Dystans społeczny

Odkąd nastał czas tzw. epidemii koronawirusa, jesteśmy poddani powszechnej indoktrynacji. Wygląda na to, że jej źródłem są agendy rządowe, jednak bez większego problemu można usłyszeć niespójność przekazu, docierającego do nas z Warszawy za pośrednictwem mediów. O ile cele są w nim w miarę dobrze określone, o tyle argumenty uzasadniające są po prostu „z czapy” i podlegają ciągłej zmianie, w zależności od okoliczności zewnętrznych, czyli światowych, albo wewnętrznych, uzależnionych od wypowiedzi medyków, naukowców i polityków opozycyjnych.

Moim zadaniem nie jest śledzenie źródeł indoktrynacji. Do mojego powołania między innymi należy analiza przekazu i pokazywanie diaboliczności argumentów, które systematycznie w nas wsączane, odwracają nas od Źródła życia, miłości i światła. Dlaczego diaboliczności? Proszę nie posądzać mnie o wyobraźnię, napełnioną obrazami przerażających postaci. Diabeł jest uosobieniem czegoś, co czyni nas nieszczęśliwymi i podatnymi na manipulację. To słowo sugeruje, że jesteśmy odwracani i oddzielani od Źródła, czyli od Boga. Przeciwieństwem diabła jest symbol, czyli coś, co łączy nas z brakującym elementem, pokazując nam, że poza tym, co już teraz jest dostępne naszym zmysłom, jest jeszcze coś zakrytego, co warto poznać i doświadczyć skutków pełni. W takim sensie symbolem jest Jezus z Galilei jako Chrystus, ponieważ  w Nim człowiek i Bóg tworzą spójną, sensowną i szczęśliwą całość.

Diabolicznym elementem przekazu, wsączanym w nas od ponad miesiąca, jest dystans społeczny, czyli kategoria od dawna znana socjologom, psychologom, kulturoznawcom, nawet medykom, która z dnia na dzień zrobiła oszałamiającą karierę w świeci polityki. Maseczki i dystans społeczny mają nas chronić przed zakażeniem i śmiercią.

Dopóki naukowcy posługują się jakąś kategorią, dopóty jest bezpieczna, ponieważ jest ich narzędziem badawczym. Gdy „ni z tego ni z owego” zaczyna podobać  się politykom, trzeba zacząć „strzyc uszami”, ponieważ odkryli instrument do osiągania swoich celów, bynajmniej nie badawczych, a socjotechnicznych.

Przekaz skonstruowany na zaleceniu, a wręcz prawnym nakazie, zachowywania dystansu społecznego, pozornie sugeruje troskę o społeczeństwo i odpowiedzialność polityków, zwłaszcza reprezentujących partię, administrującą państwem. Może warto zastanowić się nad tym, czym ów dystans społeczny jest w ocenie naukowców?

Dystans społeczny jest zatem rodzajem odległości pomiędzy osobami, wyznaczonym granicami od 120 cm do 350 cm, dzięki któremu każdy może czuć się bezpiecznie w ściśle określonych sytuacjach i relacjach. W jakich? Teraz zacznie robić się ciekawie. Otóż zachowując odległość poniżej 120 cm wchodzimy w relacje intymne. Zachowując odległość ponad 350 cm tworzymy tzw. dystans publiczny.

Dystans społeczny jest więc wyjściem z dystansu intymnego, którego nie wolno utożsamiać z relacjami i zachowaniami erotycznymi. Intymność nie pojawia się wraz z napięciem seksualnym i nie jest cechą miłości, którą nazywamy erotyczną. Intymność jest rodzajem relacji, których podłożem jest pełne zaufanie! To właśnie dlatego miłość fizyczna może mieć bardzo różne „smaki” i jednym razem budować trwałą więź, innym zaś razem być rodzajem wyczynowego sportu.

Dystans społeczny pozbawia nas zatem intymności! Tutaj tkwi diaboliczne jądro indoktrynacji, której jesteśmy poddawani. Dystans społeczny, wzmocniony obowiązkowymi maseczkami, które utrudniają komunikację, rozpoznawanie twarzy, a nawet normalne funkcjonowanie, bo spokojne oddychanie, pozbawia nas wzajemnego zaufania. Im dłużej oba rygory będą utrzymywane, tym pewniej będziemy wobec siebie coraz mniej ufni, a zatem nie będziemy przekazywać sobie intymnych informacji!

Intymnych, czyli jakich? O wzajemnym zauroczeniu? Ależ skąd. Nie mając do siebie zaufania nie przekazujemy sobie informacji, odsłaniających ukrytą prawdę, o której publicznie się nie mówi. Przypominam, że po drugiej stronie dystansu społecznego znajduje się dystans publiczny.

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że nie o zjadliwość patogenu chodzi w oficjalnym przekazie władzy, podpartym rygorem sanitarnych rozporządzeń, ale o pozbawienie nas okazji do inicjowania intymnych relacji.  Im dłużej będzie trwać ta indoktrynacja, tym mocniej utrwali się przekonanie, że intymne relacje są niebezpieczne. Rozpadnie się tkanka społeczna, zachowująca wzorce samoobronnych zachowań i przekazująca sobie ważne wiadomości. Nawet komunistyczna władza nie wpadła na zastosowanie tak genialnego w swej prostocie pomysłu, skądinąd znanego od dawna, bo praktykowanego przez religijne sekty.

Gdybym nie znał metodologii sekt, nie zrozumiałbym, co tu się wyprawia.

Kto chce, niech nad tym pomyśli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

11 + nine =