Jesteśmy uniewinnieni

Kto chodziłby do spowiedzi, gdyby nie było winnych?

Kto wyznawałaby a kto słuchałby i odpuszczałby? Kto nad kim miałby wtedy władzę?

NIKT!

Kto co tydzień płaciłby swoją dolę psychoterapeucie, gdyby nie było winnych? Kto odpowiadałby na pytania, w miejsce których natychmiast pojawiają się dziesiątki nowych?

NIKT!

Kto miałby niskie poczucie wartości i nie potrafiłby cieszyć się życiem, gdyby nie było winnych? Kto czułby się upodlony i zmanipulowany, a kto miałby z tego korzyści mentalne i emocjonalne?

NIKT!

Dwa tysiące lat temu w Małej Azji wybuchła Wielka Afera i usłyszano Dobrą Wiadomość o tym, że jesteśmy uniewinnieni. Miała dotrzeć do krańców ziemi i do głębin każdego serca, ale niestety nie udało się. Gdy mistycznego charyzmatyka zabito na krzyżu, jego uczniowie zamiast modlić się o Ducha, aby doświadczyć w Nim tej samej mocy nowego i wolnego życia, w którym absolutnie wszystko jest możliwe, ponieważ ludzkiej duszy nie wyniszcza poczucie winy za porzucenie starych struktur i schematów, rytuałów, zachowań i przekonań, zaczęli wszystko wyjaśniać, racjonalizować i układać w logiczne ciągi sylogizmów.

Wolność skończyła się prawie tak szybko, jak ekspresowo pojawiła się dzięki Jezusowi z Galilei. Mistyka zastąpili rytualiści; irracjonalnego Mistrza zastąpili racjonalni nauczyciele; hipnotycznego Syna Człowieczego marne kopie.

Trzeba było znowu ponownie uaktywnić poczucie winy, żeby ludzi mieć w kupie, w korporacji. W miejsce owiec, idących za głosem Mistyka, Mistrza, Syna Człowieczego, stworzono kolejne stado ogłupiałych i wystraszonych owieczek, potulnie wypełniających moralne, racjonalne, poprawne pouczenia mądrych nauczycieli. I tylko nielicznym udaje się obudzić w środku nocy, aby uciec ku światłu wolności.

Na szczęście nie zapomnieliśmy Dobrej Wiadomości, że nie ma już winy! Wraz z Jezusem, ostatnim uznanym za winnego, została przybita do krzyża. Nikt, nigdy i nigdzie nie ma podstaw sądzić, że jest komuś coś winny.

Od dwóch tysięcy lat świat odmienia bezwarunkowa miłość, której nie jest potrzebna waga sprawiedliwości, zasługa ani poczucie winy. Ponieważ jest miłością, więc daje się i nie stawia warunków. Nie wykorzystuje i nie manipuluje. Nie strąca człowieka do krainy śmierci i ciemności, wmawiając mu, że musi zapłacić, odpokutować, uczynić zadość.

Słuchajcie wszyscy, którzy macie się źle, bo Was nikt nie kocha bezinteresownie, ale za Waszą energię emocjonalną, której ktoś potrzebuje, żeby realizować swoje egoistyczne cele! Nikomu nie jesteście nic winni!  Sami wobec siebie też nie czujcie się winni. Poczujcie odświeżający powiew Ducha wolności, w którym możecie wołać do Boga: Tato/Mamo, dzięki, że jestem piękny i cudowny, a moje życie jest najpiękniejszym darem.

Winą zostaliście przygwożdżeni do przeszłości, do struktur, schematów, ról do spełnienia i ofiar do poniesienia. Wszystko dla innych, a nie dla waszego dobra.

Wina jest kategorią społeczną, zaś budzenie poczucia winy jest sposobem na manipulowanie człowiekiem i podczepianie się do jego energii. Dość tego. Koniec z tym!

