Rana Wielkiej Soboty

Wielka Sobota jest dniem rany.

Zraniony i odrzucony przez wszystkich w piątek umarł Mistrz Miłości. Jego sobotni grób jest raną ziemi i życia, którą zabliźnia Boża Miłość. Czas rany to czas bólu, oczekiwania i terapii, która jest niewidzialna dla ludzkich oczu.

W Wielkanocny Poranek odrzucony i zraniony przedstawia się jako przyjęty i uzdrowiony.

Nie ma takiej rany i takiego odrzucenia, które nie mogłoby zostać przemienione.

Nie ma takiej rany odrzucenia, której nie dałabyś/byś rady uzdrowić w Wielką Sobotę.

Jeśli masz tę ranę to dlatego, że kiedy byłeś dzieckiem Twoi rodzice Cię odpychali, ignorowali lub nie byli dostępni emocjonalnie, kiedy chciałeś z nimi nawiązać kontakt i więź. Przez co czułeś się ciągle odrzucany. Mogłeś być również emocjonalnie lub fizycznie porzucony jako dziecko, przez co wykształciłeś „lękowe przywiązanie”. Być może byłeś nawet przez jakiś czas kochany i pielęgnowany, a kiedy zacząłeś polegać na rodzicu to w pewnym momencie on wycofał się emocjonalnie lub fizycznie. Ponieważ byłeś otwarty i bezbronny w wyniku tego, szczególnie bolesne było dla Ciebie zerwanie połączenia. W takich momentach zazwyczaj zamykamy się na bycie sobą i czucie siebie, tłumimy emocje i zakładamy maski oraz zaczynamy sami siebie odrzucać idąc w stworzone maski. Takie ukrywanie tego co się czuje, po to tylko by nie stworzyć problemu jest powolnym odcinaniem się od własnego wnętrza.

Jeśli masz ranę odrzucenia to na głębokim poziomie oczekujesz, że zostaniesz odrzucony. Panicznie boisz się odrzucenia i z tego powodu możesz czuć się niepewny, nerwowy i przerażony w sytuacjach społecznych, w których mógłbyś zostać nie zaakceptowany lub odrzucony przez innych. Możliwe, że oczekujesz, że zostaniesz opuszczony przez bliską osobę, nawet jeśli nie ma ku temu przesłanek i tworzysz paranoje w swojej głowie. W rezultacie, możesz zrezygnować z siebie, aby nie dopuścić do odejścia partnera lub możesz pozostać w związku, który nie jest dobry zbyt długo. Aby uniknąć odejścia partnera możesz stać się chorobliwie zazdrosny, zaborczy, kontrolujący i stosować różnego rodzaju manipulacje.

Rana odrzucenia powoduje również, że nie wchodzisz w wiele sytuacji które są dla Ciebie szansą, ponieważ boisz się, że zostaniesz niezaakceptowana/y i odrzucona/y. Aby uniknąć porażki i emocji z nią związanych nie zaczynasz wielu rzeczy i nie decydujesz się na dobre dla Ciebie wybory, więc nie działasz dla swojego dobra.

Odczuwasz silny lęk przed odrzuceniem, który doprowadza w pewnych sytuacjach do obsesji. Wymyślasz odrzucenie, które nic nie potwierdza. Interpretujesz zachowania innych jako odrzucające i nie akceptujesz siebie, po to tylko, aby nie nawiązać bliskiej relacji z drugą osobą. Bazujesz na domysłach, fantazji, własnych wyobrażeniach zamiast po prostu rozmawiać o swoich potrzebach.

Wykazujesz zachowania nerwicowe, kompulsywne, które dają Ci dużą zdolność do pracy.  Twoja perfekcja jest Ci potrzebna, bo dzięki niej myślisz, że jesteś akceptowany. Czujesz, że żyjesz, tylko wtedy gdy jesteś bardzo zajęta/y i dlatego szybko się wypalasz.  

Gdy ktoś na Ciebie dłużej patrzy, zaczynasz odczuwać niepokój, że coś z Tobą nie tak. Unikasz spojrzenia w oczy i boisz się, że ktoś przejrzał twe tajemnice.

Posiadasz bardzo bogatą wyobraźnię, ale używasz jej do nawykowego tworzenia scenariuszy odrzucenia. Uciekasz w świat fantazji, gdzie czujesz się bezpiecznie.

Z reguły mało mówisz i jest wycofana/y. Obawiasz się, że okażesz się mało interesująca/y. Często czujesz się niewidoczna/y.

Jesteś stale niezadowolona/y z tego jaka/i jesteś. Wierzysz głęboko, że nie jesteś wiele wart/a.

Uważasz, że gdybyś nie istniał/a, nie stanowiłoby to wielkiej różnicy. Uważasz siebie za odmieńca w swojej rodzinie i w gronie znajomych. Czujesz się niezrozumiany i oddzielony od reszty. W grupie często czujesz się samotny, niespokojny i niepewny siebie, a wtedy chcesz uciec od innych, bo nie radzisz sobie ze swoimi emocjami.

Dlatego pewnie masz rozwinięte sposoby ucieczki, takie jak alkohol, narkotyki, hazard, świat wyobraźni, wirtualne gry. Nie dbasz o sprawy materialne, nie stawiasz sobie wyzwań, brakuje  Ci męskiego pierwiastka, czyli stanowczości i konkretności. Nie potrafisz robić rzeczy dla siebie i brakuje Ci wewnętrznej motywacji, ochoty do działania dla swojego dobra.

Masz rozbudowany świat magicznego myślenia, w którym czujesz się najlepiej. Uciekasz przed poczuciem rzeczywistości i chwilą obecną, a rzeczywistość kojarzysz jako szarą konieczność, dlatego często jesteś nieobecna/y.

Co z tym wszystkim możesz zrobić?

Pewnie dużo, bo terapeuci znają się na swojej pracy.

Jednak najważniejsze jest zaufanie. Zwróć się ku sobie. Poszukaj pierwotnego zaufania do życia, z którym przyszłaś/dłeś na świat. Pewnie czujesz się ograbiona/ny z niego, ale nie jest tak źle. Zaufanie jest tylko stłumione lękiem i czeka na swój czas. Czeka na miłość, która bezwarunkowo przyjmuje wszystko, co odrzucili i zabili w Tobie ludzie.

W Wielką Sobotę zaufaj i przestań rozszarpywać ranę odrzucenia. Zaufaj słowu: „Dlatego, że jesteś w moich oczach drogi/a, cenny/a i Ja cię miłuję, więc daję ludzi za ciebie i narody za twoje życie”  (Iz 43,4).

Wielka Sobota nie jest czasem pytania: „Dlaczego mnie to spotkało i dlaczego mi to zrobili?”.  Wielka Sobota jest czasem cichego i cierpliwego oczekiwania na objawienie chwały Bożej. Jeszcze tylko krótka chwila, a ludzie nie znajdą Cię w Twoim grobie, do którego Cię odrzucili. Twa rana okaże się łonem cudownego odrodzenia. Tylko zaufaj Miłości, dla której jesteś równie drogocenna/y jak pozostałe miliardy ludzkich istnień.

Wielkanocny porządek

Święta Wielkiego Otwarcia Ciemności i Odwalenia Kamienia, który człowiekowi zagradzał satysfakcjonującą drogę ku przyszłości, być może nie kojarzą się nam z żelaznymi postanowieniami Świąt Narodzenia Pańskiego i Nowego Roku, których z żelazną konsekwencją najczęściej nie realizujemy. Na szczęście Wielkanoc nie jest od świętowania mieszczańskiego umiłowania świętego spokoju, ciepłego domu z kolorową choinką, pełnego szczęśliwych dzieci, zapachu kawy i upieczonej buchty. W ciepłym i sielankowym obrazie Bożego Narodzenia raczej wszystko powinno pozostać po staremu, więc dziwię się, że w te święta postanawiamy zmiany, których konsekwencji najnormalniej w świecie w ogóle nie chcielibyśmy doświadczyć.

Poza tym nie da się skutecznie wprowadzać zmian tylko dlatego, że ktoś wydrukował kalendarz, w którym zaznaczono nowy rok z arbitralnie podzielonymi miesiącami, nie mającymi żadnego związku z naszą biologia i psychiką. To w ogóle wygląda na jakiś socjotechniczny zabieg.

