Tradycja

Słowo „tradycja” stworzone jest z rdzenia, który sugeruje ruch, np. trakcja, traktor, trajektoria, trakt, transfer. Jeśli zatem słownikowo tradycją są zasady postępowania, to przynajmniej na poziomie encyklopedyczno-definicyjnym wszystko do siebie pasuje, wszak postępowanie jest ruchem. Tymczasem większość z nas ma z tradycją odmienne doświadczenia i skojarzenia. Tradycja, która powinna służyć ruchowi i zmianie, niestety stała się strażniczką bezruchu i stęchłych przekonań, zakładniczką poglądów i stylu życia minionych pokoleń, które pozbawiają nas witalności i naturalności.

Spróbujmy przyjrzeć się problemowi od praktycznej strony. Skoro tradycję tworzą zasady postępowania, więc bez wątpienia jest zbiorem pojedynczych zachowań oraz przekonań, które powinny wspierać życie i ułatwiać ruch. Nie tylko w kontekście religijnym, bo na przykład także w rodzinnym, te przekonania i wynikające z nich zachowania nazywamy rytuałami, które podobnie jak w wypadku tradycji, same w sobie są dobre i pożyteczne. Pozytywną rolę rytuałów – moim zdaniem – najlepiej unaocznia doświadczenie, które jest udziałem niemal każdego z nas.

Przypomnijmy sobie pierwsze samodzielne jazdy samochodem po otrzymaniu uprawnień. Dumni, podnieceni i trochę przerażeni wyruszaliśmy w drogę, koncentrując się na przełącznikach i czynnościach, bez których nie dotarlibyśmy do celu. Szukając kierunkowskazu, przyglądając się dźwigni podczas zmiany biegów i myśląc o prawidłowej kolejności naciskania pedału hamulca i sprzęgła większość uwagi skupialiśmy na prowadzeniu auta, a tymczasem piesi na pasach ledwo przeżywali, często salwując się ucieczką. Jednak z biegiem czasu kolejne czynności zaczęliśmy wykonywać niemal bezwiednie, automatycznie, nie poświęcając im już specjalnej uwagi, przez co zyskiwaliśmy więcej wolnych „bitów świadomości” na oglądanie sytuacji na zewnątrz samochodu, na czym ewidentnie najbardziej korzystali piesi, przechodzący przez jezdnię. Wraz z „rytualizacją” naszych zachowań wzrastały ich szanse na przeżycie.  Ów proces uczenia się i dochodzenia do wprawy oznaczał, że niektóre czynności i zachowania zostały na tyle dobrze utrwalone przez naszą świadomość, iż mogły zostać przesunięte w podświadomość jako wyuczony program prowadzenia samochodu. Świadomość zyskiwała możliwość obserwacji tego, co działo się wokół samochodu, a nasz ruch stawał się płynny, bezpieczny i spokojny.

Właśnie do tego służą rytuały bez specjalnej różnicy w jakiej dziedzinie życia je powtarzamy. W pierwszym rzędzie powinny umożliwiać ruch i wzmacniać witalność. Wielokrotnie powtarzane nie mogą ograniczać zmian, ale mają im służyć, ponieważ są już na tyle dobrze przyswojonymi przez świadomość umiejętnościami, że odtąd ich powtarzaniem może zająć się podświadomość, dla której stają się nowym zakresem obowiązków.

Po jakimś czasie oczywiście możemy dojść do wniosku, że mechanicznie i automatycznie powtarzane przez nas umiejętności przestały spełniać swoje zadanie i zamiast pomagać najzwyczajniej w świecie zaczęły nam szkodzić, a wówczas należy świadomie nauczyć się nowych, żeby podświadomość zaprogramować na nowo. Niestety na poziomie świadomego życia i podejmowania uwalniających decyzji dzieje się to bardzo rzadko i najczęściej dochodzi do zmian pod wpływem kryzysu, życiowego dramatu, choroby i straty, zaś strukturą, odpowiedzialną za taki stan rzeczy, jest właśnie tradycja. Zamiast wzmacniać w nas naturalną potrzebę obserwacji, nabywania nowych umiejętności, wyciągania wniosków i nadawania życiowym doświadczeniom nowych znaczeń, a pojęciom treści, tradycja najczęściej bywa strażniczką interpretacji i zachowań, utrwalających stary paradygmat. Z tego powodu zamiast tworzyć nowe synapsy, którymi będą przesyłane informacje (bodźce energetyczne) potrzebne życiu do powstawania nowych kombinacji aminokwasów, czyli białek, utrwala stare kody, w których zapisane są choroby, nieszczęśliwa starość i śmierć. Genetycy, porównujący „genetyczną bibliotekę” człowieka, zapisaną na chromosomach, z wyposażeniem pozostałych stworzeń, oczekiwali niewyobrażalnej różnicy, a tymczasem odkryli, że jest niewielka, a przynajmniej na tyle nieistotna, że nie tłumaczy prawie niczego. Jeśli zatem nie genetyczna różnorodność odpowiada za niezwykły i fascynujący rozwój życia na ziemi, to co?

Dziś wiemy, że dobry i mądry Mistrz z Galilei nie mylił się w niczym, apelując do słuchaczy o metanoię, czyli nowy sposób myślenia. Prawdziwym źródłem powstawania nowych białek, odpowiedzialnych za rozwój życia, nie są bowiem stare kody genetyczne, ale czynniki zewnętrzne, środowiskowe, a właściwie sposób, w jaki żywa istota je interpretuje i przeżywa. Odmawiając sobie prawa do nowej interpretacji powszechnego doświadczenia albo symbolu, który jest kluczem do zrozumienia własnej sytuacji, stajemy się zakładnikami starych informacji, które nie wpływają na aminokwasy i nie inicjują pojawiania się nowych białek. Ewolucja grzęźnie w starej interpretacji, czyli w zachowaniach, typowych dla przeszłości, co w efekcie kończy się możliwymi do przewidzenia traumami, chorobami i terminalnymi cierpieniami większości z nas.

Jedyną szansą dalszego rozwoju i powszechnej wolności rodzaju ludzkiego jest Duch, w mocy którego nie będziemy ulegać lękom, ani odczuwać wstydu i winy, że chcemy i potrafimy interpretować swoje życie samodzielnie i w nowy sposób. Duch Święty jest tchnieniem Życia, odblaskiem Światła, informacją z powszechnego pola Świadomości, stwarzającą nas na nowo, gdy pozwalamy jej zmieniać naszą świadomość. Wówczas tradycja przestaje pełnić rolę sygnatariuszki starej umowy społecznej i strażniczki interpretacji prawowiernej, której oblicze przypomina twarz bladej, kościstej, pozbawionej radości i szczęścia Śmierci, całej w czerni, oślepłej na prawdziwe potrzeby ludzkiej duszy.

Tradycja ma być ubrana w trzy podstawowe barwy, czyli w biel, która jest symbolem dnia i kosmosu; czerń, symbolizującą noc i chaos; czerwień, znamionującą gotowość do zmiany, oraz kubraczek, wyszywany łąkowymi kwiatami. To barwy życia, ozdabiające ludzką duszę, Kochankę Chrystusa, z którym pragnie wejść na weselną ucztę, aby tańczyć, radować się i doświadczać szczęścia. 

