Adwent…

I przyszli do Jerycha; a gdy wychodził z Jerycha On oraz jego uczniowie i mnóstwo ludu, syn Tymeusza, Bartymeusz, ślepy żebrak, siedział przy drodze. Usłyszawszy, że to Jezus z Nazaretu, począł wołać i mówić: Jezusie, Synu Dawida! Zmiłuj się nade mną! I gromiło go wielu, aby milczał; a on tym więcej wołał: Synu Dawida! Zmiłuj się nade mną! Wtedy Jezus przystanął i rzekł: Zawołajcie go. I zawołali ślepego, mówiąc mu: Ufaj, wstań, woła cię. .A on zrzucił swój płaszcz, porwał się z miejsca i przyszedł do Jezusa. A Jezus, odezwawszy się, rzekł mu: Co chcesz, abym ci uczynił? A ślepy odrzekł mu: Mistrzu, abym przejrzał. Tedy mu rzekł Jezus: Idź, wiara twoja uzdrowiła cię. I wnet odzyskał wzrok, i szedł za nim drogą. Mk 10,46-52

Definitywnie skończył się czas bezkresnego czekania; czas, który można przepuścić przez palce.

Adwent oznacza, że nadszedł czas, który nie trwa wiecznie. Ledwo się zaczyna, a już odchodzi. Adwent to kairos, szczególny moment, na który czekałeś i teraz nie możesz go przeoczyć!

Z Adwentem jest podobnie, jak z Jezusem, który nigdy nie przystaje, ale bezustannie jest w drodze i trzeba mieć wrażliwość ślepego Bartymeusza, aby dokładnie wyczuć, że Uzdrowiciel z Galilei teraz jest najbliżej i usłyszy, a potem dotknie i uzdrowi.

Adwent – to znaczy, że nie czekasz na Kogoś, kto ma przyjść, ale na Kogoś, kto będzie przechodził.

Czas na przygotowanie się do spotkania już minął. Miałeś go wcześniej. Teraz czas został ci zabrany, abyś wreszcie rozpoznał Tego, który przechodzi przez Twoje życie. Teraz czas został ci zabrany, żebyś zdecydował: życie albo śmierć.

Pamiętaj, że co nie uda Ci się teraz, to nie wydarzy się już nigdy. Potem będziesz miał czasu, ile zechcesz, ale to będzie czas śmierci i ciemności; czas zmartwień i trosk; czas lęków i neuroz.

Adwent oznacza, że trzeba przemyśleć miniony rok. Pomyśleć nad zmarnowanym czasem, którego nie przeznaczyłem, aby przygotować się do spotkania z tym, co jest mi dane z nieba.

Adwent oznacza, że bardzo łatwo przeoczyć ważną chwilę. Nie spotkać się z człowiekiem, który jeden jedyny raz przechodzi przez życie! Nie wypowiedzieć słowa, które należy! Nie wyciągnąć ręki we właściwym czasie! Zmarnować czas czuwania.

Dlatego w pierwszym dniu Adwentu przepraszam wszystkich, których nie zauważyłem, bo nie byłem na tyle uważny, aby rozpoznać Obecność i wypowiedzieć dokładnie te słowa, które należało.

Przepraszam i jednocześnie życzę wszystkim, abyśmy dłużej nie marnowali dni i nocy życia, ale za ślepym Bartymeuszem nauczyli się, że jest możliwe spotkanie, jeśli człowiek nie myśli o sobie, o swoich błędach i cnotach, przeszłości i przyszłości, niedoskonałości i doskonałości, ale delikatnie, uważnie i czujnie zauważa Tego, który przechodzi przez życie.

Adwent…

Jezu idziesz, zbliżasz się,

przeszedłeś…?

Tak szybko?

Nie przystanąłeś?

Nie zauważyłeś mnie?

Jezu wróć!!!

Uznałem,  że szkoda czasu na naukę czuwania…

Myślałem tylko o sobie…

W ciemnościach było mi dobrze…

Adwent…

idzie, zbliżył się…

Co uczynię z Adwentem,

darem, który dany jest tylko raz?

Nie przechodź!

Nie mijaj mnie!

Zauważ!

Powrót będzie niemożliwy!

Adwent…

Już nie mam czasu do zmarnowania…

Nie będę myślał tylko o sobie..

Chcę zobaczyć światłość!

Wina

Wina to złożone pojęcie. Najwięcej na jej temat mają do powiedzenia teolodzy i prawnicy. Jednak najczęściej bywa przywoływana w codziennych sytuacjach i toksycznych relacjach. Natomiast prawdziwe spustoszenie pozostawia w człowieku, który nie radzi sobie z poczuciem winy i nie potrafi jej energii wykorzystać w duchowym rozwoju. Pozostając pod jej wpływem umiera z braku wiary w siebie i radości życia.

