O starej Kobiecie, języku i tworzeniu

Rozpoczął się adwent. Mało kto pamięta, że w rytualnej pobożności chrześcijańskiej jest nie tylko okresem przygotowań do Bożego Narodzenia, ale przede wszystkim rozpoczyna Nowy Rok. Pierwsza niedziela adwentu jest pierwszym dniem roku, tzw. liturgicznego. Dla mnie – wychowanego w cieniu kościelnej wieży i kołysanego do snu melodią kościelnych dzwonów (wciąż lubię nocne bicie domowych zegarów)  – jest naprawdę duchowym początkiem  nowego kresu. Sylwester nie ma dla mnie wielkiego znaczenia.

Pewnie dlatego przypomniała mi się jedna rodzina, jednak tak to u mnie bywa, że przypominają mi się zwłaszcza rodziny słów. Zatem do rzeczy. Gdy witamy bądź mianujemy nowy rok, używamy łacińskiej formuły: Anno Domini. Słowo anno należy do starej i szacownej rodziny. Np. w j. angielskim jest prababcią słowa annual (coroczny) albo anniversary (rocznica). Jednak schodząc po drzewie genealogicznym tej słownej rodziny odkrywamy, że praprababką słowa anno jest łacińskie określenie odbytu anus. Uważni zauważyli pewnie, że anus oznacza równocześnie starą, mądrą kobietę, która o ludziach i życiu wie wszystko. Na dalekiej Północy jej uosobieniem jest Annuluk, a w Biblii Anna, która w Jezusie rozpoznała Bożego uzdrowiciela. No i być może w tym miejscu mógłbym zakończyć tę zabawę, wszakże nie zapomniałem, że ta rodzina słów przyszła mi do głowy na początek nowego roku, więc pytam: Dlaczego?

No właśnie dlatego: FABULA ANILIS, co przetłumaczone na j. polski oznacza opowieść starych kobiet. Są takie historie, które nie przeszłyby przez usta wyrafinowanego starca/filozofa, czyli senexa, ale stara i wyzwolona kobieta, czyli anus, bez najmniejszego problemu opowie każdą historię, nawet brutalną albo obsceniczną (czyli świętą i proroczą – ob to semicki rdzeń, oznaczający czarownika/proroka), jeśli tłumaczy naturę życia i ludzkiej psychiki.

U progu nowego roku liturgicznego, pełnego duchowych symboli, czas na nową opowieść, która kolejny obrót 12 miesięcy życia uczyni potwierdzonym przez znaczenie i sens, tym bardziej że anus może też oznaczać pierścień i koło. Bez starej i mądrej Kobiety, która zna zapomniane historie, samą wiedzą senexa, mądrego filozofa albo teologa, nie odkryjemy znaczeń, nie nadamy sensu i nie opowiemy samych siebie na nowo!

Potrzebujemy tej Kobiety, aby nauczyła nas, w jaki sposób możemy tkać tkaninę życia opowieściami z dawnych czasów, umieszczonymi w kontekstach naszego świata, oraz jak posługiwać się językiem symboli. Potrzebujemy jej, abyśmy umieli mówić i rozumieć.

Język nie służy do komunikacji, a jeśli nawet, to jest to jego wtórne zadanie. Będąc wyrazem energii, która stworzyła świat, w pierwszym rzędzie język jest narzędziem, którym tkamy nić własnego życia. Odwołując się do przekonania fizyków, że elektrony mogą zachowywać się jak cząsteczki bądź jak fale, co jest zależne od sposobu obserwacji, można utrzymywać, że językiem, który jest nazwaniem obserwowanego, czynimy widzialnym to wszystko, co jest niewidzialne. Język jest boską siłą, której właściwe użycie czyni niewidzialną falę widzialną cząstką.

Jestem przekonany, że studiowanie języka, a więc także szeroko rozumiana wiedza z zakresu znajomości Biblii, czyli biblistyka, ma w pierwszym rzędzie umożliwiać nam zrozumienie samych siebie, życia i wszechświata. Bardzo ważna, o wiele istotniejsza od gramatyki oraz struktury języka, czyli męskiego (porządkującego) aspektu języka, jest wymowa (wokalizacja), czyli ta część energii języka, która ma naturę żeńską. W takim samym stopniu należy zwracać uwagę na wymowę, w jakim interesujemy się rdzeniami i etymologicznymi genealogiami. Każde podobieństwo w tym zakresie jest ważną informacją o bezpośrednim związku rozpatrywanych podmiotów, umożliwiającą rozumienie symboli i tworzenie nowych. Nawet niewielkie podobieństwo w wymowie wystarcza, aby podejrzewać istnienie jakiegoś związku pomiędzy słowami i odnajdywać wyjaśnienie natury rzeczy. Jednocześnie nie powinniśmy dłużej drżeć przed dyktaturą językoznawczej dogmatyki, która zabsolutyzowała gramatyczną strukturę języka, ale wytrwale poszukiwać takich związków między wypowiadanymi słowami, z których powstają nowe symbole.

Kto wie, czy najważniejszym i najskuteczniejszym narzędziem, którym można twórczo korzystać z języka, nie jest gra słów? Kobietom zawdzięczamy wymowę i melodykę języka. Wraz z nami wyszły z naszych macierzy (raczej nie z ojczyzn) i towarzyszą nam na drogach naszego życia. Sposób akcentowania i śpiewność jest darem, przekazanym nam przez nasze  Babcie, a w nich przez starą Kobietę, obojętnie czy zwaną Anus, Annuluk czy Anna. W chwili, w której pojmuje się, że słowa blisko są związane z opisywanymi przez nie istotami i rzeczami, oraz że podobieństwa między wyrazami nie mogą być przypadkowe, zaczyna się zrozumienie, że odzwierciedlają naturalny związek i subtelne powiązania na poziomie metafizycznym.

Dlatego radzę powrót do starego poglądu, że symbole nie są mało wartościowym narzędziem nadawania sensu, nieudolnie zastępującym słowa, ale tak naprawdę to właśnie słowa, nie tylko przez znaczenie, które posiadają, ale też przez sposób wymowy i dzięki temu, co poruszają w naszej psychice, służą temu, aby z ich pomocą powstawały pełne mocy symbole, dzięki którym niewidzialne staje się widzialnym. W moim przekonaniu to jest najistotniejsza i zapewne jedynie zasadna praca teologiczna (modlitewna) o charakterze kapłańskim. Symbolizując, informację zawartą w niewidzialnym polu uniwersalnej świadomości teologia czyni widzialną cząsteczką ludzkiego świata. Słowa są nićmi a symbole czółnem, które odpowiednio wprawione w ruch tka tkaninę (teksturę i tekst) doświadczanej rzeczywistości.

Bez mądrości anus, starej Kobiety, która polega na tworzeniu i właściwym wykorzystywaniu symboli, i łączenia jej ze współczesną nauką, zwłaszcza fizyką, hermeneutyka i teologia nie zaoferują nam już niczego specjalnie nowego, a tym samym nasza cywilizacja zastygnie na komunikacyjnym poziomie wymiany doświadczeń, tracąc zdolność uczestniczenia w boskim dziele tworzenia. 

Filozofia i teologia, senex i biskup nie uzdrawiają psychiki i nie naprawiają cywilizacji, ponieważ stracili kontakt z starą, obsceniczną, pełną dystansu i humoru, brutalną i czułą anus. Interpretują, ale nie tworzą symboli. Znają się na strukturze, ale nie potrafią mówić w taki sposób, żeby język był melodią DNA, rytmem serca i pulsem duszy.  Zdobywają wiedzę, ale nie poddają się ruah (tchnieniu Ducha), która czyni z niej mądrość życia. Potrafią oślepiać w pełnym blasku słońca (erudycja), ale boją się odbijać światło nocą, w blasku księżyca, w godzinie chaosu i reformacji, gdy mądra prababka wszystkich Babć, stara Annuluk, snuje opowieści, które rozczłonkowaną psychikę zbierają w całość i na powrót ożywiają. Nie ma w nich prorokini Anny, która doskonale wyczuwa moment, w którym trzeba przyjść do świątyni serca, aby wielbić Boga wobec wszystkich, oczekujących odkupienia, ocalenia i uzdrowienia.

Mój adwent jest czasem FABULA ANILIS.

Cechy ludzi inteligentnych

Szeroko rozumianej inteligencji nie należy ani łączyć, ani wywodzić z ilorazu inteligencji (IQ). Sprawność umysłu jest tylko jedną z cech ludzkiej inteligencji. Powszechnie przyjmuje się, że między innymi zależy też od inteligencji emocjonalnej albo kompetencji społecznych.