Jest natomiast grzech. Każdy z nas jest grzesznikiem. Grzech jest nieprawdą o nas, zepsutą myślą, fałszywym krokiem, chybionym wysiłkiem, brakiem życiowego sensu, zmarnowanym dniem. Grzech jest intymny, dlatego znasz go jedynie Ty i Bóg. O grzechu myślisz, bo nie pozwala Ci być szczęśliwym w codziennym życiu. Czujesz, że uniemożliwia Ci sensowne bycie teraz i tutaj, więc z jego powodu miotasz się pomiędzy tym, co było, a tym, co może być. Grzech zna Bóg i słyszy Twój krzyk rozpaczy. Nie potępia Cię, ale pomaga trafić w cel. Z miłością i czułością prosi Cię: Uwierz! Wiara czyni cuda. Ona jest Twoim zbawieniem.

Ubiór, który rozbiera

Czy człowiek musi zawsze być ubrany, pomijając oczywiście względy zdrowotne bądź klimatyczne? Pytam, bo wygląda na to, że przynajmniej w opinii zdecydowanej większości teologów odpowiedź brzmi: „tak”.

Prawdopodobnie dlatego, że w naszej cywilizacji nagość i ubiór pełnią rolę antropologicznych metafor, to znaczy wyobrażeń, opisujących istotę człowieka. A wszystko wcale nie zaczęło się wraz z egzegezą tekstu: „Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy. Spletli więc liście figowe i zrobili sobie przepaski. A gdy usłyszeli szelest Pana Boga, przechadzającego się po ogrodzie w powiewie dziennym, skrył się Adam z żoną swoją przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu” (Rdz 3,7n), bo znacznie wcześniej, wtedy mianowicie, gdy treść tego fragmentu Biblii została pierwszy raz opowiedziana, a było to na wiele pokoleń przed biblijnym literatem. Opowiadanie świadczy o tym, że z poczuciem grzechu łączy się jakieś doświadczenie nagości, której Adam z Ewą nie wstydzą się wzajemnie, ale przed Bogiem!

Czy stworzenie powinno wstydzić się swojego wyglądu przed własnym Stwórcą? Raczej nie. Coś tu jest nie tak? O co zatem chodzi? Może o to, że chociaż przed upadkiem byli nadzy, jednak nagość ich nie obnażała? Czymś innym jest bowiem nagość, czyli brak ubrania, a czymś innym bycie obnażonym, zdemaskowanym, pozbawionym możliwości zasłonięcia prawdy o sobie, z czego doskonale zdają sobie sprawę zdemoralizowani ludzie aparatu władzy, demonstrujący swoją siłę i przewagę, obnażaniem pojmanych, osądzonych, manipulowanych, wykorzystywanych i poniżanych ludzi.

Czytaj dalej Ubiór, który rozbiera

Złość nie zawsze jest zła

Czy złość może być zła?

A gdyby okazało się, że zło jest dobre, ponieważ dobro jest niewydolne i samo nie podtrzyma świata?

Spotkałeś kiedyś tzw. dobrego człowieka, który dla siebie potrafi być dobry? Po spotkaniu z nim nie musisz iść do sklepu, żeby przypomnieć sobie krzywiznę banana, bo przecież zobaczyłeś ją na jego ustach. Widziałeś przylepiony uśmiech, usta wykrzywione z bólu cierpienia bycia uśmiechniętym za wszelką cenę, grymas niemocy. Jeśli jesteś uważny, dostrzegłeś też, że był lekko przygarbiony, przy powitaniu nie potrafił mocno uścisnąć dłoni, a oczy miał pokryte szkliwem, jakby żył w akwarium.

Nie ma czegoś takiego, jak dobro absolutne, w który nie ma cienia, czyli energii zła. Po prostu nie ma. Jest niemożliwe. Teologia od wieków pamiętała, że łaskawy Bóg bywa Bogiem gniewu, chociaż jest czystą miłością.

Teologia sobie a życie sobie… A już zwłaszcza moralizujące kazania księży, pouczające mowy nauczycieli i szalone oczekiwania rodziców, którzy chcieliby wychować dzieci bez skazy, bez złości. Marna sztuka. Żywcem je zarzynają, kładą na ołtarzu swojej głupoty i cieszą się, że  im się udaje.

