Pustka wyobraźni – rozważanie na Wielkanoc

Jeśli Chrystus nie został wzbudzony, daremna jest wiara wasza; jesteście jeszcze w swoich grzechach. Zatem i ci, którzy zasnęli w Chrystusie, poginęli. Jeśli tylko w tym życiu pokładamy nadzieję w Chrystusie, jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godni. A jednak Chrystus został wzbudzony z martwych i jest pierwiastkiem tych, którzy zasnęli. Skoro bowiem przyszła przez człowieka śmierć, przez człowieka też przyszło zmartwychwstanie. Albowiem jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy zostaną ożywieni. A każdy w swoim porządku: jako pierwszy Chrystus, potem ci, którzy są Chrystusowi w czasie jego przyjścia, Potem nastanie koniec, gdy odda władzę królewską Bogu Ojcu, gdy zniszczy wszelką zwierzchność oraz wszelką władzę i moc. Bo On musi królować, dopóki nie położy wszystkich nieprzyjaciół pod stopy swoje. A jako ostatni wróg zniszczona będzie śmierć.                                   1 Kor 15,16-26

Wielkanocny poranek serca napełnia radością, jak świat słońcem, a ludzkie groby, świeżym tchnieniem nowego życia. Wielkanoc nie jest tylko jednym z wielu świąt, o które byłoby można się spierać, czy jest najradośniejszym, czy nie.

W swojej istocie Wielkanoc nie jest świętem. Święto bowiem w swej definicji oraz w duchowej dynamice zawsze jest pauzą, nieważne, jak długą. Święto odwiesza reguły, wzorce, przyjęte normy i daje szanse odreagowania, wyszalenia się przed kolejnym periodem zwykłego, czasem nudnego i ciężkiego życia, w którym króluje ustalony porządek.

Nic takiego nie dzieje się w Wielką Noc. Na dobrą sprawę jest wręcz odwrotnie. Po wizycie w pustym grobie Mistrza, Maria Magdalena, Maria Jakubowa, i Salome wystraszone uciekły i nikomu nic nie mówiły, bo się bały (Mk 16,8). Nie tak wyobrażamy sobie początek świętowania.

Wielkanoc nie jest świętem, bo nie znosi na jakiś czas starego życia z jego troskami i trudami, aby przeminąć i zabrać nam krótkotrwałą radość. Wielka Noc oznacza nowy początek. Nawet nie retusz, ale do tego stopnia nowy świat, że można się przerazić, uciec i nikomu nic nie mówić.

Przed Wielką Nocą ludzką wyobraźnią królował pełny grób, więc co jakiś czas trzeba było o nim zapomnieć, ogłosić święto, napić się wina, przeżyć orgazmistyczny seks, tańczyć do utraty tchu, wyprzeć prawdę, nie do zaakceptowania.

Od Wielkiej Nocy następuje całkowity reset wyobraźni, przekonań, doświadczeń. Mówiąc wprost i obrazowo, wyobraźnia skonfrontowana z prawdą o pustym grobie zostaje w jednej chwili wyczyszczona do tego stopnia, że staje się totalną pustką i swoim zaprzeczeniem, aby człowiek był zdolny do przyjęcia każdego nowego słowa, nowych myślokształtów, nowego rozwiązania i nowej perspektywy.

1. Bezużyteczna śmierć

Wielka Noc pozbawia wyobraźni, konfrontując z nowym porządkiem, którego nie da się wyobrazić, zaplanować i zrealizować. Musiał zostać wymyślony poza człowiekiem, poza ziemską sferą, poza porządkiem dotychczasowego życia, i jest tak drastycznie inny od wszystkiego, z czym do tej pory byliśmy konfrontowani, że zamiast budzić radość i zapraszać do zabawy, w pierwszym odruchu po prostu przeraża i odbiera mowę.

Obrazem nowego porządku jest pusty grób, który oznacza, że coś dziwnego stało się ze śmiercią. A to odbiera nam słowa i czyni niemowami. O czym będziemy od teraz mówić, skoro nie o śmierci, pechu, nieszczęściu, chorobie, dziadostwie życia, szaleństwie ludzi, sile złego, itd., itp.?  Do tej pory królowała śmierć, były więc wiadomości do przekazywania o kolejnych aktach tragedii. O czym teraz rozmawiać i z jaką sensacją lecieć do przyjaciół?

Pusty grób oznacza, że śmierć stała się bezużyteczna! W istocie ze względu na znaczenia greckich słów oraz użyte formy gramatyczne oryginalnego języka świątecznego fragmentu 1. Listu do Koryntian, fraza, którą znamy jako wyznanie: „Potem nastanie koniec, gdy odda władzę królewską Bogu Ojcu, gdy zniszczy wszelką zwierzchność oraz wszelką władzę i moc. Bo On musi królować, dopóki nie położy wszystkich nieprzyjaciół pod stopy swoje. A jako ostatni wróg zniszczona będzie śmierć”, może brzmieć: „ …wszelkie panowanie, władzę i moc uzna za bezużyteczne. (…) A ostatnim nieprzyjacielem jest śmierć, odtąd uznawanym za bezużytecznego”.

Skoro Chrystus został wzbudzony z martwych, śmierć nie nadaje się już ani do wyobrażania sobie przyszłości, ani do komentowania przeszłości. Dobra wiadomość Wielkiej Nocy o bezużytecznej śmierci pozbawiła nas dramatycznego wątku tragedii, zwanej życiem. Chrystus, powstały z martwych, konfrontujący nas z pustką naszych oczekiwań, bezsensownością dotychczasowych zajęć i planów, ofiarowuje nowy początek.

Czas śmierci minął, bo jej cele zostały osiągnięte. Ponieważ odwróciłeś się od Źródła, Miłości, Życia, więc trafiłeś na pustynię życia. Śmierć miała obnażyć Twój  grzech i zmienić Cię, a w efekcie doprowadzić z powrotem do Źródła, Miłości i Życia, czyli do Twego Boga.

W Chrystusie znowu jesteś w Ogrodzie Życia, a pusty grób jest pytaniem: Co zrobisz ze swoim życiem, skoro odtąd wszystko jest możliwe? Śmierć już na nic się nie przyda. Nie wyobrażaj sobie niczego, co ma jakikolwiek związek ze śmiercią. Nie planuj emerytury. Nie ciesz się starością w otoczeniu wnucząt. Nie licz na kolejne skierowanie do specjalisty, który ma potwierdzić Twe przypuszczenia, że zachorujesz na to samo, co rodzice. Nie bądź pewien, że wszystko skończy się źle.

Od teraz musisz zacząć pracować z życiem, bo śmierć została unieważniona. Jesteś planistą dobra, twórcą życia, napełniającym swoją wyobraźnię, która w jednej chwili stała się totalną pustką, nowymi kształtami nowej drogi życia.

Przeraziłeś się, bo musisz zacząć inaczej myśleć? Musisz nauczyć się opowiadać o życiu, a nie ględzić o śmierci? W efekcie nauczyć się nowych zajęć i zacząć żyć na nowo? No cóż: „Jeśli tylko w tym życiu pokładasz nadzieję w Chrystusie, jesteś ze wszystkich ludzi najbardziej pożałowania godny”.

Bóg wstrząsnął ziemią i Tobą, bo chce Ci przywrócić pamięć o tym, kim jesteś, skąd przychodzisz, i dokąd wracasz. W tym życiu uwierzyłeś w śmierć  i stałeś się jej niewolnikiem, a tymczasem śmierć nie ma nad Tobą żadnej władzy.

2. Bezużyteczne oprogramowanie starego Adama

Czasem potrzebny jest udar, całkowite wstrząśnięcie i wymazanie wszystkich danych, wcześniej zapisanych programów myślenia i postępowania. Takim totalnym udarem mózgu wszechświata, wstrząśnięciem ludzkością, jest Wielka Noc z jej pustym grobem, który przeraża i pozbawia słów.

Czasem człowiekowi też brakuje słów, gdy Źródło Miłości czyści dotychczasowy program, czyli przekonania, blokujące przepływ radosnego i spontanicznego życia. Udar mózgu na początku jest doświadczeniem totalnego przerażenia, a potem okazuje się, że pozbawił słów. Nie ma słów, bo stary program został usunięty. Taki mały, osobisty pusty grób, który okazuje się szansą, o ile doświadczenie zostanie właściwie wykorzystane. Warunkiem jest nowe oprogramowanie.

