Po prostu lekko żyć – podstawy duchowości

29 maja do 6 czerwca – Sorkwity na Mazurach  

– być może uważasz, że Biblia jest anachroniczna i nie warto szukać w niej inspiracji?

– być może sądzisz, że stare teksty religijne stoją w sprzeczności z nauką?

– być może praktykowałeś/aś wiele metod tak cielesnych, jak duchowych dla poprawy stanu zdrowia, a jednak wciąż zmagasz się z chorobami?

– być może szukasz własnej ścieżki duchowej?

– być może rozczarowałeś/aś się, którąś z duchowych szkół, ponieważ wciąż czujesz na sobie życiowe ciężary?

– być może w ogóle nie wierzysz w ducha?

Przyjedź do Sorkwit. Poza tym, że odpoczniesz w cichej i uroczej mazurskiej wsi, a także poznasz ludzi wrażliwych na nowe stany świadomości, dowiesz się, że:

– duchowość nie polega na odfrunięciu z życia scedowaniu problemów na innych, aby  poświęcić się tylko tzw. duchowym zajęciom;  

– duchowość  jest uporządkowaniem życia i wprowadzeniem harmonii we wszystkie aspekty i doświadczenia, począwszy od ruchu, oddechu, snu, pożywienia, poprzez odpoczynek i pracę, relacje i wybory związane z życiem, po rozwijanie takich duchowych predyspozycji, jak modlitwa, medytacja czy intuicja,  

a  poza tym odkryjesz, że:

– biblijne teksty zachowały świeżość Ducha i odnawiają przekonania o życiu i świecie;

– Jezus z Galilei jest cichym i pokornym Mistrzem, którego siła tkwi w czystej miłości;

– zrozumiesz swego ducha, jaźń i świadomość;

– nauczysz się aktywować życiową energię i dowiesz się, jak z niej korzystać;

– z Sorkwit na pewno wyjedziesz lżejszym/szą i czystszym/szą;

duchowość jest sztuką lekkiego życia. 

Zamieszkamy w DOMU POJEDNANIA w Sorkwitach, przy ul. Plażowej 3. Spotkamy się w cichej, mazurskiej wsi, położnej pomiędzy dwoma jeziorami. Zakwaterowanie w pokojach 2-osobowych oraz kilku-osobowych apartamentach.

Koszt z trzema posiłkami dziennie (także wieczornym w dniu przyjazdu i dwoma w dniu odjazdu): 1600 PLN

ZGŁOSZENIA:  e-mail: mju@escobb.com.pl     tel. 660 783 510

Żałoba

Żałoba jest szczególną emocją. Wiąże się z najboleśniejszą stratą, w dodatku często niespodziewaną. O ile do rozwodu albo straty pracy można się przygotować, przynajmniej mentalnie, o tyle żałoba oznacza kryzys, którym ciężko zarządzać. Mowa oczywiście o żałobie w sensie ścisłym, po śmierci osoby, bez której nie wyobrażaliśmy sobie dalszego życia. Miarą żałoby nie są koligacje i stopnie pokrewieństwa, ale prawdziwa miłość bądź uzależnienie w każdym aspekcie życia. W żałobie doświadczamy straty poczucia bezpieczeństwa, więzi, spełnienia, satysfakcji, kolorowych snów i tęczowych uśmiechów ku przyszłości. W jednej chwili zostajemy skonfrontowani ze zburzonym obrazem przyszłych dni.

Żałoba jest jedną z najbardziej fizycznych emocji. Przynajmniej na początku przeżywa się ją całym ciałem. Szloch, płacz, spazmy, dreszcze, odruch uderzania zaciśniętymi pięściami w różne przedmioty to ewidentne oznaki, że psychika chce się pozbyć stresu i dlatego uwalnia złą energię z ciała. Takie zachowania są typowe dla wszystkich istot żywych. Drżą nie tylko przerażone i zdezorientowane zwierzęta. Podobne reakcje zaobserwowano u roślin. Tymczasem we współczesnej kulturze opanowania, kontroli, i tzw. stalowych nerwów, pierwszą i drugą fazę żałoby przeżywamy wbrew swoim potrzebom, więc ze szkodą dla siebie.

W pierwszej fazie, tuż po zorientowaniu się o śmierci bliskiej i ukochanej osoby, jesteśmy przerażeni i czujemy się oszukani. To faza emocjonalnego chłodu. Tłumimy energię, aby poradzić sobie z szokującą sytuacją. Zamiast przyjąć ją do wiadomości, wypieramy. Trwa krótko, a po niej nastaje najbardziej energetyczna i cielesna faza żałoby, w której organizm jakby chciał wytrzepać stres. Zaczynamy drżeć i jest nam zimno. Wówczas doświadczamy niedźwiedziej przysługi ze strony pozostałych członków rodziny albo przyjaciół, sugerujących, abyśmy farmakologicznie poradzili sobie ze stresem. Poza tym mocno nas obejmują i proszą, abyśmy przestali krzyczeć, płakać i drżeć.

To duże błędy. Psychika dobrze wie, co ma robić, aby ratować się w traumatycznej chwili. Nie wypłakana, nie wykrzyczana i nie wytrzepana energia stresu pozostaje w ciele, ustala się, wychładza, a po jakimś czasie unieruchamia całego człowieka, który traci zdolność szczęśliwego życia, budowania nowych relacji i przeżywania fizycznych przyjemności. To zapewne nie są ani psychicznie bezpieczne, ani łatwe do współuczestniczenia, ani nawet estetyczne zachowania, gdy w żałobie przypominamy dzikie zwierzęta, jednak skoro dzięki nim one pozostają zdrowe i witalne, więc nie wątpmy, że nasza podświadomość doskonale wie, co jest dla nas dobre. Zresztą we wszystkich sytuacjach silnego i nagłego stresu, nie tylko związanych z żałobą, świadomie wytrzepujmy jego energię z ciała, aby nas nie unieruchomiła i nie pozbawiła witalności. Klasycznym przykładem takiego stresu jest poważny wypadek samochodowy albo niespodziewana potrzeba poddania się specjalistycznym badaniom medycznym.