Co im się udaje? Czy na pewno wychowanie dobrych dzieci, zawsze uprzejmych i uśmiechniętych? Nie! Z żywych dusz tworzą zombi. Martwe istoty, które nie potrafią, ponieważ boją się, okazać złość i wyrazić sprzeciw, bronić się i śmiało odmawiać, gdy powinni dla swojego dobra. Złość i gniew pochodzi przecież z tego samego źródła energii, z którego pojawia się dobro i prawdziwy uśmiech.

Dlatego potem, jako dorośli, jesteśmy odcięci od energii życia, skoro to wciąż to samo źródło, i nie mamy wystarczająco dużo sił, aby porządnie i serdecznie uścisnąć dłoń na powitanie, oczy mamy zamglone taflą nie wylanych łez za dziecięcymi marzeniami, a pochylona sylwetka pokazuje wszystkim, że chronimy splot słoneczny, przez który płynie resztka życiowej energii.

Złość jest dobra. Pamiętaj o tym, wychowując dzieci i w stosunku do samego siebie. Zawsze i dla wszystkich dobry człowiek nie istnieje. Nawet, jeśli próbuje takim być i tak nie jest dobry dla samego siebie, i umiera z braku życiowej energii. Na koniec obezwładnia go apatia, którą wielu myli z łagodnością i dobrocią. Powoli zapada się w siebie, w grób.

Wpierw bądź dobry dla samego siebie i naucz się wyrażać złość. Gniew jest bardzo dobrą emocją, ponieważ dzięki niej czujesz, że ktoś przekroczył granice Twojej godności i wolności. Prawdopodobnie próbuje Ci coś zabrać, upokorzyć  albo wykorzystać Cię. Sprzeciwiaj się, nazywaj swoje uczucie złości, wyrażaj ją nie krzykiem, ani biciem po twarzy, ale mówiąc prawdę o tym, co czujesz. Naucz się być zagniewanym, a wtedy nigdy nie staniesz się wściekniętym. Nie bój się swojej złości a poczujesz energię życia, która pomoże Ci wyrazić siebie, zrealizować własne powołanie, pasje, marzenia. Niepostrzeżenie staniesz się dobry w najwłaściwszym sensie, jak Bóg, który jest miłością.

Jeśli chcesz przygotować dziecko do lepszego życia, nie mów mu, że nie wolno być złym i nie oczekuj po nim, że zawsze będzie przytakiwało i na wszystko się zgadzało. Lepiej je ucz, jak autentycznie być w złości. Zamiast mówić: „Nie złość się”, powiedz mu: „Kiedy odczuwasz złość, nazwij to uczucie i poinformuj mnie o przyczynie. Nie miej poczucia winy, że się na mnie rozzłościłeś”.

Kiedy przychodzi odpowiednia chwila, dziecko ma prawo autentycznie pokazać swój gniew. Wtedy energia złości nigdy nie pojawi się w najmniej odpowiedniej chwili – zrozum to wreszcie!

W ten sam sposób naucz je kochać!

Wtedy darujesz dziecku więcej, niż myślisz. Nauczysz je być dobrym dla samego siebie  a ono będzie umiało czerpać ze źródła życiowej siły. Uścisk Twego dziecka będzie zawsze silny, oczy pełne słońca, sylwetka wyprostowana, jak struna instrumentu, na którym dłoń Stworzyciela gra najpiękniejszą melodię życia.

Tak, złość nie zawsze jest zła.

Dobro nie zawsze jest dobrem.

Uczmy się nagości

Uczmy się nagości…

Boimy się jej, podejrzewając o perwersję, dewiację, brak norm, a tymczasem ona jest jedyną, prawdziwą normą.

Przypomnijmy sobie Ogród Życia. Ewa z Adamem nadzy dla siebie, wobec siebie i przed Duchem Życia, który wieje pomiędzy kwiatami, wzmagając eteryczność i sensoryczność życiowego doświadczenia.

