Odpoczynek

Wakacje.

Nadszedł dzień wyjazdu na upragniony odpoczynek. Jeszcze tylko szybkie śniadanie i do samochodu albo na samolot. A tymczasem od samego rana nic nie idzie, jak powinno. Na lotnisku okazuje się, że wylot dopiero wieczorem.

Albo w w garażu samochód odmawia posłuszeństwa…. Trzeba poczekać kilka godzin, żeby wymienić akumulator. W drodze leje i nadzwyczaj dużo korków. Na miejscu nie ten pokój, nie ta lokalizacja….

Wciąż leje, w ośrodku hałas, bo dzieci więcej niż dorosłych. Już wiesz, że ten urlop nie zaliczysz do udanych, a przecież  miałeś wypocząć przed następnym, wytężonym okresem zawodowych obowiązków i remontem domu. Spinasz się coraz bardziej, z dnia na dzień stajesz się bardziej nerwowy. Szukasz chwili i miejsca, w którym jednak odpoczniesz, bo przecież musisz naładować akumulatory przed powrotem do codziennych zadań.

Czy naprawdę musisz? Zastanów się nad tym, czy odpoczynek rzeczywiście jest Ci potrzebny przed kolejnymi obowiązkami? Dlaczego wmówiłeś sobie, że bez odpoczynku  zabraknie Ci sił, zapału i kreatywności w działaniu i pracy? Nie dostrzegasz, że za tym przekonaniem stoi niska samoocena? Naprawdę sądzisz, że nie dasz rady i dlatego wywierasz presję na sobie, żeby za wszelką cenę odpocząć? A im silniejsza jest ta presja, tym masz mniej przyjemności i szansy na naprawdę udany urlop.

Najprawdopodobniej w podobny sposób traktujesz każdą noc, nerwowo kręcąc się w łóżku na myśl o zbliżającym się dniu, pełnym obowiązków. Mając problem z zaśnięciem, złościsz się na siebie i łykasz środki nasenne, żeby od rana móc działać. A im większą wywierasz presję, tym pewniej kolejne noce nieubłaganie zbliżają Cię do prawdziwego problemu ze snem i chronicznego zmęczenia, które zaczniesz leczyć, będąc przekonanym, że życie jest ciężkie, praca beznadziejna, a Ty sobie nie radzisz.

Tymczasem to wszystko jest nieprawdą, której pozwoliłeś wpływać na swoje życie, ponieważ nie umiesz odpoczywać. Nie dlatego nie umiesz, że jesteś nieudacznikiem, ale dlatego, że słuchasz nieszczęśliwych ludzi i powtarzasz ich nieszczęśliwe wzorce zachowań, oparte na przekonaniu, że człowiek musi zarządzać i wszystko mieć pod kontrolą. Należysz do kolejnego pokolenia, które boi się nocy, ponieważ boi się kolejnego dnia. Boi się, że z nocnej ciemności, spokojnego snu i oddania się temu, co jest nieświadome, wyłoni się nowa postać życia, której nie będą rozumieć i akceptować. Być może jesteś jednym z wielu, którzy panicznie boją się nocnego odpoczynku, ponieważ boją się, że rano nie poradzą sobie z trudami tworzenia zaplanowanego kształtu życia i budowania kosmosu na miarę aspiracji ego. Dlatego kładziesz się do łóżka i martwisz kolejnym dniem, układając plan działania. No cóż, w podobny sposób spędzasz urlop, marnując szansę na udany odpoczynek.

Tymczasem noc nigdy nie jest przed czymś, ale zawsze po czymś. W symbolicznym sensie nie nastaje przed dniem, ale zawsze po dniu. Noc jest darem i szansą na odpoczynek po dziennej aktywności. W sferze ludzkiej psychiki jest zgodą na to, że mozolnie budowany poprzedniego dnia porządek życia i świata w jednej chwili może ulec zmianie, a nawet zniszczeniu. Noc nie jest od iluzorycznego odpoczywania, a w rzeczywistości od pilnowania, żeby kolejny dzień był przedłużeniem poprzedniego, ale od prawdziwego odpoczynku. Wtedy możemy oddać się jej delikatnym objęciom, a ona – Pani Noc, Pani Taniec, Pani Śmierć i Wieczna Kochanka – tuląc nas do snu i śpiewając miłosne pieśni nie obiecuje nam pobudki w starym świecie. Noc dysponuje mocą większą od ludzkich usiłowań, działań i ciągłej aktywności wspierania naszych starych dzieł. Jej jedno tchnienie wystarcza, żeby wszystko unicestwiać, a w to miejsce tworzyć nowy i cudowny świat, niczym nie przypominający starego.

Noc nigdy nie nastaje przed zaplanowanym dniem, którego się spodziewamy. Noc zawsze nadchodzi po przeżytym dniu. Jest darem odpoczynku i rozpłynięcia się w objęciach Miłości. Noc nie jest od planowania nowych dzieł, ale od zapomnienia starych. Jest oddaniem siebie i życia temu, co nieprzewidywalne, zasłonięte tajemnicą, ale najpewniej piękne, bo będące darem Miłości.  Dlatego w duchowym sensie noc oczekuje wiary. Nie przyjmuje nas w objęcia, jeśli boimy się i planujemy, czyli działamy w energii władzy i kontroli. Wtedy odrzuca nas od siebie, nie nuci nam kołysanek i nie zaprasza do miłosnego zapomnienia.

Prawdziwy odpoczynek zależy od wiary, że Pani Noc, Pani Taniec, Pani Śmierć i Wieczna Kochanka, przyjmując nas na swoje łono, nie wchłonie nas w siebie do tego stopnia, że pozbawi tchnienia i sił. Aby odpocząć nie można bać się kolejnego dnia i przyszłych obowiązków, ale trzeba umieć cieszyć się nagrodą za dobrze przeżyty dzień i oddać się nocnej potędze ludzkiej bezradności, w której rozkwita owoc Miłości. Jest nim nowy dzień, który nie będzie marną powtórką poprzedniego.

Nie martw się zatem, że nie zdołasz wypocząć na urlopie. Nie rób sobie krzywdy. Lepiej wąchaj kwiaty, dostrzegaj kolory, ciesz się smakami, całuj swoją Umiłowaną/ego i zasypiaj w objęciach wiecznej Miłości. Lepszy jest jeden gram wiary i miłości od kilograma kontroli i strachu.

Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23,34)

Przed chwilą przybili Cię do krzyża?

– przyjaciel pozbawił Cię dobrego imienia;

– do spłacenia masz milionowy kredyt po wspólniku, który gdzieś „wyparował”;  

– zostałeś zdradzony;

– znacjonalizowano Twój majątek;

– pijany kierowca spowodował wypadek, w którym zginęła ukochana osoba;

– straciłeś świetnie opłacane stanowisko.

Tak wiele jest Golgot…

Dla Ciebie też się znalazła.

Kto powiedział, że musisz cierpieć?  

Wybierz sam: cierpisz albo wybaczasz.

Cierpisz nie dlatego, że spotkało Cię nieszczęście,

Cierpisz, ponieważ nie wybaczasz.

Oni nie wiedzą, co czynią.  

Powiedzieli, uczynili, pomyśleli, czemuś dali impuls….

Wypchnęli Cię na Golgotę.

Wszyscy myślą, że cierpisz, a Ty kochasz.

Z najdelikatniejszą czujnością przyjmujesz doświadczenie,

Kochasz siebie i swoje życie.

Jesteś mąką, która przez mękę staje się chlebem.

Wybaczasz, bo rośniesz, jak ciasto na chleb.

Stajesz się kimś prawdziwym, pachnącym, życiodajnym.

W świecie fizyki pozbawili Cię życia.

Ty metafizycznie przerastasz samego siebie

i stajesz się źródłem życia dla innych.

Kompletnie nie kapują ekonomii Ducha,

w której bilans nigdy nie wychodzi na zero.

Nie wiedzą, co czynią, licząc zyski…

Wybaczasz, bo znasz ekonomię Ducha,

w której im większa strata, tym większy zysk.

Właśnie z-mar-twych-wstajesz, aby stać się boskim światłem.

Nie musisz wybaczać, nie mając czego wybaczać.

Tego poznania życzę w Noc Wielkiego Wybaczenia,

z której powstaje Nowy Dzień Miłości.

Bóg chaosu i kosmosu (na marginesie wojny)

Gdzie jest Bóg? Dlaczego milczy i nie działa?

Po 24 – tym lutym często słyszę te pytania.

Czy potrafię na nie odpowiedzieć? Nauczony przez teologię, pewnie tak. Mógłbym wykorzystać argumenty tzw. teodycei, ale czy Bogu potrzebna jest obrona? Oczywiście, że nie, bo czyż może garnek spierać się z garncarzem, że został uczyniony właśnie takim, jakim jest?

Mógłbym też bardziej duszpastersko i sympatycznie wskazać na cierpiącego Jezusa i powiedzieć, że Bóg nie uciekł z Golgoty, ale wraz z człowiekiem cierpi na krzyżu.

Kiedyś ta odpowiedź wydawała mi się sensowna i prawdziwa. Kilkakrotnie nawet jej użyłem, jednak później doświadczyłem, że nie rozwiązuje podstawowego problemu człowieka. O ile nadaje się do duszpasterskiego oddziaływania w kryzysie, o tyle człowieka wiary pozostawia bezradnym  wobec nagłych zwrotów życiowej sytuacji i ludzkich dziejów.

W wyniku wojny na Ukrainie większość z nas została pozbawiona pewności dostatniego, pomyślnego i bezpiecznego życia. Pojawiła się niewyobrażalna sytuacja, że możemy stracić wszystko, z czym wiążemy poczucie bezpieczeństwa. Wojenny konflikt wpierw sprowadza w naszą codzienność strach i depresję, w kolejnym dobiera się do zdrowia i dobrych relacji.

Przez kilka ostatnich dziesięcioleci wydawało się nam, że o ile w doświadczeniu jednostki może pojawić się nieprzewidziany kryzys, który pod znakiem zapytania stawia nawet życie, o tyle w doświadczeniu europejskich narodów destrukcyjna, niszcząca i krzywdząca wojna jest już niemal niemożliwa. Stworzony przez nas kosmos miał po prostu trwać. Przyznawaliśmy mu prawo do lekkiej korekty wzrostu przez lokalne i ostatecznie dające się przeżyć spadki na giełdach, ale żeby niemal z dnia na dzień miał się ugiąć pod przerażającą i totalną energia chaosu?

Tymczasem okazało się, że chaos, który nas przeraża, ponieważ nie potrafimy go pojąć ani nim zarządzać, niczym gorąca lawa, zawsze gotowa do wydostania się spod ziemi podczas erupcji wulkanu, czyha pod powierzchnią ludzkich dziejów, i to płyciej niż nam się wydawało, aby upomnieć się o nasz porządek świata. Zaskoczeni nietrwałością kosmosu, który stworzyliśmy dla własnego bezpieczeństwa i wygody, zaczynamy interesować się Bogiem, żeby znaleźć ujście dla narastającej frustracji i złości.

Dlaczego Bóg nie wspiera naszego kosmosu? Dlaczego nie panuje nad chaosem? Dlaczego nie podpiera i nie uwiarygodnia naszych roszczeń do kontrolowania biegu wydarzeń i zarządzania dziejami wszechświata?

Te pytania i pretensje powstają z konkretnego podglebia, którym są chrześcijańskie, naiwne wyobrażenia Boga. Nie wiedzieć dlaczego kojarzymy Go tylko z kosmosem. Uwierzyliśmy w kapłańskie zapewnienia, że Bóg jest Bogiem porządku, zapominając, że jako Źródło Życia jest wszystkim. Boga nie można uczynić gwarantem ludzkiego kosmosu, wypierając ze świadomości Jego związek z chaosem. 

W szkolnej, czyli w poprawnej i tradycyjnej teologii obwiązuje definicja, opisująca Boga jako ukrytego i jednocześnie objawionego, co religiologia, a wraz z nią pozostałe nauki humanistyczne przetłumaczyły na pojęcie tajemniczej mocy, jednocześnie przerażającej i fascynującej. Objawiony i fascynujący Bóg, utożsamiany z manifestacją (objawieniem) boskości w człowieczeństwie Jezusa Chrystusa, jest do przyjęcia, bo współczuje i ratuje człowieka z opresji. W związku z tym również teologia nie ma problemu z opisem objawiającej się boskości. Jednak jej drugi aspekt, zasłonięty przed ludzkim umysłem niczym niewidoczna strona księżyca, ukryty i przerażający, jest już trudny do opisania, więc i teologia stosuje metodę apofatyczną, zakładając, że jakiekolwiek pozytywne poznanie natury Boga przekracza granice możliwości rozumu. Praktycznie to oznacza, że ukryty aspekt Boga zaprzecza wszystkiemu, co jesteśmy w stanie pomyśleć i powiedzieć.