W moim przekonaniu inteligencja jest składową trzech właściwości człowieczeństwa, które powinny odpowiednio współdziałać. Są nimi: in-stynkty, in-telekt oraz in-tuicja. Pomiędzy podświadomymi i atawistycznymi, biologicznymi i dbającymi o fizyczne przeżycie instynktami a duchowym doświadczeniem intuicji bardzo ważną rolę, mimo wszystko nie najważniejszą, odgrywa intelekt. Niestety często tłamsimy nim i ujarzmiamy instynkty, czym wyrządzamy sobie niepowetowane szkody zdrowotne i w zakresie relacji międzyludzkich. Intelekt nie powinien zwracać się przeciwko instynktowi przeżycia, ale transformować go w duchową ekspresję i predyspozycję ustawicznego połączenia z Duchem Świętym. Dzięki temu ego staje się jaźnią, a miłość erotyczna nabiera cechy miłości agapicznej.

Cechami ludzi inteligentnych w związku z tym są:

– elastyczność emocjonalna (po traumie szybko wracają do wewnętrznej harmonii);

– elastyczność społeczna (zdolność dopasowania się do różnych sytuacji);

– ciekawość siebie, świata i życia;

– potrzeba czytania, które nie może stać się ucieczką przed modlitwą i poznaniem siebie;

– otwartość umysłu (wyzwolenie z dogmatyzmu, myślenie poza schematami);

– w sytuacjach kryzysowych świadome działanie, a nie podświadoma reakcja;

– wystarczalność własnego towarzystwa (zgoda na samotność i wolność od nudy);

– rozwinięta samokontrola (zadawanie samemu sobie istotnych pytań); 

– autentyczność i naturalność (inteligentni jednych przerażają innych bawią);

– dystans do siebie (humor nie jest narzędziem przeciw innym, ale zgodą na siebie);

– empatia i wrażliwość (jednak nie przesunięta w stronę sentymentalizmu);

– zaufanie do własnych umiejętności naturalnych (rozwijanych i przekształcanych);

– wyzwolenie ze wspomnień i beztroska o przyszłość;

– odnalezienie w sobie Bożej Obecności (w wypadku tzw. ateistów Obecności Życia);  

– świętowanie życia nie z lęku przed śmiercią, ale dzięki wyzwoleniu z lęku przed śmiercią;

– umiejętność doświadczania pełni życia w jednej chwili;

– bycie wszystkim w jednym i jednym we wszystkim (wyzwolenie z iluzji oddzielenia);

– bycie świadomym (uwalnianie się z utożsamień i uwarunkowań osobowości).

Śmierć wydobywa z egoizmu

Śmierć jest kluczowym doświadczeniem naszego życia na ziemi. Kto wie, czy nie najbardziej rzeczywistym? Procesem najdalej posuniętej rezygnacji z własnych uzurpacji, utożsamień i tego wszystkiego, czego pragnie nasze ego. Tajemnica śmierci zmusza nas do wyjścia z siebie i stawia nas oko w oko z tajemnicą życia. Jest pytaniem o jego prawdziwość, momentem wydania sądu o samym sobie, nieuniknioną próbą, czekającą każdego z nas.

Doskonale wiemy, że nasze życie nie tylko zmierza ku śmierci, ale że ona nieustannie jest obecna we wszystkich dążeniach i podstawowych aktach naszego człowieczeństwa: w świadomości, poznaniu, pragnieniu, wolności, pamięci, miłości i twórczości. Dotyczy to zapewne również takich doświadczeń jak smutek lęk, cierpienie, samotność, choroba. W ludzkim życiu nieustannie uobecnia się stan albo sytuacja śmierci. W ten sposób śmierć tworzy wewnętrzną architekturę ludzkiego życia. Przejawem jej obecności są też wszystkie destrukcyjne siły w ich różnorodnych postaciach, mające związek z biologią człowieczeństwa. Pod ich wpływem dokonuje się nieodwracalny proces malenia i ubywania istnienia, który z wiekiem wydatnie ogranicza naszą aktywność. Stajemy się bezsilnym świadkiem słabości i rozpadu własnego życia. Bóg nie oszczędza nam tego stopniowego procesu umierania i samej śmierci. Jednak przeobraża to, co samo w sobie jest słabością i wyniszczającą siłą.

Teilhard de Chardin pisze: „Bóg, aby ostatecznie nas przeniknąć, musi w jakiś sposób nas drążyć, żłobić, czynić sobie miejsce. Aby nas przyjąć do siebie, musi nas przerobić, rozbić cząsteczki naszego „ja”. Zadaniem śmierci jest przebić pożądany wlot do głębi naszej jaźni (…). I w ten sposób niszczycielska moc rozkładania i rozprzęgania zostaje podporządkowana najwznioślejszym działaniom życia”. Ziarno musi obumrzeć, aby mogło rozpocząć życie prawdziwe, życie dla innych. Warto zauważyć, że to ziarno całkowicie nie zanika, ale przyjmuje nową, przemienioną i zwielokrotnioną formę bytowania. Ono żyje dalej w postaci życiodajnego kłosa. W tym obrazie Jezus z Galilei pięknie przedstawił sens własnej śmierci, w której chrześcijanin dostrzega swoją drogę przeobrażenia. W doświadczeniu śmierci Jezus Chrystus przeszedł w nową formę istnienia. Formę nowego Adama, która całemu stworzeniu zapewnia życie. Chrystus uśmiercony, to Chrystus dający życie.

Ziarno nie obumiera dlatego, że jest winne. Ono umiera, aby na zawsze nie pozostać samym; umiera, aby stać się kłosem; umiera z konieczności rośnięcia i przemiany; umiera, ponieważ nie można być jednocześnie ziarnem i kłosem, i dlatego trzeba koniecznie przejść z jednego w drugie. Dlatego Jezus Chrystus decyduje się na śmierć. Przechodzi przez nią, aby wejść w nowy kształt egzystencji, w której wszystko ulega przeobrażeniu. Wszystko, to znaczy nie tylko człowiek, ale też cały kosmos, ponieważ nastanie nowe niebo i nowa ziemia.

W obrazie przemienionego Chrystusa można odnaleźć sensowną konieczność umierania, aby stać się tym, czym powinno się być, i co symbolizuje śmierć ziarna. „Kto miłuje życie swoje, utraci je, a kto nienawidzi życia swego na tym świecie, zachowa je ku żywotowi wiecznemu”(J 12,25). Umieramy, abyśmy niczym ziarno osiągali zdumiewającą formę bytowania.

Śmierć definitywnie kończy życie grzesznika, egoisty, umożliwiając człowiekowi otwarcie się na miłość. Wyzwolenie z iluzji oddzielonego JA prowadzi człowieka do społeczności w Bogu z całym kosmosem, nawet w wymiarze biologicznym, skoro poszczególne atomy ludzkiego ciała istnieją dalej w innych stworzeniach. Jeżeli śmierć doświadczana jest przez ludzi jako zerwanie wszelkich więzów, to wszystko, co służy ich wzmocnieniu, jest przejawem prawdziwego życia. Wtedy proces wyzbycia się siebie, proces umierania, w którym dopełnia się sens życia, odkrywa przed nami jaką nicością jest ludzki egoizm i samouwielbienie, pragnienie zachowania życia za wszelką cenę.

Śmierć nie wtrąca w ontologiczną pustkę, ani w tryby Bożej „świętej inkwizycji”, której jedynym pragnieniem jest karanie. Nie ma takiej mocy, która mogłaby anulować Bożą miłość. Odwracając się od Boga, możemy co prawda opowiadać się za nicością, jednak nie zmienia to pierworodnego wezwania Boga, abyśmy uczestniczyli w wieczności życia. Śmierć wyniszcza nas nie dlatego, że jesteśmy winni, ale abyśmy otworzyli się na pełnię życia.

Dla bogacza z przypowieści Jezusa (Łk 16,19-31), który całe życie był zamknięty dla innych, po śmierci nie ma już możliwości jakiejkolwiek komunii. Nie ma ulgi, nie ma znikąd pomocy. Byłeś sam, jesteś sam. Możemy więc przeczuwać, że dla egoistycznego człowieka samotność umierania jest największym piekłem i karą. Dlatego człowiek, chociaż od urodzenia jest już dość stary, aby umrzeć, jednak w chwili śmierci boi się jej, ponieważ boi się osobistego spotkania z Bogiem. On sam i święty Bóg. Pierwsza w pełni odpowiedzialna chwila prawdy o sobie samym.

Mimo wszystko w perspektywie osobistego spotkania z Bogiem jest bardzo radosny akcent. Otóż charakterystycznym rysem chrześcijańskiej teologii jest pewność, że sędzią jest Jezus Chrystus. To znaczy, że dzieje świata zmierzają ostatecznie do pełni Królestwa Bożego. To nadaje śmierci pogodny ton nadziei i zaufania. Bóg jest Bogiem wiernym i miłującym człowieka, a skoro sędzią jest Chrystus, przeto słowo „sąd” przestaje straszyć, stając się nośnikiem nadziei.