Zwiedzeni bodźcem racjonalizmu, logiki umysłu, który wmawia, że dobrze jest znać dobro i zło, odkrywają potęgę lęku. Dotąd piękni w swej nagości, czerpiący energię miłości z samego źródła, którym jest bycie darem dla drugiego, w mgnieniu oka stają się neurotykami, którzy boją się wszystkiego i wszystkich.

Gdy znika nagość, kończy się szczęście. W to miejsce pojawia się umysł, kochający dwoistość, nawet wielobiegunowość; rozbijający nas o brzegi egzystencji, które sam nieustannie tworzy. Rajski wąż uosabia naszą koncentrację na przeżyciu z lęku przed głodem: „Zerwij owoc, najedz się. Przecież jest piękny i godny smakowania” oraz seksie, który odtąd nie jest splotem dwóch dusz, węzłem energii dwóch miłości, ale już tylko biologiczną potrzebą przedłużenia gatunku.  

To umysł tworzy bieguny, brzegi życia, w które z impetem uderzamy, rozbijając się w drobny mak. Gdy pojawia się lęk, potężniejący każdym dniem w postaci neurozy, po drugiej stronie musi pojawić się erotyzm, który nie cieszy; nie obdarowuje; nie nasyca; nie wzmaga energii, ale ją zabiera, degradując drugiego do roli stymulatora przyjemności.  

Gdy znika naturalna nagość, stajemy się erotyczni albo neurotyczni, a życie zaczyna przypominać dramatyczny rollercoaster. Odbijamy się raz od jednego brzegu, raz od drugiego, nie potrafiąc spokojnie płynąć środkiem rzeki życia.

Brzegi są potrzebne, dlatego warto znać ich energetyczny potencjał. Zrozumieć, że bez nich rzeka nie płynęłaby ku celowi, a życie zaczęłoby przypominać śmierdzącą, zepsutą wodę w zastanym zalewie. Życie musi spokojnie płynąć, niczym woda pomiędzy brzegami, aby nie zaczęło się psuć i cuchnąć.  

Uczmy się nagości…

Powracajmy do rajskiego doświadczenia, w którym nie ma bodźców pożądania i lęku…. One nie istnieją obiektywnie, same w sobie nie są bytem ani rzeczywistością. Są wytworami naszego umysłu, który przejmuje nad nami kontrolę. Nie ufajmy mu naiwnie. Głębiej, w nas, w sercu ukryte jest prawdziwe życie, które ufa i kocha. Serce zawsze jest nagie, prawdziwe, szczere. Ono nie zna dwoistości. Brzegi tworzy umysł. Rzeka życia płynie z serca. Ale płynie tylko wtedy, gdy brzegi nie stają się ważniejsze od źródła, nurtu i ujścia.

Uczmy się nagości…

Uczmy się życia bez pożądania i lęku, czyli bez bodźców, które tworzą cierpienia. Nie pożądajmy dla przyjemności . Bądźmy darem miłości, czystą, niczym nieuwarunkowaną energią życia. Nie bójmy się miłości i miłowania, czyli erotycznego napięcia, ruchliwego, instynktownego seksu, który tworzy energię sukcesu i zadowolenia.

Uczmy się nagości….

Bądźmy piękni swą naturalnością, szczerością, brakiem maski. Nie udawajmy super Kochanki i super Kochanka. Nie bójmy się odrzucenia i nieudanego seksu. Nie pożądajmy tylko po to, aby sobie coś udowodnić…

Ucz się nagości….

Takiej codziennej nagości się ucz!!! 

Gdy przestaniesz się bać i zniknie w Tobie pożądanie, staniesz się życiowym nudystą. Przestaniesz się wstydzić i poczujesz cudowny smak każdego dnia. Twoja nagość będzie oznaczała, że pozbyłeś się bodźców cierpienia. Już niczego nie musisz, ani przed niczym nie uciekasz.