Rzeczywisty Nowy Rok rozpoczyna się dniem dłuższym od nocy. Wtedy wraz z ciemnością krótszej nocy stare się kończy i powstaje nowa dynamika światła i energii zmiany. Przecież Wielkanoc jest bardzo dobrą wiadomością, że nawet największy kryzys i chaos Bóg kończy najpiękniej, jak można sobie to wyobrazić, bo zbawieniem i utrwaleniem życia. Dlatego Wielkanoc, będącą radykalną odmianą, uznaję za najodpowiedniejszy czas na dokonywanie trwałych zmian. Skoro zabity Jezus z Galilei objawia się jako żywy i odmieniony, stając się zaczynem nowego świata, więc w życiu każdego z nas możliwa jest odmiana.

Wielkanoc jest bardzo dobrą wiadomością, że człowiek wstaje i prostuje się, ponieważ Bóg odwalił kamień, leżący na drodze życia, i każdego powołuje do pięknej drogi. Odtąd każdy może żyć własnym życiem, w zgodzie z samym sobą, mając pewność, że nikt za niego nie będzie decydował o jego życiu. Święta Wielkiego Otwarcia są czasem wielkanocnego człowieka, który nie tylko porządkuje ze­wnętrzny świat, lecz także własną psychikę, dotąd zanurzoną w chaosie pragnień i hałasie myśli. Wielkanoc jest najlepszą okazją, aby w życiu zaprowadzić porządek i ciszę.

Zachęcam więc wszystkich, którym codzienne życie i praca wydaje się ciągłą walką z przeciwnościami, bo nie potrafią zorganizować najprostszych zadań, aby przestali szukać winnych wkoło, a wzięli pełną odpowiedzialność za swoją sy­tuację. W Święta Wielkiego Otwarcia Ciemności proponuję kilka rad, w jaki sposób organizować czas i zawodowe obowiązki:

1. Często, a jeśli trzeba nawet codziennie, sortuj i ustalaj priorytety. Zastanawiaj się nad swoim życiem i myśl o tym, co dla Ciebie jest ważne. Sam/a siebie powinnaś/nieneś pytać: Gdzie idę? Czego chcę? Którą drogę wybieram i jakie kroki będę musiał przedsięwziąć, aby dotrzeć do celu?

2. Zawsze koncentruj się na podstawowych zadaniach i myśl o zobowiązaniach krótkoterminowych. Dlatego o poranku albo na początku tygodnia samemu sobie stawiaj pytanie: Które z zadań i zobowiązań najlepiej zaoszczędzą mój czas i przyniosą najlepszy efekt w stosunku do wysiłku, jeśli wykonam je pierwsze?

3. Następnie z listy zadań wyeliminuj wszystko, co tylko można. Warto spojrzeć na listę pod kątem tego, co jest najistotniejsze. Czy jest na niej coś, z czego bez szkody możesz zrezygnować, przekazać do wykonania komuś innemu, bądź umieścić na liście zadań oczekujących? Gdy po jakimś czasie sprawdzisz skorygowane listy, odkryjesz, że wiele ze skreślonych albo oczekujących zadań w ogóle nie było koniecznych.

4. Każdy dzień rozpoczynaj realizując dwa najważniejsze zadania. Nie czekaj na późniejszą porę dnia i nie spychaj ich na liście zadań na kolejne pozycje. Najczęściej bowiem bywa tak, że im później człowiek zabiera się za wykonane najważniejszych zadań, tym większa narasta niechęć do nich, aż pozostają na kolejny dzień, a potem tydzień, stając się uciążliwą zaległością.

5. Skutecznie eliminuj wszystkie zakłócenia, z powodu których tracisz czas i nie potrafisz zdążyć z realizacją zobowiązań. Jeśli nieustannie przeszkadzają Ci nowe maile, wadomości, połączenia telefoniczne i tak dalej, to nigdy nie będziesz produktywny ani skuteczny. Na ile to możliwe, wyłącz je i odetnij się od Internetu.

6.  Wielu ludzi daremnie traci czas na tworzenie skutecznych narzędzi, które w gruncie rzeczy są tylko zabawkami. Na przykład nie warto tracić czasu na aplikacje, które są przeznaczone do organizowania czasu i harmonogramu zadań. Najlepiej zrobić prostą listę zadań w dokumencie programu Word lub na papierze z użyciem pióra, ponieważ to najnormalniej w świecie wystarcza. Lepiej zająć się pracą, zaplanowaną na ten dzień.

7. Zajmuj się jednym zadaniem, ale skutecznie, a nie wieloma na raz. Wykonywanie wielu zadań w jednej chwili najczęściej spowalnia. Lepiej skupić się na wybranym zadaniu, z wyłączeniem pozostałych. W ten sposób można osiągnąć więcej w krótszym czasie i przy mniejszym wysiłku.

8. Na koniec dnia znajduj czas na refleksję, aby zastanowić się nad tym, coś osiągnęła/ął. W ten sposób będziesz odczuwał/a satysfakcję z dobrze wykonanej pracy i będziesz miał/a okazję pomyśleć nad możliwymi zmianami, które w następnych dniach umożliwią Ci skuteczniejsze dążenie do celu.

Nabożeństwo

Być może zabsolutyzowałeś swój rozum i myślisz sobie: „Moje myśli to ja”. Teoretycznie masz do tego prawo, zwłaszcza, że od kilku pokoleń wydaje się obowiązywać maksyma: „Myślę, więc jestem”. Sama w sobie nie byłaby jeszcze taka zła, gdyby nie powiązanie jej z przekonaniem, że myślami powinniśmy odkrywać obiektywne ideały, a gdy już je posiądziemy, nie wolno nam zmieniać poglądów. Jeśli tak sądzisz i praktycznie postępujesz, kostniejesz, sztywniejesz nie tylko psychicznie i mentalne, ale w efekcie także fizycznie, podporządkowałeś bowiem swoje życie ideom oraz ideałom, które blokują przepływ, ruch, witalność w ciele i codziennym życiu.

Być może jesteś istotą, która bardziej identyfikuje się ze swoimi emocjami? Rano mówisz: „Jestem wściekła/y, bo mnie obudziłeś i do czegoś zmuszasz”, ale popołudniu Ci przechodzi i mówisz: „Jestem radosny, bo sobie poradziłem”. Zauważ, że rano i wieczorem używasz słowa „Jestem”. Jeśli rano „jesteś” wściekłością,  to jakim cudem popołudniu „jesteś” radością?  „Jestem” jest istotą bytu, esencją trwałości, więc „Jestem” może być albo poranne, albo popołudniowe. Co wybierasz?

Nie da się?  Ano właśnie dlatego, że jak jesteś czymś/ kimś większym od swoich myśli,  tak samo jesteś czymś/kimś większym od swoich emocji. Nie jesteś przekonaniem i poglądem. Nie jesteś też wściekłością i radością. Możesz co najwyżej odczuwać swoje emocje i nazywać je oraz komunikować: „Odczuwam wściekłość”; „Odczuwam radość”.

Odczuwasz, ale nie jesteś! Zresztą podobnie jest z myśleniem. Myślisz, ale nie jesteś swoimi myślami.

Jesteś po prostu kimś, kto myśli i odczuwa. Jesteś podmiotem myślenia i odczuwania emocji. A skoro nie jesteś swoimi myślami i emocjami, to kim jesteś?

„Głębiej” od poziomu umysłu, na którym myślisz, znajduje się poziom ciała, na którym odczuwasz emocje. Jednak jeszcze „głębiej” znajduje się świątynia Obecności. To jest najświętsze miejsce człowieczeństwa, w którym JESTEM ma swój tron. Aby tam wejść i Najwyższemu Istnieniu oddać cześć, trzeba być arcykapłanem na podobieństwo Chrystusa.

Nikt tam za Ciebie nie wejdzie i nikt za Ciebie nie złoży Najwyższej Miłości ofiary z własnego człowieczeństwa. Gdy tam przebywasz, obcujesz z tajemnicą obecności Boga w człowieku. Wtedy Bogu oddajesz swoje człowieczeństwo, aby od Niego otrzymać Jego boskość.

