobnie do poprzedników sprzed wieków, którzy szydzili z heliocentryzmu, ewolucjonizmu albo równouprawnienia płci. Po jakimś czasie okazywało się, że ich argumenty nie są rzeczowe, ale emocjonalne. Bali się, że przestaną rozumieć świat i grunt pewności usunie im się spod nóg, a to jest najważniejsza przyczyna każdego fundamentalizmu.

Spróbuję wobec tego krótko i rzeczowo przedstawić swoją wizję człowieka i w tej ogólnej koncepcji szczegółowiej opisać czakry.

Wszystko, co istnieje, łącznie z człowiekiem, zostało stworzone z miłości, z którą mamy ten problem, że niepotrzebnie ograniczamy ją do emocji. Rzeczywiście nią jest, jednak pamiętając o tym, że emocje to energia w ruchu, zyskujemy szerszą perspektywę rozumienia miłości. W człowieku ta energia jest odczuwalna jako emocja, jednak poza nim jest po prostu stwórczą energią, którą biblijny autor łączy z Bogiem: „Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością” (1 J 4,7n).

Dzięki biblijnemu wyznaniu o Bogu, które nie jest alegorią, możemy być czegoś pewni o Bogu. Z tej pierwotnej energii, będącej w ciągłym ruchu, powstał też człowiek, jako jeden z przejawów jej drgań. Ponieważ pierwotna energia miłości drży, więc w efekcie jest światłem, co prowadzi do wniosku, że prawdziwą naturą człowieka jest energia świetlna. Inaczej pisząc, jesteśmy skrystalizowaną w postaci komórek energią światła. Jej manifestacją w ziemskim czasie i przestrzeni. Podstawową właściwością energii pierwotnej jest moc, która wszystko spaja i łączy, podtrzymując życie człowieka na ziemi i służąc jako wsparcie w rozwoju.

Ta energia miłości jest wszechobecną siłą, wspierającą od podstaw wszystkie światy oraz istoty. Jej emanacją jest nie tylko człowiek, ale każde stworzenie, zaś jej działanie i przejawianie się zależy od częstotliwości drgań, z powodu której niektóre stworzenia uznajemy za materialne, inne zaś za duchowe, albo za nieożywione i ożywione. W istocie wszystko powstało z Boga, który jest miłością, i jedynie częstotliwość drgań przesądza o sposobie manifestacji tej energii i rodzaju egzystencji. Kwant może bowiem stać się fotonem bądź cząstką elementarną. Im większą masę a mniejszą częstotliwość drgań ma pierwotna energia tym bardziej się stabilizuje i materializuje, aż w końcu przybiera formę materii, która wydaje się być trwała i stabilna. A tymczasem wciąż jest energią, w której więcej jest pustej przestrzeni aniżeli czegoś, co wydaje się materią, a zostało nazwane cząstką elementarną.

Człowiek jest więc wcieleniem światła. Wypełnia go pierwotna wolność i radość, posiada twórcze zdolności i możliwości, a okres, gdy ma moc, aby zrealizować wszystko, czego pragnie, nie pokrywa się z czasem życia na ziemi, która jest do tego stopnia zmaterializowana, że aż zastygła w trzech wymiarach przestrzeni.

Dlatego na ziemi jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy, czyli takim rodzajem istnienia, jakie sobie wymyślamy. Jeśli myślimy, że jesteśmy bez wartości i zdolności, nie potrafimy też uwierzyć w snop światła, które przez nas może oświecać ziemię. W efekcie stajemy się takimi, za jakich się uważamy i przestajemy pasować do światła, bo nasze drgania spowalniają i rośnie masa. Stajemy się ociężali, chorzy, nieporadni, nieszczęśliwi, wystraszeni i umieramy w ciemnościach.

Jednak w istocie jesteśmy fotonami (cząsteczkami światłą), które na czas ziemskiego życia stały się elektronami (elektron to podstawowa jednostka prądu elektrycznego), co oznacza, że dosłownie świecimy, chociaż jasność tego światła i jego jakość zależą od naszych przekonań, determinujących nasze emocje, czyli energię w ruchu, którą byliśmy, jesteśmy i pozostaniemy.

Istotną cechą elektronu jest to, że w odróżnieniu od cząsteczki światła ma masę i potrafi pozostawać w stanie spoczynku, dzięki czemu przechowuje informacje oraz pamięć procesową. Kiedy elektrony drgają gwałtownie, powstają fale elektromagnetyczne (światło) o tej samej częstotliwości, a te z kolei wymuszają drgania naładowanych elektrycznie cząsteczek. Dzięki temu wzajemnemu oddziaływaniu fala elektromagnetyczna, czyli prąd elektryczny, powoduje działanie radia, telewizora oraz wszystkich urządzeń elektronicznych, także świecenie lamp. 

To w najprostszy sposób wyjaśnia, dlaczego wszyscy świecimy i jesteśmy jakby otoczeni tzw. aurą, czyli ciałem plazmowym o wysokiej częstotliwości drgań, chociaż tylko niektórzy to światło widzą.  W rzeczywistości nie jesteśmy otoczeni światłem, ale jego manifestacją. Wyłącznie od naszych przekonań zależy stopień połączenia z energią pierwotną, czyli z miłością, zaś od rodzaju emocji zależy jakość światła, którym emanujemy w świecie.

Tym sposobem dotarliśmy do systemu narządów, którymi są tzw. czakry, a w rzeczywistości centra energetyczne, od pracy których zależy częstotliwość, którą jako energia drżymy w fizycznym świecie, świecąc sobie oraz innym albo odwrotnie. Są one tak samo niezbędne jak np. układ pokarmowy. Różnica pomiędzy nimi polega jedynie na tym, że czakry służą do odżywiania energią wysokich częstotliwości, zaś układ pokarmowy do odżywiania tej części nas, która ma niskie wibracje i jest bardziej zmaterializowana. Ponieważ czerpiemy przez nie energię życiową, są ważnym elementem sieci rozprowadzającej informację energetyczną, a więc mają związek z czymś, co w naszej kulturze zwiemy emocjami.