Źle przeżyte drugie stadium żałoby, co współcześnie zdarza się bardzo często, daje się łatwo zauważyć. W takim domu i rodzinie pojawia się mianowicie coś na kształt mauzoleum albo domowego ołtarzyka, upamiętniającego zmarłego. Na ścianie i półce znajduje się wiele jego zdjęć w towarzystwie kwiatów, a często nawet świec. Miejsce staje się nietykalnym tabu wpierw przestrzeni, potem psychiki. Widać po nim, że zmarły nie został pożegnany i wciąż zajmuje swoje miejsce, co oznacza, że nie pojawiła się przestrzeń na nowe osoby, relacje i życiowe doświadczenia. Zamrożona energia stresu kondensuje pamięć, którą psychika powinna raczej sublimować. W efekcie jednostka albo wspólnota nie dostrzega możliwości, szans i darów, które Źródło oferuje w kolejnych latach i etapach życia.

Tymczasem, gdy mija drugi poziom żałoby, który najprościej można scharakteryzować jako opłakanie minionego, w tradycyjnej pobożności ograniczony do 6 tygodni od śmierci, co – jak przekonaliśmy się wcześniej – jest uzasadnione i celowe, rozpoczynamy najdłuższą fazę żałoby. Jest nią powolne i mozolne przewartościowywanie życia, możliwe jedynie pod warunkiem, że odpowiednio przeżyło się fazę opłakiwania. Polega na powolnym uwalnianiu się od zbędnego bagażu traumatycznych wspomnień. Dzięki czemu zaczynamy rozumieć, że chociaż z całościowego obrazu życia wypadł element, do tej pory uznawany przez nas za kluczowy, mimo wszystko pozostało ich jeszcze na tyle dużo, aby stworzyć z nich inny, równie wartościowy. Wyobrazić można to sobie mniej więcej w ten sposób, że z klocków lego mieliśmy zbudowany cudowny zamek. Jednak straciliśmy jeden z nich. Po chwili złości dostrzegliśmy, że bez niego potrafimy zbudować kolejny, chociaż inny, mimo wszystko niepowtarzalny i piękny.

Odpowiednio przeżyte trzy fazy żałoby kończą się po około roku. Tradycyjna pobożność wyznacza im kres po roku i 6 tygodniach od śmierci. Dzięki żałobie chronimy się przed życiową zapaścią, którą byłoby można nazwać chorobą żałobną. Jej najoczywistsze symptomy zostały opisane wyżej. Niemniej w ich poczet trzeba jeszcze zaliczyć narcystyczny sposób opłakiwania własnego nieszczęścia, którym zwraca się uwagę na siebie i swoje nieszczęście, oraz ciągłe powracanie do tych samych oskarżeń. Czasem kierowanych pod adresem zmarłego, a najczęściej samego siebie.

Tak przeżywana żałoba zubaża psychikę i uniemożliwia przewartościowanie życia. Najlepsze elementy psychiki i życia zostają rytualnie, więc nieświadomie,  pogrzebane wraz ze zmarłym. Z kolei dobrze przeżyta żałoba otwiera nowe możliwości, które zarówno drzemią w nas, jak też czekają na nas w kolejnych etapach życia. Wniosek zatem jest następujący: wypierając emocje we wstępnej fazie żałoby na resztę życia wybieramy rolę żałobnika, natomiast dzięki świadomemu przeżyciu żałoby po jakimś czasie odkrywamy do tej pory zasłonięte bogactwa własnej duszy. Pomimo tego, że żałoba jest emocją negatywną i traumatyczną, w człowieku, który stara się świadomie żyć i doświadczać samego siebie, działa niczym przewodnik w ciemnościach. Można jej zaufać, ponieważ po jakimś czasie stawia na drodze pełnej światła i nadziei.

Kobieca mądrość

Erich Neumann, w dziele pt: Wiel­ka Matka,napisał: „Mądra kobieta różni się od mą­drego mężczyzny tym, że jej mądrość zawsze jest związana z ziemską podstawą rzeczywistości”. Poza tym obrazem Mądrej Kobiety jest karmiąca matka. Z jej piersi płynie źródło mądrości, „mądrość uczucia i głębi karmiącego ducha”. Neumann opisuje Mądrą Kobietę jako ducho­wą siłę, kochającą i ratującą. Z kolei Jacob Grimm znany jest ze słów: Mężczyźni zasługują na ubóstwienie przez swe czyny, kobiety przez swoją mądrość”, które znalazły się  w jego Niemieckiej mitologii.

Kobiety często posiadają mądrość, której brakuje mężczy­znom, ponieważ znają związki i prawa rządzące przyrodą. Już przez sam fakt większej bliskości z ziemią i materią, przez biologiczny rytm księżycowy mają wgląd w tajemnice przy­rody, których mężczyźni muszą się uczyć. To w mężczyznach budzi lęk, więc zabarykadowują się na pozycjach racjonalności i odrzucają instynkt oraz mądrość, której źródłem jest życie i przyro­da. Z takich nieporozumień, uprzedzeń i lęków wzięły się prześla­dowania czarownic.