Skoro moim sędzią jest Ten, który z miłości oddał się śmierci, a więc jest moim adwokatem, jakże miałbym bać się sądu? W śmierci nie ma niczego strasznego, bo wydobywa mnie z egoizmu.

Gdy zbliżamy się do ognia…

Przed trzema laty napisałem tekst, poświęcony hermeneutyce, pt: Hermeneutyka – Hermes z Hadesem i Demeter z Persefoną. Temat bardzo delikatnie umieściłem w środowisku chrystologicznym, zaś społecznym kontekstem tamtego wpisu była wówczas wciąż gorąca dyskusja, związana z Covidem i szczepieniami.

Przed kilkoma dniami umieściłem krótki komentarz, odnoszący się do ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu i napisałem, że moim zdaniem ludzie wiary i chrystusowej duchowości nie mają powodu, aby czuć się urażonymi jakimkolwiek zinterpretowaniem i użyciem religijnych symboli, ponieważ rolą symboli jest „otwieranie nieba”, a nie ograniczanie widzenia, pojmowania i doświadczania nieba do samych siebie.

Religijny symbol jest oknem, przez które widać niebo, jednak tylko fragment, a nie całe. Kto stoi przy swoim oknie i utożsamiając niebo z widzianym przez siebie kawałkiem radzi innym wierzyć w ten sam widok, ma problem z bliźnim, który stojąc przy innym oknie, robi dokładnie to samo. W efekcie, stojąc przy swoich oknach, absolutyzujemy kawałek nieba, który widzimy przez te okna. A wystarczyłoby wyjść na zewnątrz, czyli przejść przez znaczenie i oddziaływanie symbolu, aby połączyć się z tym, do czego odnosi.

Wniosek napisałem w swoim komentarzu, a mianowicie, żebyśmy nie utożsamiali się z religijnymi symbolami, ale pozwolili im połączyć nas z Absolutem, w którym wszyscy jesteśmy jednym.

Z niektórych reakcji na moją refleksję wnioskuję, że największym problemem zachodniej cywilizacji stał się literalizm, który wielu myślicieli wywodzi z protestantyzmu. Moim zdaniem wyciągają powierzchownie wnioski. Po pierwsze do tego miana uzasadnione pretensje może zgłaszać jedynie luteranizm, który z literalizmem ma akurat najmniejszy problem, ponieważ wpierw i przede wszystkim jest chrystocentryczny. A po drugie hermeneutyczna dyskusja nad związkiem słowa z interpretacją (np. w postaci mitu), czyli słowa z symbolem (alegorią, metaforą) jest stara jak „przysłowiowy świat”, a chrześcijaństwu przydarzyła się pierwszy raz w IV w. jako opozycja pomiędzy aleksandryjską i antiocheńską szkołą egzegetyczną.

Refleksję sprzed trzech lat postanowiłem opublikować raz jeszcze i można się z nią zapoznać poniżej, ponieważ wciąż dobrze tłumaczy moją hermeneutykę, czyli sposób, w jaki interpretuję biblijne teksty i rozumiem związek na przykład pomiędzy słowem a symbolem. Moim zdaniem zwłaszcza w duszpasterstwie i podczas doradzania duchowego należy posługiwać się taką hermeneutyką, której potrzebuje psychika, aby mogła wykonywać swoją pracę. Hermeneutyka, która nie wyzwala od literalizmu, służy zakonowi a nie ewangelii i więzi psychikę w tradycji, tożsamości i prawie.  

Niemniej na tym nie skończę. W najbliższym czasie dopiszę do tego kilka myśli, które w tekście sprzed trzech lat zasygnalizowałem, ale nie rozwinąłem. Teraz wyrażę je tylko pytaniem: Czy Hermes nie czekał na Chrystusa?  Czy Chrystus nie wypełnia Hermesa? Czy jest do pomyślenia chrystoneutyka?

Hermeneutyka – Hermes z Hadesem i Demeter z Persefoną

Grecki Hermes posiada stare związki z obmurowanymi ogrodami, a w istocie ze wszystkim, co jest ogrodzone, zamknięte i świadome, czyli celowe i założone. Do dziś posługujemy się zwrotem, że coś jest hermetycznie zamknięte. Hermes sprawuje zatem kontrolę nad odgraniczonymi miejscami, zwłaszcza takimi, które służą do wewnętrznej pracy. Czy to będzie klasztor, czy sala do modlitwy, zagłębienie terenu, zamknięty sarkofag, pokój kochanków, gabinet humanisty, wreszcie uniwersytet, ale ten idealny, posiadający kampus, to wszystko jest hermetyczne, bo służy do rozwoju i rozkwitu.

W ogrodzie, wewnątrz murów, gdzie rozkwitają kwiaty, człowiek odnajduje bogactwo własnej psychiki. Gdy uprawa jest bardziej pociągająca niż podniecenie, wtedy jesteśmy gotowi do założenia ogrodu, czyli do wejścia w przestrzeń, w której oddajemy się tęsknocie zamiast pożądaniu, twórczości zamiast nostalgii, miłości zamiast lękowi.

Średniowieczni trubadurzy, zainspirowani duchowością muzułmanów, wciąż nas uczą, na czym polega ogrodnicza sztuka. Nie pragną seksualnego spełnienia z uwielbianymi przez siebie Wybrankami, żonami właścicieli zamków, ale z przestrzeni ogrodów wielbią je swoimi pieśniami.  Ich miłość nie dąży do cielesnej satysfakcji bo wyzwala w nich nieprzebrane fale twórczej energii. Tworzą z wnętrza psychicznych ogrodów. W tamtych warunkach nie było niczym niezwykłym, gdy młody mężczyzna uwalniał się na dwa bądź trzy lata od swych obowiązków, aby w tym czasie uczyć się roli amanta. Grał na instrumentach, układał wiersze, tworzył muzykę, by śpiewać umiłowanej wybrance, zamkniętej w zamku. Były to zajęcia iście ogrodowe, w których wyrażały się tęsknota, twórczość, miłość.

Perfekcjonista i pracoholik, logik i racjonalista nigdy nie znajdzie swojego wewnętrznego ogrodu, więc nie stanie się mężczyzną inicjowanym w pełnię miłości; nie stanie się magiem, rozumiejącym sny, ani naczyniem Ducha. Obsesja doskonałości i racjonalizmu sprawia niestety, że roślinność usycha i więdnie.

Podczas gdy Demeter jest władczynią wszystkiego, co rośnie na ziemi i jest źródłem pożywienia i piękna, jej córka Persefona zostaje porwana do podziemi i żyje tam z Hadesem (inaczej Plutonem, którego imię oznacza „bogactwo”). Podobnie człowiek, wchodząc do ogrodzonego ogrodu, spotyka się z całym bogactwem psychiki, szczególnie obfitym w smutku (Demeter płacząca za córką, Persefoną).

„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni”  (Mt  5,4).

Niestety bezimienny bóg obowiązku, pracoholizmu i perfekcjonizmu, tworzy mężczyznom wszystko, co znajduje się na powierzchni ziemi, od boisk sportowych, przez biura, giełdy, zakłady przemysłowe po przydomowe parkingi. To tam mężczyźni dbają o pieniądze i karierę, robią wrażenie. Zresztą podobnie wiele Pań, które w postfeministycznym świecie weszły w męską energię.

Na powierzchni ziemi liczy się sprawczość i skuteczność. Pożądanie zamiast tęsknoty; nostalgia zamiast prawdziwej twórczości; lęk zamiast miłości. Na powierzchni ziemi liczy się szybkie i tanie zdrowie, bo ważne są męskie cele, racjonale i logiczne. Dlatego liczą się jedynie argumenty za szczepieniem albo przeciw. Tu trwa nieustanna wojna na pozornie racjonalne argumenty, które po czasie okazują się być zastałymi, starymi emocjami.

Na szczęście prędzej czy później nadchodzi czas zejścia do wnętrza i zamieszkania w ogrodzie, gdzie odnajduje się całe bogactwo psychiki. Hermes pilnuje ogrodzonego ogrodu, aby Demeter mogła rozkwitać. Hades porywa Persefonę, aby bogactwo wyrosło spod ziemi. W religijnej wrażliwości chrześcijan to wszystko skupia w sobie Jezus Chrystus, Ogrodnik, Mag, Siewca, Śmierć i Zmartwychwstanie.

Dlatego każdy człowiek znajduje się w nieustannej drodze od tego, co zewnętrzne, do tego co wewnętrzne; od powierzchni do podziemi; od słowa, które uśmierca, do Ducha, który ożywia; od prawa, które zapewnia przeżycie, do ewangelii, która ożywia i użyźnia psychikę, aby mogła rozkwitać.; wreszcie od rytualnej religijności do witalnej duchowości i od logiki do legendy. W każdej z powyższych par, pierwsze reprezentuje to, co wysuszone, okiełznane, poddane, strukturalne i tradycyjne, a drugie to, co wilgotne, bagniste, dzikie i nieoswojone.