W sanskrycie słowo czakra oznacza koło bądź obracać się. Dla ludzkiego oka, dostrzegającego energię w widzialnym paśmie światła, czakry są niewidoczne, co nie oznacza, że nie można ich mierzyć odpowiednimi przyrządami albo wyczuwać wrażliwymi dłońmi, które wraz ze stopami, czubkiem głowy i kością krzyżową są czułymi miejscami przepływu energii (dlatego nie siadamy na zimnych kamieniach i głowę z kończynami ochraniamy przed wychłodzeniem).

Istnieje 7 głównych czakr, związanych z ciałem fizycznym, oraz 5 istniejących poza nim. W elipsoidalnym jaju ciała świetlnego znajdują się szersze otwory czakr o średnicy około 15 cm, zwrócone na zewnątrz. Wewnątrz ciała zwężają się i łączą się z kanałem życiowej energii, tzw. przewodem prany, a przez niego z systemem meridian, dzięki czemu energia z poszczególnych czakr rozprowadzana jest do wszystkich komórek. Czakry mają kształt lejka, zwężającego się w stronę kręgosłupa, którego najszersza część na kilka centymetrów wystaje poza ciało fizyczne. Czakry od drugiej do szóstej znajdują się z przodu i z tyłu ciała. Zbierają energię, obracając się spiralnie. Czakra pierwsza skierowana jest ku ziemi, natomiast czakra siódma, zwana czakrą korony, zwrócona jest ku górze. Czakry różnią się częstotliwością drgań, dzięki czemu nie zderzają się ze sobą ani nie nakładają na siebie, czyli wzajemnie nie przeszkadzają sobie w obrotach.

Prędkość, z jaką wirują czakry, jest ważna dla jakości życia, zwłaszcza zdrowia. Gdy zaczynają się obracać, emitują światło (dlatego są widzialne jako różne kolory, odpowiadające barwom tęczy) i dźwięk. Obracając się tworzą spirale energetyczne i pobierają energię wyższych częstotliwości (powiedzielibyśmy, że z wyższego wymiaru). Wchłaniając tę energię, zmieniają jej postać tak, aby mogła być wykorzystana przez ciało fizyczne. Stanowią centrum transformacji energii, która następnie poprzez system meridian krąży w fizycznym ciele jak krew.

Gdyby ów układ dostarczania energii był zbędny z pewnością zanikłby już dawno temu. Widocznie jego działanie jest niezbędne do wielu funkcji życiowych, i to nie tylko na tym świecie. Czakry są energetycznymi kanałami, łączącymi ciało fizyczne z nakładającym się na nie ciałem świetlnym (plazmowym), podtrzymującymi życie i pobudzającymi je do aktywności. Najważniejsze jednak jest to, że czakry wraz z kanałem życiowej energii, biegnącym wzdłuż kręgosłupa, są narządem łączącym człowieka z energią pierwotną, czyli z Miłością. To przejścia pomiędzy wymiarami i wrota ze świata materialnego do świata wyższych częstotliwości.

Czynnikami obniżającymi prędkość obrotów czakr, powodującymi ich zamykanie się, jest negatywna energia w postaci złych emocji, a także niskie pobudki życia, skoncentrowane na zdobyciu fizycznego pożywienia i zabezpieczeniu szans na przeżycie w chwilach zagrożenia, a także uprzedzenia, zabobony, ślepa wiara, bark wiary w siebie albo nienawiść do samego siebie. Co powinno uświadomić, że najważniejszym czynnikiem stabilizującym właściwe działanie czakr, nie są ani ćwiczenia fizyczne, ani oddziaływanie kolorami bądź dźwiękami (tzw. kąpiele w kolorach i dźwiękach), ale podnoszenie świadomości.

Każdej z czakr odpowiada kolejny poziom świadomego życia, aż do pełnego otwarcia się człowieka na Światło, pochodzące z pierwotnej energii, czyli z Miłości. I jeśli czemukolwiek ma służyć doświadczenie religijne, które ja wolę nazywać doświadczeniem duchowym, to wyłącznie temu. Oczywiście może to być system rytualny, oparty na nieświadomym zarządzaniu energią i jej przepływem przez ciało, jednak moim największym pragnieniem jest świadome kształtowanie tego procesu, abyśmy widzialnie manifestowali się tym, kim jesteśmy w istocie, czyli światłem.

A wyrażając to nieco inaczej chodzi o to, żeby świadoma duchowość, która jak najszybciej powinna zastąpić ślepą rytualność, podnosiła częstotliwość drgań energii, z której powstał każdy człowiek, bo w ten sposób uwalniamy się od wpływu gęstej energii, materialnych potrzeb i lęków, które oznaczają niską częstotliwości drgań, a przez to zwiastują nieszczęścia i choroby.

Więc co z tymi czakrami? Czy wiedząc, że są, rozumiejąc ich znaczenie dla życia, i ucząc się wykorzystywania energii, którą dzięki nim czerpię ze Źródła, w czymkolwiek występuję przeciwko chrześcijańskiej duchowości? Przecież jej najważniejszym celem jest dbanie o świątynię Ducha, którą jest każdy z nas.

W moim przekonaniu świadoma duchowość rozwiewa wszelkie wątpliwości.