Z winą mamy ten problem, że z prawniczego punktu widzenia przesądza o karze bądź uniewinnieniu, dlatego ciężko dostrzec w niej pozytywną energię życia. A ponieważ w potocznym rozumieniu posługujemy się winą w sensie prawnym (zasługuję na karę, złamałem prawo, muszę zadośćuczynić), więc człowiek, zmagający się z poczuciem winy, najczęściej zostaje przez nią przytłoczony i uśmiercony. Pozytywną wartość winy zdecydowanie uwypukla teologia. Skoro jednak księża wykorzystują winę do wpływania na ludzkie życie, jej pozytywna wartość zostaje odrzucona a priori, między innymi w odruchu sprzeciwu wobec instytucji Kościoła. Paradoksalnie pozytywną wartość winy ostatecznie może uratować teologiczne pojęcie grzechu, ale ono tym bardziej jest obciążone nie tylko fałszywą interpretacją, bo także beznadziejnym zastosowaniem w praktyce duchowej. I chociaż zdaję sobie sprawę z ryzyka, związanego z  wykorzystaniem grzechu do unaocznienia pozytywnej energii winy, spróbuję wykorzystać cień szansy.

Nie rodzimy się z poczuciem winy. Trudno też powiedzieć, żeby złośliwie i wbrew naszemu dobru wina została wmontowana w świadomość przez wychowawców. W pewnym sensie powstaje automatycznie, a problemem staje się dopiero wtedy, gdy życiową energię wiąże z potrzebą silnych doznań i blokuje świadomość na poziomie zaspokajania przyjemności w zewnętrznym świecie. Wtedy niemożliwa bądź utrudniona jest droga w głąb siebie i duchowy rozwój w wewnętrznym świecie JESTEM.

Pierwszy etap rozwoju polega na tym, że nasza świadomość jest skoncentrowana na biologicznym przeżyciu. Na tym poziomie człowiek troszczy się wyłącznie o materialną sferę egzystencji, czyli mieszkanie, pokarm, pieniądze, seks (jednak dla posiadania potomstwa a nie dla przyjemności, ponieważ rodzina gwarantuje bezpieczeństwo), wreszcie czas potrzebny do zapracowania na finansowe zabezpieczenie na wypadek kryzysu. Ludzie, funkcjonujący na tym poziomie, innych traktują przedmiotowo.

Zaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa nie czyni życia spełnionym i szczęśliwym, więc świadomość wyrusza w świat i zaczyna dostrzegać, że aby życie było interesujące trzeba wciąż więcej oraz intensywniej odczuwać. Rodzi się potrzeba przyjemności. EGO szybko wypracowuje skuteczne techniki aranżowania sytuacji i manipulowania ludźmi, aby byli źródłem systematycznie doświadczanych przyjemności. Przeżywane wielokrotnie, koniec końców prowadzą do znudzenia, więc EGO dąży do zintensyfikowania bodźców. Niestety po każdej, kolejnej dawce przyjemności, pojawia się pragnienie intensywniejszego zaspokojenia. W efekcie, jeśli ta energia nie jest transformowana w duchowe wymiary istnienia, wpada się w koło naprzemiennie doświadczanej przyjemności i cierpienia. Skutkiem jest destrukcyjne poczucie winy, z którego ciężko się wyzwolić.

Wyobraźmy sobie, że ośrodek świadomości, odpowiedzialny za emocję winy, przypomina wodę. To domena uczuć i emocji, doznań  i pragnień, ruchu i witalnej seksualności, umiejscowiona w biodrach, której archetypem jest kociołek, służący Wiedźmom do podróżowania. Przenosząc się z poziomu bezpieczeństwa w poziom intensywnych doznań jakbyśmy przechodzili od ziemi do wody, od solidności do płynności. Stabilny grunt, rozwinięty przez uziemienie i ucieleśnienie, roztapia się, a energia zaczyna wznosić się wzdłuż kręgosłupa od podstawy ku głowie. Musi więc przepłynąć przez biodra (kociołek Wiedźmy), jednak nie może zostać w nich uwięziona. W drugim roku życia, gdy nabywamy umiejętności przemieszczania się w świecie fizycznym, również energia silnych doznań i przyjemności zaczyna płynąć ku górze. Szkoda, że tradycyjna interpretacja, biblijnego opowiadania o spożyciu przez Ewę i Adama owocu z drzewa poznania dobra i zła w Ogrodzie Życia, wzbrania się przed uznaniem, iż w ten sposób ludzka świadomość zaczyna poszerzać horyzonty. Tym samym rozpoczyna się niezbędny proces przebudzenia, czyli duchowego rozwoju człowieka.

Skoro problem winy właściwie można zinterpretować jedynie w związku z budzeniem się świadomości, więc zapadnięcie się w poczucie winy niczego nie rozwiązuje i nie uwalnia spod jej destrukcyjnego wpływu na życie. Świetnie rozumiał to Jezus z Galilei, czego nie da się powtórzyć o Jego następcach, którzy z poczucia winy skonstruowali skuteczną blokadę energetyczną. Stworzyli węzeł energii, która zamiast płynąć ku górze i transformować z cielesnej w duchową krąży pomiędzy potrzebą bezpieczeństwa i potrzebą przyjemności. Duża część instytucjonalnego Kościoła, zamiast żyjątkom, skoncentrowanym na pieniądzach i seksie, pomagać w duchowym rozwoju, czerpie finansowe i emocjonalne korzyści z nieusuwalnego poczucia winy.