Na początku mężczyźni potrzebują reguły, ale potem muszą odnaleźć legendę, aby przestać bać się śmierci. Podobnie kobiety, które działają w męskiej energii i nie czują luzu, dzikości, żywotności. Ludzie, którzy żyją prawem i regułą, nie znają ożywiającej śmierci, bo nie uprawiają wewnętrznego ogrodu, w którym bogactwo wyrasta spod ziemi, jak Zmartwychwstały Chrystus.

W przeciwieństwie do zdyscyplinowanego i wiecznie zatroskanego Saturna, Hermes zakłada ogród dla boskiej kobiecości, aby mogła rodzić wieczne bogactwo. Jest bogiem wewnętrznego układu nerwowego. Jego obecność oznacza boską inteligencję. Gdy działamy w jego domenie sygnały między mózgiem a koniuszkami palców, sercem a kanalikami łzowymi, między częścią ciała, która cierpi, a tą, która się śmieje, pędzą z nieprawdopodobną prędkością. Gdy pojawia się Hermes, grecki odpowiednik Ducha Chrystusa, znika logika i racjonalność. Wówczas słowa rodzą się z wewnętrznego ogrodu, w którym ogrodnikiem jest Duch, a żywotna psychika rodzi owoce geniuszu.

Według dawnej tradycji bez Hermesa nie ma mowy także o edukacji, co jest tym bardziej przygnębiające, że współcześnie wykładowców obdarzonych energią Hermesa usuwa się z uniwersyteckich wydziałów w pierwszej kolejności. Gdy prawdziwe uduchowienie przeplata się z prawdziwą sprośnością, a Hermes w ułamku sekundy przemyca prawdziwą informację między chwilą, w której mniej więcej wie się, co chce się powiedzieć, a chwilą w której mówi się coś innego, wówczas na front posyła się profesjonalistów, racjonalistów, perfekcjonistów i rzesze doktorantów, którzy zrobią wszystko dla swojej kariery. Hermes musi zginąć, jak Chrystus, którego krzyż stoi na Golgocie, czyli na czaszce, w której nie płonie ogień Ducha.

W świecie, w którym niewielu rozumie jeszcze symbol Chrystusa, nie ma prawdziwej hermeneutyki. Owszem jest wykonywana praca Hermesa, ale Demeter nie opłakuje Persefony, więc Hades nie może wydać światu podziemnego, wewnętrznego bogactwa ludzkiej psychiki. W tym świecie Chrystus pełni jedynie rolę przybitego do krzyż niemego Słowa, które nie może udzielać użyźniającego i ożywiającego Ducha. Nie może być nauczycielem życia i śmierci. W tym świecie liczy się prawo, tradycja, zobowiązanie, reguły i kariera profesjonalistów, czyli wszystko, co wysuszone i pełne lęków oraz kompleksów. Nie ma wilgoci, bo nie ma łez Demeter, płaczącej za Persefoną; nie ma Marii Magdaleny, płaczącej za Chrystusem, przebywającym w podziemnym królestwie.

W takim świecie nie ma hermeneutyki w wewnętrznym ogrodzie, która odżywia, użyźnia, odradza, a przede wszystkim uwalnia z lęku przed śmiercią. Nie ma hermeneutyki, której potrzebuje psychika, aby wykonywać swoją pracę, więc potrzebni są specjaliści od duszy,  czyli duszpasterze,  psycholodzy i psychoterapeuci,  którzy najczęściej nie wykonują swojej pracy, bo posługują się słowem zamiast Duchem. Interpretacja, która nie wyzwala do drogi od prawa do legendy i od logiki do ewangelii, nie jest prawdziwą hermeneutyką.

Nie dziwię się zatem, że poza nielicznymi wyjątkami chrześcijańska teologia nie ma w tej chwili do powiedzenia niczego ciekawego. Natomiast teolodzy i księża zamiast zwrócić się do Zmartwychwstałego ogrodnika ludzkich dusz, aby użyźnił ich Duchem, mają ludziom za złe, że nie chcą ich słuchać i opuszczają Kościoły.

Dlatego nie dziwię się także temu, że w dyskusji, dotyczącej szczepień, poza argumentami wulgarnymi i uwłaczającymi ludzkiej godności, bo sprowadzającymi człowieka do poziomu mięsa, które jedni chcą „ostrzykiwać”, aby mieć dostęp do szybkiego i taniego zdrowia, inni zaś temu się sprzeciwiają, nie ma Chrystusa, Ogrodnika ludzkiej duszy, który bogactwo życia wywiódł spod ziemi, z wnętrza, z królestwa śmierci.

Przyjaciele moi, Kochani, Córki i Synowie Boży, przestańmy marnować cywilizację. Przecież zakopujemy ją pod grubą warstwą złości, nienawiści, arogancji, lęków, kompleksów, byle tylko nasze było ważniejsze. Opamiętajmy się. Przecież to, kto jest zaszczepiony, a kto nie jest, ważne jest tylko dla tego, kto jest zaszczepiony, albo nie jest zaszczepiony, bo w ten, a nie w inny sposób chce uniknąć śmierci. Tymczasem nie chodzi o to, aby unikać śmierci, ale aby ją w Chrystusie zwyciężyć, to znaczy pozwolić, aby z jej królestwa wyrosły bogactwa wewnętrznego ogrodu ludzkiej psychiki. Kto nie przyjmuje zaproszenia do porodu przez Akuszerkę, czyli do tańca przez Piękną Panią Śmierć, które w chrześcijańskiej teologii i duchowości uosabia Chrystus, ten jest martwy i nic mu nie pomoże, ani zgoda na szczepienie, ani sprzeciw. Te wszystkie dyskusje, argumenty, aroganckie inwektywy pokazują, że z duchem Chrystusa nie mamy nic wspólnego.

Gdzie podziała się ewangelia?

Kto posługuje się legendą?

Kościół, który nie spotyka się ze Zmartwychwstałym w psychicznym ogrodzie, nie ma nic do powiedzenia ani o życiu, ani o śmierci. Psychika umiera, a ciało święci zwycięstwo. Tyle tylko, że na krótko, bo do najbliższej śmierci.

Inauguracja igrzysk i symbole

Warto sobie uprzytomnić, że w perspektywie żydowskiej oraz chrześcijańskiej zbezczeszczenie religijnego symbolu oraz obrażenie religijnych uczuć jest wprost niemożliwe z powodu konstytuującego wiarę i duchowość.

Każdy symbol religijny jest bowiem jakąś imaginacją Absolutu, próbą przedstawienia Najwyższego, wizualizacją któregoś z atrybutów Stwórcy Wszystkiego co Jest i dlatego jest nadużyciem ze względu na Dekalog: „Nie będziesz miał innych bogów obok mnie. Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią” (2 Mż 20,3n). Jak słowami sygnalizujemy nasze doświadczenie Obecności Istnienia, tak religijnymi symbolami wizualizujemy wybrane atrybuty Boga. Co prawda nie wyrażamy nimi pełni Świadomości, ale jakby nie było podejmujemy takie próby, utożsamiając się potem z efektami naszej wyobraźni. Dlatego symbole religijne same w sobie nie służą wierze ani nie rozwijają duchowości. Odwrotnie utrudniają nam codzienne i dynamiczne doświadczanie Obecności i czynią z nas religijnych fanatyków, którzy utożsamiają się z efektami własnej wyobraźni. Tymczasem naszym ziemskim powołaniem jest duchowe wędrowanie ku pełni duchowej świadomości Chrystusa, czyli Świadomości Istnienia i pełni Miłości.

Z powyższego wynika drugie. Absolutnie nic nie może pełniej przedstawić i uobecnić Boga aniżeli człowiek w pełni chrystusowego Ducha. Dlatego Mojżesz zabrania czynienia podobizn Boga (czytaj też religijnych symboli), aby Jezus z Galilei w pełni swego uchrystusowienia mógł nas przekonać, że jedynym symbolem Boga jest człowiek.

Dopowiadając, nie powinniśmy utożsamiać się z żadnym religijnym symbolem, aby nic nie przesłaniało nam prawdy o nas samych. Ludzie zaślepieni religijnym symbolem, zasłaniającym im godność człowieka i wartość życia, stają się fanatykami swojej i grupowej wyobraźni. Człowiek jako manifestacja Obecności i pełni chrystusowej Świadomości nie ma dla nich żadnego znaczenia. Kpią sobie z niego, obrażają, poniżają i odbierają prawo do bycia człowiekiem, a na końcu zabijają, jak stało się z Jezusem z Galilei, który umarł, ponieważ nie utożsamił się z religijnym symbolem i nie imaginował, ale doświadczał Królestwa Bożego, czyli potęgi Istnienia.