Bezużyteczne oprogramowanie starego człowieka, poddanego wyobrażeniom o przemożnej sile śmierci i niemożności wydostania się z cierpienia, które sprawiają, że codzienność jest smutna, przyszłość tego życia beznadziejna, a serce cierpi na nieustanny deficyt spontanicznej radości, musi zostać zastąpione nowym. Nowy program opiera się na fundamentalnej i na dobrą sprawę jedynej zasadzie życia: Człowiek nie podlega władzy śmierci i dlatego wszystkie siły ma poświęcać na tkanie barwnej tkaniny życia.

Nie myśl, o tym, co się nie udało i do czego czujesz się za słaby. Myśl o tym, co możesz osiągnąć swoją wiarą, jako dziecko Boże, czyli obdarzony wszystkimi zdolnościami i mocą samego Boga. Nie myśl o swojej ciemności, ale myśl o Bożej chwale. Nie bądź chodzącą kupą nieszczęścia, ale bądź rewelacyjnym człowiekiem, czyli takim, przez którego objawia się rewelacyjny Bóg. Objawienie jest bowiem rewelacją.

Nie poddawaj się śmierci. Nie żyj w cieniu swojego grobu, ale z niego wyjdź i stań się totalną pustką, którą Bóg na nowo napełni mocą oraz fantastycznymi możliwościami wypełniania życiowej misji, czyli Chrystusem.

W Wielkanocny poranek życzę Ci: Nie bądź starym Adamem. Bądź nowym Adamem, czyli Chrystusem.

Amen.

Z-MAR-TWYCH-WSTAŃ

Święta Zmartwychwstania to budząca radość i żywotność dobra wiadomość, że nie musimy żyć na cmentarzu pamięci, ale możemy spokojnie zwrócić się Q przyszłości, której kształty rodzą się w naszej wyobraźni. To jest też dobra wiadomość, że nasze pragnienia nie muszą być pożądaniem tego, co już kiedyś pokosztowaliśmy i nam smakowało, dlatego chcielibyśmy to znowu poczuć i przeżyć, ale mogą być tęsknotą za tym, czego jeszcze nie znamy i co zostało nam obiecane.

Pożądanie jest bowiem grzechem, który uśmierca, bo paraliżuje wolę i zamyka nas w więzieniu strachu przed tym, co nieznane. Tymczasem tęsknota jest pragnieniem, które ożywia wiarę w sens drogi ku temu, co obiecane.

Wielkanocna ewangelia, czyli dobra wiadomość, jest więc mądrością i mocą nowego, zmartwychwstałego życia, w którym dzieją się cuda, ponieważ Bóg ożywia ludzką wolę i działanie: „Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie, i wykonanie” (Flp 2,13).

Nie czekajmy na cud! On nigdy się nie stanie, jeśli myślimy, że zmotywuje nas do życia. Żyjmy wiarą, to znaczy umacniajmy się Bogiem, który sprawia w nas wolę i działanie, a cuda zadziwią nie tylko nas, ale przede wszystkim zmienią świat.

Dlatego proszę Cię, przestań się martwić, a zacznij prawdziwie cieszyć Wielkanocą. Nie ZA-MARTWI-AJ się dłużej, bo na zawsze pozostaniesz MARTWY w grobie przeszłości i będziesz leżał na MARACH, chociaż pozornie jakbyś wciąż żył, ale posłuchaj dobrej wiadomości, że wszystko dobrze się kończy, i Z-MAR-TWYCH-WSTAŃ! Naprawdę możesz WSTAĆ Z TWYCH MAR i zacząć żyć, pozwalając sobie na tęsknotę za przyszłością.

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie: Po co się martwię? Czy przypomniały Ci się wówczas słowa z 1-szego Listu Piotra: „Wszelką troskę swoją złóżcie na niego (Boga), gdyż On ma o was staranie” (1 P 5,7)? No cóż, wobec samego siebie należy być uczciwym, więc przyznaj, że zamartwianie się jest wygodne i na bardzo krótką chwilę zaspokaja kilka potrzeb, jednak w dłuższej perspektywie życia gasi ducha i uśmierca.

Jeśli bowiem masz problem, nad którym się zastanawiasz, już na starcie zyskujesz usprawiedliwienie do tego, żeby nie robić nic lub prawie nic, bo w końcu się martwisz; także do tego, żeby nie podejmować wyzwań, nie przykładać się do pracy bądź relacji z innymi i wreszcie nie dotrzymywać słowa. Przecież jesteś zmartwiony, wręcz zestresowany i nie możesz się skupić, bo widzisz zbierające się ciemne chmury.

Więcej nawet, przecież manifestujesz wielką odpowiedzialność. Lekkoduchy nie dostrzegają tego, co Ty, więc się nie martwią, i tylko Ty zawczasu przewidziałeś nieszczęście. Martwienie się na zapas i przewidywanie najgorszego finału zabezpiecza wreszcie samoocenę, bo jeśli coś się nie uda, zawsze możesz powiedzieć: No tak, wiedziałem, że tak będzie. Nie udało się, ale przynajmniej to przewidziałeś. Jednak nie jesteś taki zły i coś potrafisz.

Manifestowanie trosk jest też niefortunną strategią zyskiwania wsparcia od innych, podobnie jak ciągłe wizyty u lekarzy i podtrzymywanie choroby za wszelką cenę. Możemy wówczas liczyć na bliskość i współczucie. Jakbyśmy prosili: Przytul mnie, zrozum mnie, żal się nad moim losem. Ludzi, którzy stale się martwią i manifestują troski, nie sposób zmotywować do zmiany żadnym argumentem. Zbijają każdy, bo tak naprawdę nie chodzi im o to, żeby uwolnić się od zmartwień, ale raczej, aby zwrócić na siebie uwagę i przez bliski kontakt oddać innym część złych emocji.

Zamartwianie się niestety może wejść w krew i stać się nałogiem, dlatego trudno się go pozbyć. Tymczasem, jak każdy nałóg, także ten pozbawia żywotności i rujnuje psychikę. W dłuższej perspektywie oznacza paraliż woli i ułożenie się na MARACH. Długie rozmyślanie nad sytuacjami stresującymi obniża nastrój, prowadzi do stanów lękowych, utrudnia racjonalne myślenie i skuteczne działanie, a w skrajnych warunkach może doprowadzić nawet do depresji. Wtedy pojawia się nasz największy wróg psychosomatyczny, a mianowicie stres fizjologiczny, zaburzający niemal wszystkie procesy. Na horyzoncie zaczynają majaczyć choroby układu krążenia, zaburzenia metabolizmu i trawienia, alergia albo cukrzyca.

I po co nam to wszystko? Czy nie lepiej żyć w zdrowiu i harmonii, ciesząc się darem życia? Naprawdę warto zdobyć się na szczery rachunek zysków i strat. Na MARACH nie zyskujemy nic, tylko MAR-nujemy życie, wmawiając sobie oraz innym, że MAR-nością jest cały ten świat. Gdyby tak było naprawdę, Bóg nie zbawiłby nas, naszego życia i świata, w którym żyjemy, Z-MAR-TWYCH–WSTAŁYM Chrystusem, ale uczyniłby kolejny, całkiem nowy, pozostawiając nas samym sobie.

Tymczasem Wielkanoc jest dobrą wiadomością, że Chrystus Z-MAR-TWYCH-WSTAŁ razem z Tobą i zabrał Cię w drogę życia ku przyszłości, która zawsze jest piękniejsza i lepsza od nawet najpyszniejszej i najrozkoszniejszej przeszłości.

Nie bój się i Z-MAR-TWYCH-WSTAŃ!

.  

Pragnienie – rozważanie na Wielki Piątek

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Potem Jezus, wiedząc, że się już wszystko wykonało, aby się wypełniło Pismo, powiedział: Pragnę. A stało tam naczynie pełne octu; włożywszy więc na pręt hizopu gąbkę, nasiąknięta octem, podali mu do ust. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha”.  

                                                                                                           J 19,28-30

Przybity do krzyża, modlący się słowami: „Rozlałem się jak woda i rozłączyły się wszystkie kości moje. Serce moje stało się jak wosk, roztopiło się we wnętrzu moim. Siła mój wyschła jak skorupa, a język mój przylgnął do podniebienia mojego i położyłeś mnie w prochu ziemi” (Ps 22,15n), wypowiada słowo, które wcześniej nie padło z Jego ust: „Pragnę”,  

Czego może pragnąć Jezus?

