Wdzięczność

Wspólnie zwiedziliśmy 45 ogrodów krainy życia. Zapachy, kolory, widoki niektórych natychmiast zapierały dech w piersiach, tymczasem okazywało się, że pomiędzy nimi są też osty, kolce i ciernie, które warto zauważać i respektować, aby nie przerwać strumienia energii, płynącej przez nas ku niebu, w którym chcielibyśmy żyć. Nie zapominajmy, że uważność na każdy rodzaj emocji stwarza w nas niebo albo piekło. Z kolei w innych spodziewaliśmy się dzikiej plątaniny trujących, kaleczących i śmierdzących chwastów, a mimo tego odkrywaliśmy, że każdy z nich pełni rolę lekarstwa na duchowe choroby. W końcu, gdy udawało nam się przedrzeć przez gąszcz dzikich roślin, w samym środku ogrodu odkrywaliśmy śpiącą królewnę, czekającą na pocałunek. Jest nią dusza, zraniona igłą zawiedzionych oczekiwań, poglądów i marzeń.

Domyślam się, że zabrakło Wam jednego ogrodu, być może najważniejszego? Tego rajskiego w pełnym znaczeniu tego obrazu. Może pytaliście, gdzie między emocjami straciła się wdzięczność? Cierpliwie czekała na sam koniec, zresztą podobnie jak bywa w powszednim życiu, że gdy wszystko już się przeżyje i doświadczy zaczyna się rozumieć i doceniać znaczenie wdzięczności.

Wszystkie emocje, popularnie uznawane za negatywne, jak przekonaliśmy się w podróży po ogrodach życia, wynikają z przekonań. W rzeczywistości są energią, którą z pożytkiem możemy wykorzystywać dla poprawy jakości życia, jeśli tylko podnosimy poziom naszej świadomości. W istocie wszystko zależy od nowego sposobu myślenia, którym świadomie zarządzamy emocjami. Dzięki nowym myślom nie poddajemy się stereotypowym przekonaniom umysłu tłumu i możemy angażować się w najlepsze dla nas przedsięwzięcia.

Myśl, odczuwaj, działaj.

Niestety niektórzy z nas, akceptując ów porządek i próbując go praktycznie realizować, po jakimś czasie doświadczają nieskuteczności i poddają się. Przyczyna jest bardzo prozaiczna i ma związek z duchowością. Otóż jak długo podświadomy umysł nie będzie posługiwał się tymi samymi przekonaniami, co umysł świadomy, przeobrażająca i twórcza moc nowych myśli niestety nie zadziała.

Zatem, jak przekonać podświadomość, która dysponuje pamięcią, ale nie potrafi logicznie myśleć, czyli odwrotnie do racjonalnej świadomości, korzystającej z kart pamięci, magazynowanych w podświadomości, że stare wzorce z przeszłości są nieaktualne, bezwartościowe, szkodliwe i niebezpieczne? Oczywiście można z powodzeniem stosować różne techniki, zwłaszcza medytacyjne, jednak istnieje jeden duchowy skrót. Aby móc się nim posłużyć i skutecznie przekonać podświadomość do zmiany starych przekonań na nowe, trzeba posłużyć się wiarą, w wcześniej zaproponowanym rozumieniu

Wiara

Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, i dowodem istnienia rzeczy, których nie potrafimy dostrzec zmysłowym wzrokiem. Jak ciężko samego sobie oraz innych przekonać do takiego pojmowania wiary najlepiej ilustruje historia tłumaczenia słów Jezusa z Galilei, który zdawał sobie sprawę, że podświadomy umysł można przekonać jedynie wiarą.

W 23-cim wierszu 11-tego rozdziału Ewangelii Marka znajduje się wypowiedź, które najczęściej bywa tłumaczona mniej więcej tak: „Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni się. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie a spełni się wam”. Tymczasem grecki oryginał co prawda w niezręcznym tłumaczeniu brzmi następująco: „Amen mówię wam. Ktokolwiek powie do góry: Podnieś się i rzuć się w morze, a w sercu nie zawaha się, ale będzie wierzył, że staje się to, co mówi, stanie się mu. Dlatego mówię wam, wszystko, o co się modlicie i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a stanie się wam”.

Widać kolosalną różnicę? Dlaczego tłumacze używają złych czasów? Dlaczego poprawiają Mistrza z Galilei, który wie, że wszystko już jest, tylko my nie widzimy i źle się modlimy? Skoro nie widzimy zmysłowym wzrokiem, więc prosimy zamiast dziękować i odczuwać wdzięczność, że już otrzymaliśmy. Nie rozumiemy, że gdy o coś prosimy, to automatycznie uznajemy, że to jeszcze nie istnieje. Nie widzimy tego, ani nie czujmy. Nie ma tego, więc paradoksalnie zatwierdzamy sytuację, o zmianę której się modlimy. Jeśli na przykład prosimy o zdrowie, ponieważ jesteśmy chorzy, zatwierdzamy chorobę, chociaż liczymy na zdrowie.

Być może próbowaliśmy już wszystkiego, a każde kolejne pragnienie wynikało z poczucia braku, co sprowadzało w życie jeszcze więcej braku. Zastanówmy się więc, jak coś, co w swej genezie jest negatywne i puste, może stworzyć obfitość? Jak z ziaren smutku, niedoli, rozczarowania mogą wyrosnąć kwiaty radości, powodzenia, akceptacji? No właśnie. Przejmijmy zatem odpowiedzialność za własne owoce i zacznijmy wysiewać inne ziarno. Niech będzie nim wdzięczność, ponieważ jest najwartościowszym ziarnem nowego życia. Wdzięczność jest najpotężniejszą siłą sprawczą i skutecznym narzędziem, które pomaga wyjść z kręgu strachu oraz cierpienia. Dziękując i pozostając w stanie wdzięczności, wierzymy, że to, za co dziękujemy, wydarzyło się i czeka na manifestację.

Więcej. Powinniśmy uczyć się korzystać z mocy, której Źródło jest w nas i dzięki nam powinno działać w świecie. Jak to zrobić? Będąc wdzięcznymi, odczuwajmy cieleśnie właśnie to, co czujemy zawsze wtedy, gdy doświadczamy tego, za co jesteśmy wdzięczni. Poczujmy tę emocję, która wszystko stwarza na nowo. Nie prośmy o deszcz, ale czujmy, jak cudownie pachnie ziemia, gdy pada, i dziękujmy za to, pozostając wdzięcznymi, chociaż właśnie praży słońce. Nie prośmy o słońce. Poczujmy cudowne pieszczoty promieni, które dotykają nas i uzdrawiają, ilekroć wystawiamy się na ich działanie, mimo że niebo akurat zasnute jest chmurami. Nie prośmy o uzdrowienie, ale poczujmy radosne, pełne szczęścia i pokoju emocje, związane z cudownym stanem zdrowia, wolności, szczęścia i życiowej niezależności. Na początku zawsze jest ciężko, zwłaszcza gdy jest się chorym i odczuwa się silny strach. Zaczynajmy więc od małych spraw, od najmniejszych cudów, a zaczną wydarzać się coraz większe.

Prosząc, zmagamy się ze starymi programami podświadomości, które ciężko wyłączyć. Wdzięcznością pokazujemy jej, że są bezużyteczne. W ten sposób odwracamy pozorny porządek rzeczy i czynimy nowy początek. Dlatego wdzięczność jest emocją, dzięki której świadomość przejmuje kontrolę nad podświadomością. Normalnie chcemy być wdzięczni dopiero, gdy coś zostanie osiągnięte. Jesteśmy przekonani, że to swoiste postludium po dobrze wykonanej pracy. Logika podpowiada, że wydarzenia, które uczynią nas szczęśliwymi, dopiero mają nastąpić, więc na razie nie mamy powodu do wdzięczności. Skoro nie ma wydarzeń, więc nie ma wdzięczności. Jednak jest dokładnie na odwrót. Wdzięczność nie jest skutkiem szczęścia, ale szczęście jest skutkiem bycia wdzięcznym.

Ponieważ wdzięcznym można być tylko w chwili obecnej, na pewno nie w przyszłości, więc wdzięczność jest stanem czujnej świadomości, która nie przegapia darów życia. Jest zdolnością spostrzegania szans, które pojawiają się zwłaszcza w godzinie kryzysu. Prosząc i działając według starych programów podświadomego umysłu po prostu ich nie zauważamy, ponieważ reagujemy buntem oraz funkcjonujemy w stresie. Nie potrafimy tak zarządzać energią emocji, aby nie ulegać powszechnym przekonaniom, co jest dla nas dobre, a co złe. W efekcie doświadczamy negatywnych skutków nieświadomie przeżywanych emocji.

Wdzięcznością zakorzeniamy się w chwili obecnej. Doceniamy jej wartość, cieszymy się nią i dzięki wspólnej pracy podświadomości i świadomości wykorzystujemy cały potencjał życiowej energii do duchowego rozwoju i podniesienia świadomości. Owocem wdzięczności jest szczęśliwe i zdrowe życie. To tłumaczy, dlaczego naszą podróż zakończyliśmy w ogrodzie wdzięczności, w odzyskanym Raju, który jest Ogrodem Życia.

Żałoba

Żałoba jest szczególną emocją. Wiąże się z najboleśniejszą stratą, w dodatku często niespodziewaną. O ile do rozwodu albo straty pracy można się przygotować, przynajmniej mentalnie, o tyle żałoba oznacza kryzys, którym ciężko zarządzać. Mowa oczywiście o żałobie w sensie ścisłym, po śmierci osoby, bez której nie wyobrażaliśmy sobie dalszego życia. Miarą żałoby nie są koligacje i stopnie pokrewieństwa, ale prawdziwa miłość bądź uzależnienie w każdym aspekcie życia. W żałobie doświadczamy straty poczucia bezpieczeństwa, więzi, spełnienia, satysfakcji, kolorowych snów i tęczowych uśmiechów ku przyszłości. W jednej chwili zostajemy skonfrontowani ze zburzonym obrazem przyszłych dni.