Po prostu znowu jesteś takim, jakim stworzył Cię Bóg. Powróciłeś do Ogrodu Życia. Przypomniały Ci się smaki i zapachy. Czujesz wiatr, a więc On gdzieś tutaj jest, blisko Ciebie, jako Duch Miłości i Życia.

Jesteś znowu szczęśliwy sobą i każdym dniem.

Balet metafizyczny

W patriarchalnym, męskim świecie, zorganizowanym w taki sposób, aby w każdej chwili móc podjąć walkę; w świecie pełnym lęków, biorących się z fałszywych wyobrażeń boskości, które z biblijnym Bogiem nie mają nic wspólnego; w świecie zdominowanym przez stare struktury społeczne i wzorce wyobrażeniowe, którym feminizm wciąż nie przedstawił wstrząsającej alternatywy; w świecie pełnym smutnych oczu, w których widać nieprzebraną głębię kompleksów, taniec jest pociągającą propozycją dla człowieka, aby dotarł do źródeł swojego życia i odnalazł samego siebie.

Taniec jest:

– kreacją, ponieważ można w nim doświadczyć pełni człowieczeństwa, ucząc się wyrażania emocji oraz pragnień;

– terapią zaburzonej seksualności, ponieważ uwalnia zmysły a energii życia pozwala zniszczyć gorset neurotycznej pobożności;

– wdzięcznością za życie, miłość, radość, wspólnotę ludzi wolnych;

– świętowaniem człowieczeństwa i zbawienia, ponieważ zawiesza prawo konieczności i użyteczności;

– rodzajem modlitwy, rozumianej jako trwanie w obecności uśmiechniętego Boga, szczęśliwego szczęściem swoich dzieci.

Tańcem można życiu i światu przywrócić harmonię pomiędzy duchowością i cielesnością; zobowiązaniem i swawolą; męskością i kobiecością; dorosłością i dziecięcością; kosmosem i chaosem; czasem i wiecznością.

Kwintesencją tańca jest balet – taniec aniołów….

Przepis na szczęście

W powszechnym przekonaniu doświadczenie szczęście jest tak ulotne a ono w swej istocie do tego stopnia niedefiniowalne, że nawet najbardziej ogólne próby opisania szczęścia nie mogą się powieść.

Jak to często bywa, mam odmienne zdanie. W moim przekonaniu najprostszą i najskuteczniejszą receptę na szczęście proponuje chrześcijaństwo, oczywiście w wersji pogłębionej duchowo, w której życiowe wybory oraz intelektualny wymiar bycia uczniem i przyjacielem Jezusa, nie funkcjonują tylko w sferze publicznej i społecznej, w postaci przynależności do kościelnej instytucji, ale są realizowane w wewnętrznym doświadczeniu Bożej obecności, z istotnym udziałem emocji, wśród których, obok miłości, trzeba umieścić wiarę.

Chrześcijański przepis na szczęście nie jest egalitarny ani nie wymaga szczególnych ćwiczeń duchowych bądź cielesnych. Jest przejrzysty i łatwy do zrealizowania. Opiera się na słowach i czynach Mistrza i Nauczyciela, Jezusa z  Galilei, czyli na Jego duchowości, chociaż nie bez późniejszych wpływów. Składa się z czterech elementów, których nie należy traktować jako kolejnych stopni wewnętrznego rozwoju. Razem wzięte, bez wewnętrznej hierarchii ważności, umożliwiają zwyczajnie ludzkie doświadczenie szczęścia. Czytaj dalej Przepis na szczęście

Ziemia to szkoła samotności

Komu i na co potrzebne są wszystkie nasze wygibasy?

Próbujemy wyglądać, znaleźć miejsce na ziemi, zbudować dom, zdobyć stanowisko, próżne „ego” chce nasycić się sławą i chwałą, miotamy się….

Robimy pozy, uwodzimy… Raz dyskretnie dajemy znać, że mamy ochotę na spojrzenie, innym razem rozpaczliwie rzucamy na szyję przechodnia, ekspedientki, trenera, małżonka i krzyczymy: KOCHAJ MNIE.