Manifest wolności

Nie dlatego jestem wolny, że postanowiłem być wolnym

Jestem wolny dzięki Bożej łasce

Jestem wolny, abym bym manifestacją boskości pomiędzy ludźmi

Nie dlatego jestem wolny, że wybrałem swawolę

Jestem wolny, ponieważ mam udział w Bożym życiu, świetle i miłości

Jestem wolny, aby działał przeze mnie Duch, który zmienia oblicze świata

Nie dlatego jestem wolny, że wszystkiemu się sprzeciwiam

Jestem wolny, aby wybierać wiarę, nadzieję i miłość

Jestem wolny, aby czcić Boga, który wybawia, uzdrawia i błogosławi

Jestem wolny, dlatego codziennie modlę się i medytuję

Jestem wolny, dlatego karmię się słowem, które pochodzi z ust Najwyższego

Jestem wolny, dlatego dbam o kondycję fizyczną

Jestem wolny, dlatego wybieram pokarmy, w których jest jak najmniej cierpienia

Jestem wolny, dlatego uczę się zdrowego oddechu

Jestem wolny, dlatego dbam o właściwe proporcje między pracą i odpoczynkiem

Jestem wolny, dlatego jestem zdrowy i szczęśliwy

Jestem wolny, dlatego nie poddaję się przekonaniom większości

Jestem wolny, dlatego umysł podłączyłem do serca, aby wybierać to, co czuję

Jestem wolny, dlatego zrezygnowałem z lęku

Jestem wolny, dlatego nie mam potrzeby kontrolowania życia

Jestem wolny, dlatego śmierć nie ma nade mną władzy

Jestem wolny, dlatego mogłem zrezygnować z mądrości świata i jego siły

Jestem wolny, dlatego nikogo nie kontroluję i do niczego nie zmuszam

Jestem wolny, dlatego nie oceniam ludzkich wyborów

Jestem wolny, dlatego moje poczucie bezpieczeństwa nie zależy ode mnie ani od świata

Jestem wolny, dlatego jestem nienaruszalny

Jestem wolny, dlatego mogę mówić o wolności

Jestem wolny, dlatego otrzymuję to, o co proszę

Jestem wolny, dlatego żyję w pokoju, odpoczywam i niczym się nie męczę

Jestem wolny, abym na „pustyni życia”, w ogołoceniu, nie posiadając niczego swojego, był całkowicie Boży, dlatego nie próbujcie być wobec mnie faraonem i jego wojskiem, ponieważ ja przejdę, a wy pozostaniecie w nieświadomości.

Nasze przeznaczenie nie jest rzeczą, ale doświadczeniem

Mam szalony pomysł, aby oduczać się definiowania, poznawania i opowiadania z użyciem form rzeczownikowych.

Rzeczowniki niepotrzebnie stabilizują i utrwalają postać świata, której doświadczamy, obojętnie którym zmysłem. Na podstawie zmysłowych bodźców umysł natychmiast konstruuje abstrakcyjną koncepcję, obraz, wyobrażenie rzeczywistości, która nie może być prawdziwa skoro wszystko jest w bezustannym ruchu i zmienia się szybciej, aniżeli do oka dociera światło z nieaktualnym bodźcem. Co oznacza, że widzimy to, czego już nie ma. Tworzymy obraz czegoś, co wygląda inaczej. Wreszcie definiujemy nieistniejącą rzeczywistość.

Od dawna wiedziałem, że słowo Dekalogu: „Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek…” (2 Mż 20,4) w istocie nie dotyczy tylko kultu religijnego, ponieważ, aby stworzyć podobiznę wpierw trzeba mieć jakieś wyobrażenie Boga. Nie trzeba stać przed obrazem albo posągiem, aby mieć wyobrażenie. Tymczasem każde ludzkie wyobrażenie czyni z JESTEM relikt przeszłości, Boga zamkniętego w doświadczeniu i poziomie świadomości, która minęła. Wtedy pojawia się religijny kult jako czczenie pamięci, czyli upamiętnianie, które odcina od podstaw egzystencji, od pulsującego Źródła Życia. 

JESTEM nie da się definiować. JESTEM można tylko TERAZ przeżywać. Wtedy poznanie Boga jest jednoczesne i równoznaczne z poznaniem samego siebie. Doświadczając JESTEM, pozostaję TERAZ żywy. Nie upamiętniam Boga żadnym ze swoich wyobrażeń i nie oddaję czci jakiejkolwiek podobiźnie, która uwieczniła moje wyobrażenia, więc jednocześnie nie upamiętniam swojego doświadczenia, swojego życia, swojej przeszłości. Ostatecznie nie upamiętniam samego siebie i dzięki temu pozostaję żywy, trzeźwy, wrażliwy, czuły na każdą kolejną manifestację JESTEM w moim TERAZ, czyli czerpię z wiecznego Źródła Życia. Pozostaję podłączony do Świadomości.

Zakaz tworzenia Bożych podobizn w istocie nie ochrania Boga, ale mnie przed nieświadomym życiem. Dzięki niemu nie absolutyzuję żadnego z wyobrażeń samego siebie z przeszłości. Dlatego pozostaję świadomy siebie i żywy.

Nie można stworzyć definicji Marka Uglorza, jak długo on sam będzie pozostawał świadomy i żywy. Każda z nich odnosi się tylko do jakiegoś wyobrażenia o nim z minionej przeszłości, podczas gdy TERAZ Marek Uglorz doświadcza uwalniającego JESTEM. Więc, jak długo Marek Uglorz będzie pozostawał żywy i świadomy w każdym JESTEM swojego TERAZ, tak długo będzie niedefiniowalny, niepoznawalny, nieosiągalny, nie do zrozumienia w formie rzeczownikowej, a jedynie do doświadczenia w formie czasownikowej.

Definicję Marka Uglorza będzie można stworzyć w chwili śmierci, ale wtedy nie będzie niczemu służyć. W rzeczywistości definicje niczemu nie służą, bo nie służą życiu. Są niepotrzebne, ponieważ opisują rzeczy, których nie ma. Chwytają w pułapkę iluzji wszystkich, którzy w nie wierzą, i w konsekwencji uśmiercają.