Niewielu teologów jest skłonnych uznać, że ukryty i przerażający Bóg manifestuje się jako chaos, wobec którego jesteśmy bezbronni, a gdy działa pozostaje ludziom ufne przyjęcie skutków chaosu.  Poddani presji, którą jest nadzieja wielu religijnych ludzi, że oswojonego Boga można modlitwą i wiarą zmusić do budowania bezpiecznego życia, teolodzy są skłonni upchnąć Boga w ramy ludzkiego kosmosu, każąc Mu zwyciężać chaos.

Definiując Boga w ten sposób, a potem powtarzając tę definicję bez końca, zaczynamy wierzyć w własne urojenia, koncepcje, wyobrażenia (obrazy Boga), wypierając część własnego doświadczenia i ludzkich dziejów z nieprzewidywalnym i przerażającym chaosem. W efekcie takich nieszczęść i tragedii, jak wojenna inwazja Rosji na Ukrainę, pojawiają się pytania w stylu: Gdzie jest Bóg? Dlaczego milczy i nie działa?

Dziś już wiem, bo to widzę, więc to stało się częścią mojej wiary, że określenia ukryty i objawiony oraz przerażający i fascynujący trzeba zastąpić bardziej współczesnymi i adekwatnymi do stanu naszej wiedzy oraz duchowości. Otóż wraz z rozwojem nauki staje się coraz bardziej oczywiste i naoczne, że boskość należy definiować jako harmonię dwóch rodzajów energii, żeńskiej i męskiej. To jednocześnie są dwa aspekty Boga, które są matrycą stworzenia wszechświata i człowieka: „Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas…. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę kobietę stworzył ich” (1 Mż 1,26n). Co tradycyjna teologia nazywa ukrytym i przerażającym aspektem Boga jest odpowiednikiem energii żeńskiej. Analogicznie objawiony i fascynujący aspekt Boga jest odpowiednikiem energii męskiej.

Wszystko staje się jasne, gdy wsłuchamy się w grupę mężczyzn, którzy dzielą się swoimi życiowymi doświadczeniami. „Kobiety nie zrozumiesz”; „Wracasz do domu i nie wiesz z czym przyjdzie ci się  zmierzyć, będzie spokojna i przewidywalna czy wybuchnie i zacznie mieć pretensje do wszystkiego”.

„Kobiecość jest przerażająca. Jak ją ujarzmić?”. To pytanie spod „budki z piwem”, wypowiadane przez męskie usta, nie odbiega daleko od naszego: „Chaos wojny jest przerażający. Jak go ujarzmić, żeby nie rozlał się na cały świat?”. To ta sama perspektywa, której granic tylko nie potrafimy dostrzec. Co mężczyzn przeraża w kobiecości? Potencjalność każdego zachowania, każdego rozwiązania, każdej manifestacji, ponieważ mężczyźni lubią mieć wszystko zaplanowanie i pod kontrolą. Żeńska energia jest energią chaosu, to znaczy potencjalnością zaistnienia każdej formy życia. Z żeńskiej, rodzącej, stwórczej energii, w historii wszechświata i na powierzchni ludzkich dziejów ujawnia się zawsze jedna z możliwych form życia, która przybiera już ujarzmiony, konkretny, fizyczny, historyczny kształt. 

Mężczyźni tymczasem lubią czuć się władcami, którzy zarządzają życiem. Męskość w przeciwieństwie do kobiecości jest konkretną, fizyczną, strukturalną manifestacją życia, więc to, co manifestuje się w świecie, a pochodzi z energii żeńskiej, ukrytej przed ludzkim wzrokiem, przerażającej swoim niewyobrażalnym potencjałem wydania na świat wszystkiego, jest energią męską.

Jak z kobiety rodzi się mężczyzna, czyli z waginy rodzi się fallus, czyli z potencjalności wszystkiego pojawia się konkretna fizyczna postać świata, dziejów i człowieka, tak dziewica rodzi syna. To ponadczasowy ruch energii, pochodzący z boskiej matrycy stworzenia. Kto go dostrzega, rozumie dlaczego ludzki kosmos nie może trwać wiecznie i zostaje wchłonięty przez chaos, aby chwilę później mógł zamanifestować się kolejny kosmos. To jest dokładnie ten sam ruch energii, który decyduje o tym, że po lecie nastaje zima i kolejne lato, a po dniu nadciąga noc, z której rodzi się nowy dzień.

Matrycą harmonijnego współdziałania żeńskiego i męskiego aspektu energii jest Źródło Życia, w którym chaos jest odpowiednikiem energii żeńskiej, zaś kosmos męskiej. Dzięki temu zrozumiałem, że mówienie o Bogu jako porządkującym Stwórcy, który zwycięża potwory chaosu, zagrażające ludzkiemu życiu, jest niemożliwe. To jest kłamstwo, stworzone na potrzeby wyparcia strachu przed konsekwencjami działania żeńskiego aspektu boskości.

Wiara nie jest władzą! To znaczy, że służy nie tylko do przyjmowania ratunku, czyli wybawienia, ale tak samo jest potrzebna do przeżycia nieoczekiwanego obrotu spraw, w którym wszystko staje na głowie i niczego nie da się zrozumieć. Wiara, czyniąca człowieka pełnym, szczęśliwym, spokojnym, co teologia nazywa wiarą usprawiedliwiającą, jest przyjęciem życia, płynącego ze Źródła, w którym chaos i kosmos są dwoma, harmonijnie współdziałającymi aspektami energii.

Wiara nie przywiązuje się do konkretnej manifestacji życia, ale jest uczestniczeniem w całości życiowego doświadczenia. Dlatego jest też spokojnym przyjęciem chaosu, czyli śmierci i nocy. Słowa: „Ojcze, w ręce twoje polecam ducha mego” (Łk 23,46) świadczą o tym, że fizycznie i historycznie konkretna męska manifestacja człowieczeństwa, o imieniu Jezus, powracając do Źródła Życia oddaje się boskiej kobiecości.

Ponieważ wszyscy jesteśmy z kobiecej energii chaosu i do niej powracamy, więc wiara nie potrzebuje odpowiedzi na pytania: Gdzie jest Bóg? Dlaczego milczy i nie działa?

Wiara przyjmuje doświadczenie.

Życzenia dla Pań w Dniu Kobiet

Polscy mężczyźni nie muszą walczyć w związku z obronną wojną Ukrainy, napadniętą przez Rosję. Skutki tej wojny pewnie poczują za kilka miesięcy i w następnych latach, gdy będzie im trudniej zapewnić rodzinie godne i bezpieczne życie. Zwłaszcza ci, którzy hołdują tradycyjnym rolom społecznym i wolą biegać po świecie za pieniędzmi i karierą, czyniąc żony i partnerki odpowiedzialne za dom i wychowanie dzieci.

Inflacja, kryzys gospodarczy i finansowy, zmiany na rynku pracy… To potencjalny front wielu mężczyzn, który będzie konsekwencją dzisiejszego frontu pod Kijowem i Charkowem.

W doświadczeniu Pań sprawy mają się jednak inaczej. Wojna Rosji z Ukrainą dotyczy je już teraz. Walczą o godne życie ukraińskich Matek i Dzieci w Polsce. Pewnie, że są wspierane przez wielką rzeszę Panów, jednak dramat oraz skutki uchodźctwa dzieją się w polskich domach, a nie na ukraińskim polu walki, więc mocniej działają na wyobraźnię i psychikę Pań aniżeli Panów. Także dlatego, że bezpieczny dom i uśmiech dzieci to kobiece pragnienie, a męskie zadanie.

Gdzie zaś działa pragnienie, tam jako skutek często pojawia się cierpienie.

Przyznam, że nie miałem zamiaru 8 marca dedykować Paniom specjalnego tekstu. Między innymi dlatego, że w Golasowicach (30 km od domu) rozpocznę o 18-tej rekolekcje, przeznaczone dla Pań, które wieczorem będzie można znaleźć także na moim profilu fb. Jednak pod wpływem obserwacji i przynaglony przez kilku mężczyzn postanowiłem Paniom darować dziś kilka słów. Tym bardziej, że Dzień Kobiet przypada na 13-ty dzień wojny.

13–tka ma wiele spójnych znaczeń. Niektórzy kojarzą ją tylko z nieszczęściem i pechem. Całkiem niepotrzebnie, bo składa się z 1-ki i 3-ki. 1-ka to początek, dążenie do przodu, motywacja i postęp, osiągnięcie i spełnienie, wyjątkowość i indywidualność. 3-ka odnosi się do optymizmu i entuzjazmu, komunikacji i inspiracji, kreatywności, wzrostu i manifestacji. Owszem, 13-tka może być zapowiedzią błogosławieństwa w nieszczęściu. 

Drogie i pełne mocy Panie,

jednym z Waszych odruchów, podstawowym nie tylko w sferze moralnej, ale przede wszystkim instynktownej, jest pomaganie słabszym, zwłaszcza ratowanie dzieci. Współpracując z Mężczyznami organizujecie mieszkania, wyposażenie, kupujecie podstawowe artykuły, potrzebne do życia, zapraszacie Ukrainki oraz ich Dzieci. W wioskach i miastach tworzycie ośrodki pomocy. Organizujecie społeczną strukturę, dzięki której kolejny milion uciekinierów z Ukrainy wciąż spokojnie wsiąka w polskie społeczeństwo. Robicie to z miłością i ze współczuciem, ale zaczynacie być zmęczone. Wbrew intencji pomocy nie wytrzymujecie napięcia i w najmniej odpowiednich chwilach i sytuacjach wybuchacie płaczem albo złością. Stajecie się nadmiernie egzaltowane, łatwo się wzruszacie i płaczecie. Psychicznie słabniecie, tracicie fizyczne siły, zaczynacie działać w nieustannym stresie, a przecież do wykonywania swego dzieła potrzebujecie mocy, spokoju i zaufania.

Zaczynacie więc cierpieć, realizując jedno z podstawowych Waszych pragnień, aby Ukrainki wraz z Dziećmi były bezpieczne. To znaczy, że wbrew Waszej intencji zaczyna ujawniać się korzeń rozkładu i rozpadu Waszego pięknego dzieła. A wydaje mi się, że tego przecież nie chcecie?

Przypuszczam, że wiem, co w takiej sytuacji większość z Was robi. Szuka mianowicie jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia dla paradoksalnego odczucia. Niestety nic na tym nie zyskujecie. Racjonalizacja nie podnosi Waszego morale ani stanu ducha. A najczęstszą jest argument, że miłość wymaga cierpienia. Ikoną takiego przekonania bywa Jezus. Tymczasem w Ewangeliach ciężko znaleźć przekonujące dowody tego, że Jezus cierpiał z miłości. To z powodu popularnych przekonań i pod wpływem wyobraźni, ukształtowanej między innymi przez Pasję M. Gibsona, wypieramy, że cierpienie jest brakiem miłości, a nie jej skutkiem. 

Kochane, dobre i godne pomocy Panie,

proszę zrozumcie, że łączenie miłości z cierpieniem wyniosłyście z rodzinnych domów, jako skutek tradycyjnego wychowywania, w którym Kobiety powinny z miłości poświęcać się i być Dobrymi Mami dla całej rodziny. Teraz w energii tego archetypu wiele z Was zaczęło pomagać (co jest godne największego szacunku) i wmawiacie sobie, że wzruszenia, ubytek sił psychicznych, sentymentalne opowieści o historiach uchodźców, którym pomagacie, napuchnięte oczy i łzy, to prawdziwa i naturalna konsekwencja Waszego zaangażowania. Pewnie w niejednym wypadku mogłoby tak być, gdyby nie to, że psychicznie zaczynacie się odłączać od życia, stajecie się nerwowe i niestabilne emocjonalnie.

I teraz najważniejsze! Minie kilkanaście dni i zamiast dalej ratować rodziny, uchodzące z Ukrainy, będzie trzeba organizować pomoc dla Was i dla Waszych rodzin.

Na pewno tego chcecie? 

Więc przestańcie brnąć w sentymentalny marazm, który wciąga w depresję, i spójrzcie prawdziwe w oczy. Oddzielcie pracę, aktywność i pomaganie od uczestniczenia w emocjach uchodźców. Zrozumcie, że emocjonalne uczestniczenie w tym doświadczeniu w niczym Wam nie pomaga, a przeciwnie szkodzi. Uczestniczenie w nim zamieńcie w obserwację. Nie chodzi o zaniechanie aktywności i pomocy, ale obserwowanie tej historii i doświadczenia z pozycji zaufania, które oddziela od strachu i cierpienia.