Każdy nasz ruch, krok, zakup, wysiłek, erotyczny spazm…. Każde mrugnięcie okiem, każde uderzenie serca, każda kolejna porcja kortyzolu i adrenaliny we krwi – wszystko woła o miłość. Oksytocynę też wymyślono z tego samego powodu: PRZYTUL MNIE.

Gdzie podziała się miłość, skoro teolodzy mówią, że Bóg stworzył świat z miłości?

Jeśli jest prawdą, że On jest miłością, to albo coś Mu nie wyszło i stanowczo za mało dodał siebie do tej ziemnej papki, z której stworzył człowieka, albo ta Jego miłość wcale nie jest tak idealnie skoncentrowana. Jakby za mały procent miłości był w tej Jego miłości?

Życie to krzyk o miłość.

To jeden wielki krzyk rozpaczy, żeby nie być samemu; żeby ktoś zrozumiał; żeby nie było trzeba samemu patrzeć w nieskończoność oceanu i próbować usłyszeć melodię wiatru.  

Wszędzie pełno par. Ludzie trzymają się  za ręce, wokół gromady dzieci. Uśmiechnięte rodziny na wakacjach pochłaniają kolejne porcje lodów. Po chole…. im ten cukier, skoro się kochają? Tato, o czym myślisz, idąc nadmorskim deptakiem, pełnym podobnych Tobie klonów,  z gromadką być może Twoich dzieci, których usta wypchane są kolejną porcją cukru? Liczysz grosze, czy wystarczy ich do końca wakacji? Czy może jesteś w jakimś swoim niebie? Mamo, która już piąty raz, w swoim krótkim, trzydziestoletnim życiu, próbujesz zrzucić pięć kilogramów, gdzie jest Twoje serce, gdy szarpiesz dzieckiem, krzyczącym o kolejnego loda? Jesz coraz mniej, a wokół Ciebie coraz więcej zbędnych kilogramów. Myślisz, jak to możliwe? Twoje dziecko też potrzebuje coraz więcej cukru, chociaż jesteś z nim na wakacjach. Potrafisz to połączyć?

A może……?

A może życie na ziemi jest próbą więzienia dla dusz, aby nauczyły się samotności?

Może wszyscy musimy przejść tę szkołę? Przyszliśmy na ziemię, żeby nauczyć się samotności w tłumie, w związkach, rodzinach….? Na wspólnych wakacjach i podczas orgazmu?

Wszędzie rozdzierający krzyk o miłość, jak z więziennych cel, gdzie próbują przeżyć dożywotnio osadzeni.

Oddzieleni od siebie mięsem ludzkich ciał, nasiąkniętych trucizną, pochodzącą nie tylko ze śmieciowego pożywienia, no i cukrem, zastępującym miłość, próbujemy jakoś się znaleźć, namierzyć, dotknąć, zrozumieć…. Wciąż próbujemy, a mimo tego z dnia na dzień jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, zagłuszeni krzykiem pustki w nas, osaczeni tłumem, oddalonym o tysiące lat świetlnych od naszych serc.

Marny to trud, te wszystkie nasze życiowe wygibasy, kłamstwa małe i duże.

Nie okłamuj się. Przyszedłeś na ziemię, aby nauczyć się samotności w tłumie; miłości do samego siebie, chociaż nie kocha Cię nikt; szczęścia, którego nie da podzielić się na dwie słodkie połówki. To ciastko do końca musisz zjeść sam.

Gdzieś tam, w przestworzach, w światach równoległych, na dalekiej galaktyce, gdzie serce przenika serce, Twoja dusza postanowiła przyjść na ziemię, aby zamieszkać w więzieniu. Chciałeś nauczyć się samotności i kochania samego siebie w tłumie podobnych Ci, zrozpaczonych dusz.

Przypomnij to sobie!!!!  Uświadom jak najszybciej, póki jeszcze tu jesteś, aby lekcja nie poszła na marne. Dopiero wtedy stanie się cud i wyjdziesz z więzienia łez.