Żałoba jest jedną z najbardziej fizycznych emocji. Przynajmniej na początku przeżywa się ją całym ciałem. Szloch, płacz, spazmy, dreszcze, odruch uderzania zaciśniętymi pięściami w różne przedmioty to ewidentne oznaki, że psychika chce się pozbyć stresu i dlatego uwalnia złą energię z ciała. Takie zachowania są typowe dla wszystkich istot żywych. Drżą nie tylko przerażone i zdezorientowane zwierzęta. Podobne reakcje zaobserwowano u roślin. Tymczasem we współczesnej kulturze opanowania, kontroli, i tzw. stalowych nerwów, pierwszą i drugą fazę żałoby przeżywamy wbrew swoim potrzebom, więc ze szkodą dla siebie.

W pierwszej fazie, tuż po zorientowaniu się o śmierci bliskiej i ukochanej osoby, jesteśmy przerażeni i czujemy się oszukani. To faza emocjonalnego chłodu. Tłumimy energię, aby poradzić sobie z szokującą sytuacją. Zamiast przyjąć ją do wiadomości, wypieramy. Trwa krótko, a po niej nastaje najbardziej energetyczna i cielesna faza żałoby, w której organizm jakby chciał wytrzepać stres. Zaczynamy drżeć i jest nam zimno. Wówczas doświadczamy niedźwiedziej przysługi ze strony pozostałych członków rodziny albo przyjaciół, sugerujących, abyśmy farmakologicznie poradzili sobie ze stresem. Poza tym mocno nas obejmują i proszą, abyśmy przestali krzyczeć, płakać i drżeć.

To duże błędy. Psychika dobrze wie, co ma robić, aby ratować się w traumatycznej chwili. Nie wypłakana, nie wykrzyczana i nie wytrzepana energia stresu pozostaje w ciele, ustala się, wychładza, a po jakimś czasie unieruchamia całego człowieka, który traci zdolność szczęśliwego życia, budowania nowych relacji i przeżywania fizycznych przyjemności. To zapewne nie są ani psychicznie bezpieczne, ani łatwe do współuczestniczenia, ani nawet estetyczne zachowania, gdy w żałobie przypominamy dzikie zwierzęta, jednak skoro dzięki nim one pozostają zdrowe i witalne, więc nie wątpmy, że nasza podświadomość doskonale wie, co jest dla nas dobre. Zresztą we wszystkich sytuacjach silnego i nagłego stresu, nie tylko związanych z żałobą, świadomie wytrzepujmy jego energię z ciała, aby nas nie unieruchomiła i nie pozbawiła witalności. Klasycznym przykładem takiego stresu jest poważny wypadek samochodowy albo niespodziewana potrzeba poddania się specjalistycznym badaniom medycznym.

Źle przeżyte drugie stadium żałoby, co współcześnie zdarza się bardzo często, daje się łatwo zauważyć. W takim domu i rodzinie pojawia się mianowicie coś na kształt mauzoleum albo domowego ołtarzyka, upamiętniającego zmarłego. Na ścianie i półce znajduje się wiele jego zdjęć w towarzystwie kwiatów, a często nawet świec. Miejsce staje się nietykalnym tabu wpierw przestrzeni, potem psychiki. Widać po nim, że zmarły nie został pożegnany i wciąż zajmuje swoje miejsce, co oznacza, że nie pojawiła się przestrzeń na nowe osoby, relacje i życiowe doświadczenia. Zamrożona energia stresu kondensuje pamięć, którą psychika powinna raczej sublimować. W efekcie jednostka albo wspólnota nie dostrzega możliwości, szans i darów, które Źródło oferuje w kolejnych latach i etapach życia.

Tymczasem, gdy mija drugi poziom żałoby, który najprościej można scharakteryzować jako opłakanie minionego, w tradycyjnej pobożności ograniczony do 6 tygodni od śmierci, co – jak przekonaliśmy się wcześniej – jest uzasadnione i celowe, rozpoczynamy najdłuższą fazę żałoby. Jest nią powolne i mozolne przewartościowywanie życia, możliwe jedynie pod warunkiem, że odpowiednio przeżyło się fazę opłakiwania. Polega na powolnym uwalnianiu się od zbędnego bagażu traumatycznych wspomnień. Dzięki czemu zaczynamy rozumieć, że chociaż z całościowego obrazu życia wypadł element, do tej pory uznawany przez nas za kluczowy, mimo wszystko pozostało ich jeszcze na tyle dużo, aby stworzyć z nich inny, równie wartościowy. Wyobrazić można to sobie mniej więcej w ten sposób, że z klocków lego mieliśmy zbudowany cudowny zamek. Jednak straciliśmy jeden z nich. Po chwili złości dostrzegliśmy, że bez niego potrafimy zbudować kolejny, chociaż inny, mimo wszystko niepowtarzalny i piękny.

Odpowiednio przeżyte trzy fazy żałoby kończą się po około roku. Tradycyjna pobożność wyznacza im kres po roku i 6 tygodniach od śmierci. Dzięki żałobie chronimy się przed życiową zapaścią, którą byłoby można nazwać chorobą żałobną. Jej najoczywistsze symptomy zostały opisane wyżej. Niemniej w ich poczet trzeba jeszcze zaliczyć narcystyczny sposób opłakiwania własnego nieszczęścia, którym zwraca się uwagę na siebie i swoje nieszczęście, oraz ciągłe powracanie do tych samych oskarżeń. Czasem kierowanych pod adresem zmarłego, a najczęściej samego siebie.

Tak przeżywana żałoba zubaża psychikę i uniemożliwia przewartościowanie życia. Najlepsze elementy psychiki i życia zostają rytualnie, więc nieświadomie,  pogrzebane wraz ze zmarłym. Z kolei dobrze przeżyta żałoba otwiera nowe możliwości, które zarówno drzemią w nas, jak też czekają na nas w kolejnych etapach życia. Wniosek zatem jest następujący: wypierając emocje we wstępnej fazie żałoby na resztę życia wybieramy rolę żałobnika, natomiast dzięki świadomemu przeżyciu żałoby po jakimś czasie odkrywamy do tej pory zasłonięte bogactwa własnej duszy. Pomimo tego, że żałoba jest emocją negatywną i traumatyczną, w człowieku, który stara się świadomie żyć i doświadczać samego siebie, działa niczym przewodnik w ciemnościach. Można jej zaufać, ponieważ po jakimś czasie stawia na drodze pełnej światła i nadziei.

Żal

Żal i żałoba są rodzeństwem, co unaocznia semantyka. Obie emocje mają też podobną genezę i cel, chociaż żałoba jest ewidentnie dedykowana konkretnemu doświadczeniu pożegnania bliskiej osoby, która weszła w śmierć. Dlatego żałobie poświęcimy osobny tekst, a w tym zajmijmy się samym żalem, który poza tym, że semantycznie spokrewniony jest z żałobą, emocjonalnie posiada także inne związki rodzinne. Oczywiste jest pokrewieństwo żalu i smutku. Zaczniemy zatem od przyjrzenia się różnicom pomiędzy nimi, aby móc zrozumieć istotę i pozytywny aspekt żalu.

Smutek jest emocją zimną, pojawiającą się w płucach. Jeśli nie jest przeżyty i wykorzystany do zmian, które mają sprowadzić w życie radość, bardzo szybko staje się przyczyną ich chorób. Zrozumieć i wytłumaczyć można to niezwykle prosto. Ludzie smutni nie prostują się, z ramion i barków tworząc parasol ochronny nad sercem, które jest słabe z braku radości. Chowają klatkę piersiową zamiast wysuwać ją do przodu. Tym samym nie oddychają tzw. pełnymi piersiami. Mają ciasną pierś. To między innymi tłumaczy, dlaczego ludzie osamotnieni albo starzy, mieszkający w domach opieki, chorzy, w trakcie rodzinnego albo zawodowego kryzysu, ciężej przechodzą choroby płuc, w tym wywołane wirusami. Smutek wywołuje żal i strach, skutkiem czego emocjonalny chłód szybko wyniszcza nerki. Dlatego poważne choroby nerek i spowodowane nimi zgony należy łączyć także z płucami i w nich szukać praprzyczyny.

Tak czy inaczej smutek i radość mieszkają w tej samej klatce piersiowej. Smutek wychładza i ciągnie energię życiową z płuc ku nerkom, radość ogrzewa i ciągnie ją z serca ku głowie, aby przez pokój, czyli odpuszczenie i odpoczniecie, wzmóc zdolności poznawcze i twórcze.

A co żalem? W przeciwieństwie do smutku żal nie pojawia się w płucach, ale w sercu, jest więc cieplejszy. Codzienny język utrwalił to odczucie w postaci powiedzenia: Serce pęka mi z żalu. Żal nie wychładza organizmu i duszy, ale na krótko podgrzewa. Smutek unieruchamia. Przeciwnie żal, który generuje energię negacji, sprzeciwu, walki, działania, przeciwstawienia się. Smutek oznacza, że człowiek się usuwa, wycofuje z konfrontacji. Dlatego smutek jest emocją zgody. Żal tymczasem jest emocją niezgody. Jest krótkotrwałym spięciem, tarciem z faktami. A tarcie generuje energię, którą człowiek świadomy emocji wykorzystuje do życiowych zmian.