Jestem przekonany, że warto posłuchać dobrej wiadomości, ogłoszonej przez  Mistrza z Galilei, którą poświadczył śmiercią. Wraz z Nim, ostatnim winnym w sensie religijnym i społecznym, wina została przybita do drzewa. Nikt, nigdy i nigdzie nie ma podstaw sądzić, że jest komuś coś winny. Jezus uczył i pokazywał bezwarunkową miłość, której nie jest potrzebna waga sprawiedliwości, zasługa ani poczucie winy. Ponieważ jest miłością, więc po prostu daje się, nie stawia warunków i nie wykorzystuje. Nie strąca człowieka do krainy śmierci i ciemności, wmawiając mu, że musi zapłacić, odpokutować, uczynić zadość.

Wina jest kategorią społeczną, zaś poczucie winy jest sposobem na manipulowanie człowiekiem i podczepianie się do jego energii. Łatwo nią przygwoździć do przeszłości, rodzinnej, narodowej albo religijnej wspólnoty, struktur społecznych, schematów zachowań, ról do spełnienia i ofiar do poniesienia. Wina, odczuwana w takim sensie, jest wyniszczającym biegunem energii, która mimo wszystko powinna przepłynąć przez ośrodek przyjemności, nie stając się niekończącym się źródłem cierpienia.

Chrześcijańska duchowość na podorędziu ma pojęcie grzechu, który w żadnym wypadku nie jest ekwiwalentem winy, ponieważ nie jest uchybieniem prawu albo zobowiązaniom. W najgłębszej istocie grzech jest nieprawdą o sobie samym, zepsutą myślą, fałszywym krokiem, chybionym wysiłkiem, brakiem życiowego sensu, życiem zmarnowanym na realizowanie zachcianek EGO. Grzech jest intymny. Wie o nim tylko Źródło Życia, Światła i Miłości, pragnące ukierunkować człowieka ku celowi życia, no i oczywiście on sam, gdy doświadcza skutków nietrafionych decyzji i wyborów wbrew prawdzie. Grzech unieszczęśliwia, uniemożliwiając sensowne bycie tu i teraz, więc z jego powodu człowiek miota się pomiędzy tym, co było, a tym, czego się spodziewa.

Poczucie winy bywa bolesne, więc wypróbowaną praktyką wielu jest wypieranie jej bądź przenoszenie odpowiedzialności na innych, również poprzez winę. Cierpiący odczuwa chwilową ulgę, zyskując w dodatku uzasadnienie dla uzewnętrznionej nienawiści, którą najprawdopodobniej użyłby przeciw samemu sobie. W przypadku większości świadomość grzechu, czyli zejście z drogi prawdy i uczciwości, skutkuje kumulacją winy, która nie daje spokoju. Można wówczas próbować ją stłumić, co nigdy się nie udaje. Nagromadzone zapasy winy torpedują działanie, a człowiek, zamiast się rozwijać, powraca na poziom strachu i bezradności. Słysząc krzyk zrozpaczonego człowieka, który nie żyje w zgodzie z samym sobą, Źródło nie potępia, ale naprowadza na właściwą drogę i pomaga trafić w życiowy cel. Z miłością i czułością prosi: Uwierz! Wiara czyni cuda. Wiarą w siebie i swoje życie doświadczysz uwolnienia z niemocy, nieszczęścia i cierpienia.

Tym sposobem odkrywamy pozytywną stronę emocji winy. Bez niej nie mielibyśmy świadomości, że sobie samym jesteśmy winni prawdę o sobie, czyli o tym, kim jesteśmy i co jest naszym ziemskim projektem. A mówiąc inaczej, prawdę o swojej godności i życiowej misji. Chociaż w negatywnym sensie wina jest uwięzieniem życiowej energii w ośrodku przyjemności, sprzężona z pokorą i uczciwością pomaga człowiekowi wyrwać się kręgu niemocy i braku wiary w siebie.

Emocjonalne poczucie winy, odpowiednio wykorzystane, uruchamia wolę działania. Wpierw bowiem pomaga właściwie zinterpretować i zaakceptować granice, wewnątrz których człowiek uczy się wykorzystywać swój potencjał, co byłoby niemożliwe bez pokory. Wraz z dojrzewaniem świadomości miejsce winy zajmuje ostrożność i uważność, aby nie powtarzać tych samych błędów, które wreszcie zamieniają się w życiową mądrość. Ostatecznie mądrość zastępuje winę, stając się cechą człowieka, który nie tylko dba o bezpieczeństwo i przyjemności, ale przede wszystkim odnosi sukcesy i jest szczęśliwy. Odpowiednio wykorzystana energia winy wznosi życiowy potencjał na poziom satysfakcji z przekraczania niemocy i własnych ograniczeń.

Można powiedzieć, że dzięki winie puchar życia napełnia się winem mądrości, a życie staje się radosne.

Optymizm

Badania i życiowe doświadczenia potwierdzają, że optymiści żyją dłużej. Podobno pesymiści spodziewali się tego od początku świata. W ten dość popularny sposób optymizm bywa pozycjonowany jako przeciwieństwo pesymizmu.

Czy tak jest na pewno?

Odpowiedź, uwzględniająca powszechne przekonania, oczywiście jest pozytywna. Tymczasem wystarczy dobrze przyjrzeć się słowu optymizm, żeby odkryć ewidentny dysonans pomiędzy jego znaczeniem a przekonaniami, zresztą jak w większości wypadków. Gdybyśmy baczniej przyglądali się albo przysłuchiwali słowom, których codziennie używamy, szybko odkrylibyśmy przyczynę życiowych niepowodzeń, tragedii i chorób. Używamy mianowicie słów wbrew ich podstawowym znaczeniom, aby były adekwatne do mentalności tłumu i nadawały się do wyrażania zbiorowych emocji. Tym samym wzmacniamy negatywny przekaz i przyznajemy sobie prawo do bycia męczennikami, którym trzeba współczuć, a nawet pomagać.