Ta chwila jest nabożeństwem człowieka. Wieczną i niebiańską służbą. Spotkaniem z Obecnością. Wymianą, której atrybutem i najpowszechniejszym przejawem jest modlitwa, w której na Twe westchnienia otrzymujesz Boże pocieszenie, na pytania, odpowiedzi, a na prośby konkretne działanie.

Tam „głęboko”, w świątyni ludzkiego serca, które jest miejscem najświętszym i miejscem przybywania chwały Najwyższego, myśli stają się nieistotne i bezużyteczne, a nawet przeszkadzają. Podobnie emocje nie ułatwiają trwania w obecności Wiecznej Pełni. W świątyni Obecności liczy się sama obecność, a o Twoim istnieniu świadczą poruszenia serca. Dopiero w nich stajesz się  prawdziwy i święty. W nich odkrywasz swoje cudowne i niepowtarzalne „Jestem”, które ma udział w tym samym JESTEM, które stworzyło świat.

Arcykapłanie swojego człowieczeństwa, „Jesteś” prawdą poza myślami i emocjami. Jesteś prawdą, która przejawia się poruszeniami serca. Dopiero na tym poziomie doświadczasz odnowienia, przemiany, i uzdrowienia, które jest „uchrystuowieniem”.  To jest Twoje najświętsze nabożeństwo, którego masz doświadczyć nie raz w tygodniu i nie raz dziennie. Ucz się trwać w Obecności, abyś najświętszego miejsca  nie opuszczał. Wtedy Twoje myśli nie będą Cię o świcie i o zmierzchu prowadzić do piekła przerażenia, niepewności, oddalenia i paniki. Wtedy też emocje, targające ciałem, uszkadzające tkanki i organy, blokujące przepływ energii układem nerwowym, nie będą ogniem piekielnym, trawiącym Cię bezlitośnie dzień po dniu. 

Gdy zapominasz o nabożeństwie,  bądź pewien, że Bóg Cię nie zapomina. Niestety wtedy Ty zapominasz o sobie, o swojej prawdzie, o swoim cudownym i niepowtarzalnym „Jestem”, i pozwalasz traumatyzować się swoim myślom, pełnym obaw i trwogi, oraz wyniszczać namiętnym i przeciwstawnym emocjom, które uniemożliwiają spokojne i satysfakcjonujące życie.

Nie wydaje mi się, żebyś tego chciał/a?

Po co wydawać ciężko zarobione pieniądze na to, co nie syci? Po co wydawać je na lekarzy, którzy leczą somatyczne i psychiczne skutki, ale nie docierają do duchowego centrum, w którym jesteś prawdziwy, święty i zdrowy?  Tam, w świątyni Obecności, jesteś swoim lekarzem i uzdrowicielem. Poruszeniami serca możesz zmienić każdy program mentalny Twego umysłu i emocjonalny Twego ciała.

Tam, na podobieństwo Jezusa, stajesz się Chrystusem, czyli światłem, świecącym w ciemnościach i uwalniającym prawdę „Jestem”, które ma udział w JESTEM początku i końca, nad którym żadnej władzy nie ma ani dzień, ani noc; ani życie, ani śmierć; ani zdrowie, ani choroba; ani wściekłość, ani radość; ani bycie kobietą, ani bycie mężczyzną.

Życzenia, których sobie nie życzysz

Komu i na co potrzebne są wszystkie nasze „wygibasy”?

Próbujemy wyglądać, znaleźć miejsce na ziemi, zbudować dom, zdobyć stanowisko, próżne „ego” chce nasycić się sławą i chwałą, miotamy się….

Robimy pozy, uwodzimy…

Raz dyskretnie dajemy znać, że mamy ochotę na spojrzenie, innym razem rozpaczliwie rzucamy na szyję przechodnia, ekspedientki, trenera, małżonka i krzyczymy: KOCHAJ MNIE.

Każdy nasz ruch, krok, zakup, wysiłek, erotyczny spazm…. Każde mrugnięcie okiem, każde uderzenie serca, każda kolejna porcja kortyzolu i adrenaliny we krwi – wszystko woła o miłość. Oksytocynę też wymyślono z tego samego powodu: PRZYTUL MNIE.

Gdzie podziała się miłość, skoro teolodzy mówią, że Bóg stworzył świat z miłości?

Jeśli jest prawdą, że On jest miłością, to albo coś Mu nie wyszło i stanowczo za mało dodał siebie do tej ziemnej papki, z której stworzył człowieka, albo ta Jego miłość wcale nie jest taka idealna. Jakby za mały procent miłości był w tej Jego miłości?

Życie to krzyk o miłość.

To jeden wielki krzyk rozpaczy o to, żeby nie być samemu; żeby ktoś zrozumiał; żeby nie było trzeba samemu patrzeć w nieskończoność oceanu i próbować usłyszeć melodię wiatru.  

Wszędzie pełno par. Ludzie trzymają się za ręce, wokół gromady dzieci. Uśmiechnięte rodziny na wakacjach pochłaniają kolejne porcje lodów. Po cholerę im ten cukier, skoro się kochają? O czym myślisz Tato być może swoich dzieci, idąc z wypchanymi cukrem dziećmi po deptaku, pełnym Twoich klonów? Liczysz grosze, czy wystarczy ich do końca wakacji? Czy może jesteś w jakimś swoim niebie?

Mamo, która w swoim krótkim życiu już piąty kolejny raz próbujesz zrzucić kilka kilogramów, gdzie jest twoje serce, gdy szarpiesz dzieckiem, krzyczącym o kolejną porcję cukru? Jesz coraz mniej, a wokół Ciebie coraz więcej zbędnych kilogramów. Myślisz, jak to możliwe? Twoje dziecko też potrzebuje coraz więcej cukru, chociaż jesteś z nim na wakacjach. Potrafisz to połączyć?

A może……?

A może życie na ziemi, to szkoła więzienia dla dusz, aby nauczyły się samotności?

Może wszyscy musimy przejść tę szkołę? Przyszliśmy na ziemię, żeby nauczyć się samotności w tłumie, w związkach, rodzinach….? Na wspólnych wakacjach i podczas orgazmu?

Wszędzie rozdzierający krzyk o miłość, jak z więziennych cel, gdzie próbują przeżyć dożywotnio osadzeni.

Oddzieleni od siebie mięsem naszych ciał, nasiąkniętych trucizną, pochodzącą nie tylko ze śmieciowego pożywienia, oraz cukrem, zastępującym miłość, próbujemy jakoś się odnaleźć, namierzyć, dotknąć, zrozumieć…. Wciąż próbujemy a jednak z dnia na dzień jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, zagłuszeni krzykiem pustki w nas, osaczeni tłumem, oddalonym o tysiące lat świetlnych od naszych serc.

Marny to trud, te wszystkie nasze życiowe wygibasy, kłamstwa małe i duże.

Nie okłamuj się. Przyszłaś/szedłeś na ziemię, aby nauczyć się samotności w tłumie; miłości do siebie; szczęścia, którego nie da podzielić się na dwie słodkie połówki. To ciastko do końca musisz zjeść sam/a. Gdzieś tam, w przestworzach, w światach równoległych, na dalekiej galaktyce, gdzie serce przenika serce, Twoja dusza postanowiła przyjść na ziemię, aby zamieszkać we więzieniu. Chciałaś/eś nauczyć się samotności i kochania siebie samego w tłumie podobnych Ci, zrozpaczonych dusz.

Przypomnij to sobie!  Uświadom tak najszybciej, póki jeszcze tu jesteś, aby lekcja na poszła na marne. Dopiero wtedy stanie się cud i wyjdziesz z więzienia łez.

W sylwestrową noc, do cholery, nie życz sobie, żeby nic się nie zmieniło; żeby nikt nie umarł albo ostatni raz trzasnął za sobą drzwiami. W nowym – 2026 – roku wszystko będzie się zmieniało. Nie zdajesz sobie sprawy, jak szybko i w jak wielu aspektach.

Życz raczej, żebyśmy trwali w miłości, która nikim się nie zawodzi, do nikogo nie traci zaufania i nie ugina się pod ciężarem doświadczenia i stresu, cokolwiek w tym roku się wydarzy.  