Krytycy paryskiej inauguracji Igrzysk Olimpijskich, pełni oburzenia i  jadu, którym plujecie na innych, dla których powinniście być bliźnimi, przemyślcie swoje zachowanie, bo sami do Królestwa Istnienia nie wchodzicie, a innym zabraniacie.

Szczęście ma zapach siana

Czy istniej coś takiego, jak doświadczenie szczęścia? Takie zwyczajne, ludzkie, bez fanfar, odtrąbionych na cześć zwycięzcy, nie zagrożone naukami faryzeuszy i tych, którzy wolność mylą z bezradnością, a szczęście z bezruchem?

W moim przekonaniu istnieje. Sprzyja mu słoneczne lato, rozgrzane powietrze, pachnące sianem, którego ostatnio wokół nas zdecydowanie mniej niż bywało dawniej.

Zapach siana jest obłędny, trudno go pomylić i porównać z jakimkolwiek innym. Wyczuwam w nim zieloną trawę, która jest pokarmem, albo promienie słońca, świecącego, żeby życie mogło trwać. W sianie pachnie też ziemia, która po ścięciu trawy ma szansę wygrzać się i osuszyć w słońcu. Pachną wszystkie zwierzęta, cieszące się ostatnimi chwilami spokoju w domu,  którym jest łąka aż chwili, gdy siano zniknie w stodole. Wreszcie pachnie pot mężczyzny, który kosił, i kobiety, która suszyła.

Przyznam, że czasem zastanawiam się, czy ktoś, kto nie czuje zapachu siana, kiedykolwiek poczuje życie w jego zmysłowej wspaniałości? Mnie wystarczy poddać się intensywności i niepowtarzalności zapachu siana, żeby doświadczyć prawdziwego szczęścia. Dlatego na podstawie mojego życiowego doświadczenia, a także różnych przemyśleń, rozmów, spotkań, stworzyłem krótką lekcję szczęścia, pachnącego sianem:

1. Nie bój się porannych promieni słońca, ani nie chowaj głowy pod poduszkę, żeby o świcie nie słyszeć ptaków. Lepiej wstań przed innymi, wstań o  świcie, wstań wcześniej od swojej duszy, ale wstań! Na początku wstań o 7.30, potem o 7.00, potem o 6.30, aż uda ci się wstać w magicznej chwili, którą wywołują pierwsze promienie słońca. Udaj się nad wodę, na wzniesienie, gdziekolwiek, gdzie będziesz mógł oglądać zwycięstwo słońca, i spodziewać się, że w powrotnej drodze poczujesz zapach siana. W modlitwie nie zapomnij podziękować za chwilę, w której żyjesz, i którą napełniasz swoją obecnością. Wyraź zachwyt pięknem życia.

2. Po pięknym dniu znowu bądź szybszy i zaśnij wpierw o 23.00, potem o 22.30, potem o 22.00, aż dojdziesz do chwili, w której nie będziesz jeszcze na tyle zmęczony, aby mieć problem z zaśnięciem. Zaśnij wtedy, gdy siano przestaje pachnieć. Nie zapomnij w modlitwie podziękować za noc.

3. Z codziennej diety skreśl to wszystko, czego nie potrafisz nazwać, ani odróżnić. Staraj się jeść tylko to, co bez problemu można wyodrębnić od reszty składników. Zaczynając nowy bochen chleba, uczyń  na nim znak krzyża, bo jest darem miłości, ale jedz go z umiarem, by starczyło dla innych. Lubisz kawę? Pij ją. Lubisz herbatę? Pij ją. Lubisz wino? Pij je. Pij wszystko z umiarem, ale najwięcej pij wody. Tylko pilnuj, żeby była przechowywana w szkle.

4. Skoro wstaniesz przed innymi, masz dość czasu, aby przygotować sobie piękne, pachnące, spokojne śniadanie. Ono jest jak port, z którego wypływasz na wzburzone może codziennych zadań i spraw. Śniadanie jedz, jakbyś był królem. Stwórz sobie praw do tego posiłku, do wolności, szczęścia, zdrowia i pokoju. Jedząc śniadanie nie czytaj gazet i nie patrz w telewizor, ale podziwiaj słońce, słuchaj ptaków i w modlitwie dziękuj za dar życia, pokarmu, smaku, zapachu, piękna. 

5. Rozciągnij się. Wyprostuj kręgosłup, bo nie jesteś niewolnikiem. Ręce wyciągnij ku słońcu, abyś potrafił nimi tworzyć relacje i przyszłość swojego życia. Kręć głową, żebyś nie miał sztywnego karku i potrafił z daleka dostrzegać ludzi i nowe szanse. Poskacz na nogach, żeby Cię niosły wolną drogą przez nowy dzień.

6. Kup sobie piękny zeszyt i ładne pióro, abyś wieczorem mógł zapisać przeżyte chwile i spotkania, zdystansować się do swojej pracy, swoich słów i pochopnych ocen. Ten zeszyt oczyści Cię z nienawiści, a podświadomość uchroni przed śmieciami.

7. Wypierz pościel w miękkim i pachnącym płynie. Umyj łóżko, wysprzątaj sypialnię, zadbaj o letni zapach i połóż się w swoim łóżku, niczym w chmurze, która niesie Cię do nieba. Jeśli już musisz w nim czytać, to tylko piękne słowa.

8. Wysprzątaj pokój, w którym pracujesz. Poukładaj książki, usuń kurz, wyrzuć śmieci, zmień obrus na stole, na parapet postaw drobnostki, które kojarzysz ze szczęściem i zapal świecę. Niech płonie zawsze, gdy pracujesz albo z kimś rozmawiasz.

9. Nie żałuj sobie chłodnej wody pod prysznicem. Załóż czystą koszulę, delikatną, pachnącą. Nawet nie pomyśl o skarpetach z poprzedniego dnia. Włóż czyste buty.

10 Weź psa na spacer i ucz się od niego, jak skacze się przez rów, łapie owady i na wszystko szczeka. Nie zapomnij więc, że każdego spotkanego trzeba pozdrowić, życząc mu dobra i szczęścia, bo wtedy ono jest także blisko Ciebie.

11. Jeśli masz jakieś wielkie pragnienie, które Cię wyniszcza, bo odczuwasz je jako pożądliwość, nie walcz z nim i nie odcinaj części samego siebie, ale pomyśl nad tym, za czym tak naprawdę tęsknisz, pragnąc czegoś. Pożądanie wyniszcza, tęsknota zapewnia energię.

12. Nie musisz kochać wszystkich ludzi. Wystarczy, że kochasz sąsiada i kierowcę z samochodu, który chce zmienić pas ruchu, albo szefa, z którym spotkałeś się  przy ekspresie do kawy.

13. Najbliższym codziennie powtarzaj, że ich kochasz; że jesteś wdzięczny Bogu za to, że są; że są piękni i wyjątkowi. Buduj relacje, abyś zachował wspólnotę, dzięki której jesteś szczęśliwy.

14. Gdy tylko masz okazję, leż w sianie i podziwiaj błękitne niebo. Słońcu pozwalaj uśmiechać się do Ciebie i miej marzenia! 

15. I zawsze, gdziekolwiek i kiedykolwiek jesteś, za wszystko dziękuj. Wdzięczność uwalnia od trosk i pozwala cieszyć się każdą chwilą.

Odpocznienie czyli wejście do Królestwa Niebios

Serce jest paleniskiem Boga. Gdy Bóg sam ogniem jest, me serce paleniskiem, na którym spala On próżności drzewo wszystkie.                          Anioł Ślązak

Słowami Anioła Ślązaka przechodzę do refleksji, poświęconej ostatniemu etapowi duchowego rozwoju człowieka. Ogień transformuje nas z istot egoistycznych w prawdziwe, nie potrafiących kochać w miłujące, nieświadomych w świadome. Symbolicznym narządem tej transformacji jest serce, podobnie jak symbolicznym narządem potrzeby posiadania terytorium, przynależności rodowej, zaspokajania potrzeb pokarmowych i seksualnych, realizowanych na poziomie cielesnym, są nerki.

Żałuję, że krytycy mojego doświadczenia nie zauważają, iż swoją argumentację wywodzę z obrazowości nowotestamentowej. Życie według ciała jest bowiem uleganiem materialnym potrzebom życia i przeżycia, czyli pokarmu i seksu, zaś życie według ducha jest skutkiem transformacji cielesnego w duchowe dzięki przejściu w sferę serca, a więc ognia.