Nie sposób zdefiniować tego, co jest, i nie ma potrzeby definiowania tego, czego nie ma.

Boga nie sposób zdefiniować. Marka Uglorza nie sposób zdefiniować. Człowieka nie sposób zdefiniować. Nie ma rzeczy do definiowania. Marek Uglorz nie ma potrzeby używania form rzeczownikowych, skoro nie poznaje tego, co jest, ale to, co jego umysł stworzył jako obraz przeszłości!

Formy rzeczownikowe utrwalają iluzję, utrzymują w nieświadomości, uniemożliwiają prawdziwe poznanie przez doświadczenie. Uwięzieni przez iluzję świata rzeczowników, uwierzyliśmy, że najwyższym dobrem jest rzecz, a przeznaczeniem miejsce. Zanim otrzymamy już mamy gotową definicję i konkretny obraz oczekiwanego, więc wciąż jesteśmy sfrustrowani, rozczarowani, zawiedzeni, przygnębieni.

Rozmijamy się z przeznaczeniem, bo definiujemy zamiast doświadczać. Nie otrzymujemy, bo oczkujemy na zmaterializowaną postać definicji, urzeczownikowione życie. Tymczasem naszym przeznaczeniem nie jest rzecz, ale doświadczanie JESTEM. Dzięki niemu TERAZ otrzymujemy nasze przeznaczenie. Już nic nas nie uśmierca i nie trzyma w więzieniu przeszłości. Wydarza się cud, który nazywamy zbawieniem albo, jeśli ktoś woli, odpracowaniem karmy.

Pomysł, żeby oduczać się stosowania form rzeczownikowych, które zamykają mnie w pułapce fałszywych (diabolicznych, satanistycznych) wyobrażeń, uprzystępnię kilkoma myślami nad czymś, co definiujemy jako wiarę, chociaż w rzeczywistości jest wierzeniem. Zanim przystąpię do wyjaśnień, podam inny przykład, bardziej plastyczny.

Załóżmy, że stoimy na morskim brzegu. Stopami czujemy energię poruszającej się wody. Pomyślelibyśmy, że omywają nas fale, zatem powiedzielibyśmy, że czujemy fale. Czy na pewno czujemy fale? Czym jest fala? Morską wodą w ciągłym ruchu. Nie ma wzorcowej fali. Nie ma tej fali, którą moglibyśmy zdefiniować. Każda jest inna. Druga nakłada się na pierwszą. Kolejna wypłaszcza drugą. Widzimy ciągły ruch, energię morza. Zanim zdążymy opisać tę falę, już jej nie ma. Więc co opisujemy? Jak to potem ocenimy, skoro tej fali już nie ma, a w jej miejscu pojawiło się kilka nowych?

Powtarzam zatem pytanie: Czy na pewno czujemy fale? Czy je widzimy? Rezygnując w codziennym słowniku, czyli także w sposobie myślenia, z form rzeczownikowych, nie powiemy, że czujemy albo widzimy falę. Nie widzimy rzeczy i nie czujemy materii. Widzimy i czujemy dziejące się, a więc pomyślimy i powiemy, że widzimy i czujemy falowanie morza. Tym sposobem nie definiujemy, ale doświadczamy. Wydarza się cud zbawienia! Nie trwamy w przeszłości, ale JESTEŚMY obecni TERAZ. Naszym przeznaczeniem przestają być rzeczy, bo jest nim doświadczenie.

Spróbujmy więc przeorganizować nasze myślenie o wierze, wyciągając wnioski z czasownikowej formy wierzenie, której znaczenie jest ewidentnie ambiwalentne. Z jednej strony wierzenie kojarzymy z przebywaniem w miejscu, w którym czujemy się bezpiecznie. Na przykład w sensie religijnym wierzenie jest powierzeniem się Bogu, czyli oddaniem w opiekę. Bóg, który jest mocny i wierny, nogom zapewnia oparcie, a sercu spokój. To stabilizuje, wycisza i zabezpiecza. W tekstach religijnych Bóg wielokrotnie wychwalany jest jako twierdza i warowny gród.

Najpewniejszą częścią twierdzy, czyli bezpiecznego miejsca, oczywiście jest wieża. Jej szczyt łączy estetyczną funkcję wierchu z egzystencjalną pewnością, że nie może stać się nic złego. A jednak wieża niepokoi. Dlaczego? Bo jeśli uwzględnić, że w dawnych miastach i warowniach, brama, umożliwiająca opuszczenie bezpiecznej przestrzeni, była integralną częścią wieży, czy wówczas wierzenie jednocześnie nie staje się rodzajem wyjścia poza mury przez bramę w wieży, czyli poza bezpieczną przestrzeń?

Wierzenie jako bezpieczne pozostawanie na zewnątrz. Myślę, że warto tę definicję zapamiętać, bo nie znajdzie się jej ani w słownikach, ani w poradnikach duchowości, a trafia w sedno wiary. Na dobrą sprawę opisuje źródłowy nurt życiowej energii, którą warto właściwie wykorzystywać, żeby do celu dotrzeć żywym, zdrowym, spełnionym i szczęśliwym. 

Wierzeniem człowiek czyni jedynie to, co w danej chwili ma do uczynienia, a co wynika z życiowej konieczności. Wierzenie nie polega na akcie wiary, ale na wierności sobie, swojemu powołaniu, a jeszcze inaczej na wierności własnej duszy, która na błękitnej planecie ma do przebycia wyznaczoną drogę i przeżycie konkretnych doświadczeń.