Poharatany biczami, idący na Golgotę w promieniach popołudniowego słońca, podziurawiony gwoździami, ledwo łapiący powietrze w płuca, cierpiący z bólu, zalany krwią i potem, na pewno z wysoką gorączką zbliża się do kresu życia. Czyżby nie miał prawa do kilku kropel, zwilżających wyschnięte usta? On, który zawsze służył, w ostatnich chwilach pragnie odrobiny współczującej miłości.

W decydującej chwili życia Jezus pragnie.

1. Pragnienie Jezusa 

Żołnierz nie znęca się nad Jezusem. Gąbkę nasącza napojem, który stara się zawsze mieć przy sobie, ponieważ gasi nim także swoje pragnienie. Czy to jeszcze ledwo sfermentowane wino, więc kwaśne niczym ocet, czy już winny ocet, połączony z wodą, doprawdy niewielka różnica. „A  gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę, oddał ducha” (J 19,30).

Jezus wydał z siebie ostatnie tchnienie, ale czy przestał żyć? Czy ten, który mówi o sobie: JESTEM, może zostać zabity? Czy JESTEM może przestać istnieć?

No właśnie. Nic nie jest bardziej żywe od JESTEM, czyli od świadomości istnienia. Nam wydaje się, że wieczność jest rozciągnięta ponad czasem niczym płaszcz. Jakby go poprzedzała, współuczestniczyła z nim i podążała po nim, ale to jest tylko kłamstwo zmysłów. Wieczność nie jest ponad czasem. Ona zawsze jest tą chwilą życia, która właśnie trwa, i jakby wsysała tę chwilę w siebie. Jeśli czegoś mogłoby nie być, to raczej na pewno czasu. To czas jest złudzeniem. Prawdziwa jest wieczność, która manifestuje się jako TERAZ, czyli w tym, w czym uczestniczy świadome JESTEM.

Czas jest złudzeniem zmysłów i psychiczną fatamorganą ludzi, nie znających własnego JESTEM, żyjących iluzjami o sobie i dających się okłamywać przez EGO. Pogrążeni w ciemnościach, widzą jedynie to życie i niczego poza nim. Boją się śmierci i zaklinają ten tak zwany czas, aby zahamował i nigdy się nie skończył. Ponieważ nie umierają jako świadome JESTEM, więc nie trafiają w wieczność, o czym uczy Mistrz z Galilei w przypowieści o 10 pannach (Mt 25, 1-13).

JESTEM jest nie do pokonania i jest wieczne, ponieważ jest strumieniem Bożej Miłości w TERAZ ludzkiego życia.

JESTEM nie umiera. JESTEM zawsze było, jest i będzie wiecznością.

Wielki Piątek jest trudnym dniem dla ludzi, którzy nie obudzili się ze snu i żyją w ciemnościach EGO. Oczywiście Wielki Piątek nie będący tylko pamiątką śmierci Jezusa, która poza duchowym sentymentalizmem niczego nie daje.

W duchowym sensie ten piątek staje się Wielki nie przez wspominanie, ale w doświadczeniu własnego „Pragnę”. 

Czy wiesz czego pragniesz? Pragniesz tego, czym zwodzi Cię EGO: sławy, chwały, stanowiska, „wiecznej młodości”, tego, żeby nic się nie zmieniało, poczucia bezpieczeństwa, majątku? Czy pragniesz tego, czym po prostu JESTEŚ?

Czy Jezus pragnął, żeby w chwili przejścia przez bramę śmierci chociaż raz ktoś Jemu usłużył, czy też nie, to niczego nie przesądza. Na krzyżu Jezus po prostu pragnie skończyć misję i dojść do celu, dlatego mówi: „Wykonało się”. Pragnie, żeby kielich życia wypełnił się do końca, a On pozostając żywym i prawdziwym JESTEM powrócił tam, skąd przyszedł: „Wiedząc, iż Ojciec wszystko dał mu w ręce i że od Boga  wyszedł i  do Boga odchodzi, wstał od wieczerzy, …” (J 13,3n).

JESTEM nie umiera. JESTEM wraca przez bramę śmierci tam, skąd przyszło. Umiera EGO. Umiera na zawsze, bo nie trafia w wieczność z podstawowego powodu. EGO jest chwilowe i podpowiada chwilowe zachcianki. A po dniach chwilowych zachcianek przemija wraz z nimi.

Na wieki trwa jedynie to, co jest wieczne, czyli JESTEM.

Pragniesz tego, czym JESTEŚ?

Może pytasz samego siebie, jak sprawdzić, czy pragnie EGO, czy pragnie JESTEM? To naprawdę proste. Jeśli dziś, w kolejny piątek swego życia, w dniach epidemii i wszechobecnego strachu, masz w sobie lęk przed zmianami i myślisz, że fajnie było przed koronawirusem, to najpewniej po prostu przeżywasz kolejny piątek nieciekawego życia. I jak na razie nic nie zapowiada, żeby dla Ciebie stał się Wielkim Piątkiem!  

Jeśli tęsknisz za światem, który skończył się z powodu epidemii, a Ty od zawsze masz pragnienie, żeby umrzeć w bezpiecznym świecie, czyli takim świcie, w jakim się urodziłeś, mam dla Ciebie jedyną, możliwą radę: POŚPIESZ SIĘ, BO TEN ŚWIAT WŁAŚNIE MIJA!  Wtedy spełni się pragnienie Twego EGO i przeminiesz wraz z kolejnym piątkiem i nikomu do głowy nie przyjdzie, że mógł być dla Ciebie wielkim piątkiem. Będą Cię raczej żałować, że umarłeś właśnie w ten piątek.

Kto pragnie umrzeć w świecie, w którym się urodził, nie ma wielkiego wyboru. Musi krótko żyć i jak najszybciej umrzeć.

2. Niech pragnie nasze JESTEM

Wiesz już zatem, w jaki sposób przekonać się, czy pragnie EGO, czy pragnie JESTEM. Prawdziwe JESTEM żyje w TERAZ. Ponieważ jest wieczne nie próbuje powstrzymywać życia, bo niczego się nie boi. Pozwala umierać każdej chwili i każdej starej postaci świata, więc samo jest nienaruszalne i zawsze żywe. Żyje wraz z życiem, które wykonuje się (wypełnia), płynąc do celu. 

Ten piątek jest nam wszystkim bardzo potrzebny jako Wielki.

Dziś możemy przeżyć śmierć EGO, abyśmy jako wieczne JESTEM stali się prawdziwymi i wolnymi ludźmi.

Proszę, nie życzmy sobie ani dziś, ani jutro radosnych świat Zmartwychwstania Pańskiego. Jeśli bowiem w naszym duchowym doświadczeniu ten piątek nie będzie Wielkim Piątkiem, wówczas o wschodzie słońca pierwszego dnia tygodnia nie będziemy uczestniczyć w cudzie powstania z martwych.

Naprawdę miałbym w to wierzyć, że jeśli dziś nie umrze moje EGO, w niedzielę w pełnej krasie wieczności mogłoby zajaśnieć moje JESTEM?

Naprawdę miałabyś/miałbyś w to wierzyć?

Przeżyjmy dziś czas łaski i dzień zbawienia, prawdziwy Wielki Piątek. Niech umrze EGO, a razem z nim lęk z powodu koronawirusa i epidemii. „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i  trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7).

Nie życzmy sobie czegoś, w czym nie chcemy mieć udziału na podobieństwo Jezusa. Otóż życzymy sobie nowego życia i radosnego powstania z martwych, ale udziału w śmierci EGO mieć nie chcemy i wciąż ulegamy jego pragnieniom.

Umieramy z lęku przed śmiercią, a życzymy sobie zmartwychwstania. Czy to przypadkiem nie jest paranoja? Może po prostu ufnością powinniśmy poskromić lęk?   

Daliśmy się pozamykać w domowych więzieniach z lęku przed karnymi sankcjami władzy, realizującej swoje polityczne i ekonomiczne cele, a życzymy sobie wolności. Czy przypadkiem to nie jest paranoja? Może po prostu powinniśmy rozpocząć drogę do wolności?

Proszę, nie ulegajmy EGO, które kolejnymi strachami powiększa nam oczy do nienaturalnych rozmiarów. Życzmy sobie manifestacji wiecznego JESTEM, które przezwycięża strach, jak Jezus podczas nocnej modlitwy w Getsemane, i dlatego jest wolne i żywe.

Nie posyłajcie mi życzeń z okazji Wielkanocy.

Sami bądźmy wielcy i wyjdźmy z naszych grobów, aby na oczach wątpiących i zastraszonych zamanifestować wieczne, a więc żywe JESTEM.