Nie (czy pełna) sprawność?

Pełna sprawność jest podobno cechą prawdziwych mężczyzn, którzy radzą sobie w każdej sytuacji i można na nich polegać. No i podobno, co jest tajemnicą poliszynela, nigdy nie mają problemu z rozpalaniem ogniska. Konar pięknie płonie.

Tylko czym?

Załóżmy, że można rozpalić dwa różne ogniska. Przy jednym miota się wyczerpany zazdrością Kain, przy drugim Abel uśmiecha się lekko w stronę nieba. Kain uosabia najbardziej pierwotną energię życia, która manifestuje się w świecie jako pragnienie przeżycia i przekazania życia następnemu pokoleniu bez względu na cenę. Dlatego dym z ogniska płoży się przy ziemi, nie sięga nieba i nie zachwyca Bożego nosa. Konar zapewne płonie mu pięknie, ale dym smętny jakiś, przyziemny, nie unosi zapachu miłości ku niebu.

Z kolei Abel uosabia tę samą energię życia, w końcu obaj są braćmi i dziećmi tych samych rodziców, jednak duchowo rozwiniętą. Abel nie myśli tylko o przeżyciu i jakości płonącego konaru. Dlatego jego ogień jest źródłem dymu, który zachwyca Boży nos. Ofiara Abla, przyjemnie pachnąca, zostaje przyjęta. W tym samym czasie, skoncentrowany na płonącym konarze, Kain dogorywa z zazdrości i popełnia zbrodnię. Czytaj dalej Nie (czy pełna) sprawność?

Męska muszka

Skąd wzięła się męska muszka? Prawdopodobnie jest następczynią szalu i chusty, którą wiązano pod szyją, aby chroniła przed zimnem albo łagodziła ucisk zbroi podczas działań wojennych. Po figurach 7500 terakotowych żołnierzy, odkrytych w 1974 r., stojących na cmentarzu chińskiego cesarza Shi Huang Ti (260-209 p.n.e.), można się domyślać, że w Chinach była wówczas nieodłącznym elementem wojskowego stroju.

Do czasu odkrycia terakotowej armii z Chin, za wynalazców krawata uważano Rzymian.. „Focale”, czyli szal rzymskich legionistów, można podziwiać na kolumnie Trajana, zbudowanej w roku 113. Jej płaskorzeźby przedstawiają między innymi 2500 wojowników cesarza Markusa Ulpinusa Traiana (53-117 n.e.). Wielu z nich  na pancerzu nosi związany w węzeł szal.

Następne wydarzenie, ważne dla rozwoju krawata, a następnie muszki, miało miejsce około 1500 lat później, podczas Wojny Trzydziestoletniej (1618-1648). Mianowicie zaciężni Chorwaci na szyjach nosili chusty, przypominające rzymskie szale, czym wywarli wpływ na europejską modę. Być może nazwa „krawat” wzięła  się właśnie od owych Chorwatów, zwanych przecież Kroatami?

Kolejna transformacja chusty, a właściwie już krawatu, dokonała się również pod wpływem działań militarnych. Otóż w 1692 r., w trakcie wojny o następstwo tronu w Palatynacie, wojska Ludwika XIV zostały niespodziewanie zaatakowane przez pułk angielski. Działo się to pod wsią Steinkerk w dzisiejszej Belgii. Francuscy oficerowie, zaskoczeni atakiem, mieli nie zdążyć odpowiednio zawiązać chust, lecz szybko owinęli je wokół szyi, końcówkę przekładając przez dziurkę od kaftana. Nie wiadomo, czy faktycznie tak było, w każdym bądź razie modnie odziani panowie pomysł podpatrzyli i w podobny sposób zaczęli wiązać swoje chusty do codziennego ubioru.