Pełnia życia

Zdjęcie nie moje (dla kolegi, którego pasją stała się akwarystyka morska)

W życiu chodzi o to, aby się bujało, to znaczy, żeby energia płynęła niezależnie od tego, czy tworzymy z kimś parę, należymy do jakiejś wspólnoty, czy akurat jesteśmy sami. Źródło życia musi znajdować się w nas i z wnętrza płynąć na zewnątrz, ku innym. Tymczasem jesteśmy wychowani w kulturze prawa i strachu przed osamotnieniem, więc zamiast cieszyć się nieskończonymi możliwościami twórczego i radosnego życia, samych siebie powściągamy z lęku przed konsekwencjami popełnienia błędu, a także bez ustanku szukamy kogoś, komu zawdzięczalibyśmy przypływ życiowej energii, dobrego samopoczucia i radości.

Próbując to zilustrować od lat posługuję się tym samym obrazem.

Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy duży kamień i deskę. Zrobiliśmy z nich najprostsze urządzenie do zabawy, potocznie zwane huśtawką. Usiedliśmy na brzegu i ….? I nic. Ani ruchu, ani frajdy, tylko zesztywniałe biodra i boląca pupa, a na koniec frustracja, że nie znalazł się nikt, kto z impetem usiadłby po przeciwnej stronie, żeby wyrzucić nas ku niebu.

Na partnera do zabawy czekają ludzie, żyjący według ciała, ciężko i bez lekkości. Życiowej energii oczekują po innych. Żyjący według ducha nie czekają na drugiego, ale okrakiem stają nad kamieniem w taki sposób, aby móc dowolnie naciskać raz prawą, raz lewą nogą i w ten sposób samemu wprawiać w ruch huśtawkę oraz siebie na niej. Duchowi nie potrzebują nikogo, aby żyć lekko, radośnie, z polotem, ponieważ sami decydują o ruchu i przepływie energii, której źródło mają w sobie.

Żyjący według ciała, schowani w prawie, regulaminie, statucie, pytają: Kto jest moim bliźnim? z nadzieją, że od niego otrzymają życie. Tymczasem żyjący według ducha, źródło życia mają w sobie. Dzieląc się nim, pytają: Dla kogo ja jestem bliźnim?

Aby życie się bujało, każdy musi odkryć w sobie Bożą pełnię. Dlatego nie myślmy o brakach, ale szukajmy Boga. Wówczas odkryjemy w sobie brzegowe potencjały, które w sumie dają pełnię. W opowieści o miłosiernym Samarytaninie Jezus z Galilei przestawia je w postaci kapłana i lewity z jednej strony, zaś po przeciwnej jako Samarytanina.

Kapłan z lewitą na pewno nie byli złymi i nieczułymi ludźmi. Źródłem ich nieszczęścia był lęk, z którym radzili sobie, jak większość z nas, rezygnacją z wolnego działania na rzecz prawa, regulaminu, procedury. Zwolnieni przez samych siebie z obowiązku podejmowania odważnych decyzji, czuli się komfortowo i pewnie. Nikt nie mógł im przecież niczego zarzucić. Ten sposób postępowania, z lęku przed odpowiedzialnością, jest rezygnacją z odpowiedzialności. Ludzie, nie radzący sobie z lękiem, utrwalają dziecięcą postawę posłusznego wykonywania poleceń rodziców i wychowawców, licząc na  święty spokój i spodziewając się nagrody. Nigdy nie dorastają do dorosłości, którą w opowieści Jezusa reprezentuje Samarytanin.

Wiecznym dzieciom wydaje się, że odpowiedzialność jest ostrożnością i polega na zachowywaniu prawa. Wynieśli to z domów, szkół i Kościołów, w których wychowywanie wciąż kojarzone jest z posłuszeństwem, które najlepiej utrwala lęk. Z lęku przed błędem, czyli w konsekwencji karą, wieczne dzieci gotowe są zachować wszystkie rygory prawa i nie dotknąć potrzebującego, uznając to za największy dowód odpowiedzialności.

Dorośli, duchowi ludzie nie wahają się złamać prawa, regulaminu, procedury, tradycji, nawet niemoralnie zachować, jeśli tylko w ten sposób mogą pomóc drugiemu człowiekowi, ponieważ nie boją się konsekwencji decyzji i działania. Rozpoznając bliźniego, są wobec niego odpowiedzialni nie w duchu lęku o siebie, ale w duchu miłości do niego!

Co zatem mogę uczynić bliźniemu? Czasem powinienem powściągnąć się wobec niego, to prawda, jednak znacznie częściej powinienem zwrócić się ku niemu, dotknąć się go, dać mu to, czego nie ma a pilnie potrzebuje, czym ja akurat dysponuję. Samarytanin nie przejmuje się prawem i regulaminem, rytualną bądź moralną czystością, jest dorosły i ratuje bliźniego.

Gdy decyzjami i działaniami rządzi lęk, życie przestaje płynąć i jego energia ustaje. Odpowiedzialność, czyli działanie będące odpowiedzią na potrzebę bliźniego, zachowuje i pomnaża życie. Najpotężniejszą energią życia jest miłość.

Mentalną i emocjonalną genezą decyzji, podejmowanych przez ludzi ciała, jest lęk. Genezą decyzji, podejmowanych przez ludzi ducha, jest miłość. Pierwsi liczą na pomoc bliźnich, drudzy są bliźnimi dla innych. Pierwsi są duchowymi niemowlakami, drudzy osiągnęli duchową dojrzałość.

Życie musi być w ruchu. Energia powinna płynąć bez ustanku, niezależnie od okoliczności, relacji, stanu ducha i bankowego konta. Szkoda, że większość z nas szuka partnera do życiowej huśtawki, zamiast samemu wprawiać życie w ruch. Tak to bowiem bywa, o ironio losu, że im bardziej uzależniamy się od partnera, z którym wspólnie próbujemy dbać o życiową energię, tym większej życiowej huśtawki doświadczamy. Życie przypomina wówczas rozkołysaną łódź. Dlatego warto uczyć się zarządzania energią życia, aby od nikogo nie być zależnym, ale z każdym móc wejść w relację i darować mu dar miłości, odpowiedni do jego potrzeb.

Dopiero ludzie pełni, zintegrowani, którzy w zależności od potrzeby samodzielnie korzystają z energii zobowiązania (kapłan) i miłosierdzia (Samarytanin), potrafią docenić błogosławieństwo życia i ze swojej pełni darowywać je innym. Nie okłamujmy się, jakiekolwiek próby wywierania nacisku, przymuszania, oddziaływania edukacyjnego albo uświadamiającego, niczego nie zmienią i nie osiągną wobec ludzi, którym ewidentnie brakuje pełni.

Jeśli komuś brakuje pełni życia, jak może obdarowywać życiem? Jeśli ktoś rozpaczliwie szuka bliźniego dla siebie, jak może stać się bliźnim dla potrzebującego? Jeśli komuś wydaje się, że bez miłości innych ludzi do niego, nie potrafi szczęśliwie żyć, jak może swoją miłością innych czynić szczęśliwymi?

Zdjęcie nie moje (dla kolegi, którego pasją stała się akwarystyka morska)

Zauważenie – uważność – widzenie

1.

W Starym Testamencie jednym z ważniejszych imion Boga jest imię „El Roi” (Widzący Bóg albo: Ten, który mnie widzi). Tekstem, w którym Bóg został tak nazwany, ważnym dla tematu, jest biblijne opowiadanie o Hagar na pustyni (przeczytaj koniecznie 1 Mż 16,1-13).  

Dzięki temu, że Bóg nas widzi, możemy przeżyć kryzys i nie zginąć, pomimo tego że sami jesteśmy sprawcami swojego nieszczęścia, jak miało to miejsce w życiu Hagar.  

Boży wzrok jest zwierciadłem, w  którym dostrzegamy samych siebie. W tym spojrzeniu możemy zadać sobie pytanie: Skąd przychodzę i dokąd idę? (1 Mż 16,8).  To znaczy: Jakiego dziadostwa w życiu narobiłem, że teraz grozi mi nawet śmierć? Czy uniknięcie konsekwencji własnej niegodziwości na pewno jest warte wstąpienia na drogę, która wiedzie ku śmierci?  

Boże zauważenie człowieka ratuje go przed konsekwencjami grzechu. Jest początkiem własnego zauważenia, a więc uważności na samego siebie (wybory, decyzje, działania i drogę życia). 