Tradycja nie przypomina kościstej, starszej Pani, która zawsze trzyma fason i dopasowuje się do konwenansów społecznych za cenę dobrobytu i szacunku. Tradycja jest pełną witalnej krasy Kobietą, która bez względu na wiek wciąż jest płodna i pełna znaczeń nowego życia. Uśmiechając się Pani Tradycja rodzi nowego człowieka, chociaż dotychczasowa interpretacja wyklucza to jako niemożliwe (1 Mż 18,11-14). Tradycja ufa, że u Boga wszystko jest możliwe, więc przyswaja nowe znaczenia, tworząc z nich nowe umiejętności, aby życie było nieustannym ruchem, radosnym tańcem i szczęśliwym istnieniem. Tradycja w niczym nie przypomina kapłana z lewitą z przypowieści Jezusa (Łk 10,30-37), którzy nie pomogli zranionemu człowiekowi. Raczej zawsze kieruje się miłosierdziem, aby życie do końca nie uszło z człowieka. Doświadczonemu cierpieniem pomaga odnaleźć kontakt z własną duszą i doświadczyć głębokiego uzdrowienia.

Tradycja wie, że każda dobra interpretacja czyni człowieka bardziej wolnym, zdrowym, szczęśliwym, po prostu lekkim, zaś każda zła interpretacja w niczym mu nie pomaga, często wprost pogarszając jego życiową sytuację. W efekcie człowiek, podejmując decyzję dobrą dla swojej duszy, zawsze czuje się lżej i radośniej. Przeciwnie, kto podejmuje złą decyzję, ten czuje się przygnieciony i smutny.

Niestety trójkąt bermudzki nie posługuje się tradycją, aby tworzyć nowe synapsy, ale raczej umacniać identyfikację z przekonaniami i zachowaniami minionych pokoleń. Wszyscy wiemy, że same w sobie nie były złe w czasie i w kontekście, w którym powstały, ponieważ umożliwiły zrozumienie i opisanie świata przez ówczesne pokolenie. Tym samym spełniły rolę rytuałów, które stały się podświadomymi programami, uwalniającym świadomość do eksploracji rzeczywistości i transgresji. Dziś są wyłącznie pamiątką dawnego rozumienia oraz interpretacji świata, która nie może mieć charakteru normatywnego, powszechnie przyjętego jako obowiązujący bez uprzedniej krytyki i reinterpretacji. Kto ma pozbyć się utożsamień, z powodu których nie jest sobą i nie wykorzystuje swojego potencjału, nie może reflektować, myśleć krytycznie i postępować, korzystając z nie swoich rytuałów, symboli i narracji. Odwrotnie sam powinien je świadomie tworzyć, a nawet zmieniać, po czasie dostrzegając ich bezużyteczność.

Tymczasem naród, religia (Kościół) i rodzina oczekują, że jednostki przejmą rytuały, symbole, także mitologię, które traktują jako konstytutywne dla tożsamości grupy, zupełnie nie interesując się odpowiedzią na pytanie, czy pełnią jeszcze jakąkolwiek ożywczą rolę dla ludzkiej psychiki? Od ludzkiej duszy ważniejsza bowiem jest tożsamość grupy, która najbardziej boi się dezintegracji. Co w praktyce oznacza, że powtarzalność wzorów, według których członkowie grupy myślą i działają, jest ważniejsza od poczucia przez jednostkę wewnętrznej mocy, ponieważ stanowi zagrożenie dla historycznej tożsamości grupy.

Doprawdy przysłowiowy jest już przykład małej dziewczynki, która przy okazji kolejnych świąt zapytała mamę, dlaczego przed włożeniem szynki do brytfanny odcina jej końce? Czy to ma jakieś znaczenie? W odpowiedzi usłyszała, że to przecież jest rodzinna tradycja, ponieważ babcia zawsze tak robiła. Ciekawość mimo wszystko nie dała dziewczynce spokoju i przy najbliższej okazji zapytała babcię, w czym należy upatrywać przyczyny rodzinnej tradycji odcinania końców szynki? Na co szczerze zdziwiona babcia odpowiedziała, że w niczym szczególnym, ponieważ jej brytfanna po prostu była za krótka, a jedynym rozwiązaniem było skracanie szynki. Tak więc z praktycznego rytuału babci, jej córka bezrefleksyjnie uczyniła tradycję, którą jako mama chciała przekazać swojej córce. Oto cała tajemnica trójkąta bermudzkiego, zawarta w dowcipnym i trywialnym dowcipie, jakże dramatyczna w skutkach.

Tradycja tylko wtedy pełni swoją ożywczą rolę, gdy składające się na nią rytuały, symboliczne znaczenia oraz interpretacje są autorskim dziełem człowieka, któremu mają ułatwiać ruch, rozwój i życie. Przejęte bezrefleksyjnie i bezkrytycznie stają się pułapką utożsamienia się z czymś, co nie jest prawdziwe, bo nie ożywia ludzkiej duszy.

Zapraszam do Karpacza na Wang

Temat rekolekcji: Biblijny obraz mężczyzny

Dom Parafialny przy kościele Wang w Karpaczu, ul. Na Śnieżkę 8. Informacja 757619228.
sobota 2 grudnia 2023 r.
15.00 – rozpoczęcie rekolekcji
16.45 – 17.00 – przerwa (kawa, herbata, ciastko),
17.00 – 18.30 – druga część rekolekcji
niedziela 3 grudnia 2023 r.
10.00 – nabożeństwo ze spowiedzią i komunią św. w kościele Wang,
kazanie: ks. prof. Marek Jerzy Uglorz.
11.15 – 12.45 – trzecia część rekolekcji i zakończenie (kawa, herbata, ciastko).


Biblia jest zbiorem starych opowieści, w których liczni mężczyźni pełnią rolę bohaterów wiary.
Wiary nie powinniśmy mylić z pobożnością, czyli współuczestnictwem w religijnych obrzędach, ani utożsamiać z intelektualną aprobatą teologicznych twierdzeń, dotyczących Boga.
Wiara jest energią życia, duchowym układem nerwowym, czyniącym z człowieka istotę zdolną do odważnego działania i ruchu ku przyszłości. Jest naturalną zdolnością do wyczuwania duchem tej części prawdy, która nie objawiła się jeszcze na poziomie zmysłowym, jednak od zawsze manifestuje się w sferze duchowej. Dzięki wierze przekraczamy samych siebie, swobodnie czujemy się w świecie, mamy odwagę i nieposkromioną twórczą wyobraźnię, która staje się rzeczywistością.
Biblijni mężczyźni, pochodzący z różnych kultur (mezopotamskiej, egipskiej, kananejskiej, perskiej, greckiej oraz innych), choć pokazani są w różnych sytuacjach, którym często nie potrafią sprostać, w większości cechują się wiarą, usprawiedliwiającą ich zachowania. Pomimo swoich słabości osiągają cele, realizują swoje powołania i umierają w chwale i potędze.
Męska potęga nie jest zniewalającą przemocą, ale zdolnością i możliwością wolnego i twórczego działania. O potędze śnią zmęczeni mężczyźni w korporacjach okradani z życiowych sił i nie dopuszczani do sprawiedliwego podziału zysków. Potęgi szukają kobiety, spragnione witalnych, sprawnych, twórczych i godnych podziwu mężczyzn, którzy trafiając w życiowy cel, są szczęśliwi, spokojni i radośni.
Przedstawię biblijnych mężczyzn, co prawda niedoskonałych, ale potężnych w swojej wierze. 
Panom opowiem ich przygody w taki sposób, aby usłyszeli w nich o sobie i znaleźli inspiracje do codziennego działania i duchowego wzrostu.
Panie przy okazji usłyszą wiele o swoich ojcach, mężach, partnerach, synach, co na pewno wpłynie na jakość związków.