Kobiety lepiej odbierają obrazy oraz widzą je w sennych oraz intuicyjnych przekazach. Mają jaśniejszy obraz rzeczy niż mężczyźni. Są dobrymi lekarkami i terapeutkami, powszechniej zajmują się medycyną naturalną, zielarstwem i naturoterapią. W tradycji ludowej Kobiety często były uzdrowicielkami, przekazującymi swoją wiedzę z pokolenia na pokolenie. Chodzono też do Kobiet, które jako wróżbitki po­siadały wiedzę tajemną. Najprawdopodobniej zdolności Kobiet do jasnowidzenia wynikają z bliższego kontaktu z  tym, co nieświadome.

Mądre Kobiety mają subtelne wyczucie mądrości przyrody, ponieważ żyją w zgodzie z naturą. W wielu teologiach, duchowościach i religiach spotykamy się prze­cież z macierzyńskim aspektem Boga, co ostatnimi czasy z powodzeniem wykorzystują również psychoterapeuci. Mądre, starsze kobiety są bliskie temu macierzyńskiemu Źródłu. Instynktownie wyczuwają Jego obecność, rozumieją Jego miłosierdzie. Słusznie upominają się o Jego czułość, na przykład ustami laureatki literackiego Nobla, Olgi Tokarczuk.

Takie Kobiety tworzą i rozwijają rytuały, w których mogą świętować ko­biecość. Mają też wiedzę o leczącej sile przyrody. Potrafią pokazać innym kobietom, co dobrze na nie działa, jak mogą się wyleczyć z życiowych ran. Kobiety mają inną wiedzę niż mężczyźni. Nie jest to wiedza, która zo­stała zdobyta na drodze walki, lecz pochodząca z głę­bokiego związku z wszystkim, co jest. Mądre Kobiety wiedzą o rodzeniu się i umieraniu, o stawaniu się i przemi­janiu. Z własnego doświadczenia znają tajemnice ludzkiego życia.

Współcześnie nie jesteśmy w stanie odtworzyć tradycji archaicznych ludów, mimo wszystko byłoby dobrze odkrywać mądrość, która tkwi w tych tradycjach. Zwłaszcza dla Kobiet jest ważne, aby szano­wały i rozwijały wiedzę i odkrywały zdrowe poczucie własnej wartości. Kobiety wiedzą coś, czego nie znają i nie rozumieją mężczyźni, dlatego ze swoją wiedzą nie powinny wy­stępować w opozycji do męskiej wiedzy i konkurować z nią. Męska wiedza często rozwija się w kierunku rozległości. Mężczyźni wiedzą dużo i potrafią o tym rozmawiać. Przechwalają się swoim poznaniem świata. Tymczasem wiedza Kobiet rozwija się w głąb, do wewnątrz. O tej mądrości często nie da się tak po prostu rozmawiać. Ją się wyczuwa. Nią się żyje. W jej ogniu płonie fałsz, niczym kartka papieru.

Kobiety powinny ufać swojej mądrości.  Zwłaszcza współcześnie, gdy na skutek pandemii boleśnie przekonujemy się o tym, że prawdziwy egzamin powołania oblewają duchowi przewodnicy i lekarze, oczywiście poza postaciami wyjątkowymi, znanymi z nazwiska. Nie łudźmy się, że system edukacji, zdrowia oraz tradycyjne instytucje religijne przetrwają kryzys, który rozpoczął się w ubiegłym roku, a trwał będzie przynajmniej dekadę, jeśli nie dwie. Nie pytajmy, czy, ale kiedy upadnie autorytet księdza, lekarza, a najpóźniej nauczyciela do tego stopnia, że powstanie cywilizacyjna pustka, którą wypełni… oczywiście Kobieca Mądrość!

W każdej rodzinie, wspólnocie, grupie interesów i przekonań będzie przynajmniej jedna Mądra Kobieta, Wiedźma co się zowie, której powołaniem będzie terapeutyczne działanie, zanim choroby rozwiną się do stadiów, zagrażających życiu, asystowanie przy narodzinach i umieraniu, wychowywanie, duchowe doradztwo. Zapewne pomiędzy nimi będzie też część Mężczyzn, ale tylko takich, którzy będą czerpać nie z męskiej wiedzy, ale z Kobiecej Mądrości.

Mądre Kobiety można spotkać już teraz wśród Dziewcząt i młodych Matek. Rodzą się coraz częściej z niezwykłą siłą opierania się rodzicom, którzy chcą wychowywać je w kulcie nowożytnej racjonalności. Przeciwstawiają się nauczycielom i duchowym przewodnikom. Czerpią ze Źródła, które odnalazły w sobie.  Bardzo często do wewnętrznej mądrości i jasności widzenia wcale nie muszą dochodzić przez własne doświadczenia, ponieważ zachowały duchową tożsamość sprzed narodzin.

Każda Kobieta ma w sobie potencjał, dzięki któremu może stać się mądrą. Jednak, gdy Kobiety zbyt jednostronnie ukierunkowują się na dążenie do sukcesu i perfekcji, wtedy przestają rozumieć swoje instynkty oraz ufać intuicji. W ten sposób tracą kontakt z Mądrą Kobietą w sobie, której zadaniem jest doprowadzenie każdej Pani do jej kobiecych korzeni i nauczenie, w jaki sposób może świętować swoje kobiece życie.   

Żal

Żal i żałoba są rodzeństwem, co unaocznia semantyka. Obie emocje mają też podobną genezę i cel, chociaż żałoba jest ewidentnie dedykowana konkretnemu doświadczeniu pożegnania bliskiej osoby, która weszła w śmierć. Dlatego żałobie poświęcimy osobny tekst, a w tym zajmijmy się samym żalem, który poza tym, że semantycznie spokrewniony jest z żałobą, emocjonalnie posiada także inne związki rodzinne. Oczywiste jest pokrewieństwo żalu i smutku. Zaczniemy zatem od przyjrzenia się różnicom pomiędzy nimi, aby móc zrozumieć istotę i pozytywny aspekt żalu.