Warto zwrócić uwagę, że żal użyczył swego rdzenia nazwie bardzo przydatnemu urządzeniu, najczęściej montowanemu w oknach, czyli żaluzji. Na pewno nie przypadkiem. Żaluzja zasłania, tworzy przegrodę pomiędzy wewnętrznym a zewnętrznym. Odgradza od słońca i wścibskich oczu. Chroni przed złodziejami. Gwarantuje intymność. Na pewno częściej chroni wewnętrzne przed zewnętrznym aniżeli odwrotnie. 

Wydaje się, że emocja żalu służy mniej więcej temu samemu, co żaluzja. Ponieważ zewnętrzny świat ze swoimi nieprzejednanymi wyrokami, zaskakującymi wydarzeniami i nieprzyjemnymi konsekwencjami wdziera się w nasze wnętrza, rozdziera serca, nie liczy z intymnością psychicznych procesów, więc żalem tworzymy zasłonę przed intruzem, zaporę przed niechcianą energią, rodzaj twierdzy, w której czujemy się bezpiecznie. Na początku żal przeciwdziała wtargnięciu zewnętrznego świata, więc działa niczym tarcza albo mur.

To jest ten moment krótkiego starcia, w wyniku którego pojawia się ciepło. Trzemy się wówczas z faktami, odmawiając im prawa do ingerowania w poukładany, wewnętrzny świat psychiki. Jest bardzo potrzebny, ale nie może trwać w nieskończoność. Przeciągnięty oznacza ostateczną klęskę. Zewnętrzne siły, napierającego życia i świata, są zawsze silniejsze. Dojrzały i mądry człowiek, rozwinięty duchowo, sprawnie zarządzający życiową energią, wykorzysta moment tarcia na negocjacje i zawarcie przymierza z przeciwnikiem. Nie będzie walczył aż do klęski i śmierci, ale zaproponuje warunki rozejmu, czyli nowego porządku i życiowego ładu.

W taki sposób żal staje się energią nowego początku, w tworzenie którego zaangażowane są połączone siły wewnętrznej psychiki z zewnętrznymi warunkami życia. Człowiek staje się silniejszy, sprawniejszy, jeszcze mądrzejszy. Potrafi wykorzystywać warunki, w których żyje, do osiągania swoich celów. W żalu wylizuje rany, aby ruszyć w dalszą drogę.

Mam nadzieję, że jeśli ktoś nie wiedział do tej pory, czemu ma służyć żal za grzech, od teraz już pojmuje, iż prawdziwa duchowość jest bez niego niemożliwa. Zgoła innym problemem jest to, jak traktuje żal zrytualizowana pobożność. Jednak mądremu nie powinno to przesłaniać oczywistego, duchowego dobra, którym jest właściwie przeżyty żal.

Złość

W przeciwieństwie do gniewu, służącemu do regulowania dystansu między nami i dbania o relację, złość jako typowa emocja nie jest reakcją kontrolowaną. W złości krew napływa do rąk, aby łatwiej było atakować, brać, chwytać za broń albo wrogowi wymierzać cios. W złości wzmaga się też rytm uderzeń serca i wydzielanie adrenaliny, co powoduje nagły przepływ energii, potrzebnej do podjęcia dynamicznego działania. Z kolei ludzie, unikający konfliktów za wszelką cenę, miewają obniżone ciśnienie krwi oraz zimne dłonie. Cielesne objawy uświadamiają nam, że złość jest energią typowo męską, co zresztą potwierdzają synonimy słowa złość, czyli: pasja, rozjuszenie, rozjątrzenie, rozsierdzenie, szał, wściekłość, wrzenie, irytacja.

Sugeruję wszystkim, którzy mają problem z odróżnieniem gniewu od złości, aby dostrzegli, że gniew jest bardziej wysublimowany, złość natomiast atawistyczna. Gniew służy inteligencji emocjonalnej do pielęgnowania dobrego samopoczucia i miłosnych relacji. Złość jest eksplozją zwierzęcych zachowań. Gniew wyraża się oczywiście na zewnątrz, jednak pochodzi z wnętrza, z odczucia. Z kolei złość, jako energia czysto biologiczna, wpierw pojawia się na zewnątrz, mimo wszystko odpowiednio nie wyrażona i przepracowana sieje spustoszenie we wnętrzu.

Istotę złości jeszcze lepiej ujawnia motyw, którym kierują się tzw. złośnicy. Wykorzystują ją mianowicie do zachowań nieracjonalnych, egoistycznych, zachowawczych. Złością odmawiają zgody i współpracy. Często sprzeciwiają się, aby postawić na swoim i móc manipulować. W ten sposób uciekają przed odpowiedzialnością. Ten typ złośników jest częsty zwłaszcza wśród mężczyzn, którym w dzieciństwie nie było wolno wyrażać sprzeciwu wobec matek albo przeżyli, ponieważ zachowywali się cichutko, jak przysłowiowa mysz pod miotłą, na przykład podczas okupacji. Ponieważ nie nauczyli się korzystać z męskiej siły, więc pozostała im strategia manipulacji, do której najłatwiej wykorzystać złość. Przecież zawsze można się obruszyć, obrazić, odwróci na pięcie i odejść, licząc na pojednawczą postawę innych. Co prawda ten rodzaj złości nie jest groźny dla zdrowia i życia, ale niezwykle uciążliwy dla psychiki. Często stosują go również matki w relacjach z dziećmi, doprowadzając je do rozstroju i autoagresji, ponieważ dzieci kompletnie nie wiedzą, jakich reakcji mogą spodziewać się po swoich mamach.

Zrozumieniu, czemu służy emocja złości, najlepiej służy wcześniej przywołana kategoria odpowiedzialności. Samo słowo wyraźnie sugeruje, że odpowiedzialność jest działalnością, która jest odpowiedzią na jakieś pytanie. Czyje pytanie? Jest nim pytanie, postawione przez szeroko rozumiane życie albo w wąskim sensie przez drugiego człowieka, domagającego się zainteresowania, uwagi i troskliwej opieki.

Odpowiedzialność po pierwsze jest zdolnością reagowania z uczuciem, wszak jest działaniem, które jest świadomą odpowiedzią na postawione pytanie albo  zawołanie. Dlatego nie jest tożsama z obowiązkiem albo zobowiązaniem. Odpowiedzialność zawsze jest spontaniczna. Niby oczywiste, prawda? Jednak nie do końca, ponieważ spontanicznie reagują ludzie wolni, odprężeni, zadowoleni, których nie zdominował strach, czyli typowa emocja, poprzedzająca złość. Spontaniczność jest rodzajem ekspresji, której dominującym rodzajem energii jest radość i szczęście.

Odpowiedzialność cechuje ludzi ożywionych, zainteresowanych życiem i otwartych na nowe doświadczenia. W stresie, wywołanym przez strach, spontaniczność jest niemożliwa, ponieważ jest funkcją czującego ciała i tym znacząco różni się od obowiązku, który jest racjonalnym zobowiązaniem, czymś w rodzaju intelektualnej konstrukcji, zawsze niezależnej od uczuć i często motywującej człowieka do działania wbrew uczuciom! Jakże łatwo przekonać się o tym po prostu uważnie obserwując ludzi. Im kto częściej odwołuje się do etycznego zobowiązanie i stara zachowywać racjonalne podstawy moralności, tym somatycznie jest twardszy, bardziej skostniały, a w późniejszym wieku cierpiący na artretyzm, często przed albo po operacji przepukliny, mówiący sztywnymi ustami, z twardymi i wchłoniętymi wargami. Wciąż trzyma się w garści, kontroluje ciało, aby nie ulec impulsowi życia, które chce być witalne, giętkie, radosne i szuka przyjemności. Co na podstawie takich symptomów można powiedzieć o człowieku? Na pewno, że cierpi, ale ponad wszelką wątpliwość także to, że jest zły.

Krokiem w stronę odpowiedzialności jest zwrócenie się ku prawdziwemu życiu, a nie ku wyimaginowanemu wyobrażeniu o doskonałym życiu. Życie trzeba poczuć, wchłonąć w siebie, dać się nim oczarować, zacząć nim cieszyć. Trzeba poczuć je całym sobą, także cieleśnie. Dopiero kontakt z własnym ciałem rozpoczyna proces odzyskiwania życia i darowania sobie prawa do zrobienia czegoś dla samego siebie, wyciągnięcia dłoni po dary życia wbrew powszechnemu przekonaniu, że za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo i śmierć. Niezdolność wyciągania dłoni po dary życia cechuje ludzi, którzy odmawiają sobie tego samego, czego w pierwszych miesiącach i latach życia nie otrzymali od matek. Ich cielesne doznania są naznaczone oddzieleniem od najważniejszej miłości, którą jest miłość matki. Jej sztywność jest sztywnością dziecka. Jej niezdolność do spontanicznego przytulenia, jest niezdolnością przytulania przez dziecko.

Jednak somatyczne zesztywnienie, brak kontaktu z własnym ciałem, odcięcie się od własnych uczuć i emocji, w każdym momencie życia można sobie uświadomić, robiąc w ten sposób krok ku samemu sobie. To krok w stronę przejęcia odpowiedzialności za własną przyszłość, aby nie musieć rozglądać się za kimś bądź czymś, co przywróciłoby żywotność i gibkość życia. Najważniejsze jednak jest to, że jednocześnie jest to krok w stronę odpowiedzialności, która nie ogranicza się do własnej osoby, lecz obejmuje każdą formę życia. Nie ma prawdziwej więzi i wspólnoty bez powrotu do samego siebie.

Energia życia wpierw musi zostać aktywowana w ciele i skierowana w stronę serca, aby mogła połączyć się z energią całości. W ten sposób zewnętrzna złość, będąca energią, której jednostka używa, aby za wszelką cenę przeżyć, zamienia się w energię całości, to znaczy partnerskiej, rodzinnej, plemiennej, czy jakiejkolwiek innej wspólnoty. W ten sposób złość transformuje z prymitywnej energii, obracającej się przeciw, w potężną energię, wspierającą wszystko i wszystkich.