Biografia?

W sobotę nad ranem otrzymałem wizję, która jest odpowiedzią na pytanie: „Dlaczego w cieszyńskim szpitalu leczę się z zapalenia płuc?”. Powyższy rysunek jest wierną kopią obrazu, który wówczas otrzymałem. Wir pełen śluzu i glutu, widoczny pod moimi stopami, to system, reagujący na zmiany w biopolu. Ów śluz, błotnista maź, jest poczuciem bezpieczeństwa za cenę utożsamienia się z systemem i wierności tradycji. Jeśli ktoś czyta tylko te książki, które pasują do teologicznego paradygmatu; jeśli wciąż używa tych samych słów i pojęć, aby wyrazić obowiązujący w grupie obraz Boga; jeśli podziela tradycyjne poglądy teologiczne, które nie mają żadnego uzasadnienia z punktu widzenia współczesnej nauki to co o takim człowieku można powiedzieć? Że jest straumatyzowanym fanatykiem? Że socjalne bezpieczeństwo jest dla niego ważniejsze od poddania się Duchowi Świętemu? Że nie ma wielkiej szansy na przeżycie Bożej epifanii (objawienia), skoro język, którym się posługuje, tworzy granice poznania?

Nie chcę być takim człowiekiem.

Moja choroba była in-formacją, którą Duch sformatował moje wnętrze. Proces odzyskiwania terytorium nabrał nowej dynamiki i został ukierunkowany. Terytorium zostało mi zabrane przed niespełna trzema laty, jednak w dalszym ciągu szukałem miejsca w systemie. Tymczasem nowe terytorium jest wirem, znajdującym się nade mną. Wir poniżej jest wilgotny, glutowy, śluzowy, zimny. Wir powyżej jest tchnieniem Ducha, „boskim tlenem”, ciepłem światłości Chrystusa. To jest wir pozasystemowy, w pewnym sensie metaterytorialny, bo uwalniający z potrzeby bycia bezpiecznym i bycia kimś.

Ta choroba była błogosławionym przekroczeniem utożsamiania się z samym sobą. Ów proces trwał przez kilka lat, ale mam odczucie, że Duch ostatecznie przeciął pępowinę z „ja autobiograficznym” i porwał mnie ku światłości, w której nie ma „ja”, bo manifestuje się JESTEM.   

Pozbywając się utożsamień miejcie świadomość kolejnych poziomów. Na początku tożsamość jest czysto zewnętrzna. Wówczas nasze „ja” manifestuje się w czystej formie ego, które lgnie do wszystkiego, co nie jest prawdziwe i nie ma żadnego znaczenia dla duszy. Później, najczęściej dzięki życiowym kryzysom (co opisałem w tekście TOŻSAMOŚĆ), zaczynamy utożsamiać się z sobą, a właściwie z duszą, której do tej pory nie zauważaliśmy. Ja powoli zaczyna odrzucać ego, jednak do zamanifestowania się w postaci czystej jaźni daleka droga. Wówczas czyha na nas poważna pułapka, w którą wpadamy, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Otóż pojawia się wówczas  „ja martyrologiczne”, które co prawda jest już świadome siebie, niestety utożsamia się z cierpieniem, chorobami i nieszczęściami.

Z „ja martyrologicznego” można wyjść dzięki czułej obserwacji życia, akceptacji, wybaczeniu, miłosierdziu i prostocie. Ponad „ja martyrologicznym” pojawia się „ja autobiograficzne”, które już nie cierpi, ale wciąż ma potrzebę bycia oddzielonym, osobnym. „Ja autobiograficzne” jest doskonale rozwiniętą osobowością. Można odnieść wrażenie, że manifestuje się wtedy doskonały człowiek. Problem polega na tym, że „ja autobiograficzne” chce tworzyć historię, aby móc ją opowiadać, pozostawiać ślady, tworzyć dzieła, itp, które nikomu nie są potrzebne.

Dopiero ponad „ja autobiograficznym” pojawia się „ja”, które nie jest już „ja”, bo staje się częścią JESTEM, czyli boskości. Bycie na ziemi staje się obecnością w TERAZ. Znikają potrzeby i namiętności, a pojawia się cisza i pokój. Tworzenie biografii przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Tożsamość

Według słownika j. polskiego tożsamość jest identyfikacją albo byciem tym samym. Z kolei autorzy leksykonu psychologii rozwoju człowieka za poglądami Eriksona uznają, że tożsamość jest sposobem postrzegania siebie z perspektywy względnie stałych, odrębnych i niepowtarzalnych u innych osób właściwości psychofizycznych. Z punktu widzenia socjologii tożsamość jest nie tylko identyfikacją z elementami rzeczywistości społecznej, ale określa też relacje pomiędzy ludźmi i grupami.

Wynika stąd, że tożsamość jest świadomością samego siebie w odniesieniu do grupy oraz własnej istotności. Jej produktem jest osobowość, czyli poczucie dojrzałej i odpowiedzialnej osobności w grupie. Jednostka identyfikująca się z grupą, bez świadomości własnej odrębności oraz indywidualności, poddana jest wewnętrznej presji, aby być adekwatną, przydatną, przyjętą i zaakceptowaną. To z niej na powierzchni świadomości pojawia się po jakimś czasie presja tak silna, że w efekcie układ nerwowy nie wytrzymuje przeciążenia i włącza program ratunkowy, którym jest depresja. Z kolei jednostka, przesadnie podkreślająca swoją odrębność  i broniąc się przed wpływami grupy, będącymi jej zdaniem zamachem na wewnętrzną integralność, zamyka się w wewnętrznym świecie, niczym pod szczelną kopułą niewidzialnego światła, którym jej zdaniem emanuje w środowisku. W efekcie pojawia się psychiczna monada, niezdolna do dalszego rozwoju, która po czasie zapada się w siebie i rozpada na tysiące nieświadomych siebie cząstek. Osobowość podlega procesowi dezintegracji i człowiek przestaje wiedzieć kim jest. Przynajmniej do pewnego momentu rozwoju psychicznego (o który chodzi napiszę poniżej) dojrzała i odpowiedzialna osobowość kształtuje się w interakcjach społecznych, to jest w grach i rolach, w których dusza przez doświadczenie zyskuje dostęp do pełni wiedzy o samej sobie.

Pojęcie tożsamości jest więc nieodzowne i bezrefleksyjne odrzucenie jej znaczenia dla psychosomatycznego zdrowia i duchowego wzrastania byłoby nierozsądne. Zaś dziecięco/młodzieńczy okres rozwoju, w którym duża część wysiłku rodziców, nauczycieli i katechetów jest ukierunkowana na budowanie tożsamości, jest wprost niezbędny, aby było można dojść do momentu tak oczywistej pewności i klarowności samego siebie, co nazywam petryfikacją osobowości, że pod wpływem duchowego ciśnienia rodzi się nowy człowiek. Dlatego problemem nie jest pojęcie tożsamości samo w sobie, ale takie modelowanie oraz wykorzystanie jej znaczenia przez wychowawców i autorytety, że proces petryfikacji wytraca swoją wewnętrzną dynamikę. Czasem zostaje wręcz gwałtownie zatrzymany, co jest zapowiedzią przyszłych problemów zdrowotnych oraz geriatrycznych.