Przemieszczanie się tą drogą i przeżywanie TERAZ jest wierzeniem, to znaczy wychodzeniem przez bramę w wieży, opuszczaniem strefy komfortu, wychodzeniem na zewnątrz bezpiecznej rodziny, narodu, kultury, mentalnych wzorców i religijnych rytuałów. Wiara sam w sobie nie jest stała. Wiara nie trwa jako akt. Wiara zawsze jest wierzeniem, a wierzenie podróżowaniem, chociaż pozostawia się za sobą wszystko, co do tej pory stabilizowało życie i do pewnego stopnia rzeczywiście zapewniało poczucie bezpieczeństwa.

Wierzenie czyni z człowieka samotnego wilka, dzikiego człowieka, podróżnika z przekrwionymi oczami, czujnego tropiciela, którego uwadze nie mogą ujść najdrobniejsze ślady życia, ponieważ wiodą go do celu podróży. Wierzeniem decyduje się na nieprzewidywalność drogi i szczerość poszukiwania celu, ale przede wszystkim na totalną samotność.Aby zdecydować się na samotność, trzeźwość umysłu i czujność w stawianiu każdego kolejnego kroku musi ufać życiu i drodze, ale przede wszystkim samemu sobie. To jest klucz.

Wierzenie oznacza wierność sobie. Kto nie wierzy w siebie, nigdy nie zdecyduje się na wyjście na zewnątrz, ku przyszłości, ale za wszelką cenę będzie szukał schronienia wewnątrz starego świata, czyli w przeszłości. Nigdy nie nauczy się świadomego działania, ale będzie reagował według starych wzorców. Nigdy nie zyska nowej twarzy, która tak naprawdę będzie jego własną twarzą. Dziką, wysmaganą wiatrem, co prawda z oczami nabiegłymi krwią, ale jednocześnie pełnymi życia; twarzą nieprzewidywalną i niedefiniowalną.

wierzeniu nasze przeznaczenie staje się naszym doświadczeniem.

Czas na olśnienie – rozważanie na Epifanię

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i mrok narody, lecz nad tobą zabłyśnie Pan, a jego chwała ukaże się nad tobą. I pójdą narody do twojej światłości, a królowie do blasku, który jaśnieje nad tobą. Podnieś oczy i spojrzyj wokoło: Wszyscy gromadnie przychodzą do ciebie, twoi synowie przychodzą z daleka, a twoje córki niesione są na rękach. Wtedy, widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie. Gromady wielbłądów zaroją się, młode wielbłądy Midianitów i Efy, wszyscy przyjdą z Saby; przywiozą złoto i kadzidło, śpiewając pieśni pochwalne na cześć Pana.

(Iz 60,1-6)

Nie siedź w fotelu, jak stary kapeć. Co z tego, że jest zima, więc za oknem chłodno i wilgotno? Rusz się, powstań, wyprostuj się, podnieś głowę. Zadbaj o życiową energię.

Nie narzekaj, nie krytykuj, nie oceniaj, nie doszukuj się wszędzie intryg i podłości. Oczu nie masz? Poszukaj światła w ciemnościach.

Nie proś o pomoc, jak sługa i żebrak. Królem jesteś. Podziękuj za wszystko i bądź wdzięczny.

Nie powtarzaj w kółko, że jesteś słaby, mały, nie dość wyuczony, że w życiu nic Ci nie wychodzi. Może rzeczywiście nieraz poszło coś nie tak, jak powinno, ale co z tego? Magiem jesteś. Możesz rozmawiać z aniołami, posłuchaj snów, naucz się duchowej mowy. Nauczysz się.

Nie idź przez życie, jak przez mgłę. Nie powielaj starych przekonań. Za każdym razem wybieraj inną drogę. Nie przyzwyczajaj się do tego, co potrafisz. Mędrcem jesteś. Daj się prowadzić gwieździe, która pokaże Ci nową drogę.

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą”– czas na olśnienie.

1. Szukaj Źródła

Jeśli dzień rozpoczynasz przeglądaniem wiadomości i wyszukiwaniem tych, które potwierdzają wczorajszą wiedzę i podejrzenia, po co wstałeś? Do czego jest Ci potrzebny nowy dzień?

Jeśli obok standardowego śniadania położyłeś na stole wielokolorowy zestaw suplementów diety, które – jak sądzisz – utrzymują Cię w kondycji i zdrowiu, po co jesz? Do czego jest Ci potrzebne pożywienie?

Jeśli masz w zwyczaju regularne wyjazdy do sanatoriów, SPA i do kurortów, ponieważ po powrocie przez miesiąc odczuwasz poprawę nastroju i samopoczucia, po co oddychasz, codziennie bierzesz kąpiel i co siedem dni świętujesz niedzielę? Do czego jest Ci potrzebna duchowość?

Jeśli dziennie czytasz kilkanaście stron czasopism, poradników i podręczników, w których poszukujesz informacji, które utwierdzają Cię w przekonaniu, że wędrujesz dobrą ścieżką, po co czytasz?  Do czego są Ci potrzebne oczy?

Dość pytań. Te wystarczą, abyś zdał sobie sprawę, że jakość Twego życia zależy od Ciebie. Możesz przesiadywać w ciemnościach i możesz doświadczyć epifanii, czyli niezwykłego olśnienia. Własną ślepotę możesz podnieść do poziomu cnoty i empatycznie solidarny pozostawać z innymi w mrokach, ale możesz też powstać i pójść za gwiazdą.

Gwiazdą która doprowadzi Cię do prawdy, przed którą w pokorze padniesz na twarz. Zrezygnujesz wtedy z ziemskiej twarzy, aby dać się odmienić jaśniejącej chwale Jezusa i przyjąć dar: „…widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie”. 

Zrezygnować z własnej twarzy. To Cię zaniepokoiło? Wiele wysiłku włożyłeś, aby mieć twarz. Codziennie ją pudrujesz i poprawiasz wizerunek, na profilu fb, w rubrykach popularności i w rankingach cytowań upewniasz się, że jej nie straciłeś. Dobrowolnie miałbyś z niej zrezygnować?