W świątyni Miłości, którą jest serce, zaczynamy działać z poziomu duchowego. O ile splotowi słonecznemu, poniżej serca, przyporządkowana jest wola działania, o tyle dominującym tematem centrum szyi, powyżej serca, jest słowo: „Niech się stanie wola Twoja”. Dzięki alchemii życia w laboratorium Miłości zaczynia nas i odmienia energia wiary, niczym drożdże zamieniają mąkę w ciasto na chleb. Z wszystkiego się cieszymy, za wszystko dziękujemy, wybaczamy i akceptujemy wszystko, co nas spotyka w postaci doświadczeń. Pozwalamy naszej woli wejść w harmonię z tym, co jest nam darowane. Przestajemy walczyć, upierać się, zmuszać do działania, a więc pożądać i cierpieć. Pojawia się odpoczywanie, beztroska, otrzymywanie bez stawiania żądań, odnajdywanie bez szukania, doświadczanie obecności JESTEM bez wielu słów. Pojawia się cisza upragniona, a ponieważ większość z nas kompletnie nie pojmuje i nie praktykuje duchowego procesu wzrastania oraz pracy ze świadomością, więc ciszę upragnioną łączą z śmiercią. Tymczasem Jezus nie mówi: „Błogosławieni umarli, albowiem oni doświadczą ciszy”, ale: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt 5,5). 

Odpoczniecie jest poziomem duchowego doświadczenia po wyjściu z wody i przejściu przez ogień pustyni. Jakub, Mojżesz, Izrael, Jezus z Galilei to historie, których nie sposób nie potraktować jako biblijnych archetypów duchowej drogi człowieka.

Przejście do ciszy jest uwarunkowane pokonaniem drugiej tamy, czyli gardła. Powyżej niej, w głowie znajduje się symboliczny nous (słowo greckie), czyli umysł, którego nie należy utożsamiać z rozumem. Z tego, co potrafimy nazwać ludzkimi słowami, nous bardziej jest ludzkim potencjałem osiągnięcia pełni świadomości, aniżeli zdolnością racjonalnego myślenia.

Gdy życiowa energia spokojnie płynie przez gardło, potrafimy pewnie i z godnością wyrażać samych siebie oraz kreatywnie oddawać siebie w służbę życia i miłości, czyli Boga.

Zanim opiszę skutki i znaczenie przejścia przez „wąskie gardło”, czyli ewangeliczną „wąską ścieżkę”, którą w ziemskim życiu tylko niewielu powraca do Ogrodu Życia, zadam kilka pytań, aby mieć argument dla dalszej refleksji.

Dlaczego do myślenia nie daje nam zmyślna strategia Mistrza z Galilei, który dla każdego miał dobrą wiadomość o zbawieniu, ale już nie wszystkich uczynił swoimi uczniami?

Dlaczego nie wszystkim, a jedynie uczniom przekazał wiedzę na temat uzdrawiania i zlecił im tę służbę w świecie?

Dlaczego uczniowie nie mieli władzy nad demonami i dopiero apostołom, powołanym z ich grona, Jezus powierzył to zadanie?

Proszę bardzo. Widać, jak na dłoni, że dopiero tym, którzy przez dłuższy czas dniem i nocą mogli słuchać i obserwować Mistrza, dane było posiąść wiedzę = władzę nad demonami. To ludzie, którzy zwycięsko przeszli doświadczenie ognia i po pokonaniu energetycznego „wąskiego gardła” oczyścili oko, które jest źródłem wewnętrznej światłości: „Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest czyste, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśliby oko twoje było mętne, całe ciało twoje będzie ciemne” (Mt 6,22n)

Jaki ma to związek z demonami? Wydaje się, że dość oczywisty. Demon nie jest złym duchem, jak popularnie, aczkolwiek błędnie go nazywamy. Demon jest duchem zła! Jest odwróconym porządkiem świata i życia. Jest podzieleniem jedności i przyczyną dwoistości, źródłem oddzielenia człowieka od Boga i materialnego od duchowego. Jest odwróconą myślą i zanikiem zdolności widzenia, więc wprowadza w sferę, której służy, czyli w ciemność. A skoro, zdaniem Mistrza, ślepy ślepego nie może prowadzić, ponieważ obaj wpadną do dołu (Mt 15,14), więc już wiadomo, dlaczego jedynie ludzie z czystym, duchowym okiem, widzący wszystko w światłości Ducha, a nie w ciemności materii, mogą zobaczyć demona, poznać jego imię i rozkazać mu opuścić nieszczęśliwego człowieka albo zajmowaną przestrzeń. 

Jest w ewangelii wg Mateusza tekst, który wydaje się zagadkowy. Chodzi mianowicie o opowiadanie, w którym uczniowie pytają Jezusa, dlaczego nie poradzili sobie z demonem epileptyka. Poirytowany Mistrz wyjaśnia wówczas: „Ten rodzaj nie wychodzi inaczej, jak tylko przez post i modlitwę” (Mt 17,14-21).

No i wszystko wiadomo! Post i modlitwa są niezbędne, żeby być odpowiednio przygotowanym do konfrontacji z ciemnością. Służą oczyszczeniu oka światłości. Dopiero widzący w światłości Ducha, może zdobyć wiedzę = władzę o człowieku i źródle jego życiowego nieszczęścia. Post i modlitwa są czynnościami duchowymi, oczyszczającymi ciało, dzięki którym z poziomu życia według ciała wznosimy się do poziomu życia według ducha i otrzymujemy dar widzenia prawdy w światłości, której źródłem jest Bóg.

Nie wszyscy pokonujemy pożądanie i zwycięsko przechodzimy przez ogień, więc sami cierpimy, a pozostając ślepcami nie mamy dość wiedzy = władzy nad demonami. Nie wszyscy jesteśmy gotowi do wykonywania tej duchowej pracy, więc mądry Jezus wiedział, że jedynie wyselekcjonowana grupa, której poświęci dużo uwagi i miłości, będzie zdolna  do przyjęcia daru wypędzania demonów i przekazania go kolejnemu pokoleniu.

Wielu egzorcystów to szaleni showmani, pyszni jak apostołowie, opisani we wspomnianym wyżej wydarzeniu. Ich arogancja bierze się z ignorancji. Myślą, że mocą swojego autorytetu mogą rozkazywać demonom, a one będą im posłuszne. Nawet przywoływanie imienia Chrystusa często nie wystarcza, ponieważ sami są duchami zła. Pogrążeni w cierpieniu pożądliwości, aby dysponować mocą, są bezsilni, bo pozostają ślepi. Jak uczniowie Jezusa zapominają, że nie dysponują własną mocą, ale muszą oddać się Bogu, aby Jego moc działała przez nich! Gdy człowiek dba o swój duchowy rozwój, oczyszczając się przez post i modlitwę, wznosi swoją energię do poziomu widzenia w prawdzie. Wtedy Ten, który jest Światłością, posyła światłość, którą rozprasza demoniczne ciemności życia. 

Tylko widzenie duchowym okiem równa się władzy! Proszę zapamiętać to równanie i próbować równać do tego poziomu duchowego życia. Każda inna władza jest przemocą i źródłem ziemskich ciemności.

Post i modlitwa otwierają wewnętrzny narząd zmysłu, który znajduje się pomiędzy oczami fizycznymi. W języku duchowości to jest trzecie oko, któremu fizycznie w środku mózgu odpowiada szyszynka, gruczoł bardzo wrażliwy na światło. Szyszynka odpowiada za nasze wizje, sny oraz cykl snu i czuwania. Organ był nazywany siedzibą duszy na długo zanim współczesna nauka odkryła jego znaczenie i pełnione funkcje. U niektórych istot niższych oraz embrionów szyszynka faktycznie stanowi trzecie oko. Warto dodać, że za jej niezakłócone działanie odpowiada także przysadka mózgowa.

Minęły trzy miliardy lat od pojawienia się na ziemi pierwszej formy życia do ewolucyjnego utworzenia oczu, które mogły widzieć. To całkiem spory czas, spędzony przez żywe organizmy w ciemności, zanim nareszcie zapalono światło. Kiedy zwierzęta zaczęły widzieć, nabyły też zdolności poruszania się w kierunku pokarmu i odsuwania od niebezpieczeństwa.

Teraz być może znajdujemy się w podobnym punkcie ewolucyjnym, co dawniejsze gatunki. Właśnie osiągnęliśmy stadium, w którym mamy wystarczająco dużo wiedzy o świecie, aby mieć wgląd w przyszłość. Dotarliśmy też do punktu, w którym całe masy ludzi uczą się zwiększania świadomości, modlitwy ciszy, rozwijania intuicji, itp. Dzięki temu jesteśmy coraz bardziej świadomi wizji przyszłości oraz tego, jak możemy rozkwitać. W sensie cywilizacyjnym to przecież wciąż ten sam projekt, co w personalnym, a mianowicie wydostawanie się spod władzy księcia ciemności i uczestniczenie w światłości.

Czyżbyśmy jako chrześcijanie mieli w nim nie uczestniczyć? Dlaczego dla ratowania słupków kościelnych statystyk nie uczymy ludzi wychodzenia z wody i przechodzenia przez ogień, aby mogli otrzymywać dar jasnego widzenia w ciemnościach? Czy naprawdę ciężko zauważyć, że podobnie jak ludyczny i świecki Wernyhora, również ap. Paweł choć tylko na trzy dni, ale jednak stracił zdolność widzenia oczami zewnętrznymi, aby trzecim okiem zobaczyć prawdę? To się zdarzyło, gdy został oślepiony światłością z wysokości.