Powtórzmy raz jeszcze, aby tym jaśniej zobaczyć cud moralnej transformacji, która zależy nie od przestrzegania zobowiązujących kodeksów, ale od właściwego zarządzania emocjami. Złość, wyrażona nieświadomie, jest ucieczką przed odpowiedzialnością. Jest wówczas negatywną i egoistyczną siłą, niszczącą życie. Jednak uświadomiona wyzwala ze strachu i staje się energią odpowiedzialności, wspierającej każdy przejaw życia. Dobre zachowania, ratujące, pomagające, zbawiające, nie dzieją się w złości, ale ze złości. W złości działa nieuświadomiony atawizm, ze złości świadoma odpowiedzialność.

Odwet

Odwet nie jest emocją. Jest zemstą i metodą na wyrównanie krzywdy, czyli tęsknotą za sprawiedliwością. Odwet to odpłata pięknym za nadobne. W słowie słychać ten sam rdzeń, który znamy z prawa sprzeciwu, czyli weta. Tyle, że w odwecie weto domyślnie pojawia się dwukrotnie (od-wet czyli wet za wet). Jak można to zinterpretować? Wet za wet to sprzeciw za sprzeciw. To dwa przeciw sobie, a więc dwie energie sobie przeciwne, w stanie nieprzyjaźni, niepokoju, zawziętości i wojny. Dlatego odwet, chociaż chwilowo poprawia samopoczucie dzięki odczuwaniu satysfakcji, ostatecznie oznacza stratę, cierpienie i śmierć.

Odwet nie poprawiałby samopoczucia, gdyby nie był związany z uruchamiającą go energią, więc chociaż sam w sobie jest zachowaniem, a nie emocją, mimo wszystko służy emocji, która – o dziwo – nie ma nazwy. Bo jeśli nazwiemy ją zemstą, to ponownie mamy do czynienia bardziej z czynem aniżeli emocją. Trzeba więc ją stworzyć, łącząc ze sobą zemstę z nazwą energii, bez której życie byłoby niemożliwe, czyli pragnieniem, ale w wersji negatywnej, złej i destrukcyjnej, którą jest żądza.

Dopiero żądza zemsty jest emocją w ścisłym sensie, która stoi za odwetem, odpłatą, zemstą, czyli prymitywnymi próbami porządkowania świata według sprawiedliwych reguł. Żądza zemsty, prawdopodobnie najbardziej z wszystkich emocji. jest związana z pojmowaniem i odczuwaniem sprawiedliwości. Problem polega na tym, że odwet działa poprzez zgodę na stratę, cierpienie i wojnę, więc na poziomie śmierci, tymczasem sprawiedliwość ma służyć życiu. Tylko pod tym warunkiem godna jest swojej nazwy. Niestety praktykowanie sprawiedliwości wyobrażamy sobie jako ważenie, czyli wyrównywanie energii: za zły czyn kara, za dobry nagroda. To jest uproszczony i najbardziej prymitywny z wszystkich możliwych sposób interpretowania prawa karmy, nieobcy wielu tradycjom religijnym.

Owszem, sprawiedliwość jest wyrównywaniem energii, jednak na diametralnie innym, wyższym poziomie. Nie pomiędzy ludźmi i na poziomie egzystencji, nawet powtarzanych inkarnacji, ale pomiędzy płynącym strumieniem energii a jej Źródłem, czyli pomiędzy stworzeniem a Stwórcą. Płynąca, czyli materialnie manifestująca się energia, traci swoją moc, ustaje, spowalnia, co z jednej strony oznacza uspokojenie i uszczęśliwienie, jednak z drugiej grozi tym, że nie dotrze do ujścia. Dlatego rzeka życia jest nieustannie zasilana przez Źródło. W ten sposób działa karma, a nie jako prymitywna zasada odpłaty, przybierająca często karykaturalną postać odwetu.

Ten sam model pojmowania sprawiedliwości odnajdujemy w tekstach biblijnych, a jej ostatecznym wyrażeniem i realizacją jest chrześcijański symbol zbawienia, jako powrotu do Źródła. Stwórca podtrzymuje stworzenie mocą swej miłości. Życie istnieje więc dzięki sprawiedliwemu Bogu, który nie odpłaca, ale zasila, wzmacnia, podtrzymuje, ratuje od śmierci. Biblijny Bóg sprawiedliwości nie jest odwetowcem, ale ratownikiem, czyli zbawicielem. Dlatego nikt, kto zadaje cierpienie i śmierć, nawet orzekając w majestacie prawa, albo wszczyna burdy i wojny, nie ma podstawy ani argumentów, aby powoływać się na sprawiedliwość.

Każdy rodzaj działania o charakterze przekleństwa, sprzeciwu, zemsty, czyli osłabiający, a często nawet wyniszczający życie, jest jawną niesprawiedliwością, więc nie ma związku ani z chrześcijańskim pojmowaniem zbawienia, ani ze wschodnią  koncepcją karmy. Jedynie ludzie nieposkromionej żądzy, chciwi i egoistyczni, żyjący w strachu, zawstydzeni i pogrążeni w poczuciu winy, mogą sobie wyobrażać, że sprawiedliwe prawo karmy, bądź sprawiedliwy Bóg Biblii, działają według prymitywnej zasady odpłaty i odwetu.

Żądzę zemsty cechuje silna dynamika EGO, które chce przetrwać za wszelką cenę, bez skrupułów, hamulców i umiaru, więc już wzniesienie się na poziom prawa odwetu, przysłowiowo zwanego prawem oka za oko, w jego mniemaniu jest nie lada humanitarnym wyczynem. Dopiero czyste, prawdziwe, pulsujące miłością JESTEM potrafi dostrzec, że odwetem rządzi śmierć i cierpienie, a życie zaczyna pulsować na poziomie odpuszczenia i wybaczenia.

Słowa: „Ojcze, odpuść im, bo nie widzą, co czynią” (Łk 23,34) powszechnie znane jako modlitwa Mistrza z Galilei, wypowiedziana po ukrzyżowaniu, przekonuje, że możliwe jest rozwiązanie wszystkich więzów, którymi ludzie wiążą się na ziemi i tym samym odejście duszy w miejsce, z którego przyszła.

„Boże, rozwiąż nas, zwolnij z wszystkich ślubów i zobowiązań, którymi powiązaliśmy się, aby przeżyć na ziemi, a są tylko urojeniem oraz iluzją EGO” – tak mogłaby brzmieć modlitwa każdego, kto nie radzi sobie z żądzą zemsty, ponieważ na poziomie emocjonalnym odwet jest takim właśnie energetycznym węzłem. Siłowym odbieraniem tego, co straciło się na rzecz kogoś innego. Na najbardziej nieświadomym i prymitywnym poziomie rzeczywiście można w ten sposób wyrównywać stany energii, ale to jest poziom EGO, które miłość zatrzymuje w sobie, nie pozwalając jej płynąć do innych ludzi. Odwet jest energetycznym węzłem, uniemożliwiającym przepływ miłości. Blokadę tworzy EGO, które boi się braku życiowej energii i zadaje śmierć, aby samemu przeżyć.   

Dlatego radzę spokojnie ocenić, czy prawo odwetu, kojarzone przez nas z wojną, polityką, zemstą i nieprzyjaźnią, nie działa równie skutecznie, chociaż na poziomie nieuświadomionym, w relacjach partnerskich i małżeńskich? Być może wówczas zrozumiemy ów paradoks, który polega na tym, że ludzie deklarujący wzajemną miłość na co dzień, w swych związkach, bywają dla siebie największymi wrogami. Prawdą jest, że żyć bez siebie nie potrafią, ale czy dlatego, że wzajemnie obdarzają się miłością? A co, jeśli bardziej kochają samych siebie i z lęku przed brakiem życiowej energii wzajemnie zakleszczają się i związują energetycznymi węzłami? W istocie żyć bez siebie nie potrafią i traktują się wzajemnie jako źródła energii, której nie mają w sobie, ponieważ nie uwolnili się spod władzy EGO. W ten sposób małżeńskie i partnerskie wojny trwają bez końca, a pozornie kochający się ludzie wzajemnie się wyniszczają, pozbawiając się zdrowia i szczęścia. 

Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili poruszę najbardziej wrażliwe struny ludzkiej psychiki, ale też rozerwę na strzępy pozornie dobre, cnotliwe i pobożne wzorce kulturowe i religijne, jednak zapewne wyrazem największej i czystej, czyli bezwarunkowej miłości, w niejednym wypadku byłoby odważne odejście od partnera bądź małżonka ze słowami: „Ponieważ Cię kocham, odchodzę”. Doprawdy nie dla zachcianki, nie z powodu żądzy czy znudzenia.

Kierowani bezwarunkową miłością zawsze dajemy siebie, niczego nie oczekując w zamian. Jeśli trwamy w związku, ponieważ boimy się, że w życiu sami sobie nie  poradzimy, i dlatego od drugiej osoby oczekujemy pomocy i uzupełnienia własnego braku, wówczas działa prawo odpłaty (coś za coś), ale nie miłość. W takim wypadku warto zapytać się, czy partner na pewno jest ze mną szczęśliwy? Czy na pewno go nie wykorzystuję? Czy nie związałem go z sobą, ponieważ jest mi potrzebny?

Jeśli kochasz, obdarzaj partnera miłością bezwarunkową, darz szacunkiem, wspieraj we wszystkim i cierpliwie znoś jego słabości, bo w ten sposób działa dobra i czysta miłość, ale nie sądź, że jest Ci cokolwiek dłużny i zobowiązany. Nie oczekuj, że w zamian będzie uzupełniał Twoje braki, chyba że traktujesz swój związek jako umowę handlową. Tylko, czy Twój partner o tym wie i zgodził się na to?