2.

Jezus z Nazaretu też zauważa i w tym objawia się jako „Boże oczy”. Najtrafniejsze opowiadanie o zauważeniu przez Jezusa to historia o Zacheuszu (przeczytaj koniecznie Łk 19,1-10).   

Zacheusz, mały człowiek (a najpewniej mężczyzna, zakompleksiony z powodu nikłego wzrostu, który kompensuje sobie mały wzrost dużym dochodem), chce zobaczyć Jezusa, który najpewniej mu imponuje. Wdrapuje się na drzewo i sam zostaje zauważony. Dzięki temu Jezus wprasza się do jego domu. Obecność Jezusa uwalnia Zacheusza z kompleksu, a jednocześnie z samowykluczenia. Jezus mówi Zacheuszowi: Chcę z tobą, w twoim domu, zjeść z tobą posiłek. Ten komunikat uwalnia Zacheusza z kompleksu, więc sam decyduje, że naprawi wszelkie krzywdy, bo odtąd nie będzie musiał kompensować sobie małego wzrostu dużym dochodem.  

Oczy Jezusa w istocie są oczami Zacheusza. Ten, który chce zobaczyć, sam został wpierw zobaczony. Uważność Jezusa uruchomiła uważność Zacheusza, który odtąd widzi, że nie na dochodzie powinien opierać swoją wartość. Akceptując Zacheusza Jezus przywraca go do wspólnoty.

3.

Również Maria, matka Jezusa, zauważa nieszczęście w Kanie Galilejskiej (przeczytaj koniecznie J 2,1-11).

Będąc kobietą naturalnie jest wrażliwa na cierpienie i łzy. Brak wina jest metaforą braku radości i miłości. Ten brak jest efektem religijnego skostnienia, czyli religii praktykowanej jako rozumianej jako zewnętrzne działania, które zobowiązują człowieka do bycia czystym przed Bogiem (kamienne stągwie to kamienne serca). Jest w nich woda, potrzebna do rytualnych obmyć. Jednak odkąd na ziemi jest obecny Jezus rytualne obmycia nie są już potrzebne i można wodę zamienić w wino, a więc rytuały w duchowość (pojawia się radość i miłość).

Oczy Marii dostrzegają brak radości i miłości, czyli szczęścia (zbawienia) i dlatego Maria każe Jezusowi działać. To oznacza, że uważność (zauważenie) ludzkiego cierpienia (także w sobie) jest początkiem modlitwy: „Masz Boże działać i koniec kropka. Nie masz wymówki, bo ludzie potrzebują Twego zbawienia”. J 

Zauważanie – uważność – widzenie jest więc warunkiem wstępnym:

– po pierwsze przyjęcia konsekwencji własnego grzechu na siebie, co ratuje przed śmiercią (Hagar);

– po drugie przywrócenia do wspólnoty przyjaciół (Zacheusz);

– po trzecie modlitwy wstawienniczej i działania na rzecz ludzi, którzy mają się źle (Maria).

Te trzy przykłady nie są jedynymi, jednak moim zdaniem wystarczają, aby uwypuklić wagę zauważenia – uważności – widzenia w duchowym życiu człowieka.

4.

A jak o uważności pomyśleć inaczej, może mniej biblijnie, ale na pewno też duchowo?

Zauważenie, czyli uważność, to uwaga, która jest potrzebna, aby zauważyć.

Bez uwagi (skupienia wzroku i myśli, ale też serca czyli uczuć) nie można być czujnym w oglądaniu samego siebie i sytuacji, w jakiej znajduje się bliźni, aby mu pomóc. 

Czujność z kolei jest cechą ludzi czułych!

Trzeba nauczyć się być czułym dla siebie, aby zacząć zauważać, że w naszym życiu coś nie gra; że zapewne podjęliśmy złe decyzje i dlatego podążamy drogą ku śmierci (choroby), albo sami siebie wykluczyliśmy ze wspólnoty, a posądzamy innych, że się od nas odsunęli (samowykluczenie i samopotępienie).

Kto jest czułym dla siebie (miłosiernym dla siebie, akceptującym siebie i wreszcie wybaczającym sobie), potrafi też czujnie obserwować siebie w życiu, w relacjach i w sytuacjach zawodowych, aby nie powtarzać wciąż tych samych błędów, ale naprawiać, brać odpowiedzialność, itp. W efekcie zaczyna czujnie dostrzegać złożone sytuacje, w jakich żyją inni ludzie, i zamiast ich sądzić oraz oceniać staje się dla nich ratownikiem, pomocnym sąsiadem, wyrozumiałem bliźnim. 

5.

Zastosowanie dla kobiet.

Na pytanie, w czyich oczach Kobieta możne poznać samą siebie, Nowy Testament zna opowiadanie o Samarytance przy studni Jakuba (przeczytaj koniecznie J 4,1-30).

Ta Pani żyła z szóstym mężczyzną. Poprzedni albo umierali, albo dawali jej list rozwodowy. Pewnie traktowała ich jak „źródło, z którego bez umiaru czerpała energię do życia, ponieważ sama była wyschnięta”. Nie umiała kochać samą siebie, nie żyła w prawdzie o sobie samej, więc mężczyzn mogła traktować przedmiotowo, aby „nawadniać się życiem”.

Jezus od razu zauważył, że ona jest wyschnięta i pragnie miłości, ale nie umie kochać, ponieważ odrzuca samą siebie. Więc to nie On był wyschnięty, ale ona, dlatego tak prowadził rozmowę, żeby sama do tego doszła. Gdy trafiła na Jezusa (mężczyznę doskonałego = siódmego), On nie dał się jej uprzedmiotowić przez seks i kobiece oczekiwania pod adresem mężczyzny (co mężczyzna powinien dać kobiecie), ale ją odesłał do miejsca, skąd pochodziła. To jest metafora drogi we własne wnętrze. Skonfrontował ją z prawdą o sobie i dzięki temu podzieliła się cudowną wiadomością: „Spotkałam Mesjasza, chodźcie za mną do niego”. 

Kobieta, która nie potrafi kochać samej siebie (akceptować i z radością przyjmować swoją kobiecość), nie dzieli się mężczyzną, ponieważ chce go mieć dla siebie, „na własność”. Wówczas taki mężczyzna szuka drogi ucieczki z relacji. Chce odzyskać wolność.

To oznacza, że Kobiety wpierw powinny zauważyć siebie (wewnętrzną i świętą prawdę o swej kobiecości), patrząc poprzez spojrzenie Jezusa (Mesjasza). Muszą wreszcie w Bogu dojrzeć siebie jako wartościowe i piękne istoty, chciane przez Stwórcę, aby z radością przyjąć swoją kobiecość, i dopiero z tej relacji z Bogiem wejść w relację z mężczyzną. Inaczej stają się źródłem cierpienia i nieszczęścia dla siebie, mężczyzny, a potem dzieci.

6.

Zastosowanie dla każdego.

Na pierwszym planie trzeba zawsze widzieć (stawiać) Boga. Dopiero na drugim planie dostrzegać partnera, aby go nie zabsolutyzować, czyniąc bożkiem swoich potrzeb, lęków i pragnień, bo to szybka droga do uprzedmiotowienia, a potem nieszczęścia. Zatem akceptacja siebie i radosne przyjęcie siebie, jako wyraz miłosnej relacji z samym sobą, jest najwyższą formą uważności. Dopiero z tego zauważenia bierze się właściwe patrzenie na partnera i dzieci. Wtedy nie grozi nam nienawiść do kogoś, kto wydaje nam się, że nas zawiódł.

Nie/nawiść = nie widzę ciebie, nie chcę na ciebie patrzeć.

Żeby nie doszło do nienawiści trzeba chcieć nie widzieć partnera na pierwszym planie. Reasumując „Widzący Bóg” to Bóg, który każdego wpierw uczy widzieć samego siebie. To imię Boga, który uczy widzenia prawdy o sobie samym. Boga, który oczyszcza wewnętrzne oko, dzięki któremu napełniamy się światłością (Łk 11,33-35). Dzięki temu potem nie oceniamy bliźniego (Mt 7,1-5), ale zyskujemy zdolność dostrzegania jego potrzeb i w efekcie stajemy się dla niego światłem.