Smutek jest emocją zimną, pojawiającą się w płucach. Jeśli nie jest przeżyty i wykorzystany do zmian, które mają sprowadzić w życie radość, bardzo szybko staje się przyczyną ich chorób. Zrozumieć i wytłumaczyć można to niezwykle prosto. Ludzie smutni nie prostują się, z ramion i barków tworząc parasol ochronny nad sercem, które jest słabe z braku radości. Chowają klatkę piersiową zamiast wysuwać ją do przodu. Tym samym nie oddychają tzw. pełnymi piersiami. Mają ciasną pierś. To między innymi tłumaczy, dlaczego ludzie osamotnieni albo starzy, mieszkający w domach opieki, chorzy, w trakcie rodzinnego albo zawodowego kryzysu, ciężej przechodzą choroby płuc, w tym wywołane wirusami. Smutek wywołuje żal i strach, skutkiem czego emocjonalny chłód szybko wyniszcza nerki. Dlatego poważne choroby nerek i spowodowane nimi zgony należy łączyć także z płucami i w nich szukać praprzyczyny.

Tak czy inaczej smutek i radość mieszkają w tej samej klatce piersiowej. Smutek wychładza i ciągnie energię życiową z płuc ku nerkom, radość ogrzewa i ciągnie ją z serca ku głowie, aby przez pokój, czyli odpuszczenie i odpoczniecie, wzmóc zdolności poznawcze i twórcze.

A co żalem? W przeciwieństwie do smutku żal nie pojawia się w płucach, ale w sercu, jest więc cieplejszy. Codzienny język utrwalił to odczucie w postaci powiedzenia: Serce pęka mi z żalu. Żal nie wychładza organizmu i duszy, ale na krótko podgrzewa. Smutek unieruchamia. Przeciwnie żal, który generuje energię negacji, sprzeciwu, walki, działania, przeciwstawienia się. Smutek oznacza, że człowiek się usuwa, wycofuje z konfrontacji. Dlatego smutek jest emocją zgody. Żal tymczasem jest emocją niezgody. Jest krótkotrwałym spięciem, tarciem z faktami. A tarcie generuje energię, którą człowiek świadomy emocji wykorzystuje do życiowych zmian.

Warto zwrócić uwagę, że żal użyczył swego rdzenia nazwie bardzo przydatnemu urządzeniu, najczęściej montowanemu w oknach, czyli żaluzji. Na pewno nie przypadkiem. Żaluzja zasłania, tworzy przegrodę pomiędzy wewnętrznym a zewnętrznym. Odgradza od słońca i wścibskich oczu. Chroni przed złodziejami. Gwarantuje intymność. Na pewno częściej chroni wewnętrzne przed zewnętrznym aniżeli odwrotnie. 

Wydaje się, że emocja żalu służy mniej więcej temu samemu, co żaluzja. Ponieważ zewnętrzny świat ze swoimi nieprzejednanymi wyrokami, zaskakującymi wydarzeniami i nieprzyjemnymi konsekwencjami wdziera się w nasze wnętrza, rozdziera serca, nie liczy z intymnością psychicznych procesów, więc żalem tworzymy zasłonę przed intruzem, zaporę przed niechcianą energią, rodzaj twierdzy, w której czujemy się bezpiecznie. Na początku żal przeciwdziała wtargnięciu zewnętrznego świata, więc działa niczym tarcza albo mur.

To jest ten moment krótkiego starcia, w wyniku którego pojawia się ciepło. Trzemy się wówczas z faktami, odmawiając im prawa do ingerowania w poukładany, wewnętrzny świat psychiki. Jest bardzo potrzebny, ale nie może trwać w nieskończoność. Przeciągnięty oznacza ostateczną klęskę. Zewnętrzne siły, napierającego życia i świata, są zawsze silniejsze. Dojrzały i mądry człowiek, rozwinięty duchowo, sprawnie zarządzający życiową energią, wykorzysta moment tarcia na negocjacje i zawarcie przymierza z przeciwnikiem. Nie będzie walczył aż do klęski i śmierci, ale zaproponuje warunki rozejmu, czyli nowego porządku i życiowego ładu.

W taki sposób żal staje się energią nowego początku, w tworzenie którego zaangażowane są połączone siły wewnętrznej psychiki z zewnętrznymi warunkami życia. Człowiek staje się silniejszy, sprawniejszy, jeszcze mądrzejszy. Potrafi wykorzystywać warunki, w których żyje, do osiągania swoich celów. W żalu wylizuje rany, aby ruszyć w dalszą drogę.

Mam nadzieję, że jeśli ktoś nie wiedział do tej pory, czemu ma służyć żal za grzech, od teraz już pojmuje, iż prawdziwa duchowość jest bez niego niemożliwa. Zgoła innym problemem jest to, jak traktuje żal zrytualizowana pobożność. Jednak mądremu nie powinno to przesłaniać oczywistego, duchowego dobra, którym jest właściwie przeżyty żal.

Bóg ONI

Co w religii denerwuje nas najbardziej? Oczywiście nie idea, wyobrażenie czy doświadczenie Boga (niech każdy sam wybierze najbardziej odpowiadające mu pojęcie), ale to, że podobno istnieją jacyś bogowie, mówiący nam, jak mamy żyć, ustami innych ludzi, którzy podobno są specjalistami.

No więc, cóż to byłby za wielce potężny i wszechmogący bóg, który nie potrafiłby zwrócić się do mnie bezpośrednio? Otóż to. Nie ma takiego boga nad ziemią, na ziemi ani pod ziemią. Jest pomysłem ludzi, którzy chcą rządzić, ingerować, wykorzystywać, kontrolować energię innych. Wymyślili boga, któremu nadali imię ONI. Wypowiadają się w imieniu czegoś, co jest kłamstwem, iluzją, odwróceniem stron, stworzyli więc demoniczny obraz boga.