Naprawdę nie chodzi o wyłączenie empatii. Chodzi o zaufanie, że ten chaos jest odsłanianiem nowego porządku świata. Nie uczestniczcie w cierpieniu, bo wtedy ono Was dosięga i też stajecie się ofiarami. Tymczasem, kochanie Panie, macie być Światłem, czyli manifestacją Miłości i Życia.

Obserwowanie chaosu nie jest równoznaczne z zawieszeniem aktywności, ale aktywność skierowaną na odkrycie prawdziwego sensu i celu tych wydarzeń, czyli oglądanie apokalipsy, która odsłania dotychczas ukrytą przed nami postać świata.

Nie płaczcie, pytając: Dlaczego to cierpienie spotyka te biedne istoty, którym pomagacie?  Uważnie oglądajcie sytuację, czyli ludzkie TERAZ, aby raczej odnajdywać odpowiedź na pytanie: Po co to wszystko się dzieje? Po co Wy też tego doświadczacie? W ten sposób możecie odwrócić się od cierpienia z miłości ku miłości bez cierpienia, która jest mądra i potrzebna, aby przez doświadczenie Ukraińców i Wasze zaangażowanie mogła manifestować się nowa postać świata. W ten sposób życiową energię będziecie używać do niesienia pomocy, a nie do radzenia sobie z własną depresją. W efekcie skutecznie osiągnięcie zamierzony przez Was cel, a nie przeciwieństwo w postaci chorób i cierpienia Waszych rodzin.

Drogie Panie,

jesteście mocne Waszą miłością i mądrością. Jednak bądźcie uważne, żeby miłość nie stawała się przyczyną Waszego cierpienia, bo skończy się większym cierpieniem. Wszystkie emocje to w istocie jedna i ta sama energia życia, która jest miłością. Cierpiąc z miłości nie dajecie jej szansy, aby czyniła Was mocniejszymi i zdrowszymi, a dzięki temu skutecznymi w niesieniu pomocy. Zatrzymując ją, tworzycie psychiczne i fizyczne blokady, które Was osłabiają. Uczestnicząc w emocjach, które większość uznaje za złe, sprowadzacie na siebie stres i osłabiacie się. Dajecie wtedy zgodę na to, żeby Rosjanie krzywdzili także Was.

Tymczasem jesteście wolne i od nich niezależne, więc odetnijcie emocjonalne więzy z najeźdźcą Ukrainy, bo Wasza energia życia ma służyć Uchodźcom. Żeby kochać bez cierpienia spróbujcie działać w taki sposób, aby w ciszy i zaufaniu dawać sobie szansę na bycie mocnym, a także bez niepotrzebnego stresu oglądać zachodzące zmiany w życiu Waszym i Uchodźców.

W Dniu Kobiet życzę Wam – Panie – miłości, w której nie przyjmujecie roli ofiary. Miłość to wolne działanie, w którym nie ma strachu, zmęczenia i stresu, bo łączy się z zaufaniem, że w życiu miłośników Życia, Światła i Miłości wszystko obraca się ku dobremu.

Zwycięstwo

W szóstym dniu bandyckiej inwazji Rosji na Ukrainę pisanie o zwycięstwie mogłoby być ryzykowne, gdybym był politologiem albo strategiem wojskowym. Nie mam narzędzi, abym mógł przewidzieć czas i wagę zwycięstwa najechanego kraju. Będąc teologiem potrafię za to powiedzieć coś ważnego o naturze zwycięstwa.

Zwycięstwu potrzebna jest odwaga. Bez niej człowiek pozostaje przegranym i zwyciężonym.  Odwaga, co sugeruje samo słowo, jest rezygnacją z używania wagi i odejściem od ważenia zysków i strat. Ekonomia bierze wówczas górę nad spokojnym i ufnym uczestniczeniem w życiu. Z wędrowca, odkrywającego w codziennych fragmentach życiowej drogi kolejne cudowności, co prawda gotowego na porażkę, ale także na autentyczny zachwyt i sukces, człowiek przeistacza się w bankowca, pilnującego kapitału przeszłości. Żylaste nogi podróżnika zaczynają obrastać żylakami zatwardziałej tradycji i lęku przed stratą tożsamości.  

Mimo wszystko odwaga nie ujawnia się na powierzchni ludzkich dziejów pod postacią szalonych decyzji i brawurowych zachowań. Jej największą wartością jest wyjście z kręgu bezsilności i apatii. To w tym stanie człowiek jest niezdolny do działania i za wszelką cenę pragnie zatrzymać starą postać świata, tzw. normalną. Dlatego odwaga umożliwia wyjście spod wpływu strachu i wejście w moc miłości, która ufa życiowym zmianom i przyszłości.

Odwagi nie trzeba zdobywać ani jej się uczyć. Hochsztaplerzy różnej maści, wmawiają ludziom, odczuwającym strach przed przyszłością i dlatego co noc tulącym się do trupa przeszłości, że nauczą ich odwagi. Tymczasem ona jest w każdym człowieku, ponieważ jest naturalnie związana z poddaniem się wartkiemu nurtowi życia, a więc ze spokojnym i ufnym uczestniczeniem w zmianach. A już na pewno nie jest do tego potrzebna odwaga o wymiarze heroicznym. Odwagę trzeba tylko w sobie dojrzeć, czule się nią zaopiekować i rozwijać ją.

W sumie jest to bardzo proste, ale przez większość z nas bywa wypierane. Wystarczy uznać, że u źródeł problemu leży fakt, iż wszystko, co jest nam znane, należy do przeszłości, więc umarło, a żywe pozostaje to, co jest nieznane. Człowiek, kontaktujący się ze śmiercią, musi umrzeć, natomiast podążający śladem życia rozwija swoją żywotność. Gdyby więc próbować zobrazować odwagę warto wyobrazić sobie na przykład, że jest niewinna. Odwaga niczego nie zna. Jest jak maleńkie dziecko, które dopiero wszystkiego musi się nauczyć. Jest ufna i czerpie radość z podejmowania ryzyka.

Dlatego na początku życiowej przygody z odwagą trzeba wydostać się spod wpływu ego (Putin i jego propaganda), które trwa wyłącznie dzięki próbom ożywiania martwej przeszłości, heroicznym opowieściom, mrzonkom o wielkości i odwoływaniu się do siły, tkwiącej w tożsamości i przeszłości. Uwolnieni spod wpływu ego, dzięki ufnemu zwróceniu się ku przyszłym dniom, zaczynamy powoli odkrywać wewnętrzną prawdę, naszą prawdziwą istotę.

Dzięki odwadze bycia niewinnym piękniejemy, dojrzewamy, stajemy się coraz bardziej sobą.  To jest ten moment, w którym pojawia się szansa na prawdziwe zwycięstwo. Odwaga uwalnia  bowiem z lęku, wstydu, winy i konieczności używania siły, rozumianej jako przemoc i wściekłość. Wówczas w miejscu siły pojawia się moc ufnej, cichej i pokornej miłości, która odmienia losy życia i świata.

Używając siły, której podglebiem jest strach, poczucie winy i wstydu, nie da się zwyciężyć w żaden sposób, nawet jeśli w sferze zdobywania przestrzeni, zabijania, gwałcenia i okradania bezbronnych ludzi odnosi się sukcesy, ponieważ te działania jedynie wzmacniają całe to podglebie. Zamiast stawać się prawdziwym, człowiek zanurza się w kłamstwie. Używanie siły, która ma leczyć z kompleksów i strachu, paradoksalnie wzmacnia atakowanych i osłabia atakującego, który ma coraz mniej odwagi zmierzyć się z rzeczywistością. Boi się przyszłości, więc siłowo pilnuje starego porządku świata.

Odwrotnie działa moc miłości. Jedynie w polu jej działania możemy odnieść prawdziwe zwycięstwo. Wbrew temu, co sądzimy, inspirowani wypowiedziami polityków, wojskowych, socjologów, dziennikarzy, ekonomistów, a więc zwiedzeni informacyjnym szumem, zwycięstwo nie zależy od sukcesów odnoszonych w świecie, ale od zmian, które pod wpływem miłości zachodzą w nas. Gdy wydostajemy się z lęku oraz wychodzimy z poczucia wstydu i winy, wtedy przestajemy sobą gardzić i uczymy się kochać. Dzięki miłości zaczyna działać wyzwalająca prawda, w której jest możliwe prawdziwe zwycięstwo.

Nikt z nas nie potrzebuje wyzwolenia z kłamstw i fałszywych opinii o świecie, ale z kompleksów, lęku, wstydu i winy, czyli z wypartej prawdy o sobie samym, z powodu której używamy zewnętrznej siły, aby pozbyć się wewnętrznej bezsiły. Prawdziwa odwaga to nie gotowość do walki z zewnętrznym wrogiem. Dzięki niej stajemy się prawdziwi, wyzwoleni z ego, kochający. Używamy wtedy miłości do zwyciężania świata, pełnego zakompleksionych, sfrustrowanych, wystraszonych większych i mniejszych Putinów.

Odwaga potrzebna jest miłości, poza którą nie mamy najmniejszych szans na zwycięstwo.

Jestem akuszerką znaczeń

Gdy nie potrafię odkryć przyczyny cierpienia duszy, liczącej na pomoc, wówczas stosuję autorską metodę, która polega na tym, że pytam o sposób czytania. Odkryłem dwa typy, występujące w różnych wariantach mieszanych, zawsze z przewagą jednego, pomiędzy którymi nie ma innego. Może to wydawać się śmieszne, że po sposobie czytania diagnozuję boleści ludzkiej psychiki, jednak kto rozumie nie tylko semantyczny związek pomiędzy słowami tekstura – tkanina – tekst raczej na pewno się nie dziwi.

Jedni z nas zabierają się zatem do czytania z pomocniczym zestawem markerów, ołówków i notatników. Wciąż kreślą, notują, a jeśli nie pamiętają fragmentu, zapisanego 10 stron wcześniej, wracają do niego, bo wydaje im się, że bez połączenia tamtego z tym, przy którym się zatrzymali, lektura będzie daremna. Zachowują się jak „więzienni klawisze”, pilnujący, aby nic nie wymknęło im się spod kontroli. Czytając, posługują się energią władzy i emocjonalnie są poddani lękowi. Wyciągnijmy z tego wniosek.

Czytający w ten sposób szukają argumentów i dowodów, potwierdzających zdobytą wcześniej wiedzę. W ich mniemaniu, kto potwierdza ich przekonania, pisze mądrze i warto go czytać. Można przypuszczać, co myślą o autorach, którzy zaskakują ich czymś, czego nie znajdują w swoim skarbcu mądrości. Ich czytanie jest pilnowaniem wiedzy, którą uznali za mądrość. Tę jednak zdobyli zanim do ręki wzięli kolejny tekst, więc ostatecznie jest podtrzymywaniem życiowego bądź naukowego paradygmatu, który ukształtował się w przeszłości. Czytają tak, aby nowy tekst nie zburzył im poglądów i przekonań. Pilnują go, ponieważ boją się zachwytu, zadziwienia, oczarowania, pocałunku Mądrości, który Miłość mogłaby złożyć na ich sercu. „Klawisze” czytają głową. 

Przeciwieństwem „klawiszy” są „miłośnicy”, czyli ci spośród nas, którzy nie boją się „małej śmierci”. Biorą tekst do ręki i wychodzą z nim w jakąś drogę, której cel, jak w wypadku spaceru albo zakochania, nie jest im znany. Dochodzą do miejsca, w którym ulegają zachwyceniu, zadziwieniu i oczarowaniu, aby kontemplować piękno. Są urzeczeni, jakby Kochanka zaprosiła ich do alkowy, a potem połączyli się z nią w miłosnym spleceniu, zakończonym „małą śmiercią, w której ludzkie ego ginie na kilka chwil, aby w rozkoszy doświadczyć jedności ze wszystkim. Jednak po takim metafizycznym doświadczeniu, które staje się udziałem kochanków w fizycznym wymiarze egzystencji, nie ma powrotu do bycia sobą sprzed spotkania. Wszystko uległo zmianie. Dzięki temu, że wydarzyło się cudowne TERAZ, nie sposób znaleźć ścieżki do przeszłości. Życie jakby wymknęło się spod kontroli, więc poglądy, przekonania i paradygmaty ulegają nagłej zmianie. Czytający w taki sposób, posługują się energią wiary i emocjonalnie są poddani miłości. Nie potrzebują markerów i notatników. Kończą lekturę, czując pocałunek Mądrości, złożony na sercu przez Miłość.