Naprawdę myślisz, że masz twarz, którą mógłbyś stracić? Czy można ją mieć, żyjąc wczorajszym dniem, wczorajszą wiedzą, wczorajszymi wiadomościami i osiągnięciami, wczorajszym poczuciem bezpieczeństwa?

Twojej twarzy nie ma, ponieważ nic jej nie oświetla! Siedzisz w bezpiecznej ciemności, okrywającej ziemię, i boisz się podejść do światła. Dopiero wtedy pokaże się twarz, jednak światło nie będzie świeciło z Ciebie, tylko ze źródła, które oświeca wszystkie, ludzkie twarze. Tego się boisz? Na to Cię nie stać? Miałbyś nie być źródłem światła, a jedynie odbijać nie swoje? Miałbyś zrezygnować z blasku własnej sławy i chwały, blichtru i uznania?

Nikomu, z przesiadujących w ciemnościach ziemi, nie widać twarzy. Dopiero krąg światła, do którego trzeba podejść, wpierw delikatnie ujawnia jej pierwsze obrysy i kontury, by wreszcie wydobyć jej całe piękno. Więc nie rozpoczynaj dnia przeglądaniem wiadomości, potwierdzających wczorajszą wiedzę i podejrzenia. Nie spożywaj w pośpiechu pokarmów złej jakości, próbując ratować się suplementami, zasilającymi konta ich producentów, ale nie Twoje zdrowie. Nie łódź się, że w sanatorium odżyjesz, jeśli źle się modlisz.

Nie kupuj kolejnego poradnika, skoro nie słuchasz Słowa, które staje się ciałem, także Twoim ciałem, Twoim życiem, Twoim zdrowiem, czyli biografią nowego człowieka. Nie płać za biografię kolejnej Gwiazdki mediów, która znalazła cudowną receptę na życie. Swoje życie tak, ale nie Twoje. Nie żyj w mrokach. Powstań i prawdziwej Gwieździe daj się prowadzić do źródeł Twojego życia!

2. Gdy odnajdziesz Źródło, otrzymasz wszystko

Nie myl zbawienia z przeznaczeniem, a życia z Bożej łaski z obojętnością i otumanieniem. Jeśli biernie siedzisz w ciemnościach nie oczekuj szczęścia, błogosławieństwa, zdrowia i radości. Otwierają tylko pukającym. Otrzymują tylko proszący. Znajdują tylko szukający.

Nie pozostawaj w ciemnościach. Gdy znajdziesz Źródło, otrzymasz wszystko.  Modląc się, nie proś z lękiem, że może spotkać Cię nieszczęście albo czegoś Ci zabraknie. Pomyśl, czy bojąc się, możesz prosić z wiarą? Dziękuj i zawsze pozostawaj wdzięczny, że Ojciec już stworzył to, o co z wiarą prosisz, chociaż ślepy świat tego jeszcze nie widzi. Nie pozostawaj w mrokach z tymi, którzy wierzą dopiero wtedy, gdy widzą. Skoro wierzysz nie musisz widzieć, aby  być pewnym.

Pozostaje pytanie, czy sam w to wierzysz, że modląc się tworzysz ziarna tego, czego się spodziewasz? 

Modlitwa jest stwarzaniem mocy! Modlitwą możesz wszystko! Mocą wytrwałej i wdzięcznej modlitwy, w której nie ma lęku, żalu, pretensji, stajesz się mocnym. Otrzymujesz wszystko, czego potrzebujesz: „Podnieś oczy i spojrzyj wokoło: Wszyscy gromadnie przychodzą do ciebie, twoi synowie przychodzą z daleka, a twoje córki niesione są na rękach. Wtedy, widząc to, rozpromienisz się radością i twoje serce bić będzie z radości, gdyż bogactwo morza przypłynie ku tobie, mienie narodów tobie przypadnie”.

Nie siedź, nie leż, nie jęcz. Powstań i zacznij się modlić. Przez Jezusa dziękuj Ojcu, że otrzymujesz, zanim zaczynasz dostrzegać. Bądź pewnym, że ziarna Twej pomyślności, zasilane wytrwałą i ufną modlitwą, dojrzewają i w odpowiednim czasie powracają do Ciebie od Ojca: „Wierzcie mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie; a jeśliby tak nie było, to dla uczynków wierzcie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca. I o cokolwiek prosić będziecie w imieniu moim, to uczynię, aby Ojciec był uwielbiony w Synu. Jeśli o co prosić będziecie w imieniu moim, spełnię to” (J 14,11-14).

Dlatego o poranku nie nasłuchuj doniesień ze świata, które mają potwierdzić Twoją wiedzę, ponieważ wszystkiego nauczyłeś się ze starego świata, który minął. Tymczasem u progu dnia czeka na Ciebie nowy, którego dotąd nie miałeś okazji się nauczyć. Jak sądzisz?  Po prostu pozostawaj całkowicie bezbronnym. Ufaj i modlitwą posyłaj Ojcu przez Jezusa ziarna swej pomyślności.

Nie licz na suplementy! Jedz mniej i dołóż starań, żeby jeść dobre i zdrowe pokarmy. Nie rzucaj się na nie, jak głodny drapieżnik. Błogosław je przed spożyciem. Jedz powoli, jak król, w wyprostowanej pozycji. Przecież nie musisz chronić talerza przed innymi.

Nie licz na nic, co świat uważa za zbawienie i ratunek przed chorobą i śmiercią. Dbaj o duszę i nie trać z nią kontaktu. Wybaczaj, akceptuj, współodczuwaj, kochaj wszystkich, nie przywiązuj się do niczego, bądź spokojny. Przede wszystkim bądź wdzięczny, bo to najpewniejsza szczepionka na wszystkie trucizny świata. Nie musisz dbać o odporność. Wystarczy, że powstaniesz i udasz się do Źródła, a wówczas nie będziesz zabijał samego siebie.