JESTEŚ tam, Przyjacielu?

ŻYJESZ, czy realizujesz strategię na przeżycie życia jakoś?

TERAZ jest Wielki Piątek!

Amen.

Stół Pański

Jeszcze nie tak dawno centralne miejsce w kuchni wyznaczał stół, przy którym ogniskowało się życie rodziny. Zresztą, bywało że nie tylko mieszkańców domu, ale też tej większej, gromadzącej się od czasu do czasu z okazji świąt i rodzinnych uroczystości.

Ostatnimi laty rolę stołu zaczęła przejmować tzw. wyspa, która bardziej służy przygotowywaniu posiłków, aniżeli spożywaniu. Przy wyspie raczej się stoi. Siedzieć owszem też można, ale zdecydowanie mniej wygodnie. A gdybyśmy cofnęli się jakieś dwa tysiące lat, zobaczylibyśmy, że w naszym kręgu kulturowym, zogniskowanym na symbolach greckich, rzymskich i semickich, czyli śródziemnomorskich, zamiana stołu na wyspę wcale nie była pierwsza. Zanim nastały uczty ze stołem, przy którym siedzimy na krzesłach, królowały sympozjony, podczas których biesiadnicy, oparci na lewych łokciach, leżeli na sofach. Przed posiłkiem niewolnicy myli im nogi. Posiłki tego rodzaju kilkakrotnie są opisane także w ewangeliach.

Kulturowe zmiany, którym zostały poddane wspólne posiłki, sugerują wiele ciekawych wniosków. Proponuję zwrócić uwagę na jeden. Kierunek owych zmian oznacza, że z pozycji leżącej, poprzez postawę siedzącą, biesiadnicy przyjęli postawę stojącą, która ułatwia szybkie opuszczenie miejsca i ucieczkę. Z jednej strony, w porównaniu z uczestnikami klasycznego sympozjonu, jemy w pośpiechu, czyli niezdrowo i niechlujnie, jednak z drugiej strony w pewnym sensie bezwiednie realizujemy archetypowy dla naszej duchowości warunek posiłku przed wyjściem z niewoli: „A w ten sposób spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w reku waszym. Zjecie go w pośpiechu… .” (2 Mż 12,11).

Rzeczywiście jemy w pośpiechu. Więcej czasu poświęcamy na przygotowanie posiłku, aniżeli na konsumpcję. Zauważmy jednak, że ostatnio ma miejsce kolejna zmiana, kto wie, czy nie dużo bardziej zasadnicza i znamienna od poprzednich. Otóż wiele rodzin, zwłaszcza osób mieszkających samotnie, coraz częściej główny posiłek dnia spożywa poza domem, a wówczas czas poświęcony na jedzenie znowu się wydłuża, zaś sama czynność ponownie nabiera uroczystego charakteru.

Co o tym sądzić? Ciężko cokolwiek powiedzieć jednoznacznie, a jeśli do owej sekwencji zmian dołączy się jeszcze obraz grupy rodzinnej, zebranej wokół ogniska, która przedtem była w ciągłym ruchu i spożywała jedynie to, co zebrała w drodze, całość wcale nie zyskuje na jasności. Wręcz odwrotnie, zwłaszcza, że z ewangelii znamy opowiadanie o uczniach Jezusa, którzy będąc w drodze, w sabat zrywali i jedli kłosy zbóż (Mt 12,1). 

Uwzględniwszy wszystkie spożywcze zwroty akcji, szczególnie te, które w jakiejś mierze korespondują z biblijnymi inspiracjami duchowego życia, wydaje się, że miejsce spożywania posiłku jest drugorzędne. Najważniejsza jest świadomość celowości spożywanego posiłku. Zarówno posiłek, który Hebrajskie klany zjadły tuż przed wyjściem z Egiptu, jak i pożegnalny posiłek Jezusa z przyjaciółmi, czyli dwa fundamenty duchowości o charakterze biblijnym, służą wzmocnieniu przed drogą, prowadzącą Q wolności.

Podobnych świadectw można znaleźć więcej. Wart odnotowania jest posiłek, który Anioł Pański przygotował Eliaszowi, życzącemu sobie śmierci. (1 Krl 19,4-7) W  mocy tego posiłku prorok pokonał czterdziestodniową drogę (kwarantannę na pustyni) do góry Bożej, na której doszło do aktualizacji Bożego obrazu, czyli w istocie do samoaktualizacji proroka. Dla mądrej rady, żebyśmy jedli, aby żyć, a nie żyli, aby jeść (żreć), w biblijnych tekstach znajdujemy więc ciekawe potwierdzenie.

Bez posiłku, który zawdzięczamy dobremu Bogu, nie bylibyśmy w stanie normalnie funkcjonować, ale też więcej, a mianowicie przejść przez pustynię życiowego doświadczenia. Przejście ma nas zmienić i w istocie ma jeden cel, a mianowicie uwolnienie nas ze starych wzorców mentalnych, wyobrażeń, struktur społecznych, czyli przysłowiowego Egiptu, żeby na końcu drogi spotkać się z Bogiem, który czyni nas całkowicie wolnymi. 

Dlatego absolutnie nie zgadzam się z narracją, która od jakiegoś czasu zdominowała wypowiedzi naszych, luterańskich przewodników duchowych, począwszy od Prezydenta i Sekretarza Generalnego Światowej Federacji Luterańskiej, a skończywszy na naszych rodzimych. Pojawia się w niej argument o poście eucharystycznym.

Kto zasadził drzewo, z którego zerwali ów owoc? Czy na pewno Jezus z Galilei, który swoim uczniom, żeby nie byli głodni, pozwolił w sabat rwać kłosy i jeść, a potem wydał im polecenie, aby karmili tłumy, słuchające Jezusa? Jak można przeżyć kwarantannę, czyli duchową drogę przez pustynię, do spotkania z oczyszczającym obrazem Boga, nie posiliwszy się przy Stole Bożym? Jak mamy przejść drogę Eliasza bez posiłku, przygotowanego przez Anioła Bożego?

Co to za teologiczna ściema?  PROTESTUJĘ!

Tak argumentować mógłby Jan Chrzciciel i Jego uczniowie, ale nie nasz Mistrz i Zbawiciel!

Ważne, żebyśmy zrozumieli nie tylko ewangelię Jezusa, ale w ogóle całe przesłanie Jego przyjścia i przejścia przez ludzkie dzieje aż do odejścia. Wcielony Bóg wywyższa człowieczeństwo, czyniąc je arcykapłańską służbą. W narodzeniu Jezusa, Stwórca pokazuje, że wszystko, co pojawia się na ziemi i rośnie mocą naturalnego porządku, jest znakiem Jego obecności. Wszystko, co stworzył, jest święte. I wszystkim, co człowiek (kapłan, który składa swoje życie na ołtarzu miłości) czyni na chwałę Stwórcy, uświęca całe stworzenie.

Dlatego nie sposób pojąć znaczenia tzw. uczty przy Stole Pańskim w oderwaniu od jakiegokolwiek, każdorazowego posiłku, spożywanego przez nas dzięki miłości Stwórcy, który nas codziennie karmi. To nie jest szczególny posiłek, to znaczy duchowo wysterylizowany z sensu codziennej pracy i wdzięczności za dar życia. Wręcz odwrotnie jest posiłkiem ogniskującym to wszystko, co na podobieństwo Jezusa w nas i w naszym życiu jest dobre, błogosławione, uszczęśliwiające i zbawienne. Tylko w tym sensie ów posiłek jest inny i ma znaczenie dla naszej duchowości, ponieważ uświadamia nam i uświęca każdorazowy posiłek, obojętnie gdzie i w jakim gronie przez nas jest spożywany na pamiątkę wiecznej miłości Boga, objawionej w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa.

Bóg zrodził Jezusa. Jezus pielęgnował jedność z Ojcem i dlatego swoim życiem oraz śmiercią napełnił człowieczeństwo esencją boskości.

Bóg rodzi człowieka. Człowiek, pielęgnując związek z Rodzicem, swoim życiem oraz śmiercią ma napełniać kielich swego człowieczeństwa nektarem Bożego Ducha.

Bóg każdego roku stwarza nowe ziarna na chleb. Człowiek codzienną pracą realizuje swoje kapłańskie powołanie i przemienia ziarna w chleb. Praca człowieka jest alchemią miłości i kontynuacją Bożego dzieła karmienia wszystkich ludzi. Gdy Bóg robi swoje i człowiek jako kapłan robi swoje, dzieje się cud Bożego Stołu, przy którym wszyscy mogą najeść się do syta.