„Miłośnicy” bywają zdrowsi i szczęśliwsi od „klawiszów”, niemniej obie skrajne postawy są dla mnie sygnałem, po której stronie mam szukać przyczyn psychicznych i cielesnych problemów. Pierwsi miewają problem ze zrozumieniem, strukturą i logiką tekstu, więc też codziennego życia i relacji. Drudzy odwrotnie, skoro nie potrafią przestać kontrolować tekstu, więc w codziennym życiu boją się lekkości, zaufania i miłości. Wszystko chcą mieć pod kontrolą. Oni żyją tylko przeszłością i swoją wiedzą. „Miłośnicy” najczęściej pozostają marzycielami i nie skupiają się na gromadzeniu wiedzy, niezbędnej do życiowych zmian.

Opisałem terapeutyczną metodę, którą wymyśliłem jako biblista. Również z tego samego powodu, to znaczy z miłości do biblijnych tekstów, ją przedstawiłem, aby wyrazić swoje zdanie na temat ich interpretacji przez teologów. Ludzie niewypowiedzianie cierpią, a teolodzy im nie pomagają ani w sferze psychicznej, ani cielesnej, ponieważ zapomnieli o podstawowym celu swojej pracy. Biblijne teksty nie powstały przecież dla sławy i chwały kościelnych urzędników ani profesjonalnych egzegetów, ale dla ludzkiego zbawienia, to znaczy dla szczęścia, zdrowia i pomyślności, których mamy prawo oczekiwać w ziemskiej codzienności. Jeśli to się nie dzieje i dlatego w sferze zdrowia musimy liczyć na pomoc lekarzy i psychoterapeutów, to znaczy, że lektura oraz interpretacja Biblii w wykonaniu  teologów mija się z celem. Chyba, że jest nim kariera zawodowa, ale o tym „sza”.

Jestem przekonany, że najważniejszym kryterium prawdziwości i skuteczności interpretacji biblijnych tekstów jest jakość życia osób, które wykonują tę pracę. Oczywiście nie sugeruję kryteriów zewnętrznych, po których należałoby oceniać zdrowie, szczęście i pomyślność teologów, ale wewnętrzne przekonanie każdego z nich. Nie ma takiej możliwości, żeby dusza nie wiedziała, czy interpretacja Biblii przynosi jej błogosławione skutki, czy nie. Wolność od ziemskich struktur i wszystkich wiązań z przeszłością, jeśli wynikają z lęku i niepewności, uwiarygodnia dobrą interpretację.

Zmierzam do tego, że we współczesnej biblistyce dominują te same tendencje i metody, które opisałem wyżej. Jedna skupia się na strukturze, języku, historii tekstu, itp. przejawach władzy nad tekstem. Zresztą swą nazwę zawdzięcza krytyce. Jest działaniem typowo męskiej energii logicznego wyjaśniania struktury i rozumienia tekstu. Po drugiej stronie przejawia się metoda znaczeniowo płodna, ale nie ukierunkowana na rozwiązywanie konkretnych problemów. Ze swej natury jest działaniem energii żeńskiej, marzycielskiej i rozkochanej w tekście, jednak terapeutycznie mało skutecznej.

Skoro cierpiących, proszących mnie o pomoc, pytam, w jaki sposób czytają, niech nikogo nie dziwi, że wypracowałem i wciąż udoskonalam własny sposób na lekturę oraz interpretację tekstów w ogóle, a biblijnych w szczególe. Nie stosuję metod, o których wiem, że nie pomagają, a często wręcz szkodzą. Dla przykładu, jak mógłbym pomóc komuś, którego życiowe problemy wynikają z potrzeby kontrolowania i lęku przed przyszłością, interpretując mu biblijne teksty z pomocą metody, która powtarza ten sam wzorzec duchowy (energetyczny)? W moim przekonaniu to wystarczająco tłumaczy terapeutyczną nieskuteczność współczesnej teologii i zdecydowanej większości kościelnych mówców.

Od tego miejsca piszę wyłącznie o sobie.

Tytułowa akuszerka znaczeń sugeruje moją metodę. Pytany o to, kim jestem, właśnie tak się przedstawiam. Niech nikogo nie dziwi rodzaj żeński, bo jest celowy. Oba słowa, tworzące ów tytuł, są uzasadnione jedynie w tej formie gramatycznej.

Akuszerka  jest kobietą. To nowoczesny pomysł, aby akuszerami byli mężczyźni i dlatego o wielu porodach większość z rodzących chciałaby szybko zapomnieć. Żeby stać się akuszerką najpierw trzeba urodzić i tym samym stanąć na granicy śmierci i życia, bólu i błogości, płaczu i łez. Akuszerka symbolizuje boską energię, z której jest wszystko, co istnieje. To żeńska zasada, łono Stworzyciela, bezgraniczna Miłość, uniwersalne pole Świadomości, z którego wyłaniają się wciąż nowe przejawy życia, a także możliwości i potencjalne rozwiązania każdego problemu.

Jednak twórczy strumień życia musi być ukierunkowany, aby na powierzchni dziejów i w konkretnym ludzkim doświadczeniu mogło pojawić się najlepsze rozwiązanie, którego historycznym uosobieniem jest mężczyzna, Jezus z Galilei, a symbolem Chrystus. To działanie, nadające nieskończonej energii tworzenia konkretny kształt, czyli najlepsze z możliwych rozwiązanie danego doświadczenia, jest z kolei przejawem energii aktywnej, a więc męskiej. Dopiero połączenie pierwiastka żeńskiego z męskim zapewnia skuteczność. A jeśli tak działa Źródło życia, światła i miłości, więc podobnie musi działać człowiek w strumieniu życia, które płynie ze Źródła.

Nie byłby Jezus skutecznym terapeutą i zbawicielem, gdyby jako mężczyzna nie miał ziemskiej Mamy i duchowej Rodzicielki, czyli Ducha. Z jedności ziemskiej energii tworzenia (macierzy) i boskiego łona Rodzicielki w ludzkich dziejach pojawia się konkretny Logos, który ma znaczenie dla człowieka z konkretnymi problemami. Jednak w uniwersalnym polu Świadomości jest nieskończenie wiele znaczeń i dopiero wybór odpowiedniego gwarantuje poprawę losu, czyli zdrowie, szczęście i pomyślność.

Terapeutycznym działaniem akuszerki znaczeń jest więc takie opowiadanie oraz interpretacja biblijnych tekstów, żeby w uniwersalnym Logosie (polu Świadomości) każdy człowiek odnalazł najodpowiedniejsze dla siebie znaczenie, dzięki któremu doświadczy zdrowia i szczęścia. W tej pracy potrzebne jest współdziałanie energii żeńskiej i męskiej. Z nieprzebranego skarbca znaczeń pojawia się bowiem to najwłaściwsze, gdy aktywna, męska energia interpretacji oraz zrozumienia umożliwia działanie biblijnemu słowu w jego konkretnym, historycznym i literackim kształcie. Jednak terapeutyczne znaczenie musi odpowiadać problemowi, leczyć chorobę i ratować z cierpienia, więc nie może być ograniczone wiedzą z przeszłości, żadnym oczekiwaniem, poglądem i przekonaniem, założonym przez interpretację.

Akuszerka znaczeń to połączenie zasady żeńskiej z męską. Jej uosobieniem dawniej byli szamani i wędrowni gawędziarze, umiejący swoimi opowiadaniami leczyć ludzkie dusze. Kiedyś najczęściej mężczyźni, chociaż niekoniecznie, mający niezakłócone niczym połączenie z Duchem. Podobnie działał Jezus i przygotowani przez Niego apostołowie, czyli posłańcy dobrej wiadomości. Współczesny świat zapewne obędzie się bez wędrownych apostołów, ale już bez akuszerek znaczeń na pewno nie.

Uczmy się tak czytać Biblię i ją interpretować, aby z literackiego materiału wyłaniały się duchowe znaczenia, leczące i pocieszające. Z macierzystego pola uniwersalnej Świadomości dzięki pracy akuszerki znaczeń w ludzkiej świadomości mają pojawiać się znaczenia, których potrzebuje ludzka psychika, czyli najlepsze rozwiązania życiowych problemów. W ten sposób z potencjalnie nieskończonej puli rozwiązań możemy wybrać najlepsze, którym swoje życie tworzymy na nowo, wbrew temu, co determinują wzorce, poglądy i przekonania z przeszłości.

Byłoby dobrze, gdybyśmy wszyscy w ten sam sposób czytali każdy tekst, jaki wpada nam pod rękę. Niech nowe znaczenia unoszą nas na wodzie świadomości, niczym łódź Noego. Zwłaszcza współcześnie, gdy świadomość ogółu ulega radykalnej polaryzacji, naszym jedynym ratunkiem są nowe znaczenia, pojawiające się w świadomości z odwiecznego Logosu, w którym wszystko zostało stworzone. My musimy tylko wybrać najlepsze dla nas znaczenie, czyli manifestację życia.

Hermeneutyka – Hermes z Hadesem i Demeter z Persefoną

Atmosfera wokół koronawirusa znowu zaczyna przypominać tę sprzed roku. Jeszcze przed miesiącem nie sądziłem, że do tematu powrócę, skoro jednak wszędzie wypowiadają się ci za szczepieniem i ci przeciw szczepieniu w taki sposób, jakby to była gra w kółko i krzyżyk, odczuwam potrzebę wypowiedzenia się.

Chciałbym uzyskać odpowiedź od zwolenników przymusowych szczepień, którzy są ochrzczeni, a więc są uczniami Jezusa na wyższym stopniu duchowych praktyk, a nie słyszałem o nich ani słowa, iżby oficjalnie z tej szkoły zrezygnowali (co dla mnie nie jest równoznaczne z aktem apostazji), czy szczepili się z lęku, że Bóg im nie pomoże, czy z zaufania, że Bóg tego od nich oczekuje? Jeśli zaszczepili się z lęku nie powinni rościć sobie prawa do zarzucania innym, że mają źdźbła w oczach, skoro sami mają problem z widzeniem. A jeśli w przeczuciu, że taka jest Boża wola, nie bardzo pojmuję, dlaczego jako np. lekarze, nauczyciele, czyli w dodatku jako wykształceni, posługują się epitetami oraz ocenami, które świadczą o całkowitym braku miłości.  Skoro są wdzięczni Bogu za miłość, która w postaci szczepionek ich ochrania, dlaczego nie otaczają miłością tych, którzy nie dostrzegają tej miłości? 

Chciałbym też uzyskać odpowiedź od przeciwników przymusowych szczepień, którzy jak wyżej są uczniami Jezusa, czy nie szczepią się z lęku przed szczepionką, czy dlatego, że oddali się ochronnej miłości Boga? Jeśli z lęku przed szczepionką, dlaczego mają za złe zaszczepionym, że postępują z zaufaniem i pewnością podjętej decyzji? A jeśli są pewni Bożej miłości, dlaczego obrażają zaszczepionych, skoro miłość Najwyższego ochrania wszystkich ludzi?

Czy naprawdę jedni i drudzy nie widzicie, że jesteście na froncie i do siebie strzelacie? Ma to może jakiś związek z drogą Chrystusa i niesieniem Światła?

Żeby nie było wątpliwości. Nie jestem antyszczepionkowcem. Niech zgłosi się osoba, której odradzałem szczepienie albo ją wyśmiałem. Mimo wszystko jestem ostrożny. Po pierwsze dotychczasowe szczepienia wciąż są warunkowe, co potwierdza konieczność deklarowania dobrowolności przyjęcia szczepionki. Tymczasem udzielenie warunkowego pozwolenia do takich działań brane jest pod uwagę, jeżeli korzyści wynikające z natychmiastowej dostępności leku dla pacjentów wyraźnie przewyższają ryzyko związane z faktem, że nie wszystkie dane są jeszcze dostępne (zgodnie z art. 4 ust. 1 Rozporządzenia KE 507/2006 z 29 marca 2006r w sprawie warunkowego dopuszczenia do obrotu produktów leczniczych). Obecnie badania kliniczne nad wszystkimi szczepionkami przeciwko Covid-19 pozostają nadal w toku i nie zostały zakończone. Raporty końcowe z badania klinicznego, w celu potwierdzenia skuteczności i bezpieczeństwa stosowania warunkowo dopuszczonej do obrotu szczepionki mają zostać przedłożone najpóźniej do grudnia 2023r.