Bóg prawdziwy, Źródło życia, światła i miłości, ma na imię JESTEM, znane ludziom od zarania, niestety bardzo niepopularne.

JESTEM nie interesuje się cudzym życiem, ponieważ JESTEM interesuje się moim życiem.

ONI interesuje się życiem wszystkich, ponieważ ONI nie interesuje się moim  życiem.

ONI udaje boga do momentu, w którym człowiek odkrywa JESTEM. Począwszy od tego doświadczenia, ONI przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Czy naprawdę trzeba mieć 200 punktów IQ, żeby pojąć różnicę? Raczej nie, więc skąd to się bierze, że potencjalni wyznawcy JESTEM wciąż próbują zadowolić i czczą ONI? Zamiast całe życie, swoje nerki, serce i rozum oddać w służbę JESTEM, biorą pod uwagę, co ONI powie? No bo przecież ONI przygląda się, ocenia, może nie być zadowolony, może potępić, odrzucić, wykluczyć, nie dać nam tego, na co mamy ochotę.

Jeśli prawdziwy Bóg to JESTEM, a ONI jest demonicznym odwróceniem, czy ONI naprawdę ma oczy? Czy może zobaczyć to samo, co widzi JESTEM? Czy może zbadać nerki, zobaczyć serce, uporządkować rozum?

Czy można służyć dwóm Bogom jednocześnie?

Czy można czcić JESTEM, póki ONI są ważni dla ludzkiego EGO?

ONI wciąż pokazuje nam wszystko, co jest dobre do jedzenia, miłe dla oczu i godne pożądania dla zdobycia mądrości. EGO aż piszczy z radości.

JESTEM cierpliwie pyta: Gdzie jesteś? Czy jesteś? Czy jesteś tym, kim jesteś? Czy nie oddałeś się w niewolę dla przyjemności EGO?

JESTEM jest prawdą, jest czystym, transparentnym źródłem życia, światła i miłości. JESTEM poznać po tym, że eksploduje radością i szczęściem.

ONI jest krótkotrwałą słodyczą, która obraca się w gorycz. ONI uzależnia do wciąż nowych porcji cukru, bez którego życie wydaje się mało smaczne. Ostatecznie sprawdza smutek i nieszczęście, brak zadowolenia i spełnienia.

Gdy człowiek służy ONI, wtedy JESTEM przestaje być ważne, bo przeszkadza w zdobywaniu wszystkiego, co EGO uznało za ważne, potrzebne, godne pożądania. To jest ten moment, gdy ONI zaczyna oceniać postępowanie innych.

Bo ONI jest specjalistą od sądu. W tym nikt nie pozbawi ONI palmy pierwszeństwa. ONI dobrze wie, co jest dobre, a co złe; co człowiekowi wolno, a czego nie wolno; czym można zasłużyć sobie na pochwałę i nagrodę, a czym na zganienie i karę. Żeby ukryć niesmak, zawiedzenie, gorycz, smutek i nieszczęście ONI staje się specjalistą od życia wszystkich, tylko nie mojego życia. 

Natomiast JESTEM jest ciche, skromne, proste i nieskomplikowane w kochaniu. Nie krzyczy, nie ocenia, nie potępia. Kochające JESTEM jest specjalistą od podawanie ręki i dobrych słów, czyli zbawiania. Ono jest zadowolone i szczęśliwe, więc jest specjalistą od mojego życia i nie ma potrzeby ingerowania w życie wszystkich.

Więc co w religii denerwuje nas najbardziej? Czy Bóg rzeczywiście? JESTEM nie może denerwować. JESTEM jest radością i szczęściem. JESTEM napełnia światłem, życiem i miłością.

Nie dajmy się zwieść!

Bądźmy czcicielami JESTEM, bo wówczas ONI okaże się kłamstwem i złym snem. Nikt nie będzie nikogo oceniał, sądził, potępiał i więził. Nikt nie będzie cierpiał z braku wiary w siebie i bezsilności. Lęki i kompleksy nikomu nie zamurują drzwi, prowadzących do życia, radości i szczęścia.

Nie pytajmy, co powie ONI?

Czcijmy ciche JESTEM.

Złość

W przeciwieństwie do gniewu, służącemu do regulowania dystansu między nami i dbania o relację, złość jako typowa emocja nie jest reakcją kontrolowaną. W złości krew napływa do rąk, aby łatwiej było atakować, brać, chwytać za broń albo wrogowi wymierzać cios. W złości wzmaga się też rytm uderzeń serca i wydzielanie adrenaliny, co powoduje nagły przepływ energii, potrzebnej do podjęcia dynamicznego działania. Z kolei ludzie, unikający konfliktów za wszelką cenę, miewają obniżone ciśnienie krwi oraz zimne dłonie. Cielesne objawy uświadamiają nam, że złość jest energią typowo męską, co zresztą potwierdzają synonimy słowa złość, czyli: pasja, rozjuszenie, rozjątrzenie, rozsierdzenie, szał, wściekłość, wrzenie, irytacja.

Sugeruję wszystkim, którzy mają problem z odróżnieniem gniewu od złości, aby dostrzegli, że gniew jest bardziej wysublimowany, złość natomiast atawistyczna. Gniew służy inteligencji emocjonalnej do pielęgnowania dobrego samopoczucia i miłosnych relacji. Złość jest eksplozją zwierzęcych zachowań. Gniew wyraża się oczywiście na zewnątrz, jednak pochodzi z wnętrza, z odczucia. Z kolei złość, jako energia czysto biologiczna, wpierw pojawia się na zewnątrz, mimo wszystko odpowiednio nie wyrażona i przepracowana sieje spustoszenie we wnętrzu.