Skoro optymizm nie jest przeciwieństwem pesymizmu, więc czym jest? No właśnie, a jaką nazwę nosi specjalista, do którego chodzimy, aby dobrze widzieć? Co prawda do optyka nie chodzimy po optymizm, mimo wszystko – jak się okaże – coś wspólnego ze sobą mają. Zresztą optyk nie jest jedynym specjalistą od widzenia w świetle. Jest nim również fizyk, badający fotony i pola magnetyczne. Jego dziedzina nauki zwie się optyką.  

Optymiści mają zatem więcej wspólnego z optykami i fizykami, aniżeli z pesymistami. Cechują się czymś, co można nazwać odpowiednią optyką widzenia, a jak widzenia, to też wiedzenia i wierzenia. Optymiści należycie wykorzystują energię świetlną. Mając dobry wzrok dostrzegają dary od życia, szanse do wykorzystania, drogę do pokonania, gdy inni jeszcze śpią albo nie potrafią przeniknąć ciemności. Optymiści są specjalistami od znajdywania znaków, które nazywam pąkami wiosny. Gdy większość wokół siebie widzi ciemną zimę i ściskający mróz, optymiści jako pierwsi dostrzegają pierwsze oznaki zbliżającej się wiosny, która wpierw nieśmiało, jednak z biegiem czasu coraz śmielej przezwycięża zimę.

Optymiści zawsze pierwsi opuszczają bezpieczne miejsca i czasy, aby wyruszyć na spotkanie zbliżającej się eksplozji życia i radości. Ogłaszają zwycięstwo, gdy pozostali powtarzają stare bajdy o porażce. Są ludźmi odrodzenia pomiędzy martwymi ze strachu. Wybierają przyszłość, którą dostrzegają dużo szybciej od żyjących przeszłością. 

Optymizm jest więc najpierw optymalizacją postrzegania, potem rozumienia, wreszcie działania i jako taki na pewno nie jest przeciwieństwem pesymizmu, który nie spodziewa się życiowego dobra ani pozytywnych rozwiązań przyszłości. Oczywiście nie można powiedzieć, żeby optymizm nie zakładał dobra i pomyślności, jednak to nie jest jego podstawową cechą. Jeśli po przeciwnej stronie rzeki życia jest cokolwiek, to już pewniej ślepa naiwność, która nie bacząc na okoliczności i możliwości zakłada konkretne rezultaty, rozwiązania i efekty. Na koniec, gdy się nie pojawiają, najgłośniej złorzeczy i krzyczy na niesprawiedliwego Boga. Ślepota naiwności jest właśnie tym, co odróżnia ją od optymalnego widzenia, które nie wypiera prawdy i nie próbuje oszukiwać wtedy, gdy jest naprawdę źle. Optymizm, będąc zdolnością wykorzystywana światła, nie boi się drogi w głąb ciemności. Licząc się z jej skutkami, potrafi mimo wszystko dostrzec dobro i szczęście wszędzie tam, gdzie wydaje się triumfować zło i nieszczęście. 

Optymizm, czyli optymalizacja widzenia, jest zdolnością wiary. Zwłaszcza, gdy nastaje ciemna noc duszy albo ludzkich dziejów, ufna i nasiąknięta nadzieją wiara, niczym wodą wiosenna ziemia, jest tym rodzajem wiedzy, do której dostęp ma tylko optymizm. Widzenie wiarą to szczególna umiejętność oglądania świata i życia.

Rozum jej nie pojmuje i ogłasza, że pąki wiosny nie zakwitną, ponieważ są zamknięte. Posługuje się wyłącznie argumentami, które dostarczają cielesne zmysły. Rozum wie tylko to, co potrafi dostrzec cieleśnie.

Pesymizm z kolei zakłada, że w ciemnościach nie ma żadnej drogi, więc tej szczególnej wiedzy nie potrafi znaleźć. Pesymizm jest przekonany, że pąków wiosny nie warto szukać, ponieważ zima i tak nigdy się nie skończy. 

Wreszcie ślepa naiwność ogłasza, że przecież bez tej wiedzy da się żyć i osiągać życiowe cele.

Wbrew racjonalnym dowodom, nie przejmując się złowieszczymi ostrzeżeniami pesymistów i nie dając się skusić ślepej naiwności, optymista idzie na spotkanie wiosny, bo widzi wiarą. Ponieważ dostrzega pąki, więc ma już wiedzę o tym, o czym pozostali dopiero się dowiedzą, a mianowicie że wszystko kończy się dobrze. Co prawda niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekiwałoby pożądliwe i pyszne EGO, ale na pewno najlepiej dla czystego, autentycznego, cichego, pokornego i uśmiechniętego człowieka, który widzi w ciemnościach. Ostatecznie optymista widzi optymalnie dzięki światłu, które nosi w sobie.