Jednak jest jeszcze coś, co jest bardzo ważne, a czego w ogóle nie dostrzegają okopani frontowcy z obu stron covidowego pola walki. Chciałbym temu poświęcić więcej uwagi, a przywołuje ten problem tytułowa hermeneutyka. Ten wątek przy okazji dedykuję Paniom, które denerwują się, że mężczyzna, czyli ja, sugeruje im, jak mogłyby rozumieć swoją kobiecość.

Grecki Hermes ma stare związki z obmurowanymi ogrodami, a w istocie ze wszystkim, co jest ogrodzone, zamknięte i świadome, czyli celowe i założone. Do dziś posługujemy się zwrotem, że coś jest hermetycznie zamknięte. Hermes sprawuje zatem kontrolę nad odgraniczonymi miejscami, zwłaszcza takimi, które służą do wewnętrznej pracy. Czy to będzie klasztor, czy sala do modlitwy, zagłębienie terenu, zamknięty sarkofag, pokój kochanków, gabinet humanisty, wreszcie uniwersytet, ale ten idealny, posiadający kampus, to wszystko jest hermetyczne, bo służy do rozwoju i rozkwitu.

W ogrodzie, wewnątrz murów, gdzie rozkwitają kwiaty, człowiek odnajduje bogactwo własnej psychiki. Gdy uprawa jest bardziej pociągająca niż podniecenie, wtedy jesteśmy gotowi do założenia ogrodu, czyli do wejścia w przestrzeń, w której oddajemy się tęsknocie zamiast pożądaniu, twórczości zamiast nostalgii, miłości zamiast lękowi.

Średniowieczni trubadurzy, zainspirowani duchowością muzułmanów, wciąż nas uczą, na czym polega ogrodnicza sztuka. Nie pragną seksualnego spełnienia z uwielbianymi przez siebie Wybrankami, żonami właścicieli zamków, ale z przestrzeni ogrodów wielbią je swoimi pieśniami.  Ich miłość nie dąży do cielesnej satysfakcji bo wyzwala w nich nieprzebrane fale twórczej energii. Tworzą z wnętrza psychicznych ogrodów. W tamtych warunkach nie było niczym niezwykłym, gdy młody mężczyzna uwalniał się na dwa bądź trzy lata od swych obowiązków, aby w tym czasie uczyć się roli amanta. Grał na instrumentach, układał wiersze, tworzył muzykę, by śpiewać umiłowanej wybrance, zamkniętej w zamku. Były to zajęcia iście ogrodowe, w których wyrażały się tęsknota, twórczość, miłość.

Perfekcjonista i pracoholik, logik i racjonalista nigdy nie znajdzie swojego wewnętrznego ogrodu, więc nie stanie się mężczyzną inicjowanym w pełnię miłości; nie stanie się magiem, rozumiejącym sny, ani naczyniem Ducha. Obsesja doskonałości i racjonalizmu sprawia niestety, że roślinność usycha i więdnie.

Podczas gdy Demeter jest władczynią wszystkiego, co rośnie na ziemi i jest źródłem pożywienia i piękna, jej córka Persefona zostaje porwana do podziemi i żyje tam z Hadesem (inaczej Plutonem, którego imię oznacza „bogactwo”). Podobnie człowiek, wchodząc do ogrodzonego ogrodu, spotyka się z całym bogactwem psychiki, szczególnie obfitym w smutku (Demeter płacząca za córką, Persefoną).

„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni”  (Mt  5,4).

Niestety bezimienny bóg obowiązku, pracoholizmu i perfekcjonizmu, tworzy mężczyznom wszystko, co znajduje się na powierzchni ziemi, od boisk sportowych, przez biura, giełdy, zakłady przemysłowe po przydomowe parkingi. To tam mężczyźni dbają o pieniądze i karierę, robią wrażenie. Zresztą podobnie wiele Pań, które w postfeministycznym świecie weszły w męską energię.

Na powierzchni ziemi liczy się sprawczość i skuteczność. Pożądanie zamiast tęsknoty; nostalgia zamiast prawdziwej twórczości; lęk zamiast miłości. Na powierzchni ziemi liczy się szybkie i tanie zdrowie, bo ważne są męskie cele, racjonale i logiczne. Dlatego liczą się jedynie argumenty za szczepieniem albo przeciw. Tu trwa nieustanna wojna na pozornie racjonalne argumenty, które po czasie okazują się być zastałymi, starymi emocjami.

Na szczęście prędzej czy później nadchodzi czas zejścia do wnętrza i zamieszkania w ogrodzie, gdzie odnajduje się całe bogactwo psychiki. Hermes pilnuje ogrodzonego ogrodu, aby Demeter mogła rozkwitać. Hades porywa Persefonę, aby bogactwo wyrosło spod ziemi. W religijnej wrażliwości chrześcijan to wszystko skupia w sobie Jezus Chrystus, Ogrodnik, Mag, Siewca, Śmierć i Zmartwychwstanie.

Dlatego każdy człowiek znajduje się w nieustannej drodze od tego, co zewnętrzne, do tego co wewnętrzne; od powierzchni do podziemi; od słowa, które uśmierca, do Ducha, który ożywia; od prawa, które zapewnia przeżycie, do ewangelii, która ożywia i użyźnia psychikę, aby mogła rozkwitać.; wreszcie od rytualnej religijności do witalnej duchowości i od logiki do legendy. W każdej z powyższych par, pierwsze reprezentuje to, co wysuszone, okiełznane, poddane, strukturalne i tradycyjne, a drugie to, co wilgotne, bagniste, dzikie i nieoswojone.

Na początku mężczyźni potrzebują reguły, ale potem muszą odnaleźć legendę, aby przestać bać się śmierci. Podobnie kobiety, które działają w męskiej energii i nie czują luzu, dzikości, żywotności. Ludzie, którzy żyją prawem i regułą, nie znają ożywiającej śmierci, bo nie uprawiają wewnętrznego ogrodu, w którym bogactwo wyrasta spod ziemi, jak Zmartwychwstały Chrystus.

W przeciwieństwie do zdyscyplinowanego i wiecznie zatroskanego Saturna, Hermes zakłada ogród dla boskiej kobiecości, aby mogła rodzić wieczne bogactwo. Jest bogiem wewnętrznego układu nerwowego. Jego obecność oznacza boską inteligencję. Gdy działamy w jego domenie sygnały między mózgiem a koniuszkami palców, sercem a kanalikami łzowymi, między częścią ciała, która ciepli, a tą, która się śmieje, pędzą z nieprawdopodobną prędkością. Gdy pojawia się Hermes, grecki odpowiednik Ducha Chrystusa, znika logika i racjonalność. Wówczas słowa rodzą się z wewnętrznego ogrodu, w którym ogrodnikiem jest Duch, a żywotna psychika rodzi owoce geniuszu.

Według dawnej tradycji bez Hermesa nie ma mowy także o edukacji, co jest tym bardziej przygnębiające, że współcześnie wykładowców obdarzonych energią Hermesa usuwa się z uniwersyteckich wydziałów w pierwszej kolejności. Gdy prawdziwe uduchowienie przeplata się z prawdziwą sprośnością, a Hermes w ułamku sekundy przemyca prawdziwą informację między chwilą, w której mniej więcej wie się, co chce się powiedzieć, a chwilą w której mówi się coś innego, wówczas na front posyła się profesjonalistów, racjonalistów, perfekcjonistów i rzesze doktorantów, którzy zrobią wszystko dla swojej kariery. Hermes musi zginąć, jak Chrystus, którego krzyż stoi na Golgocie, czyli na czaszce, w której nie płonie ogień Ducha.

W świecie, w którym niewielu rozumie symbol Chrystusa, nie ma prawdziwej hermeneutyki. Owszem jest wykonywana praca Hermesa, ale Demeter nie opłakuje Persefony, więc Hades nie może wydać światu podziemnego, wewnętrznego bogactwa ludzkiej psychiki. W tym świecie Chrystus pełni jedynie rolę przybitego do krzyża niemego Słowa, które nie może interpretować życia i śmierci. W tym świecie liczy się prawo, tradycja, zobowiązanie, reguły i kariera profesjonalistów, czyli wszystko, co wysuszone i pełne lęków oraz kompleksów. Nie ma wilgoci, bo nie ma łez Demeter, płaczącej za Persefoną; nie ma Marii Magdaleny, płaczącej za Chrystusem, przebywającym w podziemnym królestwie.

W takim świecie nie ma hermeneutyki w wewnętrznym ogrodzie, która odżywia, użyźnia, odradza, a przede wszystkim uwalnia z lęku przed śmiercią. Nie ma hermeneutyki, której potrzebuje psychika, aby wykonywać swoją pracę, więc potrzebni są specjaliści od duszy,  czyli duszpasterze,  psycholodzy i psychoterapeuci,  którzy najczęściej nie wykonują swojej pracy, bo posługują się słowem zamiast Duchem. Interpretacja, która nie wyzwala do drogi od prawa do legendy i od logiki do ewangelii, nie jest prawdziwą hermeneutyką.

Nie dziwię się zatem, że poza nielicznymi wyjątkami chrześcijańska teologia nie ma w tej chwili do powiedzenia niczego ciekawego. Natomiast teolodzy i księża zamiast zwrócić się do Zmartwychwstałego ogrodnika ludzkich dusz, aby użyźnił ich Duchem, mają ludziom za złe, że nie chcą ich słuchać i opuszczają Kościoły.

Dlatego nie dziwię się także temu, że w dyskusji, dotyczącej szczepień, poza argumentami wulgarnymi i uwłaczającymi ludzkiej godności, bo sprowadzającymi człowieka do poziomu mięsa, które jedni chcą „ostrzykiwać”, aby mieć dostęp do szybkiego i taniego zdrowia, inni zaś temu się sprzeciwiają, nie ma Chrystusa, Ogrodnika ludzkiej duszy, który bogactwo życia wywiódł spod ziemi, z wnętrza, z królestwa śmierci.

Przyjaciele moi, Kochani, Córki i Synowie Boży, przestańmy marnować cywilizację. Przecież zakopujemy ją pod grubą warstwą złości, nienawiści, arogancji, lęków, kompleksów, byle tylko nasze było ważniejsze. Opamiętajmy się. Przecież to, kto jest zaszczepiony, a kto nie jest, ważne jest tylko dla tego, kto jest zaszczepiony, albo nie jest zaszczepiony, bo w ten, a nie w inny sposób chce uniknąć śmierci. Tymczasem nie chodzi o to, aby unikać śmierci, ale aby ją w Chrystusie zwyciężyć, to znaczy pozwolić, aby z jej królestwa wyrosły bogactwa wewnętrznego ogrodu ludzkiej psychiki. Kto nie przyjmuje zaproszenia do porodu przez Akuszerkę, czyli do tańca przez Piękną Panią Śmierć, które w chrześcijańskiej teologii i duchowości uosabia Chrystus, ten jest martwy i nic mu nie pomoże, ani zgoda na szczepienie, ani sprzeciw. Te wszystkie dyskusje, argumenty, aroganckie inwektywy pokazują, że z duchem Chrystusa nie mamy nic wspólnego.

Gdzie podziała się ewangelia?

Kto posługuje się legendą?

Kościół, który nie spotyka się ze Zmartwychwstałym w psychicznym ogrodzie, nie ma nic do powiedzenia ani o życiu, ani o śmierci. Psychika umiera, a ciało święci zwycięstwo. Tyle tylko, że na krótko, bo do najbliższej śmierci.

Panie, nie ubierajcie męskich butów

Kilka tygodni temu Synod Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP podjął decyzję o ordynacji Pań nie tylko na diakonki, ale także prezbiterki. Kobiece biskupstwo jest kwestią czasu. Decyzję okrzyknięto zwycięstwem Pań i uznano znakiem równouprawnienia płci. Tymczasem sądzę, że wcale tak nie jest.

Oczywiście gratuluję Koleżankom awansu zawodowego, jednak z uwagą słucham komentarzy i przyglądam się publikowanym zdjęciom. Chociaż w Kościele Panie osiągnęły status zawodowy, społeczny i ekonomiczny niemal równy Panom (na razie nie są biskupkami), mimo wszystko lekceważą (a może świadomie wypierają?), że bardzo szybko mogą się rozczarować. A to – moim zdaniem – wydarzy się prawie na pewno, gdy odczują, że założyły męską maskę i energia męskiej struktury pozbawia je żeńskiej energii.

Bardzo proszę nie sądzić, że nie wspieram Pań w ich dążeniach do samorealizacji i nie życzę sobie ich kościelnej pracy. Wręcz przeciwnie, aczkolwiek jak dotąd popełniają mniej więcej ten sam błąd, co feministki w ogóle, koncentrujące się na zajmowaniu miejsc i ról, wymyślonych przez Mężczyzn, zamiast tworzyć własne, typowo kobiece.