Istotę złości jeszcze lepiej ujawnia motyw, którym kierują się tzw. złośnicy. Wykorzystują ją mianowicie do zachowań nieracjonalnych, egoistycznych, zachowawczych. Złością odmawiają zgody i współpracy. Często sprzeciwiają się, aby postawić na swoim i móc manipulować. W ten sposób uciekają przed odpowiedzialnością. Ten typ złośników jest częsty zwłaszcza wśród mężczyzn, którym w dzieciństwie nie było wolno wyrażać sprzeciwu wobec matek albo przeżyli, ponieważ zachowywali się cichutko, jak przysłowiowa mysz pod miotłą, na przykład podczas okupacji. Ponieważ nie nauczyli się korzystać z męskiej siły, więc pozostała im strategia manipulacji, do której najłatwiej wykorzystać złość. Przecież zawsze można się obruszyć, obrazić, odwróci na pięcie i odejść, licząc na pojednawczą postawę innych. Co prawda ten rodzaj złości nie jest groźny dla zdrowia i życia, ale niezwykle uciążliwy dla psychiki. Często stosują go również matki w relacjach z dziećmi, doprowadzając je do rozstroju i autoagresji, ponieważ dzieci kompletnie nie wiedzą, jakich reakcji mogą spodziewać się po swoich mamach.

Zrozumieniu, czemu służy emocja złości, najlepiej służy wcześniej przywołana kategoria odpowiedzialności. Samo słowo wyraźnie sugeruje, że odpowiedzialność jest działalnością, która jest odpowiedzią na jakieś pytanie. Czyje pytanie? Jest nim pytanie, postawione przez szeroko rozumiane życie albo w wąskim sensie przez drugiego człowieka, domagającego się zainteresowania, uwagi i troskliwej opieki.

Odpowiedzialność po pierwsze jest zdolnością reagowania z uczuciem, wszak jest działaniem, które jest świadomą odpowiedzią na postawione pytanie albo  zawołanie. Dlatego nie jest tożsama z obowiązkiem albo zobowiązaniem. Odpowiedzialność zawsze jest spontaniczna. Niby oczywiste, prawda? Jednak nie do końca, ponieważ spontanicznie reagują ludzie wolni, odprężeni, zadowoleni, których nie zdominował strach, czyli typowa emocja, poprzedzająca złość. Spontaniczność jest rodzajem ekspresji, której dominującym rodzajem energii jest radość i szczęście.

Odpowiedzialność cechuje ludzi ożywionych, zainteresowanych życiem i otwartych na nowe doświadczenia. W stresie, wywołanym przez strach, spontaniczność jest niemożliwa, ponieważ jest funkcją czującego ciała i tym znacząco różni się od obowiązku, który jest racjonalnym zobowiązaniem, czymś w rodzaju intelektualnej konstrukcji, zawsze niezależnej od uczuć i często motywującej człowieka do działania wbrew uczuciom! Jakże łatwo przekonać się o tym po prostu uważnie obserwując ludzi. Im kto częściej odwołuje się do etycznego zobowiązanie i stara zachowywać racjonalne podstawy moralności, tym somatycznie jest twardszy, bardziej skostniały, a w późniejszym wieku cierpiący na artretyzm, często przed albo po operacji przepukliny, mówiący sztywnymi ustami, z twardymi i wchłoniętymi wargami. Wciąż trzyma się w garści, kontroluje ciało, aby nie ulec impulsowi życia, które chce być witalne, giętkie, radosne i szuka przyjemności. Co na podstawie takich symptomów można powiedzieć o człowieku? Na pewno, że cierpi, ale ponad wszelką wątpliwość także to, że jest zły.

Krokiem w stronę odpowiedzialności jest zwrócenie się ku prawdziwemu życiu, a nie ku wyimaginowanemu wyobrażeniu o doskonałym życiu. Życie trzeba poczuć, wchłonąć w siebie, dać się nim oczarować, zacząć nim cieszyć. Trzeba poczuć je całym sobą, także cieleśnie. Dopiero kontakt z własnym ciałem rozpoczyna proces odzyskiwania życia i darowania sobie prawa do zrobienia czegoś dla samego siebie, wyciągnięcia dłoni po dary życia wbrew powszechnemu przekonaniu, że za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo i śmierć. Niezdolność wyciągania dłoni po dary życia cechuje ludzi, którzy odmawiają sobie tego samego, czego w pierwszych miesiącach i latach życia nie otrzymali od matek. Ich cielesne doznania są naznaczone oddzieleniem od najważniejszej miłości, którą jest miłość matki. Jej sztywność jest sztywnością dziecka. Jej niezdolność do spontanicznego przytulenia, jest niezdolnością przytulania przez dziecko.

Jednak somatyczne zesztywnienie, brak kontaktu z własnym ciałem, odcięcie się od własnych uczuć i emocji, w każdym momencie życia można sobie uświadomić, robiąc w ten sposób krok ku samemu sobie. To krok w stronę przejęcia odpowiedzialności za własną przyszłość, aby nie musieć rozglądać się za kimś bądź czymś, co przywróciłoby żywotność i gibkość życia. Najważniejsze jednak jest to, że jednocześnie jest to krok w stronę odpowiedzialności, która nie ogranicza się do własnej osoby, lecz obejmuje każdą formę życia. Nie ma prawdziwej więzi i wspólnoty bez powrotu do samego siebie.