Na początku naszego pobytu na ziemi w naturalny sposób utożsamiamy się z mamą. Identyfikacja jest prawdopodobnie tak silna, że wszystko, co w niemowlęctwie zapewnia nam pokarm, ciepło i bezpieczeństwo staje się mamą. Nieco później uczymy się tożsamości grupowej, wynikającej z przynależności do rodziny, też szeroko pojętego rodu, sąsiedzkiej, podwórkowej, religijnej, językowej, wreszcie plemiennej. W tym procesie utożsamiania się ciężko wskazać coś szczególnie niebezpiecznego, o ile będzie toczył się dalej. Z wiekiem zaczynamy utożsamiać się z życiowym partnerem, dziećmi, wykształceniem, zawodem, stanowiskiem, miejscem i znaczeniem w społeczeństwie, majątkiem, wreszcie z dojrzałością i sędziwością. Najgorszymi formami utożsamienia są te, które oznaczają ból i cierpienie, czyli choroby albo role społeczne, w których sami siebie uprzedmiotowiamy, racjonalizując swoją niewolę potrzebą np. miłości.

O tym, że proces budowania własnej tożsamości osiągnął poziom największej identyfikacji z tym, co nie jest nami, jednak bez czego życie wydaje się nam wprost niemożliwe, przekonujemy się w momentach traumatycznych, które oceniamy jako życiowe kryzysy. Okazuje się wówczas, że to, z czym się utożsamialiśmy, jest względne i przemijające. Dla człowieka, który dotąd był nieświadomy swoich uzależnień, przeżycie wypowiedzenia z pracy, śmierci małżonka i dziecka albo utrata plemiennej suwerenności jest dramatem wprost niemożliwym do przeżycia. To jest ten moment, który biblijny autor opisuje w Genesis jako chwila budzenia się świadomości. Pierwsi ludzie zaczęli bowiem utożsamiać się z tym, co zewnętrzne, do tego stopnia (1 Mż 3,1-24), że w efekcie utracili wewnętrzne szczęście oraz kontakt z obecnością Boga. Uruchomił się wówczas psychiczny proces odzyskiwania kontaktu z duszą przez doświadczenie pustyni, na której człowiekowi zostaje zabrane to, co z czym się utożsamia, aby skorzystał z szansy odkrycia największego skarbu, jakim jest sam dla siebie, i poprzez wejście w siebie zaczął poznawać własną prawdę. W taki sposób rodzi się świadomość.

Szkoda, że zdecydowana większość z nas nie chce uznać, że katalizatorem pojawienia się pierwszych przebłysków świadomości jest kryzys i strata tego, z czym bezrefleksyjnie i nieświadomie do tej pory się utożsamiała. Tego rodzaju doświadczenia zdarzają się w chwilach największej pewności siebie, przeświadczenia o bezwzględnej sprawczości, poczucia znaczenia w grupie, wreszcie przekonania, że nie grozi nam niebezpieczeństwo, ponieważ strumień życia i procesy wzrostu mamy pod kontrolą. To jest moment, w którym nasze ego jest w szczytowej formie. Czujemy wtedy wewnętrzną siłę, wolę życia, sprawczą pewność siebie. Z punktu widzenia ego już nic piękniejszego nie może się nam w życiu przydarzyć, więc zaczynamy zaklinać rzeczywistość słowami: „Chwilo trwaj”.

Tymczasem prawdziwe życie dopiero zaczyna majaczyć na horyzoncie, jednak to, czy zdołamy się z nim spotkać, zależy jedynie od tego, czy ufnie poddamy się procesowi transformacji,  co stanie się możliwe po wypuszczenia z życia wszystkiego, z czym do tej pory się utożsamialiśmy. Ze zdumieniem odkrywamy wówczas, że nie trzeba „mieć”, a wystarczy „być”, bo prawdziwa wartość, którą jest nasz wewnętrzny, psychiczny i boski potencjał, do tej pory niezauważony, a często wręcz wzgardzony i źle traktowany, czeka na wdzięczne przyjęcie i rozwój. Proces utożsamiania nabiera wtedy nowej dynamiki i zapewnia doświadczenia, budzące w nas nowe uczucia oraz emocje, do tej pory zupełnie nam nieznane. Porzucając tożsamości zewnętrzne odkrywamy tożsamość indywidualną, niepowtarzalną, w której kształtuje się osobowość dojrzała psychicznie. I nic na to nie poradzimy, że ów proces przypomina obieranie cebuli, w trakcie którego obdzieranie kolejnych warstw obeschniętych łusek wyciska z naszych oczu liczne łzy. Co prawda pozbywanie się kolejnych utożsamień, związane jest z łzami, które mimo wszystko oczyszczają nas z uzależnień i stwarzają szansę na spotkanie się z jaźnią, to jest z duszą, której nie tłamsi i nie ogranicza pożądliwe i racjonalne ego.

Jak widać w życiu wpierw potrzebne jest nam utożsamienie się z tym, co jest zewnętrze. Gdy osiągamy apogeum tego procesu, wówczas zaczyna się kolejny etap utożsamienia z samym sobą. I pewnie wielu z was pomyślało, że na tym koniec. Otóż nie. Gdybyśmy byli istotami cielesnymi, wtedy wystarczyłoby nam utożsamienie z tym, co zewnętrzne. Podobnie gdybyśmy byli tylko istotami psychicznymi, potrzebowalibyśmy utożsamienia się z własną, uwewnętrznioną  prawdą. Tymczasem jesteśmy czymś jeszcze więcej. Jesteśmy utkani z ducha, boskiego tchnienia wiecznej i nieograniczonej Świadomości. Jesteśmy światłem, które ma powrócić do boskiego Źródła. Niestety nie wszyscy mamy świadomość przynależności do uniwersalnego pola boskiej Świadomości, niczym nie ograniczonej Mądrości. Dlatego dzielimy się na ludzi psychicznych, żyjących na poziomie utożsamienia się z własną prawdą, i na pneumatyków, kontynuujących duchowy proces (1 Kor 2,13-15), który nie polega na niczym niezwykłym, ani nie dotyczy jakiejś specjalnie ukrytej i pilnie strzeżonej przez wtajemniczonych wiedzy. Problem nie polega na dostępności i dozowaniu, ale na przekroczeniu ego, które uważa, że poza tożsamością, czyli osobnością bytu, nie ma niczego, a tymczasem jest, tyle tylko, że trzeba zdecydować się wyjść poza własny umysł i zaufać, że dopiero tam, gdzie nie ma obserwującego i oceniającego podmiotu, pojawia się czysta i niczym nie ograniczona Jaźń, czyli Łono Ojca, z którego pochodzi wszystko, co istnieje.

