Zbawieni jesteśmy razem

Nie chcę i nie mogę milczeć w sprawie, poruszającej moje serce, która przybrała zły obrót. Chociaż różnimy się oczekiwaniami, w jaki sposób powinna się toczyć, podejmuję się obrony kolegi, który wystarczająco jasno, publicznie i odważnie przyznał się do błędu i dał świadectwo pokuty, która jest procesem naprawczym, a nie płaceniem za winę.

Kto pamięta słowa Mistrza z Galilei: „Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy kto patrzy na kobietę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim. Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe twoje ciało miało przechodzić ciężkie cierpienia psychiczne i fizyczne. A jeśli prawa ręka twoja cię gorszy, odetnij ją i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe twoje ciało miało znosić ciężkie przejścia, cierpiąc psychicznie i fizycznie” (Mt 5,27-30)?

Kto z decydujących o losie kolegi, któremu nie udało się zachować integralności własnej psychiki i ulegając oczom został pokonany przez wyparty aspekt swojej męskiej seksualności, stojąc w prawdzie może w swym sercu przyznać, że nigdy nie spojrzał na kobietę w taki sposób, o jakim mówi Jezus? Jeśli tak, dlaczego nie „wyłupali” swego oka?

Prościej jest „wyłupać” człowieka z wspólnoty i rodzinę z życia, aniżeli własne oko?

Co widzimy, patrząc na to cierpienie, które w tekście greckim nazwane jest Gehenną?  Czy potrzebne są nam jeszcze oczy, skoro nie chcemy dostrzec ciężkiego doświadczenia, przez które przechodzi nie tylko on, ponieważ uległ kłamstwu oka, ale też skrzywdzeni przez niego ludzie?  

Oczywiście wiem, że sam skrzywdził. W efekcie cierpi rodzina i wspólnota, w której jest duszpasterzem. Tego nie sposób nie brać pod uwagę. Rany, która zadał, w pierwszym rzędzie trzeba dotknąć a nie zlekceważyć.

Nie zapominajmy, że tym, co skutecznie może wyleczyć, jest to, co doprowadziło do nieszczęścia, traumy i cierpienia. Inaczej dalej będzie toczyć się diabelska procedura wypierania, zaprzeczania i wykluczania, która w naszym języku zwie się potępieniem. To ona doprowadziła do tego, że pożądanie poprzez cielesne odczuwanie bliżej niezdefiniowanego lęku o życie, wyobcowania, niespełnienia, bezsensu i egzystencjalnej pustki rozwinęło taki potencjał, któremu uległ nasz kolega. To odczuwanie, które nieudolnie opisałem i nazwałem, zna prawie każdy młody mężczyzna, wychowany w restrykcyjnej i pruderyjnej kulturze duchowej, w której cielesność i seksualność są tematami „tabu”. Cielesne pożądanie jest w niej tzw. „grzechem”, który należy przezwyciężyć i okiełznać, a nie zintegrować i wykorzystać do duchowego rozwoju. Bezradni młodzi mężczyźni w efekcie tkwią w wewnętrznym konflikcie, nie radząc sobie ze swoją męską energią seksualną i witalnością.

Potępiają się i sami siebie wykluczają. Nie mija dużo czasu, aby to, co wyparte i potępione, uwolniło się spod kontroli i wbrew ich woli doprowadziło do nieszczęścia.

Kto od wieków w ten sposób moderuje pobożność i kulturę?

Kto aktywnie uczestniczy w duchowym rozwoju młodych mężczyzn w procesie wychowania? Oczywiście my – duchowni, teolodzy, duszpasterze, wychowawcy, rodzice.

Kto z nas czuje się dziś z tym źle i niekomfortowo, że nasz kolega i jego rodzina zostaje „wyłupana”? Ilu zaś odczuwa ulgę i satysfakcję?  

Sprawiedliwość wymaga od nas działania na rzecz uzdrowienia a nie wykluczenia, pojednania a nie podziału. Przede wszystkim wspierania życia za każdą cenę.

Naszym obowiązkiem jest uzdrowienie całej sytuacji oraz wszystkich uczestników tej traumy, w większości mimowolnych. Uzdrowienie dokonuje się poprzez wsparcie życia i przywrócenie wspólnot do równowagi. Przypominam Judę, który będąc sędzią zobaczył, że rodowa trauma wyniknęła z jego winy i dlatego uznał niewinność Tamar (1 Mż 38).

Duszpasterz, który przeszedł przez Gehennę cielesnego pożądania, wprowadzając w nią inną osobę, jednak stając w prawdzie i uznając swoją winę poprzez proces pokuty ma szansę stać się skuteczniejszym wychowawcą młodych mężczyzn i terapeutą par, od tych, którzy tłumią energię seksualną i wypierają męską witalność.

Czy musimy wciąż popełniać te same błędy tylko dlatego, że boimy się otwarcie przyznać do własnych słabości, kłamiąc na temat swoich „pożądliwych oczu”, marnując szansę na uzdrowienie człowieka i jego rodziny, co stanowiłoby świadectwo o Bożej miłości i było szansą na zmiany w duszpasterstwie mężczyzn i terapii rodzin?