Energia życia wpierw musi zostać aktywowana w ciele i skierowana w stronę serca, aby mogła połączyć się z energią całości. W ten sposób zewnętrzna złość, będąca energią, której jednostka używa, aby za wszelką cenę przeżyć, zamienia się w energię całości, to znaczy partnerskiej, rodzinnej, plemiennej, czy jakiejkolwiek innej wspólnoty. W ten sposób złość transformuje z prymitywnej energii, obracającej się przeciw, w potężną energię, wspierającą wszystko i wszystkich.

Powtórzmy raz jeszcze, aby tym jaśniej zobaczyć cud moralnej transformacji, która zależy nie od przestrzegania zobowiązujących kodeksów, ale od właściwego zarządzania emocjami. Złość, wyrażona nieświadomie, jest ucieczką przed odpowiedzialnością. Jest wówczas negatywną i egoistyczną siłą, niszczącą życie. Jednak uświadomiona wyzwala ze strachu i staje się energią odpowiedzialności, wspierającej każdy przejaw życia. Dobre zachowania, ratujące, pomagające, zbawiające, nie dzieją się w złości, ale ze złości. W złości działa nieuświadomiony atawizm, ze złości świadoma odpowiedzialność.

Zapraszam do Łodzi

Rekolekcje odbędą się w piątek – 19 marca, w sobotę – 20 marca i w niedzielę – 21 marca. W piątek i sobotę rozpoczynamy o godz. 18-tej, w niedzielę początek nabożeństwa o godz. 10-tej. Będzie można uczestniczyć na miejscu, ale także on-line na kanale YouTube/LuteraniewŁodzi.

Odwet

Odwet nie jest emocją. Jest zemstą i metodą na wyrównanie krzywdy, czyli tęsknotą za sprawiedliwością. Odwet to odpłata pięknym za nadobne. W słowie słychać ten sam rdzeń, który znamy z prawa sprzeciwu, czyli weta. Tyle, że w odwecie weto domyślnie pojawia się dwukrotnie (od-wet czyli wet za wet). Jak można to zinterpretować? Wet za wet to sprzeciw za sprzeciw. To dwa przeciw sobie, a więc dwie energie sobie przeciwne, w stanie nieprzyjaźni, niepokoju, zawziętości i wojny. Dlatego odwet, chociaż chwilowo poprawia samopoczucie dzięki odczuwaniu satysfakcji, ostatecznie oznacza stratę, cierpienie i śmierć.

Odwet nie poprawiałby samopoczucia, gdyby nie był związany z uruchamiającą go energią, więc chociaż sam w sobie jest zachowaniem, a nie emocją, mimo wszystko służy emocji, która – o dziwo – nie ma nazwy. Bo jeśli nazwiemy ją zemstą, to ponownie mamy do czynienia bardziej z czynem aniżeli emocją. Trzeba więc ją stworzyć, łącząc ze sobą zemstę z nazwą energii, bez której życie byłoby niemożliwe, czyli pragnieniem, ale w wersji negatywnej, złej i destrukcyjnej, którą jest żądza.

Dopiero żądza zemsty jest emocją w ścisłym sensie, która stoi za odwetem, odpłatą, zemstą, czyli prymitywnymi próbami porządkowania świata według sprawiedliwych reguł. Żądza zemsty, prawdopodobnie najbardziej z wszystkich emocji. jest związana z pojmowaniem i odczuwaniem sprawiedliwości. Problem polega na tym, że odwet działa poprzez zgodę na stratę, cierpienie i wojnę, więc na poziomie śmierci, tymczasem sprawiedliwość ma służyć życiu. Tylko pod tym warunkiem godna jest swojej nazwy. Niestety praktykowanie sprawiedliwości wyobrażamy sobie jako ważenie, czyli wyrównywanie energii: za zły czyn kara, za dobry nagroda. To jest uproszczony i najbardziej prymitywny z wszystkich możliwych sposób interpretowania prawa karmy, nieobcy wielu tradycjom religijnym.

Owszem, sprawiedliwość jest wyrównywaniem energii, jednak na diametralnie innym, wyższym poziomie. Nie pomiędzy ludźmi i na poziomie egzystencji, nawet powtarzanych inkarnacji, ale pomiędzy płynącym strumieniem energii a jej Źródłem, czyli pomiędzy stworzeniem a Stwórcą. Płynąca, czyli materialnie manifestująca się energia, traci swoją moc, ustaje, spowalnia, co z jednej strony oznacza uspokojenie i uszczęśliwienie, jednak z drugiej grozi tym, że nie dotrze do ujścia. Dlatego rzeka życia jest nieustannie zasilana przez Źródło. W ten sposób działa karma, a nie jako prymitywna zasada odpłaty, przybierająca często karykaturalną postać odwetu.

Ten sam model pojmowania sprawiedliwości odnajdujemy w tekstach biblijnych, a jej ostatecznym wyrażeniem i realizacją jest chrześcijański symbol zbawienia, jako powrotu do Źródła. Stwórca podtrzymuje stworzenie mocą swej miłości. Życie istnieje więc dzięki sprawiedliwemu Bogu, który nie odpłaca, ale zasila, wzmacnia, podtrzymuje, ratuje od śmierci. Biblijny Bóg sprawiedliwości nie jest odwetowcem, ale ratownikiem, czyli zbawicielem. Dlatego nikt, kto zadaje cierpienie i śmierć, nawet orzekając w majestacie prawa, albo wszczyna burdy i wojny, nie ma podstawy ani argumentów, aby powoływać się na sprawiedliwość.

Każdy rodzaj działania o charakterze przekleństwa, sprzeciwu, zemsty, czyli osłabiający, a często nawet wyniszczający życie, jest jawną niesprawiedliwością, więc nie ma związku ani z chrześcijańskim pojmowaniem zbawienia, ani ze wschodnią  koncepcją karmy. Jedynie ludzie nieposkromionej żądzy, chciwi i egoistyczni, żyjący w strachu, zawstydzeni i pogrążeni w poczuciu winy, mogą sobie wyobrażać, że sprawiedliwe prawo karmy, bądź sprawiedliwy Bóg Biblii, działają według prymitywnej zasady odpłaty i odwetu.