Skoro optymizm jest emocją światła w ciemnościach, bez obaw można pozwolić tej energii unosić się na spokojnych wodach życia. Aczkolwiek, jak zawsze, także i tym razem dla bezpieczeństwa warto nauczyć się korzystać z energii przeciwnego brzegu, którym dla optymizmu jest naiwność. Trzeba tylko pilnować, aby w niej nie oślepnąć, ponieważ wtedy nurt niebezpiecznie przyspiesza, a spowalniający próg, który z daleka wydawał się śmieszną przeszkodą, okazuje się emocjonalną Niagarą. Natomiast sama w sobie naiwność nie jest czymś, czego powinniśmy się bać. Jest bowiem energią serca uwolnioną spod dyktatu rozumu. Naiwność jest bliską krewniaczką niewinności. Może nawet siostrą?   Oznacza ignorancję serca, czystość intencji i spontaniczność działania charakterystycznego dla dzieci, którym nauka i kreatywność przychodzi przecież dużo łatwiej, aniżeli dorosłym, oddanym w niewolę pesymistycznego rozumu. I jeśli nie oślepnie, zrównoważona optymalnym widzeniem wiary, zapewni satysfakcjonujące i spokojne wykorzystywanie życiowej energii.

Odwaga

Odwagę ciężko uznać za typową emocję. W pierwszym rzędzie, pomimo odczuwanego strachu bądź obaw, jest zdolnością zrobienia czegoś, na co nie wszyscy byliby skłonni się zdecydować. Bez wątpienia jest też świadomą postawą wobec niebezpiecznych sytuacji, nie tylko realnych, ale i potencjalnych. Jest wreszcie cechą niezłomnych ludzi, mocnych i śmiałych bohaterów, którym niestraszne trudności, nieraz bolesne konsekwencje podejmowanych działań i wypowiedzi.

Poza tym odwagę, którą powszechnie zalicza się w poczet cnót, można też uznać za odczucie i motywującą, pozytywną emocję. Z odwagą sprawy mają się zatem podobnie, jak z miłością albo wiarą. Co prawda jest nie tylko emocją, ale i w tym zbiorze jest jej miejsce, więc poświęćmy jej kilka chwil uwagi.

Problem z odwagą polega na tym, że przede wszystkim kojarzymy ją z angażowaniem się w przyszłość, co poniekąd jest prawdą. Gdyby jednak spróbować zmienić utarty schemat i przyjrzeć się odwadze z perspektywy przeszłości, wówczas może się okazać, że odwagą najprawdopodobniej nie jest to, co za nią uchodzi, i odwrotnie, co wydaje się być rozsądną asekuracją może nagle pokazać się nam jako akt heroicznej odwagi. Czy będziemy z tego coś mieć? Owszem, istnieje naprawdę duża szansa, że znajdziemy w sobie więcej odwagi.

O odwadze najczęściej mówimy i myślimy wówczas, gdy pojawia się szansa na jakąś zmianę, w którą moglibyśmy się zaangażować, aby skorzystać z przyszłych profitów, jednak nie jesteśmy pewni czy mentalnie nas na nią stać albo zwyczajnie boimy się negatywnych skutków naszych wyborów i działań. Tkwiąc mentalnie w przeszłości i żywiąc pozorne przeświadczenie bezpieczeństwa, zazdrościmy odwagi wszystkim, którzy obaw nie mają i działają na rzecz przyszłości.

Tymczasem o ile przyszłość zawsze jest potencjalnie możliwa, ponieważ rodzi się z aktywnie przeżywanego i doświadczanego TERAZ, o tyle przeszłość jest już tylko śmierdzącymi i zarażającymi zwłokami. Przeszłość bezpowrotnie minęła i nic jej nie wskrzesi. Niestety ludzie z lęku przed przyszłością, każdego wieczora kładąc się do pościeli, z największą czułością tulą się  przeszłości. Myślą wtedy o twórczo zaangażowanych w zmiany, że są odważni, a oni po prostu są mądrzy i roztropni. Życie bowiem jest bezustannym przepływem energii, w którym trzeba spokojnie uczestniczyć, aby nie umrzeć.

Kto więc jest odważny? Czy ten, kto leży przy trupie, czy ten, kto wypuścił go z rąk i oddalił się od jadu śmierci? Odejście od zwłok to żadna odwaga, ale czysta konieczność i naturalna konsekwencja wyboru życia i zdrowia. Natomiast trwanie w miłosnym uścisku z trupem bez wątpienia jest aktem co prawda szalonej i głupiej odwagi, ale jednocześnie heroicznej, bo w stu procentach kończącej się zamianą w zombie.

Myśląc o odwadze warto przyjrzeć się przyszłości, ponieważ jest sferą ludzkiej nadziei. Przyszłość to Źródło, składające obietnicę powodzenia we wszystkich przedsięwzięciach; to wiadomość od życia, że jest z człowiekiem i jest zainteresowane jego szczęściem, rozwojem i pokojem. Przyszłość to dobra wiadomość, że najlepsze dary życia zawsze leżą przed człowiekiem, a nie za nim. Człowiek musi sam siebie zapytać: Czy na pewno tego chcę?