Co począć ze starością?

Czy osiągnąwszy pewien wiek, zmęczeni pracą zarobkową, na pewno czekamy tylko na emeryturę?

Czy małżonków w średnim wieku, którzy latami wychowując własne dzieci nie rozwijali miłosnej relacji, na nowo spajają wnuki?

Co począć z dojrzałością, a potem ze starością? Tylko żałować i przeklinać?

Czy młodsze pokolenie może myśleć o starszym wyłącznie jako o problemie społecznym i ekonomicznym?

Czy wartość senexa przeminęła wraz z resztkami kultury antycznej?

Czy na pewno trzeba mieć zdrowe oczy, żeby widzieć, i zdrowe uszy, żeby słyszeć?

Czy król Salomon, prosząc w modlitwie o słyszące serce (1 Krl 3,9), wykazał się pragmatyczną roztropnością?

Jestem przekonany, że nie tylko z powodu starzejącego się społeczeństwa, ale przede wszystkim dla duchowego rozwoju najwyższy czas w naszych wspólnotach zająć się pięknem i wartością starości. Od dawna popełniamy ten sam błąd, czym wzmacniamy powszechną w mediach i ekonomii pochwałę niedojrzałej młodości, która jest przydatna ekonomicznie i politycznie. Poza wypłukanymi ze znaczeń rytuałami religijnymi, które powtarzamy ze względu na tzw. tradycyjne wychowanie i wartości, nie prowadzimy pracy duchowej, integrującej kolejne cykle ludzkiego życia. Praktyczne duszpasterstwo i kaznodziejstwo nie dostrzega różnic pomiędzy nimi i nie potrafi przeprowadzać przez doświadczenia graniczne.

W efekcie niedojrzali i nieświadomi zmian, jakich w następujących po sobie periodach życia powinna doświadczyć psychika, kolejna puella puer nie przechodzą w odpowiednim czasie duchowej transformacji, po czym z przerażeniem odkrywają, że dorosłość nie spełniła ich marzeń, a opadające kartki kalendarza coraz słabiej maskują wyzierającą z nich dojrzałość i starość. 

Doroczne spotkanie adwentowe, ewentualnie drugie wiosną, czyli pasyjne, organizowane dla tzw. seniorów, sprawy nie załatwia, a mam wrażenie, że wręcz uniemożliwia duszpasterstwo, które powinno mieć na względzie ludzką psychikę i duchowy rozwój, ponieważ jest iluzją dobrze wykonanej pracy.

Czas na geragogikę w duszpasterstwie, zrozumienie starości przez pedagogikę, dostrzeżenie senexa w kościelnej ławce, na spotkaniu towarzyskim i w gronie przyjaciół, wreszcie na duszpasterstwo, które dbając o duchowy rozwój rozróżnia cykle życia i pomaga w przejściu podróży życia.

Nie napisałem tego bez przyczyny, mam bowiem propozycję nie tylko dla moich koleżanek i kolegów w Kościele. Gdyby ktokolwiek, kto identyfikuje się  jako animator jakiejś grupy czy środowiska, komu na sercu leży ludzkie dobro i zdrowie, miał zamiar coś w tym względzie rozpocząć albo kontynuować, jestem do dyspozycji z odpowiednią refleksją. Mogą to być rekolekcje (obojętnie w jakim okresie liturgicznym), biblijne wprowadzenie do tematu dla liderów, wreszcie pogadanka dla starszych, którzy chcieliby przytulić swoją dojrzałość, albo dla młodszych, jeśliby chcieli zrozumieć rodziców.

Co powiecie na temat: Senex to osoba, która oglądając film, już na początku zna zakończenie?

Na przejście pomiędzy starym a nowym – Wszystko ma swój czas

Wszyscy jesteśmy częścią wielkiego wszechświata, który jest w ciągłym ruchu. Chociaż od spektakularnego początku tej manifestacji wszechświata (nieważne jak go nazwiemy ani wytłumaczymy) energia układa się we wszystkie możliwe wzory, tworzy nowe struktury i ulega ciągłej transformacji, jednak nie może tak po prostu stać się niczym

Odkąd ludzka świadomość obudziła się na tyle, aby mogło zamanifestować się mistyczne doświadczenie, duchowi ludzie wiedzieli, że to, co raz zaistniało, przybierając obojętnie jaką formę energii, nie może przestać istnieć i stracić znaczenie. Współcześnie ten duchowy wgląd oraz intuicyjne poznawanie świata potwierdza fizyka.

Nasze życiowe związki są nieustannym tańcem energii. Tańczący z nami partnerzy nie pojawiają się w naszym życiu przypadkiem. Ponieważ wspólnie mamy prowadzić się ku naszemu najlepszemu przeznaczeniu albo ku otchłaniom fatum, więc przychodzimy i odchodzimy dokładnie wtedy, gdy jesteśmy gotowi na wspólny taniec i wzajemne obdarowywanie. Każde spotkanie, każde splecenie się dwóch pól energii wydarza się dokładnie w chwili największego potencjału zmiany.

Podobnie jest z wydarzeniami społecznymi, procesami w sferze kultury i religii, wreszcie z doświadczeniami zawodowymi. Wszystkie mają przewidziany czas ze względu na potencjał zmiany, jaki pojawia się w naszym polu energii czyli w duchowym rozwoju.

Rozpaczliwe próby zatrzymania ludzi, którzy pojawili się w naszym życiu, stanowisk, pozycji społecznej albo formy zawodowej aktywności w efekcie obracają się przeciwko nam. Co miało być, już się zamanifestowało. Po fazie przypływu, nadchodzi odpływ, aby mogła zamanifestować się kolejna fala energii. Sęk w tym, że zgoda na taniec zależy od współdziałania wielu czynników, które do siebie pasują w określonej chwili mocy, zaś oczekiwanie, że ta synergia będzie kontynuowana, jest przyczyną naszych cierpień, gdy sprawy układają się inaczej.

Gdy wydaje się nam, że w życiu zapanowała równowaga, mamy wielką pokusę, aby ją przedłużać. Zaczynamy wówczas snuć plany na przyszłość, mając za podstawę teraźniejszą równowagę pomiędzy energiami. To jest ten moment, w którym na własne życzenie zaczynamy zasypiać i ślepnąć, ponieważ jesteśmy przekonani, że osiągnęliśmy stan doskonałej harmonii. Do świadomości nie chcemy dopuścić, że w fazie największego rozkwitu miłosnej relacji albo zawodowego projektu pojawiają się pierwsze symptomy odpływu i przyszłego rozpadu energetycznego wiru, który zawsze trwa w odpowiednim czasie i ani chwili dłużej. Gdy jesteśmy pewni, że wszystko układa się najlepiej, wtedy nie wiadomo skąd pojawia się pierwszy sygnał zmiany, który kwalifikujemy jako nieszczęście, a tymczasem to jedynie naturalna konsekwencja kontynuacji spektakularnej manifestacji wszechświata.

Energii nie da się zatrzymać w jednym stanie skupienia. Ledwo osiąga maksimum już płynie ku minimum. Dzięki temu wszechświat żyje i rozwija się. Chwała Bogu, że to samo prawo działa w naszym życiu. Prawdziwym problemem nie jest trwałość ciągłej zmiany, ale powszechne pragnienie, żeby w chwili równowagi ów proces zatrzymał się na zawsze, a przynajmniej na jakiś czas. Gdyby jednak do tego doszło, oznaczałoby to śmierć całego wszechświata.

Wszystko ma swój czas, czyli moment mocy, dzięki któremu doświadczamy w życiu jakościowej zmiany. Równowaga całego ekosystemu, albo w mniejszym wymiarze osobistego systemu, jest niemożliwa. Co więc jest możliwe? Dzięki czemu rozwijamy się, korzystając z pulsacyjnego przepływu energii? To, co chcielibyśmy uwiecznić jako życiową równowagę, dla naszego dobra manifestuje się jako harmonia zmiany. Gdy odczuwamy silną potrzebę przywiązania się do kogoś albo czegoś, niech nasza uwaga będzie skupiona na harmonii, począwszy od oddechu w postaci spokojnego wdechu i wydechu, poprzez harmonię pomiędzy pracą i odpoczynkiem, rodziną i karierą, związkiem partnerskim i życiem towarzyskim, obowiązkami i przyjemnościami, byciem dla siebie i dla innych, a skończywszy na harmonii pomiędzy energią gniewu i miłości albo smutku i radości. Kluczem do stworzenia życiowej harmonii jest uświadomienie sobie, że wszystko ma swój czas i w konsekwencji spokojne poddanie się zmianom.