Odwet, czyli żądza wyrównania poziomu energii, ma też pozytywną stronę. Uświadamia bowiem, że z jakiegoś powodu nie umiemy wybaczać i odpuszczać. Zwłaszcza drugie pojęcie jest istotne w wewnętrznej pracy, którą do wykonania ma nasza psychika. Nie odpuszczamy, ponieważ kurczowo trzymamy się wszystkiego, do czego naszym zdaniem mamy prawo, co nam się należy i bez czego nie wyobrażamy sobie dalszego życia. Nie odpuszczamy z powodu lęku. Żądza odwetu jest więc ostrzeżeniem, że nie potrafimy odpuszczać. Jednocześnie pokazuje, z czym boimy się rozstać.

Decyzja, że odpuszczamy, zależy od nas. A po jakimś czasie zaczyna do nas docierać, że staliśmy się lżejsi, radośniejsi, czystsi, zdrowsi i szczęśliwsi.

Smutek

Gdy odczuwamy jakąkolwiek, silną emocję, mamy wrażenie, że nią jesteśmy. Identyfikujemy się z nią do tego stopnia, że myślami i zachowaniami spajamy się z nią. Jakbyśmy w nią wsiąkali. Potwierdza to i utrwala codzienny język, skoro mówimy, że jesteśmy radośni, zagniewani, rozczarowani albo smutni. A przecież byłoby dla nas dużo lepiej, gdybyśmy nauczyli się mówić, że po prostu czujemy radość, gniew, rozczarowanie albo smutek!

Prawdą jest, że smutek ma wpływ na nasze myśli, wybory i działania. Jednak może to znaczyć, że jesteśmy wobec niego bezradni i bezbronni. Tymczasem smutek jest tylko nazwą, nadaną płynącym z naszego ciała sygnałom, dzięki którym możemy podejmować właściwe decyzje i poprawiać jakość życia, jeśli nie będą automatycznie wpływać na psychosomatyczne samopoczucie. Dlatego w naszym interesie leży, żeby nasza świadomość wzrosła do poziomu, na którym smutek przestaniemy przeżywać automatycznie. Rzecz oczywiście dotyczy każdej emocji.

Zapytajmy zatem najpierw, czym smutek jest, a następnie, czy naprawdę jest taki zły, za jaki uchodzi? Być może nie musimy doświadczać go tylko negatywnie?

Smutku można doświadczać w różnej intensywności, od delikatnej melancholii, przez zdołowanie, aż po rozpacz, czy desperację. Charakterystyczne dla smutku jest skupienie całej energii i uwagi na sobie, co umożliwia analizę sytuacji, jej powody, konsekwencje, ewentualne niepowodzenia i straty, aby następnym razem skuteczniej zadbać o własne potrzeby i zrealizować cele. Smutek sprzyja zatem konstruktywnej autoanalizie. Czasem uzmysławia nam za wysokie oczekiwania wobec życia, wyidealizowane wyobrażenia, czyli najzwyczajniej w świecie urealnia nas, co nas uzdrawia i umiejscawia w bardziej odpowiednim dla nas miejscu. Smutek pojawia się także wtedy, gdy ponosimy porażkę w przedsięwzięciu, z którym wiązaliśmy nadzieję na poprawę życiowej sytuacji, oraz kiedy pozornie wszystko jest w porządku, lecz otaczająca rzeczywistość nie daje nam zadowolenia ani satysfakcji.

Poza tym odczuwamy smutek, gdy nie ma nikogo, kogo moglibyśmy uczynić winnym. W takich sytuacjach musimy pogodzić się ze stratą bez oczekiwania naprawy bądź zadośćuczynienia. To tłumaczy, dlaczego niektórzy z nas, przeżywając traumę po śmierci ukochanej osoby, winią ją za jej własną śmierć, odejście i porzucenie żyjących. Tym sposobem przekształcają energię żałoby i smutku w energię złości. Nieświadomie próbują jak najszybciej pozbyć się smutku, nie przyjmując jego dobroczynnego działania, czym wyrządzają sobie krzywdę. Nie przeżyty smutek utrwala się bowiem w postaci żalu do życia i objawia licznymi chorobami, najczęściej płuc i nerek, które co prawda nie są siedliskiem smutku, ale mimo wszystko w mniejszym bądź większym stopniu są miejscem przeżywania emocji, doświadczanych negatywnie, tzw. zimnych. Przeciwnym biegunem jest serce, siedlisko emocji ciepłych. Emocje wychładzające i unieruchamiające, gaszące ogień serca, są odpowiedzialne za większość zgonów, spowodowanych chorobami nerek.

Bywa, że to, co nas spotkało, bardzo boli i wydaje się nie do zniesienia. Tłumiąc emocje zyskujemy jakby dodatkowy czas, aby sobie z tym poradzić. Dlatego w trakcie pogrzebów najbliższa rodzina często trzyma się lepiej aniżeli przyjaciele i dalsi krewni. To jest obronne działanie umysłu, pomocne i funkcjonalne, ale tylko na krótką metę. Ostatecznie smutek musi zostać przeżyty, ponieważ pomaga oczyścić ciało z energii stresu, a po jakimś czasie dostrzec nowe możliwości i rozwiązania.

Warto pamiętać, że smutek często jest obronną reakcją organizmu na psychiczne i cielesne przeciążenia, czyli także choroby. Wtedy ostrzega przed niebezpieczeństwem. W takich sytuacjach powinien inspirować do zwolnienia tempa, zadbania o zdrowie, przyjrzenia się potrzebom, które domagają się zaspokojenia. Świadomie przeżywany smutek dostarcza wielu cennych informacji, jednak czy je zauważymy, właściwie zinterpretujemy, a na końcu podejmiemy odpowiednie działania, zależy wyłącznie od nas.

Z powodów kulturowych traktujemy smutek jako wyraz słabości i sygnał, że z nami coś jest nie tak. Zapominamy, że może być cenną informacją, a nie przeszkodą w realizowaniu celów. Gdy więc pojawia się niespodziewanie, zupełnie bez ostrzeżenia, wchodźmy w niego najbardziej świadomie, jak tylko to jest możliwe. Nie chodzi o celebrowanie smutku. Doprawdy nie powinien stać się naszym znakiem firmowym. Zaakceptujmy po prostu fakt, że z jakiegoś powodu się pojawił i wejdźmy weń bez obawy, aby go pytać, co jest jego przyczyną i co w związku z nią chce nam powiedzieć?

Nie łudźmy się, że w wyniku treningu bądź terapii nauczymy się panować nad emocjami i reakcjami na nie. Nadmierne dyscyplinowanie emocji zwykle kończy się represją i opresją, czyli ich całkowitym zastygnięciem w ciele, a to z opanowaniem ma niewiele wspólnego. To oczywiście dotyczy również emocji smutku. Problemem jest tłumienie smutku bez końca. Łatwo to poznać po zapewnieniach, powtarzanych niczym mantra, że wszystko jest w porządku; że nic się nie stało; że nas to nie rusza, a tymczasem jest odwrotnie. Nie pomaga również fakt, że w niektórych domach i społecznościach w ogóle nie wypada przyznawać się do smutku. Przecież chłopaki nie płaczą, itp., zamiast: to nic złego, że czujesz się smutny, pobądź sobie z tym smutkiem. Niestety im głębiej zamrażamy smutek w ciele, tym mocniej próbuje wydostać się na powierzchnię, przez co negatywnie wpływa na codzienne funkcjonowanie i zdrowie, a w przyszłości może sprowadzić depresję.

Szkoda, że współczesna kultura negatywnie ocenia smutek. Inspirowani nią, żyjemy iluzją nieśmiertelności, konieczności odnoszenia sukcesów, stale rosnącej wydajności, wreszcie świetnego samopoczucia. Dla osoby odczuwającej smutek byłoby trzeba mieć czas i empatię, może coś jej ofiarować, w czymś pomóc, więc jej smutek jest problemem. Poza tym smutny człowiek nie zajmuje się konsumowaniem nowych produktów i usług, nie bierze kredytu. Dla gospodarki jest nieprzydatny. Smutek akceptowany jest wyłącznie jako towar, którym jest smutny film, smutna piosenka, smutna opowieść, bo smutny konsument już niekoniecznie. Więc nie dziwmy się, że współczesny człowiek, przeżywając smutek, ma poczucie winy i nieadekwatności. Wmawia sobie, że powinien pozbyć się go tak szybko, jak to jest możliwe, nawet za cenę uzależniania od środków odurzających.

Kultura, przypudrowana sukcesem, zapomniała o ważnej, duchowej mądrości, znanej ludzkości od tysięcy lat, a mianowicie, że odczuwanie radości ma związek z umiejętnie przeżywanym smutkiem. Ten kontrast czyni psychiczne życie harmonijnym. Przy czym nie idzie o to, aby popadać z jednej skrajności w drugą, ponieważ wówczas życiowa energia ustaje i meandruje, a my nie jesteśmy ani zdrowi, ani uspokojeni. Warto rozwijać w sobie otwartość na to, czego doświadczamy i co faktycznie dzieje się z nami. Mieć świadomość smutku i jego znaczenia, aby w odpowiednim czasie móc się radować. To właśnie smutek jest emocjonalną informacją, wysyłaną przez duszę za pośrednictwem energii, odczuwanej w ciele, że coś jest nie tak i warto to zmienić.