Dbaj o myśli. Nie ulegaj mentalności tłumu. W ciszy selekcjonuj dobre, abyś miał z czego tworzyć moc. Wytrwałą modlitwą posyłaj je Ojcu, będąc pewnym, że z każdą z nich odeśle pod postacią szczęśliwej rodziny, bogactwa i wspólnoty chwały.

Powstań, zajaśnij, gdyż zjawiła się twoja światłość, a chwała Pańska rozbłysła nad tobą”. A jeśli chcesz mi powiedzieć, że nie masz się od kogo uczyć, posłuchaj mnie. Mędrcy ze Wschodu wiedzieli komu oddać cześć, więc i Ty klęknij przed Jezusem. Daj się olśnić.

Amen.

Dzień św. Łucji – oślepnąć, żeby widzieć

13 grudnia sprzed 39 lat kojarzy się z brutalnością aroganckiej władzy, która postanowiła zamknąć nas w domach, spacyfikować, za nas podejmować decyzje, przejąć kontrolę nad naszą wolą.

Stan Wojenny z 1981 roku to stan oślepienia. Ślepa władza postanowiła oślepić lud. Historię opowiedziała na nowo, przedstawiła własną interpretację wydarzeń, okoliczności, dziejów.

Czy ślepy może ślepego prowadzić, czy raczej obaj nie wpadną do dołu?

Wydarzył się cud! Oślepiony lud, zaczął widzieć. Zewnętrzne, zmysłowe oczy nie są potrzebne do widzenia. W sumie przeszkadzają, bo ten wąski zakres fal elektromagnetycznych, na które są wrażliwe, utożsamiają z rzeczywistością i prawdą.

Gdy człowiek przestaje widzieć oczami, wtedy zaczyna widzieć okiem. Wewnętrznie się rozświetla, zaczyna jaśnieć i zdrowieć, odzyskuje wolność. To samo stało się z oślepionym ludem. Odzyskał jasność widzenia i odzyskał wolność.   

Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest zdrowe, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśli by oko twoje było chore, całe ciało twoje będzie ciemne. Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie!” (Mt 6,22n).

13 grudnia sprzed 1700 lat kojarzy się z brutalnością rodzinnego systemu, który decyduje za nas, co jest dla nas dobre. Kojarzy nas w pary, wybiera zawody, role społeczne, recenzuje nasze zachowania i upodobania. Nie znosi sprzeciwu.

Prześladowanie Łucji z Syrakuz kończy się, jak utrzymuje legenda, oślepieniem się przez Dziewczynę, która nie chce być niewolnicą. Szwedzi wymyślili, że nikt inny lepiej nie nadaje się na patronkę dnia, w którym nastają najkrótsze dni w roku.

Co z tym oślepieniem? Nomen omen?

Człowiek musi zostać oślepiony, czyli pozbawiony oczu, żeby być oślepionym, czyli zacząć widzieć?

Dwoje oczu to niedobre rozwiązanie. Widać wtedy dwoistość, dualność. Dwoje oczu dzieli wszystko na dwa: materialne i duchowe, złe i dobre, brzydkie i złe, obcych i naszych. Gdy dwoistość połączymy ze zmysłowością tych oczu, nieszczęście gotowe: „A gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. Dała też mężowi ” ( 1 Mż 3,6).

Lepiej patrzeć jednym okiem. Wtedy widać jedność, integralność, spójność, prawdziwość, to znaczy duchowe w materialnym, a właściwie materię, jako przejaw ducha. Wtedy widać Boga w człowieku, święto w codzienności,  zbawienie w grzesznym świecie, radość w smutku. A że jedno oko jest zmysłem duchowym, nie cielesnym, więc szczęście murowane.

Wystarczy zamknąć dwoje oczu, aby otworzyć jedno oko, i tam, gdzie do tej pory widzieliśmy dwa, zobaczyć jedno. Wreszcie poczuć się u siebie, znowu w domu Ojca, w Ogrodzie Życia. Poczuć się w Bogu, a Boga w sobie i zacząć prawdziwie żyć.

Na wolność wychodzą ślepcy, których pozbawiono dwoje oczu, aby duchowym okiem zobaczyli otwarte drzwi i drogę, którą przygotował dla nich Najwyższy: „I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saula, Saulu, czemu mnie prześladujesz? I podniósł się  Saul z ziemi, lecz gdy otworzył oczy swoje, nic nie widział; … I przez trzy dni nie widział i nie jadł, i nie pił” (Dz 9,3-9) .

W dniu św. Łucji, pierwszym z najkrótszych dni w roku, nie martw się, że światła w świecie jest maleńko, a Ty widzisz dobrze tylko przez kilka godzin dziennie.

Czy to światło jest prawdziwe?

Czy Twoje oczy widzą rzeczywistość?

Ciesz się, że widzisz mniej, coraz mniej, aż wreszcie przestaniesz widzieć to wszystko, co do tej pory uznawałaś za prawdę, dobro, piękno i godne pożądania. Po oślepnięciu pierwszy raz, odkąd jesteś na ziemi, zobaczysz prawdziwy skarb. Zobaczysz Źródło Światła, z którego przyszedłeś. Zobaczysz siebie w prawdzie. Zobaczysz, że Najwyższy utkał Cię ze złotych niteczek światła.

Gdy 13 grudnia przestaniesz widzieć, odżyjesz, wyzdrowiejesz, uśmiechniesz się, wyjdziesz na wolność,: „Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie” (Iz 9,1).

Nie bocz się, wybaczaj – rozważanie na 15 listopada 2020 r.