Dopiero tam, gdzie ustają roszczenia „mnie”, „nam”, „moje” rozbłyskuje światłość Chrystusa, w której nie ma podziałów na to, z czym do tej pory się utożsamialiśmy, czyli np. z płcią biologiczną albo przynależnością plemienną (Ga 3,28). Po przekroczeniu tożsamości typu „mieć”, a potem tożsamości typu „być”, stajemy się czystym światłem, którego nie stawia się pod przykryciem, ponieważ ma świecić wszystkim, żyjącym w ciemnościach. Gdy ustaje potrzeba utożsamiania się człowiek zaczyna doświadczać wyższej świadomości jestności oraz istotności. Pomiędzy nim a wszystkim nie ma żadnej granicy i napięcia. Jest wszystkim, będąc udziałowcem wszystkiego, i jest pustką, z której może powstać nowa jakość. Staje się manifestacją boskości, będąc udziałowcem Boga, i pełnią człowieczeństwa, będąc cząstką ludzkości. Nie będąc osobnością staje się potencjalnością każdej możliwej formy manifestacji Boga w człowieczeństwie. W tym doświadczeniu Bóg staje się bardziej Bogiem poprzez bycie człowiekiem, a człowiek bardziej człowiekiem poprzez bycie Bogiem.

Trójkąt bermudzki pochłania ludzkie dusze, ponieważ doprowadza proces utożsamienia się do apogeum ego, które czuje siłę i mądrość, a tymczasem Boża głupota jest mądrzejsza od ludzkiej mądrości, a Boża bezsiła jest mocniejsza od ludzkiego poczucia siły (1 Kor 1,25). I gdy powinna nastąpić transformacja w uwewnętrznioną tożsamość prawdy o sobie samym, proces zostaje zatrzymany, a człowiek zręcznie zmanipulowany ostrzeżeniami przed popełnieniem błędu albo fałszywymi przekonaniami, dotyczącymi miłości, która jawi się jako warunkowa i naznaczona cierpieniem. Z tego powodu dziecięco/młodzieńcza radość życia ustępuje poczuciu wstydu i małości, zaś w sytuacjach, w których powinniśmy korzystać ze swojej siły i odczuwać dumę ze własnych dzieł, zaczynamy zapadać się w poczucie winy. Wszystko podszyte jest strachem przed karą i zmarnowaniem życiem.

Systemowa triada, to jest Kościół, naród i rodzina, wykorzystują wszystkie środki oddziaływania bezpośredniego i pośredniego, aby ludzkie dusze uwięzić w patriarchalnym poczuciu identyfikacji z tym, co z punktu widzenia  tożsamości, tradycji i prawa, jest wartością nadrzędną, której człowiek jest winien posłuszeństwo i najwyższa ofiarę. Tyle tylko, że wówczas nie jest to ofiara, złożona z miłości przez wolnego człowieka, kapłana własnej egzystencji. System, bardzo wrażliwy na wszelkie zmiany w biopolu, czyli w energii człowieka, który poddany procesowi petryfikacji staje się coraz piękniejszym światłem, nasila wtedy swoje działania, aby odzyskać kontrolę nad jednostką, a przynajmniej nie pozwolić jej na swobodne wyrażanie siebie, co mogłoby doprowadzić do rozpadu struktury.

Większość roślin nie ma problemu z dostępem do energii, ponieważ w procesie fotosyntezy same ją wytwarzają. Niestety historia większości zwierząt i ludzi jest nieustanną walką o dostęp do źródeł energii. Wydaje się, że aby przetrwać musimy walczyć i wygrywać, mając dostęp do naturalnych źródeł energii oraz panując nad niewolniczo pracującymi ludźmi. Nie tylko systemy polityczne i gospodarcze, a zwłaszcza bankowy, powstają i trwają, aby korzystać z ludzkich zasobów energii finansowej, fizycznej i mentalnej. Także systemy religijne oraz rodzinne korzystają ze sprawnie działającego trójkąta bermudzkiego, ponieważ obok wyżej wymienionych rodzajów energii, czerpią też z emocjonalnej energii jednostek, które nie potrafią rozwinąć świadomości poza tożsamość typu „mieć”.

Na pierwszym poziomie świadomości, który jest fundamentalny i niezbędny do dalszego rozwoju, jesteśmy niejako skazani na motywujące do działania „muszę, aby mieć”. Na tym poziomie ujawnia się siła rodu, plemienia, narodu, wspólnoty, której zawdzięczamy życie i przetrwanie, gdy jeszcze nie jesteśmy dojrzali, silni, sprawczy i samodzielni. Rodowi zawdzięczamy naszą ziemską historię, jej genetyczne, kulturowe i dziejowe dziedzictwo, bez którego nie bylibyśmy sobą. W zamian za dar życia i poczucie bezpieczeństwa jesteśmy jej winni posłuszeństwo. Ród (oraz wszystkie struktury, które uosabiają go w codziennym życiu) oczekuje zatem motywacji typu „muszę się poświęcić, aby mieć”. Wychowywanie niestety kojarzy się nam z posłuszeństwem rodzicom i autorytetom. Ów program jako pierwszy bodziec w doświadczeniu życia zapisuje się w nas najsilniej, zaś wszystkie struktury społeczne, posługujące się energią władzy, skwapliwie z niego korzystają, aby utrzymywać nas w roli podwładnego, petenta, winnego czy też ofiary. Na tym poziomie świadomości można przeżyć całą ziemską historię i nigdy nie skorzystać z możliwości, jakie daje energia wyjścia, czyli doświadczenie wolności. Wówczas propozycja, że nie „muszę”, ale „chcę” może wywołać prawdziwy entuzjazm, niemniej po chwilowym zachłyśnięciu się nowym sposobem motywacji najczęściej powraca dominująca świadomość bycia ofiarą. Po euforii pojawia się apatia i bezsilność, na którą jedyną metodą wydaje się być postawa niewolnika, który sam siebie zmusza do codziennej aktywności.

Rodzinie, plemieniu, Kościołowi należy się szacunek i wdzięczność za życie, utrzymanie i wychowanie, ale nadchodzi moment, gdy trzeba wyrosnąć ponad codzienne uzależnienie od bezpieczeństwa, które zapewnia przynależność do wspólnoty za cenę samodzielnego życia. To chwila, w której nie porzucając rodziny i nie wypierając pamięci o dobru, otrzymanym od religijnej i plemiennej wspólnoty, nadchodzi cudowne i wyzwalające doświadczenie odnalezienia siebie i słuchania uwewnętrznionej prawdy o duszy, która będąc światłem pragnie powrotu do pełni świadomości. Ewolucja, której końcem jest uchrystowienie ludzkości, wymaga odwagi porzucenia każdej tożsamości.  

Na końcu duchowego procesu wychodzenia z utożsamień nastaje cudowna cisza, w której nie posiadamy niczego, będąc niczym z punktu widzenia ludzkich dziejów i ziemskich wartości, oraz pokój, w którym mamy wszystko, będąc wszystkim w pierwotnym Źródle Życia. Wtedy nikt i nic nie może nam uczynić nic złego.

Gdy nie mamy niczego, nawet samych siebie, cóż może nam zostać zabrane?

Gdy nie żyjemy własnym życiem, ale życiem Chrystusa, czy można pozbawić nas życia?

Gdy porzuciliśmy utożsamienia, czy można zabrać nam prawdę o nas samych?