Ponieważ trzecie oko jest związane z jasnym postrzeganiem prawdy, negatywem jest iluzja. Gdy człowiek zamyka się w jakiejś iluzji, ona zaciemnia mu pole widzenia i zaburza jasność. Zaczyna wtedy doświadczać chorób, które mają związek ze świadomością. Ich duchowe przyczyny tkwią w nous, czyli w umyśle. To może być migrena, bezsenność, udar, problem z pamięcią, stwardnienie rozsiane, ale też Alzheimer i Parkinson, a nawet syndrom Aspergera. 

W większości, jako duchowni i katecheci, w nosie mamy, czym odżywiają się dzieci i młodzież, czy potrafią praktykować modlitwę ciszy, o seksie mówimy im w taki sposób, jakby mieli pracować w „tej” branży, ale każemy im wkuwać definicje bez znaczenia i sensu dla ich życia, uczymy historii, które nie mają żadnego związku z ich duchowością i ćwiczymy w tzw. karności. A gdy mają problemy psychiczne wysyłamy do specjalistów od coraz to nowszych jednostek chorobowych. Zgroza, a to tylko życiowe skutki prowadzenia ślepych przez ślepych. Brakuje nam widzących, cichych, spokojnych, ludzi odpocznienia, pokazujących innym, zwłaszcza młodym, w jaki sposób osiągać ten sam stan ducha.

Odpowiednia dieta, takie praktyki duchowe, jak modlitwa, ale też higiena pracy, fizycznego ruchu, snu, czy oddychania, są nieodzowne w docieraniu do granic naszych duchowych możliwości, aby móc spotkać się z najwyższą i jedyną Świadomością, którą nazywamy Bogiem. Gdy energia spokojnie przez nas płynie i dociera do tej granicy ziemskiej świadomości, którą jest trzecie oko, wówczas harmonijnie łączą się w nas trzy sfery, a mianowicie podświadomość, świadomość i nadświadomość, które inaczej można nazwać instynktem, intelektem oraz intuicją. W tradycyjnym języku religijnym życie według ciała staje się życiem według ducha, aby doświadczyć zesłania Ducha, który całkowicie zmienia oprogramowanie rozumu, to jest ofiarowuje nam nowy nous, metanous, w którym nie ma już śmierci, ani łez, ani cierpienia.

To więc mówię i świadczę w Panu, abyście dłużej nie postępowali jak postępują poganie w swoim pustym umyśle, mający zaćmione myśli, dalecy od Bożego życia z powodu nieświadomości, która jest w nich z powodu skamieniałego serca, którzy stawszy się nieczułymi, samych siebie rozpasali, aby w zachłanności móc się zanieczyszczać. Wy jednak tak nie nauczyliście się Chrystusa. Jeśli oczywiście go usłyszeliście i w nim pozwoliliście nauczyć się takiej prawdy, jaka jest w Jezusie, aby zdjąć z siebie starego człowieka, powracającego do dawnych zachowań, niszczącego siebie zwodniczymi pożądaniami, aby dawać się odnawiać duchowi waszego umysłu i ubrać się w nowego człowieka, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy” (Ef 4,17-24).

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, co Duch ma do powiedzenia. Nic dodać, nic ująć, więc gdzie jest współczesny Kościół ze swoją duchowością? Zabierzmy się wspólnie do tworzenia duchowego i chrystokształtnego programu życia, jeśli oczywiście chcemy żyć w tej samej prawdzie, w której żył Jezus z Galilei.

Zbawieni jesteśmy razem

Nie chcę i nie mogę milczeć w sprawie, poruszającej moje serce, która przybrała zły obrót. Chociaż różnimy się oczekiwaniami, w jaki sposób powinna się toczyć, podejmuję się obrony kolegi, który wystarczająco jasno, publicznie i odważnie przyznał się do błędu i dał świadectwo pokuty, która jest procesem naprawczym, a nie płaceniem za winę.

Kto pamięta słowa Mistrza z Galilei: „Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy kto patrzy na kobietę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim. Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe twoje ciało miało przechodzić ciężkie cierpienia psychiczne i fizyczne. A jeśli prawa ręka twoja cię gorszy, odetnij ją i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe twoje ciało miało znosić ciężkie przejścia, cierpiąc psychicznie i fizycznie” (Mt 5,27-30)?

Kto z decydujących o losie kolegi, któremu nie udało się zachować integralności własnej psychiki i ulegając oczom został pokonany przez wyparty aspekt swojej męskiej seksualności, stojąc w prawdzie może w swym sercu przyznać, że nigdy nie spojrzał na kobietę w taki sposób, o jakim mówi Jezus? Jeśli tak, dlaczego nie „wyłupali” swego oka?

Prościej jest „wyłupać” człowieka z wspólnoty i rodzinę z życia, aniżeli własne oko?

Co widzimy, patrząc na to cierpienie, które w tekście greckim nazwane jest Gehenną?  Czy potrzebne są nam jeszcze oczy, skoro nie chcemy dostrzec ciężkiego doświadczenia, przez które przechodzi nie tylko on, ponieważ uległ kłamstwu oka, ale też skrzywdzeni przez niego ludzie?  

Oczywiście wiem, że sam skrzywdził. W efekcie cierpi rodzina i wspólnota, w której jest duszpasterzem. Tego nie sposób nie brać pod uwagę. Rany, która zadał, w pierwszym rzędzie trzeba dotknąć a nie zlekceważyć.

Nie zapominajmy, że tym, co skutecznie może wyleczyć, jest to, co doprowadziło do nieszczęścia, traumy i cierpienia. Inaczej dalej będzie toczyć się diabelska procedura wypierania, zaprzeczania i wykluczania, która w naszym języku zwie się potępieniem. To ona doprowadziła do tego, że pożądanie poprzez cielesne odczuwanie bliżej niezdefiniowanego lęku o życie, wyobcowania, niespełnienia, bezsensu i egzystencjalnej pustki rozwinęło taki potencjał, któremu uległ nasz kolega. To odczuwanie, które nieudolnie opisałem i nazwałem, zna prawie każdy młody mężczyzna, wychowany w restrykcyjnej i pruderyjnej kulturze duchowej, w której cielesność i seksualność są tematami „tabu”. Cielesne pożądanie jest w niej tzw. „grzechem”, który należy przezwyciężyć i okiełznać, a nie zintegrować i wykorzystać do duchowego rozwoju. Bezradni młodzi mężczyźni w efekcie tkwią w wewnętrznym konflikcie, nie radząc sobie ze swoją męską energią seksualną i witalnością.

Potępiają się i sami siebie wykluczają. Nie mija dużo czasu, aby to, co wyparte i potępione, uwolniło się spod kontroli i wbrew ich woli doprowadziło do nieszczęścia.

Kto od wieków w ten sposób moderuje pobożność i kulturę?

Kto aktywnie uczestniczy w duchowym rozwoju młodych mężczyzn w procesie wychowania? Oczywiście my – duchowni, teolodzy, duszpasterze, wychowawcy, rodzice.

Kto z nas czuje się dziś z tym źle i niekomfortowo, że nasz kolega i jego rodzina zostaje „wyłupana”? Ilu zaś odczuwa ulgę i satysfakcję?  

Sprawiedliwość wymaga od nas działania na rzecz uzdrowienia a nie wykluczenia, pojednania a nie podziału. Przede wszystkim wspierania życia za każdą cenę.

Naszym obowiązkiem jest uzdrowienie całej sytuacji oraz wszystkich uczestników tej traumy, w większości mimowolnych. Uzdrowienie dokonuje się poprzez wsparcie życia i przywrócenie wspólnot do równowagi. Przypominam Judę, który będąc sędzią zobaczył, że rodowa trauma wyniknęła z jego winy i dlatego uznał niewinność Tamar (1 Mż 38).

Duszpasterz, który przeszedł przez Gehennę cielesnego pożądania, wprowadzając w nią inną osobę, jednak stając w prawdzie i uznając swoją winę poprzez proces pokuty ma szansę stać się skuteczniejszym wychowawcą młodych mężczyzn i terapeutą par, od tych, którzy tłumią energię seksualną i wypierają męską witalność.

Czy musimy wciąż popełniać te same błędy tylko dlatego, że boimy się otwarcie przyznać do własnych słabości, kłamiąc na temat swoich „pożądliwych oczu”, marnując szansę na uzdrowienie człowieka i jego rodziny, co stanowiłoby świadectwo o Bożej miłości i było szansą na zmiany w duszpasterstwie mężczyzn i terapii rodzin?