Być może relacja, w której jesteśmy, rozwija się w złym kierunku; praca, której poświęcamy wiele energii i czasu, nadmiernie nas pochłania i powinna być zrównoważona dłuższym czasem regeneracji, albo wręcz nie jest dla nas odpowiednia. Być może balans między czasem pracy a resztą czasu jest zachwiany, więc odczuwany smutek nie zniknie tak po prostu bez wprowadzenia realnych zmian. Ignorowanie ostrzegawczego smutku nigdy nie kończy się radością. Niestety według tego systemowego błędu naszej kultury żyje coraz więcej młodych ludzi. Boją się smutku i uciekają przed nim, ponieważ chcą żyć na haju radości. Nie rozumieją, że szczęśliwi są ludzie, świadomie odczuwający smutek, ponieważ w swoim czasie doświadczają pociechy i radości.

Kto unika smutku, ten żyje w strachu przed tym, co sprowadza smutek w jego życie, więc jak może doświadczyć radości? Kto z kolei przyjmuje smutek, konfrontuje się z jego przyczynami, więc wprowadza zmiany, które prędzej czy później rozradują jego serce. 

Apatia

Każdemu może przytrafić się gorszy dzień. Jeśli jednak od dłuższego czasu nie masz na nic ochoty i nie reagujesz na bodźce, płynące z otoczenia, być może wpadłeś w apatię. Niby nic groźnego, a jednak warto, abyś przyjrzał się tej emocji i zapytał się, czy wszedłeś w nią świadomie, aby stać się mniej wrażliwym, bo nie radzisz sobie z chaosem informacji, produktów, możliwości, wyborów i pokus, czy przyszła sama, nie wiadomo skąd, i oplotła Cię kokonem bezradności?

Z apatią mamy ten problem, że w kulturze i pobożności bynajmniej nie jest jednoznacznie negatywna. Przecież dla stoików, sceptyków bądź cyników jest pożądanym stanem umysłu, w którym człowiekowi nie przeszkadzają pasje i namiętności. Niektóre aspekty apatii są też pozytywnie ocenianie i przeżywane w chrześcijańskiej pobożności, zwłaszcza pokutnej i pasyjnej. Zgoła innego zdania są terapeuci, leczący depresję, skoro apatia ze stresem zostały przez nich uznane za jej najoczywistsze objawy. 

Apatia jest pojęciem, pochodzenia greckiego, zbudowanym z przedrostka a, w tym przypadku oznaczającego brak, oraz słowa pathos, tego samego, które tworzy pojęcie antypatii. Przypomnijmy sobie, że jego podstawowe znaczenia, zależące od kontekstu, to doświadczenie, cierpienie, uczucie, namiętność. Apatia jest więc emocją, w której nie człowiek nie chce cierpieć, doświadczać życia, odczuwać, przeżywać namiętności. Pozornie to nie najgorsze rozwiązanie w świecie, pełnym różnorodnych namiętności i pokus. Mimo wszystko warto zastanowić się nad tym, czy potrafimy przez dłuższy czas utrzymywać ów stan umysłu i emocji na odpowiednio bezpiecznym poziomie, żeby nie wychłodzić się aż do zaniku pragnień i radości?

Bo, jeśli wbrew życiowym potrzebom, którymi są: zdrowie, przynależność społeczna i źródło utrzymania, ograniczyliśmy aktywność i codzienne obowiązki do niezbędnego minimum, to zapewne nie mamy do czynienia z cnotą, ale zagrożeniem dobrostanu i życia. Jeśli działania, zwykle będące źródłem przyjemności, rozrywki i relaksu, zupełnie wypadły z kręgu naszych zainteresowań, czy to jeszcze leży w naszym interesie? Raczej nie, ponieważ kolejnymi etapami pogłębiającej się apatii będą: obniżenie nastroju, skłonność do odczuwania smutku i przygnębienia, niemożliwość doświadczania radości, nadmierna senność, chroniczne zmęczenie, związane z kłopotami w zasypianiu i nocnym wybudzaniem się, osłabienie koncentracji, wycofanie się z relacji społecznych i aktywności fizycznej.

Wreszcie na końcu zdradzieckie macki apatii doprowadzają człowieka do stanu, w którym niczego nie odczuwa i sprawia wrażenie emocjonalnie otępiałego. W takim przypadku jest już utrudnione normalne funkcjonowanie. Dlatego osoby, dotknięte apatią, często mają problemy w pracy, w szkole, w rodzinie, a także przy wielu czynnościach i obowiązkach, które dotąd nie sprawiały najmniejszych kłopotów.

Apatię zazwyczaj można poznać po tym, że miejsce świadomych zachowań zajmują na początku niewinne i w niczym nie podejrzane automatyzmy. Po jakimś czasie stają się ewidentnie niebezpieczne, ponieważ spożywanie posiłków, rozmowy z bliskimi albo codzienne czynności osoba w stanie apatii wykonuje niemal bezrefleksyjnie. Można odnieść wrażenie, że żyje na autopilocie. Dlatego apatia na tyle mocno ogranicza świadomość, iż na jej poziomie energetycznym naoczna jest bieda, rozpacz i beznadzieja.

W apatii ludziom wydaje się, że cały świat sprzysiągł się przeciwko nim, a przyszłości, której nie potrafią sobie wyobrazić, po prostu się boją. Żyją w poczuciu bezradności, hołdując powszechnemu na tym poziomie świadomości przekonaniu, że wszystko zależy od pecha bądź szczęścia, więc nie starają się i nie podejmują wysiłków, aby odmienić swój los. W efekcie na wszystko brakuje im środków, a z biegiem czasu także energii. Niczym woda, która w coraz niższych temperaturach staje się lodem, wychładzają się do tego stopnia, że po jakimś czasie, jeśli nie są energetycznie zasilani przez osoby albo instytucje opieki, wchodzą w stan pasywnego samobójstwa. Co prawda nie jest to eutanazja czynna, mimo wszystko na skutek rezygnacji z życia doświadczają takiej kumulacji chorób i nieszczęść, że zamarzają na zawsze.

Ten poziom życiowej energii jest charakterystyczny dla ludzi bezdomnych i wypchniętych na margines społeczny. Ale nie tylko, bo także przewlekle chorych, więc izolowanych od domu i najbliższych, mieszkańców domów opieki  czy samotnych osób w podeszłym wieku. Specjalną grupę tworzą dorośli, z wielkimi możliwościami twórczego i satysfakcjonującego działania, którzy nie zdołali odciąć się od toksycznych rodziców i nawet po ich śmierci pędzą bezsilne i nieciekawe życie. Nie potrafią pozbyć się poczucia, że są nieudani, najgorsi, niepotrzebni, przegrani. Ich apatia jest konsekwencją totalnego braku wiary w siebie.

Sama w sobie apatia jest emocją, której poziom energii bliski jest poziomowi lęku, winy i wstydu. To nieuświadomiony, wstępny etap umierania, przez ogół nie kojarzony ze śmiercią, dlatego źle diagnozowany. Zamiast stosować radykalne metody, ratujące życie, przywracające zdolność reagowania na bodźce, czyli czucie nawet za cenę psychicznego bólu, rozczulamy się nad niedolą pogrążonych w apatii, zachowując się wobec nich nazbyt delikatnie i empatycznie. W ten sposób stwarzamy w nich fałszywe poczucie ciepła, charakterystyczne dla śmierci przez wyziębienie.

Nie ulega kwestii, że pomimo negatywnego balastu energia apatii posiada również potencjał pozytywny, przydatny zwłaszcza w świecie nadmiaru informacji, produktów i pokus. Filozoficzna intuicja nie jest pozbawiona racji, tym bardziej że jest poświadczona przez tradycje religijne i praktykowana przez duchowo rozwinięte jednostki. Póki apatia służy powściąganiu EGO, jest dobrym narzędziem przy podejmowaniu decyzji. Dzięki niej unikamy tego, co prędzej czy później z powodu chciwości i pychy sprowadza na nas nieszczęście i cierpienie. Jednak trzeba z niej korzystać bardzo ostrożnie. Musi pozostawać narzędziem mentalnym, którym dystansujemy się do nadmiaru bodźców z otoczenia i propozycji, podsuwanych przez świat. Pozostając w apatii mentalnej mamy szansę wybierania tego, co jest naprawdę potrzebne naszemu JESTEM, a nie jest tylko zachcianką EGO. W żadnym wypadku nie może wniknąć w ciało, w którym staje się emocjonalnym wzorcem, spowalniającym i zagęszczającym życiową energię.

Zazdrość

Zazdrość wydaje się innym określeniem zawiści. Skoro używamy dwóch słów, więc prawdopodobnie pod względem energetycznym także się różnią. Co prawda można komuś zazdrościć na przykład samochodu albo stanowiska, i wówczas zazdrość staje się bliska zawiści, niemniej w wąskim znaczeniu tego słowa i w emocjonalnym doświadczeniu zazdrość dotyczy relacji i przede wszystkim odnosi się do miłości.

O ile zawiść jest wyrachowana, jakby chłodna, o tyle zazdrość jest spontaniczna, wyraźnie gorętsza. Burzy krew, w serce wbija zadrę. Co prawda najczęściej pojawia się całkiem niepotrzebnie, jako imaginacja i fantazja nieposkromionego umysłu, jednak w skutkach bywa tragiczna, niejednokrotnie prowokując do przemocy i zbrodni. Energia zawiści jest związana z posiadaniem i poczuciem materialnego sukcesu, więc jest odczuwalna pod splotem słonecznym. Natomiast energia zazdrości działa w domenie serca. Pierwsza jest energią wodną, druga ognistą. Pierwsza wycofuje z relacji z obiektem zawiści, tymczasem druga dąży do konfrontacji z osobą, o którą jesteśmy zazdrośni. Dla tych różnic warto używać obu pojęć, zachowując świadomość, że ich energia działa inaczej. Dzięki temu możemy je właściwie odczuwać, nazywać, przeżywać i na koniec wykorzystywać.