Nie chcę patrzeć na Panie, prowadzące nabożeństwa w dotychczasowych strojach liturgicznych, archaicznych, męskich, ograniczających ekspresję do tego, co uchodzi i wypada. Jak diakonki do tej pory będą poruszały się i mówiły w męski sposób: namaszczony, paternalistyczny, pompatyczny. Boję się pierwszych wyborów na proboszczów, do których zgłoszą się Panie, ponieważ w dotychczasowych ramach prawnych będą rywalizowały i zachowywały się dokładnie tak samo, jak mężczyźni. Nie mogę znieść myśli, że z jeszcze większą skrupulatnością będą stały na straży autorytetu urzędu, zamiast stawać się autentycznymi, żywotnymi, pełnymi świętej zmysłowości Ewami (rodzącymi z pomocą Boga nowe życie) i spontanicznego żaru Mariami (powołanymi do inicjowania nowego ziemi i nowego nieba).

Pragnę Kościoła, w którym nie będzie poważnych i smutnych Pań, struchlałych ze strachu przed konsekwencjami złamania tradycji, zajętych myślami, czy im wypada, czy nie wypada. A tak może być, ponieważ gdziekolwiek w świecie Kobiety zastępują Panów, tam – o zgrozo – stają się ich lepszą kopią, aby udowadniać, że świetnie sobie radzą.

Czy Kościołowi potrzebne są Panie, które będą powtarzały męskie role i mieściły się w męskich schematach?  W żadnym wypadku. Zamiast starać się o prawa i możliwości, równe Panom, i czekać na łaskawe pozwolenie, Kobiety od dawna powinny tworzyć żeńską alternatywę. Zadaniem Pań jest „zrodzenie nowego Kościoła”, w którym nie będą zastępowały i uzupełniały Mężczyzn. To wspólnota, w której żadna z płci nie będzie dominowała ani przypominała drugiej, ale obie stworzą energetyczną, a więc też duchową jedność. Radzę w ten sposób zinterpretować także wypowiedzi biblijnych autorów, którzy nie chcieli, aby w Kościele Kobiety zastępowały Mężczyzn. Ponieważ nie potrafili zbudować duchowej więzi z Kobietami, na podobieństwo Jezusa z Galilei, więc nie zgadzali się na proste zastępstwo. Gdyby jednak nie zrezygnowali z pozycji, które po Nim odziedziczyli, doświadczyliby jedności w Chrystusie, czyli pełni namaszczenia Duchem.

Panie, nie czytajcie i nie interpretujcie biblijnych ksiąg w tak zesztywniały, fundamentalistyczny i literalny sposób, jak mężczyźni, bo nigdy nie będziecie miały odwagi nie tylko pytać, dlaczego w ogóle komuś przyszło do głowy, żeby te teksty były tak promęskie i propatriarchalne, ale też po prostu opowiadać o zbawieniu w zupełnie nowy sposób, to znaczy z pomocą innych pojęć i symboli.

Interpretujcie te teksty nie tylko pod względem gramatycznym, historycznym, literackim i etymologicznym, ale także symbolicznie, poetycznie, wykorzystując „pneumatyczny (duchowy) naddatek znaczenia”, czyli po kobiecemu, aby obie te metody uwalniały ludzkie dusze z prawa, procedury, tradycji, zobowiązania, wreszcie z tego, co wypada.

Nie zakładajcie strojów liturgicznych, bo o ile pamiętacie opowiadanie o płaszczu, który Eliasz zarzucił na Elizeusza, o tyle wiecie, jak to się skończy. To nie są bajki. W tych strojach będziecie po męsku pilnować autorytetu kościelnego urzędu, a tymczasem Duchowi chodzi o autorytet zbawionych, prawdziwych, żywotnych, spontanicznych ludzi, a już zwłaszcza Kobiet, które na nowo przypomną Kościołowi, że Bożej obecności doświadcza się fizycznie, a uwielbia radosnym ruchem życia, tańcem, śpiewem.

Wynieście z kościołów ławki, żeby było Wam łatwiej kształtować przestrzeń, każdorazowo dopasowując ją do potrzeb. W kościelnych budynkach powinno być miejsce na spontaniczny ruch, taniec, krąg uczestników, między którymi nie ma ważniejszych i mniej ważnych. Mówcie na wysokości słuchaczy, a nie z ambon, chodźcie między uczestnikami nabożeństw, dotykajcie ich, uśmiechajcie się, nie bójcie się spontanicznych emocji.

Nie rywalizujcie między sobą o stanowiska w Kościele i w parafiach, nie oceniajcie się i nie porównujcie się. Nie zapominajcie, że hierarchiczne struktury, oparte na rywalizacji i zasłudze, trzeba zastąpić stabilizującymi strukturami współpracy, wynikającymi z adekwatnych do okoliczności i potrzeb zdolności, ale też z mądrości, transparentności bycia sobą. Kościół nie potrzebuje przywództwa autorytarnego, ale czułego, wrażliwego, miłosiernego i uśmiechniętego.

Czujcie ziemię, często chodźcie boso, aby mieć kontakt z prastarą Ewą, Matką wszystkich ludzi. Dbajcie o wasze, kobiece instynkty, bo z nich jest wasza żywotność i płodność, eksplozja twórczości. Nie wierzcie Mężczyznom, którzy w większości spluwają na ziemię, swoją Mamę. To dzięki Wam, a nie programom ekologicznym, nauczymy się szanować ziemię i każdy przejaw życia. Z głębokiej ekologii zrodzi się później prawdziwa ekumena, wspólnota życia i radości.

To wszystko, i jeszcze wiele więcej, możecie wnieść we wspólnotę pełnej jedności z mężczyznami.

Zakończę, celowo wykorzystując ostatni akapit tekstu: Taneczny wir żeńskiej i męskiej energii, z 19 lipca 2021 r.

Niech ożyje świat w tanecznym wirze dwóch energii. Wirującym polu energii miłości Królowej i Króla, Kochanki i Kochanka, Wiedźmy i Maga. Niech wypełnia się i działa uzdrawiający związek żeńskiego Ducha i męskiego Słowa, kobiecej mocy i męskiej siły, kobiecej miłości i męskiej czci.

Kto nie czytał całego, zapraszam na mój blog.

Nie muszę – Jestem

W rozmaitych tekstach o charakterze poradnikowym jesteśmy słusznie zachęcani do zmiany motywacji. Gdy o poranku nie chce się nam wychodzić z ciepłego łóżka, w poniedziałek zamykać za sobą pachnącego kawą mieszkania, aby pojechać do pracy, a w jesienny wieczór wyprowadzić psa, wówczas podobno nie warto się zmuszać, ponieważ to przysparza jedynie więcej emocjonalnego cierpienia. Wyjścia z pościeli i mieszkania albo na spacer z psem i tak nie unikniemy, więc motywacja, wynikająca z przymusu, co najwyżej bardziej unieszczęśliwia, czyniąc z nas niewolników, zmuszonych mierzyć się z konsekwencjami wcześniejszych wyborów.

Wobec tego, czy prosta zamiana motywacji z „muszę” na „chcę” rzeczywiście tak bardzo ułatwia życie? W niektórych przypadkach pewnie tak, a najpewniej wówczas, gdy po prostu mamy tzw. lepszy dzień, więcej życiowej energii i satysfakcję z poprzednich działań. Jednak w powszechnym doświadczeniu wcale nie jest to ani takie proste, ani skuteczne.

Moim zdaniem metoda nie jest zła i autorzy owych poradników naprawdę dobrze nam radzą. Problem bierze się stąd, że nie wyjaśniają złożonych mechanizmów, rządzących naszą życiową energią, a w związku z tym przedstawiają metodę „na skróty”, która przez to bywa nieskuteczna. Dopiero zrozumienie, w jaki sposób działa ów mechanizm motywacji do życia i działania, oraz świadome zastosowanie całego modelu, gwarantuje pozytywne skutki.

No cóż, względy ekonomiczne często miewają wpływ na treść artykułów i książek. Także w sferze poradnictwa skutecznie działa propaganda sukcesu, promująca miraż łatwego i lekkiego życia. Jeśli nie można „dobrze się bawić” myjąc zęby o poranku, wyprowadzając psa w wietrzną i deszczową pogodę albo szorując muszlę klozetową, pewnie w ogóle nie warto cokolwiek zaczynać? „Dobra zabawa” ma przyciągać uwagę czytelnika i pełnić rolę wywabiacza plam po krwi i pocie.

Tymczasem dynamika decyzji i zarządzanie energią zmian nie jest ani „dobrą zabawą”, ani nie służy do wywabiania cierpienia.  Jest po prostu narzędziem, które trzeba używać świadomie i wytrwale, aby po jakimś czasie doświadczyć stanu lekkości i radości. Czegoś na podobieństwo trwałego odpoczywania pomimo podejmowania wciąż nowych przedsięwzięć.

Proponuję krótką wycieczkę po kolejnych stanach świadomości, ponieważ każdy z nich posługuje się właściwym dla siebie sposobem motywacji. Zobaczymy wówczas, że uproszczona metoda zamiany motywacji z „muszę” na „chcę” jest przydatna jedynie w przypadku osób, które osiągnęły stan świadomości, odpowiedni dla poziomu serca, czyli działania w polu bezwarunkowej miłości. Kto nie potrafi w nim żyć i podejmować decyzji, przeżywa rozczarowanie. Mimo wszystko zapewniam, że również wtedy można sobie pomóc. Zachęcam zatem do dalszej lektury.

1. Muszę

Na pierwszym poziomie świadomości, który jest fundamentalny i niezbędny do dalszego rozwoju, jesteśmy niejako skazani na motywujące do działania „muszę”. Na tym poziomie ujawnia się siła rodu, plemienia, narodu, wspólnoty, której zawdzięczmy życie i przetrwanie, gdy jeszcze nie jesteśmy dojrzali, silni, sprawczy i samodzielni. Rodowi zawdzięczamy naszą ziemską historię, jej genetyczne, kulturowe i dziejowe dziedzictwo, bez którego nie bylibyśmy sobą. W zamian za dar życia i poczucie bezpieczeństwa jesteśmy jej winni posłuszeństwo. Ród (oraz wszystkie struktury, które uosabiają go w codziennym życiu) oczkuje zatem motywacji typu „muszę”. Wychowywanie niestety wciąż kojarzy się nam z posłuszeństwem rodzicom i autorytetom. Ów program jako pierwszy bodziec w doświadczeniu życia zapisuje się w nas najsilniej, zaś wszystkie struktury społeczne, posługujące się energią władzy, skwapliwie z niego korzystają, aby utrzymywać nas w roli podwładnego, petenta, winnego czy też ofiary. Na tym poziomie świadomości można przeżyć całą ziemską historię i nigdy nie skorzystać z możliwości, jakie daje energia wyjścia, czyli doświadczenie wolności. Wówczas propozycja, że nie „muszę”, ale „chcę” może wywołać prawdziwy entuzjazm, niemniej po chwilowym zachłyśnięciu się nowym sposobem motywacji najczęściej powraca dominująca świadomość bycia ofiarą. Po euforii pojawia się apatia i bezsilność, na którą jedyną metodą wydaje się być postawa niewolnika, który sam siebie zmusza do codziennej aktywności.

Rodzinie rzeczywiście należy się szacunek i wdzięczność za życie, utrzymanie i wychowanie, ale nadchodzi moment, gdy trzeba wyrosnąć ponad codzienne uzależnienie od bezpieczeństwa, które zapewnia przynależność do wspólnoty za cenę samodzielnego życia. To chwila, w której nie porzucając rodziny i nie wypierając pamięci o dobru, otrzymanym z jej miłości, zamieniamy stałość i stabilność bycia na płynność doświadczeń i siłę przyjemności. Nadchodzi czas świadomości pragnienia.

2. Pragnę

Żywioł ziemi, będący symbolem rodu, zastępuje żywioł wody. Delikatnie pieszcząc nasze zmysły i działając na energetyczne centrum seksualności oraz świadomości siebie, symboliczna woda dostarcza bodźców zmysłowych. Po potrzebie bezpieczeństwa pojawia się w nas potrzeba przyjemności, nie tylko erotycznej, ale także artystycznej i twórczej. Odtąd pragniemy przyjemności, luksusu, piękna i cudownego odczucia, że możemy pozostawić po sobie potomstwo albo coś doniosłego w sferze kultury i sztuki. Odtąd nie motywujemy się więziennym „muszę”, ale kreatywnym „pragnę”. Wydarza się cud motywacji. Już nikt nie decyduje za nas, a my zapamiętujemy się w cudownych oparach sprawczości. Dym cygara, smak dobrego alkoholu, wyszukane potrawy, delikatność wysokogatunkowych tkanin, przeżycia z galerii sztuki, wreszcie własna twórczość upajają i skutkują kolejnym mirażem, że osiągnęliśmy niebotyczny poziom wyrafinowania i smakowania codzienności.