Gdy tedy szli drogą, rzekł ktoś do niego: Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz.A Jezus rzekł do niego: Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił.Do drugiego zaś rzekł: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól nam najpierw odejść i pogrzebać ojca mego.Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże.Powiedział też inny: Pójdę za tobą, Panie, pierwej jednak pozwól mi pożegnać się z tymi, którzy są w domu moim. A Jezus rzekł do niego:Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego” (Łk 9,57-62).

Trójkąt bermudzki

Podobno mam się utożsamiać. Przynajmniej tak usłyszałem 11 listopada, w przeddzień kolejnej pamiątki mojego lądowanie na błękitnej planecie. Mam się utożsamiać z narodem, z emblematami i jakimś chorym tekstem, który nijak ma się do chrześcijańskiej tożsamości tego narodu: „Co nam obca przemoc wzięła, siłą odbierzemy”. Nigdy nie potrafiłem utożsamić się z tymi słowami. Od dzieciństwa budziły we mnie sprzeciw. Dlaczego miałbym stosować siłę skoro Mistrz z Galilei jej nie stosował i w dodatku mam prężyć się jak paw, gdy inni prorokują cierpienie, śmierć i łzy?

Dlaczego biel i czerwień są ważniejsze od innych kolorów? Wreszcie dlaczego jakiś ambitny polityk, ale marny uczeń na lekcjach historii, każe mi utożsamiać się z narodem w imię rocznicy zrzucenia zaborczego jarzma, stojąc na ziemi, która pod żadnym zaborem nie była? Więcej, oczekuje mojego utożsamienia się z narodem, gloryfikującym Piastów, którzy nie wiedzieć czemu budowali obronne warownie na granicy ze Śląskiem. Skończyło się na tym, że jeden z nich dość skutecznie zrzekł się roszczeń do Śląska, a polska historiografia obdarowała go przydomkiem Wielki.

Pozornie to jest komedia, jednak w rzeczywistości ani ona, ani dramat. To jest celowe i uporczywe stalkowanie mojej duszy, które powinienem zgłaszać na policji.

Żeby nie było łatwo i prosto opiszę jeszcze jeden rozdział moich przygód ze stalkingiem. Zstępując ku początkowi listopada, dzień przed Świętem Niepodległości, czyli 10 listopada 1483 r. urodził się Marcin Luter, genialny teolog, choć w codziennym życiu pewnie nie zawsze do rany przyłóż… Chociaż chciał reformować Kościół, związany z patriarchą Rzymu, wyszedł mu nowy, całkiem przyzwoity, bo patriarcha nie do końca był świadom swego Kościoła. I tak po upływie mniej więcej 500 lat także moją duszę porwał Duch na pustynię teologicznych kwestii. Potem oczywiście pojawiło się we mnie pytanie, co mam z tym począć?  Więc począłem się jako ksiądz w Kościele, którego co prawda Luter nie chciał, ale że patriarcha Rzymu z kolei nie chciał Lutra u siebie w Kościele, więc miałem wybór.

Nie bardzo wiem, czy byłem wtedy mało czujny, czy nieświadomy? Nie żebym łkał i narzekał, ale na kwadrans przed aktem ordynacji ówczesny Biskup Kościoła E-A w RP wziął mnie na bok i zakomunikował: „Dobrze się zastanów, bo będziesz żałował”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy po przyjacielsku tak do mnie mówił, ale wkrótce się dowiedziałem, doświadczywszy skutków jego planów. Gdy odpowiedziałem: „Ok. Wchodzę w to, bo i tak nie mam wyboru, skoro Duch Święty tak postanowił”. Chwilę potem włożył na mnie dłonie w asyście dwóch zacnych duchownych, z których jeden asystował też wiele lat wcześniej przy sprowadzaniu mojej duszy na planetę, i kazał przysięgać na wierność księgom wyznaniowym Kościoła E-A, czyli luterańskiego. I tak zaczęła się druga odsłona uporczywego stalkowania mojej duszy. Doszło do tego, że przed dwoma laty z okładem przez innego Biskupa zostałem wezwany do wysłuchania informacji, że moja interpretacja tekstów biblijnych nie jest tradycyjna, więc na uczelni nie mogę dalej prowadzić wykładów z biblistyki.

Jasny pieron. Rozumiecie to? W Kościele, który powstał jako konsekwencja nietradycyjnej wykładni tekstów biblijnych, dokonanej przez Marcina Lutra, 500 lat po tamtych wydarzeniach zabrania mi się nietradycyjnej wykładni. Czyli Duch Święty jest jak dżin, łaskawie wypuszczany z butelki, jeśli taka jest wola Kościoła i jego elit, natomiast ja mam się utożsamiać z tradycją, bo nie znam zaklęcia, którym mógłbym butelkę otwierać. Gdybyż to tylko o mnie chodziło, nie byłoby wielkiej straty, ale przecież największą świętością Kościoła jest tradycyjne nauczanie, z którym powinni utożsamiać się wszyscy wyznawcy Jezusa Chrystusa.

W ten sposób dotarłem do końca wątku autobiograficznego, aby móc z niego wyłuskać te dwa pojęcia, które zamrażają ludzką ewolucję i marnotrawią boski potencjał ludzkości: tradycja i tożsamość. Same w sobie niezwykle wartościowe i treściwe, jednak naprawdę sprytnie przeformatowane i wykorzystywane w taki sposób, aby były skutecznymi narzędziami ucisku i zniewolenia ludzkich dusz.

Ludzie, siedzący w ciemnościach i niewidzący światła, stworzyli z nich coś, co nazywam trójkątem bermudzkim, w którym bezpowrotnie ginie wiele ludzkich dusz. Jeśli zaś mówię o trójkącie, zatem w czym należałoby upatrywać trzeciego kąta, wyznaczającego przestrzeń szeolu? Oczywiście w prawie, praktykowanym mniej więcej w ten sposób, z którym zetknął się Mistrz z Galilei, co do którego musiał bezceremonialnie orzec: „Sabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu” (warto poznać kontekst tej wypowiedzi, więc zachęcam do lektury Mk 2,23-28).

Prawo, tradycja i tożsamość są niczym łóżko Prokrusta, na którym ginie każdy, przykrawany albo naciągany do odpowiedniego wzorca. W istocie wciąż żyje, mimo wszystko bardziej przypominając zalęknione, zawstydzone i odczuwające winę żyjątko, aniżeli istotę boską, utkaną z światła prawdy. Najpierw są narzędziami do odpowiedniego wychowania czyli przyzwyczajenia młodych ludzi do niewolnictwa, a następnie kontroli i represji, jeśli w toku dojrzewania i rozwoju chcą rozwinąć skrzydła i ulecieć ku światłości. Stosują je Kościoły, rządy posługujące się fałszywą ideą narodu, oraz rodzina, znowu sama w sobie wielkie błogosławieństwo, jednak często nieświadomie identyfikująca wychowanie z posłuszeństwem. Zatem triada pojęć: tradycja, tożsamość i prawo, to praktyczna strona triady: Kościół, naród, rodzina. Natomiast jej emocjonalną konsekwencją jest trzecia triada: strach, wstyd oraz wina, swoisty zacisk energetyczny całego ciała, w którym najpierw ustaje rozwój duchowy, następnie funkcje psychiczne, a ostatecznie także funkcje somatyczne.