Rozumiem, że trzeba nam uznać prawne konsekwencje czynu i zaistniałej sytuacji, ale czy na pewno ulegać presji wywieranej przez społeczną nieświadomość, która tworzy kolejne kręgi nieszczęścia i cierpienia?

Jeśli nie my – ludzie Boży – to kto ma być wspólnotą wybaczenia, uzdrowienia, pojednania i ocalenia na świadectwo o miłości i zbawieniu? Jeśli nie będziemy znakiem nadziei, jakiej przyszłości możemy oczekiwać dla ludzkości?

Nie zgadzam się na takie rozwiązanie, jakie w tej chwili jest wdrożone. Czuję się z tym źle i niekomfortowo, bo wiem, że nie tak ma być między nami. Dlatego proszę, uczyńmy krąg i stwórzmy przestrzeń, w której pokutujący usłyszy słowo nadziei: „Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8.11), rodzina doświadczy ocalenia, bo inaczej przez lata będzie zmagała się z wykluczeniem społecznym i ekonomicznym, a wspólnota parafialna ma szansę wykorzystać zaistniały kryzys duszpasterski do rozwoju i poszerzenia duchowej świadomości.

I żeby nie było wątpliwości, że jestem ślepcem. Widzę popełnione przez kolegę zło i zdaję sobie sprawę z cierpienia, które za nim stoi. Nie zwalniam go z odpowiedzialności. Jednak zależy mi na naszej odpowiedzialności, wspólnotowej, ponieważ zbawieni jesteśmy razem, w ludzkiej wspólnocie, przez miłość Bożą, która rozlana jest w każdym ludzkim sercu.

Proszę też, aby złośliwie nie komentować pod wpisem, bo nie zareaguję. Chwila, którą przeżywam, jest zbyt drogocenna i piękna, abym zajmował się czymkolwiek innym od wdzięczności za życie i wspierania każdego, kto potrzebuje cierpliwej i wyrozumiałej miłości.

P.S.

O ile o świcie miałem jeszcze wątpliwości, czy pisać, o tyle po otwarciu dzisiejszego lekcjonarza ustąpiły jak poranne mgły. Tekst biblijny, dedykowany nam dziś do modlitwy i duchowej pracy, brzmi następująco: „Wiecie, że przez bezsiłę ciała ogłosiłem wam wcześniej dobrą wiadomość, wy zaś moje cielesne doświadczenia mieliście za nic, nie wzgardziliście mną ani nie plunęliście na mnie, ale mnie przyjęliście jak posłańca Bożego, jak Chrystusa Jezusa” (Ga 4,13n). Autorem tych słów, jest ap. Paweł.  

2 odpowiedzi na “Zbawieni jesteśmy razem”

  1. Pomimo całego dostępnego w sercu współczucia, myślę że apostoł Paweł pisząc te słowa nie miał na myśli wykorzystywania seksualnego dzieci. Sam w żadnym tekście nie przyznał się do takiego rodzaju błędu.

    Zaznaczam, że mój komentarz nie jest złośliwy, a wdrożone obecnie postępowanie wobec Pana kolegi jest jak najbardziej słuszne. Szkoda tylko, że z takim opóźnieniem.

    Osoba dorosła i odpowiedzialna nawet jeśli ma takie nieodpowiednie myśli, to ma możliwość zgłoszenia się na terapię, zasygnalizowania swojego problemu (żonie, koledze, czy biskupowi kościoła). Pójście o krok dalej jest już świadomym złamaniem obranej przez owego księdza drogi i nie powinien on już dłużej pełnić takiej funkcji w kościele.

    Jeśli po resocjalizacji zechce zostać prywatnie terapeutą, to proszę bardzo, ale nie jako ksiądz. Chrztu nikt mu nie odebrał, a jedynie funkcję.

  2. Dobry wieczór.

    W tej chwili oczywiście w żadnym wypadku jako ksiądz. To prawda.
    Jednak po przeżyciu pokuty i transformacji mógłby wnieść w duszpasterstwo mężczyzn (też niekoniecznie jako duchowny) cenne doświadczenie, aby seksualność i męska witalność nie stanowiły duszpasterskiego tabu.

    Myślę, że pojęcie resocjalizacji nie jest odpowiednie, bo oznacza pułapkę, przypominającą kołowrotek „koszatniczki”.
    W pokucie nie chodzi o to, żeby grzesznika przywrócić do społeczności, ale żeby stał się bardziej prawdziwy, Boży, bo tylko takich Bóg może używać.
    Wtedy stajemy się wolni od swoich słabości, które przecież uwarunkowało wcześnejsze życie w jakiejś wspólnocie.
    Pokuta nie jest procesem przywracania takich „ustawień społecznych”, dzięki którym człowiek staje się bezpieczny dla społeczeństwa. Celem pokuty jest stawanie się Światłem, czyli Chrystusem.
    Chodzi więc o doświadczenie transowe, czyli przekroczenie starego poziomu świadomości, bo inaczej duchowa praca z traumami nie miałaby większego sensu.

    Dziękuję za wiadomość i pozdrawiam.

    Marek Uglorz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × cztery =