Mimo wszystko zapytajmy, po co nam na dłuższą metę sprawczość typu „pragnę” skoro po jakimś czasie uzmysławiamy sobie, że chociaż wiemy, co sprawia nam przyjemność, jednak nie znajdujemy ani środków, ani sposobów, aby to realizować i osiągać? Doprawdy na długie lata, a w wypadku wielu nawet na całe życie, można pozostać niezaspokojonym bywalcem życiowego wellnesu i nie wychodząc z wody uzależnić się od innych, którzy za cenę środków potrzebnych na przyjemności będą oczekiwać zobowiązania.

Dlatego, chociaż motywacja „pragnę” na krótką metę może rzeczywiście wydawać się cudownym rozwiązaniem problemu porannego „muszę”, nie dajmy się zwieść. W motywującym „pragnę” wciąż pozostajemy niewolnikami, którzy nie wiedzą niczego o prawdziwej wolności bycia. Uwięzienie na poziomie świadomości, którego dominantem jest siła przyjemności, co prawda nie wydaje się niebezpieczne, ponieważ początkowo zapewnia wiele cudownych doświadczeń, w rzeczywistości kończy się niewolą, z której wyjść dużo trudniej, aniżeli z wcześniejszego pola świadomości. Zatem, gdy raz zrezygnowaliśmy z  motywacji typu „muszę”, na zawsze pozostaje nam wytrwałe wędrowanie przez kolejne poziomy świadomości. Inaczej czeka nas psychiczna śmierć.

3. Mogę

Gdy docieramy do poziomu energii ognia, czyli do centrum wewnętrznej mocy, zwanego splotem słonecznym, motywacja „pragnę” przetapia się w motywację „mogę”. Delikatny żywioł wody, kojarzony z miłymi poruszeniami skrzydeł motyla na wysokości pępka, robi miejsce żywiołowi ognia, hartującego ludzkiego ducha. To również czas pustyni, czyli świadomości, która zdaje sobie sprawę z mocy i sprawczości ludzkiej woli, a jednocześnie dostrzega różnorodne niebezpieczeństwa, czyhające na każdego, kto ulega egoizmowi. Splot słoneczny, napełniony energią mocy, jest źródłem sprawczości. Cudowne przeświadczenie i pewność, że w życiu można osiągnąć wszystko, powinno być udziałem każdego z nas, aby nie stać się  więźniem pragnień, których nie można zaspokoić. Mimo wszystko pamiętajmy, że jednocześnie jest to krytyczny moment w rozwoju świadomości. Ego osiąga wówczas bardzo niebezpieczne rozmiary i staje się zdolne do zniszczenia wszystkich przejawów dobra i piękna, aby zaspokoić nienaturalnie wielkie potrzeby. Gdy „muszę” ustępuje motywacji typu „pragnę” świat wydaje się leżeć u naszych stóp, jednak robi się naprawdę niebezpiecznie, gdy „pragnę” zostaje wyparte przez nieposkromione „mogę”. Na tym poziomie paradoksem rozwoju świadomości jest to, że chociaż igramy z największą mocą destrukcji, także autodestrukcji, dalszy rozwój duchowy z pominięciem tej fazy jest po prostu niemożliwy.

I tak ze stabilnego i nieruchomego poziomu, na którym dominuje siła rodu i przynależności, uwalnia nas siła przyjemności. Po przepłynięciu przez centrum sakralne dobijamy do duchowej krainy mocy i samopoznania. Woda zostaje wysuszona przez dojmujący ogień, który także nie jest wieczny. Ogień to pożoga, a więc raczej nagła, krótkotrwała i eksplodująca, a więc nieporównywalna z żadnym wcześniejszym doświadczeniem energia zmiany, po której nastaje czas na wyrównanie oddechu, uspokojenie serca i radość życia. Ogień gaśnie, a w oczyszczonym i uporządkowanym świecie zaczyna dominować powietrze. Mocne „mogę” zamienia się w delikatne „chcę”. Docieramy zatem do poziomu świadomości, do którego za wszelką cenę wysyłają nas autorzy poradników, nie informując przy tym o specyfice wcześniejszych motywacji.

4. Chcę

Chociaż „chcę” brzmi zdecydowanie lepiej od „muszę”, w naszej kulturze jest obciążone podejrzeniem o skrajny egoizm. Otóż niekoniecznie. Najsilniejsze ego działa na poziomie wewnętrznej mocy. Wówczas człowiek wręcz płonie, zaś od jego ognia może zginąć każdy, kto zbliży się zbyt blisko. W skrajnych przypadkach może nastąpić samozapłon. Jeśli mimo wszystko próbę mocy przejdzie się zwycięsko, nie czyniąc niczego wbrew dobru bliźniego i samego siebie, wtedy „chcę” nie oznacza już niebezpiecznej żądzy, ale sygnalizuje dojrzewającą moc miłości.

Zasadnicza różnica pomiędzy „muszę” i „chcę” w istocie polega na tym, że pierwsze jest motywacją niewolnika i ofiary losu, zaś drugie króla, to znaczy człowieka wolnego, który z samego siebie i własnego życia może uczynić jakąkolwiek, jednak zawsze dobrowolną ofiarę miłości dla dobra innych. „Chcę” oznacza więc wolne działanie, podjęte nie z powództwa ego, tylko z potrzeby prawdziwego człowieczeństwa, czyli jaśniejącego światła prawdziwej jaźni.

W ten cudowny sposób świadomość człowieka przenosi się z pustynnej dominanty ognia w żywioł powietrza, który tym różni się od pozostałych żywiołów, właściwych wcześniejszym poziomom świadomości, że niczym nie jest ograniczony. O ile ziemia, woda i ogień nie docierają wszędzie, o tyle powietrze wypełnia każdą, nawet najmniejszą szczelinę, jeśli tylko nie jest zajęta przez ziemię, wodę i ogień. Tym sposobem nie męczymy się oddychając powietrzem, bez problemu wypełniającym płuca, opróżnione z poprzedniego wdechu.

To unaocznia poglądowo, chociaż „łopatologicznie”, istotę prawdziwej miłości. Miłości po prostu wszędzie jest wystarczająco dużo. Będąc stwórczą praenergią, z której powstało wszystko, co powstało, wypełnia wszechświat i naprawdę nie trzeba żywić obawy, czy wystarczy jej dla wszystkich. Jak płuca przy każdym wdechu napełniają się powietrzem, tak i serce może być pełne miłości. Jeśli tak nie jest, najprawdopodobniej życiowa energia została zdominowana przez lęk, a tymczasem powinna zależeć od zaufania. To tłumaczy dlaczego człowiek, który ma problemy z oddychaniem, boi się prawdziwej miłości. Nie ufa, że bez wysiłku i cierpienia mógłby cieszyć się kolejną porcją powietrza i miłosnej energii.

Dlatego prosta zamiana motywatora „muszę” na „chcę” nie może się udać, jeśli nie zostały przepracowane wcześniejsze poziomy świadomości, a więc „pragnę” i „mogę”. Dzięki nim krystalizuje się wiara w samego siebie i zaufanie do życia, które w całości zależy od miłości. Gdy serce przepełnione jest miłością do siebie i własnego życia, wtedy kategoria świadomości „muszę” traci sens. Niemniej warto pamiętać, że „chcę” kochać i dzielić się miłością pozostaje pustą formułą i również niczego nie zmienia, o ile wcześniej nie zostało przeżyte i oswojone „pragnę” oraz „mogę”. Gdy już znamy własne pragnienia i dysponujemy wystarczającą mocą sprawczą, możemy zacząć kochać innych, jak samych siebie. 

Na świadomym poziomie miłości „chcę” oznacza, że przestaliśmy męczyć się obowiązkami, do których zmuszali nas „nasi panowie”, walczyć z pragnieniami, obawiając się poczucia winy, oraz wstydzić się wewnętrznej mocy. W ten sposób dorastamy do poziomu twórców własnej przyszłości i dobra pozostałych stworzeń. Mimo wszystko, aby mogła objawić się pełna moc miłości, „chcę” powinno zamienić się w „niech się dzieje”, będące najpewniejszym znakiem, że wola człowieka stała się w pełni zgodna z wolą Boga, czyli z uniwersalną Świadomością i twórczą Miłością. Odtąd nie jesteśmy sługami, wypełniającym czyjąś wolę, ale przyjaciółmi prawdziwej Jaźni, w której uczestniczymy dzięki Duchowi. 

5. Niech się dzieje

Zdaję sobie sprawę, że pierwszym odruchem może być sprzeciw wobec motywującej formuły „niech się dzieje”, bo czyż nie jest marnym powtórzeniem „muszę”? Co z tego, że inaczej brzmiącym? W istocie tak właśnie mogłoby być, gdybyśmy świadomie nie przepracowali kolejnych poziomów motywacji do życia i działania. I co tu dużo mówić, w życiu tych, którzy tej pracy nie podjęli i procesu nie doprowadzili do poziomu żywiołu przestrzeni (dawniej eteru),  niestety tak jest. W ich życiowym doświadczeniu „niech się dzieje” jest co najwyżej tylko lepiej umotywowanym „muszę”.

Poziom świadomości, którego żywiołem jest eter, odpowiada za czystą kreację, nie zmąconą egoizmem. Zamiana „chcę” w „niech się dzieje” sugeruje, że miłość dochodzi wówczas do pełni doskonałości, ponieważ nie ma w niej najmniejszego śladu żądzy. Co prawda nie musi tak być, mimo wszystko w „chcę” miłość wciąż może być lekko zabarwiona egoizmem. W „niech się dzieje” jest już pełną zgodą na pełnienie woli Najwyższego. Dlatego na poziomie eteru, czyli energetycznego centrum gardła, najważniejsze są słowa: „Niech się dzieje wola Twoja” albo „Jak w niebie, tak na ziemi”. Nie mają związku z rezygnacją i poddaniem się życiowym okolicznościom, ale z pokorą, a więc z poznaniem siebie, życiem w prawdzie i uzgodnieniem własnej woli z wolą stwórczej Miłości.

Pomiędzy „muszę” i „niech się dzieje” przechodzimy długą drogę samopoznania i wzrastania świadomości z poziomu niewoli do poziomu nieuwarunkowanej wolności, w której pierwszy raz w życiu stajemy się światłem. Już nie ma w nas niczego, co mogłoby zaciemniać Boży obraz. Dlatego możemy stać się „Jestem”, czyli czystą świadomością siebie, która niczego nie obserwuje, nie ocenia, nie odnosi do siebie, nie tworzy podziałów i nie uprzedmiotowia samej siebie porównując się z innymi.

6. Jestem

Na najwyższym poziomie świadomości, do którego może wznieść się ludzki duch, nie ma przymusu, nie ma pragnienia, nie ma potrzeby, nie ma miłości, nie ma nawet modlitwy, aby swoją wolę uzgodnić z wolą Boga, więc jakiekolwiek motywacje do życia i działania tracą sens. Na tym poziomie osiąga się ciszę istnienia, coś na kształt odpocznienia. Do bycia „Jestem” nie jest potrzeba żadna motywacja.

„Jestem” się jest.

Do poziomu kreacji, czyli przestrzeni, świadomość wznosi się dzięki żywiołom. Z ostatniego żywiołu, czyli z przestrzeni, wkracza się do bezczasowego uniwersum. Zostaje przezwyciężony nie tylko lęk, ale przede wszystkim śmierć. Osiąga się poziom życia i połączenia z uniwersalnym polem Świadomości.

W przekonaniu Wschodu drogą do tego stanu istnienia jest medytacja, czyli wnikanie w naturę umysłu i świadome kształtowanie życiowych wrażeń. Dzięki temu w momencie śmierci strumień świadomości utrzymuje ten sam kierunek, jak podczas życia na ziemi, i dlatego możliwe jest odrodzenie w królestwie Ducha. W doświadczeniu Zachodu połączenie z uniwersalnym polem Świadomości osiąga się dzięki bezwarunkowej miłości z poziomu „niech się dzieje”. „Jestem” osiągane przez medytację jest tym samym „Jestem”, które jest miłością. Jak przez medytację, tak przez miłość osiągamy poziom świadomości, na którym nie jesteśmy niczym związani. Prawdziwa i oczyszczająca miłość jest manifestacją wolnego „Jestem”. Pełni więc rolę boskiej matrycy, do której wzrasta się przez kolejne poziomy świadomości. Gdy dorasta się do pełni miłości, wówczas Duch zapieczętowuje człowieka szóstą pieczęcią i otwiera drogę do królestwa Ducha, którego biblijną metaforą jest weselna uczta.