Rozumiem, że trzeba nam uznać prawne konsekwencje czynu i zaistniałej sytuacji, ale czy na pewno ulegać presji wywieranej przez społeczną nieświadomość, która tworzy kolejne kręgi nieszczęścia i cierpienia?

Jeśli nie my – ludzie Boży – to kto ma być wspólnotą wybaczenia, uzdrowienia, pojednania i ocalenia na świadectwo o miłości i zbawieniu? Jeśli nie będziemy znakiem nadziei, jakiej przyszłości możemy oczekiwać dla ludzkości?

Nie zgadzam się na takie rozwiązanie, jakie w tej chwili jest wdrożone. Czuję się z tym źle i niekomfortowo, bo wiem, że nie tak ma być między nami. Dlatego proszę, uczyńmy krąg i stwórzmy przestrzeń, w której pokutujący usłyszy słowo nadziei: „Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8.11), rodzina doświadczy ocalenia, bo inaczej przez lata będzie zmagała się z wykluczeniem społecznym i ekonomicznym, a wspólnota parafialna ma szansę wykorzystać zaistniały kryzys duszpasterski do rozwoju i poszerzenia duchowej świadomości.

I żeby nie było wątpliwości, że jestem ślepcem. Widzę popełnione przez kolegę zło i zdaję sobie sprawę z cierpienia, które za nim stoi. Nie zwalniam go z odpowiedzialności. Jednak zależy mi na naszej odpowiedzialności, wspólnotowej, ponieważ zbawieni jesteśmy razem, w ludzkiej wspólnocie, przez miłość Bożą, która rozlana jest w każdym ludzkim sercu.

Proszę też, aby złośliwie nie komentować pod wpisem, bo nie zareaguję. Chwila, którą przeżywam, jest zbyt drogocenna i piękna, abym zajmował się czymkolwiek innym od wdzięczności za życie i wspierania każdego, kto potrzebuje cierpliwej i wyrozumiałej miłości.

P.S.

O ile o świcie miałem jeszcze wątpliwości, czy pisać, o tyle po otwarciu dzisiejszego lekcjonarza ustąpiły jak poranne mgły. Tekst biblijny, dedykowany nam dziś do modlitwy i duchowej pracy, brzmi następująco: „Wiecie, że przez bezsiłę ciała ogłosiłem wam wcześniej dobrą wiadomość, wy zaś moje cielesne doświadczenia mieliście za nic, nie wzgardziliście mną ani nie plunęliście na mnie, ale mnie przyjęliście jak posłańca Bożego, jak Chrystusa Jezusa” (Ga 4,13n). Autorem tych słów, jest ap. Paweł.  

Noworoczne życzenia

„Ten, którego głos wtenczas wstrząsnął ziemią, zapowiedział teraz, mówiąc: Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. Słowa: „Jeszcze raz” wskazują, że rzeczy podlegające wstrząsowi ulegną przemianie, ponieważ są stworzone, aby ostały się te, którymi wstrząsnąć nie można. Przeto okażmy się wdzięcznymi, my, którzy otrzymujemy królestwo niewzruszone, i oddawajmy cześć Bogu tak, jaku mu to miłe: z nabożnym szacunkiem i bojaźnią. Albowiem Bóg nasz jest ogniem trawiącym” (Hbr 12,26-29).

Od dłuższego czasu mam przeczucie, że wstrząsowe procesy, które trwają od 2007 roku, ale nasiliły się, a już na pewno zaczęły być odczuwane przez większości ludzi wraz z pojawieniem się COVID-19, będą coraz dotkliwiej zmieniały nasze życie. Wojennej sytuacji w Ukrainie nie warto komentować, bo prawdopodobnie wszyscy mamy świadomość powagi sytuacji. Poza tym coraz wyraźniej widać, że wojna za wschodnią granicą jest tylko wierzchołkiem góry lodowej globalnego oziębienia i rozchwiania klimatu polityczno-ekonomicznego. A w zanadrzu mamy jeszcze ekologiczne skutki współczesnej gospodarki oraz nieobliczalne i całkowicie poza naszą kontrolą pomruki planety, która z całą mocą może w jednej chwili zmieść z swojej powierzchni najbardziej krnąbrne społeczności i kultury, a nawet całą cywilizację.

Apokalipsy nie musimy przewidywać, ponieważ jesteśmy jej świadkami. To znaczy, że możemy świadomie obserwować odsłanianie się kolejnych aktów niebiańskiego teatru, którego reżyserem i scenografem jest Najwyższa Miłość. Jednych kolejne akty będą coraz bardziej przerażać, innych fascynować. Pierwsi oglądają bowiem apokaliptyczny teatr ze strachem, drudzy z zaufaniem. Pierwszych pochłonie trauma, drudzy doświadczą uwolnienia i regeneracji.

Rozpoczęty przed kilkoma godzinami Nowy Rok – 2024 – będzie dalszym ciągiem ostatecznej apokalipsy, która w istocie jest nadawaniem sensu i pełni ludzkim dziejom w Chrystusie. Ta ostateczna apokalipsa jest odsłanianiem chrystusowej pełni. Jej przebieg od nas nie zależy, jednak sposób, w jaki bierzemy w niej udział, oraz emocjonalne reakcje, są już naszą metodą na oglądanie i współuczestniczenie w teatrze kosmicznych wydarzeń.

Uciec nie sposób. Trzeba wytrwać do końca, mając świadomość, że bez wstrząsów nie ma wzrastania, przemiany, regeneracji. Tym bardziej ostateczna apokalipsa też nie jest możliwa bez wstrząśnięcia przemijającą postacią świata, aby w pełni objawiło się Królestwo Chrystusa, to jest królestwo odnowionej ludzkości, w którym wszystko jest nowe.

Dlatego moje życzenia na Nowy Rok opatrzyłem mottem z Listu do Hebrajczyków. Przed nami pełnia światłości, której doświadczymy, gdy przetrwamy ciemności. Otrzymujemy przecież niewzruszone królestwo, które w pełni objawi się po wzruszeniu przez Stwórcę wszystkiego, co nietrwałe, niestabilne, fałszywe i dlatego przemijające. Spod pancerza materii, z chłodu lęków i ciemności kłamstw Stwórca wydobywa ducha, miłość i prawdę.

Życzę, abyśmy niewzruszenie trzymali się tego, co już jest trwałe, stabilne, prawdziwe, bo jedynie w taki sposób możemy przetrwać wstrząsy, które są udziałem ludzi. Wstrząsy będą na tyle silne, że wszyscy będziemy musieli się puścić… Z rąk, serc, umysłów, ostatecznie także z ust wypuścimy wszystko.

Apokalipsa to odsłanianie prawdy o człowieku!

Co odsłoni w nas i o nas Nowy Rok? Co jest naszą najwyższą wartością? Czemu służymy? Jakimi słowami nadajemy sens swojemu człowieczeństwu?

Życzę, aby nasze przywiązania, pragnienia, myśli, uczucia, emocje i słowa nie ciągnęły nas w dół, w otchłań, ale niosły ku górze, ku światłości niedostępnej, w której przebywa Najwyższa Światłość. Chrystusowa światłość wszystko stwarza na nowo. Mając w niej udział jesteśmy niewzruszeni, gdy wszystko jest wzruszane, aby odsłoniła się nowa postać świata.

Życzenia na Święta Bożego Narodzenia

Boże Narodzenie…

Bóg zawsze zstępuje w dół, na ziemię, w otchłań.

Potem człowiek wstępuje w górę, do nieba, w przestworza.

Boże Narodzenie…

Traumatyczny dzień, stający się nocą – niechciany.

Cudowna noc, stająca się dniem – niespodziewana.

Boże Narodzenie…

Świadome rozsypuje się w drobny mak niewiadomego.

Nieświadome poukładane na nowo w wiadome.

Noc Bożego Narodzenia…

Czego sobie życzysz w tę noc?

Jeśli chcesz nowego, nie wahaj się zejść w otchłań swojej traumy.

Noc Bożego Narodzenia…

Boskość poprowadzi Cię tam, gdzie największa rana, najcięższe łzy.

Nie bój się ciemności tej nocy, bo w niej ukryte są wszystkie noce Twojej historii.

Noc Bożego Narodzenia…

Gdzie Twoja boskość odnajdzie Twoje człowieczeństwo

tam odkryjesz, że Twoje zdrowie i szczęście pozostawało nieuświadomione.

Życzenia Bożego Narodzenia…

Wszyscy Tobie życzą zdrowia, szczęścia, radości,

mając nadzieję, że ominie Cię otchłań, noc i ciemność.

Życzenia Bożego Narodzenia…

Jeśli są prawdziwe uwzględniają Boga w ciemnościach nocnej traumy,

więc wierzę w Twą boskość, która odnajdzie Twe człowieczeństwo.

Życzenia Bożego Narodzenia…

Poza tą wiarą nie potrzebujesz życzeń – uwierz mi.

Bo to jest wiara w narodzenie Chrystusa, którym jesteś.