Doprawdy tracimy jedynie to, do czego się przywiązujemy. Bywa, że przywiązanie nazywamy utożsamieniem. Im większą ilością węzłów przywiązujemy się do tego, co tylko na chwilę pojawia się w naszym życiu, tym bardziej ograniczamy własną wolność. Z kolei każde utożsamienie się z czymś albo kimś, bez czego nie wyobrażamy sobie przyszłości, oznacza kolejną porcję cierpienia, jadu goryczy i skargi, że życie pozbawia nas szczęścia i radości.

Tymczasem warto wybrać się na ciemną stronę księżyca, aby dostrzec, że utożsamiamy się z tym, co jest nietrwałe, więc najczęściej cierpimy z powodu straty czegoś, co w istocie nie jest wieczne. Wieczna jest tylko nasza istota, czyli nienaruszalne i prawdziwe JESTEM. Skoro na ziemi jesteśmy tylko na krótki czas, pozwólmy wszystkiemu mieć swój czas, a sami wirujmy energią szczęścia i radości bez względu na intensywność i charakter zmian.

Uwolnienie w Chrystusie

„I żaden mieszkaniec nie powie: Jestem chory. Lud, który w nim mieszka, dostąpi odpuszczenia win” Iz 33,24

Cieszymy się drugim dniem Świąt Bożego narodzenia się Człowiekiem. Teologia od dawna łączy duchowe doświadczenie tych świąt z wieloma prorockimi zapowiedziami odmiany ludzkiego losu. Także z tym, które uczyniłem mottem dzisiejszej refleksji.

Odważne połączenie, prawda? Nie dość, że Bóg uwidacznia się w człowieczeństwie, to jeszcze oznacza to uwolnienie z choroby. I jakby nie było dość duchowych fajerwerków, z zapowiedzi proroka wynika, że doświadczenie zdrowia jest związana z odpuszczeniem win. 

Zachorowałeś i pomyślałeś, że nie masz szczęścia? Wracasz do domu od lekarza ze skierowaniem na specjalistyczne badania, ponieważ podejrzewa ciężką chorobę, i po głowie krąży Ci pytanie: Dlaczego mnie to spotkało? Być może z badań wynika, że masz dużą szansę zachorować na to samo, na co umarło któreś z Twoich rodziców, więc kłócisz się z Bogiem, że karze Cię nie za Twoje grzechy? Przyznaj, czy choroba nie jest największym argumentem Twoj(ego), że zostałeś przez Niego opuszczony? 

Kiedy Twoje ciało nie działa z własnej woli, wydaje się, że zostałeś zdradzony, jednak prawda jest taka, że ciało nie psuje się z własnej woli. Jeśli kiedykolwiek pomyślałeś w ten albo w podobny sposób, nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Zdecydowana większość ludzi myśli o chorobie negatywnie, jako o Bożej karze, braku szczęścia, a przede wszystkim przeciwniku, z którym należy walczyć, aby wyzdrowieć i żyć.

Tymczasem ten sposób interpretowania choroby jest największą krzywdą, jaką sami sobie wyrządzamy. Zaślepieni mechanistycznym pojmowaniem świata; ograniczeni poznaniem wyłącznie zmysłowym; przekonani, że nasze ciała to materia, w której nie ma niczego z Bożego tchnienia, zapomnieliśmy o duchowej mądrości, którą miedzy innymi praktykował Jezus z Galilei, a mianowicie, że przez chorobę manifestuje się Boża chwała.

Celem choroby nie jest bowiem śmierć ani nieszczęście, ale życie i szczęście. Choroba nie jest naszym wrogiem, ale największym przyjacielem, komunikującym nam, co błędnego dzieje się w duchowej, mentalnej i emocjonalnej sferze życia, jako skutek naszych złych myśli, wyborów i relacji. Choroba jest sprzymierzeńcem, któremu możemy zawdzięczać rozumienie siebie i swojego życia. Niemniej musimy przestać myśleć w stereotypowy sposób, a mianowicie, że chorobę trzeba przewalczyć.

Z przyjacielem się nie walczy. Trzeba raczej zapytać, jaką wiadomość nam przynosi?

Znalezienie przyczyny choroby jest czymś innym, niż znalezienie jej prawdziwego sensu, biologicznego (wtedy następuje wyleczenie), psychicznego (wtedy następuje uzdrowienie) i duchowego (wtedy następuje uwolnienie). Człowiek jest w stanie nie tylko zaakceptować, ale i twórczo wykorzystać zdarzenia i traumy, których doświadczył, jeśli rozumie ich sens. Od razu zaczyna też czuć się lepiej. Nie potrzebuje wciąż nowych lekarstw, lecz nowych możliwości poszerzania świadomości.

Choroba nie jest bezsensowna. Jest mową tego, co ukryte. Można przestać chorować, jeśli zrozumie się, na co wskazuje. Nie jesteśmy wybrakowani. Jesteśmy za to zaprogramowani, a co zostało zaprogramowane można też odprogramować dzięki świadomości. A że najwyższym poziomem świadomości jest Chrystus, zatem w pełni tej świadomości dzieją się największe cuda Bożej chwały. 

Głębszy sens choroby polega na uświadomieniu nam tego, co jest niezbędne, aby powrócić do zdrowia, czyli harmonii. Choroba domaga się ciszy i modlitewnego badania własnego serca, aby w świadomości Chrystusa odnaleźć swoją prawdę i zmienić sposób postępowania, zanim będzie za późno. Prawdziwe wyleczenie, czyli uwolnienie, nie ma na celu usunięcia symptomów przy jednoczesnym pozostawieniu ich przyczyny, lecz polega na świadomym rozpoznaniu sfery zakłóceń i przywróceniu harmonii. Do tego nie wystarczy oczywiście tabletka, seria zastrzyków ani nawet środki leczenia naturalnego. Co najwyżej wystarcza to do wyleczenia, a i tak nie zawsze.

Wyleczenie, uzdrowienie, wreszcie uwolnienie, w którym zawiera się też uzdrowienie i wyleczenie, zależy od tego, czy pojmiemy, co chce nam przekazać choroba, oraz oczywiście od tego, czy posłuchamy tego przesłania. Powrót do zdrowia jest uwarunkowany uporządkowaniem naszych myśli, uczuć, mowy i czynów w światłości (świadomości) Chrystusa, co w języku Nowego Testamentu jest nazwane wzrastaniem w Chrystusie. Mimo iż wydaje się to trudne i męczące, jest jedyną drogą do uwolnienia od choroby, obejmującego trzy sfery człowieka – ciało, umysł i duszę.

A nie upodabniajcie się do tego świata, ale się przemieńcie przez odnowienie umysłu swego…” (Rz 12,2).

Wszystko zaczyna się i kończy w naszym umyśle, więc im szybciej zdecydujemy się, czy wierzymy umysłowi tłumu (przekonaniom podzielanym przez większość) i swoim lękom, czy Najwyższemu, czyli Życiu, Miłości, Dobru, Mądrości, Mocy, która nas stworzyła i chce dla nas samego dobra i tylko dobra, tym dla nas lepiej i zdrowiej.

W świadomości Chrystusa możemy zawrzeć wieczne przymierze z Duchem Najwyższego, w tchnieniu którego wszystko zostaje odnowione na Boże podobieństwo i obraz. Ponieważ trwałość przymierza zależy od wierności, więc to jest przymierze, które zawieramy także z samą/ym sobą, ze swoim życiem, zdrowiem, po prostu prawdą.

I chociaż wielu zdenerwuje się i poruszy ostatnimi akapitami, mimo wszystko napiszę jeszcze klika słów, będących komentarzem do zapowiedzi proroka Izajasza. Otóż jestem tego pewien, że choroba jest tylko inną nazwą grzechu, czyli chybianiem celu, którym jest Bóg w nas, zaś uzdrowienie jest tylko inną nazwą Boga, który jest ukrytą w nas prawdą o nas samych. Zdrowie jest efektownym skutkiem odnalezienia Królestwa Bożego w sobie. Gdy Bóg uwidacznia się w człowieczeństwie, wtedy zaczyna manifestować się Boża chwała.