Bóg każdego roku budzi winorośle do życia. Z ich owocu człowiek tłoczy  sok, który nauczył się przekształcać w wino. Podając bliźnim kielich pełen wina, człowiek wykonuje dzieło Jezusa w Kanie Galilejskiej, napełniając świat radością i szczęściem.

Każda praca, zmierzająca do wypieku chleba i zamiany wody, krążącej w pędach winorośli, w wino, jest błogosławionym działaniem, dzięki któremu wspólnie obchodzimy pamiątkę zbawczej śmierci Jezusa Chrystusa, dzieląc się chlebem i kielichem. Każdy wspólny posiłek jest spotkaniem się z żywym i zmartwychwstałym Panem, w którym wszyscy jesteśmy zaproszeni na weselną ucztę.

W naszej cichej i pokornej pracy, a potem w radosnym i wdzięcznym ucztowaniu zawsze jest obecny nasz Pan. Niczego więcej nie potrzebujemy, żeby ucztować zbawienie przy Stole Pana, ustawionym na granicy naszych pól i winnic oraz Jego obecności w nas.

Nie potrzebujemy kapłanów, bo nimi jesteśmy.

Nie potrzebujemy ołtarzy, bo są nimi nasze stoły.

Nie potrzebujemy murów oraz instytucji, gwarantującej Bożą obecność, bo świątynią Boga jest człowiek.

Potrzebujemy siebie nawzajem!

Wystarczy praca, wspólny stół, chleb i wino, znak krzyża i wdzięczność.  

Jeszcze o edukacji – kaganek czy kaganiec?

Rozwiązanie tytułowego dylematu, kaganek czy kaganiec, wydaje się być oczywiste, wskazaniem na kaganek.

Otóż tylko takim się wydaje.

Proszę mianowicie zapytać przeciętnego Kowalskiego, kogo najbardziej kocha? W większości usłyszmy odpowiedź, że swoje dzieci, a potem proszę zobaczyć zawartość pieca centralnego ogrzewania. No cóż? Fakt, że większość wybiera kaganek wcale mnie nie przekonuje, że naprawdę chce mieć człowieka samodzielnego i znającego azymut, któremu nie trzeba zakładać kagańca.

Celowo posługuję się dwoma obrazami, które symbolicznie się równoważą, ale już nie w sferze emocjonalnej albo w ocenie przydatności w budowaniu modelu antropologicznego. Bo o ile kaganek jest powszechnie przyjętym obrazem oświaty i człowieka, któremu dano do dyspozycji narzędzia, umożliwiające samodzielną egzystencję, o tyle w wypadku kagańca jednoznaczność się zagęszcza. Ta para, kaganek i kaganiec, to aporia, to zdecydowanie się na tytułowe bezdroża, bezradność, aby unaocznić, że nadszedł najwyższy czas zdecydowanego wyboru.

Wszak negatywność kagańca nie jest aż tak oczywista, jak z pozoru wygląda.

Czemu bowiem zapobiega kaganiec?

Gryzieniu. Czemuś jeszcze?

Szczekaniu także.

Nie życzymy sobie społeczeństwa, w którym wszyscy wzajemnie będziemy zajadle się gryźć, zadawać ból, znieważać i zniekształcać swoje piękno, ów protologiczny obraz człowieczeństwa, to prawda! Ale prawa do szczekania chcemy czy nie chcemy sobie dać odebrać?

Wiem, że szczekanie jest kolejnym obrazem, który niekoniecznie musi wszystkim dobrze się kojarzyć, niemniej biorąc pod uwagę łaciński źródłosłów agresji (podchodzić do granicy), sądzę, że jest odpowiedni. Jako teolog i duszpasterz wiem to, że wychowywanie do potulności, wmawianie człowiekowi, że nie prawa bronić granic wolności i godności swojej osoby, harata ludzką psyche do stopnia niewyobrażalnego, bo pozbawia szacunku do samego siebie i w zastraszającym tempie generuje w człowieku kolejne kompleksy, które przecież trzeba jakoś zrekompensować, a wtedy zaczyna się spirala żałosnego śmiechu i piekących łez, prawdziwy korkociąg degrengolady człowieczeństwa.

Chodzi o to, żeby człowiek potrafił być agresywnym, stając na granicy, a nie miał potrzeby bycia agresorem. Ale – o paradoksie – tu z kagańcem zaczynam mieć problem. Bo, żeby człowiek nie był fajtłapą, która może przeobrazić się w kompensującą bestię, nie można mu założyć kagańca, a jednak…. żeby nie był bestią, czy kaganiec powinien mieć?  

Co począć? Właśnie z tym dylematem nasza cywilizacja sobie nie radzi, bo nie radzi sobie z nim ani pedagogika, ani teologia, ani nauki społeczne czy polityczne, łącznie z administracją państwową.

Kaganiec jest potrzebny, jednak żeby pojąć jego istotę, wpierw trzeba pozbyć się wyobrażeniowych schematów i wyjść poza krąg dotychczasowych wzorców. Wszak sygnalizowałem, że celowo stworzyłem aporię. Do czego więc zmierzam? Do przekonania Was, bo sam do tego jestem przekonany, że jednym właściwym kagańcem jest kaganek i przestańmy się czarować, że możliwy jest dalszy rozwój euroatlantyckiej cywilizacji, balansujący rolę kaganka mądrości z kagańcem restrykcji.

Słuchając debaty publicznej miewam chwile totalnego oszołomienia, raz po raz przekonując się, jak bardzo jesteśmy uwikłani w stereotypy, poddane medialnej machinie popularności. A zwłaszcza te religijnej proweniencji, w naszym społeczeństwie mocno katolicyzujące, które nie pozwalają pozbyć się kagańca, sprawiają, że w sferze publicznej nie uchronimy się przed koniecznością budowy nowych więzień, dalszego mnożenia kolejnych, coraz bardziej szczegółowych regulacji prawnych, a chrześcijaństwo dalej będzie zjadało własny ogon, dziwiąc się, że coraz bardziej boli.

Jeśli nasza cywilizacja rzeczywiście przeżywa kryzys, to ja skomentuję to wyłącznie w jeden, możliwy sposób: chwała Bogu i nareszcie. W słabości rozwijają się bowiem ziarna mocy, a w niezrozumieniu nowe wzorce cywilizacyjne. Problem polega na tym, że aby powstały, musi powstać jakiś ruch, zacząć działać jakaś energia, porządkująca cząstki na nowo. Jest nim konstytutywna cecha człowieczeństwa, której odmówiliśmy prawa do bycia zasadą cywilizacji, a mianowicie wiara w człowieka. Przy czym nie jest to ani ślepa wiara w protologiczne dobro, ani wiara prymitywna, czyli coś takiego, co mógłby opisać w ten sposób, iż człowiek buduje poczucie bezpieczeństwa na rytualizacji zachowań i zadomowieniu w jakimś etnos, obojętnie czy narodowym, czy religijnym.

Idzie o wiarę zupełnie innego rodzaju, a mianowicie wiarę w eschatologiczne spełnienie. To po prostu znaczy, że pomimo zranień, nieporozumień, całego tego okołoegoistycznego chacharstwa, biorącego człowieka w niewolę, jednak każdy z nas, i jednocześnie razem jako rodzina ziemian, damy radę dojść Q pięknemu celowi. A jeśli to jest możliwe, to warto już dziś zacząć nadawać swojej egzystencji sens, który uchroni nas przed opiniami typu: Już za późno; już po wszystkim;  już niczego nie da się zrobić; nasza cywilizacja umarła. Nasłuchałem się w życiu tego rodzaju ocen i wciąż muszę słuchać do tego stopnia, że do cna zbrzydła mi koncepcja człowieka, obdartego z wiary.

Wiara eschatologiczna, czyli ta, której filozofia nie ma serca badać, bo jest zainteresowana archetypami, mitami początku, a polityka i nauka, zmagająca się z ekonomicznymi i społecznymi problemami, zagrażającymi światowemu ładowi, odmawia prawa do zajmowania miejsca w tu i teraz, tylko ona może nas przeorientować do tego stopnia, żebyśmy wreszcie przestali marudzić, wątpić w sens naszej pracy i wzajemnie się oskarżać, a zaczęli otwierać nowe perspektywy. 