Żądzę zemsty cechuje silna dynamika EGO, które chce przetrwać za wszelką cenę, bez skrupułów, hamulców i umiaru, więc już wzniesienie się na poziom prawa odwetu, przysłowiowo zwanego prawem oka za oko, w jego mniemaniu jest nie lada humanitarnym wyczynem. Dopiero czyste, prawdziwe, pulsujące miłością JESTEM potrafi dostrzec, że odwetem rządzi śmierć i cierpienie, a życie zaczyna pulsować na poziomie odpuszczenia i wybaczenia.

Słowa: „Ojcze, odpuść im, bo nie widzą, co czynią” (Łk 23,34) powszechnie znane jako modlitwa Mistrza z Galilei, wypowiedziana po ukrzyżowaniu, przekonuje, że możliwe jest rozwiązanie wszystkich więzów, którymi ludzie wiążą się na ziemi i tym samym odejście duszy w miejsce, z którego przyszła.

„Boże, rozwiąż nas, zwolnij z wszystkich ślubów i zobowiązań, którymi powiązaliśmy się, aby przeżyć na ziemi, a są tylko urojeniem oraz iluzją EGO” – tak mogłaby brzmieć modlitwa każdego, kto nie radzi sobie z żądzą zemsty, ponieważ na poziomie emocjonalnym odwet jest takim właśnie energetycznym węzłem. Siłowym odbieraniem tego, co straciło się na rzecz kogoś innego. Na najbardziej nieświadomym i prymitywnym poziomie rzeczywiście można w ten sposób wyrównywać stany energii, ale to jest poziom EGO, które miłość zatrzymuje w sobie, nie pozwalając jej płynąć do innych ludzi. Odwet jest energetycznym węzłem, uniemożliwiającym przepływ miłości. Blokadę tworzy EGO, które boi się braku życiowej energii i zadaje śmierć, aby samemu przeżyć.   

Dlatego radzę spokojnie ocenić, czy prawo odwetu, kojarzone przez nas z wojną, polityką, zemstą i nieprzyjaźnią, nie działa równie skutecznie, chociaż na poziomie nieuświadomionym, w relacjach partnerskich i małżeńskich? Być może wówczas zrozumiemy ów paradoks, który polega na tym, że ludzie deklarujący wzajemną miłość na co dzień, w swych związkach, bywają dla siebie największymi wrogami. Prawdą jest, że żyć bez siebie nie potrafią, ale czy dlatego, że wzajemnie obdarzają się miłością? A co, jeśli bardziej kochają samych siebie i z lęku przed brakiem życiowej energii wzajemnie zakleszczają się i związują energetycznymi węzłami? W istocie żyć bez siebie nie potrafią i traktują się wzajemnie jako źródła energii, której nie mają w sobie, ponieważ nie uwolnili się spod władzy EGO. W ten sposób małżeńskie i partnerskie wojny trwają bez końca, a pozornie kochający się ludzie wzajemnie się wyniszczają, pozbawiając się zdrowia i szczęścia. 

Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili poruszę najbardziej wrażliwe struny ludzkiej psychiki, ale też rozerwę na strzępy pozornie dobre, cnotliwe i pobożne wzorce kulturowe i religijne, jednak zapewne wyrazem największej i czystej, czyli bezwarunkowej miłości, w niejednym wypadku byłoby odważne odejście od partnera bądź małżonka ze słowami: „Ponieważ Cię kocham, odchodzę”. Doprawdy nie dla zachcianki, nie z powodu żądzy czy znudzenia.

Kierowani bezwarunkową miłością zawsze dajemy siebie, niczego nie oczekując w zamian. Jeśli trwamy w związku, ponieważ boimy się, że w życiu sami sobie nie  poradzimy, i dlatego od drugiej osoby oczekujemy pomocy i uzupełnienia własnego braku, wówczas działa prawo odpłaty (coś za coś), ale nie miłość. W takim wypadku warto zapytać się, czy partner na pewno jest ze mną szczęśliwy? Czy na pewno go nie wykorzystuję? Czy nie związałem go z sobą, ponieważ jest mi potrzebny?

Jeśli kochasz, obdarzaj partnera miłością bezwarunkową, darz szacunkiem, wspieraj we wszystkim i cierpliwie znoś jego słabości, bo w ten sposób działa dobra i czysta miłość, ale nie sądź, że jest Ci cokolwiek dłużny i zobowiązany. Nie oczekuj, że w zamian będzie uzupełniał Twoje braki, chyba że traktujesz swój związek jako umowę handlową. Tylko, czy Twój partner o tym wie i zgodził się na to?

Odwet, czyli żądza wyrównania poziomu energii, ma też pozytywną stronę. Uświadamia bowiem, że z jakiegoś powodu nie umiemy wybaczać i odpuszczać. Zwłaszcza drugie pojęcie jest istotne w wewnętrznej pracy, którą do wykonania ma nasza psychika. Nie odpuszczamy, ponieważ kurczowo trzymamy się wszystkiego, do czego naszym zdaniem mamy prawo, co nam się należy i bez czego nie wyobrażamy sobie dalszego życia. Nie odpuszczamy z powodu lęku. Żądza odwetu jest więc ostrzeżeniem, że nie potrafimy odpuszczać. Jednocześnie pokazuje, z czym boimy się rozstać.

Decyzja, że odpuszczamy, zależy od nas. A po jakimś czasie zaczyna do nas docierać, że staliśmy się lżejsi, radośniejsi, czystsi, zdrowsi i szczęśliwsi.