Czy zazdrość bywa chorobliwa, jak czasem mawiamy? A może jest chorobą w właściwym sensie? Skoro zdarza się o kimś usłyszeć, że zzieleniał z zazdrości, albo o małżonku, że umiera z zazdrości, za prawidłową należałoby uznać odpowiedź na drugie pytanie. Energia zazdrości jest chorobą miłości, a w związku z tym jest przyczyną wielu schorzeń, które mogą skończyć się nawet śmiercią.

Chorobę miłości diagnozuje się w niezwykle prosty sposób. Zdrowa miłość niczego się nie boi, ani niczym nie martwi, więc nie pilnuje i nie ogranicza. Miłość uskrzydla, podnosi, czyni lekkim i podniebnym. Jednak sama w sobie jest tylko jednym skrzydłem, tymczasem do lotu potrzebne są dwa. Drugim jest wolność. Gdy miłość dba o wolność, wówczas powstaje odpowiedzialność, będąca najlepszym wskaźnikiem duchowego zdrowia. Natomiast, jeśli miłość nie obdarowuje wolnością, wówczas jest zdegenerowana i patogenna. W takim środowisku rozwija się zgorzel (gorzel = gorzeć = płonąć) duszy, którym jest zazdrość. Wtedy człowiek zamiast rozkwitać z miłości płonie z zazdrości.

O ile zawiść jest złym okiem i pozornie jakby wyostrzała wzrok, bo coś stale kłuje w oczy, o tyle w zazdrości ślepniemy. To jest niezwykle ciekawe, że w potocznym języku ślepniemy zarówno w miłości, jak i w zazdrości. Ślepa miłość jest określeniem fazy relacji, w której jesteśmy wpatrzeni w obiekt miłości i nie dostrzegamy znamion prawdy o człowieku. Z kolei ślepa zazdrość opisuje moment, w którym wydaje się, że wreszcie zobaczyliśmy prawdę o ukochanym człowieku, więc wszędzie dostrzegamy argumenty na poparcie swojego rozczarowania. Dlatego zazdrość najlepiej charakteryzują towarzyszące jej podejrzenia. Podejrzenie to słowo klucz do zrozumienia ślepej zazdrości. Nie widzę na pewno, jednak wyobraźnia podpowiada mi obrazy, które burzą spokój i niszczą zaufanie.

Nie ulega wątpliwości, że nie raz i nie dwa podejrzenia bywają słuszne i wychodzi przysłowiowe szydło z worka. Wiadomo wtedy, że intuicja dobrze wykonała swoją pracę. To, w jaki sposób radzimy sobie z taką sytuacją, zależy od wielu czynników, począwszy od hierarchii wartości, poprzez potrzebę bezpieczeństwa, po sposób rozumienia i przeżywania miłości. Mimo wszystko w tej chwili nie obchodzi nas rozczarowujący konflikt oraz rozwiązanie, ale czysta emocja, więc tylko jej poświęcimy dalszą uwagę.

Uzasadniona zazdrość jest zbawienna dla oczyszczenia relacji i zadbania o własne potrzeby. Bywa, że dzięki niej odkrywamy prawdę, partner przestaje oszukiwać i musi podjąć ostateczną decyzję, co może podnieść związek na wyższy poziom relacji, nacechowany uczciwością i wzajemnym szacunkiem. Bywa, że odczutej i przeżytej zazdrości zawdzięczamy szacunek do siebie i zaczynamy  bardziej dbać o własną godność i potrzeby.

Zdarzają się sytuacje, w których zazdrość nie jest czczą fantazją, co nie powinno przesłaniać faktu, że najczęściej jest ślepa i żywi się wyobrażeniami, zamiast faktami. Kto pragnie swoje emocje odczuwać świadomie i mentalnie wykorzystywać ich energię do zarządzania życiowymi zmianami, zalany zazdrością powinien samemu sobie zadać pytanie: Dlaczego zazdroszczę, skoro moje podejrzenia nie są poparte faktami? Odpowiedzi prawdopodobnie będzie tyle, ilu zazdrośników zechce zmierzyć się z pytaniem, aczkolwiek na pewno da się je przyporządkowywać do kilku ogólnych modeli. Dla przykładu przyjrzyjmy się dwom.

Źródło kobiecej zazdrości najczęściej bywa różne od męskiej. Kobieca zazdrość ma związek z zaborczą miłością i nierealistycznymi pragnieniami typu: „Mój mężczyzna powinien kochać tylko mnie; ma być tylko dla mnie; nie może zwracać uwagi na inne kobiety; ma być wpatrzony we mnie i tylko mnie podziwiać”. Co wówczas kobieta może zrobić ze swoją zazdrością? Zrozumieć, że stoi za nią wielka tęsknota. Uświadomienie sobie prawdziwego przedmiotu tęsknoty ułatwia jej odczucie i wykorzystanie energii zazdrości w sposób konstruktywny.

Zazdrość o partnera najczęściej zaślepia kobiety, które jako dziewczynki nie doświadczyły ojcowskiej miłości albo wcześnie go straciły na skutek śmierci bądź rozstania rodziców. Odtąd tęsknią za męską energią, którą chciałyby mieć tylko dla siebie. Dlatego zapytanie samej siebie, za czym tęsknię, odczuwając zazdrość o partnera, jest kamieniem milowym w samopoznaniu i duchowym rozwoju. Odpowiedź bez wątpienia będzie zachętą do większego zaufania partnerowi, jednak przede wszystkim do odnalezienia w sobie męskiej energii, na której kobieta chciałby się oprzeć i poczuć bezpiecznie. Panie najczęściej nie są zazdrosne o relacje partnera z innymi kobietami oraz ich spojrzenia, ale o to, że wraz z jego odejściem straciłyby dostęp do źródła męskiej energii, której nie znajdują w sobie. Wbrew pozorom klasyczne zazdrośnice wcale nie są agresywne i pewne siebie. Są psychicznie kruche i boją się zranienia, z którym sobie nie radzą. 

W wypadku mężczyzn zazdrość miewa inne podłoże. Mężczyźni nie cierpią być gorsi, drudzy, przegrani. Wciąż rywalizują i porównują ze sobą, więc ich zazdrość jest wyrazem niepewności siebie. Boją się, że partnerka pozna, poczuje, zobaczy piękniejszego, lepiej zbudowanego, bardziej męskiego, któremu wychodzi w łóżku i w biznesie, elokwentnego oraz zabawnego. Także w ich wypadku uświadomiona zazdrość zachęca do zapytania samego siebie, czego w sobie nie cenię, czego się wstydzę, czym gardzę? Męska zazdrość najczęściej kryje lęk, że partnerka znajdzie u innego mężczyzny coś, co jest przyczyną jego kompleksu.

Wniosek jest następujący, że jak zazdrosne panie powinny zadbać o męską energię w sobie, tak zazdrośni panowie popracować nad pewnością siebie, a zazdrość – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – nie tyle rozpuści się i zniknie, co okaże pozytywnym i przydatnym bodźcem do samopoznania i samorozwoju.

Zawiść

Nieopanowana zawiść przeradza się w nienawiść, więc chociaż na początku wydaje się niegroźna, ostatecznie jej skutki mogą być tak tragiczne, jak w biblijnym opowiadaniu o Kainie i Ablu. Wszak nie doszłoby do bratobójstwa, gdyby nie zawiść.

Zawiść i nienawiść sugerują niewłaściwy sposób patrzenia (widzenia). Przypominam z części, poświęconej nienawiści, że umieszczając coś na pierwszym planie, czyli mając to stale na widoku, prędzej czy później zaczynamy to nienawidzić (nie na widoku = nienawiść). Żeby uchronić się przed tą emocją i jej skutkami warto niczego nie ubóstwiać, nie trzymać na pierwszym planie, nie zwracać na to uwagi, nie porównywać się. Jeśli bowiem coś, co jest mało istotne i nieważne, zajmie miejsce tego, co jest istotne i ważne, czyli znajdzie się na pierwszym planie (na widoku), wówczas na pewno stanie się przedmiotem nienawiści.

Tymczasem zawiść jest emocją złego oka. Przyczyną zawiści jest ciągłe porównywanie się z innymi ludźmi, co w skrajnych przypadkach kończy się pasywną bezsilnością albo aktywną nienawiścią. Z powodu zawiści marnujemy życiową energię, ponieważ zamiast zajmować się sobą, poznawać się i rozwijać, podglądamy innych, porównujemy się z nimi i oceniamy.

Zawiść jest w dużej mierze produktem ubocznym powielanych od pokoleń wzorów wychowawczych i religijnych. Motywowano nas, a teraz sami próbujemy motywować dzieci do nauki, wysiłku i rozwoju nie przez odnajdywanie i rozwijanie własnej indywidualności, niepowtarzalności i piękna, ale pokazując osiągnięcia innych. Podobnie jest z religijnym doświadczeniem wielu ludzi. Nie mając pewności zbawienia rywalizują między sobą w zyskaniu przychylności i uznania Boga, którego ostatecznego werdyktu nie są na tyle pewni, aby przestać się bać i zacząć cieszyć szczęśliwym życiem.

Emocja zawiści ma dużo wspólnego z zawiedzeniem. Zawieść się na kimś, to częsta przygrywka do zawiści. W zawiedzeniu chodzi zaś o to, że jakaś wieść (wiadomość) okazała się nieprawdziwa. Co to za wieść? Postać, życie, praca, sukcesy, pozycja społeczna jest wiadomością o człowieku. Podglądamy go i najczęściej dostrzegamy wyłącznie pozytywne aspekty jest życiowej opowieści. Nie chcemy widzieć negatywnych, ponieważ nie pasują nam do wyimaginowanej i nieprawdziwej koncepcji, według której wszyscy są mądrzejsi, zdrowsi, piękniejsi, bardziej zaradni od nas, no i w końcu mają więcej szczęścia. Zamiast zadbać o siebie i rozwijać własną niepowtarzalność próbujemy skraść im sukces, naśladując ich wygląd, zachowania, wykształcenie, karierę, itp., ale to nie może się udać. W efekcie jesteśmy zawiedzeni skradzionym łupem i dlatego pojawia się w nas zawiść, że im się udało, a nam – chociaż wszystko robiliśmy dokładnie tak samo – niestety nie.  