Dalsze losy krawatu miały charakter zmienny – moda wracała i odchodziła, w zależności od aktualnie panującej dynastii królewskiej i jej gustów. W okresie rewolucji francuskiej krawaty powróciły do łask. Owijano je kilka razy wokół szyi, po czym zawiązywano kokardą pod brodą, a resztę materiału układano na piersi. Także kobiety zainteresowały się wówczas tym typowo męskim elementem ubioru, i to nawet pomimo kpin, że pragną upodobnić się do płci męskiej przez nadmiernie wielkie klapy żakietów, mocno wiązane wokół szyi chusty i koliste kolczyki (wszystkie elementy należały do mody męskiej).

Na początku XIX wieku pojawił się „krawat gotowy”, to znaczy że nie było trzeba go wiązać za każdym razem, ale wystarczyło przełożyć przez głowę i ścisnąć, bądź był przypinany do koszuli. Jego końce formowano w kokardę albo luźno opadały na pierś. Należy zaznaczyć, że początkowo krawat był noszony tylko przez arystokrację i królewską rodzinę. W momencie coraz większej demokratyzacji, stał się elementem ubioru mieszczan i urzędników. Niezwykle istotna okazała się umiejętność wiązania krawata, o czym świadczy napisana przez Honoré’a Balzaca książka „Sztuka wiązania krawata w szesnastu lekcjach”, wydana w 1827 r. w Paryżu. W XIX wieku krawat ulegał ciągłym zmianom, uproszeniu i wygładzeniu, aż uzyskał standardową formę, która znamy współcześnie.

Wstążki, używane do podtrzymania krawata, były używane już od XVII wieku, lecz w XIX wieku przestano je używać, zresztą jak i krawat przestał mieć dodatkowe wzmocnienie w postaci kokardy. Odtąd muszka była zwyczajnie innym sposobem wiązania krawata, lecz bardziej od niego eleganckim, noszonym tylko do fraka.

Przez lata muszki nie były uważane za modne. Jeśli już, mężczyźni zakładali je wyłącznie na specjalne okazje, na przykład własny ślub, uroczystą galę bądź wyjście do teatru. Przede wszystkim kojarzyły się ze smokingami i frakami. Dziś zakładamy je do każdej koszuli, a nawet do dżinsów. Na dodatek występują w wielu kolorach i wzorach.

Dobór muszki jest oczywiście sprawą otwartą i zależy od wielu okoliczności, także gustu mężczyzny. Oczywiście stylizacje klasyczne najlepiej współgrają z muszkami w stonowanych kolorach bez krzykliwych wzorów na tkaninie, co wcale nie oznacza, że panowie są skazani na nudne, jednokolorowe modele. Wystarczy odrobina wyobraźni, aby nie tylko wieczorową kreację uczynić bardziej atrakcyjną, zakładając muszkę z ciekawym wzorem.

Bez wątpienia muszka jest tak dalece charakterystycznym elementem ubioru, że mężczyzna może nią zaznaczyć własny charakter i temperament oraz niepowtarzalny gust nawet w pracy albo podczas popołudniowego spotkania. Mimo wszystko warto pamiętać o jednej wskazówce, a mianowicie, że do smokingu zawsze zakłada się muszkę czarną, zaś do fraka białą.

Na prawdziwe szaleństwo można sobie pozwolić, komponując ubranie typu „casual”, weekendowe albo sportowe. Wtedy, jak najbardziej pożądana jest odważna zabawa kolorami i deseniami.

Niektórzy powiadają, że kto nosi muszkę, ma zapewniony sukces. Czy ja wiem? Zależy o jaki sukces chodzi, wszak każdy, kto pokusił się o związanie muszki, najlepiej wie, jak złożona i precyzyjna jest ta operacja. To maleństwo wciąż wymyka się z palców, plącze i za nic w świecie nie daje pięknie ułożyć. Ale jakże szczęśliwy jest właściciel muszki, gdyż uda mu się ta sztuka?  Toż to prawdziwy sukces!

Wszakże jedno jest pewne, mężczyzna z ładną muszką przyciąga uwagę kobiet. Może to też jest jakiś mały, męski sukces?