Skromne „muszę” wcale nie jest przeklętym etapem niewolniczego życia. W istocie jest polem startowym świadomości, która w swoim czasie osiąga „Jestem”. Jeśli więc dziś – droga/i Czytelniczko/ku – wciąż coś musisz (a przynajmniej tak Ci się wydaje, co bynajmniej nie musi być zgodne z rzeczywistością), nie przeklinaj ani siebie, ani swego czasu i przestrzeni życia. Nie walcz z przymusem, bo na zawsze pozostaniesz niewolnikiem przymusu walki. Zaakceptuj to, że wciąż coś musisz. To jedyna droga do wyjścia z niewoli. Obudź w sobie energię życia, zapragnij, zmierz się z warunkami życia, daj sobie prawo do miłości, abyś mogła/mógł kochać innych, jak samą/ego siebie. Zgodą na Bożą wolę wyraź siebie i cierpliwie czekaj na manifestację światła.

Raptem, niespodziewanie, w najmniej spodziewanej chwili doświadczysz bezczasowego „Jestem”. Dzięki miłosnym wrażeniom i życiowym doświadczeniom, w których byłaś/łeś miłością, strumień świadomości w chwili śmierci przeniesie Cię wprost do królestwa Ducha.

Doświadczysz pokoju, który jest ponad wszelkim rozumem.

Taneczny wir żeńskiej i męskiej energii

Przed kilkoma dniami p. minister Czarnek kolejny raz dał się poznać jako autor niekonwencjonalnych poglądów, wszak zaszeregowanie ks. Bonieckiego do jakiegoś, bliżej niesprecyzowanego postprotestanckiego kościoła, i sprowadzenie katolickiej teologii i duchowości do Dekalogu, to wyczyn iście ponadludzki.

W podobnie prometejskim tonie wypowiedział się doradca ministra edukacji, sugerujący konieczność wychowywania dziewczynek w tradycji ugruntowanych cnót niewieścich. Obu Panów spotkało za to wiele krytycznych słów, nawet inwektyw, również ze strony wielu moich znajomych z fb.

Zanim rozwinę główną nić mojej refleksji, proszę Was, nie wypisujcie takich słów, nie obrażajcie, nie oceniajcie, nie pastwcie się nad ludźmi, których świadomość nie powala im dojrzeć tego, co jest oczywiste w wyższym paśmie świadomości.

Żyjcie i działajcie w duchu miłości. Bądźcie wykonawcami Bożej sprawiedliwości. Nie godzi się człowieka nazywać głupcem, niegodziwcem, durniem, itp. Pamiętajcie, że za takie słowa będziecie sądzeni w Świetle i może się okazać, że zamiast cieszyć się wewnętrznym światłem będziecie płakać i zgrzytać zębami, pozostając w ciemnościach cząstkowego poznania.  

Minister i jego doradca wyrażają przecież poglądy dużej części ludu, który rozgościł się nad Wisłą i kompletnie nie asymiluje niczego, co pojawia się w świecie ducha, ponieważ został zmanipulowany i zniewolony przez panów, nie tyle że sumiennie pracujących na rzecz rzymskiej korporacji, co posłusznie wykonujących polecenia z lęku przed utratą społecznej i ekonomicznej prosperity.

Dajmy im spokój. Nie przekonamy ich. Do niczego nie zmusimy. Nie można obdarować światłem, jeśli ono samo nie rozbłyśnie w ludzkiej duszy. Można jedynie samemu żyć w światłości i pełnić czyny rozświetlające świat. Poza tym weźcie pod uwagę, że skoro rzucacie inwektywy i obrażacie  sami jesteście na tym samym poziomie świadomości, więc zapytajcie, czy ślepy może prowadzić ślepego? Czy obaj nie wpadną do dołu?

Obaj Panowie ujawnili lęki dużej części społeczeństwa, które nie stało się konserwatywne z przekonania, ale z lęku. Chwieje się bowiem świat męskiej dominacji i patriarchalnej kultury, więc konserwatywna reakcja wydaje się jej słusznym działaniem obronnym.

Wbrew zdaniu dużej części wyzwolonych Pań, piszę z pełną świadomością, że patriarchalny świat się chwieje, a nie przeminął. Drogie Panie, Wy też obudźcie się ze snu. Już sam fakt, że zamiast rozmontowywać korporacyjne struktury, w których nie ma miejsca na sprawiedliwy podział wypracowanych środków, w większości świetnie się w nich odnalazłyście, świadczy o tym, że nie doszło do wyrównania energii. Matriarchat  niestety nie uzupełnia i nie równoważy patriarchatu. Weszłyście w struktury i schematy męskiej energii i je wzmacniacie, odmawiając sobie prawa do korzystania z Waszej cudownej, bo stwórczej, kobiecej energii. Podobnie ma się rzecz w edukacji. Za miało w niej współpracy, wspólnoty, miłosierdzia, symbolu, poezji, piękna i sztuki.

Ks. Boniecki reprezentuje ten duchowy ślad chrześcijaństwa, w którym nie ma miejsca na podziały i poszukuje się miejsca dla każdego. To jest nurt mistyczny, kobiecy, duchowy, symboliczny. Po drugiej stronie działają Panowie z gaśnicami Ducha Świętego na głowach, rozpaczliwie skostniali, fundamentalni, rygorystyczni, patriarchalni, ponieważ ogarniają jedynie świat prawa własności. Rozumieją jedynie to, czego doświadczają cielesnymi zmysłami. Ten świat się kończy, więc czują, że tracą grunt pod nogami i wykorzystują kogo mogą, np. PiS i min. Czarnka do bronienia tego, co już dawno zostało im zabrane. 

Ugruntowane cnoty niewieście – ten zwrot udał im się szczególnie. Tak genialnego oksymoronu od dawna nie wymyślono. Cnoty i owszem, znane kulturze greckiej, cechują przecież raczej mężczyzn, aniżeli panie. Poza tym, w jaki cudowny sposób niewiasty, czyli te, które nie wiedzą, miałyby coś wiedzieć na temat cnót? Musiałyby wpierw awansować do roli Wiedźm, czyli wiedzących! Jednak w jaki sposób Wiedźmy miałyby żyć cnotliwie, tego – mam przeczucie – nie ogarnia nawet Najwyższa Inteligencja!

Niech więc Panowie z gaśnicami na głowach wpierw zdecydują się, czy z kobiet chcą wyhodować mężczyzn, cechujących się cnotami obywatelskimi, czy może pozwolić im wreszcie rozwinąć wiedźmiński potencjał, w którym przepadną męskie imaginacje i seksualne fanaberie o tym, że Wiedźmy podróżują na miotłach z trzonkami. Cóż za pomysł, żeby Wiedźmy podróżowały po różnych poziomach świadomości na męskich członkach. Oczywiście to patriarchalna próba okiełznania kobiecej energii. Jej współczesnym odpowiednikiem jest ministerialny pomysł, aby dziewczynki uczyć cnót niewieścich. Więc należy je wdrażać w kuchenny dryl, poświęcanie własnych marzeń i umiejętności dla karier jaśniepanująych małżonków i zgody na domowe gwałty, a tymczasem chłopcy dalej mogą swawolić, rozbijać się, gwałcić, toczyć między sobą wojny i uczyć się podporządkowywania sobie innych,

Śmiechu warte. Wiedźmy podróżują w kotłach, czyli własnych biodrach, dzięki sile swojej kobiecej energii, trzonkami mioteł poprawiając co najwyżej kurs.

Panowie, klupnijcie się w głowy! (znaczenia proszę szukać w słowniku języka śląskiego).

Nawiązanie do języka nie jest przypadkowe.  Otóż w moim przekonaniu największym odnowicielem cywilizacji jest Jezus z Galilei. Przy czym jakość jego mądrości i życia wciąż nie została w pełni odkryta i doceniona, ponieważ Panowie z gaśnicami na głowach realizują korporacyjną strategię obrony męskiej dominacji, zamiast przyjrzeć się swojemu Mistrzowi i wyciągnąć wnioski. Tenże Jezus nauczył nas, że ożywia Duch, zaś litera uśmierca. Ta druga jest energią męską, bo strukturalną, zwłaszcza w wydaniu spółgłoskowym, czyli znaczeniowym. Jeśli w języku jest jakaś energia żeńska to najpewniej w melodyce, czyli w samej wypowiedzi, a do tego służą samogłoski. Wypowiedź jest możliwa dzięki tchnieniu, oddechowi, czyli duchowi, który jest Wielką Matką, wieczną, stwórczą energią. Życie dzieje się nie dzięki zapisanym słowom, ale wypowiadanej Mądrości, to jest dzięki stwórczym słowom, które dobre i piękne myśli zamieniają w odpowiednie wibracje naszych tchnień, czyli oddechów, a więc Duchowi. Rodzi tylko Matka. Stwarza tylko Duch, czyli żeńska energia.

Dlatego największy Uzdrowiciel świata, czyli Mistrz z Galilei, jest mężczyzną, który słusznie jest przedstawiany jako poczęty bez udziału mężczyzny. W tym symbolu nie rozchodzi się o biologię, ale o sens duchowy. Chociaż Jezus jest mężczyzną w istocie jest manifestacją energii żeńskiej, to znaczy stwórczej boskości, która każdym słowem, wypowiedzianym w Duchu Miłości, stwarza świat na nowo. Tak działa i objawia się Mądrość, czyli kolejny symbol boskości, która w swej najgłębszej istocie jest żeńska.

Jak wytłumaczyć to min. Czarnkowi? Może udałoby się jego doradcy? Może znanemu prezesowi bardzo patriarchalnej partii? Ktoś pomoże?

No cóż, wątpię, że się uda. Pozostaje zatem działanie. Na pewno nie rzucanie inwektyw i ośmieszanie!

W najbliższych miesiącach będę często o tym pisał, tymczasem dziś proponuję jedno, praktyczne rozwiązanie.

Świat może uratować tylko żeńska energia, ponieważ rodzi nową jakość. Energia męska jedynie przekształca. Zatem do rzeczy.

Przed kilkom miesiącami radziłem kolegom, co możemy wspólnie zrobić, aby użyźnić Kościół. Docierają do mnie sygnały, że niewiele zdziałałem. Może pomysły były zbyt radykalne? Dziś zatem spróbuję delikatniej. Narzekacie, że w kościelnych budynkach coraz miej ludzi, zwłaszcza teraz w dobie covidowej epidemii. Ten  proces jest nieodwracalny, między innymi z powodu zmiany w energetycznym polu ziemi. Wielka Matka upomina się o dzieci, które wydaje ze swojego łona. Tymczasem kościelne przestrzenie są zorganizowane typowo po męsku. Wszyscy siedzą w rzędach, dokładnie jak w tradycyjnych szkołach, i słuchają patetycznie perorujących mężczyzn, którzy mówią kazania, czyli każą coś uczynić, albo słownie karzą za nieposłuszeństwo.

Dziś nadszedł czas, aby ławki i rzędy krzeseł wynieść z kościelnych budynków. Zbierajmy się w kobiecych kręgach. Niech z rąk do rąk podawany jest chleb, symbol żeński, oraz kielich z winem, jako krwią, idzie bowiem z kolei o męski symbol. Kobiety karmią chlebem, a mężczyźni swoją krwią. 

Jeśli nie chcemy dłużej słuchać min. Czarnka, ani jemu podobnych; jeśli chcemy pozbyć się Panów z gaśnicami na głowach, dla których problemem nie jest pedofilia, ale jest nim brak ugruntowanych cnót niewieścich, niech w kręgach Miłośników Życia, Światła i Miłości, przemawiają kobiety i mężczyźni, bowiem w Mądrości nie ma żadnych podziałów. Niech w kościołach pojawią się instrumenty, które wzmacniają energię kobiecą, czyli np. bębny i misy. Niech pojawi się w nich ciemność, czyli sposobność kontemplacji, mistycznego doświadczenia i wejścia w ciemny las ludzkiej psychiki.

Niech ożyje świat w tanecznym wirze dwóch energii. Wirującym polu energii miłości Królowej i Króla, Kochanki i Kochanka, Wiedźmy i Maga. Niech wypełnia się i działa uzdrawiający związek żeńskiego Ducha i męskiego Słowa, kobiecej mocy i męskiej siły, kobiecej miłości i męskiej czci.