Dlatego w drugie Święto Bożego Narodzenia życzę Ci wiary w to, że Twoje cielesne człowieczeństwo jest tylko lądownikiem dla świadomości na planecie ziemia. I ta świadomość, która tutaj wylądowała dzięki zmaterializowaniu się energii, wciąż ma nadajniki do odbioru sygnału z energii, z której jesteś stworzona/y (białe światło = świadomość Chrystusa).

W dalszej ewolucji będą uczestniczyć jedynie Ci, którzy wytrwale wzrastają w Chrystusa, czyli uczą się NAJBARDZIEJ KOCHAĆ!

Poznaj miłość – nie oceniaj

Naprawdę nie mamy najmniejszego powodu do złości i strachu, ponieważ jesteśmy otoczeni Bożą miłością. Nasza złość i strach biorą się z pomyłki, przedstawionej w 1. Księdze Mojżesza, w opowiadaniu o Ogrodzie Życia. Otóż nie pojmujemy różnicy pomiędzy poznaniem a postrzeganiem. Póki poznajemy, drzewo rosnące w środku ogrodu jest Drzewem Życia, a gdy zaczynamy postrzegać (dostrzegać iluzje) staje się Drzewem Dobra i Zła, a nam wydaje się, że wreszcie poznajemy. Świat postrzegania jest światem czasu, początków i końców. Opiera się na interpretacji, a nie na faktach. Jest światem narodzin i śmierci, zbudowanym na wierze w niedostatek, nieszczęście, stratę, oddzielenie i umieranie. Świat poznania jest światem wiecznej prawdy, którą jest Boża miłość, a inaczej Prawo Łaski. Jest światem chwały Bożej, w której zanurzony jest człowiek.

Z poznania i postrzegania powstają dwa odrębne systemy myślowe. W sferze poznania nic nie jest oddzielone od Boga, więc nie powstaje strach ani złość, skoro wola Boga jest wolą człowieka. Świat postrzegania charakteryzuje się wiarą w przeciwieństwa i sprzeczne wole, pozostające w nieustannym konflikcie. To, co widzimy i słyszymy, wydaje się nam rzeczywiste, ponieważ do świadomości dopuszczamy tylko to, co jest zgodne z naszymi przekonaniami i życzeniami. To prowadzi do świata złudzeń, który potrzebuje ciągłej obrony i oceny, ponieważ nie jest rzeczywisty.

Świat, który widzimy, słyszymy, dotykamy i wąchamy odzwierciedla nasz własny wewnętrzny układ odniesienia, czyli dominujące  w naszych umysłach idee, pragnienia i emocje. W ten sposób projekcja wywołuje postrzeganie, a świat czynimy prawdziwym poprzez interpretowanie tego, co widzimy. Jeśli wykorzystujemy postrzeganie do usprawiedliwienia naszego strachu, złości, zawiści, rozczarowania oraz innych emocji, które nas unieruchamiają, paraliżują i zabijają, wówczas wszędzie widzimy świat zła, destrukcji, złośliwości i rozpaczy. Wydaje się nam, że świat naprawdę jest niebezpieczny i zły, więc złościmy się i żyjemy w strachu, a tymczasem złość  i strach są tylko efektem tego, że postrzegamy to, co chcemy zobaczyć.  

Świadomość Chrystusa jest wewnętrznym światłem, w którym tak poznajemy, jak sami jesteśmy poznani przez Boga. W świadomości Chrystusa uczymy się wpierw wszystko akceptować, a potem wybaczać, co postrzeganie kwalifikuje jako zło życia, nie dlatego, że jesteśmy dobrzy i miłosierni, ale ponieważ zaczynamy wiedzieć, iż wszystko, co do tej pory widzieliśmy, nie jest prawdą. Wtedy w każdej sytuacji i potrzebie wystarcza nam Prawo Łaski, czyli Chrystusowa świadomość połączenia ze Źródłem wszystkiego, co jest; z łonem Ojca; z Bożą miłością; wreszcie z Królestwem Bożej obecności. 

Strach i złość są destrukcyjne i zabijają nas, ponieważ wynikają z postrzegania iluzji. Nie przynależą do prawdziwej egzystencji. Nawet w miłosnych relacjach oraz intymnych związkach stale towarzyszy nam gniew, ponieważ postrzegamy jedynie to, co w zachowaniu partnera nas denerwuje i czynimy to przedmiotem sądu. Tymczasem osądzając, nie oceniamy partnera, ale swoje iluzoryczne wyobrażenia o tym, co byłoby dla nas dobre i czego oczekujemy.

Właśnie na tym polega korzeń grzechu, który fundamentalnie jest brakiem poznania, że w Bogu wszystko jest jednością. Nie dziwmy się zatem, że doświadczamy ciągłego bólu i cierpienia, skoro jedynym naszym zajęciem jest osądzanie. Wielu z nas niczego innego nawet nie próbuje się uczyć i dlatego doświadcza narastającego osamotnienia i separacji. Są przekonani, że w świecie i życiu permanentnie brakuje miłości.

JEDYNĄ PRZYCZYNĄ ODDZIELENIA I CIERPIENIA JEST OSĄDZANIE. Stąd jedynym ratunkiem jest wzrastanie w świadomości Chrystusa, czyli w poznaniu prawdy.

Drogą, którą można wyjść z iluzji postrzegania, jest modlitwa. Jeśli sądzisz, że niemożliwe jest życie bez osądu, ponieważ umysł niczego innego nie potrafi, to jest to kolejna iluzja. Owszem wymaga to determinacji i dyscypliny, ale nie jest znowu aż tak trudne, żeby było niemożliwe. Wybierz modlitwę. Dniem i nocą módl się o wiarę, abyś przestał/a osądzać i oczekiwać. Niech Twoje serce ustawicznie rozmyśla o Prawie Łaski. Modlitwą wytrwale szukaj Drzewa Życia, aż otrzymasz pełnię poznania, w której doświadczysz jedności z Bogiem, a w Nim ze wszystkim.

Miłość nie działa przez zobowiązanie, realizowane wbrew własnej woli, ale przez poznanie, że poza nią nie ma niczego prawdziwego. W ten sposób każdego dnia można uczyć się być miłością, aby nie cierpieć. Z pozoru wygląda na to, że egoistycznie ulega się własnym potrzebom, jednak i to przynależy do iluzorycznego świata postrzegania. Wychowano nas w taki sposób, abyśmy nie zważały/li na własne cierpienie i były/li stale dyspozycyjni do wykorzystania przez innych. Skoro jednak nie znamy miłości, bo same/i siebie nie potrafimy kochać, jak możemy wiedzieć, czym jest miłość? Właśnie wtedy nasze ego buntuje się najbardziej, a my odczuwamy złość i cierpimy. Oceniamy wszystkich przez pryzmat oczekiwanej miłości, której nie otrzymujemy.

To jest iluzja postrzegania. Iluzja oddzielenia od Źródła Życia. Iluzja wiary w dobro i zło. Dzięki modlitwie poznajemy, że nie musimy się złościć i bać, ponieważ jesteśmy otoczone/ni przez miłość, której nigdy nie zabraknie nikomu, więc i dla nas. Szukając Drzewa Życia odnajdujemy pełnię życia, w której miłość nie płynie obok nas, ale przez nas do innych. Ze zdziwieniem odkrywamy, że cierpimy coraz mniej, a przy okazji także inni cierpią mniej z powodu naszego zbuntowanego, rozłoszczonego, zniecierpliwionego i rozczarowanego ego.

W świecie poznania nikt nie zostaje zniszczony przez drugiego. Wystarczy wycofać się z świata iluzji i wejść w świat prawdy, aby odpuścić potrzebę oceniania i głębiej połączyć się ze wszystkimi wokół siebie. Odkrycie Bożej miłości otwiera bramę do świata, w którym nie ma potrzeby oceniania, co jest dobre, a co złe, więc wszyscy są wygrani, szczęśliwi i spokojni. Znika złość i strach.