Dlaczego wciąż nie mamy odwagi wyposażyć człowieka w kaganek i pozwolić mu żyć, czyli po prostu pozwolić na to, aby z własnego, indywidualnego i niepowtarzalnego materiału, jakim jest jego osobowość, historia życia, kulturowe i religijne dziedzictwo, tożsamość, wreszcie rany, które zadaje mu codzienność, budował własną wierzę życia, ale dla pewności zakładamy mu jeszcze kaganiec? Odpowiedź jest bajecznie prosta: Nie ma w nas wiary w tego człowieka, że da radę dojść do celu, i jak chce jedna ze wschodnich legend, przenieść ów kaganek na drugi brzeg życia przez przestrzeń i czas swojej egzystencji, aby przekazać go następnemu pokoleniu.

Medytacja nad zdjęciem – Zgrabne dłonie

Siedmiomilowe buty. Zna ktoś tego szewca, który szyje takie buty?

A właściwie po co komu takie buty? Przecież można w nich zrobić za długi krok i przejść obok, nie trafiając celu. Po co komu buty, które przyśpieszą jego życie tak bardzo, że nawet nie zorientuje się, iż wszystko już przeszedł, przeżył?

A jak to było w baśni? Siedmiomilowe buty wcale nie służą do osiągania celu. Ratowały raczej czyjeś życie. Pozwoliły opuścić miejsce kaźni, miejsce demonicznego zła. „A Pan szedł przed nimi w dzień w słupie obłoku, by ich prowadzić w drodze, a w nocy w słupie ognia, aby im świecić, żeby mogli iść dniem i nocą” (2 Mż 13,21). Pan Bóg też potrafi uszyć takie buty, w których przekracza się wodę śmierci i umyka z miejsca kaźni, spod nieprzyjacielskiej ręki.

Boże dłonie uszyły buty do wolności. Żeby uszyć takie buty trzeba mieć bardzo zgrabne dłonie; dłonie, którymi kieruje serce. Siedmiomilowe buty szyją dłonie kierowane przede wszystkim sercem. Takie buty nie oznaczają dominacji i panowania, a tak przecież może być, skoro potężni królowie mieli zwyczaj posyłania pomniejszym władcom swojego obuwia, które musieli nosić na znak poddaństwa, i w istocie wciąż jeszcze tak się zdarza. W małżeństwie na przykład mąż zamiast nosić swoje, chodzi w żony w pantoflach. Czy ktoś lubi być „pantoflarzem”?

Czujesz się „pantoflarzem” Pana Boga? 

Izraelowi Bóg nie podarował pantofli zniewolenia, a prawdziwego partnerstwa. Stworzył buty, w których chodzi człowiek wolny.

Jakie buty szyjesz dla tych, którzy chcą wyjść Q wolności?

Można przecież uszyć komuś buty w taki sposób, żeby nigdy nie był sobą i nigdy nie wyszedł na wolność, przede wszystkim wolność swoich pragnień i myśli o samym sobie. Pomiędzy nami, w świecie i Kościele, jest wielu, którzy celowo szyją bliźnim takie buty, w których nigdy nie wyjdą na wolność, żeby można było nimi rządzić i manipulować.

Coś takiego między innymi dzieje się teraz przy okazji epidemii.

Obojętnie komu, po prostu każdemu, szyj siedmiomilowe buty bardzo zgrabnymi dłońmi, którymi kieruje nie tylko głowa, ale przede wszystkim serce. Zwłaszcza teraz, w trakcie epidemii. Gdy się skończy niech nikt nie czuje się „pantoflarzem”.

Medytacja nad zdjęciem – Stopy w dłoniach

„A oto pewna kobieta z tego miasta, grzesznica, dowiedziawszy się, iż zasiada przy stole w domu faryzeusza, przyniosła alabastrowy słoik olejku. I stanąwszy z tyłu u jego nóg, zapłakała i zaczęła łzami zlewać nogi jego i włosami swojej głowy wycierać, a całując jego stopy, namaszczała je olejkiem” (Łk 7,37n).

Ewangeliczny obraz pełen erotyzmu i prawdziwie wdzięcznej miłości. Tak miłować i taką czułość może okazać jedynie ktoś, komu wiele dano. Ilu ludzi Jezus uratował? Zwłaszcza kobiet przed gradem kamieni i głęboką wodą? Czy wypada się dziwić, że wiernie za Nim szły z Galilei przez Samarię do Judei, a na Golgocie szczerze płakały? Jezus dał im drugie życie. Na swój sposób kochały swojego Wybawiciela, niejedna może nawet bardziej fizycznie niż duchowo.

Dłonie, które tulą i pieszczą stopy, są znakiem największej wdzięczności i pokory: „Wstał od wieczerzy, złożył szaty, a wziąwszy prześcieradło, przepasał się. Potem nalał wody do misy i począł umywać nogi uczniów i wycierać prześcieradłem, którym był przepasany” (J, 13,4n). Właściwie co takiego robi Jezus? Czy na pewno daje tylko przykład? Czy tylko  objaśnia, co będzie się działo na Golgocie? Nie wiem, nie jestem przekonany? Jezus czyni coś jeszcze, pokazuje, że choć potomstwo rajskiego kusiciela ukąsi go w piętę, gotów jest do przebaczenia. „I wyszedł pierwszy, rudy, cały jak płaszcz włochaty, i nazwano go Ezaw. Następnie wyszedł brat jego, a ręką swą trzymał za piętę Ezawa, i nazwano go Jakub…” (1 Mż 25,25n). Grzesznik próbuje schwytać przeciwnika za piętę. Niestrudzenie szuka najsłabszego miejsca, „pięty Achillesa”. Jezus, choć za piętę ukąszony, nie oddaje złem, ale to najsłabsze miejsce człowieka czule obejmuje i obmywa, jak grzesznica w domu Szymona, faryzeusza, żeby człowiek był czysty, silny, gotowy do spotkania z mocą i świętością.

Stopy w dłoniach? Niech będzie raz jeszcze: „I ująwszy dziewczynkę za rękę rzekł jej: Talita kumi! Co znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań. I zaraz dziewczynka wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat…” (Mk 5,41n). Dłonie Jezusa stawiają człowieka na nogach, prostują, pozwalają żyć własnym życiem, być sobą oraz iść własną drogą życia. Odtąd dziewczynka nie będzie doświadczać braku wiary ojca w jej osobę, godność i możliwości. Wyleczona z anoreksji wreszcie naje się do syta i nabierze sił do samodzielnego życia.

Stopy w dłoniach to obraz wiary w człowieka; wiary, że z umytymi stopami człowiek może  pójść na spotkanie mocy i świętości; żyć miarą swojego człowieczeństwa i być sobą.

Dziś stopy w dłoniach to nasza największa moc. Wszystkim, którzy się boją oraz izolują, bo nie mają pewności, kto jest czysty, a kto nieczysty, możemy przywrócić wiarę w siebie, aby mogli pójść na spotkanie mocy i świętości; resztę życia napełnić sensem.

Nie bójmy się stóp brać w dłonie.

Aromaterapia wdzięczności – rozważanie na 5 kwietnia

A po dwóch dniach była Pascha i święto Przaśników. I arcykapłani oraz uczeni w Piśmie szukali sposobu, jak by go podstępem pojmać i zabić.Mówili jednak: Tylko nie w święto, aby nie było rozruchów między ludem. A gdy On był w Betanii, w domu Szymona trędowatego i siedział przy stole, przyszła niewiasta, mająca alabastrowy słoik czystego olejku nardowego, bardzo kosztownego; stłukła alabastrowy słoik i wylała olejek na głowę jego.A niektórzy mówili z oburzeniem między sobą: Na cóż ta strata olejku?Przecież można było ten olejek sprzedać drożej niż za trzysta denarów i rozdać ubogim. I szemrali przeciwko niej. Ale Jezus rzekł: Zostawcie ją; czemu jej przykrość wyrządzacie? Wszak dobry uczynek spełniła względem mnie.Albowiem ubogich zawsze macie pośród siebie i gdy zechcecie, możecie im dobrze czynić, mnie zaś nie zawsze mieć będziecie. Ona, co mogła, to uczyniła, uprzedziła namaszczenie ciała mego na pogrzeb. Zaprawdę powiadam wam: Gdziekolwiek na całym świecie będzie zwiastowana ewangelia, będą opowiadać na jej pamiątkę o tym, co ona uczyniła.                                                   Mk 14,1-9

Jeśli chcesz zrozumieć fragment dzisiejszej ewangelii, nie skupiaj się, jak to zwykle bywa, na Jezusie i Kobiecie, która wylała nardowy olejek na Jego głowę. Wpierw skup się na olejku.