Kierowani zawiścią odczuwamy niezadowolenie z życia i własnych osiągnięć. Uwagę skupiamy na innych, zamiast skupić się na samopoznaniu i samorealizacji, a gdy z energią zawiści chcemy zrobić porządek, wówczas najczęściej ją tłumimy, co skutkuje pogardą dla samego siebie. W efekcie zatruwamy duszę i niszczymy witalne siły. Zatem, co możemy zrobić? Oczywiście zawsze to samo, czyli wpierw zrozumieć, że energia zawiści ma też biegun pozytywny, a następnie zacząć świadomie wykorzystywać ją w zarządzaniu życiowymi zmianami.

Zawiść nie powinna być złym okiem, wlepionym w innych, ale dobrym okiem, którym oglądam samego siebie. Przecież, ilekroć zawistnie patrzę na coś lub kogoś, tylekroć dowiaduję się, których potrzeb nie zaspokajam albo za czym tęsknię, co w życiu zaniedbuję i co powinienem zmienić. To jest właśnie ten sposób widzenia, który ma związek z wiadomością. Muszę koniecznie siebie widzieć w prawdzie, abym nie zawiódł się samym sobą.

Gdy uzmysłowię sobie wszystkie cechy, zdolności i osiągnięcia, na które u innych patrzę zawistnie, mogę zdać sobie sprawę, że moje oczekiwania w istocie są nierealne. Po pierwsze otrzymałem inne i nastał najwyższy czas, aby zacząć je rozwijać oraz wykorzystywać, a po drugie, gdybym uosabiał wszystko, o czym zawistnie myślę, prawdopodobnie stałbym się psychopatą, poskładanym z takiego konglomeratu cech i zdolności, które zebrane w jedno stanowiłyby demoniczny zestaw.

Nie wypieraj nienawiści. Przyznaj się do niej, aby odebrać jej władzę nad sobą. Tym sposobem nawiążesz kontakt ze swoim JESTEM, które poprowadzi Cię ścieżką życiowego sukcesu, nieporównywalnego z satysfakcją innych ludzi. Nie kradnij innym ich sukcesu, ale uczciwie zapracuj na własny, rozwijając swoją  niepowtarzalność, indywidualność i piękno. Gdy wreszcie zauważysz, jak wieloma cudownymi talentami zostałeś obdarowany, wtedy życzliwiej zaczniesz traktować zdolności i osiągnięcia innych ludzi. I zamiast zatruwać się zawiścią, po prostu nie zawiedziesz się sobą. Kain nie zabije Abla, a historia ludzkości w Twoim życiu przybierze nieoczekiwanie pozytywny obrót. 

Zaufanie

Ufność czyni człowieka lekkim i przeźroczystym. Dzięki zaufaniu nie ma w nim niczego ciężkiego, co podlegałoby prawu grawitacji, to znaczy przyciągania do ziemi i jej problemów, a także ciemnego, brudnego, co zwracałoby na siebie uwagę. Ufający człowiek staje się po prostu niewidoczny. Nie ma w nim potrzeby pokazywania się na pierwszych stronach gazet, przypominania o swoich zasługach, opowiadania o problemach ani epatowania cierpieniem i nieszczęściem.

Ufność jest energią prawa łaski i miłości, silniejszego od prawa grawitacji. Dzięki niemu, stąpając po ziemi, jakby się jej nie dotykało. Pracując, jakby się odpoczywało. Modląc się, jakby w ogóle nie wywierało się nacisku i nie oczekiwało. Dlatego życie przestaje męczyć, zdrowie dopisuje i przechodzi się w odmienny stan świadomości. Zmienia się także stan skupienia. Ciężki, materialny, dociążony obawami i troskami, transformuje w lekki, duchowy, uskrzydlony radością i pokojem.

Wystarcza jeden, jedyny wykrzyknik, notabene używany nie tylko przez Polaków, aby zrozumieć działanie energii zaufania. Uf…. i natychmiast wszystko staje się piękniejsze i lżejsze. „Uff, nie jest źle”; „Uff, kamień spadł mi z serca”. A że uf jest częścią słowa ufność, więc wszystko jasne. Doprawdy wystarczy zamienić uf na ufność, żeby zrozumieć tę emocję: „Ufam, nie jest źle”; „Ufam, kamień spadł mi z serca”. Skoro nie jest źle i ciężar spadł z serca, jakże nie wyjść z więzienia codziennych trosk i materialnych obaw, aby usadowić się na duchowej chmurce i poczuć się wolnym? 

Wszyscy znajdujemy się w polu działania prawa grawitacji i prawa łaski. Energia obaw i trosk przysysając do ziemi jednocześnie wysysa z nas życie i zdrowie. Inaczej działa prawo łaski. Ono nie wysysa życia, ponieważ wytwarza coś w rodzaju podciśnienia, dzięki czemu energia obaw i trosk nie przykleja nas do okoliczności życia na ziemi, ale pociągnięta ku górze staje się duchową energią radości i pokoju. Kluczowy jest poziom serca, które musi zadziałać jak pompa podciśnieniowa. Poprawa jakości życia, zwłaszcza naturalna zdolność organizmu do samouzdrawiania, pojawia się wraz z zaufaniem. Serce, napełnione zaufaniem, przypomina unoszący się ku niebu balon, pełen helu.

Zaufanie nie ma nic wspólnego z rozumem i dowodami, ekonomią i bezpieczeństwem. Najzacieklejszym przeciwnikiem ufności jest EGO, karmiące się naszymi lękiem. Jak długo czujemy się przyciągani do ziemi prawem grawitacji, tak długo EGO zasłania niebieskie niebo nad nami i pogodę ducha w nas. Zrobi wszystko, żeby uniemożliwić prawu łaski oderwanie nas od ziemi. Dlatego dociąża nas obawami i troskami, które mają cielesne i zdrowotne konsekwencje, począwszy od kamieni w woreczku żółciowym, przez kamicę nerkową, zwapnione tętnice, stwardniałe żyły, po serce zawalone ciężarami (serce po zawale) i mentalne ciężary umysłu, kończące się udarem.

EGO działa jak biegun w magnesie. Spolaryzowane dodatnio bezwzględnie przyciąga nas do ziemi. Jak długo poświęcamy mu uwagę, tak długo prawo grawitacji wysysa z nas życie i zdrowie. Absolutnie niczego nie zmienia fakt, że próbujemy z nim walczyć, skoro wciąż znajduje się w polu naszego zainteresowania! Dopiero po zaniku EGO ustaje prawo grawitacji. Co więc zrobić z EGO, aby poczuć się lżej, zdrowiej, radośniej i spokojniej? To proste. Przestać się nim zajmować, czyli walczyć z nim. Ono jest urojone, więc nie jest prawdziwe. Wystarczy zająć się tym, co jest rzeczywiste i w czym ukryta jest prawda o nas, życiu i przyszłości.

Mieszkaniem prawdy jest serce. Na odkrycie czeka w nim prawdziwe JESTEM, któremu powinniśmy ufać wbrew bredniom i majakom EGO. Im bardziej ufamy naszemu JESTEM, tym EGO staje się słabsze i powoli zaczyna znikać, a my stajemy się coraz lżejsi, zdrowsi, szczęśliwsi. Aż wreszcie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odkrywamy, że obawy i troski ziemi nie mają już na nas żadnego wpływu. Stąpając po ziemi, jakbyśmy jej nie dotykali. Pracując, jakbyśmy odpoczywali. Modląc się, jakbyśmy nie wywierali nacisku i nie oczekiwali, jednocześnie otrzymując wszystko w odpowiednim czasie i w postaci dla nas zawsze najlepszej.

Ostatecznie zaufanie jest pewnością, że Źródło dba o Ciebie najlepiej i zabezpiecza Twe ziemskie potrzeby. Działając prawem łaski zmienia Cię. W zaufaniu uczysz się, że Twoje rzeczywiste potrzeby zdecydowanie różnią się od wyimaginowanych zachcianek, których źródłem jest EGO. Dlatego ufność jest emocją, dzięki której sercem potrafisz osądzać, czy pragniesz tego, czego chce krzyczące, niespokojne, wystraszone i zatrwożone EGO, czy potrzebuje ciche, spokojne, kochające o radosne JESTEM.

Zaufanie ułatwia obserwację zasadniczej różnicy pomiędzy chcę potrzebuję. I chociaż racjonalistom, twardo stąpającym po ziemi, czyli mocno przyciągniętym do niej prawem grawitacji, wydaje się, że zaufanie jest nieracjonalne, jest idealnie na odwrót. Ufając Źródłu, któremu zawdzięczamy obfitość życiowych dóbr, możemy precyzyjnie i racjonalnie odróżniać urojone zachcianki od rzeczywistych potrzeb. Tyle tylko, że rozróżnienia dokonuje serce z pomocą rozumu, a nie rozum, tłamszący serce.

Dzięki zaufaniu rozkwitamy duchowo. Stajemy się prawdziwi, rozświetleni światłem Źródła. Przestajemy skupiać uwagę ludzi na swoich potrzebach i bólach. Zaczynamy dostrzegać potrzeby i bóle innych. W zaufaniu stajemy się mocni i godni zaufania. Wprowadzamy w świat uzdrawiającą ciszę i porządkujący spokój.