Odwagi nie trzeba zdobywać ani jej się uczyć. Hochsztaplerzy różnej maści, ludziom odczuwającym strach przed przyszłością i dlatego co noc tulącym się do trupa przeszłości, wmawiają, że nauczą ich odwagi. Tymczasem ona jest w każdym człowieku, ponieważ jest naturalnie związana z poddaniem się wartkiemu  nurtowi życia, a więc ze spokojnym i ufnym uczestniczeniem w zmianach. A już na pewno nie jest do tego potrzebna odwaga o wymiarze heroicznym. Odwagę trzeba tylko w sobie dojrzeć, czule się nią zaopiekować i rozwijać ją.

Szkoda, że zdecydowana większość ludzi wierzy w tchórzostwo, zamiast w odwagę. Od pokoleń w ten sposób jesteśmy wychowywani. Co prawda do tchórzostwa nikt nas nie namawia, ponieważ byłoby to z gruntu podejrzane, niemniej rady w stylu: Bądź ostrożny i roztropny; Zastanów się dwa razy, zanim zdecydujesz się z ręki wypuścić trupa przeszłości są na porządku dziennym. Pojawiają się też inne oprogramowania: Przecież twoja religia, twoja tradycja, twój naród, twoja rodzina lepiej wiedzą, jak masz żyć. Nie rezygnuj z nich, żebyś w życiu się nie zgubił.

Tym samym człowiek zaczyna ważyć, czy nie straci za dużo, gdy ku przyszłości wychyli się do tego stopnia, że powrót do tradycji albo odziedziczonej tożsamości będzie już niemożliwy. Codziennie waży ewentualne zyski i straty. W efekcie pozostaje nieruchomy, przytulony do trupa. Na szali strat dostrzega religijne precjoza, rodowe klejnoty, chwałę i sławę narodu. W jego ocenie potencjalne zyski przyszłości w żaden sposób nie dorównają straconym dobrom przeszłości.

Największym wrogiem odważnego życia jest więc odważanie życia.

Ekonomia bierze wówczas górę nad spokojnym i ufnym uczestniczeniem w życiu. Z wędrowca, odkrywającego w codziennych fragmentach życiowej drogi kolejne cudowności, co prawda gotowego na porażkę, ale także na autentyczny zachwyt i sukces, człowiek przeistacza się w bankowca, pilnującego kapitału przeszłości. Żylaste nogi podróżnika zaczynają obrastać żylakami zatwardziałej tradycji i lęku przed stratą tożsamości.

W sumie jest to bardzo proste, ale przez większość z nas wypierane. Wystarczy uznać, że u źródeł problemu leży fakt, iż wszystko, co jest nam znane, należy do przeszłości, więc umarło, a co jest nieznane, to żyje. Człowiek, kontaktujący się ze śmiercią, musi umrzeć, natomiast podążający śladem życia, rozwija swoją żywotność. Gdyby więc zobrazować jakoś odwagę, aby łatwiej się do niej przekonać, warto na przykład wyobrazić sobie, że jest niewinna. Odwaga niczego nie zna. Jest jak maleńkie dziecko, które dopiero wszystkiego musi się nauczyć. Jest ufna i czerpie radość z podejmowania ryzyka. Dlatego na początku życiowej przygody z odwagą trzeba wydostać się spod wpływu własnego EGO, które przekonuje nas o swojej użyteczności ze względu na zgromadzoną wiedzę i doświadczenia. EGO trwa wyłącznie dzięki marnym próbom ożywiania martwej przeszłości. Uwolnieni spod jego władzy, dzięki ufnemu zwróceniu się ku przyszłym dniom, zaczynamy powoli odkrywać wewnętrzną prawdę, naszą prawdziwą istotę. Dzięki odwadze bycia niewinnym piękniejemy, dojrzewamy, stajemy się coraz bardziej sobą.

Najczęściej odwaga świadczy o zaufaniu i ciekawości życia, jednak bywa, że stoi też za życiową porażką, gdy z braku rozsądku człowiek zaczyna chojrakować. Przeceniając możliwości, wystawia Źródło życia na próbę. Oczekując wszystkiego, niczego nie angażuje. Ten rodzaj odwagi jest negatywnym brzegiem życiowego strumienia energii. Bycie odważnym w ten sposób kończy się zniszczeniem jakiegoś aspektu swojej aktywności, relacji, wspólnoty, zdrowia. W skrajnych wypadkach oznacza śmierć.

Pomiędzy totalnym szaleństwem a paraliżującym strachem jest czas i miejsce na odkrywanie tajemnic życia. Nieprzewidywalność przyszłości jest wyzwaniem, któremu odwaga nie potrafi się oprzeć, zapraszając człowieka w świat cudownej wolności.

Obojętność

O nienawiści napisałem w taki sposób, że można było odnieść wrażenie, jakby była przeciwieństwem miłości. Trochę tak jest, jednak nie do końca albo z pewnym zastrzeżeniem. Moim zdaniem nienawiść jest wewnętrznym biegunem miłości, wzmacniającym ją i pozbawiającym emocjonalnych zanieczyszczeń. Pilnując pierwszego planu, aby nie pojawiało się na nim nic, czego nie należy obdarzać miłością absolutną (nie na widoku), można być pewnym, że nienawiść nam nie grozi. Miłość bez nienawiści po prostu bywa ślepa.

Rzeczywistym, zewnętrznym przeciwieństwem miłości jest obojętność. Gdy tracimy wrażliwość na drugiego człowieka albo dopada nas zobojętnienie na własne życie, wówczas naprawdę ciężko kochać, a już zwłaszcza wtedy, gdy należałoby się zaangażować.