Wyobraź sobie, że po kilku tygodniach zawieszenia niemal całego, dotychczasowego porządku, którym do tej pory kierował się świat, będąc osadzonym z bliskimi za murami kwarantanny i oddzielonym od reszty ludzi, mając z dnia na dzień coraz mniej pewności, że jeszcze cokolwiek trzymasz w dłoniach i najzwyczajniej w świecie możesz o czymś jeszcze myśleć w ten sposób, że ta sytuacja cię tego nie pozbawi, czyli będąc w samym środku nie tylko twojej, ale ogólnoludzkiej zapaści, dziś wybrałeś się na aromaterapię, aby pozbyć się stresu.

Że olejek nardowy jest drogi, wynika z samego tekstu. Wartość ponad trzystu denarów, to równowartość rocznego wynagrodzenia, a więc dla wielu suma niebotyczna. To cena nowego samochodu, remontu mieszkania, wesela córki, itp. Pozbywanie się  takich pieniędzy, zwłaszcza w samym środku szalejącego cyklonu gospodarczego, może wydawać się bardzo nierozsądne.

Nardowy olejek, pozyskiwany z korzeni pachnących kłączy, rosnących w Himalajach, wraz z szafranem i mirrą stanowił na Środkowym Wschodzie składnik najcenniejszych mieszanek olejowych, stosowanych w praktykach relaksacyjnych i leczniczych.

Nard słynie z tego, że poprzez swoje „aromatyczne działanie” uwalnia z emocji niewdzięczności, z powodu której człowiek czuje się ofiarą losu i pechowcem, co często kończy się poczuciem winy i gniewem. Dlatego uwalnia z chciwości, aby wszystko mieć i trzymać pod kontrolą. Poprzez swoje relaksujące działanie, nard rozpuszcza opór przeciwko temu, co się dzieje, czyni zdolnym do wejścia z nurt rzeki życia, a mówiąc inaczej do podążania drogą, której autorem jest Bóg i do przyjęcia zadania. 

Nard jest olejkiem wdzięczności, a więc między innymi akceptacji tego, co się dzieje.

1. Aromat Betanii

Rozumiesz już tę aromaterapię, której Jezus doświadczył tuż przed cierpieniem dzięki wdzięczności bezimiennej Kobiety?

Ktoś musiał zatroszczyć się o Jezusa. Przecież przed Nim były najcięższe i najboleśniejsze doświadczenia życia na ziemi. Mistrz z Galilei na pewno serwisował duszę z taką duchową wprawą, o jakiej nikomu z nas się nie śniło, a mimo tego bez trudu można sobie wyobrazić, jak reagowało ciało, gdy myślał o tym, Q czemu teraz szedł i co najpewniej wydarzy się w najbliższych dniach.

Całe ciało, zestresowane i spięte, twardniało, bo na skutek emocji lęku funkcjonowało w trybie „walcz i uciekaj”. Znasz ten ból, gdy na skutek stresu mięśnie szyi i barków masz do tego stopnia twarde, że dłonie fizjoterapeuty wydają się być szczękami tyranozaura. Przecież Jezus często był w drodze i niejednokrotnie widział cierpiących biedaków, torturowanych przed ukrzyżowaniem i na krzyżu, celowo zabijanych w miejscach publicznych. Wiedział do jakiej znieczulicy są zdolni żołnierze na służbie, przeświadczeni o mocy i mądrości. Rozumiał emocje tłumu i cele władzy.

Jezus od początku nie łudził się, co do kresu życia, jednak w ostatnich dniach atmosfera gęstniała. Każdy relaks, także fizyczne doświadczenie dotyku i aromatycznego zapachu, zwiększający zadowolenie i przyjemność, pomagający przezwyciężyć strach, ułatwiający wdzięczną akceptację „drogi krzyża” były na wagę całorocznego przychodu!  

Otrzymał to od wdzięcznej i miłującej Kobiety. Co potrafiła, to uczyniła, aby wzmocnić Jezusa, przygotowującego się na własny pogrzeb. Jezus nie chciał tej śmierci dla siebie, jako wartości samej w sobie, ale zgodził się na nią, zdając sobie sprawę, że gdyby przed nią uciekł, przekreśliłby swoje życie, podeptałby swoje słowa i podważyłby znaczenie uzdrawiających manifestacji Bożej chwały.

Aromat, który napełnił Betanię, na pewno towarzyszył Jezusowi do samego końca (przecież namaściła Go na śmierć). W pałacu arcykapłana, podczas rozmowy z Piłatem, podczas biczowania i na Golgocie, Jezus cały czas pachniał śmiercią. Nie jakąkolwiek, bezsensowną śmiercią, bo taka zawsze kojarzy się ze słodko-kwaśnym, mdlącym trupim jadem, ale śmiercią z sensem, bo z miłości. Jezus roztaczał zapach nardu, pachniał miłością i wdzięcznością, niczym najpiękniejszy ludzki kwiat.

Jezus jest aromaterapeutą!

Dobrzy i prawdziwi ludzie, którzy poddają się Bożej drodze życia i kochają, zawsze ładnie pachną. Cuchnie śmierć. Gdy nie potrafimy czegoś strawić w żołądku, co duchowo oznacza, że nie godzimy się na to, co życie nam przynosi, wtedy cuchnie nam z ust. Brzydki zapach z ust oznacza, że w życiu jesteśmy fałszywi. Uśmiechamy się do niego, ale wewnętrznie z nim walczymy.

Aromat Jezusa jest zapachem życia większego niż śmierć. Jest zapachem życia z sensem. Życia wdzięcznego i spokojnego. Życia, które samo siebie tworzy jako jeszcze większe i piękniejsze z miłości do ludzi.

Jezus jest aromatem wdzięcznego i spokojnego życia! 

2. Aromat domów w dniach kwarantanny

Który zapach w tych dniach napełnia nasze mieszkania i domy? Aromat Betanii, czy cuchnący i mdlący zapach cmentarza? Co się w nich dzieje? Czy stać nas na aromat wdzięczności, akceptacji, spokojnej zgody na dziejące się zmiany? Czy ufnie zanurzamy się w rzekę życia, którą możemy płynąć ku sensownej śmierci? A może kurczowo trzymamy się jakiegoś brzegu życia i przeklinamy te dni, zmiany i własne życie?

Raz jeszcze powróćmy do Betanii i przypomnijmy sobie aromatyczną alchemię tamtego miejsca.

Żeńska energia wzmocniła energię Mężczyzny, przed którym wyraźnie pojawił się finał życiowego dzieła. Bohaterska moc Jezusa była i jest potrzebna wszystkim ludziom, w równym stopniu, co tamtej, wdzięcznej Pani. Mężczyzna ma przysłowiowe „szerokie plecy” i tężyznę duchową, aby osłaniać słabszych, karmić ich i chronić przed siłą zła. Kobieta ma delikatne dłonie i czułe serce, aby uruchomić męską moc. To właśnie wydarzyło się w Betanii, czyli w „Domu Przyjaciół”.

W Domu Przyjaciół (dom przy/jaźni – jaźń przy jaźni) mieszka mądrość, moc i miłość, czyli płynie w nim Boże życie. Dom Przyjaciół jest miejscem i wspólnotą ludzi Bożych, pomimo tego, że źli ludzie (tylko pozornie Boży – arcykapłani i uczeni w Piśmie) obmyślają jak podstępem pojmać i zabić Jezusa, Prawdziwego Człowieka, czyli tego, który mówi o sobie JESTEM.

Prawdziwe człowieczeństwo, którym jest manifestacja Bożego JESTEM w człowieku, może ocaleć i przetrwać jedynie w Domu Przyjaźni, gdzie jaźń z jaźnią się wspierają, kochają się i wzajemnie sobie służą. Tam pachnie nard, zapach wdzięcznej miłości.

Nic nowego pod słońcem. Przypomnijmy sobie chociażby Deborę i Baraka, który bez wspierającej energii żeńskiej najzwyczajniej w świecie stchórzyłby przed wojskami Sysery, a Izrael stałby nad przepaścią moralnego, duchowego i fizycznego unicestwienia (zob. Sdz 4 i 5). Barak potrzebował Debory, a Debora potrzebowała Baraka. Oboje byli potrzebni Izraelowi.

Kwarantanna Wielkiego Tygodnia to odpowiedni czas na aromaterapię!  