Potem powiedział jeszcze do uczniów: Był pewien bogaty człowiek, który miał zarządcę, a tego oskarżono przed nim, że trwoni jego majętność.I przywoławszy go, rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego szafarstwa, albowiem już nie będziesz mógł nadal zarządzać. I rzekł zarządca do siebie samego: Cóż pocznę, skoro pan mój odbiera mi szafarstwo? Nie mam sił, aby kopać, a żebrać się wstydzę.Wiem, co uczynię, aby mnie przyjęli do domów swoich, gdy zostanę usunięty z szafarstwa.I wezwał dłużników swego pana, każdego z osobna, i rzekł do pierwszego: Ile winieneś panu memu?A ten odrzekł: Sto baryłek oliwy. Rzekł mu więc: Weź zapis swój, siądź i szybko napisz pięćdziesiąt.Potem rzekł do drugiego: A ty ile winieneś? A ten odrzekł: Sto korców pszenicy. Rzekł mu: Weź zapis swój i napisz osiemdziesiąt. I pochwalił pan nieuczciwego zarządcę, że przebiegle postąpił, bo synowie tego świata są przebieglejsi w rodzaju swoim od synów światłości”.  Łk 16,1-8

Gdy ktoś pozbawi Cię czci i dobrego imienia, rozpowiadając o Tobie nieprawdę, jak o zarządcy z przypowieści Jezusa, nie dochodź swego i nie próbuj udowodnić, że jesteś niewinny. To jest strata czasu i życiowej energii. Lepiej swoim zachowaniem pokaż, że to jest nieprawdą.

Co zrobił zarządca? Skreślił część długu, którą dłużnicy mieli u dotychczasowego pracodawcy. Nikogo tym nie okradł i nie skrzywdził. Roztropnie pomniejszył dług o należność, która należała się jemu, jako administratorowi dóbr. Utrzymywał się między innymi z prowizji, czyli z części odzyskanego długu, podobnie jak współcześnie komornicy albo prawnicy, odzyskujący odszkodowania i spadki.

Gdy na skutek pomówień stracił pracę, nie uparł się, aby za wszelką cenę odebrać ostatnią pensję, która umożliwiłaby mu przeżycie jakiegoś okresu bez zatrudnienia i stałego dochodu, ale roztropnie i przebiegle wkradł się w łaskę kolejnych, potencjalnych pracodawców, wszak motyw jego decyzji został unaoczniony słowami: „Wiem, co uczynię, aby mnie przyjęli do domów swoich, gdy zostanę usunięty z szafarstwa”.

Zarządca pozbył się lęku przed brakiem środków do życia, więc zyskał zdolność rozsądnego i przewidującego zachowania. Nie zareagował w typowy sposób, rozliczając się z pracodawcą do ostatniego grosza albo broniąc do upadłego dobrego imienia. Zadziałał w nowy sposób, najlepszy z możliwych, dzięki czemu mógł liczyć na kolejne zatrudnienie, a nie tylko na szansę przeżycia przez kilka najbliższych tygodni. W przypowieści został za to pochwalony przez dotychczasowego pracodawcę, a przez Jezusa postawiony jako przykład rozsądnego i przebiegłego człowieka.

Uczniu Jezusa, czytelniku Ewangelii, ucz się zatem od bohatera opowieści Jezusa i roztropnie rezygnuj nawet z tego, co sprawiedliwie Ci się należy, a nie tylko z ostatniego wynagrodzenia. Przede wszystkim ucz się rezygnować z egzekwowania długu, który nazywamy winą. Pamiętaj, że prawo sprawiedliwości polega na tym, że co uczynisz Ty, to w zwielokrotniony sposób spotka również Ciebie. Ucz się świadomie działać i zarządzać swoim życiem, a nie reagować w wyuczony sposób, według schematów, rządzących tłumem.  

Odpuszczając dłużnikom winę, możemy liczyć na skreślenie przez Źródło niewyobrażalnie większego długu: „Zyskujcie sobie przyjaciół mamoną niesprawiedliwości, aby, gdy się skończy, przyjęli was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9). Tymczasem egoistyczna pycha okłamuje nas, sugerując, że skoro inni zawinili wobec nas, więc powinni pierwsi wyciągnąć do nas swoje dłonie i prosić o wybaczenie. Tym sposobem, dbając o źle pojmowaną godność i autorytet, tracimy kolejne znajomości, rodzinne i sąsiedzkie relacje, aż w końcu oszukani przez własne EGO zostajemy całkowicie osamotnieni z poczuciem zranienia i życiowej niesprawiedliwości. Jakby tego było mało, zostają przed nami zatrzaśnięte drzwi do wiecznych przybytków, ponieważ prawo sprawiedliwości oddaje nam każdą myśl, uczucie i czyn.

Nie czekajmy na słowo „przepraszam”i nie sądźmy, że niczym psu buda należy się nam ukorzenie się przed nami i przyznanie do winy przez naszych dłużników. Tym sposobem zamykamy przed sobą drzwi wiecznych przybytków. Jeśli chcemy, aby były dla nas zawsze otwarte, skreślajmy cudze długi wobec nas, czyli po prostu wybaczajmy.

Czyste, autentyczne wybaczanie, bez ekonomicznego liczenia strat i zysków, jest rozsądnym i przebiegłym działaniem uczniów Światłości. O czymś takim, jak zraniona godność, uczniowie Światłości w ogóle nie powinni myśleć ani ze sobą rozmawiać.

Wybaczanie jest kluczem do każdych drzwi i sposobem na udział w każdej relacji, wspólnocie i dobru. Wybaczenie bez warunków i bez końca jest najbardziej rozsądnym i przebiegłym zachowaniem, jakie w ogóle można sobie wyobrazić.

Pamiętajmy, że jaką miarą odmierzamy innym, taką miarą odmierzą nam.

Amen.