Co prawda trójkąt bermudzki powoli wytraca destrukcyjną energię, jednak w polskim społeczeństwie siłą inercji będzie pochłaniał jeszcze dziesiątki pokoleń. Dość tego. Jego czas się skończył, a im prędzej go rozmontujemy tym lepiej dla potencjału ludzkości i przyśpieszenia procesu wznoszenia ku światłu, czyli wzrastania w Chrystusie.

O każdym z kątów trójkąta bermudzkiego mam zamiar napisać oddzielny tekst. Na początku zajmę się tożsamością. Zapraszam i proszę o cierpliwość, jeśli następnej refleksji nie napiszę w ciągu jednej godziny.

Słowo TERAZ wszystko zmienia

Obiecałem, że przedstawię powód mojej nieobecności w Międzyrzeczu. Cóż począć? Do dzieła.

Nie sądźcie, że przeczytacie całą autobiografię Marka, jednak skontekstualizowanie powodu decyzji jest absolutnie niezbędne.

Po pierwsze musicie wiedzieć, że od poczęcia doświadczałem na planecie wiele dobra, bo na rodziców wybrałem sobie niezwykłych ludzi, którzy zawsze się kochali, ale o tym pewniej kiedyś więcej. W każdym bądź razie rosłem na plebanii, w świętej i pięknej przestrzeni mieszkania, przypominającego pałacowe wnętrza, kościelnego placu i ponad tysiąca ludzi, wśród których czułem się wyjątkowo, jak w wielkiej rodzinie. Na nabożeństwa zawsze lubiłem chodzić (szkółek niedzielnych szczerze nie znosiłem, bo moja dusza nie godziła się na te opowiastki o niebie dla dobrych i piekle dla złych). O poranku budziły mnie piękne bijące dzwony starobielskiego kościoła, wieczorem wołały na kolację. Nieopodal znajduje się wielki cmentarz, na którym również bardzo lubiłem przebywać. Czułem się tam, jak w parku, pomiędzy dobrymi ludźmi. Uczyłem się tam śląskiej i ewangelickiej historii Bielska i okolic. Najważniejsze jednak dopiero ujawnię. Przesiadując pośród ludzi duchowych, duchownych i uduchowionych, oraz słuchając ich licznych opowieści (czasem naprawdę zapierających dech w piersiach) wzbierała we mnie potrzeba weryfikacji przynajmniej niektórych wątków. No i teraz gwóźdź programu! Choć na dobrą sprawę to brak gwoździ umożliwił mi pewien eksperyment.

Mając jakieś 7/8 lat postanowiłem sprawdzić wartość opowieści o „umarlakach”, którzy leżąc w trumnach podobno wyczyniali różne dziwne rzeczy. W moim przypadku nie było to trudne, ponieważ po pierwsze trumny z nieboszczykami w tamtych czasach często zostawały przed pogrzebem na noc w kościele, po drugie klucz do kościoła wisiał w domu, a po trzecie rodzice wieczorami wychodzili z domu. Ergo kilkakrotnie poszedłem do kościoła i po ciemku chodziłem wokół trumny, myśląc sobie: „Chwyci, nie chwyci?” Dwa razy trafiły się nawet otwarte, więc doświadczenie było tym bardziej wiarygodne. No i jak myślicie? Chwycił, czy nie chwycił? No właśnie.

To wiele o mnie mówi i wyjaśnia moją duchową drogę życia, czyli tak naprawdę sposób na życie. Jeśli bowiem czegoś mogę doświadczyć, dlaczego miałbym tego nie doświadczyć? A po drugie przełamałem strach (wiem, wiem, w sposób masochistyczny), ale wtedy kilkuletnia dusza, pamiętając Źródło, z którego przyszła na ziemię, nie miała zakodowanego silnego strachu przed znamionami śmierci. Wreszcie po trzecie zacząłem rozumieć, że świadomość (wtedy jeszcze jej tak nie nazwałbym) rozwija się przez przekraczanie granic, a nie powstrzymywanie się z powodu strachu.

Przenieśmy się teraz o jakieś 50 lat później, oczywiście pamiętając o tym, że przez cały ten czas na duchowej ścieżce robiłem postępy.

Dwa i pół roku temu rozglądałem się po gabinecie, wiedząc, że tonę w książkach, które nie mieszczą się w półkach, a warto wiedzieć, że te, które nie miałem gdzie ustawiać mają się nijak do tych starych, leżących spokojnie od lat, bo reprezentują zupełnie nowy paradygmat życiowy, teologiczny i duchowy. Zapytałem więc samego siebie, które ze starych wywalić? Oczy skierowałem na segregatory starych kazań, zapisanych odręcznie i drukowanych, po czym bez namysłu wywaliłem 30 letnie kaznodziejstwo do kubła na śmieci. Zadowolony z siebie pomodliłem się o więcej mądrości i niedługo musiałem czekać na efekty. Energia nie ruszyła leniwie do przodu. Ona wprost targnęła moim życiem. Kilkanaście dni później otrzymałem zaproszenie na rozmowę do Warszawy, podczas której dowiedziałem się, że odtąd na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej nie wolno mi wykładać biblistyki, ponieważ robię to nietradycyjnie a studenci są niedouczeni (o tym w następnym wpisie klika słów więcej). To jednak nie koniec tego wątku. W tym samym czasie byłem w Lublinie i tam w hotelu, nocą przeżyłem spotkanie z aniołem śmierci. Raptem przyszła tak wielka gorączka (w pokoju byłem sam, więc jak wielka nie wiem). Dość powiedzieć, że wielokrotnie stawałem pod wodą, żeby się spłukiwać zimną wodą, a rano przed wyjściem pościel wykręcałem z potu. Co pomyślała obsługa hotelu wolę nie wiedzieć, ponieważ poduszka i materac były nasiąknięte, jak gąbki. Całą noc drżałem z zimna i wiedziałem, że duchowo dzieje się coś bardzo ważnego. Jednak modliłem się mniej więcej tak: „Pochwyciłeś mnie przed laty i przemogłeś, abym był Twoim sługą, więc nie pójdzie Ci ze mną łatwo. Jeśli chcesz, możesz mnie zabrać do siebie. Jeśli zaś chcesz mi coś uzmysłowić i osiągnąć, jestem do dyspozycji”. Śmierci się nie bałem (przypomnijcie sobie poprzedni wątek). Tak samotnie przeleżałem całą noc między światami, żeby rano zobaczyć, jak moje ciało pokrywa się wrzodami. Najwięcej było ich na głowie, mniej na tułowiu i tak dalej. Były nabrzmiałe i szczypały niemiłosiernie. Już wiedziałem, że poszło nam (mnie i Żywemu) nie najgorzej. Po śniadaniu wsiadłem do auta i udałem się w drogę do domu, pozostając w nieustannej modlitwie (właściwie duchowym napięciu z Duchem), aby teraz odkryć pneumatyczne przyczyny nocnej gorączki i wrzodów. Przed Radomiem eureka, jasność. Już wiedziałem, co mam opuścić, aby wszystko, co chce ze mnie wyjść w postaci owrzodzenia, szybko minęło. I rzeczywiście, zanim  dojechałem do domu napięcie we wrzodach minęło (znacie to cudowne uczcie samouzdrowienia?). Po pięciu dniach wyjechałem na urlop i wielu nawet nie zauważyło na mnie resztek śladów po doświadczeniu. Wystarczyło kilka dnia, aby ciało się wyleczyło, ponieważ ja wpierw zgodziłem się bez lęku przejść przez ciemną noc i dałem Duchowi Świętemu szansę dotarcia do mej świadomości, co jest prawdziwym wrzodem dla mojej duszy i z jakiego psychicznego brudu się czyszczę.