Negatywnym i destrukcyjnym biegunem obojętności jest skoncentrowanie się na własnych potrzebach i zadaniach. O ile w czystej miłości zaspokajanie potrzeb i wykonywanie zadań służy innym, ponieważ tylko człowiek ożywiony i świadomy dobra, które darowuje, może być źródłem szczęścia i radości, o tyle obojętnego łatwo poznać po tym, że poza podtrzymywaniem dobrego mniemania o sobie samym, nikim więcej ani niczym nie jest specjalnie zainteresowany.

Kliniczny przykład obojętności przedstawił Jezus z Galilei w tzw. przypowieści o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,29-37). Kapłan z Lewitą przeszli obojętnie obok napadniętego, pobitego i umierającego człowieka. Nie pomogli mu, żeby móc służyć Bogu w jerozolimskiej świątyni. Nie podjęli właściwej decyzji, ponieważ bardziej byli zainteresowani swoimi powinnościami, określonymi przez prawo bądź kodeks pracy, aniżeli potrzebami bliźniego, wynikającymi z rzeczywistej sytuacji. To mechanizm typowy dla obojętnych, którym do głowy nie przychodzi, że mogliby zmienić życiowy paradygmat i zamiast szukać w świecie bliźnich, gotowych pomóc im w kryzysie, powinni sami stać się bliźnimi dla innych.

Jeśli obojętność jest brakiem miłości, będącej podzielonym życiem i dobrem, czyli ogrzewającej pasji życia, więc manifestuje się jako chłód. Obojętność jest zimna i wyrachowana, a w konsekwencji beznamiętna i bezduszna. Chętnie powołuje się na paragrafy, którym zdolna jest uczynić zadość, ale już nic ponad to. Gdzie miłość dostrzega bliźniego z jego potrzebami, tam obojętność widzi tylko własny interes. Gdzie miłość rozbija mury izolacji, tam obojętność je wznosi. Wreszcie, gdzie miłość pojmuje najważniejsze prawo wszechświata, że wszystko jest jednością, więc nie ma mniej bądź bardziej wartościowych ludzi ani ich potrzeb, tam obojętność opiera się na dualności i tworzy opozycję: ja – ty, moje – twoje, nasze – wasze.

Współcześnie obojętność szerzy się także pod postacią apatii. Pokolenie, które za wszelką cenę manifestuje życiowy luz, w istocie nie interesuje się niczym i nie potrafi żyć z pasją. Obojętność bywa interpretowana jako przejaw życiowej siły, tymczasem jest słabością i najczęściej oznacza zanik zdolności odczuwania. Obojętny człowiek przestaje cokolwiek czuć, interesować się, spalać się. Wchodzi w stan cynicznej hibernacji, nie wykazując zainteresowania czymkolwiek, co w jego życie mogliby wnieść inni ludzie ze swoimi doświadczeniami, albo jego własne nowe wyzwania. Zanurzony w apatii nie potrafi odpowiedzieć na najprostsze pytania: Co mnie porusza? Co sprawa mi radość? Co jest źródłem mojego entuzjazmu? W istocie zobojętnienie jest wyrzeczeniem się samego siebie i rezygnacją z ciekawego, twórczego życia, dlatego apatia jest niechybnym objawem depresji.

Mimo wszystko, jak w każdej emocji, także w obojętności przy odrobinie wysiłku udaje się dostrzec pozytywny biegun, będący wyzwaniem dla ludzi, którzy pragną duchowo się rozwijać i wznosić życiową energię na wyższe poziomy emocjonalnych doświadczeń. Aby go poczuć wystarczy posłuchać albo przyjrzeć się słowu obojętność. Naprawdę unaocznia wszystko.

Człowiek obojętny wydobywa siebie z życiowego kontekstu i potrzeb ludzkiej wspólnoty, czyniąc się wyizolowanym i najważniejszym, co skutkuje wygaszeniem serca, a ostatecznie śmiercią z wychłodzenia uczuć. Ratunkiem jest uświadomienie sobie tego, o czym informuje obojętność, a mianowicie, że oboje są sobie potrzebni. Co prawda można pozostawać obojętnym na cud jedności z obu (dwóch) ludzkich istnień, w istocie dopiero po uczynieniu obu (dwóch) jednym zaczyna się prawdziwa historia życia.

W takim sensie obojętność jest emocją, której energetyczne brzegi z jednej strony wyznacza samolubne i wyrachowane bycie centrum własnego zainteresowania i działania, a z drugiej świadome rozpalenie serca, aby w płomieniach miłości roztopiła się opozycja: ja – ty, i z obu powstał jeden strumień, w nurcie którego można ożywić własną duszę.

Roztopiona apatia zasila rzekę życia nowymi pasjami, które człowieka i świat wokół niego czynią nowym, całkiem nie do poznania.