W Domach Przyjaciół niech każdy pachnie spokojną i ufną wdzięcznością za życie. Wzajemnie się wspierajmy i zanurzmy w rzece życia, której nurt rozwesela serce człowieka. Ludzkość, która opuściła Egipt i Q nowemu teraz idzie, potrzebuje pachnących ludzi.

Nie spinajmy się z lęku przed śmiercią. Nie utwardzajmy naszych ciał, bo pod skorupą z kamienia lęku, gniewu i zawziętości, umiera serce. Krew przestaje płynąć i zaczyna cuchnąć cmentarzem.

Amen.

Medytacja nad zdjęciem – Zagrajmy Panu

„Gdy konie faraona z jego rydwanami i jeźdźcami weszły w morze, Pan skierował na nich wody morskie, Synowie Izraela zaś przeszli po suchym gruncie środkiem morza. Wtedy prorokini Miriam, siostra Aarona, wzięła w rękę swoją bęben, a wszystkie kobiety wyszły za nią z bębnami i w pląsach. Wtedy im Mierami zaśpiewała: Śpiewajcie Panu, gdyż nader wspaniałym się okazał: Konie i jego jeźdźca wrzucił w morze! Potem powiódł Mojżesz Izraela od Morza Czerwonego i wyszli na pustynię Szur”  (2 Mż 15,19-22). 

Niebywała historia? Można sądzić, że wychodząc z Egiptu większość myślała o rzeczach nieodzownych do przeżycia, tymczasem lekkomyślna Miriam zatroszczyła się o rzecz całkowicie zbędną, na pustynię zabrała bębenek. Zamiast pomagać Mojżeszowi i organizować gigantyczny pochód ludzi i zwierząt przez pustynię, Miriam gra na bębnie, dając nie najlepszy przykład innym kobietom. Czy Miriam przypadkiem nie zwariowała? Zamiast zabrać rzeczy niezbędne, niosła bębenek! Związała swoje dłonie rzeczami i czynnościami zbędnymi.

Są czynności zbędne i niezbędne. Do których należy gra? „Grajcie Panu na cytrze i głośno śpiewajcie!” (Ps 98,5). Na dłonie, które grają, można spojrzeć tak: dłonie związane pałeczkami bębenka albo strunami gitary, to ręce w jakiejś mierze zniewolone, jednak dzięki nim wolne stają się serce i głowa. Serce od złości i głowa od troski.

Każdy chce mieć wolne serce i głowę, bo każdy chce być szczęśliwy. Jednak wolność ma swoją cenę, a jest nią niewola dłoni, które możesz związać w modlitewnym geście, ale równie dobrze zapleść strunami: „Kto śpiewa w dwójnasób się modli”.

Albo jeszcze inaczej, jednak Lutra trzeba wspomnieć: „Chrześcijanin jest całkowicie wolnym panem wszystkich rzeczy, nikomu nie podległym. Chrześcijanin jest najuleglejszym sługą wszystkich rzeczy i wszystkim podległy”. A już najciekawiej robi się wówczas, gdy związane strunami dłonie należą do człowieka w ubranko w paski. Przez wieki paski piętnowały ludzi z marginesu, innych, tych znienawidzonych, których większość w irracjonalny sposób się bała. Ubranko w paski naznacza i zniewala.

Paski znowu zaglądają nam w oczy. Ten kichnął, a tamten z maską na twarzy. O tamtym Panu, tamta Pani powiedziała, że podobno ma wirusa. W sąsiedniej klatce kwarantanna…

Obowiązkowe szczepienia dla tzw. bezpieczeństwa; wszędobylskie czipy, kontrolujące niewolników, aby rosła potęga piramid…

Zapaskujemy znowu cały świat?

Kto dąży do wolności od paskowanego piętna niech zwiąże swoje dłonie grą. Kto chce poczuć się wolnym od pasków, niech dłonie zniewoli czynnościami całkowicie zbędnymi. Wykonując rzeczy niezbędne, człowiek zawsze jest tylko niewolnikiem niezbędności, przydatności, użyteczności, swojego albo cudzego pomysłu na własne życie, wreszcie procedur, podobno ratujących życie.

A przecież możesz przechytrzyć strażnika; możesz wyjść na wolność; możesz opuścić Egipt. Warunek? Dłonie musisz zniewolić, zawiązać strunami, radosną grą, czynnościami zbędnymi, świątecznymi, wielbiącymi Boga, aby serce i głowa zaczęły pracować własnym rytmem wolności, emitować energię mocy i miłości.

Tak dołączysz do nowego ludu, wychodzącego z Egiptu.

Za murami kwarantanny, w przestrzeni skażonej strachem, nie koncentruj się na czynnościach niezbędnych: myciu, dezynfekowaniu, odgradzaniu, szyciu maseczek, itp. Czyń raczej to, co zbędne, abyśmy wszyscy dla wszystkich stali się niezbędni: „Śpiewajcie Panu, chwalcie Pana, gdyż wybawił duszę biednego z mocy grzeszników” (Jr 20,13).

W takich doświadczeniach, jak to teraźniejsze, łatwo wskazać palcem ludzi zbędnych, żeby ich poświęcić…

Medytacja na zdjęciem – Przyszłość kiełkuje w dłoniach

„Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych ani nie stoi na drodze grzeszników, ani nie zasiada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w zakonie Pana i zakon jego rozważa dniem i nocą. Będzie on jak drzewo zasadzone nad strumieniami wód” (Ps 1,1-3).

Boża dłoń ma szczególną zdolność rozłupywania skorupy ludzkiego egoizmu. Na co dzień cierpliwie, niczym woda drążąca skały, a czasem w kryzysie, gdy w jednej chwili wszystko tracimy, Bóg systematycznie dostaje się do środka, aby ożywić zarodek. Drąży i zmiękcza, a my krzyczymy, że boli. Nie życzymy sobie bólu umierania: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje, lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24).

Kto wie, może w dłoniach Boga śmierć boli mniej? A może bardziej, bo jakby zawiódł? „Wtedy umarła Debora, mamka Rebeki, i została pochowana poniżej Betelu pod dębem; i nazwano go dębem płaczu” (1 Mż 35,8). Pomiędzy żywymi nie ma nikogo, kto by to wiedział. Pewne jest coś innego, mianowicie że w Bożych dłoniach śmierć nabiera sensu, bo przecież jakoś głupio umrzeć bez sensu? „W ręku twoim są losy moje” (Ps 31,16).

W Bożych dłoniach umieranie jest pękaniem skorupy. Boże dłonie to dłonie ogrodnika, któremu w dłoniach wykiełkowała przyszłość. Szczęśliwy mąż, którego Boże dłonie sadzą nad strumieniami wód.

Przyszłość kiełkuje w dłoniach: „Leniwa dłoń prowadzi do nędzy, lecz ręka pracowitych ubogaca” (Prz 10,4). Módl się i pracuj. Dłońmi się módl. Dłońmi, które są jak ziemia, gdzie kiełkuje ziarno nadziei na lepsze jutro. Przyszłość ochraniaj modlitwą i pracą. W twoich dłoniach dąb stałości i wieczności chce rozpocząć swoją historię. W twoich dłoniach zaczyna kiełkować i rosnąć największe z drzew, w cieniu którego inni znajdą schronienie przed skwarem życia.

Księgi biblijne kilkakrotnie wspominają o dębach, żywych pomnikach, upamiętniających miejsca, z którymi jest związane ważne wydarzenie. Gdy Izrael odnowił przymierze z Bogiem, zapewniając o swojej wierności, Jozue dla upamiętnienia postawił kamień: „… pod dębem, który był przy świątyni Pana” (Joz 24,26). Dąb jest wiecznym znakiem pamięci. Ale jest też znakiem sprawiedliwości: „I będą ich zwać dębami sprawiedliwości, szczepem Pana ku jego wsławieniu. I odbudują starodawne ruiny, podźwigną opustoszałe osiedla przodków, odnowią zburzone miasta, osiedla opustoszałe od wielu pokoleń” (Iż 61,3n). Człowiek, któremu w dłoniach kiełkuje dąb, może stać się znakiem pamięci i sprawiedliwości.

Nie zapominajmy, że przyszłość kiełkuje w dłoniach. Bądźmy znakami pamięci o wiernym Bogu i sprawiedliwości. Teraz, gdy świat wyje ze strachu, my się uśmiechamy, bo w naszych dłoniach kolejny dąb rozpoczyna swoją historię. Zasadźmy go nad strumieniami wód, aby we właściwym czasie wydał owoc.