No i wreszcie jesteśmy u celu. Teraz dowiecie się, dlaczego nie pojawiłem się w Międzyrzeczu. W ubiegły wtorek rozpoczęła się infekcja, która postępowała bardzo szybko. W środę wydawało się, że to jest zapalenie zatok, w czwartek, że bakteryjne zapalenie gardła, ale w nocy z czwartku na piątek już było wiadome, że rozwija się zapalenie płuc. Zatem jestem w szpitalu. No i co myślicie, że trzeba było cały ten wstęp pisać, skoro to nic niezwykłego? Dajcie zatem mi jeszcze trochę czasu i szansę na dokończenie.

12 listopada zamiast świętować pamiątkę lądowania na ziemi wśród najbliższych, po 59 – ciu latach znalazłem się dokładnie w tym samym miejscu, czyli w cieszyńskiej lecznicy. Rozpoczął się 60 – ty rok życia. Pamiętając o tym, że dokładnie w połowie tego czasu (gdy miałem 30 lat) nasz syn (tzn. Halinki i mój) w tym samym miejscu przyszedł na świat tylko na jeden dzień, pozostawałem przez cały czas w duchowym napięciu, prosząc Ducha Świętego o inspirację. Nie mogłem nie zadać pytania: „A teraz co? Gdzie zaś mnie prowadzisz?”. Na odpowiedź długo czekać nie musiałem. Zważywszy, że przez dwie pierwsze noce zmagałem się z glutowo/śluzowym potworem, który ze mnie wychodził, a mnie wydawało się, że chce mnie zaklajstrować na amen, wiedziałem, że tym razem idzie o śluz, błotnistą maź, która oblepia ludzi słabych, wystraszonych, gotowych oddać się w niewolę, aby tylko przeżyć na ziemi kilka lat w poczuciu bezpieczeństwa. Poprosiłem zatem o sen albo wizję. No i już w sobotę przyszedł jasny i czytelny przekaz w postaci wizji, której teraz nie namaluję, ponieważ w szpitalu nie mam odpowiednich narzędzi. Zobaczyłem, co Duch ma mi do powiedzenia: „Marku Drogi, nie glut i śluz ma wyjść z ciebie, ale ty masz czym prędzej wyjść z glutu i śluzu ludzkich przekonań i emocji, ponieważ tym bardziej osuszony i pełen pneumatycznej lekkości masz ludziom pomagać opuszczać niewolę, w której siedzą z strachu, wstydu i winy”.

No i jak myślicie, co się stało? Już w sobotę poczułem się lepiej i zacząłem szybko doświadczać poprawy samopoczucia (bynajmniej nie napisałem, że bez pomocy lekarzy i lekarstw, za co jestem naprawdę nieograniczenie wdzięczny).

Z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że to doświadczenie było nieodzowne i jestem wdzięczny za ten czas, w którym zdawałem sobie sprawę, że sytuacja ze zdrowiem jest krytyczna, a efekt zależy od tego, czy kolejny raz w życiu puszczę wszystko czym jestem i dam się prowadzić Duchowi Świętemu, czy kurczowo będę trzymał się życia. I chociaż z punktu widzenia lekarzy mogło pójść źle, ja wiem, że kto bez lęku daje się prowadzić Duchowi temu wszystko sprzyja do wyzwolenia: albo do uwolnienia na poziomie pneumatycznym, albo do uzdrowienia na poziomie psychicznym, albo do uleczenia na poziomie somatycznym. Dzięki ostatniemu doświadczeniu czuję się znowu lżejszy, radośniejszy, a najważniejsze jest to, że bardziej wolny. To uwalnia mnie całego, jednak szczególnie piąty poziom energetyczno-emocjonalny, związany z dźwiękiem, wibracją, kreacją, prawdą, opowiadaniem siebie i wypowiadaniem uwalniającej prawdy. Już żadne słowo nie uwięźnie mi w gardle, żeby sobie nie zaszkodzić, a zwłaszcza nie urazić kolegów (duchownych), polityków, naukowców, itp. Czuję, że zyskałem dostęp do źródeł „boskiego tlenu”, a napowietrzone płuca zasilają serce, które z miłości chce innym pomagać wychodzić z mazi systemów, w których duszą się ze strachu.

Powoli będę kończył, jednak mój wpis byłby niepełny bez pewnego dopowiedzenia, które celowo zostawiłem na koniec, bo z powodów duchowych jest najważniejsze.

Możecie mianowicie zapytać: Dlaczego to doświadczenie zostało mi darowane w tych dniach? Czy może wcześniej zadziałał jakiś katalizator, podobnie jak przed niespełna trzema laty, gdy pozbyłem się swoich kazań? Oczywiście, że tak.

Przed miesiącem odkryłem, że moim modlitwom brakuje ważnego elementu, tylko jednego słowa, jednak najważniejszego. Jak wielu ludzi modliłem się o Boże działanie. Prosiłem o prowadzenie i pozornie oddawałem do dyspozycji. Dlaczego pozornie? Bo nie wskazywałem terminu. Jakież to bezpieczne prosić Ducha, żeby działał, ale bez wyznaczenia daty. Zgoła jak pomiędzy ludźmi, którzy pozornie chcą się spotkać, ale gdy dochodzi do uzgodnienia daty, nagle robią woltę w stylu: „To jesteśmy w kontakcie” albo: „To się zdzwonimy”. Co praktycznie to oznacza większość z Was prawdopodobnie wie doskonale.

Dlatego ograniczyłem ilość wypowiadanych słów i wprowadziłem najważniejsze, którym jest TERAZ. Odtąd moje modlitwy brzmią następująco: „TERAZ JESTEM do dyspozycji. TERAZ JESTEM gotów do drogi. TERAZ czyń co chcesz. TERAZ niech się dzieje Twa wola”. Czujecie emocjonalną różnicę? Słowo TERAZ jest aktem wiary człowieka, który pozbył się strachu przed czymś, czego nie chce jego ego. 

Mieć tę wiarę, żeby słowem TERAZ pozwolić Duchowi działać natychmiast, a nie myśleć, że kiedyś się Duchu odezwę, może zadzwonię, to się umówimy na spotkanie – z serca pełnego miłości Wam życzę.

Mieć tę wiarę, żeby słowem TERAZ zgodzić się na chorobę, jeśli z jej pomocą trzeba przejść transformującą drogę z ciemności ku światłości – z serca życzę.

Mieć tę wiarę, żeby słowem TERAZ zgodzić się nawet na śmierć gdy jeszcze chciałoby się tyle przeżyć, jeśli to będzie lepsze dla duszy – z serca życzę.

Mieć tę wiarę, żeby słowem TERAZ wypuścić z rąk wszystko, co trzymamy jako poczucie wartości, bezpieczeństwa, chwały i sławy, aby pójść drogą do światłości – z serca życzę.