Odwaga

wagą co dzień ważysz zysk i stratę

więc, choć ważny, na nic nie odważysz się 

zamiast kochać się z przeszłością

nadaj wagę teraźniejszej chwili

miej odwagę, przestań kochać trupa

przyszłość czeka z ważną zmianą

uwagę poświęć odwadze

rezygnacji z odważania zysków i strat

Trzeźwość

trzęsionką trzewi na wietrze historii trzepoczesz

trzęsiesz się z zimna zamarzniętych serc

trzęsawisko emocji budzi Twój strach

trzewiami czujesz zbliżające się trzęsienie

trzeźwienie zatem odkładasz na odpowiedni czas

trzewików cudzych nie znosisz, a pantoflarzem jesteś od lat

trzepakiem nie jesteś, a trzepnąć dałeś się niejeden raz

trzepotania motylich skrzydeł budzić tam… nie potrafisz

trzeźwiejąc idziesz do pracy i  trzeźwo do domu nie wracasz

trzewia konają, czekając na właściwy czas

trzewiami żyjąc, wytrzeszczem oglądasz świat

trzeźwiejąc, trzepoczesz skrzydłami motyla

trzęsawisko trzewiowych żyjątek zostawiając w dole

trzewia ulegają prawu grawitacji

trzeźwego uskrzydla prawo łaski

Wybaczanie

boczkiem przemykają pod osłoną nocy

bacznie pilnując łupów za dnia

wybaczać takim niełatwo

bacząc na własne potrzeby

wybaczaj – bądź baczny na dobro

baczkami twarzy nie zasłaniaj

bacz, abyś bokiem nie obchodził

bocząc się, samemu zboczysz ku złu

Przypowieść o chlebie

Królestwo Niebios podobne jest do chleba.  

Pachnący drożdżami, z chrupiącą skórką, strzelający okruszynami pod kolejnymi nacięciami noża, oprószony mąką, kojarzy się z bezpieczeństwem, sytością i kuchennym stołem.

Zanim jednak dom napełni zapachem piekarni, usta smakami Maminej spiżarni, a oczy zachwyci wyzłoconym brązem, wpierw czyjeś dłonie chwycą pług, aby ziemi uczynić wiele ran. Potem w powstałe bruzdy wrzucą ziarna, które będą musiały obumrzeć, aby wydać kłosy, kłaniające się przed majestatem letniego słońca. Gdy nadejdzie czas zostaną zebrane z pola i wymłócone, a na koniec dostaną się pomiędzy bezlitosne żarna, które ziarna zamienią w mąkę. I gdy mogłoby się wydawać, że historia cierpienia osiągnęła  apogeum, mąka zmieszana z drożdżami i wodą trafi jeszcze do ogromnego pieca, aby w ogniu stać się chlebem.

Podobnie jest w Królestwie Niebios, które pełne jest pachnących i sycących bochenków chleba. Historia każdego z nich jest opowieścią o męce.  

Mijają dni, tygodnie, rok za rokiem, a Ty wciąż z pustym sercem, niespełniony, zasypiasz przeświadczony, że marnujesz swój potencjał. Co prawda jesteś syty, bo w końcu nieźle zarabiasz, jednak usta masz pełne trocin.

Niebiański smak chleba pamiętasz z dzieciństwa, gdy rozmarzony siedziałeś przy stole i planowałeś dalekie wyprawy. Wyobrażałaś sobie, że życie będzie zawsze właśnie tak smakować i pachnieć. Tymczasem z każdym rokiem coraz mniej smaczny chleb życia spożywasz bez entuzjazmu, bez fascynacji, bez radości.

Dlaczego chleb stracił smak? Czyżby mąka nie taka, jak dawniej? A może piekarze nie potrafią piec dobrego chleba? Może winien piec?

Nic z tych rzeczy. Zapomniałeś po prostu, a może celowo wyparłeś wiedzę o tym, że każdy chleb ma własną historię męki. Bez niej nie ma mąki, tymczasem Ty chciałbyś jeść chleb bez ran, zadawanych wspomnieniom z dzieciństwa; bez bolesnego obumierania, aby w zranione EGO mógł wpłynąć strumień Ducha, budzący duszę do świadomej drogi życia; bez poddania się żarnom miłości, rozcierającym skorupę lęku przed zdradą i rozczarowaniem; wreszcie bez pasji życia, która jest ogniem, niezbędnym do upieczenia chleba życia.

Nie godząc się na mękę, nie stajesz się mąką na własny chleb, więc musisz spożywać cudzy. Co prawda syty, jednak nie odżywiony; zadowolony, jednak nie zadziwiony cudem życia, więc coraz częściej boisz się choroby i myślisz o śmierci. Naprawdę niepotrzebnie. Po prostu zgódź się na mękę obumierania temu, co w Tobie jest łatwą drogą na skróty, zwyczajnym wygodnictwem i zaspokajaniem potrzeby bezpieczeństwa. Wejdź w ogień samopoznania, aby miejsce zewnętrznego EGO zajęło prawdziwe JESTEM, Twa najgłębsza istota, prawda o wewnętrznym obrazie Boga, w którym zaklęte jest Twoje piękno i nieprzemijająca istota.

EGO, czyli twarda łuska, pod którą ukryta jest życiodajna mąka, będzie co prawda krzyczało z bólu. Nie słuchaj go. Nic nie smakuje tak wybornie, jak prawdziwe JESTEM, uwolnione męką stawania się sobą. To jest smak chleba z czasu dziecięcej beztroski, gdy planowałeś podróże po niezbadanych kontynentach a na głowie wyobrażałeś sobie laur zwycięstwa.

Królestwo Niebios podobne jest do mąki, bez której nie ma pachnącego chleba, jak pysznego życia bez męki.